LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA
______________________________________________________________________

Pożegnania: Krzysztof Jurecki WSPOMNIENIE O ANDRZEJU URBANOWICZU


Andrzej Urbanowicz był dla mnie bardzo ważnym artystą - niepokornym, poszukującym duchowości w neognozie i buddyzmie, związanej z uniwersalną prawdą o świecie. Każda rozmowa z nim była niesłychanym przeżyciem, każde Jego zdanie miało moc i siłę wyrazu. Miał w sobie coś z guru, choć w kwestii chrześcijaństwa się z Nim nie zgadzałem. W grudniu 2010 na prośbę Andrzeja napisałem krótki tekst o naszej znajomości w związku z przygotowywaną publikacją. Mieliśmy się spotkać w czerwcu 2011... Jak na razie jest artystą niedocenionym, ale jestem przekonany, że się to zmieni, gdyż stworzył wokół siebie nie tylko środowiskowo artystyczne, ale malował wyjątkowe obrazy od lat 60.

Żegnaj Przyjacielu! Twoja sztuka będzie wieczna, Twoja duchowość także.


Andrzeja Urbanowicza poznałem … nie pamiętam dokładnie w jaki sposób. Co dziwne wydaje mi, że odbyło się to bardzo dawno, choć faktycznie miało to miejsce z wraz przygotowywaniem wystawy Katowicki underground artystyczny po 1953 roku (2003). Do jej części fotograficznej zaprosił mnie prof. Janusz Zagrodzki, główny kurator tego udanego i potrzebnego pokazu. Czas, który jest pojęciem tak naprawdę względnym, jeśli nie podejrzanym, w moim życiu bardzo przyśpieszył po czterdziestym roku życia. Czy jest to smutne? Być może, ale zacierają się szybciej horyzonty wielu zdarzeń czy spotkań.

1. Nasze relacje z Andrzejem
Nasza współpraca przy organizacji wystawy o undergundzie udała się. Nie było żadnych problemów czy spięć. Przy okazji poznałem także Stasia Rukszę, który pracował w BWA. Następnie razem współpracowaliśmy przy bardzo dużej ekspozycji Jerzego Lewczyńskiego, który wielokrotnie już w latach 80. i 90. opowiadał mi o niezwykłej postaci Andrzeja – jego happeningach czy magii, wobec której Jurek nie wiedział, jak ma się ustosunkować. Nie mówiąc już o Zofii Rydet (z. 1997), która zdecydowanie bardziej podatna była na tego typu zabiegi hapeningowo-artystyczne, choć zdaję sobie sprawy z nieadekwatności tego określenia. Jerzy Lewczyński – wybitny polski artysta-fotograf - wielokrotnie potwierdzał i przyznawał wpływu filozofii bycia i twórczości Andrzeja. Niewielu artystów stać, aby przyznawać się do takich zależności, które tak naprawdę nie są niczym brzemiennym czy złym. Świadczą o zwykłej przyzwoitości określonego twórcy. Lewczyński też jest dla mnie autorytetem.

Pamiętam także nasz wspólny udział: Andrzeja, Jurka, także Adama Soboty na sesji teoretycznej o twórczości Beksińskiego w BWA Bielsu-Białej przy okazji jego wystawy fotograficznej tego ostatniego ze zbiorów Muzeum Narodowego we Wrocławiu. Pamiętam, jak Andrzej opowiadał o sile energetycznej czy duchowej rysunków Beksińskiego, które po przywiezieniu do Katowic w 1977 roku i ich rozpakowaniu spowodowały Jego niesamowity ból głowy. Mówił „ten ból pamiętam do tej pory”.

Andrzej zaprosił mnie także, abym dwukrotnie zaprezentował katowickiej publiczności swoje przemyślenia o fotografii. Raz mówiłem o fotografii surrealistycznej i znaczeniu w niej Hansa Bellmera, drugim razem przy okazji otwarcia drugiej wystawy Bellmera, co było wielkim wydarzeniem w skali całego kraju mówiłem o znaczeniu artysty i poszukiwaniu „pisma ciała”. Drugi z tekstów opublikowałem w książce „Oblicza fotografii” (Września, 2009).

2. Pracownia na ul. Piastowskiej
Bardzo cenię sobie rozmowy z Andrzejem. Jest bardzo świadomy tego, co tworzy, wnika w atmosferę swych prac niczym dawny alchemik poszukujący złota. Pamiętam nasze dyskusje na temat surrealizmu, sztuki gejowskiej, którą poznał w Nowym Jorku czy galerii Krzywe Koło. Andrzej dla mnie autorytetem w sprawach artystycznych, lubię z nim rozmawiać. Żałuję tylko, że nie wytrwał w buddyzmie, który uprawiał i współtworzył w Polsce na początku lat 70., gdyż to mogłoby go zbliżyć do poznania i zrozumienia świata, a jestem pewien, że poprzez religię, w mniejszym stopniu filozofię i sztukę można to uczynić sposób mniej lub bardziej doskonały, choć nigdy wpełni doskonały. Oczywiście wpływ buddyzmu był wielokrotnie interpretowany w kilku tekstach o Jego twórczości.

Czy pracownia jest tylko miejscem pracy? Pytanie banale. Odpowiedź brzmi nie! Jest i przez lata było, o czym też wielokrotnie pisano, miejscem, gdzie przyjeżdżali lub bywali czołowi czy wybitni intelektualiści polscy. Cenna jest biblioteka składająca się tysięcy książek i katalogów. Pewnie równie interesująca jest korespondencja.

Ale najważniejsze są prace Andrzeja tworzone od końca lat 50. Pamiętam do dziś obraz o dużym formacie, jaki pokazywany był na początku lat 60. w Krzywym Kole Mariana Bogusza. Równie dobrze pamiętam test, w którym udało się artyście wyjść poza ograniczenia konstruktywizmu Władysława Strzemińskiego poprzez powrót do ikony i poglądów filozoficzno-estetycznych św. Dionizego Aeropagity. Szkoda, że tego nie potrafił „pociągnąć” dalej, gdyż wydaje mi się, że ten problem jest w dalszym ciągu do rozwiązania.

Jednak przyszli historycy Jego tak ważnej dla mnie twórczości będą mieli problemy z interpretacją. W którym momencie buddyjskie symbole i znaki, a także wcześniejsze alchemiczne przestają znaczyć i stają się „znaczeniem pozbawionym znaczenia”, jak to miało miejsce w dojrzałej i późnej twórczości wspomnianego już Beksińskiego. Czy jest to już forma wyzuta znaczenia? Czy jest ona tylko ornamentem, ale wiemy też że sam ornament także może być znaczący, aby przywołać jego przejawy antyczne – groteskę czy manierystyczne – tzw. rollwerk.

Sylwetki: Krzysztof Jurecki ANDRZEJ URBANOWICZ


Malarz, grafik, twórca parateatralny. Urodził się w 1938 roku w Wilnie, zmarł 21 sierpnia 2011 roku w Szklarskiej Porębie.

Studiował na ASP w Krakowie w latach 1956-1958, w latach 1958-1962 w filii macierzystej uczelni - w Katowicach. W latach 1972-1991 mieszkał w USA. Eseista, krytyk sztuki, a także organizator wystaw i sympozjów na temat sztuki Hansa Bellmera w Katowicach (1995, 2002). Wraz z Henrykiem Wańkiem współtwórca Stowarzyszenia Twórczego Bellmer.

Debiutował na wystawie indywidualnej w Galerii Krzywe Koło w Warszawie w 1963 roku, gdzie pokazał obrazy nawiązujące do idei Władysława Strzemińskiego, ale inspirowane także mistycyzmem zawartym w tekstach Pseudo-Dionizego (V/VI wiek). W tym czasie rozpoczął studia nad okultyzmem. Z awangardowej pogoni za niedoścignionym ideałem linearności świata wycofał się już w latach 60. Przestrzeń twórcza artysty zbudowana została na podstawie jego inspiracji duchowych - buddyzmu zen, neognozy, okultyzmu, do którego zwrócił się już w 1963 roku (obraz „Wielka Garota czyli Splendor Solis”). Symbolika solarna zawarta w jego twórczości łączyła się także z odniesieniami do mitologii egipskiej i przede wszystkim z motywem Ouroborosa (symbolem wiecznej przemiany i odwiecznego chaosu).

W tekście „Okazanie” (1999) Urbanowicz stwierdził: „Najdosłowniej jesteśmy dziećmi światła, choć nie zawsze o tym pamiętamy. Nawet, gdy jest go całkiem niewiele, ono jest najważniejsze. Posłańcem uczuć światła jest barwa”.

Wczesne obrazy Urbanowicza z końca lat 60. należy porównywać z formalną, ale przede wszystkim duchową, atmosferą twórczości Zbigniewa Makowskiego. Można w nich jednak odnaleźć także reminiscencje pop-artu w jego odmianie nazywanej psychodelic-art, uderzającej kontrastem kolorystycznym. Już w tym czasie Urbanowicz tworzył jednak zadziwiające i dojrzałe prace.

Najważniejsza część jego twórczości związana jest z działaniami katowickiej grupy Oneiron (1967-1978), do której należeli m.in. Urszula Broll, Zygmunt Stuchlik, Antoni Halor i Henryk Waniek. Artyści tej grupy w twórczy sposób zgłębiali teorię Carla Gustava Junga, w tym znaczenie marzeń sennych, oraz ikonografię sztuki Dalekiego Wschodu. Istotne okazały się ich interdyscyplinarne dokonania artystyczne, np. wspólne dzieło składające się z trzydziestu plansz, „Leksykon (Encyklopedia symbolu)”, pokazane po raz pierwszy w 1969 roku, o wysublimowanej strukturze rysunkowej penetrującej wewnętrzne pojęcie symbolu, a nawet kosmogonii świata z różnych kultur. Wyrażało ono bardziej formułę chaosu, za którą opowiedział się później Urbanowicz, niż kategorię prawdy, choć była ona zasadniczym celem w tej realizacji, odwołującej się do koncepcji sakralności świata, wyrażającej się przez zmienne kulturowo i historycznie symbole, w których silnie manifestował się erotyzm, rozumiany jako energia twórcza.

Interpretowana głównie jako psychodeliczna twórczość Urbanowicza i w mniejszym stopniu Henryka Wańka z lat 70. (np. wspólny obraz poświęcony Janowi Palachowi), otwarcie manifestujących postawę antykomunistyczną, może być określona mianem katowickiego undergroundu. W odróżnieniu od prac Wańka malarstwo Urbanowicza przesycone było już wtedy perwersyjną erotyką. W jego twórczości zaznaczyły się: metoda cytatu dawnej sztuki (np. Hansa Holbeina Młodszego), wykorzystywanie motywów fotograficznych (w tym z kręgu low art) oraz silny kontrast kolorystyczny.

Grupa Oneiron dla kultury polskiej odkryła wiele światów artystycznych, w tym mit czeskiej Pragi oraz alchemii i wiedzy tajemnej, choć podlegającej artystycznej racjonalizacji. Po raz pierwszy w Polsce dogłębnie zainteresowała się buddyzmem zen.

Dla zrozumienia malarstwa Urbanowicza bardziej istotny jest jednak jego związek z życiem i poszukiwanie zrozumienia istoty świata. Wydatnie podkreślał wszelką biologiczność życia, w tym oczywiście człowieka, co było przedmiotem wielokrotnych penetracji artystycznych w XX wieku (np. Władysław Strzemiński). Widać to na przykładzie obrazu „Źrenica”, który mimo swej abstrakcyjnej pulsacyjnej formy traktuje o biologiczności życia.

Istota malarstwa Urbanowicza uwidacznia uporczywe drążenie określonych problemów. Podstawowym jest poszukiwanie obsesyjnych, wężowatych splotów („Tęczowanie”, „Serpemanita”), ukazywanie wyobrażenia słońca oraz przenikającego wszystko erotyzmu - potężnej siły ożywiającej świat.

Poszukiwanie miłości, czasami z jej ciemnymi odmianami, związanymi ze skrywanym w podświadomości sadomasochizmem z pewnością było jednym z celów artystycznej działalności artysty. Miłości przynajmniej w podwójnym znaczeniu: ziemskim jak i boskim, choć odróżnienie jednego od drugiego tylko teoretycznie jest jednoznaczne. Artysta prezentował postawę afirmatywną wobec życia, którego zasadniczym składnikiem jest chaos. Poszukiwał nowego paradygmatu dla rozwoju kultury. Z pewnością nie był on nowy, ale też nie był popularny, gdyż w historii kultury europejskiej przeważał zracjonalizowany antropocentryzm.

Jego obrazy to często wizualne buddyjskie koany przedstawiające różne historie, które mają w widzu wywołać określone uczucia, a przede wszystkim doprowadzić do otwarcia drzwi percepcji, zrozumienia lub przywołania określonego stanu psychicznego. Oczywiście nie jest to łatwe, ale artysta ma do takiego nauczania określone przygotowanie duchowe, będące wynikiem buddyjskich inicjacji i studiowania ezoterycznych pism. Jego sztuka jest ze swej natury głęboko symboliczna, ale podobnie jak w XIX wieku czyhają na nią różnego typu niebezpieczeństwa. Wielokrotnie jednak udawało się Urbanowiczowi poruszać dziwne stany rzeczywistości widzialnej oraz tej ukrytej, niedostrzeganej, ale odczuwanej, jak ma to miejsce np. w obrazach „Świecące” czy „Wschód”.

Obrazy Urbanowicza powinny być tłumaczone w poetycki sposób, tak jak to znakomicie czyni Urszula Benka. Inny klucz, poza duchowym, mija się z istotą przesłania zawartego w jego sztuce.

Twórczość artysty była bardzo konsekwentna. Już w latach 60. słońce stanowiło jeden z głównych jej wątków. Później okazało się, że wszystko zostało mu podporządkowane, stało się dla artysty zasadniczą manifestacją istoty życia jak i emanacją energii (bóstwa). Pomimo witalności determinującego życie chaosu, w którym musimy istnieć, nad wszystkim wznosi się konstytuujące go, tworzące podstawową zasadę bytu, słońce.

W 1992 roku w Galerii Sztuki Współczesnej BWA w Katowicach miała miejsce retrospektywna wystawa prac Andrzeja Urbanowicza. W latach 1992-1994 działał jego Teatr Oneiron 2 (spektakl „Więzy”), a w 1996 roku - Teatr Oneiron 3. Wszystkie oparte były na wizyjności i swobodzie interpretacyjnej, łączące się z „poetyką rytualnej anarchii, zacierające granicę między ceremoniałem a wydarzeniem mistycznym, pomiędzy erotyką a kosmiczną wzniosłością”. Kolejna ważna wystawa artysty, „Andrzej Urbanowicz. Splendor Solis”, odbyła się w BWA w Katowicach na przełomie lat 1999/2000.

Prace artysty posiadają w swoich zbiorach: Muzeum Narodowe w Warszawie, Muzeum Narodowe w Poznaniu, Muzeum Śląskie w Katowicach, Muzeum Górnośląskie w Bytomiu, Muzeum Sztuki w Łodzi, Muzeum Ziemi Lubuskiej w Zielonej Górze, BWA Katowice, Muzeum Historii Katowic, Muzeum Okręgowe w Koszalinie.

(2004)

Recenzja: Stanisław Esden-Tempski ŁOWCA ORCHIDEI


Instrukcja obsługi dzieła literackiego.


„Łowca orchidei” nie jest grzeczną książką to pewne! W pierwszym oglądzie rzucają się w oczy łajdackie tytuły rozdziałów. „Kiedy Sławkowi Baldowi robiło się niedobrze”, „Goła, dupa”, „Znów krocze tym razem Klemensa”, „Dziwna wielkość indyczych jaj”, „Nieprzyzwoita twarz Jacka”, „Opluty Jazon”... - można by długo cytować; do wyjątków należą tytuły, które można by bez tremy przeczytać w salonach literackich Warszawy czy Krakowa. Sto krótkich rozdziałów („pieśni”) pełnych smutnej treści opatrzonych tytułami pełnymi nonszalancji. Kogo lub co atakowałem tym estetycznym wyzwaniem?! W jakim celu tak wytrwale rozwijałem opisy tych wszystkich ludzkich „złych skłonności”?

Mój zamiar więc był ściśle realistyczny, podobny do intencji Balzakowskich. Szybko jednak zauważyłem, że realistyczne jedynie podejście do opowieści o podróży do Ameryki zaprowadzi mnie na grzęzawiska banalności. Na dodatek mój Jazon - Sławek Łysy (Bald) - przybywał do dzisiejszej Kolchidy z zupełnie innej Utopii, w której wszyscy z założenia mieli wszystkiego pod dostatkiem, więc nie było potrzeby uganiać się za złotym runem. Polska na dodatek jest krajem katolickim. Setki i tysiące razy w kościołach swego wyznania słyszeliśmy – ja i mój Bohater, że „pierwej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, zaczym bogacz trafi do królestwa niebieskiego”. Temu przekonaniu towarzyszą inne zdania z Biblii – o ptakach co nie sieją i nie orzą, a mają. Sławek wychowywany był w pogardzie dla „karierowiczostwa”, w umiłowaniu cnotliwej biedy i bohaterstwie „czynów społecznych”. USA do kraj protestancki, którego filozofia selfmademana ma swe biblijne źródło w opowieści o ukrytych talentach.

A przecież obaj Baldowie, Sławek - prawnuk i Szymon – pradziad, porzucili domy rodzinne i pojechali szukać swego szczęścia na antypodach? Dlaczego? Pomijając już względy martyrologiczne, paradoks ich wyborów tworzy podstawowa sprzeczność właściwa dla całej diaspory wykształconej na greckich i rzymskich mitach. Starożytni Grecy, tworząc mity w gruncie rzeczy opisywali życie, chrześcijaństwo opisując życie tworzyło niedościgłe mity. Bald był z góry niechętny materialistycznej hucpie kolchidyjskiego społeczeństwa. Na samą myśl o wyjeździe do Ameryki Sławkowi Baldowi robi się niedobrze. Za oceanem jeżdżą obraźliwie eleganckie samochody. Bald znalazłszy się tam za morzami – umarłby z poniżenia.

Sławek nie mogąc oddać się wyścigowi szczurów, gonitwie za szmalem na brudnych ulicach polskiego getta (ze względu na blokadę ideologiczną, którą zaszczepiło w nim chrześcijaństwo) musiał znaleźć sobie jakieś alibi. Wytłumaczenie dla swej abnegacji potrzebne mu było, aby czuć się (to zupełnie zapomniane słowo) g o d n i e . Spodziewał się, że znajdzie ową legitymację w książce swego pradziadka „The exile from Eldorado”. Książka ta miała pomóc mu odpowiedzieć sobie na pytanie, które także dręczyło historyków – dlaczego historyczny Bald, poszukiwacz złota i łowca orchidei, dokonał, jakbyśmy dzisiaj powiedzieli, aktu terrorystycznego, powodując wybuch w delcie rzeki San Juan (Nikaragua) i uniemożliwiając tym samym podróżowanie do Kalifornii. Dlaczego Szymon Bald uśmiercił gorączkę złota, Oto cała myślowa intryga mojej książki.

Szymon Bald – pradziad jest postacią koherentną. Nie zadawał sobie pytania jaki jest jego dekalog. Ten system był dla niego niezagrożony, jak dzisiejsze intelektualne mody, trwał i wydawał się być niezmienialny. Szymon zrozumiał, że w pogoni za złotem kultury ludzkie będą się niebezpiecznie mieszać. Zagrozi to człowiekowi utratą swej niepowtarzalności, własnego imienia. Dlatego Szymon z takim spokojnym sumieniem decydował zatkać rzekę San Juan, jak byle kran z piwem. To był akt na miarę Herostratesa, Szymon zniszczył w swoim mniemaniu świątynię Złotego Cielca!

Chociaż Sławek Bald prawnuk i Szymon Bald pradziad realizują to samo fatum losu – są uchodźcami politycznymi i wyjeżdżają do Kolchidy, jak Jazon, a także obaj zakochują się w córkach Arestesa. Różnią się jednak zasadniczo. Szymon jest postacią poważną. Mimo, że „kurdupel”, budzi grozę i zaufanie współczesnych. Sławek niegodzien jest swego pradziada. Co dnia odczuwa swoją śmieszność. To jest jego podstawowa tragedia. Chciałby być taki dzielny i wielki jak jego pradziad, ale jest tylko żałosny.

Daniel Bourne w „Artful Dodge” pisze o Sławku Baldzie, że to „a figure who seems to have just stepped from the pages of Joseph Conrad novel”. Jak wprowadzić do tekstu taką właśnie postać w czasach zdychającego postmodernizmu? To był problem nas obu - autora i mego Bohatera. W promieniowaniu postmodernizmu byliśmy wszyscy. Leslie Fiedler pisał: „mięsista, realistyczna powieść o wyraźnej fabule, z wyraźnymi postaciami, plus przyjemne, wzniosłe myśli o małżeństwie i płci, o społeczeństwie i rodzaju ludzkim... – taka powieść umarła”. Czytywaliśmy książki Bartha, Pynchona, Vonneguta, Wszyscy byliśmy dziećmi epoki wstydu narracyjnego.

Sławka Balda mógł wyrazić jedynie bunt. Bunt nie liczący się z żadną Formą Ja, jako autor byłem jedynie medium informującym o samym procesie. Forma nie przystawała do tego, co działo się w getcie polskim w Chicago. Postanowiłem więc obrazić się na Formę i lekce sobie ją ważyć. Potraktowałem zwyczaj literacki jak żywą osobę i mściłem się na stereotypach literackich, torturowałem je, jakby to Kultura była odpowiedzialna osobiście za to, że żadnej Formy dla mojego bohatera nie można było znaleźć. Za motto wziąłem cytat z Don Juana Byrona:

Cervantes prześmiał rycerstwo Hiszpanii
Jeden śmiech zdołał prawego pozbawić
Naród ramienia. Odtąd niewidziani
Tam bohaterzy. Aby powieść bawić
Mogła, świat glebę przygotował dla niej.

By wyrazić bunt mego bohatera i mój własny musiałem rozprząc się w sposób możliwie najbardziej opanowany i artystycznie skuteczny. Zrobiłem to na kilka sposobów

Powieść moja pozbawiona została narratora, jakbyśmy umówili się z moim bohaterem, że już żadnych osób trzecich między nami nie będzie. Trzeciosobowe formy gramatyczne są wynikiem założenia, iż Opowieść może się sama opowiedzieć - wystarczy popatrzyć i wszystko staje się jasne! W powieści więc przede wszystkim ważny jest obraz, ważniejszy od tego co się dzieje. Rolę oskarżyciela posiłkowego zagrały przymiotniki, niespodziewane związki syntaktyczne, metafory. To była nasza amunicja - Sławka i moja.

W rozdziale „Ebenezer Scrooge i jego śnieżna faktoria” podróż salesmana ogłoszeń jest podróżą przez Kulturę. Zwykły biznes kontraktorski jawi się nam jako biuro Ebenezera Scrooge’a wprost z prozy Dickensa. Mroczne cienie we wjeździe do hurtowni są rodem z gotyckiego zamku w Malborku, murarze są masonami i budowniczymi piramid, samo biuro staje się stacją bakunowego faktora (wprost z Bartha), opis ulicy jest echem zimowych widoków hanzeatyckiego Gdańska, na koniec słońce pojawiające się spomiędzy chmur jest jak kadr z serialu o gwiezdnych wojnach i wylania się niczym kolanko z nierdzewnej stali... Obrazy wirują i zmieniają się z szybkością montażu telewizyjnego. Taka jest bowiem świadomość Sławka, taki jest bałagan duchowy współczesnego człowieka. Dłużej psychika Sławka koncentruje się na zmyślonym liście Szymona Balda do brata. (Krąg V) To zrozumiałe – list opisuje czas miniony, koherentny i stabilny. Czas pożółkłych fotografii.

Powieść poprzez taką właśnie budowę siłą rzeczy przekształciła się w rodzaj poematu epickiego. Ta najstarsza, homerycka jeszcze forma podawcza była najwłaściwsza dla mitologicznych treści. Poemat ten jest jednak poematem „wkurwionym” na Formę, na czas, na okoliczności, Jest opisem świadomości człowieka wrzuconego w śmietnik współczesności („człowieka wpędzonego do raju”). Narracja staje się momentami wulgarna, jakbyśmy obaj – Sławek i ja, nie znieśli wreszcie czegoś, nie stawało nam opanowania Bo zasadniczym naszym konfliktem – jest walka realności z Mitem. Nabraliśmy w czasie tej podróży przez świat i Kulturę wrogiego stosunku do Formy w ogóle. Mój Sławek wędrując przez kręgi emigracyjnego Piekła poszukując wielkości (Tradycji) swego pradziada a także goniąc za cieniem swej Beatrycze, w istocie goni za cieniem, wymiarem ludzkiej godności.

W momencie, gdy Sławkowi prawie udaje się wejść do zaklętej dla niego Rzeczywistości, Forma poematu pęka, „załamuje się skutkiem zbyt silnych emocji i Bohater sam zabiera Głos w sprawie swego Romansu”. Stało się tak, bowiem Sławek tylko w niezgodzie z rzeczywistością mógł spełniać swe przeznaczenie: „Tacy jak ja mogą się utrzymać przy życiu tylko wówczas, gdy nikt nas nie chce” – mówił do stewardessy na lotnisku - Do życia potrzebne jest nam jakieś antypowietrze. Myślę, że to taka nasza przemijająca, motyla generacja... lecz póki tu jestem, taki jaki jestem, muszę sprawić, by wstręt, którym napełniam Amerykanów, nabrzmiał treścią. Przestał być tak głupio bezinteresowny? Poematy nie dają gotowych recept. Poezja nie jest od tego. Wystarczy głośno zadać pytanie! Choćby nawet Kultura nie miała uszu a w nosie nosiła złote kolczyki...


Stanisław Esden-Tempski, „Łowca orchidei”, Polnord - Wydawnictwo Oskar, Gdańsk 1994.

Felieton: Igor Wieczorek NAJGROŹNIEJSZE ZWIERZĘ ŚWIATA


„Bóg stworzył człowieka, ponieważ rozczarował się małpą. Z dalszych eksperymentów zrezygnował”, – zapewniał kiedyś Mark Twain. Bardzo możliwe, że miał rację. Jednak człowiek – w przeciwieństwie do Boga – nie potrafi zrezygnować z eksperymentów na małpach.

Według danych międzynarodowej organizacji Great Ape Project (Projekt Wielkich Małp) w samych tylko Stanach Zjednoczonych więzi się obecnie 3100 małp człekokształtnych, z czego 1280 poddawanych jest eksperymentom biomedycznym. Jeszcze gorzej wygląda sytuacja w Europie, w której każdego roku takim eksperymentom poddawanych jest ponad 10.000 małp. W tym niechlubnym procederze prowadzi Wielka Brytania, a tuż za nią plasują się Francja i Niemcy. I nie chodzi tu tylko o laboratoria, wykonujące testy dla koncernów farmaceutycznych czy kosmetycznych, lecz także o prestiżowe uczelnie, takie jak Oxford University.

Od wielu lat różne organizacje i środowiska europejskie apelują o wprowadzenie jakiejś nowej dyrektywy. Przy Komisji Europejskiej powstała nawet Akcja Dla Ochrony Zdrowia Zwierząt, której celem jest monitorowanie i propagowanie rozwoju alternatywnych metod badawczych. Już od dłuższego czasu Fundacja Dr.Hadwen prowadzi kampanię publiczną, mającą na celu wymuszenie na Unii Europejskiej przyśpieszenia prac nad nową dyrektywą. We wrześniu 2007 r. Parlament Europejski podpisał deklarację wprowadzenia całkowitego zakazu eksperymentów na naczelnych pozyskiwanych ze środowiska naturalnego, a w maju 2008 r. dr. Jane Godall, znana badaczka i miłośniczka szympansów, przedstawiła Komisji Europejskiej petycję podpisaną przez 150.000 obywateli Unii, którzy pragną jak najszybszego wprowadzenia nowej dyrektywy.

Niestety wszystkie te akcje, deklaracje, apele i petycje okazały się nieskuteczne. W przemówieniu wygłoszonym 17 czerwca 2008 r., Stavros Dimas, Komisarz Unii Europejskiej ds. Środowiska, oświadczył, że „Rozwój nauki nie pozwala jeszcze na całkowity zakaz eksperymentów na naczelnych i użycie pewnej, ograniczonej liczby naczelnych, jest obecnie nieuniknione w wielu kluczowych problemach badawczych”. Aktywiści Projektu Wielkich Małp nie pozostawili na Stavrosie Dimasie suchej nitki, ale niczego to nie zmieniło.

Godnym uwagi głosem w tej dramatycznej dyskusji na temat naszych relacji z małpami okazał się amerykański film pt.„Geneza Planety Małp”, który w odróżnieniu od głośnej powieści Pierre’a Boulle’a i wszystkich jej filmowych adaptacji, dotyczy sedna problemu, a nie tylko jego niezwykłych, hipotetycznych następstw. Mimo że akcja filmu rozgrywa się we współczesnym San Francisco, gdzie grupa naukowców prowadzi zaawansowane badania genetyczne, w wyniku których dochodzi do narodzin rasy wybitnie inteligentnych małp i wybuchu wojny o ich dominację nad ludźmi, to jednak prawdziwym tematem filmu wydaje się odwieczny kompleks Homo Sapiens, który za żadne skarby nie chce pogodzić się ze swoją małpią naturą i gotów jest zrobić wszystko, aby tylko nie być tym, kim jest.

Ewa Drab, autorka znakomitego szkicu krytycznego pt. „Z małpy powstałeś i w małpę się obrócisz” doszła do wniosku, że „Relacja człowiek-małpa przedstawiona w powieści Boulle’a mogłaby zostać odczytana w kategoriach każdej innej relacji społecznej, w której jedna grupa jest dyskryminowana, a druga wywiera nacisk społeczny, posługując się przy tym hasłem rzekomej wyższości”. To z całą pewnością prawda.

Warto jednak zauważyć, że w odróżnieniu od powieści Boulle’a i wszystkich jej ekranizacji, film Ruperta Wyatta kieruje naszą uwagę na niezwykle aktualne problemy, takie jak ryzyko związane z niekontrolowanym rozwojem bioinżynierii, niepotrzebne wykorzystywanie małp człekokształtnych w badaniach nad chorobami Alzheimera i Parkinsona, czy podporządkowanie badań naukowych interesom drapieżnych koncernów.

„Istoty ludzkie to jedyny gatunek zwierząt, których sczerze się obawiam” – powiadał George Bernard Shaw. Wcale mu się nie dziwię.

Esej: Stanley Devine OBOJĘTNI NA ŚMIERĆ... Z WYBORU


Coraz więcej usłyszeć można o głodzie w Somalii. Temat ten niewątpliwie staje się dla mediów atrakcyjną i tanią „pożywką”. W końcu nie co dzień możemy obserwować żniwo śmierci i dostrzec jej oblicze na twarzy drugiego człowieka. Szokujące są więc w mym odczuciu słowa wypowiadane przez sporą grupę osób, z których wysnuć można następującą konkluzję: nie warto pomagać „czarnym”, bo to nie nasz problem w dobie biedy panującej również w Polsce.

Już nie tyle szokuje, co przeraża podejście wielu „artystów” - i tutaj pozwolę sobie słowo to umieścić w cudzysłowie, by zwrócić uwagę na pewien paradoks. Otóż artysta to człowiek z natury obdarzony nieprzeniknioną duszą, wrażliwością oraz talentem i szerokim oglądem wszelakich płaszczyzn świata. Każdy, kto uchodzi we własnym mniemaniu za artystę, tak zwykł o sobie myśleć. Jednakże artysta urzeczywistniony „musi koniecznie umieścić się na pograniczu, gdzie sztuka styka się z życiem, tam gdzie powstają niemiłe pytania” na co zwracał uwagę w swych „Dziennikach” Gombrowicz. Jeszcze dalej posuwa się wszechstronny literacko Witkiewicz, pisząc, iż „prawdziwy artysta, a nie przeintelektualizowany młynek mielący automatycznie wszystkie możliwe wariacje i permutacje, nie powinien bać się cierpienia”. Tymczasem prowadząc osobistą korespondencję z wieloma - nazwijmy ich więc rzemieślnikami - wyłonił się już - nie jak wcześniej obraz szokujący - a wręcz wstrząsający.

Otóż rzemieślnicy ci zamykają się w świecie wykreowanym na własne potrzeby egzystencjalne. Świat ich jest ograniczony, gdyż albo oddalają od siebie istnienie zła, cierpienia... lub też - co gorsze - mając pełną świadomość istnienia tychże zjawisk, nie opuszczają wygodnego świata iluzji, otaczając się pięknem poezji, muzyki. Obojętność? Nie. To przejaw - użyję mocnego słowa - odczłowieczenia. Bo jak inaczej nazwać kogoś, kto świadom głodu oraz udręk dotykających miliony niewinnych ludzi, usprawiedliwia się rzekomym „realizmem” i pozostaje bierny. Wszak nie jest tajemnicą, że człowieczeństwo winno znamionować człowieka w każdej przestrzeni jego bytu.

Gdzie więc wśród tych rzemieślników głoszona w starożytności stoicka idea braterstwa? Gdzie wzniosłe natchnienia wielkich twórców? I wreszcie - gdzie pamięć o słowach Wojtyły - kapłana, stanowiącego w Polsce obiekt kultu? Stwierdził on przecież - bardzo mądrze zresztą - że „za cierpienie oraz wojnę odpowiedzialni są nie tylko ci, którzy ją bezpośrednio wywołują, ale również ci, którzy nie czynią wszystkiego co leży w ich mocy, by przeszkodzić temu złu”.

Wobec powyższego nie przemawia do mnie argument wskazujący za przyczynę głodu w Somalii „tylko i wyłącznie tak zwaną politykę władz oraz struktur somalijskich i międzynarodowych w sensie instytucjonalnym”. Teza ta jest w dużej mierze trafna, gdy poddać ją analizie geopolitycznej, jednak nie może ona usprawiedliwiać bierności. Nie powinna usprawiedliwiać, bo jak widać - może. Zapytam przewrotnie: czy milczenie cywilizowanego świata nie stanowi kolejnego paradoksu? My oczekiwaliśmy pomocy w trudnych latach wojny. W XXI wieku - ten cywilizowany świat - potrafi ofiarować miliardy na wsparcie upadłych systemów gospodarczych państw europejskich. Darowizna w postaci żywności o wartości 200 mln dolarów, a kwotę taką Polska przekazała na pomoc pochłoniętej w kryzysie Islandii, to setki tysięcy pełnych brzuchów... na Czarnym Lądzie, tam gdzie wyciągnięta ręka żebrzącego dziecka prędzej uschnie, niż ugnie się pod ciężarem ochłapu cywilizowanej Europy.

Osobom znanym, cieszącym się autorytetem oraz uznaniem powierzona została misja przewodzenia społeczeństwem. Pod wpływem ich charyzmatycznych działań, przyśpieszać można pozytywne - ludzkie - reakcje na dużą skalę. Nieliczni tę misję wypełniają. Lecz jeśli jest szansa, by uratować choć jedno istnienie, zawsze odpowiedź moja będzie brzmiała - warto. Gdy śmierć zagości przed oczyma tych, którzy dziś wybierają świat iluzji i piękna, staną oni być może twarzą w twarz z zagłodzonym somalijskim człowiekiem. Twarz, której wyraz mówi i skrywa w sobie więcej, niż największe nawet dzieło sztuki. Tę głębię dostrzegą właśnie nieliczni. Ludzie.

Rozmowa: Jan Siwmir, Tomasz Sobieraj JACEK DEHNEL


Jan Siwmir – Leszek Bugajski w swoim artykule pisał, że „Fotoplastikon” Jacka Dehnela „sprawia wrażenie typowej książki ratunkowej, jaką pisarz publikuje, gdy wyczuwa, że już czas na potwierdzenie swojej obecności, a nie ma żadnego świeżego pomysłu na to, co mógłby napisać. Dehnel ładnie więc skomentował kolekcję starych fotografii oraz widokówek i tak powstał zbiór miniesejów, z których nic nie wynika. To seria prozatorskich wprawek napisanych nie wiadomo po co”. Tak było w 2009 roku. Niedawno Dehnel wydał kolejną, tym razem poetycką książkę, której niecierpliwie wyczekiwałem, katastrofalna bowiem zapaść w literaturze najbardziej widoczna jest w utworach poetyckich. Ryba psuje się od głowy, a przecież, co by nie mówić, na przestrzeni wieków to właśnie przede wszystkim poezja wytyczała kierunki w literaturze, będąc na szczycie hierarchii utworów literackich. Dlatego należy jak najwcześniej zepsuty łeb obciąć, rybę wypatroszyć, dopieprzyć, dosolić i dopiero potem decydować się jak ją przyrządzić.

Tomasz Sobieraj – „Seria prozatorskich wprawek napisanych nie wiadomo po co” zastanawia się pan Bugajski nad „Fotoplastikonem”. A właśnie, że wiadomo – Dehnel dostał na napisanie tych wprawek pieniądze od Niemców, o czym uniżenie wieści w dziękczynnych słowach na końcu książki. A z kolei pewnie jakiś ich literat przyjechał sobie na stypendium do Polski. Mniej więcej tak to idzie: ulubieni przez reżim „zaczerniacze papieru” wymieniają się na luksusowych turnusach w kraju i za granicą, gdzie tłuką książeczki na zamówienie, wydawcy dostają dotacje na ich wydanie, ministrowie kultury i inni kierownicy podają sobie miękkie łapki i biorą diety; wszystko jest pięknie, tylko czytelnictwo sięga dna. Paradoks? Zastanawiające, że w tej powodzi wspaniałych pisarzy następuje katastrofalny spadek czytelnictwa... Więc Dehnel wykonał robotę, jak układacz kafelków czy hydraulik. Tylko ze takich kafelkarzy jest w Polsce mnóstwo. Trudno się jednak nie zgodzić z Leszkiem Bugajskim. Dehnelowi brak pomysłów, zresztą nigdy ich za wiele nie miał, i pewnie dlatego zdecydował się na noszenie pelisy i melonika – miały uwiarygodnić jego geniusz, którego najczystszym przejawem są rymowanki w stylu wierszyka „Przyjęcie”:

Stoją u okna strome ciemności,
ciemność przychodzi do okien w gości.

A za ciemnością idą zwierzęta,
żadne bestiarium ich nie spamięta.

Za zwierzętami śmierć biała kroczy,
śmierć sześcioskrzydła, na skrzydłach oczy.

Stają u okien. Patrzą do środka.
Bardzo się zmieni, kto je napotka.

W środku tłum, meble, książki i szklanki,
czyli szkło, drewno, papier i tkanki.

W zasadzie cała jego twórczość poetycka sprzed „Ekranu kontrolnego” to zestaw takich śmiesznych wierszyków, ładniutkich niczym ze sztambucha pensjonarki albo dożynkowego spotkania sekcji poetyckiej koła gospodyń wiejskich. Oczywiście, że Dehnel jest zjawiskiem ciekawszym niż upozowani na Wojaczków półanalfabeci, bo przynajmniej umie pisać, ale – co już niejednokrotnie podkreślałem – nie ma o czym. Jest jak wydmuszka, łowicka wielkanocna pisanka, pokolorowany z zewnątrz, w środku pusty; to pozbawiony własnego poetyckiego języka dobry uczeń, ulubieniec starszych pań i nauczycielek, układacz gładkich zdań, który jednak potrafi być arogancki, gdy wyczuje zagrożenie w postaci kogoś od siebie lepszego – jakkolwiek pojęcie „lepszego” rozumieć.

Jan Siwmir – Gdy czytasz wiersze Dehnela, to czy nie nasuwa Ci się skojarzenie z poezją Philipa Larkina? Dehnel momentami wydaje się być epigonem angielskiego poety, którego podobno nawet tłumaczył. Jest taki wiersz Larkina „Long lion days”, który zapewne wywarł na naszym młodym naśladowcy kolosalne wrażenie:

Long lion days
Start with white haze.
By midday you meet
A hummer of heat –
Whatever was sown
Now fully grown (...)

i tak dalej. Sporo tego typu rzeczy Larkin napisał; sporo też napisał rzeczy świetnych, nawet doskonałych, jednak Dehnela najwyraźniej zapłodniła kiczowata estetyka dla ciotek w krynolinach a nie na przykład „Heads in the women's ward” – poruszający wiersz o umierających w szpitalu samotnych kobietach.

Tomasz Sobieraj – Te częstochowskie rymowanki Larkina i Dehnela zalatują mi też nieco Williamem Blake'em, który w pewnych kręgach robi od wielu lat pośmiertną karierę jako poeta metafizyczny. Osobiście nie gustuję w tego typu poetyce, którą Platon nazwał bełkotliwą niczym delficka przepowiednia, a która z metafizyką ma w istocie tyle samo wspólnego co haftowana makatka na ścianie kuchni wiejskiej chałupy z tekstem „Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść” albo „Zimna woda to dobra ochłoda”. Dla mnie to nie jest metafizyka. Szkoda, że nasz przebrany w paletko z futrzanym kołnierzykiem geniusz rodem z Trójmiasta nie zainspirował się inną poetyką Larkina, taką jak np. w wierszu „This Be The Verse”; to świetny utwór, ale zdecydowanie nie dla grzecznych chłopców, nie nadaje się też do recytowania u cioci na imieninach. Mówisz, że Dehnel tłumaczył Larkina? Sam? Ciekawe. Bardzo ciekawe. To on zna angielski? Szkoda więc, że nie wziął sobie do serca wiersza „Good for you, Gavin”, zaczynającego się od bardzo mądrych słów, które w tym miejscu dedykuję wszystkim młodym i aroganckim „poetom”, i w ogóle wszystkim chłopcom i dziewczynkom pretendującym do miana artystów:

It's easy to write when you have nothing to write about
(That is, when you are young)

czyli:

Łatwo jest pisać, gdy nie masz o czym
(Czyli wtedy, gdy jesteś młody)

I, właściwie, na tym moglibyśmy skończyć rozmowę o poecie Jacku Dehnelu, prozaiku Jacku Dehnelu, felietoniście i recenzencie Jacku Dehnelu, tłumaczu Jacku Dehnelu, malarzu Jacku Dehnelu, i odłożyć ją do roku np. 2030, kiedy być może nasz bohater będzie już mężczyzną, pozna życie, przeczyta parę książek więcej, najdą go jakieś refleksje, a może nawet porzuci zbieranie literackich rupieci i znajdzie swój własny pisarski styl. Bo jakiś tam skromny potencjał to on posiada, ale to trochę tak, jak z samochodem, który ma silnik, ale brak w nim benzyny, więc nie pojedzie, świata się nim nie zwiedzi, horyzont wyobraźni ciągle będzie ten sam, wąski, ograniczony przednią szybką. Dehnel to takie wyremontowane autko, ale bez paliwa.

Jan Siwmir – Gdyby stosować terminologię Kobiety Pracującej z kultowego „Czterdziestolatka”, powinieneś powiedzieć „wypicowane” autko. Wracając do metafizyki – mam wrażenie, że jakaś pozaziemska siła zadziałała w przypadku Dehnela i uczyniła go laureatem nagród i beneficjentem stypendiów; za „Ekran kontrolny” dostał nominację do Nike 2010. Przed trzydziestką zgarnął wiele ważnych laurów, jest tłumaczony na obce języki, popularny...

Tomasz Sobieraj – ...popularna jest też Katarzyna Cichopek, Violetta Villas, bracia Mroczek, Mr. Muscle, Vanish, Żanet Kaleta, maść na hemoroidy, chrupki kartoflane. Jeden brat Mroczek zdobył nawet laurkę za pląsy a Villas robiła karierę za granicą. I co z tego? Laury, drogi Janie, szybko więdną, jak zauważył św. Augustyn, który też był za młodu poetą i nawet brał udział w poetyckich turniejach; uważny czytelnik jego „Wyznań” z pewnością znajdzie fragment, w którym przyszły Ojciec Kościoła i filozof uświadamia sobie, że te konkursy i nagrody to lipa, bo nie liczy się jakość utworu tylko coś zupełnie innego... a tak przy okazji Nike i pozaartystycznych mechanizmów nagradzania sztuki – w 2010 nagroda ta przypadła nie Dehnelowi, tylko dramatowi Tadeusza Słobodzianka „Nasza klasa” – książce powstałej jakby na zamówienie, pisanej na fali modnej polonofobii. Modnej szczególnie na Zachodzie, który tchórzliwą postawą wobec Hitlera i kolaboracją z nim przyczynił się do holokaustu. Tam każdy sygnał o okrucieństwie Polaków wobec Żydów jest odbierany z satysfakcją i medialnie rozdmuchiwany, bo zagłusza ich wyrzuty sumienia... to tyle o Nike... szczęśliwie Nobla dostał w tym roku Llosa, co nieco rehabilituje tę wielokrotnie ośmieszoną w przeszłości nagrodę.

Jan Siwmir – Oj, narażasz się Tomaszu wielu ludziom... ale rzeczywiście, kłopot z tymi honorami jest od zawsze. Boy-Zeleński w jednej z recenzji pisał, że niejaki hrabia de Latour-Latour wszedł do Akademii Francuskiej za pierwszym razem, a Wiktor Hugo dopiero za czwartym. A kto dzisiaj wie o jakimś Latour?

Tomasz Sobieraj – A o Boyu-Żeleńskim...? Natomiast tacy „przeciętni” pisarze jak Balzac, Stendahl, Baudelaire, Flaubert, Mallarme nigdy się do Akademii nie dostali. Podobnie przecież z nagrodą Nobla, której paru świetnych ludzi pióra nie otrzymało, a paru miernych owszem. Nagrody niczego nie dowodzą, poza koneksjami, a popularność nie idzie w parze z wielkością, wręcz ją wyklucza. Dlatego nie przejmowałbym się śmiesznym spektaklem pod tytułem „nagroda Nike” czy jakimkolwiek artystycznym wyróżnieniem, bo to historia rozstrzyga o wielkości i znaczeniu artysty a nie grupka opłaconych przez fundatora i pozbawionych własnego zdania jurorów. Cała ta hucpa z nagrodami w Polsce, i często na świecie, przypomina mi „Narrenschiff” – statek szaleńców. Statki szaleńców pływały po rzekach Europy u schyłku średniowiecza i na początku epoki klasycyzmu; ładowano na nie ludzi niespełna rozumu i powierzano ich opiece marynarzy; pływali tak od miasta do miasta, nikt ich nie chciał przyjąć; czasem uciekali z pokładu, łapano ich i z powrotem na łajbę. Brant napisał o tym w roku 1497 cykl pieśni a Bosch namalował obraz. Tak mi się ten statek kojarzy ze współczesną literaturą, całą sztuką właściwie, coraz bardziej przypominającą wyczyny szaleńców, których nikt, poza garstką opłaconych niby-specjalistów, nie chce oglądać.

Jan Siwmir – Tak, coś w tym jest... w korowodzie głupców Erazma jest wiele miejsca dla ludzi nauki... po gramatykach idą poeci, retorzy, pisarze, prawnicy, filozofowie..., jak pisał Michel Foucault „obłęd jest pokaraniem nauki rozprzężonej i nieużytecznej”.

Tomasz Sobieraj – Miał na myśli oczywiście nauki humanistyczne, a nie nauki konkretne, potrzebne, czyli matematyczno-przyrodnicze i medyczne. No i tak sobie siedzą na koszt pracującego społeczeństwa wszyscy ci artyści i humaniści na tych stateczkach, bezkarnie bredzą trzy po trzy, bo przecież konsekwencji bredzenia się nie ponosi, marynarze ich pilnują, żeby sobie krzywdy nie zrobili, a życie toczy się na brzegu rzeki; na brzegu powstają miasta i prawdziwa sztuka, katedry, obrazy, poematy. Ale mieliśmy mówić o Dehnelu, a tu widzę, że lekko zbaczamy z tematu...

Jan Siwmir – jest teoria, która mówi, że nic nie jest przypadkowe, nawet użycie takiego słowa jak „zbaczamy”... Ale, ale, wydaje mi się, że uważasz „Ekran kontrolny” za jakiś przełom w wierszoklectwie Dehnela.

Tomasz Sobieraj – Nie przełom, raczej przejaw zmiany kierunku, powolnego dojrzewania, samokształcenia a nawet dostrzegania własnych słabości. Pojawiają się tutaj wiersze noszące znamiona szczerości, mocno zawoalowanej, ale zawsze to progresja u takiego megalomana. Dla mnie wiersz otwierający ten zbiór jest utworem programowym Dehnela po liftingu; mam na myśli „Piosenkę o garstkach”:

Wychodzi Piotruś na dwuletnich nogach,
piach się rozpycha i droży się droga.

Po lewej mama a po prawej tata,
pomiędzy nimi duszny środek lata.

Idzie i idzie, rozrywka to nowa,
bardzo przydatna, łatwiejsza niż słowa.

A dookoła – świat. I świetne cuda.
Szyszka, patyczek, piórko, kamyk, huba,

wszystkiego w garstki. I zaraz zrozumie,
że garstki pełne, a chce brać; nie umie

odłożyć tego, zostawić tamtego,
wielkie żądanie stawia superego (...)

Piotruś to nasz poeta, który nie może się zdecydować, kogo teraz będzie udawał, kto mu się najbardziej podoba; chciałby być Szymborską i Zagajewskim, Larkinem i Puszkinem, Herbertem, Eliotem – ba, mam wrażenie, że nawet Sobierajem, a wnoszę to po dostrzeżeniu rzeczy dla mnie istotnych i w mojej poezji obecnych: przyrody, sztuki, historii, erudycyjnych aluzjach i śladach; nawet po przypisach w jego „Ekranie kontrolnym”, które ja stosuję od czasu „Wojny Kwiatów” (wyd. Editions sur Ner, luty 2009) po to, by czytelnik nie poszedł błędnym tropem i zrozumiał, że dobra poezja nie jest przypadkiem, wytworem młodopolskiego natchnienia czy pijackim skojarzeniem, ale skutkiem pracy i talentu, dziełem wiedzy i myśli. No i ten narcyzm, który tak mnie i Jacka łączy, to absolutne uwielbienie siebie przetransponowane na lirykę...

Jan Siwmir – ...coś tu jest na rzeczy, chociaż w przypadku Twojego narcyzmu podejrzewam maskę, z którą się zrosłeś... jednak Dehnelowi brakuje twojej swobody i wyobraźni, on ciągle mówi przez zaciśnięte usteczka. Wracając do jego nominowanej do Nike książeczki – mam wrażenie, że „Ekran kontrolny” to literacki antykwariat, zbiór tekstów odtwórczych, przypadkowych, wygrzebanych z literackiego panoptikonu, że to taka sama tratwa ratunkowa jak „Fotoplastikon”. W dodatku, o zgrozo, tak jawnie pasożytujący na uznanych pisarzach, że już po pierwszych paru wierszach zamarło we mnie życie wewnątrzjelitowe, a ręce, bez mojego w tym udziału, same otworzyły tomik wierszy Szymborskiej. Porównajmy:

O, drogi człekokształtny, z kółkiem od kluczyków
na przeciwstawnym kciuku i z potrójnym paskiem
wzdłuż pionowej postawy! Spojrzenie na kraski,
delfiny, antylopy przypomina zaraz...

(J. Dehnel)


(...) łatwy do utopienia w łyżce oceanu,
za mało nawet śmieszny, żeby pustkę śmieszyć
(...)
A jest – zawzięty.
Zawzięty, trzeba przyznać, bardzo.
Z tym kółkiem w nosie, w tej todze, w tym swetrze...
(W. Szymborska)


Dokąd idziesz, chłopczyku,
w czapeczce w szkocką kratę,
w ubranku z darów,
w wyblakłych kolorach...

(J. Dehnel)

Dziewczynka, która byłam -
znam ją oczywiście.
Mam kilka fotografii
z jej krótkiego życia.
(...)
Idź sobie, nie mam czasu.
No przecież widzisz
że światło zgaszone...

(W. Szymborska)

Takich przykładów jest więcej. Nie chodzi o to, że frazy się powtarzają, to byłby plagiat. Ale rytm, sposób ujęcia tematu, podobieństwo tematyki, niektóre wyliczanki (rys charakterystyczny p. Wisławy), sposób zwracania się nie tyle do czytelnika, ile bezpośrednio do bohatera ... nawet istnienie prozy poetyckiej à la przypowieść! Wygląda to tak, jakby Dehnel szedł krok w krok za Szymborską i malował na płótnie niby własne obrazy, ale po uprzednim naszkicowaniu konturów przez naszą noblistkę i po kilku lekcjach na temat: w jaki sposób należy trzymać pędzel i jak skomponować kadr. Nie we wszystkich wierszach, rzecz jasna. Zaledwie 59 stron, a mamy jeszcze Larkina, Puszkina czy Herberta albo Zagajewskiego etc. a nawet Dyckiego (ach te pieśni z motywem przewodnim ekranu kontrolnego) czy... Mickiewicza!


W oddali znać strukturę: kopuła Blue City,
bloki, szyby, anteny. Lecz z tej strony kolej
wchodzi w miasto szerokim klinem, dzikim polem,
porosłym szczawiem, perzem i krzewami, wbitym

w Dworzec Zachodni. Węzły torów jak rozeta
industrialnej katedry. Dojeżdżamy – widać
betonowe perony, z których się dziewczyna
rzuciła pod kolejkę w jakiś grudzień. Trzeba
(...)

Dehnel miota się, chcąc uzasadnić swój byt na literackiej mapie, ale tkwi w sieci własnych niemożności i plącze się coraz bardziej, traci siły, tonie, zamiast spokojnie napiąć mięśnie i zdobyć się na mocny, autonomiczny gest. Dlatego, z powodu paniki i słabości autora, zamiast spójnej książki dostajemy coś w rodzaju bigosu.

Tomasz Sobieraj – Czy może raczej poetyckiej zupy śmieciowej. Na przednówku wygłodzeni chłopi pańszczyźniani wrzucali do garnka wszystko, co im wpadło w ręce – to ziemniaczka, to korzonek, to cebulę, tu dodali jakiś zapomniany skwareczek, nieostrożną, otumanioną pierwszym na przedwiośniu deszczem dżdżownicę albo nawet zwinięty z pańskiego stołu ochłap wędzonego boczku czy serwetkę dla zagęszczenia. Efekt w sumie podobno bywał niezły, chociaż przypadkowy. Nie inaczej może być w poezji. Ale w „Ekranie kontrolnym”, tworze właśnie przypadkowym, pośpiesznym i ratunkowym, oprócz naiwnych i nieporadnych śmiesznostek jest kilka przyzwoitych wierszy, niektóre całkiem dobre; są pojedyncze frazy urzekające i doskonałe, a to niemało. W tej zupie znajdują się naprawdę pyszne kąski, pływają w niej tłuste smakowite skwarki i, szczerze mówiąc, uważam, że potrawę sporządzoną przez Dehnela dzieli intelektualna przepaść od wyrobów przytłaczającej większości innych poetów, szczególnie od tych nagradzanych, brylujących na salonach, sramach, domokulturowych wieczorkach i w literackich pisemkach. Oni tkwią na dnie Rowu Mariańskiego, w pełnych ciemnościach, przekonani, że to Parnas, a tymczasem Dehnel już dopływa do powierzchni Oceanu Spokojnego, kto wie, może nawet widzi wyspę Guam? Na szczyty droga jeszcze daleka, jeszcze go mogą wciągnąć niespokojne fale, nasiąknięta wodą pelisa ciąży, ale jest w jego przypadku jakaś nadzieja na istotne dzieło, której nie ma u tych literackich tandetnych paszteciarzy, których nazwisk przez litość nie wymienię. To, że Dehnel nie mówi jeszcze własnym głosem, że w poezji Dehnela prawie nie ma Dehnela, to jeszcze nic takiego, na to – mam nadzieję – nadejdzie czas. On teraz się uczy, i to od najlepszych, podczas gdy jego koledzy po piórze – także ci dużo starsi koledzy – puszczają bąki twierdząc, że to sztuka i najprzedniejsze ewaporaty głębokiej myśli.

Jan Siwmir – Jeżeli to zatem tylko wprawki kopiujące innych pisarzy, to może bardziej adekwatny byłby tytuł „Echo”, a nie „Ekran kontrolny”? Przy okazji, aż mnie korci, żebyś podał mi natychmiast, teraz i tutaj, twoją listę literackich paszteciarzy nadymających się i puszczających bąki na dnie Rowu Mariańskiego, ale jak rozumiem, wstrzymasz się do końca naszego cyklu...

Tomasz Sobieraj – ...moja lista będzie dosyć podobna do listy Marka Trojanowskiego – jednego z niewielu w tym kraju krytyków, którzy mają szare komórki, i to we właściwym miejscu. Różnimy się z Markiem w szczegółowym podejściu do poezji, ale w ogólnym często myślimy dosyć podobnie. Polecam wszystkim jego genialną „Etykę i poetykę”. Ale jeśli chcesz, to mogę wymienić trzech najlepszych współczesnych polskich poetów...

Jan Siwmir – ...jeśli żyjących, to proszę. Zatem, jaka jest kolejność?

Tomasz Sobieraj – Ja, Adam Zagajewski i ja.

Jan Siwmir – Jakoś nie jestem zdziwiony... Może jednak zmitygujesz się Waść trochę i przestaniesz używać ironii, szyderstwa i autoszyderstwa w ilościach, których nawet papier nie chce przyjąć? Zważ, że podczas pisania nie słychać tonu wypowiedzi, pozawerbalne sygnały nie istnieją, a przekaz do większości ludzi musi być jasny, jednoznaczny i na poziomie trzylatka. Prawa rozwoju są nieubłagane, jeśli trzylatkowi powiesz „no, pięknie, pięknie”, gdy nabroi, to utrwali się w nim przekonanie, że rzeczywiście pięknie zrobił i będzie tak czynił dalej. Nasz rodzimy parnas nie przekracza w porywach lat czterech, co oznacza wyłącznie samodzielne wytarcie chusteczką nosa. Poczucie humoru literatów także przypomina chudopachołka wbitego w pożyczony garnitur i starającego się o rękę córki sołtysa. Natomiast dziwią mnie twoje pienia nad „Ekranem kontrolnym”. Dehnel zapłacił ci za nie? Napisał list pochwalny o twojej ostatniej książce? Zaprosił cię do kina? Rewanżujesz mu się za coś? Przecież takich jak on poetów w każdym powiatowym mieście znajdzie się na pęczki, a pewnie do tego co najmniej kilku lepszych, tyle, że oni się nigdzie nie pchają, nie rozpychają się łokciami, nie puszą się i nie gdaczą, nie mają koneksji, nie należą do fanklubu Jerzego Illga, tylko spokojnie, po cichu, tworzą poezję, bo poezja, nie popularność, jest dla nich istotą życia. Dehnel jest przeciętny w swojej kategorii „klasycystów”, która to kategoria – tu się z tobą zgadzam – jest usytuowana znacznie wyżej niż taplający się w kaczym dole tak zwani awangardziści czy bardziej ogólnie i bliżej prawdy – półanalfabeci i tani prowokatorzy. To samo, co powiedziałem o jego poezji, dotyczy również prozy Dehnela i zapewne innych jego hobby, jak malowanie farbkami – ty Tomaszu pewnie możesz coś o tym powiedzieć, bo grzebiesz się w teorii i historii sztuki. Dehnel – pisarz, to paw, epigon i bufon, który sam jeszcze niczego nie zrobił, bo wszystko mu podano, wszystko robi się za niego samo. To taki „Golden Boy”, jak ten pusty dzieciak z jego wiersza o słynnej fotografii Watsona, tylko brzydszy. I niestety starszy. Idąc dalej rzekłbym, że Dehnel jest jak piłkarz polskiej reprezentacji: powszechnie znany, odszykowany i przebrany jak stróż w Boże Ciało albo Jacyków, ma kontrakt, kolegów, chodzi na panienki, nie musi nawet pracować, ale jak przychodzi do meczu, to gra jak patałach, ostatni szmaciarz i pierwszy lepszy zawodnik z gminnego klubu okazuje się od niego lepszy, i to taki zawodnik, który zwyczajnie pracuje w biurze czy fabryce, a popołudniami trenuje i gra, bo, po prostu to lubi.

Tomasz Sobieraj – O, przepraszam, Dehnel nie chodzi na panienki. Proszę bez takich tu wstrętnych insynuacji. Widziałem w telewizorze jak prowadza się po ekranie z niejakim Tymańskim, innym geniuszem, i z jakimś jeszcze niezidentyfikowanym osobnikiem o fizjonomii smutnej ryjówki.

Jan Siwmir – No fakt, przesadziłem, heteroseksualizm jest niemodny w kręgach artystycznych i skazuje na artystyczny niebyt. Artysta z rodziną, dziećmi, tak zwyczajnie? Tfu! Ohyda! Wrócę na chwilę do Jerzego Illga, podobno poety i redaktora „Znaku”. Myślisz, że miał jakiś wpływ na rozwój kariery Dehnela?

Tomasz Sobieraj – Zacytuję w tym miejscu mojego ulubionego krytyka, wybitnego znawcę poezji i ludzkiej natury, doktora nauk humanistycznych Marka Trojanowskiego: „Jak to się stało, że zapracowany i śmiertelnie zmęczony pod koniec swojego żywota Czesław Miłosz znalazł czas by przeczytać kilka wierszyków Jacka Dehnela i napisać o nich trzy zdania, które stały się przepustką do kariery autora »Lali«? Czy w promocji młodego talentu miał swój udział Jurek Illg – człowiek, który ma ten unikalny dar, że rozpoznaje bezbłędnie własny talent literacki dzięki czemu kultura polski doczekała się kolejnego filaru w postaci »Wierszy z Marcówki«. Czy to on podsunął dzieła młodego poety umierającemu Czesławowi? (...) Na temat tych i podobnych mechanizmów rządzących karierami poetyckimi młodych chłopców i dziewczynek można snuć najróżniejsze i najbardziej egzotyczne przypuszczenia”.

Jan Siwmir – A my znowu zboczyliśmy z tematu. W końcu czy to istotne, kto, komu i dlaczego?

Tomasz Sobieraj – Właśnie o tym rozmawiamy. Kto, komu i dlaczego. Nie powiesz mi przecież, że rozmawiamy o talencie, którego to słowa nasz rodzimy parnasik używa na wyrost.

Jan Siwmir – Istotnie, polscy pisarze, szczególnie poeci a osobliwie krytycy literaccy nie rozpoznaliby prawdziwego talentu, nawet gdyby rzeczony talent ugryzł ich w tylną część ciała. Wróćmy zatem po raz kolejny do „Ekranu kontrolnego”. Gdzie niby miałyby się znaleźć te tłuste skwarki? W zlepku wielojęzycznego ściemniania, w próbach uwiarygodnienia, że jest się poetą współczesnym za pomocą zapisu rodem z forum on-line? A może podoba Ci się wciśnięcie na siłę jakiejś gwary? O ile jest to zabieg przez niektórych wymagany w przypadku prozy, o tyle w poezji trzeba dla takich zabiegów naprawdę dobrego uzasadnienia. Na pierwszym planie przewaga formy nad treścią, potem długo, długo nic, w końcu parę trywialnych prawd typu: „Wszędzie, gdzie pójdziesz, będzie gorzej” albo „Nie masz słów na tę boleść, której nie przeżyłeś”. Jedynie coś w rodzaju fraszki udało się Dehnelowi:

Początek maja

Od siódmej rano pod samym oknem
dwaj z kosiarkami z Zieleni Miejskiej.

Do ósmej jestem trawą z uszami,
wrośniętą w pościel. Spylajcie trzmiele.

Przyznam się, że jak sobie wyobraziłem autora w postaci trawy z uszami, to spadłem z krzesła i jeszcze tarzam się ze śmiechu. Inna sprawa, że do tego tomiku podobny wiersz pasuje niczym pasiak łowicki do jednorożca albo pole kaktusów do spadającej z drzewa małpy. I stanowczo nie wystarczy do lansowania całego zbioru wierszy.

Tomasz Sobieraj – Może i masz trochę racji. W sumie, Dehnel to taka współczesna Halina Auderska – tylko czekać, aż zostanie posłem na Sejm, a pierś ozdobią mu ordery. Pomyślałem sobie, że gdyby tak zebrać dzieła Jacka Dehnela w jednym tomie, powstałoby coś w rodzaju „Ruhnamy” – zbioru poezji, prozy i mądrości niedawno zmarłego genialnego przywódcy Turkmenistanu, Ojca Turkmenów Saparmurata Nijazowa. Księgę tę przetłumaczono, podobnie jak dzieła Dehnela i Haliny Auderskiej, na wiele języków, a jej trzykrotne przeczytanie otwiera bramy raju. Co więcej, historycy turkmeńscy bezspornie udowodnili, że Nijazow pochodził w prostej linii od Aleksandra Wielkiego. Cóż, niektórzy nasi krytycy są jak turkmeńscy badacze dziejów – też wiele potrafią udowodnić. Tylko czy ktoś jeszcze poważnie traktuje ich brednie? No i co otwiera trzykrotne przeczytanie dzieł Dehnela? Furtkę do ogródka jordanowskiego? I na koniec jeszcze jedno spostrzeżenie: oglądałem filmik z Jackiem Dehnelem w roli głównej, wyświetlany podczas gali rozdania Nike – jako jedyny z nominowanych ani słowem nie zająknął się o swojej książce. Czyżby nie miał o niej nic do powiedzenia? Zastanawiające. Mówił natomiast dużo o swojej pasji kolekcjonerskiej, która wyrosła zapewne z chłopięcego zbierania resoraków, misiów i bohaterów kreskówek. Nazywał siebie kolekcjonerem. Twierdził, że teraz zbiera książki. Ja książek nie zbieram – ja je czytam. Może i on w końcu zacznie, zamiast tracić czas na internetową autopromocję i odkurzanie kolekcji meloników. Niemniej uznaję „Ekran kontrolny” za książkę ważną dla Dehnela – bo to jego pierwszy, chociaż niesamodzielny krok w stronę poezji, i ważną dla naszej współczesnej literatury – jako kolejny inhibitor wszechobecnej rynsztokowej produkcji. Dlatego biorę ją na półkę. A ty?

Jan Siwmir – Zdecydowanie do poczekalni. Obok Dąbrowskiego. Pewnie jeszcze kogoś do tych panów uda nam się znaleźć i będą mogli zawrzeć Triumwirat. A wtedy drżyjcie gwałcone lasy, uciekajcie Hiperborejczycy! Nic nas już nie uratuje.


Tekst ukazał się w numerze 1 (30) 2011 kwartalnika „Migotania” i jest rozdziałem przygotowywanej książki „Dwaj Panowie S - rozmowy o literaturze i nie tylko”.
KOMENTARZ REDAKCJI KRYTYKI LITERACKIEJ
Od tej rozmowy minął ponad rok. W tym czasie Jacek Dehnel, wyraźnie zauroczony stachanowskim współzawodnictwem pracy z czasów towarzysza Bieruta, w pocie czoła i niezdrowym pośpiechu napisał kolejny rozdział do swojej „Ruhnamy” - obszerne wypracowanie zatytułowane „Saturn”. Po wnikliwej lekturze i głębokiej analizie tej książeczki (skąd neo-neoromantyczny Geniusz w Tużurku miał pieniądze na jej wydanie i promocję - nie wiemy, a nie wierzymy, by jakikolwiek wydawca pozostający przy zdrowych zmysłach zaryzykował kolejną publikację, która pójdzie na przemiał) stwierdzamy, że nie odbiega ona poziomem od poprzednich, naiwno-anestezjologicznych i sentymentalnych wypocin „Dody literatury”, jak Jacka Dehnela nazywają niektórzy sympatycy. Polecamy natomiast tę książkę jako lekturę obowiązkową dla psychologów in spe i praktykujących, bowiem przedstawiona w niej historia jest niemal klinicznym przykładem konsekwencji wynikających z trudnych relacji rodzinnych, opisanych z zastanawiającym znawstwem.