LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA
______________________________________________________________________

OD REDAKCJI 11/2011


Po publikacji w październikowej Krytyce Literackiej nowych wierszy poetów zaliczanych do współczesnych klasyków polskiej literatury, nadeszło do redakcji kilka listów, których autorzy - głównie krytycy - stawiali tezę, że twórczość ta tkwi w splendid isolation, zajmuje się rzeczami prywatnymi, realizuje whitmanowski program zachwytu nad każdą drobiną tego świata, ulega prawodawstwu wyobraźni, zwraca się do Boga, prezentuje postawę intelektualną i estetyzującą, a nie dostrzega rzeczywistości i wagi spraw bieżących. Trudno nam się z tymi sądami nie zgodzić, ale nie możemy ich potraktować jako zarzuty - przeciwnie, to właśnie jest dla nas najwyższa literatura, twórczość wyrwana spod dyktatury doczesności szybko popadającej w zapomnienie, i powstała bez przymusu nowatorstwa, które prowadzi donikąd. Żeby jednak udowodnić, że można pisać poezję nowoczesną, interwencyjną i o rzeczywistości, nie pozbawiając jej jednak walorów intelektualnych, etycznych i artystycznych, publikujemy kilka nieznanych wierszy Tomasza Sobieraja. Te krytyczne utwory stanowią nie tylko realizację słów Czesława Miłosza, że „prawda człowieka jest prosta i trzeba wyrażać ją prosto”, ale są też interesującym komentarzem do twórczości Tadeusza Dąbrowskiego i Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, brzmią w niej także echa poglądów filozoficznych Henry'ego Davida Thoreau. W listopadzie kolejne nowe wiersze prezentują również: Józef Baran, Maciej Cisło i Roman Kaźmierski; umieszczamy niepublikowane opowiadanie Andrzeja Tchórzewskiego z 1957 roku, Jana Siwmira recenzję zbioru opowiadań Taxi, taxi! (książka nie w naszym guście, ale recenzja dobrze napisana), rozprawę Klaudii Bączyk o koncepcji religii w Xiędzu Fauście Tadeusza Micińskiego i esej Joanny Turek o filozoficzności fotografii i fotogeniczności filozofii.

Miło nam poinformować, że pierwsze, historyczne Targi Książki w Katowicach odbyły się z udziałem między innymi Andrzeja Ziemiańskiego, Kazimierza Kutza, Marka Krajewskiego i Jana Siwmira, naszego wspólpracownika i autora tomiku poetyckiego zatytułowanego Pytania na źle zadane odpowiedzi. Mieliśmy przyjemność patronować tej publikacji. Redakcja Krytyki Literackiej składa autorowi gratulacje i życzy dalszych sukcesów!

KL

Rozprawa: Klaudia Bączyk O KONCEPCJI RELIGII W „KSIĘDZU FAUŚCIE” TADEUSZA MICIŃSKIEGO


Wraz z Jezusem apokryficznym chodzę po karczmach,
gdzie Jezus śnił, że był na Tronie Synostwa Bożego, a Judasz
tymczasem zjadał gęś pieczoną. Wraz z Dantem poddam się cudnym
legendom o piekle świętego Brandana, Patryka lub źródłowym opisom
piekła pod Wezuwiuszem i Etną!

[T. Miciński, XF, s. 159.]


„Xiądz Faust” Tadeusza Micińskiego od pierwszego wydania wywoływał liczne kontrowersje. Chaotyczność gatunku, nowatorstwo oraz reinterpretacje mityczne składały się na ową złożoność w odbiorze tekstu. Z jednej strony bowiem zauważano oryginalność powieści i twórczości samego Micińskiego, którego:

nie można zaklasyfikować do żadnego kierunku literackiego. Nie dostrzega się u niego śladów tresury społecznej, tak jaskrawo rzucającej się w oczy u każdego wybitniejszego beletrysty. Sam tworzy własną sztukę, wyznaje własne poglądy, pisze własnym stylem [1],

z drugiej natomiast dostrzeżono brak wewnętrznej spójności i wielość dygresji [2]. Zdaje się bowiem czymś naturalnym, że stworzenie nowego, całkowicie odmiennego od dotychczasowych gatunku musiało spotkać się z pewnym zaskoczeniem i sceptycyzmem. Jak bowiem wykreować powieść, która zupełnie inaczej prezentowałaby rzeczywistość? Jak zrodzić gatunek, o którym nawet po latach dyskutowałoby się z równą zaciekłością, co w czasach jego wprowadzenia? I ostatecznie jak stworzyć powieści, o których pisano by: „Proza Micińskiego zmierzająca do oddania najczystszej treści wyobrażeń o życiu staje się niejako prawzorem Witkiewiczowskiej czystej formy” [3]. Silna norma gatunkowa ukształtowana niejako od XVIII wieku oraz silnie zakorzeniony model realizmu spowodowały, że trudno było wyjść naprzeciw powieściom nowatorskim, o odmiennej narracji i tematyce [4]. Dopiero bowiem w epoce Młodej Polski zauważyć można pewnego rodzaju „rozluźnienie” statyczności powieści realistycznej, dopuszczające do utworu narratora personalnego oraz różne elementy języka poetyckiego. Gdy zatem do powieści zaczynały przedostawać się elementy wypierające obiektywizm i związek z rzeczywistością, ze swą teorią odnośnie sztuki i powieści postanawia wkroczyć Miciński. Chce on wykorzystać ten wysoki gatunek do przekazywania własnych poglądów, gdzie czytelnik nie tyle miał przestać zastanawiać się nad fabułą, ale zacząć nią żyć oraz wszelkimi elementami ją tworzącymi. Stworzenie więc przez Micińskiego „powieści – worka” ujmuje sam gatunek jako wykładnik różnych tekstów narracyjnych, na tle których silnie zaznaczyć winno się autotematyzm [5]. Odczytanie sensu utworu w tym przypadku polegało na rozpoznaniu licznych nawiązań, stając się wdrążeniem w swoistą księgę dla wtajemniczonych. Tym samym proza Micińskiego wiązała się przede wszystkim z koniecznością wyjścia poza bariery standardowych interpretacji, odrzucenia dawnej koncepcji powieści i z innym, aniżeli tradycyjny odbiór literatury [6].

„Powieść – worek” jest zatem modelem praktyki powieściopisarskiej, określonej poprzez dwa konteksty historyczne: podobieństwo metod przekształcania się powieści klasycznej w „nowoczesną” oraz potencjał historyczny [7]. Rozpatrując Xiędza Fausta pod względem tych dwóch wyznaczników, należy zwrócić uwagę, iż u Micińskiego są one niezwykle silne połączenie. Wychodząc bowiem poza klasyczną interpretację powieści, stara się z niej stworzyć pewnego rodzaju traktat, zapis własnych przekonań [8]. Zdaje się, że najpełniej udaje mu się to osiągnąć poprzez odwołania do literatury oraz mitologii. Jak zauważa Stanisław Eile: „[...] kreacyjny charakter tej powieści polega bowiem przede wszystkim na uniezwyklaniu rzeczywistości empirycznej, która stanowi punkt wyjścia, a nie przedmiot naśladownictwa artystycznego” [9]. Czytelnik zostaje wplątany w swoistą grę, gdzie naczelną kwestią okazują się wierzenia. Religia będzie zatem odgrywać niezwykle silną rolę w kreacji fabuły, tym samym ukazując magiczność świata przedstawionego. Jak podkreśla Sabina Brzozowska, odwoływanie się do mitycznych symboli było popularnym zabiegiem artystycznym:

Młodopolanie zdawali sobie sprawę z szerokiego wyboru rekwizytów w modernistycznej garderobie kultury. [...] Słowem, mitologiczny bodziec implikuje wiele możliwości kreacyjnych [10].

Wykorzystywanie znanych postaci mitologicznych i biblijnych stanowi zatem element „wygody” dla twórców, bowiem wyznacza dla grona odbiorców szereg skojarzeń, ujawniając kod mityczny. Miciński wykorzystuje swych bohaterów do obalenia utrwalonych wzorców. Początkowo odwołania stanowią kostium artystyczny dodający patosu, po czym stają się jedynie rekwizytem mającym na celu „złamanie szyfru rzeczywistości” [11]. Pisarz czerpie z mitologii, chcąc w ten sposób: nadać utworowi kosmiczny wymiar, mitologizować ogólnoludzkie przeżycia, uniezwyklić krajobrazy oraz deformować rzeczywistość [12]. Jak zauważa Michał Głowiński: „Mit nie jest jednak tylko sprawą przyswojenia zastanego wątku, ujmowanego w kategoriach religijnych lub poetyckich, chodzi przede wszystkim o nadanie mu nowego znaczenia” [13]. Prowadząc czytelnika po wykreowanym przez siebie zbiorze różnorodnych postaci, Miciński chce wykazać złożoność ludzkich przekonań oraz pokazać, czym jego zdaniem winna być prawdziwa religia i czy ma prawo funkcjonować w oparciu o często sprzeczne koncepcje.

Pierwszym, a zarazem najbardziej widocznym nawiązaniem do mitu stanie się sam tytuł dzieła. Poprzez księdza Fausta powielony bowiem zostanie schemat kapłaństwa i paktu z Szatanem. Istotną kwestią w przedstawianiu tej postaci stanie się tutaj świadoma gra stereotypami. Uwikłanie bohatera oraz jego towarzyszy w świat literatury musiało bowiem owocować pewnym schematyzmem, charakterystycznym sposobem myślenia. Jednorazowa prawda ukazana w tym utworze różnić się będzie jednak od przekazu Goethego. Miciński zdecyduje się bowiem podjąć dialog z tradycją, odwołując się do znanych fabuł, tworząc z nich przekaz quasi-sakralny. W tym zdawałoby się chaotycznym labiryncie ukazane zostaną treści metafizyczne, samo przesłanie autora. Liczne odwołania do literatury, związanie jej bohaterów z losami postaci mitologicznych przyczynią się do reinterpretacji opowieści, które dla wielu uznawane są za prawdziwe, a niekiedy nawet za święte [14]. Ksiądz Faust stanie się zatem pośrednikiem pomiędzy współczesnością a dorobkiem tradycji. Będąc symbolem-maską okaże się reprezentantem zagubionego narodu [15]. Jak zauważa jeden z bohaterów powieści: „łączą się w nim straszliwe kontrasty: wszak to mógł być człowiek najgorszy ze złych, jakiś Czezare Bordżia – a jawi się żywym posągiem na moście, przez który Polska przejść będzie musiała!” [16]. To z jego pomocą Miciński będzie mógł poruszyć nie tylko kwestie społeczne, ale przede wszystkim zaprezentować bogactwo własnych zainteresowań. W powieści połączy on zatem kult religii, filozofii, społeczeństwa oraz okultyzmu, przez co jeszcze dokładniej pozwoli czytelnikowi zrozumieć przeżycia osobiste bohaterów oraz ich przywiązanie narodowe.

Kolejnym wyraźnym sygnałem przynależności utworu do kręgu kulturowego jest motto utworu [17]:

[...] Życie na każdego z nas woła: - Bądź mężem i nie idź za mną,
jeno za sobą! Jeno za sobą!
Bądźmy wolni i nieustraszeni, w niewinnej samorodności z siebie
Samych rośnijmy i kwitnijmy! -
I oto gdy spoglądam na takiego człowieka, dzwonią mi w uchu dziś jeszcze, jak niegdyś, te same zdania: że namiętność lepsza jest
od stoicyzmu i obłudy; że być uczciwym nawet w złym, to lepiej niż zatracić samego siebie w obyczajności, przekazanej zwyczajem;
że wolny człowiek może być równie złym jak dobrym, że jednak
niewolny człowiek jest hańbą natury i w żadnej nie uczestniczy niebiańskiej czy ziemskiej pociesze; wreszcie, że każdy, kto chce być wolnym, musi stać się nim przez samego siebie, i że nikomu wolność, jak dar cudowny, nie spadnie w podołek. (F. Nietzsche, cyt. za: XF, s. 2.)

Odwołanie do Fryderyka Nietzschego ma wyraźnie charakter informacyjny i zdaje się mówić odbiorcy: przypomnij sobie ideę autora dotyczącą wolności jednostki oraz śmierci Boga, zauważ przyczyny, które doprowadziły do owego stanu. Poszukiwanie drogi wyjścia z nadchodzącej zagłady, upadek człowieczeństwa zauważyć będzie można także i w dalszej części utworu, gdzie metafora śmierci Boga przeplata się z gnostycką wizją Demiurga [18]. Z jednej strony dostrzec będzie można odrzucenie wiary i moralności, z drugiej natomiast powolny upadek Pana, który: „jest niczym innym jak błyskawicowym Sensem otchłani życia, staczającym się w pozorny Absurd” [19]. Jak łatwo zauważyć Miciński buduje obraz Boga na zasadzie przeciwieństw pomiędzy ortodoksją a ateizmem [20]. Jego poszukiwanie wiąże się jedynie z biurokracją i monotonią rytuałów, które już dawno zatraciły swą wartość. Tym samym staje się krytykiem obecnego kościoła, dopatrując się w nim jedynie obłudy i materializmu. Ksiądz Faust będąc orędownikiem prawdziwej wiary, stara się odnaleźć odpowiedź na podstawowe pytania: jak w takim świecie odnaleźć Boga?, jak żyć w zgodzie z prawdziwą religią? W oparciu o swe doświadczenia buduje definicję człowieka religijnego, który: „rzuci całą istotność swą w przestrzeń twórczą, na spotkanie z Istotnością Najwyższą” [21]. Ludzie nie mają zatem doszukiwać się wytłumaczenia religii, a po prostu jej zawierzyć [22]. Tylko dzięki prawdziwemu poświęceniu można powrócić do pierwotnej wizji religii. Nie jest bowiem możliwe, by na zgliszczach wiary zbudować nowy, lepszy świat. Dzisiejsza religia, jak wskazuje ksiądz Faust:

Przebywa straszliwy kryzys: robią z nią obrachunki, wytykając wszystkie winy i niedołęstwa umysłu ludzkiego za tysiąclecia. Skopana i zbita, nie umiejąca się bronić – inaczej niż piskiem fanatycznych pokątnych pisarzy, pokornym poświęceniem sióstr miłosierdzia albo straszliwym Milczeniem. (XF, s.163.)

Zagrożeniem dla świata okazuje się być wszędzie rozprzestrzeniający się materializm. Wybór Boga wiąże się z dewocją bądź obłędem. Całkowite oddanie się sile wyższej świadczy zatem o słabości jednostki, która usilnie potrzebuje wsparcia23. Jednocześnie ksiądz przyznaje, że rozumie ludzką potrzebę wiary, bowiem w zetknięciu ze złem świata (tutaj przytacza opowieść o zniszczeniu Mesyny) człowiek okazuje się jednostką małą i niezwykle samotną. Zdaniem autora należy zatem wyjść z teologicznych sporów i „wznieść jedno światełko, jeden punkt przyciągający, aby nastąpiło stopniowe rozjarzenie całego wnętrza” [24].

Utwór podzielony jest na liczne traktaty, wykłady, opowiadania etc., na przestrzeni których zauważyć można niejednorodny styl narracji, powodujący pewne „rozczłonkowanie” akcji. „Xiądz Faust” ze względu na swą workowatość nie jest bowiem lekturą łatwą. Powieść składa się z kilkunastu luźnych opowieści, których elementem scalającym okazuje się być tytułowa postać. Z jednej strony zatem widać uduchowionego księdza Fausta, z drugiej natomiast jego adepta, bohatera poszukującego prawdy – Piotra [25]. Tytułowy bohater stanowi połączenie Lucyfera, Chrystusa i Fausta, stając się przedstawicielem koncepcji „lucyferyzmu chrystusowego”. Należy przy tym dodać, iż Miciński dostrzegał w niej pewnego rodzaju aktywność realizującą wartości absolutne. Jak wskazuje Zbigniew Kuderowicz: „Lucyferyzm przybiera wielorakie postacie, jak egoizm, zbrodniczość, nietolerancja, miłość zmysłowa” [26]. Jest on koncepcją zawierającą w sobie dochodzenie do wiedzy oraz tworzenie, którego nieodzownym czynnikiem staje się cierpienie. Nie można bowiem działać bez walki i zmagań z przeciwnościami. Wewnętrzne rozdarcie powoduje niepewność, która przejawia się jako siła dezintegrująca. Brak spójności staje się zatem przyczyną zarówno konfliktów narodowych, społecznych, jak i religijnych. Co istotne, zdaniem Micińskiego lucyferyzm jest niezbędnym elementem ludzkiej egzystencji. To dzięki niemu człowiek czuje się spełniony, ma zdolności twórcze. Autor wielokrotnie wspomina o Lucyferze, stawiając go na równi z Chrystusem:

Miałem jednak dane mniemać, że jak Chrystus rządzi w sferach religii naszych uczuć – w sferach Miłości, wyższej nad zmysłowość – tak Lucyfer jest Królem naszych Jaźni w dziedzinie Wiedzy. (XF, s. 79.)

W owej rywalizacji zdecydowanie zwycięża jednak Lucyfer, bowiem staje się on nośnikiem zła wpisanego w tajemnicę życia [27]. Jak zauważa Henryk Dubowik: „Postać Lucyfera jest więc u Micińskiego symbolem określonej postawy wobec życia, jest towarzyszącą człowiekowi stale pokusą i refleksją” [28]. Autor prezentuje dokładną definicję lucyferyzmu, utożsamiając go z poczuciem mocy, z żywiołem. Zaspokaja on popędy życiowe, pomaga osiągnąć wiedzę. Okazuje się być nieodłącznym zjawiskiem, czymś więcej niż tylko metafizyczną koncepcją:

Ale Lucyfer nie był dla nas tylko mitem czy symbolem. Wyczuwaliśmy jego obecność w Kosmosie, razem rozmyślaliśmy o Lucyferze i jego straszliwej samotni. (XF, s. 81.)

Ksiądz Faust jako przedstawiciel narodu staje się reprezentantem koncepcji Micińskiego [29]. Łącząc w sobie cechy lucyferyzmu staje się jednym z ludzi, nie tracąc przy tym znamion boskości. Jak bowiem zauważa Michał Głowiński: „nie można mitowi nadać takiej postaci, która nie miałaby jakichś, choćby minionych zapowiedzi w przeszłości” [30]. Faust jest przedstawicielem dwóch światów: ludzkiego i boskiego. W jego losy wpisany zostaje trudny temat śmierci, a jego działania stają się asumptem do pytania o istotę człowieczeństwa [31]. O jego przynależności do magicznego świata świadczyć mogą demoniczne zdolności, uczestnictwo w wydarzeniach sprzed wieków oraz bogactwo doświadczeń. Mag przyjmuje pozę Mistrza, starając się poprowadzić bohatera przez meandry swej skomplikowanej biografii. Tym samym Miciński powiela w swym utworze popularny motyw Mędrca-Przewodnika. Jak wskazuje Jan Prokop:

Przewodnik-Nauczyciel wyprowadza ucznia poprzez grożące niebezpieczeństwa ze stanu niedojrzałości i niewiedzy. Otwiera mu wszystkie bramy wtajemniczeń i objawia istotę rzeczy. Uczy go poznać świat i siebie samego, odkrywa mu piekło i niebo i pokazuje w jaki sposób należy zintegrować wszelkie doświadczenia w harmonijną całość. Mistrz wyprowadza adepta z osaczenia. Jego mądrość pomaga uczniowi osiągnąć dojrzałość [32].

Faust opowiada o walce chuci z ofiarnością, o powołaniu, o dostrzeżeniu własnej demoniczności i odkryciu mocy. Jego historia wydaje się być opowieścią buntownika, osoby szalonej. Tak naprawdę bowiem ksiądz sam kreuje się na postać niezwykłą, przypisując sobie pewnego rodzaju boskość, obnażając przed słuchaczem proces śmierci i zmartwychwstania, dochodzenie do jedności z absolutem [33]. Nazwany zostaje apostołem, który:

Ma uczniów swych, towarzyszów i mistrzów nawet: z nimi w kuźnicy czynu natchnionego – tworzą... odgadnij!... skrzydła!! Tak, niczego ludziom nie potrzeba więcej niż skrzydeł. (XF, s. 155.)

Ksiądz w swej opowieści decyduje się zrzucić z piedestału dawnych bohaterów, nie omijając w swych poczynaniach Boga. Jednocześnie stara się pokazać katastrofizm świata, dramat współczesnych, którzy w zestawieniu z teraźniejszością gubią się, nie mogąc odnaleźć sensu własnej egzystencji. Świat w takim ujęciu jawi się jako swoista Wieża Babel, w której:

Kainy współczesne zabijają dusze, a my uśmiechamy się z obojętnością chińskich marionetek. (XF, s. 11.)

Troski indywiduum mieszają się z potrzebami zbiorowości. Konrad do którego porównany zostaje Faust, podobnie jak w utworze Adama Mickiewicza, staje się współczesnym Prometeuszem walczącym o przyznanie boskiej władzy nad światem. Rzuca się w wir walki z bogami i nawykami upadłych ludzi. Jednocześnie zdaje on sobie sprawę z ludzkiej małości i bezsensowności własnych poczynań:

Człowiek-Prometeusz, z swymi słabymi zmysłami, z swym rozumem, a nawet intuicją i ekstazą – znajduje się wobec takich bezmiarów, że jeśliby całą wiedzę zdobytą sprowadzić do alfabetu, ludzkość dopiero jest w alfie. [...] Wniosek, że niepodobna ani nie wolno wyłamywać się z praw tego świata; nie wolno gardzić materią, wiedzą, doświadczeniami, nawet zmysłowością i zwątpieniem! (XF, s. 199.)

Poprzez stronnice powieści czytelnik poznaje kolejne etapy wtajemniczenia Piotra, jego drogę dochodzenia do prawdy. Miciński, kreując tę postać nawiązuje do motywu ślepca, łącząc go z toposem wędrowca-tułacza, który stara się zrozumieć skomplikowany mechanizm życia [34]. W pewien sposób opowieść ta stanowi proces puryfikacji, inicjację zagubionego człowieka, ratowanie upadającego społeczeństwa [35]. Jak wskazuje Wojciech Gutowski: „Piotr przejmuje od swego nauczyciela nie tylko zasób wiedzy, lecz przede wszystkim dyspozycję aktywnego dążenia do prawdy” [36]. Faust otwiera się przed rewolucjonistą, a jego opowieść staje się swoistym rachunkiem sumienia. Historię tę uzupełniają wypowiedzi Imogeny, która: „odkrywa najbardziej stłumione, naganne przeżycia” [37]. Świat przez nią ukazany jawi się jako zły i amoralny. Religia w takim ujęciu łączy się z cielesnością, a duchowość jest jedynie maską do ukrycia niepohamowanych instynktów. Życie ludzkie okazuje się być zbiorem sprzecznych elementów:

Życie jest świętością, jak nie było jeszcze świętych, i wraz potworem, jak nie było jeszcze potworów.
Obok heroicznych przejawów drzemią w nas instynkty dawniejsze niż te czasy, gdy dzikie
hordy zjeżdżały z wyżyn Pamiru w żyzne fiordy wielkiego morza, które falowało na dzisiejszym Gobi...
Instynkty mądre i okrutne jak instynkt os rozbójniczych, które paraliżują swą ofiarę, aby nie mogła poruszyć się...
Gąsienica, której tylko nerwy ruchu są nakłute jadem, wegetuje, zostając świeżą strawą dla poczwarki przez całe sześć tygodni, gdy jest pożerana żywcem. (XF, s.77.)

Rzeczywistość staje się okrutnym koszmarem sennym, gdzie każdy ma prawo do sprawowania władzy. W opowieści Imogeny nie ma bowiem podziału na istoty realne i fantastyczne. W świecie bohaterki religia łączy się z okrucieństwem, modlitwa zastąpiona zostaje brutalnością, a realizm miesza się z absurdem. Występują przy tym równolegle ujęcia patetyczne i groteskowe [38]. Zespolenie sfery sacrum i profanum dokonuje się tutaj na kilku płaszczyznach, z czego najistotniejszą zdaje się być poddanie się instynktom, a w szczególności chuci. W młodopolskich orgiach elementem znaczącym okaże się żywioł regresu, o wyraźniejszej niż krew (nieodzowna w perwersyjnych orgiach) negatywnej semantyce [39]. Bohaterowie chętnie oddają się szaleńczym tańcom, zaspokajając w ten sposób potrzeby fizyczne i duchowe. Swoim zachowaniem pokazują potrzebę sadyzmu i nekrofilii. W ten sposób Miciński odwołuje się do bachtinowskiej karnawalizacji, w której: „orgia przeciwstawia totalną wizję pełnego bogactwa życia, gdzie mieści się góra i dół, mózg i brzuch, piękno i brzydota, radość i śmierć w groteskowym przemieszaniu” [40]. Ogarnięci szałem, doskonale wpisują się w chaotyczny świat niewiary i poczucia zagubienia. W swym postępowaniu dopatrują się oni przeżyć metafizycznych. Zbyt ciasne więzy dogmatów kościelnych powodują, że bardzo chętnie oddają się niepohamowanej wolności:

Rozgłośny bachancki śpiew był mi odpowiedzią: dla nich było to umówionym sygnałem do rozpoczęcia orgii. Dobyli noży i szpad, zaczęli z furią walczyć. Nawet zakonnice wmieszały się do zaciekłego boju. Religia światła z nich odpadła jak koszule, które ściągnęły. Wyciemniły ze siebie religię czaru, wpiekłowzięć, czeluści Inferna, zwiedzanych przy gromnicach żądzy – niby kapłanki Sziwy zaśpiewały pieśń złowieszczą. Rozpoczął się wir tańców, zgaszono światło – już nie można było dojrzeć niczego. (XF, s. 87.)

Tak naprawdę jednak ów nieokiełznany taniec pokazuje samotność i tragizm jednostek. Bohaterowie zdają sobie sprawę z własnego położenia i dlatego właśnie szukają drogi wyjścia. Taniec zatem staje się wynikiem alienacji jednostek: „wolnych, a więc nieobronionych” [41]. Dzikość postaci oraz ich brutalność ukazują kult Dionizosa, który łączył w sobie: „witalizm i melancholię, biologizm i mistycyzm, ogień i wodę, pierwiastek męski i żeński” [42]. Erotyzm w powieści jawi się jako nieodzowny element sfery sacrum, który, mimo iż pierwotnie zdaje się ją burzyć, tak naprawdę jedynie ją dopełnia. Wszystko w świecie ukazanym przez Micińskiego zmienia swe dawne miejsce, burząc dotychczasowy ład. Dysharmonie wprowadzane są celowo, uzupełniają otaczającą rzeczywistość, niejako ją wzbogacając. Religia w obrazie Micińskiego nie może istnieć bez aktu seksualnego, spokój bez morderstwa, a radość bez ofiar. Zespolenie się sfer sacrum i profanum w ostatecznym rozrachunku staje się tak silne, że zanikają pomiędzy nimi jakiekolwiek różnice, tworząc jedną, pozornie tylko chaotyczną całość. Miciński na tle owego misterium stara się wykazać upadek ludzkości, wszechobecny katastrofizm. Imogena w swej opowieści porusza zatem kluczowe zagadnienia dla ówczesnego społeczeństwa. Jednocześnie staje się wieszczką czytającą z kart przeszłości narodu. Niczym wyrocznia otwiera przed Piotrem zakazane rewiry życia. Wprowadzając postać kobiety – hermeneutki autor ukazuje złożoność międzyludzkich relacji, szukanie celu egzystencji. Wspólna droga prowadzi każdego z bohaterów do swoistego wyzwolenia: księdza i Imogenę wyprowadza z mroków pamięci, a Piotra z pesymistycznej wizji świata [43]. Śmierć Fausta nie kończy jednak jego misji. Tak naprawdę uwiarygodnia ona jedynie jego poglądy, ukazując przy tym rytualną ofiarność bohatera. Piotr będąc oświeconym, porzuci rolę rewolucjonisty i pretendować będzie do miana „apostoła mocy duchowej” [44]. Jego dalsza droga wiązać się będzie zatem z nauczaniem, przekazywaniem prawdziwej wiedzy.

Całość stanowi niejako misterium, w którym czołowe role należą do przedstawicieli świata religii, sekt, nauki i literatury. Te przeciwstawne zjawiska jeszcze bardziej podkreślają chaotyczny charakter utworu. Na tle mrocznej scenerii rozgrywa się walka o dusze ludzi. Widać zatem oświeconego księdza oraz sceptycznego Piotra, dla którego walka Fausta zbudowana jest z elementów groteski i absurdu. Prowadzony przez magiczne labirynty, powoli zaczyna rozumieć sens powrotu do źródeł, w których odnaleźć można istotę człowieczeństwa. Ukazując dojrzewanie bohatera, Miciński prezentuje to, co dla jego twórczości najważniejsze [45], stając się „Słowackim swego czasu” [46].



Przypisy:

[1] L. Krzywicki, cyt. za: T. Wróblewska, Recepcja czyli nieporozumienia i mistyfikacje, [w:] Studia o Tadeuszu Micińskim, pod red. M. Podrazy-Kwiatkowskiej, Kraków 1979, s. 63.
[2] Zob. W. Bolecki, Poetycki model prozy w dwudziestoleciu międzywojennym, Wrocław 1982, s. 33.
[3] L. Pomirowski, Walka o nowy realizm, Warszawa 1933, s. 45-46.
[4] W. Bolecki, op. cit., s. 5.
[5] Tadeusz Miciński poprzez liczne „erudycje” wprowadzał do utworu obce nazwy, nazwiska postaci oraz daty historyczne. Jak napisał Włodzimierz Bolecki: „Towarzysząca żywiołowości cytatów i encyklopedycznych omówień różnych zjawisk cywilizacji terminologia specjalistyczna była traktowana jako antyliteracka, obca polszczyźnie powieści”. (Ibidem, s. 27.)
[6] Należało bowiem wyjść poza standardowe odczytanie powieści, burząc dotychczasowe poglądy, jakoby: „Definicja dobrej prozy jest następująca – odpowiednie słowa na odpowiednich miejscach. (...) Słowa w prozie powinny wyrażać znaczenie zamierzone (intended) i nic więcej, jeśli natomiast przyciągają one do siebie uwagę, to jest to, generalnie rzecz ujmując, błąd”. (L. Doležel, cyt. za: Ibidem, s. 5.)
[7] Zob. Ibidem, s. 41.
[8] W takim odczytaniu owa powieść stanowić może doskonały zbiór informacji o samym autorze, ujmując „workowatość” jako jedną z pozytywnych kategorii estetycznych. (Zob. E. Dąbrowska, Sztuka albo życie. Estetyka modernistyczna „Jedynego wyjścia” S. I. Witkiewicza, Kraków 2005, s. 112.)
[9] S. Eile, Antypowieść Micińskiego a estetyka młodopolska, [w:] Studia o Tadeuszu Micińskim, op. cit., s. 115-116.
[10] S. Brzozowska, Klasycyzm i motywy antyczne w poezji Młodej Polski, Opole 2000, s. 97.
[11] Ibidem, s. 123.
[12] Zob. S. Eile, op. cit., s. 117-118.
[13] M. Głowiński, Mity przebrane, Kraków 1990, s. 7.
[14] O stosunku do mitycznych opowieści na przestrzeni wieków pisze o tym M. Eliade: „Od ponad półwiecza uczeni zachodni umieszczają badania nad mitem w perspektywie wyraźnie kontrastującej z ujęciem, powiedzmy, dziewiętnastowiecznym. Zamiast traktować, tak jak to czynili ich poprzednicy, mit w potocznym tego słowa znaczeniu, to znaczy jako baśń, zmyślenie, fikcję, przyjęli oni takie jego rozumienie, jakie spotkać można w społecznościach archaicznych, w których mit oznacza – przeciwnie – historii prawdziwą, historię, która ma niezwykłą wartość, ponieważ jest święta, brzemienna w znaczenia i pouczająca”. (M. Eliade, cyt. za: T. Mizerkiewicz, Stylizacje mityczne w prozie polskiej po 1968 roku, Poznań 2001, s. 35.)
[15] Elżbieta Rzewuska wprost pisze o celu Micińskiego: „Twórczością swą chciał poeta dokonać przełomu w życiu narodu”. (E. Rzewuska, O dramaturgii Tadeusza Micińskiego, Wrocław 1977, s. 9.)
[16] T. Miciński, Xiądz Faust, Kraków 2008, s. 151. (W dalszej części pracy dla utworu Xiądz Faust Micińskiego będę operować skrótem XF)
[17] Zob. T. Mizerkiewicz, op. cit., s. 30.
[18] Tadeusz Miciński przytacza wizję Boga, który porzuca ludzi. Powiela tym samym gnostycką wizję mówiącą, iż: „osamotniony, pozbawiony wszelkiej podpory ze strony świata człowiek mógł nadal kierować swe serce ku pozaświatowemu Bogu, ale ów Bóg jest z istoty Bogiem nieznanym – agnostos theos – a w jego stworzeniu nie sposób dostrzec oznak jego istnienia.” (H. Jonas, Religia gnozy, przeł. M. Klimowicz, Kryspinów 1994, s. 341.)
[19] XF, s. 71.
[20] Wspomina o tym także Wojciech Gutowski, pisząc: „Poglądy religijne Micińskiego dają wyraz postawie programowo antykonfesyjnej i bezwyznaniowej, antyfideistycznej i antyateistycznej”. (W. Gutowski, Wprowadzenie do Xięgi Tajemnej. Studia o twórczości Tadeusza Micińskiego, Bydgoszcz 2002, s. 158.)
[21] Ibidem, s. 340.
[22] Tym samym Miciński przyznaje rację Newmanowi, który porównywał dowodzenie wiary do tortur. (Zob. Ibidem, s. 160.)
[23] O owej przyczynie wspomina w swej książce Richard Dawkins: „Muszę jednak tylko po raz kolejny powtórzyć, że „ukojeniowy” aspekt jakichkolwiek przekonań nie ma żadnego związku z ich prawdziwością. Nie śmiałbym zanegować ludzkiej potrzeby emocjonalnego komfortu i nie śmiałbym tez stwierdzić, że wizja świata, jaką przedstawiam w swojej książce, może rzeczywiście pocieszyć chociażby tych, którzy stracili bliska sobie osobę. Pytam natomiast – czy, jeśli ukojenie, jakie daje religia, opiera się na neurologicznie więcej niż nieprawdopodobnej przesłance, iż możemy jakoś przetrwać śmierć własnych mózgów, naprawdę chcemy takiego ukojenia bronić?” (R. Dawkins, Bóg urojony, przeł. P. J. Szwajcer, Warszawa 2007, s. 30.)
[24] W. Gutowski, op. cit., s. 163.
[25] Zob. W. Gutowski, Posłowie, [w:] T. Miciński, Xiądz Faust, Kraków 2008, s. 477.
[26] Z. Kuderowicz, Historia i wartości integrujące, [w:] Studia nad Tadeuszem Micińskim, op. cit., s. 171.
[27] Zło bowiem zakorzenione jest w ludzkiej egzystencji, wpisane w losy ludzi, staje się czymś naturalnym, wszechobecnym. Jak dostrzega Zbigniew Kuderowicz: „Zagadnienia zła jako zjawiska społecznego czy indywidualnego, jego przyczyn i źródeł Miciński nie objaśnia przy pomocy analizy przebiegu wydarzeń historycznych, jak zwykli postępować historycy”. (Ibidem, s. 168.)
[28] H. Dubowik, Fantastyka w literaturze polskiej. Dzieje motywów fantastycznych w zarysie, Bydgoszcz 1999, s. 176.
[29] Czuje się on zdecydowanie silniej związany z Lucyferem niż Chrystusem: „Wejrzałem już, zostaję z Lucyferem jako jedyną realną metafizyką życia”. (XF, s. 104.)
[30] M. Głowiński, op. cit., s. 92.
[31] Zob. J. Ławski, Erudycja – indywidualizacja – inicjacja. O Xiędzu Fauście Tadeusza Micińskiego, [w:] Z problemów prozy. Powieść inicjacyjna, pod red. W. Gutowskiego, E. Owczarz, Toruń 2003, s. 175.
[32] J. Prokop, Żywioł Wyzwolony. Studium o poezji Tadeusza Micińskiego, Kraków 1978, s. 218.
[33] Ksiądz nie unika porównań do Chrystusa, uznając swą ofiarność za niezwykle szlachetną. Jednocześnie przyznaje, że noszenie na barkach cierpień ludzi nie jest czymś łatwym. W pewnym momencie przyznaje: „Okropny ból ramienia mdlejącego – gdyż byłem rozpięty na krzyżu, zamiast Chrystusa”. (XF, s. 112.)
[34] Zob. M. Podraza-Kwiatkowska, Symbolizm i symbolika w poezji Młodej Polski, Kraków 1975, s. 159.
[35] Zob. Ibidem, s. 235.
[36] W. Gutowski, Posłowie..., op. cit., s. 479.
[37] Ibidem, s. 497.
[38] Zob. H. Dubowik, op. cit., s.177.
[39] Zob. W. Gutowski, Nagie dusze i maski. O młodopolskich mitach miłości, Kraków 1997, s. 38.
[40] J. Prokop, op. cit., s. 247.
[41] XF, s. 153.
[42] S. Brzozowska, op. cit., s. 132.
[43] H. Dubowik, op. cit., s. 481.
[44] XF, s. 227.
[45] Za najważniejsze w twórczości Micińskiego Stanisław Ignacy Witkiewicz uznaje: „głębokie tło metafizycznych przeżyć, tło nieskończoności, tajemnicy bytu, nie obniżone i nie nadryzione ani płytkim, półświadomym materializmem, ani zbyt doskonałym systemem filozofii dyskursywnej”. (S. I. Witkiewicz, cyt. za: T. Wróblewska, op. cit., s. 24.)
[46] K. Czachowski, cyt. za: Ibidem, s. 28.


Literatura:

T. Miciński, Xiądz Faust, Kraków 2008.
W. Bolecki, Poetycki model prozy w dwudziestoleciu międzywojennym, Wrocław 1982.
S. Brzozowska, Klasycyzm i motywy antyczne w poezji Młodej Polski, Opole 2000.
R. Dawkins, Bóg urojony, przeł. P. J. Szwajcer, Warszawa 2007.
E. Dąbrowska, Sztuka albo życie. Estetyka modernistyczna „Jedynego wyjścia” S. I. Witkiewicza, Kraków 2005.
H. Dubowik, Fantastyka w literaturze polskiej. Dzieje motywów fantastycznych w zarysie, Bydgoszcz 1999.
S. Eile, Antypowieść Micińskiego a estetyka młodopolska, [w:] Studia o Tadeuszu Micińskim, pod red. M. Podrazy-Kwiatkowskiej, Kraków 1979.
M. Głowiński, Mity przebrane, Kraków 1990.
W. Gutowski, Nagie dusze i maski. O młodopolskich mitach miłości, Kraków 1997.
W. Gutowski, Posłowie, [w:] T. Miciński, Xiądz Faust, Kraków 2008.
W. Gutowski, Wprowadzenie do Xięgi Tajemnej. Studia o twórczości Tadeusza Micińskiego, Bydgoszcz 2002.
H. Jonas, Religia gnozy, przeł. M. Klimowicz, Kryspinów 1994.
Z. Kuderowicz, Historia i wartości integrujące, [w:] Studia nad Tadeuszem Micińskim, pod red. M. Podrazy-Kwiatkowskiej, Kraków 1979.
J. Ławski, Erudycja – indywidualizacja – inicjacja. O Xiędzu Fauście Tadeusza Micińskiego, [w:] Z problemów prozy. Powieść inicjacyjna, pod red. W. Gutowskiego, E. Owczarz, Toruń 2003.
T. Mizerkiewicz, Stylizacje mityczne w prozie polskiej po 1968 roku, Poznań 2001.
M. Podraza-Kwiatkowska, Symbolizm i symbolika w poezji Młodej Polski, Kraków 1975.
L. Pomirowski, Walka o nowy realizm, Warszawa 1933.
J. Prokop, Żywioł Wyzwolony. Studium o poezji Tadeusza Micińskiego, Kraków 1978.
E. Rzewuska, O dramaturgii Tadeusza Micińskiego, Wrocław 1977.
T. Wróblewska, Recepcja czyli nieporozumienia i mistyfikacje, [w:] Studia o Tadeuszu Micińskim, pod red. M. Podrazy-Kwiatkowskiej, Kraków 1979.

Jest Poezja! Józef Baran, wiersze najnowsze



Małżeństwo

Zosi
wyruszałem w tę podróż
jak na studencki piknik
bez niezbędnego ekwipunku
z plecaczkiem podszytym wiatrem

wybierałaś się na tę wyprawę
nie znając mnie prawie wcale

czy mogliśmy przewidzieć
ten wiatr w oczy
morza pustynie zasieki
czyhające w oddali

to prawda
morze rozstępowało się pod naszymi stopami
w takt marsza weselnego
ale zaraz potem
powróciło na stałe miejsce

40 lat
brnięcia przez pustynię
fatamorgana piasek w oczy
Sny o Ziemi Obiecanej
i o
odpoczynku
który nigdy nie następuje

wielbłądy
dźwigające na plecach
obok bukłaków szczęścia
tysiąc wzajemnych trosk
i urazów
od których nie zawsze udawało się
uwolnić

po drodze
tęcze
miriady
zwodnych gwiazd
i księżyców
gubienie się z oczu
i schodzenie na powrót

miałaś na głowie
dom z krzyczącymi dziećmi
i
zasłużyłaś
na niejeden order
anonimowa
jak wiele
cichych bohaterek
codzienności

cóż mogłem ci dać
za oparcie
akrobata cyrkowy
na dromaderze
zajęty zawsze na boku
cyrkowymi sztuczkami:
połykaniem ognia
ujeżdżaniem krnąbrnych słów
ściganiem się z własnym cieniem

błąd poganialiśmy błędem
bo wszystko zdarzało się
pierwszy raz

i nie było to zwykłe hop-siup
na pagórek
lecz
maratońska
burzliwa
wspinaczka

mieniłem się nastrojami
bardziej od zmiennych ustrojów
dziś prawie nie mam nic wspólnego
z tym kim byłem kiedyś

a jednak
dopisało nam
szczęście mimo że pisane
na chmurach i piasku
i większość z tego
co zamierzyliśmy
koniec końców się spełniało
a nawet o niebo więcej
choć wiele karawan
z pozoru szczęśliwszych
rozwiał dawno pustynny wiatr

wciąż brniemy razem
przez piaski Sahary
i
gdzie daleko w tyle za nami
choć w zasięgu serca
nasze dzieci
z wnukami
skaczącymi jak
koźlątka
co mają
w oczach tysiąc
wesołych
gwiazdek



Macierzyństwo

Ewie

Coś się od ciebie odrywa
Coś co jest tobą i nie-tobą
Coś się od ciebie oddala
Stając się osobną osobą

Chcąc nie chcąc się rozpoławiasz
Na siebie i na nie-siebie
Za tamtą tęsknisz tym mocniej
Im łatwiej obywa się bez ciebie

Podobnie księżyc w nowiu
Dzieli się na dwie części
Ta druga rośnie kosztem pierwszej
Zapadając się w mroku świecisz



Radość oczekiwania albo pieśń nad pieśniami
koguci heroldowie
na cztery strony świata
rozgłosili hejnał poranka
który niesie się
wysoko daleko

i gołębie wprost
nie mogą się w sobie
pomieścić z radości

zataczają
nad wielką równiną
srebrne koła

kwiaty
trawy
zioła
poobwieszane brzemiennymi rosami
przemienionymi
pod dotknięciem świtu
w kolie pereł

cała łąka
skrzy się
od uśmiechów
porannych ros
nadziewanych słońcem

gdy wszędzie
jak okiem sięgnąć
na horyzoncie
jawią się
oczekującej
słoneczne twarze
jej ukochanego
powracającego
po długiej rozłące

i gdy wszystkie
drogi
dróżki wybiegają mu
naprzeciw
i rozbiegają się
po nieboskłonach



Coranny lipcowy cud

zbudzić się by usłyszeć że kogut wypiał kolejny świt.
a jego pianie rozchodzi się kręgami po widnokręgach

prawie słyszeć plask brzasku o szybę

trzymać w ręku klucz poranka do Wszechświata
i do
najczystszej gamy istnienia
przez ptaki
wyśpiewanej

w hołdzie Najjaśniejszemu Słońcu
który ogrodzie zwiastuje znów

coranny cud

Borzęcin, 2011



Elegia późnego września

wrzesień. jeszcze się niesie trzepotliwy
chichot ważek nad tatarakami
lecz już po wystrzyżonych ścierniskach pól
ciągnie tren promieni słońce - paw ze złamanymi skrzydłami

wrzesień. z wolna skapuje z czereśni i jabłonek
złotolistna patoka
jesień wytacza armatnie kule dyń
szykując się do ostatniego ostrzału lata

wrzesień. pierwsze wiatry urwały się z łańcucha
i roznoszą między drzew wierzchołkami
niespokojne wieści o swych dalekich wojażach
jakby chciały wyprowadzić ogród z równowagi

wrzesień. jeszcze koguty pieją słoneczne hejnały
lecz już rzeki płynąc i płynąc
pluszczą o osamotnieniu

z zieleni na jaw wyszły zamaskowane cmentarze
przypominając coraz natarczywiej
o swym ISTNIENIU

Borzęcin, 2011

Jest Poezja! Maciej Cisło, wiersze najnowsze



Kos po chińsku wygina głos

Kos po chińsku wygina głos.
Leżę w trawie i robię nic.
W lustrach stawu – obłoków stos.
Kos po chińsku wygina głos.
Miast wykuwać ze spiżu los,
Żyję lekko: słuchacz i widz.
Kos po chińsku wygina głos.
Leżę w trawie i robię nic.



Łyżka i nóż

Kobieta to jest łyżka,
Ale mężczyzna to jest nóż!

Anna Janko


Kobieta to jest łyżka,
Ale mężczyzna to jest nóż!
Siedzi w nim kawał opryszka.
Kobieta to jest łyżka –
Lecz bywa, że i modliszka!
A wtedy oczka zmruż…
Kobieta to jest łyżka,
Ale mężczyzna to jest nóż!



Umówmy się na jakiś znak z tamtej strony

Umówmy się na jakiś znak z tamtej strony,
Gdyby jedno z nas miało umrzeć wcześniej.
Może to będzie mały listek zielony?
Umówmy się na jakiś znak z tamtej strony.
…Liść podpisany imieniem, wrzucony
Do skrzynki na listy (na jawie, czy we śnie).
Umówmy się na jakiś znak z tamtej strony,
Gdyby jedno z nas miało umrzeć wcześniej.

Jest Poezja! Roman Kaźmierski CIEŃ W CIEŃ (2)



Biała noc w Ö.

(1)
Z łokciami na parapecie w otwartym oknie
to sposób znalezienia dziury w całej
widzialności. Przez nią udaje się wydostać stąd,
poszybować między ludzi nad brzegiem
rzek i jezior, w obłoki pamiętane z dzieciństwa,
choć było cudze, każdego prócz siebie, niczyje.

(2)
Tam leży mój pies pogrzebany, w kącie
ogródka, co już nie jest mój, w miejscu
gdzie przedtem rósł bez, ale zmarniał,
więc go wyciąłem. A tam na miedzy,
wzdłuż pobliskiej łąki za więzieniem,
psim zwyczajem zagrzebał niejedną kość.
Gdy ją wykopie archeolog, będzie jedną
z moich, białą i gładką jak z plastiku.

(3)
Marginesy rosną. Często biorę je
za tekst główny, z czasem i miejscem.
O akcji zapominam, gdy w jasną noc
siedzę na balkonie, który też się powiększa.
Wprawdzie nie da się tutaj jeździć rowerem,
ale ze dwadzieścia osób pomieści:
my, wy, oni, zastępcy i następcy,
obecni bez użycia przemiłej przemocy.
Spokojnie popijamy, rozmawiamy
półgłosem o winach, szeptem
o zbawieniu chociaż jednej cząstki
elementarnej. Noc zwie się białą,
ale każdy odcień oddala się od bieli jak ty
od ja. Na zachodnim marginesie nieba
nie widać ciał niebieskich, ogniki
papierosów zastępują gwiazdy.
Żartujemy o tym, co różni kosmos od chaosu,
Czy pustka to wakacje od bycia sobą,
czy kimś innym? Gadamy o niczym
do białego dnia, przykładamy się do rana.



Czarny pies

(1)
Plastikowy worek na głowie: świat bez literatury
wygląda jak przez mgłę, w łazienkowym lustrze,
gdy rano szuka się twarzy, a znajduje folię
opakowania. Szelest, za plecami czarny pies,
tym bardziej realny, im trudniej go dotknąć.
Z tabletki powstałeś, w preparat się obrócisz,
wersja dla zbudzonych przez własnego demonka.
Próbuje się z tego wyjść, ale zewnętrza brak.
W worku miejsce na dobytek: sreberko
po zdziecinniałej pralinie, żałoba
po minionych dnach. Na papierze papier.
Małomówny psie, prowadź, prowadź.

(2)
Ponoć czmychnął ze średniowiecznych ksiąg,
Goethemu przemknął w „Fauście”. Ostatnio
widziano go, gdy krążył po Australii:
nie dawał żyć i nie pozwalał zbyt łatwo umierać.
Les Murray chce opowiedzieć, lecz tylko pisze
następny wiersz. Ślady na piasku, znaki z piasku
stary, papierowy śnieg. Zamiast leżeć
pod bezpańskim płotem, waruje przy mnie.
Wierny jak pies, czarny jak pies. Nie chce
być symboliczny, łasi się śmierdząca śmierć.



Rodzaj literacki

Najgorszy w dramacie jest wrzask
o umieraniu, a nawet o życiu,
wściekłe okrzyki cierpienia i inne
wyszlochane drobiazgi.
A tu stopy cierpną, tyłek boli
od siedzenia na miękkim.
Płonie biblioteka w głowie,
a przynajmniej niezapominajki.
Moim zdaniem, twoim zdaniem,
zdaniem państwa umierającego
z miłości do siebie, tyle zdań,
że aż chce się zdać na milczenie.
Wymień autora, a tytuł
zaskwierczy, jakby przy kominku
w zimowy zmierzch ogłaszano
popielate końcówkę.



Poranna modlitwa do Pana Bloga

Czy obudziły mnie gwizdy kosa, czy daleki
bełkot wypuszczonych z nocnego klubu,
czy jest wpół do piątej w mocy
przemienić koszmar senny w łagodność
drugiego boku? Ach, znowu ten dualizm!
Nie ma trzeciego lub trzeciej, nawet
samotność na rynku promują najwyżej
dwuosobową. Robienie sobie jaj
z jednego „ja” lub drugiego.
Późną mamy Wielkanoc w tym mroku.
Żeby tylko zdążyć ze zmartwychwstaniem
przed długim, majowym weekendem.

Jest Poezja! Tomasz Sobieraj WŚCIEKLI LUDZIE



nieznajomi
eugeniuszowi tkaczyszynowi - dyckiemu
ludzie przychodzą tacy piękni
jak matka zanim denaturat
zabrał jej urodę
dając chorobę w zamian
to nie był dobry interes z jej strony
rzecki by na to nie pozwolił
denaturat to kompania niegodna ust
kaliope najady także wolą
nektar dzwonków leśnych

a oni przychodzą
zostają tylko butelki
dzwony rurowe
wystarczy napełnić wodą
do różnej wysokości
powiesić na sznurku obok siebie
i dies irae zabrzmi jak u mozarta
requiem dla chorej matki
brzmi jednak fałszywie



wspomnienie

tutaj paśliśmy krowy z tym małym
antkiem od gwaderów co to wpadł
pod kombajn i ucięło mu nogi
wrzeszczał wtedy a po chwili głowa
opadła mu bezwładnie jak
zerwany mak na łące
krew czerwona z zieloną trawą
nie dały nowego koloru
antek zapił się na śmierć octem
i benzyną jak miał szesnaście lat
a my kąpaliśmy się w rzece
kiedy on umierał rżnęliśmy jego
siostrę na brzegu kaczeńce
pamiętam
wystawały jej spomiędzy nóg
śmialiśmy się i piliśmy wino czarnoksiężnik
umierał bez nóg samotnie
ona potem zwariowała była u sióstr
teraz podobno oddaje się na dworcu
w mieście za piwo albo trzy złote
a mnie dalej śnią się kaczeńce
zapach trawy i nogi leżące na
zielonych źdźbłach obok kombajnu
w takich
tanich trampkach



matka

dobra matka kocha swoje dzieci
nie posyła ich na wojnę
nie pozwala by umierały
w nędznych szpitalach
dobra matka uczy swoje dzieci
chroni przed złem
nie okrada mówiąc
że potrzebuje na chleb
a idzie na wódkę

moja matka
jest bardziej macochą niż matką
nosi suknię biało-czerwoną
i krzyżyk na piersiach
a powinna mieć czarną
z trupią czaszką
mówię do niej mamo
z przyzwyczajenia
chociaż mną gardzi
jak większością swoich
dzieci

moja matka okrada mnie
i kłamie
chodzi pijana
oddaje się obcym w bramach
za łyk taniej wódki i papierosa
moja matka niczego nie uczy
poza kłamstwem
jej smutne dzieci umierają chore
w zawszonych barłogach
ale zawsze znajdzie pieniądze
na wojny i igrzyska

moja matka to zwykła kurwa
ale i tak ją kocham jak pies
kopany i lżony
który nie ma innego pana



miłość w mieście wojewódzkim

stara kobieta w bramie z butelką
denaturatu
szczerzy bezzębne usta
w uśmiechu
zaprasza swojego romea podciąga
spódnicę gładzi
dłonią uschniętą
zwiotczałe wargi sromu
romeo rzyga obok przemyka
szczur wlokąc martwego kota
dziecko wbiega prosto pod tramwaj
zgrzytają stalowe koła
szyny
julia odwraca głowę straszny to widok
mały jest sąsiadki spod szóstki idą do nory
w oficynie zażywać miłości
tylko to zostało
oprócz denaturatu i emtiwi



po lekturze czarnego kwadratu

tadeuszowi dąbrowskiemu

martin heidegger powiedział kiedyś
wciągając na kuchenny fartuch
opaskę enesdeape
że zapewne istnieje możliwość
rzeczowego związku pomiędzy
jajkiem i jajecznicą
jajko może mianowicie wpaść
w przestrzeń patelni wyzwalając
skwierczenie grę masła i szczypiorku
nigdy jednak jajko nie tworzy
dopiero
jajecznicy – odwrotnie zakłada ją
jajecznica żółta przestrzeń
ograniczona krawędzią patelni
daje wolne pole nie tylko
smakowi i zapachowi
tu także dźwięk rozbrzmiewa
i cichnie
wybucha i ginie

droga do nieskrytości różna jest od traktu
po którym musi błądzić opinia śmiertelnych
dodał jeszcze martin
podsycając płomień
książką tomasza manna

Recenzja: Dawid Brykalski, Magdalena Zaleska TAXI, TAXI!



HOMEROWIE POLSKIEJ ULICY


Autor: Jan Siwmir


„Ludzie to dziwni som” – mówi mój znajomy kolega, Waldek, i trudno się z nim nie zgodzić. Wprawdzie wcześniej to samo wyśpiewywał Niemen, a tak w ogóle powyższe stwierdzenie bywa przecież punktem wyjścia wielu filozofów, ale Niemena ani żadnego filozofa osobiście nie miałem przyjemności spotkać, a Waldka i owszem. Spotykam go codziennie jak wychodzę o piątej rano robić zdjęcia pająkom, biedronkom i ślimakom. Waldek zbiera butelki i dziwi się za każdym razem tak samo, że ja o nieludzkiej porze usiłuję zastygnąć w powykręcanych pozach i na bezdechu nad jakimś zielskiem. Widzę w jego oczach natychmiastowe przeliczniki: plecak z akcesoriami okołofotograficznymi – miesiąc picia, kurtka i buty – miesiąc picia z kolegami, sprzęt i aparat fotograficzny – miesiąc picia z kolegami czegoś lepszego niż zwykła siara.

Jak tak się sobie poprzyglądamy nawzajem, to dzień mam wrażenie dla nas obu zaczyna się bardziej satysfakcjonująco, bo z poczuciem własnej, może małej, ale istotnej odrębności.

Podobne uczucie miałem czytając „Taxi, taxi”. Zetknięcie światów, trochę podobnych, bardzo podobnych, różnych, odrębnych. I świadomość tej odrębności. Filozofia dialogu, gdzie spotkanie z drugim człowiekiem to coś więcej niż relacja człowiek – stół, człowiek – drzewo. Spotkanie jako wstęp do poznania czegoś, czego nigdy sami nie mielibyśmy okazji przeżyć, a więc i zrozumieć czy zaakceptować.

Przyjrzyjmy się galerii postaci występujących w tekście. Bohaterami są tu nie tylko ci, którzy zetknęli się bezpośrednio (autorzy i taksówkarze), ale i ci, którzy występują niejako „z drugiej ręki”, o których się mówi długo, i których losy coś w nas poruszyły, zostawiły ślad. Oto matka trzynastoletniej dziewczyny; nie pozwala pić córce, ponieważ jest na to za młoda, lecz wiek w żaden sposób nie jest przeszkodą dla zaspokajania żądz tatusia czy jego kolegów, matka jest z niej dumna! Kilku mężczyzn przewożących trupa przez granicę, żeby zaoszczędzić sobie formalności, niedojadająca babcia przeznaczająca wszystkie pieniądze na ulubione radio, ksiądz potrącający przechodnia i tuszujący przestępstwo, alkoholiczka wzywająca taksówki, żeby „podwiozły” jej alkohol na ósme piętro, bo mąż ją zamknął w domu...

Mnie najbardziej urzekła historia zakochanego, wychodzącego dzień w dzień o tej samej porze na stację z kwiatami, gdzie czekał na ukochaną, która od dawna już do niego nie przyjeżdżała. A on ciągle miał nadzieję... Taki niewielki obrazek świadczący o tym, że nie wszystko da się wycenić, przeliczyć i przeznaczyć na handel. Choć wielu osobom tak właśnie się wydaje.

A ile pysznych typów wśród taksówkarzy! Wszystkowiedzący jenerał, mający o sobie mniemanie, że gdyby tylko postawić go na czele armii, jednostki komandosów, albo choćby dać mu możliwość dowodzenia odziałem szturmowym, to ho ho ho, od razu historia, a właściwie Historia pisana przez duże „H”, zmieniłaby swoje oblicze. Kontrowersyjne refleksje byłego kata, nostalgia za zadymami jakie się w młodości organizowało „na dzielnicy”, „chwyty psychologiczne” byłego ZOMOwca, czy opowieści o duchach na pewno metodą plotki już obiły się nam o uszy, lecz niewiele osób tak przejmująco potrafi je opowiedzieć jak Dawid Brykalski i Magdalena Zaleska. Bo język, moi Państwo, to osobna sprawa w tej książce; język żywy, uliczny, taki jakim posługują się taksówkarze, ze swoistymi naleciałościami, konstrukcją stylistyczną, przekręceniami, potocznymi słowami i słowotwórstwem charakterystycznym dla „dzielnic” w danym mieście i niejednokrotnie zrozumiałych tylko przez kontekst. Nie ukrywam, że lubię takie opowieści. Twardo zakorzenione w realiach i stanowiące asumpt do przemyślenia raz jeszcze niektórych tematów. Nawet jeśli refleksje nie są z gruntu optymistyczne. Autorzy bardzo rzadko dają się ponieść komentowaniu, w większości opowiadań nie ma podsumowania, moralizowania i pokazywania swej wyższości. Szanują czytelnika i jego zdanie. Przypomina mi to reportaże Hanny Krall, oczywiście inne w formie, ale równie „nieingerujące”. Tej opcji, na miejscu autorów, byłbym się trzymał na przyszłość. Stąd moja sugestia, by przekonstruować lub w ogóle zrezygnować z historii „Hitler wciąż nie kaput”. Lecz to rzecz jasna moje zdanie.

Z drugiej strony, ze względu na język, nieodparcie nasuwa się skojarzenie ze Stanisławem Wiecheckim „Wiechem”, nazwanym przez Tuwima „Homerem warszawskiej ulicy”.

Tylko jedną historię zamieniłbym miejscami z inną. „Nie lękajcie się” to opowieść zamykająca według mnie pierwszy cykl opowiadań. Wejście autora w rolę taksówkarza. Popatrzenie na otaczające nas zjawiska jego oczami, opuszczenie swojego wewnętrznego świata, przeniknięcie w skórę innego człowieka i zmierzenie się z problemami nowego typu. Nie tylko koniec jest tu ważny, nie tylko słowa Papieża, ale także to o czym mowa na początku, bo tylko po podobnym doświadczeniu na słowa „Dwadzieścia eurosów reszty się dla was należy” można odpowiedzieć „Nie ma tematu”.

Cieszę się, że powstają książki zbudowane jak warstwy Shreka, lekkie w formie i z pozoru rozrywkowe, ale dla wnikliwego czytelnika niosące przekaz, o którym niełatwo zapomnieć.



Dawid Brykalski, Magdalena Zaleska „Taxi, taxi! Albo o ludziach, taksówkach i innych zwierzętach” część 1.

Esej: Joanna Turek FILOZOFICZNOŚĆ FOTOGRAFII, FOTOGENICZNOŚĆ FILOZOFII


Banał uchodzi za zaprzeczenie sztuki i jest w tym wiele racji, bo jakie znaczenie może mieć dzieło, które nie skrywa jakiejś o nas tajemnicy, nie jest naznaczone niedopowiedzeniem albo nie zaskakuje formą. Jednak nie jest też odkryciem spostrzeżenie, że banał dość często przyciąga uwagę artystów. Trzeba wrażliwości i kunsztu, aby szarym i przeciętnym przedmiotom przydać smaku poezji i sprawić, by stały się dla nas wyrafinowane i nabrały nowych, nieoczekiwanych znaczeń. Obiekty banalne utrwalił na swoich fotografiach Tomasz Sobieraj, tak też zatytułował poświęcony im cykl. Jakiego istotnego dla nas doświadczenia może szukać poeta i artysta w codzienności i skończoności?

Przeciętne i pospolite zwykle nie uosabia twórczo, nie zapładnia naszej wrażliwości, wyobraźni ani naszego myślenia. Dlatego mówimy, że jest banalne i – jeżeli nie posiada dla nas żadnej wartości użytkowej - traktujemy z pogardą. Banalne można nadepnąć, kopnąć przechodząc, cisnąć gdzieś lub co najwyżej obojętnie minąć. Szyderstwo bądź łaskawa obojętność, na nic więcej banał nie zasługuje w naszych przeciętnych oczach, o ile w ogóle zostanie przez nas dostrzeżony.

Wiele chyba nie zaryzykuję stawiając tezę, że im bardziej nijaki staje się człowiek, tym banalniejszy staje się postrzegany przez niego świat. Tak jak u Heideggera, w którego wywodach znajduję potwierdzenie dla moich przypuszczeń, im bardziej pochłania nas użyteczna strona bytu, zamieniając nasze codzienne życie w przyzwyczajenie, które – będąc oczywistym „samo przez się” - nie stawia przed nami trudności, nie wymaga od nas żadnego zaangażowania ani wysiłku, tym mniej w nas podmiotowości, zdolności do przeżywania i zdziwienia, a tym samym banalniejszy staje się nasz świat. Przyzwyczajenie powoduje utratę przez nas autentyczności, zatracenie „ja” w anonimowym „się”, jest pseudożyciem czy też pseudoegzystencją.

Przyzwyczajenie, rutyna, banał przysłaniają sens, zaciemniają prawdę o człowieku. W ich poszukiwaniu musimy więc wyjść poza oczywistość. Filozof powie o przekroczeniu, transcendencji, o pragnieniu odkrycia racji wszelkich rzeczy, źródła, w którym wszystko ma swój początek. Lecz nie dajmy się przy tym zmylić wyobrażając sobie, że w tym poszukiwaniu chodzi o coś, co nie dotyczy naszego marnego i skończonego świata, co – jako doskonałe i nieskończone - tak dalece nas przekracza, że nie pozostaje nam nic innego, jak tylko przyjąć wyrok skazujący na pośledniość. Znów wrócę do Heideggera, dla którego tkwiąca w nas metafizyczność, zdolność transcendencji najistotniejsza dla naszego ja i naszego świata sensów bierze się z doświadczenia skończoności. Najlepiej jednak będzie, kiedy sami zaczniemy szukać odpowiedzi na pytanie o transcendencję, o sensowność bądź bezsensowność naszego skończonego świata i naszych w nim projektów. To pytanie, tak jak odpowiedź na nie wymagają od nas oderwania się od przyzwyczajenia, wymagają naszego osobistego zaangażowania.

Egzystencja wymaga przebudzenia, tak pisał Heidegger. Jego początkiem jest zdziwienie, zaś pierwszą konsekwencją zdziwienia jest oderwanie od banału, od oczywistości. Wiedział o tym już Platon, który twierdził, że zdziwienie jest warunkiem uwolnienia się od świata pozoru. Cała ludzka moc jest w zdziwieniu. Zdziwienia, o którym tu mowa, nie opisuje psychologia. Ma ono sens ontologiczny jako konieczność bycia w świecie, warunek egzystencji, czyli naszej odysei po świecie sensów, możliwości, naszej wolności.

Do takiej wędrówki zaprasza nas Tomasz Sobieraj - pisarz i fotografik, w którego twórczości filozofia jest stale obecna. W tym przypadku kieruje swój obiektyw na rzeczy banalne, bezwartościowe, nieistotne, przez wielu nawet niezauważalne. Wyostrza, powiększa, tak jak u Antonioniego, bądź zmniejsza lub rozmywa. Nadaje formę, która w przypadku dzieła artysty staje się też treścią, przywołuje obiekty przefiltrowane przez swoją świadomość, co sprawia, że nie ograniczają ich arystotelesowskie kategorie substancji i przypadłości, czyli tego, co jest i jakie jest. Zawłaszcza bycie narzucając swą poetycką moc kształtowania naszego oglądu. Sobieraj myśląc, przeżywając, wyobrażając sobie poszukuje sensu dla siebie, a jednocześnie dla nas. Czy oderwie nas od zwyczajności, od banału, od świata oglądanego z perspektywy „się”? Czy w rzeźbionych przez Sobieraja rysach w byciu rozpoznamy też samych siebie? Czy wystarczy po prostu, że nas zdziwi. Filozofia i sztuka nie lubią gotowych odpowiedzi.


Tekst pochodzi z katalogu wystawy Tomasza Sobieraja „Banal Objects”; Fotoseptiembre USA - SAFOTO, Instituto Cultural de México, San Antonio, USA, 2011.

Opowiadanie: Andrzej Tchórzewski POLETKO TOWARZYSZA DZIUNKA


Co tu dużo gadać; w nowej budzie zaczęło się źle. Trzy dwóje na okres i czwórka ze sprawowania. Niby nic wielkiego. Na półrocze z tego wyjdę. Mam taką pamięć, że każdą lekcję mogę powtórzyć. Co do przecinka. Przestanę się kłócić z biologicą; niech jej będzie ten Miczurin i Darwin. I euglena viritis i tysiące raczych odwłoków. Podobno; bezpartyjna. Wierzyć się nie chce; w takiej tepedowskiej szkole, do której chodzą dzieci różnych partyjniaków. No, i wielbiciele Miczurina. Nadprogramowo. Bo Miczurin powinien być dopiero w jedenastej klasie, a nie w dziesiątej. Ktoś musiał donieść, pewnie dziewczyny. Bardzo ją lubią, że taka elegancka i opanowana. Wychowawczyni! Na lekcjach wychowawczych, to albo trójki klasowe, żeby się zmieniały, albo znów Miczurin czy Łysenko, poszerzanie horyzontów. Pewno większość z was chce iść na medycynę. A tam jest egzamin z biologii. Jeszcze trochę za wcześnie, ale już musicie myśleć, zastanowić się. Biologia zawsze jest przydatna.
„Zwłaszcza w Zoo” – powiedziałem półgłosem. Chłopaki w śmiech. Chyba usłyszała. ZOO jeszcze nie mamy w naszym mieście…
Wkrótce będzie i zoo. Wtedy zaczniemy chodzić, prowadzić dzienniczki obserwacyjne, dyskutować. Tymczasem jestem w stałym kontakcie z naszą Akademią Medyczną. Dawniej był to wydział lekarski Uniwersytetu. Dziś samodzielna uczelnia przygotowująca wspaniałe kadry dla naszego kraju. Tak, mamy dużo do odrobienia. Poziom oświaty sanitarnej na wsi jest niski. Dziedzictwo sanacji. Teraz zachorowalność na gruźlicę spadła do zera. Nie ma już wszawicy, tyfusu. Zapewne, czytaliście na polskim jak wkładano dziecko do pieca na trzy zdrowaśki. A dziś? Proszę; leczy się nowocześnie, nie fideistycznie. Sanatoria, prewentoria, ultradźwięki.
I tak zazwyczaj biologiczka nawijała na lekcjach wychowawczych, chyba, że dziewczyny się ze sobą pokłóciły albo Józio z Wackiem pobili na przerwie. Z poważniejszych spraw, dłużej omawianych leciało: nieprzygotowanie codziennych prasówek, tarcze, mundurki, schludność uczniowska. Spóźnialscy i nieusprawiedliwiona nieobecność. Z tym, miałem spokój. Trener dzwonił albo z Klubu wędrowało pismo, żeby mnie zwolnili na zawody czy obóz kondycyjny. Z „pierwszej a” nie zrezygnowałem, przeciwnie, kupiłem sobie Ozolina „Trening lekkoatlety”. Pan Rysio obejrzał książkę.
- Że, ty, choroba, zawsze mi jakąś zagwozdkę przygotujesz. No, niezła, niezła. Wiesz z tymi wkładkami ołowianymi i biegiem po stromej ścieżce pod górę, to sam bym nie wpadł. Zastosuję, obowiązkowo. Trzymaj się tego ozolina. Wprawdzie w sprintach dobrzy są Amerykanie, zwłaszcza Murzyni, a nie Rosjanie. Ale gdzie jest powiedziane, że trener ma być dobrym zawodnikiem?
Pan Rysio był i dobrym trenerem, i dobrym zawodnikiem. Ostatecznie wicemistrz Polski zrzeszenia, to nie w kij dmuchał. A jaki skoczny! Wzrost 153 cm, jak się mówi, w kapeluszu, czyli normalny kurdupel, skakał 175 cm. I za to go podziwiałem. Jak chciał; kalifornijką, rollingiem, nawet nożycami. Podobno na pierwszej nowożytnej olimpiadzie był skok wzwyż z miejsca i skok w dal. Też z miejsca. Pan Rysio byłby w tym dobry. Cóż, za późno się urodził.
Zawarliśmy umowę. On mnie obroni przed szkołą, a ja będę przysparzał punktów klubowi. W de cię mogą pocałować.
Masz, chłopie, parę. Takie chucherko, a jaka para. Nabierzesz mięśni, wybiegasz się. Złapiesz trochę wytrzymałości. W zasadzie nie mam tylko zastrzeżeń do tempówek. Zwolnię cię z tych biegów po lesie. I z fińskich ćwiczeń, chociaż to wzmacnia stopy. Trenuj sobie nawet według Ozolina. Jak chcesz, byleby konsekwentnie. Ja się nie wtrącam. Wyniki mają być. Za rok mistrzostwa Polski Juniorów. Widzę ciebie na podium w paru konkurencjach. Kadrowe dostaniesz. Osiemset złotych, całe osiemset złotych albo i więcej. Ty zadbasz o wyniki, a Klub o ciebie. Na cale szczęście państwo popiera sport. A szkoły są państwowe, to też muszą popierać. Powiedz, ale tak szczerze; o co chodzi?
- Trenerze, mam w budzie przepały.
- Co!? Taki zdolny chłopak i jakieś trudności? Zadzwonię do Strycharza.
- Nie jestem już w Zamoju. Zmieniłem szkołę.
- Głupio zrobiłeś.
- Wiem.
- Strycharz to marka. Przedwojenny CIWF; znał Józefa Piłsudskiego, cyt. I szkoła zacna. Koszykówka, pływanie, siatkówka. Skok w dal, sztafeta szwedzka. Dwóch rekordzistów Polski. A tepedziak? „Ha, ha, ha, hi, zetempe pomaga wsi”. Krawaty, szturmówki, majówki, dużo bambusiarstwa. Gadka-szmatka. Oficjalnie nie są, chyba, przeciwko uprawianiu sportów. Mają przecież wychowanie fizyczne, przysposobienie sportowe, salę gimnastyczną. Podobno dużą., dobrze wyposażoną.
- Co z tego, panie Rysiu, co z tego. Sala – chyba największa w mieście, ale ciągle zajęta na ważne zebrania, narady, spotkania aktywu młodzieżowego. Lekcje wuefu, w klasie albo na korytarzu. Latem na boisku. Rypią w siatę lub kosza..
- Tam przecież są korty.
- Są. W tenisa nikt nie gra. A jak Skonecki wypieprzył za granicę…
- Cicho, cicho. Wiem o co chodzi. Trzeba przekonać kolegów-towarzyszy, żeby nauczyli się grać. Nie muszą zatrudniać chłopaków do podawania piłek. Mówisz, że szkoła się już robi na żeńską.
- No, tak. Chłopcy są tylko w dwóch ostatnich klasach. Niedobitki.
- Dla dziewcząt dobry sport; tenis.
- Twierdzą, że burżuazyjny.
- E, tam… A kto tego wuefu uczy?
- Dziunek, profesor Dziunek.
- Nie znam.
- I peesu, i peo.
- Nie znam. Kurna, znam z tysiąc sportowców, a o takim pierwszy raz słyszę. Dziunek, powiadasz.
- Mówią, że był oficerem w KBW.
- No tak. Kabewiak. Żołnierze – do czterech klas, oficerowie do siedmiu. Im głupszy, tym lepszy. Kadra z cenzusem. Ujemnym. To się nie dziwię.
- Ten Dziunek jest jeszcze sekretarzem Partii
- Ach tak. Nie będziemy rozmawiać o polityce. Jesteśmy sportowcami. To z nim masz przepały?
- Niii.
- A z kim? Tylko krótko.
- Z biologiczką, która jest jednocześnie wychowawczynią mojej klasy. Z polonistką
i matematykiem.
- Ho, ho.
- O co poszło?
- Nie chcę o tym mówić. Biologiczka się na mnie uwzięła.
- A polonistka i matematyk?
- Matematyk ten sam co w Zamoju. Kazio-Wykradnik.
- Kazio, co?
- Wykradnik. Tak go przezywali, bo czasem zamiast „r” mówi „ł”. Wykładnik. Znaczy się wykładnik potęgi.
- Nie potrafisz potęgować?
- Skądże, z matmy tam miałem solidną trójkę. A czwórka była rzadkością. Ze dwie, trzy. Tylko, że w Zamoju zabraniał używać tablic logarytmicznych. Mantysy na pamięć, a cechy to każdy łatwo obliczy. A w tepediaku trzeba mieć tablice.
- Słusznie. Prawie same dziewuchy. W głowach amory i westchnienia, nie będę sobie zawracać gitary jakimś zakuwaniem. Co kraj, to obyczaj. Dobrze robi ten wasz Wykradnik. Prawdziwy pedagog. Zmiana środowiska – zmiana wymagań. Zabaniaczył ciebie za brak tablic?
- Tak.
- Głupstwo. Sprawisz sobie tablice i po krzyku. Pamięta cię?
- Jako, w sumie, niezłego ucznia. Zawsze z murowaną trójką. On innych stopni nie uznaje. Wie pan, stara szkoła belfrów; na piątkę – Pan Bóg, na czwórkę on, a uczeń na trójkę, najwyżej trzy z plusem.
- Jedziemy dalej. Polonistka?
- Kazała przeczytać wypracowanie.
- I co?
- Przeczytałem, ale chciała sprawdzić, czy nie narobiłem błędów ortograficznych.
- Sporo było?
- Nic. Czytałem z głowy, a właściwie z pustych niezapisanych kartek. Z czystego zeszytu, rozumie pan. W Zamoju przywykłem do nieprowadzenia żadnych zeszytów. Miałem jeden. Przeważnie niezapisany. Z rożnymi rysunkami, wpisami kolegów, głupimi żartami. Jeden do wszystkiego.
Trener zaczął się śmiać.
- To takie ziółko z ciebie. Wiesz, co? Jeśli rzeczywiście czytałeś bez zająknięcia, to dałbym ci piątkę za improwizację. I dwójkę za oszustwo. Wychodzi trzy plus. Żaden problem. Pewno gorzej z tą biologią?
- Gorzej. Podpadłem sromotnie. Ona ma kota na punkcie Darwina i Miczurina.
- Do spraw nauki ja się nie wtrącam. Kot sympatyczne zwierzą, zwłaszcza u biolożki. Pewno udawałeś mądralę. Jak ze mną i tym ozolinem. A niech cię….
- Raz zapytałem, czy to prawda, że Darwin był księdzem, znaczy się anglikańskim pastorem. Powiedziała, że nieprawda. Twórca materialistycznego pojmowania przyrody, teorii ewolucji gatunków. Żadnego fideizmu. Udowodnił, że człowiek pochodzi od małpy. A ja na to, że każdy sobie wybiera przodków według uznania. Później jeszcze posprzeczaliśmy się trochę o lamarkizm. Biologię dobrze znam. Nawet klasyfikację Linneusza. Właściwie nie ma się o co do mnie przyczepić. Powinienem mieć piątkę.
- Kłócąc się z nauczycielką? U mnie możesz podskoczyć, bo wszystko jest wymierne, ale w nauce, bracie, liczy się teoria. Nastawienie, pomysł. Ja do gimnazjum chodziłem za okupacji. Maturę zrobiłem na tajnych kompletach. O Darwinie nas nie uczyli. Teraz widocznie taka moda. Coś ci powiem; daj sobie spokój z tym zapędzaniem nauczycieli do narożnika. Weź się za sport. Zrób jakiś rekord. Powiem prezesowi. Prezes zadzwoni, wyjaśni co trzeba. A on też partyjny. I liczą się z nim. Tylko tyle nabroiłeś? Głupstwo. A za co czwóreczka ze sprawowania? Pobiłeś się z kimś?
- Nie. Jak byliśmy w prosektorium z wycieczką szkolną. Niby podczas Dni Drzwi Otwartych to, trenerze, co tu gadać… Posmarowałem koleżankę tłuszczem z trupa. Ona zemdlała. Upadła na ropowaną podłogę. Przylecieli asystenci, jakiś profesor. Strasznie wrzeszczeli na biolożkę. A ona na mnie. I mam zakaz pokazywania się w prosektorium.
- Jeszcze nie musisz. Ale poważnie; wybierasz się na Akademie Medyczną?
- Nie! Na AWF, a później, kto wie. Raczej dziennikarstwo sportowe. I po to to zrobiłem. Bo matka chce, żebym został lekarzem. A co to za przyszły lekarz, który nie może chodzić do prosektorium.
- Nieźle to wykombinowałeś. Szkoda, że cudzym kosztem. Widzę, że z czwóreczką damy sobie radę. Prezes ugada dyrektorkę. Sprawisz sobie zeszyt do polskiego i tablice logarytmiczne. Nie będą jakieś głąby w nas wpierać, że nie dbamy o wychowanie młodzieży czy przechowujemy chuliganów tylko dlatego, że mają osiągnięcia w sporcie.
W złą godzinę było to wszystko powiedziane. Nie doceniłem tego sukinkota Dziunka. Teraz mogę sobie pośpiewać w kiblu:

„Krew zalewała skrwawiony jego szat,
Upadł kabewiak jak polny róży kwiat”.


Jednak to ja upadłem, a nie Dziunek. Na półrocze mam prawie same dwóje i trójkę ze sprawowania. Wiadomo, że stopnie liczą się już do przeciętnej przy dopuszczaniu do matury, a później w pisaniu opinii na studia. Baniaki można nadrobić, pies z nimi tańcował, ale z trójką najczęściej wywalają z budy i trzeba się sporo nachodzić, żeby dostać miejsce w wieczorówce dla pracujących, gdzie grasują same orły i etatowi opierdalacze. Jak do tego doszło? Opowiem później. Na razie to rekord tepedziaka. I wątpię, czy w przyszłości zostanie pobity. A tymczasem w domu trwają takie rozhowory!
- Nie szkodzi, przyjdzie do mnie do roboty. Nauczy się fachu – mówi ojciec.
A matka:
- Przed wojną za trójkę z zachowania dostawało się wilczy bilet. I do żadnej szkoły już by ciebie nie przyjęli. Z wilczym biletem? Za co dawali? Albo za przynależność do młodzieżówki komunistycznej, albo za systematyczne okradanie kolegów czy jawny rozbój.
Ojciec na to:
- Ma chłopak małą maturę? Ma. Do szkoły oficerskiej też przyjmują po małej maturze. Jeszcze nie wszystko stracone. Pójdzie w kamasze, nauczy się moresu. Zresztą, może ćwiczyć w jakimś CWKSie. Tylko listę musi podpisywać i awansować. Nawet na poligon może nie zaglądać. Będziemy mieli majora albo podpułkownika. Krzywda mu się nie stanie.
- Co to za kariera; biegać? Do ilu lat można biegać? Lekarzem powinien zostać. Ludzie zawsze chorują i będą chorować.
- Kiedy on nie chce być lekarzem. Może krwi się boi, może sikami brzydzi. A to sobie umyśliłaś; chłopak żywy, czyta dużo, myśleć potrafi.
- Jak chce. Ale na ogół postępuje bezmyślnie. Z jednej szkoły go wylali. Z drugiej…
- Jeszcze nie wylali. Poprawi się.
- Wierzysz mu?
- A nie powinienem?
- Żartujesz. Ma jednak coś z ciebie; te skłonność do drwin. Wykpiwania wszystkiego.
- Powiedz od razu; poczucie humoru. Jesteś za bardzo sierożna. Dziś trzeba mieć poczucie humoru. Czasy takie, więcej ponure. To i człowiek musi odpowiednio reagować.
Starałem się unikać słuchania tych rozmów. I dobrze mi szło. Ale czasami, jak na złość znów zaczynały się w mojej obecności. Jak to mówią; w najczarniejszych snach nie przewidywałem, że będzie gorzej. Dlaczego mnie jeszcze nie wywalili? Nie wiem. Mam parę domysłów.
Wypadałoby opowiedzieć wszystko po kolei. Licho mnie podkusiło. Zamiast jak dawniej spędzać całe dnie w bibliotece. Usprawiedliwiając się treningami odwiedziłem budę. I to w dzień, kiedy była gimnastyka, jak zawsze nie w sali zajętej na kolejne posiedzenie amatorów gadulstwa, ale w klasie. Po zaordynowaniu jakichś wyrzutów ramion, młynków i głupawych skłonów tułowia Dziunek kazał nam usiąść i zaczął opowiadać o sporcie w Związku Radzieckim, właściwie to ciągle była ta sama lekcja na temat przewag radzieckich sportowców nad resztą świata.
Dziunek jak się zapędzi to gestykuluje, wyciąga jakieś pisma sportowe, wypisuje na tablicy wyniki i nazwiska. Chłopaki gapią się za okno, szepczą sobie jakieś głupoty albo z gumek strzelają kartkami do dziewczyn. A jak Dziunek któregoś złapie, od razu stawia do kąta.
Po jakimś czasie w obu rogach panował ścisk niemożebny. Dwa ringi były zapełnione. W ławkach zostały tylko dziewuchy, więc puszczano do nich oko albo robiono głupie miny. A towarzysz psor, nigdy nie nazywano go „profesorem”, zawsze „psorem”, perorował o wyższości sportu radzieckiego nad amerykańskim. Niekiedy wtrącałem swoje trzy grosze, żeby go wkurzyć. A kto wygrał setkę w Helsinkach? A kto czterysta metrów? Ile zrobiła olimpijska sztafeta Jamajki?
„Murzyni to potęga. Mają więcej poprzecznych mięśni prążkowanych , co wspomaga elastyczność i zmniejsza wydzielanie kwasu mlekowego. Wydaje się, że biegną od niechcenia, lekko na pół pary. A oni już nie mogliby z siebie więcej wykrzesać. Chciałbym tak biegać; elegancko, bez zadyszki, z małą stratą na wirażach, przezwyciężając siłę odśrodkową i wchodząc na prostą lekko przechylonym w stronę wewnętrznego krawężnika bieżni”.
Tym razem nie zadawałem kłopotliwych pytań i towarzysz Dziunek mógł przekonywać nieusportowione dusze, pewno ziewające z nudów, że sport radziecki to potęga jeszcze większa niż ciężki przemysł i Armia Czerwona.
Czytałem. Pod ławką. Też w kącie. Od ściany. Ale, niestety z wolnym dostępem od środka, to mój kolega Józek jako jeden z pierwszych stanął obok tablicy, tuż pod samym portretem Bieruta.
I Dziunek mnie zaskoczył. Podszedł do mnie.
- A, czytamy. Na lekcji wychowania fizycznego urządzamy czytelnię. Zamiast słuchać, notować i brać udział, czytamy.
Z wrażenia, książka upadła mi na podłogę.
- Co czytamy? Można wiedzieć?
Miałem pod ławką, na wierzchu sterty zeszytów, nieotwarty „Trening lekkoatlety”. Wyciągnąłem tę książkę.
- Nie , z podłogi.
„Nie tąkajmy” przypomniałem sobie ulubione powiedzenie polonistki. Trudno. Schyliłem się. Podałem mu to czego chciał.
- A, ciekawe. Interesujący tytuł: „Poletko Pana Boga”. I takie książki wydają u nas? Fideistyczne. W socjalistycznym kraju?
Spojrzał na kartę tytułową. E… wydawali. Cukrowski. Prywatne wydawnictwo. Rok wydania 1948… Teraz nie ma w Polsce prywatnych wydawców.
- Nie ma – potwierdziłem.
- Znaczy się, książka zakazana.
- Wszystko co wydano po wojnie nie jest zakazane.
- Tak powiadasz. Jinteresujące. Uczeń świeckiej, tepedowskiej szkoły czyta „Poletko Pana Boga”. Amerykańskiego autora. Jakiegoś tam Caldwela.
- Nie Caldwela, tylko Koldłela. Dobra książka, polecam.
- Głupca ze mnie robisz! A po co to uczeń laickiej szkoły czyta „Poletko Pana Boga”?
A jakież to poletko może mieć nieistniejący pan bóg?
Już chciałem powiedzieć; „z pewnością niekołchozowe, fieju jeden”, ale ugryzłem się w język. Dziunek tymczasem przeglądał książkę.
- O, widzę, to i wyrazy nieodpowiednie dla ucznia są. Znaczy się; klątwy. Możesz mi wytłumaczyć dlaczego w tej książce klną, skoro wierzą w jakiegoś amerykańskiego Boga.
- To, nie tak…
- A jak? – Dziunek odwrócił stronę tytułową i wpatrywał się w pieczątkę. – O proszę. Biblioteka Uniwersytetu Katolickiego. Jinteresujące…. Czyja to książka?
- Jak już stwierdziliśmy Koldłela. Pisarza amerykańskiego urodzonego ….
Nie pozwolił mi dokończyć.
- Kpisz sobie ze mnie!?... Egzemplarz, znaczy, czyj?
- Chwilowo pana psora.
- Czyja to własność, pytam.
- Na razie moja.
- A ta pieczątka, skąd?
- Widocznie, ktoś ją przybił. Chyba, psor, nie wierzy w samodzielne przybijanie się pieczątek.
- Dość tej błazenady! Od kogo wziąłeś egzemplarz tego świństwa. Imię, nazwisko…
- Pożyczyłem od kolegi. Nazwiska nie znam. Wołają na niego Guma.
- A gdzie mieszka?
- Nie wiem. Zresztą, nie mam pewności, czy on też od kogoś nie pożyczył. Wie pan profesor, jak to jest. Pożycz, tak, nie. I po sprawie. Ja tam się nie rozpytuję: jego, nie jego. Czyja? Mógł sobie kupić.
- Takich książek nie ma w obrocie księgarskim.
- Są antykwariaty – powiedziałem i zacząłem intensywnie myśleć. Przelatywały mi przez głowę różne sposoby wybrnięcia z tej sytuacji. Niewątpliwie trzeba… Niczego nie trzeba. Powiadomię dyrektora biblioteki, a on coś wymyśli. Ojcu też warto powiedzieć. Ledwo dosłyszałem, jak Dziunek odezwał się dość krótko.
- W antykwariatach nie wolno sprzedawać książek z pieczątkami jeszcze istniejących bibliotek.
I to docierało do mnie powoli; szczególnie zaakcentowane słowo „jeszcze”. Lepiej będzie poczekać, aż do Miasteczka przyjedzie Guma, brat Krzyśka ośmiumetrowca, Guma z Awuefu, Guma – kolarz. Tam w Warszawie pewno mają więcej antykwariatów.
U nas są dwa; prywaciarz Owsiński i dział antykwaryczny w księgarni świętego Wojciecha. Oba znam dobrze. Jak mam pieniądze, to u nich kupuję… A jakby tak, przekonać…
- Czy wiesz dlaczego nie wolno sprzedawać, ani skupowywać książek z pieczątkami?
- N-n-ie.
- Bo to byłoby paserstwo. Ciężkie wykroczenie kryminalne. No nic; postaramy się wyświetlić sprawę. Jinteresujące; propaganda religianctwa i fideizmu w szkole świeckiej. Rzecz absolutnie zakazana. Tyle samo, co wroga działalność. Państwo jest świeckie, szkoła świecka, nie żaden tam biskupiak, a kolega do takiej szkoły książeczki o bogu przynosi. Trzeba zapytać, w jakim celu, po co czyta i komu pożycza?
- Jak dotąd - nikomu. Sam pożyczyłem, a rzeczy pożyczonych nie pożycza się dalej. Bez zgody właściciela.
- A właściciel to Biblioteka Uniwersytetu Katolickiego. Jinteresujące. W każdym bądź razie zatrzymuję tą książkę do wyjaśnienia.
„Co wyjaśniać? – pomyślałem sobie. – czytałem i kwita. Dziunek mnie złapał. Chce niech pisze w dzienniczku albo postawi mi gałę z Przedmiotu”. A on, jakby zgadując moje myśli powiedział:
-Zaręczam ci, kolego, że sprawa jest poważna. Bardzo po-waż-na. Dywersja ideologiczna w świeckiej szkole. Propaganda religianctwa w środowisku laickim.
Od tej rozmowy upłynęło dwa dni. W sobotę, na wielkiej przerwie zaczepiła mnie Agniecha.
- Chciałabym z tobą poważnie porozmawiać.
- Co to, oświadczyny? Zresztą i tak musimy poczekać do skończenia szkoły. Dzieciaka ci chyba nie zmachałem?
- Przestań się wygłupiać. Mówię poważnie.
- Poważnie o propozycji poważnej rozmowy, to brzmi, wybacz, dość śmiesznie.
- Nie pajacuj. Dziunek, towarzysz Dziunek – poprawiła się, – chce cię wyrzucić
z Organizacji.
- Jak można wyrzucać kogoś z czegoś, do czego nie należy?
- Rzeczywiście, na zebrania nie przychodzisz, nawet jeśli odbywają się w ramach lekcji wychowawczej.
- Nie przychodzę, bo się nie mieszczę w tych, jak to rzekłaś, ramach.
- A w ogóle to ten twój klub za często cię zwalnia z zajęć.
- I o tym też z Dziunkiem gadaliście.
- Skąd wiesz, że gadaliśmy?
- Bo inaczej nie chciałabyś ze mną rozmawiać poważnie. Wiesz, że tego nie lubię. Pożartować. Owszem. Zwłaszcza z dziewczynami.
- Przestań! – lekko wkurzyła się, ona Agnieszka Dudkówna, przewodnicząca ZMP, w naszej klasie, podobno uosobienie rozsądku i opanowania, polecany wzór cnót i właściwej postawy uczniowskiej.
- Dziunek kazał mi odszukać twoje papiery.
- I co w nich znalazłaś?
- Nic. Nie ma twoich papierów. Ale przecież, tam, w Zamojskim musiałeś należeć do ZMP.
- Nie było takiego obowiązku. Kto chciał, ten się zapisywał. Na ogół robili to frajerzy, pod koniec szkoły, żeby mieć dodatkową opinię i jakieś uwagi o dobrej pracy społecznej.
- A ty?
- Masz mnie za frajera! Ja i tak pracowałem społecznie. W SKS-ie, w radiowęźle szkolnym. Wydawaliśmy gazetkę tępiącą lenistwo, spóźnialstwo, noszenie tarczy na szpilkach, brak czapek, ślamazarność i takie tam przywary. Także niektórych nauczycieli. Ich charakterystyczne powiedzonka, stosunek do uczniów.
- Nauczycieli??? – aż ją zatkało.
- Ale życzliwie. W rubryce: „prawdziwa cnota krytyk się nie boi”.
- I nikt tego wam nie zabraniał? Nie zdejmował tych wypocin, kpinek.
- To się wszystkim podobało. Nauczycielom zwłaszcza. „Bukwa” wiedziała, że jest bukwą, „Zgaga”, że jest zgagą. Palacze, że „sporty” nie służą zdrowiu. Nawet przewodniczącego ZMP ze dwa razy skrytykowaliśmy.
- I co? – wyraźnie ożywiła się.
- Zaprzestał składania wniosków o zmianę patrona szkoły z hetmana Zamojskiego na Janka Krasickiego.
- Coś ty. Tak po prostu, zaprzestał?
- Zamilkł, wcześniej chciał zamknąć gazetkę i radiowęzeł. Dużo wrzeszczał. Ale go Rada Pedagogiczna usadziła. Nie pozwolili. „Niech młodzież uczy się samodzielności”.
A w Zarządzie Miejskim też go ochrzanili. Za trockizm. Że w sposób prymitywny walczy z postępową tradycją.
- U nas jest inaczej.
- Wiem.
- U nas obowiązuje uchwala, że wszyscy uczniowie muszą należeć do ZMP. A Dziunek, jak wiadomo, jest nie tylko sekretarzem POP, ale i opiekunem naszej organizacji. I naszego koła.

„Koła, ramy, bazy, odcinki, linie…. Niebawem miałem się przekonać, że ta zwariowana geometria jest w tepedziaku na pierwszym miejscu. Nie sport, nie samodzielność, nie życzliwość i ogólny spokój, a goła retoryka, rywalizacja przez glindzenie. A jak takie coś może wyglądać w szkole dla głuchoniemych albo jąkałów?” – zacząłem przypuszczać i uśmiechnąłem się.

Dudkówna pewno pomyślała, że to do niej.

1957
(niepublikowane)