LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA
______________________________________________________________________

Polecamy: „Migotania”, Kukiz, Rudzińska, Czuku


Zapraszamy do lektury nowego numeru Gazety Literackiej „Migotania” (nr 2/35).

Ukazujące się od 10 lat „Migotania” należą do nielicznych w kraju pism literackich i artystycznych nie cierpiących na symptomy postmodernistycznego ukąszenia i konsekwentnie publikują autorów, którzy mają do powiedzenia rzeczy istotne. Ta konsekwencja redaktora naczelnego Zbigniewa Joachimiaka i współpracującego z nim zespołu sprawia, że gdański kwartalnik funkcjonuje w niszy elitarnej i skierowany jest do czytelnika intelektualnie samodzielnego lub przynajmniej przeczuwającego, że myślowa suwerenność istnieje, i dla którego literatura, sztuka, filozofia to nie hucpa, ale sprawy poważne. Także rozmaitość prezentowanych poglądów i otwartość na debiutantów odróżniają „Migotania” od pism zamkniętych, starannie pielęgnujących prowincjonalną tradycję publikowania wyłącznie tekstów własnych, z kręgu znajomych i z oficjalnego rozdzielnika tworzonego przez polskojęzyczne media. Ten nietypowy obraz kwartalnika staje się zupełnie wyjątkowy, jeśli uwzględnić w nim brak politycznej poprawności i wewnętrznej cenzury, co niejednego zindoktrynowanego ćwierćinteligenta może przyprawić o atak paniki, a przedstawiciela homo sapiens o poczucie ulgi, że nie jest ostatnim przedstawicielem gatunku.

Także bieżący numer przynosi teksty ważne, dowodzące słabości dawniej rewolucyjnej a dzisiaj powszechnej koncepcji, że pisać może każdy. Naszą szczególną uwagę, tradycyjnie już, zwróciły eseje. Pierwszy z nich, autorstwa Cezarego Sikorskiego, poświęcony spotkaniu Heideggera i Celana, nie tylko z powodów wynikających z tematu mieści się na pograniczu filozofii i poezji i bada ich wzajemne relacje. O czym mogli rozmawiać 25 lipca 1967 roku w chacie na górze Todtnauberg filozof, wielbiciel poezji, apologeta nazizmu i antysemityzmu z ocalałym poetą Żydem? Pozostaje to w sferze domysłów, ponieważ jedyna dostępna na ten temat wiedza to wiersz – zdanie Celana i jego wpis do księgi gości w domu filozofa. Heidegger wybrał milczenie i, zapewne, kontemplujące myślenie, które uważał za poezję, chociaż sam pytał, powtarzając za Hölderlinem, „cóż po poecie w czasach marnych?” Sikorski, erudyta, próbuje na oba pytania odpowiedzieć, i czyni to w doskonałym stylu.

Kolejny esej, autorstwa Czesława Karkowskiego, poświęcony jest apostołowi faszyzmu i antysemityzmu, jakim był wybitny poeta, prozaik i dramaturg, mistrz T.S. Eliota, adorowany przez Hemingwaya i Yeatsa, Ezra Pound. Jego XXX Cantos, epicki poemat – w założeniu autora na miarę dzieł Homera i Dantego, łączący moralne przesłanie, dydaktyzm, społeczną, polityczną i ekonomiczną krytykę, podporządkowane jednak artystycznej idei – dzisiaj jest nawet bardziej aktualny niż osiemdziesiąt lat temu, gdy powstawał. Jego wielowarstwowość, erudycyjność, miejscami niejasność, przypominają nieco mozaikę, pod którą znajdują się kolejne mozaiki, a inteligencja i polityczna niepoprawność Cantos (szczególnie następnych, po XXX) oraz wymieszanie wątków, cytatów i myśli pozwalają traktować ten utwór – jeden z najważniejszych w XX wieku – jako credo, intelektualny dziennik i testament Pounda w jednym. Esej Karkowskiego przybliża postać pisarza oraz przedstawia interpretacje Cantos, który to poemat do dzisiaj jest jednym z najbardziej kontrowersyjnych i niepoddających się łatwej analizie utworów w dziejach literatury.

Krótki esej, czy, jak kto woli, felieton Leszka Szarugi porusza temat antysemityzmu. Rzeczywiście, antysemityzm wydaje się być zjawiskiem odchodzącym do przeszłości, ale w istocie to tylko pozór, bowiem jest skryty i tli się w duszach nie tylko Polaków; jest przygaszony polityczną poprawnością, strachem przed oskarżeniem, sądem, towarzyskim ostracyzmem czy choćby jedynie posądzeniem o ciemnotę i ksenofobię, niekiedy – tak jak w Polsce – jest zdławiony nędzą narodu, marazmem, poczuciem beznadziei, i straconej szansy na prawdziwie wolny kraj. Ale zduszony płomień, odpowiednio podsycony, potrafi wystrzelić z ogromną siłą. Niestety, autor artykułu, podobnie jak inni zajmujący się tym drażliwym tematem, jest jednostronny, i jak inni nie dostrzega też oczywistej prawdy, że nie ma skutku bez przyczyny, nie próbuje nawet sensownie i zgodnie z historycznymi faktami odpowiedzieć na pytanie: skąd w świecie bierze się niechęć do Żydów? Dlatego, w ramach próby wyjaśnienia przyczyn antysemityzmu, pozwolę sobie zacytować dwa fragmenty z listów Franza Kafki, które co prawda dotyczą antysemityzmu niemieckiego, jednak można je odnieść z powodzeniem do innych nacji:

„To zrozumiałe, Żydzi nie psują może przyszłości Niemiec, ale zepsutą przez nich teraźniejszość można sobie wyobrazić. Od dawna narzucali Niemcom rzeczy, do których na swój sposób doszłoby powoli, wobec których stawało się w opozycji, ponieważ pochodziły od obcych. Antysemityzm i to, co się z nim wiąże, to strasznie bezowocne zajęcia, które Niemcy zawdzięczają Żydom”.

(List do Maksa Broda, maj 1920)

„To żydostwo zresztą, które z taką pychą patrzy na Niemców...”

(List do Minze Eisner, listopad 1920)

Kafka mylił się tylko w jednym – antysemityzm nie był zajęciem bezowocnym. Słowa wybitnego pisarza nic nie tracą dzisiaj na aktualności, a w połączeniu z myślami zawartymi w Cantos Pounda stanowią uniwersalną diagnozę przyczyn antysemityzmu, u którego podwalin leży arogancka, szowinistyczna koncepcja narodu wybranego, trudna do zaakceptowania dla innych.

Jerzy Niesiobędzki jest autorem eseju, czy raczej omówienia książki Rosyjska klasyka, czyli byt Rosji Wasilija Kantora. Praca Kantora wpisuje się w modny dzisiaj nurt nowatorskich interpretacji dzieł klasyków, jednocześnie utrwala wąskie myślowe stereotypy graniczące z europocentryzmem by nie rzec – euroszowinizmem. W części poświęconej Dostojewskiemu Kantor udowodnia tezę oczywistą dla każdego, kto czytał wielkiego pisarza a szczególnie jego listy, mianowicie, że społeczeństwo rosyjskie było chore, ponieważ nakładało zachodnie maski – zgoda, jednak Kantor tendencyjnie nadinterpretowuje Dostojewskiego, przemilcza bowiem jego niechęć, niemal pogardę do Zachodu, uważanego przez autora Biesów za moralnie a nawet intelektualnie parszywiejący, zapomina o jego panslawistycznych zapędach, patriotyzmie graniczącym z nacjonalizmem i uwielbieniu do instytucji caratu (mimo fatalnych z nią doświadczeń). Kantor przeciwstawia też wysokiej kulturze Zachodu barbarzyński Wschód. Z jednej strony mamy więc wyważanie otwartych drzwi, z drugiej przecenianie zachodniej cywilizacji, której wybitne a niewspomniane przez autora Rosyjskiej klasyki osiągnięcia to m.in.: wojny religijne, kolonializm, nietolerancja, ludobójstwo, stosy, niewolnictwo, obozy koncentracyjne, eugenika, mydło z ludzi i szereg innych. Na czym polega barbarzyństwo Wschodu – trudno dociec, tutaj Kantor i wszyscy zwolennicy tego poglądu milczą.

Andrzej Wołosewicz w eseju o sztuce, szkole i wyobraźni wyraża m.in. niepokój upadkiem edukacji, którego końca, niestety, nie widać. Trudno się z autorem tekstu i cytowanymi przez niego autorytetami nie zgodzić, może tylko wypada zadać pytanie, których to poetów Josif Brodski miał na myśli pisząc, że „naród, który nie czyta poetów, skazuje się na niższe formy artykulacji”. Nobliście, jak sądzę, chodziło raczej o czytanie Miłosza i Herberta niż kogoś w rodzaju Dyckiego czy Honeta. Jakie zaś skutki może przynieść dalsze ograniczanie liczby godzin z przedmiotów humanistycznych w szkołach, obniżenie poziomu nauczania i prac naukowych w uczelniach wyższych i powszechna niechęć do myślenia? Cóż, skutki mogą być takie, że genialny koncept Olgi Tokarczuk, jakoby Bolesława Prusa piszącego Lalkę prowadził nie rozum a dajmonion, i równie błyskotliwa myśl Sylwii Chutnik, że Łęcka jest ofiarą podobną dzisiejszym celebrytkom, a nie głupią i podłą babą, będą obowiązującymi interpretacjami uświęconymi przez nauczycieli akademickich i utrwalonymi w podręcznikach.

W tym momencie nasuwa się myśl, że pedalizacja (pedał, pedalski) szeroko pojętego życia intelektualnego i artystycznego jest zjawiskiem stymulującym i barwnym, jednak jego bezkrytyczna feminizacja (feminizm, feministka) niesie ze sobą skutki przekraczające destrukcyjny wpływ trwającej od kilkudziesięciu lat inwazji kastratów.

Jeśli poziom kształcenia i tak zwanych prac naukowych dalej będzie się staczał po równi pochyłej a "gender studies" i inne ponowoczesne dziwolągi zostaną traktowane poważnie, to następne pokolenie pisarek i interpretatorek twórczości tego wstrętnego antysemity i mizogina Prusa dowiedzie, że Wokulski był dyskryminowaną przez męskich szowinistów Żydówką wykorzystywaną seksualnie przez cadyka ukrywającego się pod pseudonimem Stary Subiekt, Szlangbaum był tytułową lalką, a z powodu szczupłości ciała stanowi pierwowzór dla Barbie, zaś salon Łęckiego to gniazdo zaciekłych homofobów grających w karty o Palestynę. Mraczewski to oczywiście feministka. A Kopernik była kobietą.

Nie sposób omówić zwięźle cały numer „Migotań”. Przedstawione powyżej gorące komentarze dotyczą więc tylko kilku tekstów bieżącego wydania przeczytanych jako pierwsze, zaraz po pięknie ironicznym artykule wstępnym Zbigniewa Joachimiaka i błyskotliwym felietonie Urszuli M. Benki, a czekają na lekturę wiersze Antoniego Pawlaka i Tomasza Jastruna, opowiadania, recenzje książek, fragmenty niepublikowanego dziennika Józefa Barana i wiele innych. Pełny spis treści poniżej.

Ezra Pound - Canto IV (tłum. Cz. Karkowski)

Zbigniew Joachimiak - Artyści sterroryzowani/ pisane z przedsionka

Urszula M. Benka - Z AIDS szybciej/ felieton

Cezary Sikorski - Heidegger i Celan - dyskurs przez milczenie/ esej

Maria Jentys-Borelowska - Poezja

Czesław Karkowski - Poeta poetów. XXX Cantos Ezry Pounda w oczach krytyków/ esej

Tomasz Jastrun - Poezja

Jerzy Niesiobędzki - Karamazowska apokalipsa i wdzięki cywilizacji/ esej

Raymond Queneau - Poezja (tłum. J. Gondowicz)

Sławomir Majewski - Story o pięknej Amy, córce kowala/ esej z cyklu Kobiety ich życia

Roman Rzucidło - Poezja

Wojciech Bartłomiej Zieliński - Poezja

Wsiewłod Garszyn - Artyści (tłum. K. Śmiechowicz)/ proza

Roman Warszewski - W matni. O tym, jak partyzanci Che Guevary uciekali z Boliwii/ proza Richard Brautigan - Poezja (tłum. A. Szuba)

Krzysztof Ćwikliński - Proza

Zofia Beszczyńska - Linijki

Maciej Leszczyński - Miasto psychoz/ proza

Ryszard Kołodziej - Poezja

Piotr Müldner-Nieckowski - Rewolucja na Wydziale Matematyczno-Historycznym/ proza

Antoni Pawlak - Poezja

Andrzej Żurowski - Powidoki (2)/ proza

Andrzej C. Leszczyński - Okruchy (17)/ esej

Sylwester Gołąb - Poezja

Marek Jastrząb - Osobisty szkic o Marcelu Prouście/ esej

Artur D. Liskowacki - Prozaiczne początki, poetycki finał. Henryk Bereza (1926-2012)/ wspomnienie

ks. Jan Sochoń - Poeta ufności i pamięci/ sztuka interpretacji

Józef Baran - Zapiski z Krety/ dzienniki-podróże

Grzegorz Musiał - Dziennik włoski (12)/ dzienniki-podróże

Andrzej Wołosewicz - Sztuka, szkoła i wyobraźnia/ esej

Olga Śmiechowicz - Nieliteracki sposób na komedię/ komiks

Katarzyna Korczak - Rozmowa z Jerzym Limonem o Festiwalu Szekspirowskim/ teatr

Stanisława Kopiec - Poezja

Wacław Tkaczuk - Pożegnanie poetki Stanisławy Kopiec/ wspomnienia

Izabela Fietkiewicz-Paszek - Jeżeli wieczność istnieje, śmierć jest tylko żartem/ wspomnienia Leszek Żuliński - Kaliski Tygiel Kulturowy

Krzysztof Jurecki - Poszukiwanie "prawdy bycia". O fotografii Tomasza Sobieraja/ sztuka

Andrzej Wołosewicz - Brąz, miedź, rdza i purpura/ sztuka interpretacji

Jan Gondowicz - Odpryski

Leszek Szaruga - Wyprasowanie (2)

RECENZJE:

Konrad Liskowacki - Symbole pokoleń, pokolenie bez symboli;

Jerzy Cyngot - Wymyślić świat - projekt otwarty. O heterotopiach Olgi Tokarczuk;

Teresa Rudowicz - "W naszej rodzinie zawsze było więcej skrzypków niż kupców" - motywy żydowskie w "Rejestrach" Elżbiety Lipińskiej;

Janusz A. Kobierski - "Ich cisza krzyczeć będzie!";

Agnieszka Kwiatkowska - "Kundel do potęgi", Artur Daniel Liskowacki wobec stereotypów;

Edyta Antoniak-Kiedos - Dylematy suicydalne;

Izabela Fietkiewicz-Paszek - Delta wsteczna;

Ewa Opiela - Cuzco - Rzym Ameryki;

Jerzy Suchanek - Wszystko teraz, wszystko obok;

Leszek Żuliński - Czas za burtą;

Teresa Rudowicz - Uchylić okno Monady. O książce Zbigniewa Joachimiaka "Sezon lotów trwa"; Ryszard Kołodziej - Powiernica;

Izabela Fietkiewicz-Paszek – Przebieranka.


Polecamy także:

I Zbiór opowiadań Beaty Rudzińskiej Wszystko o niej (wydawnictwo Amea, 2012) – mądra, dobrze, napisana książka; autorka jest świetną obserwatorką, obdarzoną refleksją, empatią, poczuciem humoru i talentem. Wbrew tytułowi i okładce, to książka także – a może przede wszystkim – dla mężczyzn. Prawdziwych.



II Płytę Pawła Kukiza Siła i honor. Dobra muzyka. Dobre teksty. Pewnie nie przejdzie przez radiową cenzurę.

Na swoim profilu na Facebooku Kukiz napisał:

"4 września premiera mojej solowej płyty. WSZYSTKIE ogólnopolskie radia ODMÓWIŁY patronatu medialnego :-) :-) :-) . Oczywiście w przypadku Zetki czy RMF - rzecz zrozumiała bo tam się gra tak jak się gra :-). Ale w życiu bym nie przypuszczał, że w Eska Rock, WAWie czy Antyradiu playlisty tworzą Blumsztajn z Michnikiem".

My Pawła lubimy i płytę chwalimy. Utworów (poprzedzonych niestety reklamami) można wysłuchać legalnie i za darmo na stronie
http://muzyka.wp.pl/wid,663306,wiadomosc.html?ticaid=1f18a


III Tomik poezji Marka Czuku Facet z szybą.

Redaktor serii TABLICE, prof. Piotr Michałowski, napisał w posłowiu m.in.: „Wędrówka poetycka Marka Czuku nie ma końca, ale to czyni z niej tyleż wyjątek co regułę. Jako świadectwo rozterek artysty nie ma innego celu niż ten największy – ciągłe poszukiwanie. Czego? Może przeźroczystości słowa, przez które, niby przez tytułową szybę, widać wszystko”.

Najbliższe terminy promocji nowej książki Marka Czuku:

19 września, godz. 18.00 – Warszawa, Klub Grawitacja, ul. Browarna 6;

27 września, godz. 19.00 – Łódź, Śródmiejskie Forum Kultury – Dom Literatury, ul. Roosevelta 17;

18 października, godz. 18.00 - Łódź, Akademicki Ośrodek Inicjatyw Artystycznych, ul. Zachodnia 54.



Strona wydawnictwa: http://www.wforma.eu/255,facet-z-szyba.html.

Więcej o autorze na stronie: www.czuku.net.



Esej: Agnieszka (Jaga) Sokołowska MARSHALL MCLUHAN ORAZ 30 LAT ISTNIENIA AUTORSKIEJ GALERII „ZA”


Artysta, który nie potrafi uwolnić się od powtarzania jednostronnych ukierunkowań kulturowych sprzeniewierza się swojemu powołaniu. Francoise Gilot w swej książce Life with Picasso (Życie z Picassem) notuje następującą uwagę:

Gdy maluję, zawsze staram się stworzyć obraz, którego ludzie nie oczekują i którego nawet nie zechcą zaakceptować. To mnie interesuje i w tym właśnie sensie mówię o sobie, że ciągle próbuję burzyć porządek rzeczy. Rzecz w tym, że stwarzam człowiekowi obraz jego samego, przy czym obraz ten składa się z elementów zapożyczonych z tradycyjnych obrazów, oddających zwykłe widzenie, lecz elementy te są złożone razem w sposób tak zaskakujący i niepokojący, by człowiek nie mógł uchylić się od rozważenia pytań, które ten obraz stawia.[1] Edward Hall w pracy The Silent Language ( Milczący język ) mówi o tym że: Prawa rządzące środowiskiem, jego strukturą i ogólny układ umykają percepcji ludzkiej z wyjątkiem tych przypadków, kiedy dla przyciągnięcia uwagi zostaje celowo stoworzona antysytuacja lub antyśrodowisko.[2]

Typową reakcją ludzi na niszczące działanie nowej techniki jest chęć odbudowy starego środowiska bez wykorzystania otwierających się nowych możliwości. Dowodzi to niezrozumienia istoty działających wokół sił. Zdaniem McLuhana - oznacza to również, że nie potrafimy wykształcić środków koniecznych do panowania nad nowym środowiskiem. Artysta będąc twórcą anty-środowiska pozwala nam dostrzec wiele nowych elementów środowiska najbardziej aktywnych w przekształcaniu warunków życia ludzkiego. Prawdopodobnie z tego właśnie powodu w ubiegłym stuleciu w niektórych sferach uważano artystów za wrogów czy nawet przestępców.[3]

Picasso powiedział: Sztuka i wolność są jak ognie Prometeusza, trzeba je wykraść i wykorzystać do walki z ustanowionym porządkiem. Sztuka oficjalna, otwarta i powszechnie dostępna to po prostu nowy akademizm. Jeśli sztuka uzyska kiedykolwiek prawo obywatelstwa w mieście to tylko wówczas, gdy stanie się już tak rozwodniona, pozbawiona żądła, bezsilna, że nie warto o nią walczyć.[4] Społeczeństwo pozostaje zawsze krok w tyle za swoim środowiskiem.[5]

Twórcą jest każdy kto pracując w jakiejkolwiek dziedzinie - w pełni rozumie jakie znaczenie ma jego działalność oraz nowa wiedza dla czasów, w których żyje. Jest to człowiek o świadomości zintegrowanej, potrafi skorygować współzależności między zmysłami, nim zadane przez nową technikę uderzenie sparaliżuje świadome działanie. Jeżeli - mówi McLuhan - sztuka jest źródłem precyzyjnej wiedzy o tym jak przekształcić własną psychikę [6] - to jak należałoby tę prawdę przekazać ludziom mogącym z niej wyciągnąć wnioski praktyczne?

Wynagradzanie artystów - mówi McLuhan - i otaczanie ich szacunkiem może być sposobem na to, by zignorować ich prorocze dzieło i zapobiec wyciąganiu z niego w porę zbawiennych wniosków. Duża rola w tego typu działaniach przypada całemu zbiurokratyzowanemu systemowi upowszechniania sztuki, który traktuje artystę jako luksus, błahostkę, lub wręcz pigułkę uspokajającą.

Przemiana jakiej uległa sztuka współczesna polega nie tylko na zrezygnowaniu z przedstawiania ale i na odrzuceniu fabuły. Ciągła narracja w poezji, powieści i filmie ustąpiła miejsca wariacjom tematycznym. Przed wynalezieniem druku skryptor, autor i czytelnik stanowili jedność. W epoce druku, autor i wydawca reprezentują wysoko wyspecjalizowane formy działania. Książka drukowana, była pierwszym produktem masowym i dała początek jednolitym cenom. Obecnie - dzięki kserografii autor, wydawca i czytelnik znów się jednoczą - książka wykonana jest stosownie do indywidualnych potrzeb odbiorcy.

W wieku informacji środowiskiem staje się sama informacja. Wyposażając naszą planetę w satelity i anteny tworzymy środowiska ogarniające ziemię. Szczególną właściwością jest ich złożoność – przekształcają swą zawartość w formy archetypowe. W miarę przekształcania się w zawartość nowego środowiska informacyjnego - ziemia - można tak powiedzieć - zmienia się w dzieło sztuki.

Dopiero gdy pojawia się nowe środowisko dostrzegamy istnienie starego. Tylko dzieci i artyści - mówi McLuhan - dzięki swemu bezpośredniemu spojrzeniu widzą samo środowisko. Artyści dają nam antyśrodowiska, które pozwalają zobaczyć środowisko właściwe. Aby to, antyśrodowisko mogło spełnić swoją rolę trzeba je stale odnawiać.[7]

W okresie przyspieszonych przemian potrzeba dostrzegania środowiska staje się coraz pilniejsza. Z drugiej strony, właśnie przyspieszenie przemian coraz bardziej to postrzeganie uniemożliwia. Bernard Russell powiedział: gdyby temperatura wody w wannie podnosiła się zaledwie pół stopnia na godzinę, kąpiącemu się nigdy by nie było za gorąco. Nowe środowiska ustanawiają nowe progi wrażeń zmysłowych - to z kolei zmienia nasze oczekiwania i pogląd na świat. Naszemu światu potrzebna jest metoda określania progów wrażeń zmysłowych oraz dokładne badanie zmian, którym ulegają one pod wpływem postępu techniki.[8]

Obecnie stoimy przed problemem wyboru między wizualnymi i awizualnymi metodami kodyfikowania i analizowania rzeczywistości. Fizyka współczesna przenosi nas w świat niemożliwy do przedstawienia w kategoriach wizualnych, gdyż nie potrafią one oddać występujących tam prędkości ani wielkości. Do takich zjawisk odwołuje się John R. Platt w pracy „The step to Man”(Krok ku człowiekowi), gdzie wyjaśnia jak będzie można kiedyś zmieścić dwadzieścia milionów istniejących obecnie na świecie książek w bibliotece elektroniczmej nie większej niż główka szpilki.[9]

Dzisiejsza sztuka popularna silnie angażuje odbiorcę i jest zupełnie pozbawiona tych cech wizualnych którymi odznaczała się uznana sztuka z ubiegłego wieku. Jest wyrazem buntu przeciwko humanistycznej koncepcji sztuki. Cezane jako jeden z pierwszych twierdził, że zadanie sztuki nie polega na wyrażaniu ideału religijno - moralnego lub humanistycznego - lecz na tym by odmalować te formy, które dokładna obserwacja pozwoli wyróżnić spośród mglistych impresji wzrokowych.[10] Konsekwencją takich poglądów był kubizm a później proces stopniowego oczyszczania formy w wyniku którego powstała sztuka abstrakcyjna czyli niefiguralna. Ten typ sztuki rozpowszechnił się wśród artystów wszystkich dziedzin i podobnie jak technika zostanie już z nami na dobre.

Nowy przekaźnik tworzy nowe środowisko, zmienia również relacje między czytelnikiem a bohaterami. Bohater współczesnej powieści budzi pełne zaangażowanie czytelnika i każe mu utożsamiać się ze sobą, podczas gdy bohater starych powieści przygodowych był raczej typem arystokraty, z którym niełatwo było się identyfikować. Nowy bohater to postać o cechach zbiorowych, a nie jednostkowych, nie jest on całkiem wolny od zewnętrznych nacisków, gwałtu i bezprawia. Podobnie jak zbrodniarz narażony jest na to samo zło, które ma zwalczać. Nowy bohater jest inny dlatego, że reprezentuje wszystkich swoich czytelników. Książkowe postacie są więc nieprawdopodobne, sytuacje stereotypowe a koniec można z góry przewidzieć. Mimo tego współczesne powieści mają siłę przekonywania na płaszczyźnie odczuć. Siła ta tkwi w realności przekazywanych czytelnikowi przeżyć, w ciągłości napięcia oraz mocnej akcji. Na tej samej zasadzie - mówi McLuhan - współczesne malarstwo nie pozwala na oglądanie dzieła w sposób niezaangażowany i z jednego tylko punktu widzenia. Malarz współczesny stwarza widzowi okazję do prowadzenia dialogu w granicach zakreślonych przez gatunek sztuki odchodzący od racjonalnego świata wizualnego ku pełnemu zaangażowaniu wszystkich zmysłów człowieka.[11]

Sztuka jest intelektualnym uzbrojeniem człowieka. Jako antyśrodowisko jest rodzajem czarodziejskiego zwierciadła, w którym możemy oglądać z nową wyrazistością to, co nas otacza. Wiedza uzyskana w ten sposób jest naszą obroną przed kolejnym zagrożeniem.

Oto wyraźny i dający się praktycznie zastosować sposób na przetrwanie nie daje jednak dalszej perspektywy, celu, do którego zmierza ludzkość. Jesteśmy naukowcami, artystami, politykami, ale często nie uświadamiamy sobie faktu, że gwiazdy wschodzą i zachodzą. Nasza współczesna cywilizacja jest obojętna na gwiazdy nie tylko dlatego, że większość z nas nie może ich zobaczyć. Istnieją ku temu głębsze przyczyny. Nawet jeśli porzucimy miasta, gwiazdy nie zmieszczą się w naszych projektach powrotu do natury. Po prostu nie ma ich w naszym spojrzeniu na świat. Patrzymy na nie, odwracamy głowę z zachwytem i podziwem, że mogą istnieć w takiej obfitości. I tylko tyle. Wyjątek stanowią jedynie poeci:

a jednak
słucham - nadsłuchuję
czas
niewiele zmienia
w myśli - mojej
szlak wytyczony został
chyba wcześniej

mam na to dowody:

gwiazdy na niebie [12]

Nasze więc zainteresowanie kosmosem sprowadza się do śledzenia lotów satelitów: Do takiego właśnie poziomu, przypominającego kolonie bakterii, w których marniejemy od urodzenia, zredukowała nas technologiczna mania. Jedynie natura ma swój pierwotny związek z gwiazdami. Człowiek przestał być jej integralną częścią. Zamieszkuje świat coraz bardziej przez siebie wymyślony.[13]

Zasada gwiezdnej orientacji ważna kiedyś dla rolników, żeglarzy, karawan - obecnie jest zapomniana. Myślenie nasze dryfuje bez żadnego celu - coraz większa liczba ludzi trafia do szpitali psychiatrycznych lub żyje w domu uzależniona od środków uspakajających. Straciliśmy orientację w odniesieniu do pór roku (włączamy klimatyzację gdy się pocimy, lub ogrzewamy gdy jest nam zimno): Nasz biologiczny zegar, znany pod nazwą rytmu cirkadialnego (okołodobowego) nadal w nas działa, lecz nie znajduje kontaktu ze światem zewnętrznym. Staje się cyklem uszkodzonym, rosnącym w nas, ale nigdy nie sprzęgającym się z otoczeniem.[14]

Stajemy się nic nie znaczącymi ciałami, maszynami zaprogramowanymi na dowolny zbiór cykli – oddzielamy się od naszego otoczenia. Czytając o sprawach jasnych i logicznych rozumiemy je lecz nie pojmujemy. Przyswajanie czegoś składa się bowiem zarówno ze zrozumienia istoty badanego przedmiotu jak i umiejętności jego zastosowania. Problemy, z którymi nie potrafimy powiązać naszej psychiki, pozostają nam obce i rozumiemy je powierzchownie, bo nie mamy z nimi wewnętrznego związku i dlatego ostatecznie odłączeni jesteśmy od rzeczywistości. Nie dostrzegamy i nie rozumiemy otaczającego nas środowiska

Czyli - dziś artysta staje się także ziemią obiecaną przyszłości. Artysta bowiem kształtuje, analizuje, wyjaśnia formy życia i struktury stworzone przez obecną technikę; jest nie tylko człowiekiem wykształconym, jest przede wszystkim o s o b o w o ś c i ą piszącą szczególną historię przyszłości, gdyż tylko on rozumie istotę teraźniejszości (Wyndham Lewis).

Według McLuhana : fakt ten jest obecnie warunkiem przetrwania ludzkości. [15] McLuhan nie daje perspektywy ale daje szansę na przetrwanie - daje czas w którym człowiek poprzez kolejne stopnie rozwoju techniki i rozumienia siebie zbliży się do punktu przecięcia się dwóch równoległych - do tej wielkiej niewiadomej jaką jest sens i cel istnienia życia.

uderzamy
niebo ziemią
ziemię lotem
i tak wrastamy w siebie
i tak wrastamy w strach
w formę
i tak upływa nam czas
ten niezbadany kruszec
wszechwładnie nam panujący
gdzie człowiek rozrywany
na strzępy - wierzy - że
przeżyje, bo jego przeznaczeniem
jest przecież szczęście
gdyż
w gwiazdach ma los podobno
zapisamy
- los mocarza [16]


Bibliografia

[1] M McLuhan, Wybór pism, Warszawa, 1975, s. 307
[2] Tamże, s. 308
[3] Tamże, s. 311
[4] Tamże, s. 311
[5] Tamże, s. 312
[7] Tamże, s. 77
[8] Tamże, s. 319
[9] Tamże, s. 324
[10] Tamże, s. 327
[11] Tamże, s. 22
[12] W.Sokołowski, Trwanie pomimo, 1993, s. 113
[13] Robert KG. Temple, Tajemnica Syriusza, Poznań 1992, tom 2, s. 89
[14] Tamże, s.89
[15] M McLuhan, Wybór pism Warszawa, 1975, s. 76
[16] W. Sokołowski, Trwanie pomimo, 1993 s. 101


Szkic: Dariusz Pawlicki NIE TYLKO O GŁAZACH I KAMIENIACH


Z Jeziork, przez Budę Ruską, ku Czarnej Hańczy prowadzą dwie polne drogi. I na skraju jednej z nich, tej rzadziej uczęszczanej, siedzę na dużym kamieniu. Dookoła rozciąga się klasyczny krajobraz polodowcowy. W pierwszym momencie dostrzega się liczne niewysokie wzniesienia. Zaraz potem uwagę przyciąga niebo, które latem jest najczęściej błękitne, a przez resztę roku bardzo często zachmurzone. Po pobieżnym zaznajomieniu się z tym pejzażem, przychodzi czas na dostrzeganie poszczególnych jego elementów: z rzadka rozrzuconych zabudowań, gruntowych dróg przecinających pola i pastwiska, na których pasą się krowy i konie; pojedyńczych drzew albo zagajników wieńczących wzgórza, bagien lub podmokłych łąk znajdujących się w obniżeniach terenu. Zauważa się też kamienie rozmaitej wielkości.

Nie po to jednak rozsiadłem się na jednym z nich, zresztą okazałym, aby odpocząć - nie zdążyłem bowiem się zmęczyć. Ale chciałem poczuć pod sobą bryłę granitu, starannie wygładzoną w czasie, gdy była wleczona z dalekiej północy. A później jeszcze polerowaną przez rozmaite czynniki atmosferyczne (ten powolny proces, zresztą trwa nadal). Bez żadnej przesady mogę stwierdzić, że pod sobą mam Skandynawię. I to pomimo tego, że równocześnie dzielą mnie od niej setki kilometrów.

Bardzo długo te kamienie były dla mnie tylko kamieniami, niczym więcej. Z tym, że kojarzyłem je niezmiennie z wakacjami, czyli okresem bardzo przyjemnym, a konkretnie z pewnymi zajęciami jakie wykonywałem podczas licznych pobytów u Dziadków. Tych mniejszych używało się do wbijania metalowych prętów, aby uwiązać na pastwisku krowę lub konia. Zawsze bowiem jakiś kamień leżał w zasięgu ręki. Podczas zaś przerw w pracy na polu, odpoczywało się siedząc na miedzy, obok okazałych głazów i stert mniejszych kamieni (zwie się je tu kamienicami). Tutejsi rolnicy od pokoleń znosili i zwozili je z pól. I nadal to czynią, gdyż każdego roku, za sprawą deszczy i roztopów wiosennych, odsłaniane są kolejne, przede wszystkim niewielkie. Na kamieniach leżących na miedzach, wystawionych na intensywne działanie słońca, lubią wygrzewać się jaszczurki zwinki. Pomiędzy kamieniami mają one zresztą swoje kryjówki. Podobnie jak niektóre ptaki, na przykład dudki. Intensywne nasłonecznienie sprawia, że towarzyszące owym odłamkom skalnym poziomki mają wyjątkowo słodkie owoce.

Kamieni jest tu tyle, ile gwiazd na niebie – mawiają mieszkańcy tej krainy, na którą, obok wspomnianych pagórków i dolinek, zagajników, bagien, niewielkich pół i łąk, dróg polnych, kamieni, składają się też nieduże wioski, liczne jeziora, lasy. A gdy w bezchmurną noc spojrzy się w górę, liczba widzianych gwiazd może przyprawić o zawrót głowy. Taką liczbę ciał niebieskich, gdy nie korzysta się z żadnych przyrządów, można podziwiać tu i w górach.

Nie ma żadnej przesady w porównaniu kamieni do gwiazd, gdyż kamieni jest tu naprawdę bardzo wiele. Widać je na miedzach, poboczach dróg, polach, w fundamentach budynków, w piasku bądź żwirze dróg. Usiane nimi są brzegi i dna jezior, a także rzek. To porównanie odnosi się zarówno do dużych okruchów jak i bloków skalnych (nawet kilkutonowych) przywleczonych przez lodowiec, które geolodzy określają łącznym mianem: eratyki. Z tym, że ogromna większość ludzi te okazalsze odłamki nazywa kamieniami polnymi, zaś całe bloki - głazami narzutowymi (niekiedy, ale znacznie rzadziej, także narzutowcami).

Naukowa nazwa eratyk pochodzi od łacińskiego erraticus, co znaczy błądzący. Lecz powstaje pytanie: dlaczego od tego słowa wywiedziono tę nazwę? Czyżby ten, kto pierwszy użył tego terminu i ci, którzy go zaakceptowali, byli zdania, że owe kamienie przemieszczały się w poszukiwaniu określonego celu, szukały właściwej drogi, wyjścia skądś? A jeśli ów cel istniał, to co nim było według autora tej nazwy? Ale może przemieszczały się bez żadnego określonego celu?

Ich pochodzenie z Gór Skandynawskich nie ulega wątpliwości, przynajmniej na razie. Właśnie w tych górach odnaleziono bowiem konkretne miejsca zbudowane ze skał o identycznym składzie jak eratyki, wśród których są granity, granitognejsy, sjenity, gnejsy, piaskowce, wapienie, bazalty, ryolity, melafiry i porfiry. Póki ich obecności na południe od Skandynawii nie zaczęto tłumaczyć wielokrotnymi wizytami lodowca, uważano, na przykład, że wskutek potężnego trzęsienia ziemi otworzyły się ogromne otchłanie, w które runęły wody z potężną siłą, porywając ze sobą olbrzymie masy ziemi, piasku i odłamków skalnych. I to właśnie wtedy doszło do przemieszczenia eratyków. Z kolei inna teoria naukowa obecność głazów i kamieni z dala od Gór Skandynawskich tłumaczyła zalaniem lądów przez morza i oceany w epoce lodowcowej. Wtedy to fragmenty skał miały przemieszczać się na... dryfujących krach. Ale to były tłumaczenia zawarte w dawnych teoriach naukowych. A teorie to mają do siebie, że ich żywot niekiedy jest bardzo krótki.

Nie uśmiechajmy się z politowaniem, czytając o powyższych, czy innych poglądach ówczesnych naukowców, a ich teorii nie nazywajmy zabawnymi. Reprezentowały one bowiem ówczesny stan wiedzy. Do tego nie możemy wykluczyć, że tych którzy przyjdą po nas, rozczuli, albo wręcz rozśmieszy do łez, wytłumaczenie, iż nasuwający się wielokrotnie lodowiec przyniósł ze Skandynawii, daleko na południe, rozmaitej wielkości fragmenty skał.

*

Pierwszych ludzi, którzy tu się pojawili, a byli to myśliwi, kwestia pochodzenia kamieni, które widzieli wszędzie dookoła, z pewnością nie zajmowała. Mogli co najwyżej zrzymać się na fakt, że wśród takiej ich obfitości, mało jest krzemieni, z których stosunkowo łatwo można sporządzać narzędzia, krzesiwa oraz ostrza włóczni i groty strzał. Ale pytanie na temat pochodzenia kamieni zadawali (sobie) rolnicy. I to pewnie już pierwsi. Po pewnym czasie, gdy coroczne zbieranie kamieni z pól nie przynosiło spodziewanych efektów, z pewnością to pytanie nieco zmodyfikowali. I brzmiało ono prawdopodobnie tak: skąd wciąż! biorą się te kamienie?

Najczęściej udzielali dwóch odpowiedzi, jako najbardziej oczywistych. Ich oczywistość wynikała z tego, że ludzie swe życie wiodą na styku ziemi z niebem. Mówili więc: odłamki skalne przybywają z Kosmosu, albo stwierdzali: przenikają z wnętrza Ziemi. Każda z tych odpowiedzi miała swych zwolenników (byli też i tacy, którzy uważali, że oba wyjaśnienia są właściwe). Inne wyjaśnienia nie wchodziły w grę. No bo jak inaczej, na tak zwany chłopski rozum, można było wytłumaczyć fakt, że na polu uprzątniętym z kamieni, jakby nic, w następnym roku pojawiały się następne. Wyjaśnienie mogło mieć źródło w Niebie bądź w Ziemi. Mieszkańcy wiosek rozrzuconych pośród pagórków, wierzyli w to jeszcze całkiem niedawno. Zdarzało się, że winą za obecność kolejnych kamieni obciążano też Złego. Ale i to było najzupełniej zrozumiałe, skoro tyle o nim mówiono, choćby w niedzielę, w kościele. To czego dowiadywano się o nim, jednoznacznie wskazywało na to, że jest on zdolny do takich niecnych czynów. Szkodzić bowiem lubi.

Słudzy owego Złego, to jest diabły, na jego polecenie, zajmowały się także układaniem obok siebie (w jakim celu?), na powierzchni setek metrów kwadratowych, spłaszczonych głazów, szerokich niekiedy nawet na przeszło metr. Patrząc na nie można przyrównywać je do kocich łbów, jakimi została wyłożona część ulic, w niektórych tutejszych miejscowościach. To porównanie nie wypada jednak korzystnie dla rezultatów pracy ziemskich brukarzy. Z kolei wspomniane efekty pracy diabłów-brukarzy (jeśli to w ogóle byli oni) można podziwiać na dnie wielu jezior (przykładem może być jezioro Hańcza). To zresztą jest dosyć charakterystyczne dla diabłów występujących w podaniach zwanych ludowymi, że wykonują one ciężkie prace. Pracami fizycznymi, ani jakimikolwiek innymi, nigdy nie parają się aniołowie. Z tych podań wyjawia się dosyć jednoznaczny obraz marzeń ludzi skazanych na zdobywanie kawałka chleba własnymi rękami. Jak również to, że człowiek ciężkiej pracy fizycznej, jakby podświadomie, czuł związek z większością czartów (bo nie z czarcią arystokracją. Nie mówiąc już o Złym). Marzenie o tym, by nie pracować, co dla większości ludzi, jeszcze niedawno, było równoznaczne z niewykonywaniem pracy fizycznej, było podszyte marzeniem, aby wieść życie... anielskie.

*

Gdy liczba eratyków i ich rozmiary uniemożliwiały oczyszczenie z nich jakiegoś miejsca, pozostawało ono porośnięte lasem bądź stawało się pastwiskiem. Przykładem tej drugiej możliwości jest Głazowisko Bachanowo, gdzie na powierzchni 3 hektarów spoczywa około 10 tysięcy głazów. Przy czym obwód kilku spośród nich wynosi od 6 do 9 metrów. Pośród tych odłamków skalnych pasą się krowy, konie i owce.

Takich głazowisk jeszcze niedawno było wiele. Lecz poczęły znikać, gdy coraz intensywniej zaczęto pozyskiwać miejscowy materiał skalny do budowy dróg i różnego rodzaju budynków. Tym bardziej, że był to materiał łatwo dostępny, jakby czekający na wykorzystanie. Ale niekiedy dzieje się tak, że bujne podszycie leśne sprawia, że kamienie pozostają ukryte przed ludzkim wzrokiem. Rosnące często na nich porosty i mchy uzupełniają jeszcze dodatkowo to maskowanie.

Znikanie tutejszych kamieni z miejsc, gdzie pierwotnie się znajdowały, zapoczątkowali już pierwsi znani nam z imienia gospodarze terenów nad jeziorami Hańcza i Wigry oraz nad rzeką Czarną Hańczą (także wschodniej części Mazur) – Jaćwingowie. To oni z ziemi, drewna i właśnie z kamieni wznieśli kilkadziesiąt grodów jak i setki kurhanów, w których pochowali swych kolejnych wodzów plemiennych. Z tym, że stożkowych nasypów nad grobami ostatnich przywódców nie miał już kto usypać – kolejne wyprawy, systematycznie podejmowane przez Krzyżaków, jak również przez Mazowszan i Rusinów, przyniosły większości Jaćwingów śmierć. Pozostali zbiegli lub zostali siłą przesiedleni.

Tutejszy krajobraz zmienia się powoli. A zmiany następują zarówno za sprawą człowieka (przykładem może być wybudowana droga, wycięty szpaler drzew) jak i natury. Te naturalne są dwojakiego rodzaju. Odbywają się bowiem zarówno w skali makro jak i mikro. Te pierwsze dotyczą całego krajobrazu, jak i jego poszczególnych elementów, takich jak jeziora, lasy, bagna, cieki wodne. Tego typy zmiany można już zaobserwować w czasie jednego, nawet przeciętnej długości, ludzkiego życia. Chociażby w postaci zanikających mniejszych zbiorników wodnych bądź fragmentów większych. Natomiast mikrozmian nie sposób zauważyć gołym okiem. I to nawet wówczas, kiedy w grę wchodzi najdłuższe ludzkie życia. Nie zostanie bowiem w czasie jego trwania dostrzeżony (chyba, że przy użyciu precyzyjnej aparatury), na przykład, proces erozji kamieni. A przecież działają na nie ustawicznie deszcz, różnica temperatur, wiatr.

*

Głazy i kamienie, które napotyka się tutaj na każdym kroku, jak na razie, są niemymi świadkami tego, co działo się na tym skrawku Ziemi w ciągu ostatnich tysięcy lat. Lecz może już niedługo okaże się, że niektóre z nich działają od wieków jak camera obscura. Może to, przykładowo, dotyczyć tych, które posiadają przynajmniej jedną dziurę czy szczelinę. Wtedy we wnętrzu kamienia, na wprost otworu, pojawia się obraz, który zostaje utrwalony. Gdyby okazało się to prawdą, a my nauczylibyśmy się pozyskiwać owe nakamienne fotografie, nie wykluczone, że zobaczylibyśmy masy lodu nasuwającego się na południe, albo cofającego się na północ. Może zaznajomilibyśmy się także z etapami powstawania jezior, rzek, różnego rodzaju wzniesień (kemów, moren, ozów). Zobaczylibyśmy przemieszczające się nad odłamkami skalnymi bądź obok nich, w zależności od ich rozmiarów, rozmaite zwierzęta przywabione roślinnością, jaka coraz liczniej zaczęła się pojawiać w miejsce ustępujących lodów i śniegów. Moglibyśmy spojrzeć na ludzi, jacy pojawili się na tej ziemi w ślad za zwierzyną.

Może byłoby nam dane zobaczyć, jak ponad głazami i kamieniami wyrastają drzewa ograniczające do nich dostęp światła. A niekiedy wręcz uniemożliwiające obserwację nieba udekorowanego mrowiem kamieniopodobnych gwiazd. Po upływie tysiącleci, większość tych przybyszów ze Skandynawii ponownie znalazła się na otwartej przestrzeni. Człowiek, posługując się początkowo ogniem i siekierą, a potem piłą, unicestwił bowiem większość tutejszych lasów. Niewykluczone, że i ten proces został zarejestrowany.

Może też okazać się, że wnętrza niektórych kamieni zawierają jakby zapis stopniowej przemiany ścieżek w drogi, przy których zaczęły następnie powstawać wioski, a potem także grody. Z kolei kamienie pogrążone w wodach, być może utrwaliły obrazy z życia, jakie toczyło się w jeziorach i rzekach.

Nie należy jednak wykluczyć i takiej możliwości, iż te swoiste camery obscury zawierają „dokumentację”, która wywróci do góry nogami teorie naukowe na temat tego, co kiedyś tu się działo. Możemy dowiedzieć się chociażby, że fragmenty Gór Skandynawskich dotarły na południe w zupełnie inny sposób, niż dotąd sądziliśmy.

*

Władysław Kopaliński w swym „Słowniku symboli” odnotował, że kamień jest symbolem „praprzyczyny, istnienia, kości Matki-Ziemi; Słońca, ognia, grzmotu, potęgi (opiekuńczego bóstwa), bóstwa, Boga, ołtarza; Chrystusa, Kościoła, św. Piotra, próby, męczeństwa, śmierci; duszy (która opuściła ciało); grobu; obrony duszy zmarłego; świadka; kary; martwoty; nieczułości; jałowości; ciężaru; fundamentu; siły, twardości, niezmienności, spoistości; broni; twardości, trudu; długowieczności, wigoru życiowego, płodności, bezpłodności; fallicznym; milczenia, mowy, pamięci, mądrości; zgody z samym sobą, wewnętrznej harmonii, (amulet) szczęścia i zdrowia; złości; bólu. Roztrzaskany głaz oznacza rozkład psychiczny, kalectwo, śmierć i zniszczenie”*.

Rolnicy uprawiający tutejsze nieduże, mało urodzajne pola i wypasający konie i krowy na „ubogich” pastwiskach, nie domyślają się, że te odłamki skalne różnej wielkości, wiodą jakby podwójne życie. Tkwią bowiem w miejscach, które wyznaczył im los, a niejednokrotnie także człowiek, ale jednocześnie symbolizują tak wiele spraw. Z tym jednak zastrzeżeniem, że każdy z tych rolników nie ma wątpliwości, co do tego, iż kamienie, z którymi wciąż się stykają, są twarde, długowieczne i jałowe. Bo czyż w świecie, w którym przyszło im żyć, jest coś równie twardego, długowiecznego i jałowego jak te fragmenty Skandynawii?

*

Nad tą krainą unosi się smutek. Mało tego, stanowi jej integralną część. Tak jak wspominane kilkakrotnie bagna, pagórki, drogi polne, w których nawierzchni tkwi mnóstwo drobnych kamieni. Lecz nie jest to smutek dojmujący, przygniatający człowieka. Z racji mojej nieprzemijającej niechęci do zdrobnień, nazwę go lekkim smutkiem.

Ktoś kto zjawi się tu latem, smutku tego najpewniej nie odczuje. Zdecydowana większość spośród przebywających tu urlopowiczów, zbyt jest bowiem zajęta tak zwanym wypoczywaniem, aby wczuwać się w atmosferę tej krainy. Dzień z pewnością nie skłania ku temu - nazbyt wiele bowiem się dzieje. Nie inaczej zresztą jest wieczorami. Do tego błękitne niebo, które latem tu dominuje, sprzyja utrzymaniu pogodnego samopoczucia. Zaś letni deszcz jest źródłem takich samych nastrojów, jakie wywołuje także w tych zakątkach Ziemi, które uważane są za atrakcyjne pod względem turystycznym. Nie ma w nim, więc niczego specyficznego dla krainy głazów i kamieni. Tak więc jej obraz, jaki zabierze ze sobą wspomniany turysta, będzie urokliwy, niemal sielski, czyli... nie do końca prawdziwy.

Tymczasem przez pozostałe trzy czwarte roku, ów smutek będzie odczuwany nawet przez tych, którzy zajrzą tu na krótko. Jakie są jego źródła? Rozmaite (jedna przyczyna absolutnie nie wchodzi w grę). Sądzę, że jednym z nich są właśnie głazy i kamienie. To, że wymieniam je na pierwszym miejscu wynika wyłącznie z tego, że stanowiły one dotąd główny temat niniejszego tekstu. Ale to, że mają swój udział w „wytwarzaniu” owego smutku, nie budzi we mnie żadnych wątpliwości. Ich obecność na każdym kroku świadczy bowiem o biedzie tej krainy. I mimo, że ostatnio wiele w tym względzie się zmieniło, to sama pamięć o ciężkich warunkach życia na tych nieurodzajnych ziemiach dziesiątków generacji rolników, skutecznie podtrzymuje ów smutek. Tak więc, prędzej czy później (najczęściej, prędzej), da on o sobie znać.

Kamienie narzutowe, zarówno te wielkie, jak i mniejsze, a także sterty drobnych kamieni zgromadzonych na miedzach, przy drogach, mogą wywołać również innego jeszcze rodzaju myśli. Tkwią tu już bowiem dziesiątki wieków, ale ich wiek liczony jest w milionach lat. I przez ten czas dane im było wieść „życie kamienne”, które nie tylko teoretycznie, ale również praktycznie jest wieczne. W ciągu wieków spoczywał na nich wzrok ludzi i zwierząt należących do setek pokoleń. Świadomość tego może działać przygnębiająco. Bo czyż może być inaczej, kiedy myśli się o nieuchronności losu wszystkiego co żyje, co czuje?

Nieurodzajne tutejsze ziemie nie sprzyjały dużemu zaludnieniu. I tak jest nadal. Nie ma w tym względzie, aż tak dużej różnicy między rozległą Puszczą Augustowską, pośród której rozrzucone są nieliczne wsie, a pozostałą częścią tej krainy, gdzie nie ma dużych komleksów leśnych. Ale także przebywając poza wspomnianą puszczą, można odbyć wielogodzinną wędrówkę i po drodze nie spotkać ani jednego człowieka. Co najwyżej usłyszy się ludzkie głosy, zobaczy kogoś w oddali. A to może wywołać uczucie osamotnienia, opuszczenia spowodowanego wrażeniem, że jest się na krańcu świata zamieszkiwanego przez ludzi.

Szare chmury, poza oczywiście latem, bardzo często obecne na niebie, też nie sprzyjają obecności pogodniejszych wrażeń i odczuć. Jak już wspomniałem, jezior jest tu wiele. I można by sądzić, iż ich błękitne wody będą skutecznie rozproszać smutek. Lecz poza jednym dużym i kilkoma średniej wielkości, ogromną większość stanowią nieduże zbiorniki. A szare chmury, przeglądając się w nich i dominując nad nimi, odbierają niebieskość ich wodom, upodabniają je kolorystycznie do siebie. W przypadku większych jezior jest to o wiele trudniejsze.

Takie, a nie inne myśli mogą też być efektem występowania licznych bagien na tym terenie. Nie ma istotnego znaczenia to, że jedynie kilka należy do rozległych. Bez względu na wielkość, wszystkie moczary budzą bowiem respekt w ludziach, obawiających się, że mogą, dosłownie, zapaść się w nich, nie pozostawiając żadnych śladów. Tak, obecność bagien może również mieć wpływ na obecność w tutejszym powietrzu smutku.

*

Przez pół godziny siedziałem na głazie, na skraju wspomnianej drogi. W tym czasie dostrzegłem w otaczającej mnie scenerii tylko jednego człowieka. I to z dużej odległości. Może to była kobieta, może mężczyzna.

Nim wstałem i ruszyłem w dalszą drogę, ku Czarnej Hańczy, przyszło mi na myśl, iż nie można wykluczyć tego, że sprawcą pojawienia się skandynawskich kamieni, i to nie tylko w najbardziej północno-wschodnim zakątku Polski, ale w całej północnej Europie, jest jednak Zły? To fakt, że nikt nie pozostawił żadnych zapisków, iż widział go jak o północy ciskał, z jakiejś gwiazdy kamienie. A niektóre spośród nich były ogromne. Lecz nikt też nie pozostawił pisemnych świadectw na temat tego, iż pewnego bardzo mroźnego ranka, zobaczył wzdłuż całego północnego horyzontu Coś ogromnego, białego. I to Coś ogromniało z miesiąca na miesiąc, aż...


* Władysław Kopaliński, Słownik symboli, Warszawa: Oficyna Wydawnicza Rytm, 2006.

Felieton: Igor Wieczorek KOSTROWICKI MAŁO ZNANY


W szkołach uczono mnie, że Guillaume Apollinaire był ekscentrycznym poetą, który rysował z liter zegarki, krawaty i tym podobne akcesoria. Nie wspominano o tym, że był prekursorem surrealizmu i… pornografii. Natomiast specjaliści z Agencji Wydawniczej Egros, która w 1994r. opublikowała pornograficzną powieść Apollinaire’a nie wspomnieli ani słowem o tym, że jej znakomity autor był również wybitnym Polakiem. Jego prawdziwe nazwisko brzmiało Kostrowicki, a polskich akcentów w jego twórczości nie brakuje.

Na przykład główny bohater powieści pt.”Jedenaście tysięcy pałek”, niejaki Mony, odbywa stosunek płciowy ze wspaniałą dziwką, która wyznaje mu, że jest córką polskiego rewolucjonisty, Jana Moreńskiego. Bezczelny Mony mówi jej wtedy, że „Polacy to nieudolne pijaki, które w kółko fabrykują bomby i sprawiają, że cała nasza planeta nie nadaje się do zamieszkiwania”. – To prawda – odpowiada Polka – że moi ziomkowie są ludźmi nieco swawolnymi, lecz niech im oddadzą ojczyznę, niech im pozwolą mówić ich własnym językiem, a Polska znów stanie się krajem rycerskiego honoru, luksusu i pięknych kobiet -

Nigdy nie wierzyłem wizjonerom. Nie wierzę nawet poetom, którzy twierdzą, że natchnienie poetyckie jest formą jasnowidzenia. Twórczość Kostrowickiego osłabia moją niewiarę. Już w roku 1908 ten dziwny człowiek usiłował podnieść zjawisko snu do rangi problemu naukowego. Zacierająca się od wielu lat granica między psychologią głębi a mistyką świadczy dobitnie o wadze tych usiłowań. Kostrowicki wieścił również zwycięstwo kina nad sztuką słowa. Nie można chyba zaprzeczyć, że jego proroctwo się spełnia. Jeżeli chodzi o „nieudolnych pijaków, którzy w kólko fabrykują bomby”, sprawa nie jest aż tak oczywista. Wystarczy jednak uświadomić sobie fakt, że wydajność pracy w Polsce jest bez porównania niższa niż w innych cywilizowanych krajach, a polska kultura picia jest chyba równie bogata, co asortyment petard najsłynniejszego bombiarza dwudziestego wieku – Teda Kaczyńskiego, aby przyznać Kostrowickiemu odrobinę racji.

Obecność naszego kraju w Unii Europejskiej i uroda naszych dziewczyn świadczą niezbicie o tym, że odzyskujemy stopniowo renomę „kraju luksusu i pięknych kobiet”.Z „rycerskim honorem” jest chyba trochę gorzej, ale to określenie padło przecież z ust dziwki, której „anielska twarz tężała, zaś czoło zdawało się chmurzyć, jakby od przepływającego obłoku niewybaczalnych zboczeń”.

Bardzo dziwi mnie fakt, że Guillaume Apollinaire, czyli Wilhelm Apolinary Kostrowicki, syn polskiej arystokratki, czołowy przedstawiciel cyganerii paryskiej, prekursor wielu prądów współczesnej sztuki, twórca terminu „surrealizm”, wybitny poeta, eseista i krytyk sztuki, odchodzi w polską niepamięć. Naszą najlepszą pracą na jego temat pozostaje wciąż opublikowana w 1972 roku monografia pt. ”Apollinaire” autorstwa Julii Hartwig. Czym sobie na to zasłużył ? Czyżby nie kochał ojczyzny? Przecież już w wieku 34 lat w liście do ukochanej napisał : „Trzeba nam teraz wszystkiej energii, zwłaszcza energii polskiej. Moja Polska to kraj, który najbardziej ucierpiał od wojny. Gdyby moje poświęcenie mogło go uratować, chętnie bym się posłużył moim wielkim kanonierskim batem. Jesteśmy najszlachetniejszą i najbardziej nieszczęśliwą, ale i najdzielniejszą rasą świata. Nie trzeba kłamać swojej krwi”. Czyżby kłamał swej krwi? Nic na to nie wskazuje.

Niezapomniany malarz, Franciszek Starowieyski, zauważył w swoich wspomnieniach, że „Apollinare miał w głębi duszy polską świadomość, dlatego polskie tłumaczenia jego wierszy brzmią lepiej niż francuski oryginał. W encyklopedii nazywa się go poetą francuskim polskiego pochodzenia. Rodzina Apolinarego Kostrowickiego mieszka do dziś na Saskiej Kępie”. O co więc chodzi? Nie wiem.

Jest Poezja! Andrzej Tchórzewski




Niezmierna choroba na lenia


Nie chce mi się
zapisywać myśli
aby nie mamić tych
którzy ich nie rozumieją
albo mają poważniejsze sprawy

Np. grę w karty Modlitwę
Korzystanie z usług seksualnych
Podróże po półpustyniach
Gdzie tylko seksauł
Wstrzymuje upały
Rozgrzeszając płazy



Empatia

Po tekstach widać że autorzy
częściej przebywają w wannie
niż u źródeł Nieodwiedzani
Niepodpatrywani

Pod prysznicem to co innego
Życie toczy się szybciej
i nie ma czasu na wiersze

A użycie hydromasażu
zmniejsza zapotrzebowanie serca
na współczucie



Knajpa

Grochowiak jak szpak w atrium naucza łaciny
Dzieląc podrzędne myśli na okresy i mieszając
ten cały wszechsłowiański bigos z jugolską śliwowicą

Łysiny
mu nie starcza

O Tu jeszcze przyboś Zabłąkany i mitologiczny
wychynął się z wiarą w lud odwieczno słowiarski
Mały ale dzielny Zaliczył obie wojny
a przysnął przed trzecią Która się nie odbyła
Choć Jak zawsze Mogła

Jest również ważyk
W śnie moim wyrasta z kieliszka
do rozmiarów olbrzyma Zagarnął trzy stoliki prawie
i rozważa Gdzie umieścić średniówkę Oblicza
korelacje rymów Z oddalenia mu dźwięczą

I aktorka stara Koniecznie wielka Więc anonimowa
Po prostu Pani z góry
Wtedy chyba Nie było jeszcze Skolimowa
Zuchwały przeczytałem jej świeży rękopis
warszawy ozyrysa

To piękne i ostre Aż przysiadł się minio
Lepiej nie pisz Chłopaczku Gawrony cię zniszczą
Gdzie Jakie gawrony w sześćdziesiątym szóstym
Czytasz jednak fatalnie Materiał na spektakl
Zrób z niego monodram Zagram chętnie
Można srać na gomułkę ale nie na naród
Którym się karmimy Nabierz dystansu Więcej
dystynkcji Dy-s-tansu

Nie ma iredyńskiego Pewno hula
z himilsbachem Tam na przedmieściach żalu

Jest poeta luterek i poeta herbert
Ten pierwszy z częstochowy jednak nie
splamił się rymem nawet wewnętrznym
Awangarda prawdziwa z lekkim nalotem eliota
Drugi już miesza dowcip z melancholią
Wzdryga się przed prawdą ostatniego kieliszka

Na wódkę dla biednych artystów Krzyczy
przyszły marszałek izby
Ktoś w wieszczym przeczuciu śpiewa
Zwietrzałym barytonem Zamiatała kaśka izbę
aż jej mucha wpadła w pizdę

Arystokracji wszystko przystoi Aktorka wielka
mówi Sama jestem z plebsu Odchodzę
Jednak niepotrzebnie drze mordę
W szatni Jak zazwyczaj Wyróżnia się napis
Jedzmy NIK nie woła

Wchodzi trójka mądrali Na rozchwianych nogach
W jednakowych półbutach Znów esbecja
Szepcze gucio kreator Chorą nerką
sącząc radziecki koniaczek
A w myślach mu kołacze kwestia na proscenium
Zapewne Z moskwy w polskę nasyłają
samych łajdaków stek

To może dwa steki
Na szczęście wyszły
Ludziom doskwiera często brak gotówki
a karty kredytowe Oparte o ścianę
trzyma towarzysz kierownik

Po latach
jego śladu
trzeba szukać w kurzu
podając sygnaturę akt



Szron

Widzialny niszczy niewidzialnie
liście i wytrwałe trawy
Na oścież otwiera nam
rześkość poranka

Znika
pod batem
złożonym z promieni
Już nie wiadomo
w której bramie się zatrzyma
zwiastując zimę

22.XI.2011



* * *

Mówisz Irański bóg czasu
kiedyś pożyczony grekom
cofnął nam licencję
Musimy stąd odejść
sprzyjając siłom które
zabierają ubogie resztki sensu

Nie poczuwszy oporu
one też zmarnieją
Roztopią się w tryumfie
w mazi słów i czynów

Listopad, 2011



Rój

Mając wargi popiołem zsypane
myślę o przyjaciołach Znajomych Kolegach

Najbardziej spod mojego znaku
Co Ponoć Wyraża zachwycające
i twarde stąpanie po ziemi
lub przywiązanie do dziwnych podróży

Śpiesznie odeszli w przyszłość

Zbyszek który nigdy nie widział
śniegu w Alpach
Marianna spod Czemiernik
uparcie gnająca staroświeckie woły
w stronę morza obraz którego
tylko przeczuwała
Vicente noblista zagubiony w natłoku dializ
który nie mógł wypowiedzieć swej radości
ściskając dłoń króla
wreszcie ezra loomis w klatce
oglądający ojczyznę

Są też inni Nie tak wyraziści
Niezaplątani w słowach podróżnicy
Starsi albo młodzi Z różnych części świata
Cierpiący i beztroscy Zamożni czy biedni

Jak rój wylatują z pamięci ku trwaniu
I co z tego Co z tego
Kiedy znaki kłamią
zachwycone pustką

25.11.2011



Szpital

Od nastu lat przychodzę tutaj
gdzie pnie ściętych drzew toczy mech
A pamięć je odnawia aż do samych koron

Tyle tu klinik klik i kliknięć
Niedokończonych murów Fundamentów stajni
Parkuru Maneżu Cień kawalergaardów

Znany z historii Marszałek opisał to miejsce
Bale Piwnice do trzymania lodu i szampana

Ja muszę inaczej bo robię badania
Czy serce wytrzyma przeciętny napór świata

Marszalek będąc jeszcze pułkownikiem nie miał
z tym problemu Lubił miejscowych Arystokratów
zwłaszcza trafnie żartujących z siermiężnych władców imperium

Któremu służył dla kariery Wiernie ale z dystansem
właściwym kondotierom Już jako patriota
Dwukrotnie wygra z nowym wcieleniem molocha

Lubię takie miejsca Przypadkowo zanurzone w dzieje
lecz nie muzea Inni jak tamci hrabiowie
są mili chociaż mniej majętni Opłacani
Nędznie Z przygaszoną skłonnością do żartów

23.11.2011

Przypowieść: Igor Wieczorek NOWA WŁADZA


Ze wschodu nadchodzi człowiek, o którym powszechnie sądzimy, że jest doskonale dziurawy. Nadchodzi drogą okrężną i nieraz, przy dobrej pogodzie, widać go jakby na przestrzał.

Pan burmistrz przedsięwziął już środki w celu odparcia intruza, lecz wielu obywateli zaczyna żywić obawy co do ich skuteczności.

Z natury rzeczy wynika, że środek nie ima się próżni – dowodzi znany profesor – cokolwiek bowiem istnieje, możemy się o tym dowiedzieć tylko przez porównanie z czymś takim, co nie jest czymkolwiek, a więc z czymś, czego nie ma. A zatem, cokolwiek istnieje, z pewnością znajduje się w miejscu zajętym już przez coś innego, albo, co jeszcze dziwniejsze, z pewnością znajduje się w miejscu, które z zasady jest próżne.

Dziurawy człowiek, jak widać, złamał ową zasadę, gdyż ulokował się w miejscu zajętym przez siebie samego, a właśnie w środku jest próżny. Tymczasem z doświadczeń wynika, że próżnia jest niebezpieczna – nie można jej bowiem opróżnić, a bardzo łatwo ją zająć. Zajęta podszywa się pod to, przez co została zajęta i staje się nieuchwytna.

- Nie można zniweczyć nicestwa – ostrzega stu generałów – broń, którą dysponujemy, z pewnością jest niezawodna, lecz w starciu z dziurawym człowiekiem okaże się obosieczna.

Pan burmistrz jest niepocieszony. Namiętnie kocha swą władzę i wszystkie jej atrybuty, lecz z biegiem czasu ta pierwsza kryje się w gąszczu tych drugich. Konflikt z dziurawym człowiekiem może ją nieco odsłonić, lecz krnąbrni obywatele twierdzą, że właśnie odwrotnie – niechybnie obnaży on próżność samego pana burmistrza, w wyniku czego ślad władzy zaginie już bezpowrotnie.

Ze strachu, a może z rozpaczy, pan burmistrz zaczyna udawać, że dawno już przestał być sobą i jest tylko swym atrybutem. Wygląda to nawet zabawnie, lecz w rzeczy samej jest smutne – ten człowiek jest bowiem dziurawy.

Do miasta zaś zbliża się intruz, o którym powszechnie sądzimy, że będzie rzeczowym burmistrzem.