LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA
______________________________________________________________________

Satyra: S.I. Witkiewicz TEORIA CZYSTEJ BLAGI



Każdy może tworzyć byle co i ma prawo być z tego zadowolonym, byleby nie był w swojej pracy szczerym i znalazł kogoś, który równie kłamliwie będzie to podziwiał. Ogarniamy wszystkie nieuznane dotąd kierunki: neo-pseudo-kretynizm, filutyzm, na-dudka-wystrychizm, neo-naciągizm, małpizm, papugizm, neo-kabotynizm, fałszyzm, solipsoedryzm, mistyficyzm, nabieryzm, fiktobydlęcyzm, oszukizm, neo-humbugizm, krętacyzm, udawaizm (odróznić od udaizmu, czyli tego, co się udaje w znaczeniu powodzenia), błaźnizm, nieszczeryzm, w-pole-wyprowadzaizm, z-mańki-zażywaizm, przecheryzm, łgizm, łgarstwizm, brać-na-kawalizm, wmówizm, co-ślina-do-gęby-przyniesizm, zawraco-głowizm, zawraco-gitaryzm i zawraco-kontrafałdyzm, omamizm, kręcizm i krętacyzm. Wszyscy przedstawiciele tych kierunków odetchną w naszej rozkosznej atmosferze Czystej Blagi. Niech żyje czysta, rozkoszna, świadoma swej potęgi, swobodna, bezwstydna BLAGA! O BLAGO, Czysta Blago – któż cię przelicytuje?!!!


Fragmenty manifestu PAPIEREK LAKMUSOWY; całość dostępna na www.polona.pl/dlibra/doccontent2?id=1348&dirids=1

Proza: Jan Siwmir LIRNIK I TŁUM



Dawno, dawno temu, wędrowny grajek miał zwyczaj pukania do bram miasta. Wpuszczano go zawsze. A on zasiadał w gospodzie, wyciągał instrument i śpiewał. O tym, co widział i co przeżył. O wojnach, ludziach i bogach. Pustyniach, oceanach, innych miastach. A przede wszystkim o miłości. Tego zawsze słuchały kobiety. I zawsze wtedy mógł liczyć na dodatkowy dzban wina.

Taki bard miał głos jak dzwon a słowami potrafił wyczarować wszystko. Łodzie pełne pereł i diamentów, delikatny jak jedwab dotyk ukochanej, szczęk broni pojedynkujących się rycerzy, a nawet gniew króla czy pisk dzieci bawiących się we dworze. Jego historie żyły, pulsując podekscytowaniem w uszach gawiedzi, jego słowa powtarzano z ust do ust i nie żałowano mu grosza za to, że chociaż przez chwilę pozwalał na zajrzenie w swoje sny.

Nie wszystkim się to podobało, oj, nie wszystkim. Zawsze znalazło się kilku takich, co szemrali po kątach, zazdroszcząc grajkowi rozkochanych kobiecych spojrzeń i podziwu mężczyzn, słuchających z otwartymi ustami o kolejnych bohaterskich wyczynach herosów.

Aż znalazł się jeden, który na szemraniu nie zamierzał poprzestać. Syn możnowładcy. Jedynak rozpieszczony. Kupił lirę i zaczął naśladować grajka. Uczucia przepełniały go wielkie, głos wydawał namiętny, próbował kalekie słowa zastąpić gestami i obficie strzykającą śliną.

Za pierwszym razem wygwizdano go, za drugim obrzucono zgniłymi jajami, kiedy indziej chwycono za kamienie. Gdzież mu było do tego, który jednym dobrze dobranym słowem potrafił wskrzeszać i unicestwiać potwory, z kilku nut stworzyć pieśń żyjącą przez lata w sercach słuchających.

Syn możnowładcy zapałał nienawiścią do barda i do tłumu. Zebrał innych, co to kosym okiem patrzyli na utalentowanego. Poszeptali, uradzili. Do króla z petycją poszli, przekupili kogo trzeba. Nigdy już nie wpuszczono grajka do miasta. Ludzie tęsknili za nim, pytali, chcieli marzeń. Wspominali. Ale gdy się nie zjawiał a ci co pamiętali, pomarli, czas powoli zaczął zacierać ślady po balladach.

Tymczasem odmieńcy stopniowo zaczęli przekonywać innych, że te piski, które wydają z siebie i spod siebie, to sztuka. Że nuda, bezbarwność i nijakość ożenione z fetorem moczu są nowymi, jedynie słusznymi, wartościami w literaturze. A że tłum tego nie rozumie? Tym gorzej dla tłumu. Widać prosty, ciemny i prymitywny. Na wysublimowanych formach się nie zna.

Założyli związek, żeby się wspierać, wszelką krytykę stawiali na szafocie, płacili za każde dobre słowo o nich.

Z czasem ludzie pogodzili się z brakiem wędrownego grajka, ale nie przekonali się do form zastępczych. Przestali więc marzyć.

A też i utalentowanym inaczej ludzie nie byli już specjalnie potrzebni. Namnożyło się ich w związku tyle, że jedni pisali, inni czytali, z kolei ci inni grali a piszący słuchali. Klaszcząc sobie nawzajem. Może trochę, przez jakiś czas, uwierał ich brak popularności, ale szybko wytłumaczyli sobie, że są elitą.

A niektórzy nawet awangardą.

Płacąc za uznanie, szybko zubożeli, wytworzyli wobec tego nową tradycję – talent i ubóstwo muszą iść w parze. Przypomnieli sobie także niechlujny wygląd barda i utożsamiając go z talentem, zaczęli się podobnie ubierać.

Stworzyli statut związku, w myśl którego nie wolno było przyjąć do swojego grona tego, kogo tłum pokocha. Przyjmowano wyłącznie gorszych od siebie.

Przez wieki.

Dziś wydaje się, że trudno byłoby znaleźć tych gorszych.

A jednak nieustannie się udaje.


Esej: JACEK DEHNEL, TYTAN Z PLASTIKU

Autor: Marek Trojanowski


Był rok 1980. Naród, który na ustach czuł jeszcze metaliczny posmak papieskiego pierścienia szykował się do odnowy duchowej i do odnowy tej ziemi – polskiej ziemi. Czujne oko władzy dostrzegło ów zamiar i władza także postanowiła się przygotować na odebranie kolejnego porodu idei w historii. Zmobilizowano ZOMO, wojsko i MO. Rozdano dodatkowe komplety uzbrojenia. Na resortowych wtryskarkach wyprodukowano odpowiedni zapas gumowych pałek. A generał w zaciszu swego gabinetu pisał przemówienie do narodu. Na słowa: „Obywatelki i obywatele Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej! Zwracam się dziś do Was jako żołnierz…” naród będzie musiał poczekać jeszcze rok.

Ale rok 1980 obfitował także w wydarzenia niezwykłe, przy których wyczyny solidarnościowców tęskniących za ciepłymi posadkami w zarządach związków zawodowych blakną. Otóż w tym roku urodził się słynny bramkarz Artur Boruc, który pełnię swego talentu ujawni w 2009 r., w eliminacyjnym meczu z Irlandią Północną. Dwa miesiące później tego samego roku przyszła na świat Anna Mucha. Kto nie zna Anny Muchy – kobiety, która słynie z tego, że w tydzień czasu jest w stanie zgubić 14 kilogramów tłuszczu z okolic brzucha i bioderek? A jej mimikę, w szczególności sposób mrugania prawym okiem przeszedł do kanonu warsztatu aktorskiego. Podobno sztuki puszczania oczka na tzw. „Muchę” uczą w rosyjskiej szkole baletu, pekińskiej operze oraz w Hollywood.

Sześć dni po tym jak odtwórczyni roli Madzi w serialu „M jak Miłość” ujrzała pierwszy promień sztucznego oświetlenia na sali porodowej pani Dehnel powiła synka, różowego bobaska, któremu dano na imię Jacek.

Jacek Dehnel urodził się 1 maja 1980 r. Oprócz tego, że był to dzień wolny od pracy, to także był to dzień szczególny, skoro niespełna tydzień po narodzinach literata, biskupi zebrani na Konferencji Episkopatu Polski ostrzegli przed „niepokojącymi zjawiskami negatywnymi w życiu społecznym, kulturalnym, gospodarczym, i politycznym”.

Jakie to zjawiska mieli na myśli włodarze kościoła rzymskokatolickiego w Polsce? Dziś możemy się domyślić i podziwiać zdolności profetyczne episkopatu wspieranego mocami pozaziemskimi.

Jacek Dehnel, jak można przeczytać w licznych biogramach jest: polskim gejem, poetą, tłumaczem, prozaikiem i malarzem. Interesuje się rysunkiem. W wolnej chwili zasiądzie u boku pana dyrektora Zachęty, to wystąpi w TVP (nie mylić z TVN Turbo). „Jego wiersze były tłumaczone m.in. na baskijski, francuski, gaelic, łotewski, słowacki, słoweński”. Sam zaś zabłysnął jako Laureat Nagrody Kościelskich (2005) i Paszportu Polityki (2006). Jest też znany z tego, że niektórych nagród jak Angelus (2007) i Nike (2009) nie dostał, chociaż było blisko. Sam o sobie mówi:

„żelu nie używam, we fraku chodzę wyłącznie do opery (i z pewnością nie noszę do niego melonika), zwrotu »kurwa mać« nie stosuję”.
[Jacek Dehnel 2007-06-03 13:16:35] *

O poecie Jacku Dehnelu świat usłyszał od innego poety – Czesława Miłosza. Ów utytułowany przyjaciel Iwaszkiewicza natychmiast dostrzegł potencjał w dorastającym młodzieńcu. Przeczytawszy (albo i nie) „Żywoty równoległe” (wyd. 2004) napisał:

„Pojawienie się nowego i niewątpliwie prawdziwego poety jest zawsze rzeczą radosną (…). Poetyka jego wierszy jest mi bliska i nie ukrywam, że ona to skłoniła mnie do tego pochlebnego sądu”.

Niestety, nie dane było mu się zbliżyć oraz zaznać pełni smaku poetyki „nowego i niewątpliwie prawdziwego poety”, bowiem tuż po lekturze debiutu młodzieńca Czesław Miłosz umarł. Jedni mówią, że ze starości. Inni milczą.

Namaszczonemu Krzyżmem Czesława, młodemu poecie z dnia na dzień zrobiło się jakby lżej, jakby łatwiej.

Ale nie wszyscy jednak podzielali wiarę Miłosza w potencjał drzemiący w Jacku Dehnelu. Oprócz przebrzydłych zawistników łasych na trofea, które przypadły w udziale utalentowanemu młodzieńcowi uwagi krytyczne zgłosił też wybitny znawca literatury polskiej i światowej, ekspert w dziedzinie poezji i kosmicznych znaków von Daenikena, krytyk, prozaik i poeta – Jakub Winiarski. W recenzji „Żywotów równoległych” Winiarski napisał:

„Cóż, mnie, człowieka innej epoki zdecydowanie mniej przekonały utwory Jacka Dehnela i skromniejszy jest mój zachwyt, a w istocie: zachwytu we mnie generalnie brak. Mnie wiersze Dehnela kojarzą się ze stylistycznymi wprawkami, zręczne to i bez błędów, ale – paradoks taki dostrzegam – wierszem jest tu nie każdy wiersz. Nie przekonuje mnie sprytny zabieg antydatowania utworów, mający uwiarygodnić ich językowy anachronizm i stylizację, nie bawią mnie koncepty quasi-klasycystyczne w dedykacjach („Niegdyś niesłusznie dedykowane pannie…”) i tylko dandysowska aura tej liryki wydaje mi się poruszająca, bo śmieszna”.

Jacek nie zraził się słowami krytyki. Nie miał zresztą ku temu powodów, gdyż błogosławieństwo Czesława Miłosza otworzyło mu drzwi salonów literackich. Rok po debiucie młodzieniec odbierze nagrodę Kościelskich. Później Paszport Polityki za rok 2006 w kategorii „literatura”. Do szczęścia brakuje jeszcze Nike, Angelusa i oczywiście Nobla.

Zastanawiające jednak jest to co się stało z wybitnym krytykiem – Jakubem Winiarskim.

Otóż wystarczyło kilka miesięcy by krytyk zrozumiał krytykowanego poetę – uświadomił sobie, w którym momencie popełnił błąd. W recenzji kolejnego tomiku Dehnela: „Wyprawy na południe” (wyd. 2005) Winiarski napisał:

„już Dehnela lepiej rozumiem, już mnie nie rozbawia tak bardzo jego emploi, uważam, że emploi nieważne, bo Dehnel ma talent bardzo duży i że ciekawsza jest jego wersja klasycyzmu od wielu, jakie pojawiły się na polskiej scenie poetyckiej w ciągu ostatnich przynajmniej dziesięciu lat”.

Ale taka samokrytyka nie zadowoliła Winiarskiego. Obcując z dziełami Jacka Dehnela długo, często i namiętnie w 2006 r. Jakub w recenzji zbioru pt. „Wiersze 1999-2004” (wyd. 2006) wyznał:

„Poezja Jacka Dehnela – a przynajmniej wiersze do tej pory przez niego napisane – najmocniej chyba stawia pytanie o czas. Ale nie w sensie jego łatwego do zaobserwowania »przemijania«, lecz w jego tajemnym stosunku do kultury i sztuki, której najdoskonalsze wytwory przejawiają się jak gdyby w przestrzeni, gdzie władza czasu nie sięga, lub sięga słabiej, ze znacznie stępionym ostrzem. Zdaniami tym – poza wszystkimi dalszymi ich implikacjami – chciałbym dziś zasygnalizować zmianę swojego nastawienia do poezji Dehnela, z którą pierwsze moje zetknięcie, jak dziś to widzę, nie było bardzo fortunne”.

W niespełna dwa lata „stylistyczne wprawki” zmieniły się w dzieła filozoficzne, w których mędrzec rozstrzyga istotę sekundy, minuty i godziny zadając pytania o sens czasu i przemijania.

Dokonał się cud pierwszy – Nawrócenie Krytyka. Cudem drugim była przemiana dandysa w filozofa. Jacek Dehnel bardzo dobrze odnalazł się w tej roli. Jako filozof – miłośnik mądrości wszelkiej – zna się na wszystkim, wszystko umie i w ogóle jest taką intelektualną złotą rączką. I tak:


Jacka stosunek do polityki

Jest rok 2006. Władzę w Polsce przejęli bracia Kaczyńscy. Roman Giertych jako minister edukacji zarządza na poziomie szkół podstawowych, w gimnazjach i w szkołach średnich obowiązkową uniformizację. Przy okazji – w trosce o dobro duchowe narodu – zabrał się za „oczyszczanie” kanonu lektur z elementów antypolskich. Wylatuje m.in. Gombrowicz.

Jacek Dehnel nie pozostał obojętny na takie niszczenie dziedzictwa kulturowego. Pogrążył się w filozoficznej zadumie, przemyślał wszystko raz, przemyślał drugi raz. Następnie zebrał się w sobie i jednym tchem wyrzucił ze swojego filozoficznego wnętrza następującą myśl:

„to, co robi polski minister edukacji jest, moim zdaniem, żenujące. Minister Łybacka była żenująca, minister Wiatr był żenujący. Ale Giertych i Orzechowski to już spełnienie najgorszego koszmaru, to nieuctwo jakiego nawet Ochab chyba nie reprezentował”.
[Jacek Dehnel 2007-06-03 14:31:51]

Prawda, że to głęboka myśl? A wszystkim, którzy zgłosiliby pretensje do takiej oceny relacji kultura – kolejni ministrowie rządów zaczynając od roku 2004, Dehnel odpowiada:

„ja, jako obywatel kraju, który opłaca tych patafianów, mam święte prawo krytykować ich, kiedy w sposób oczywisty kompromitują siebie i Polskę, udowadniając zupełny brak kompetencji.
[Jacek Dehnel 2007-06-04 20:36:59]

Tworząc podwaliny nowej koncepcji myśli politycznej, w której kluczową rolę odgrywać będzie kategoria: „żenujące”, „żenująca” i „żenujący” oraz pojecie „najgorszego koszmaru” i „patafiana” Jacek Dehnel objawił się jako doskonały teoretyk polityki dorównujący Clausewitzowi, co zapewne nie zostanie przeoczone przez biografów.


Traduttore traditore

Unikalny talent Dehnela ujawnia się szczególnie w jego roli jako tłumacza. I tak, w lipcu 2009 r. na portalu nieszuflada.pl publikuje tekst Carla Sanburga pt. „ A Coin, Bronzes”.

Translatorski kunszt Jacka Dehnela objawia się nie tylko w dziele ale i w polemice z argumentami krytycznych czytelników. Oto dowód.

Pierwsze wersy oryginału Dehnel przetłumaczył następująco:

Wasze zachodnie głowy tutaj, odlane w metalu,
Dwaj, którzy razem się zacierają,
Wspólnicy we mgle.
[Jacek Dehnel 2009-03-16 00:43:08]

Jedna z krytycznych czytelniczek zwróciła uwagę na osobliwość wspólników zacierających się we mgle. Przeczytawszy oryginał (Your western heads here cast on money, / You are the two that fade away together / Partners in the mist), poszperawszy trochę w głowie, trochę w słownikach Ewa Poniecka – bo o niej mowa – zwróciła utalentowanemu tłumaczowi uwagę, że:

„Pan chyba nie rozumie wiersza »Moneta«, nie można tłumaczyć tak mechanicznie jak Pan to robi, lecz należy poznać kontekst i sens słów”.

tłumaczy Pan początek:

Wasze zachodnie głowy tutaj, odlane w metalu,
Dwaj, którzy razem się zacierają,
Wspólnicy we mgle.

toż to brednia buffo i jakaś nieudolna kalka!

Po pierwsze monety się bije (tutaj cast) a nie odlewa, odlewa się dzwony, czy armaty lub pomniki, monety się bije. I jest to w języku polskim związek frazeologiczny »bić monetę«, który też doskonale oddaje proces technologiczny, polecam na Żelaznej przed Mennicą Polską obejrzeć wystawioną prasę… do bicia, nie do odlewania.

a dalej w tłumaczeniu zagubiony jest Pan jak dziecko we mgle:

Dwaj, którzy razem się zacierają,
Wspólnicy we mgle.

czy Pan w ogóle orientuje się o czym mówi wiersz w oryginale, do czego się odwołuje??? Można pomyśleć, że pisze Pan, ni w pięć ni w dziewięć, o jakichś bimbrownikach pędzących samogon na zacierze gdzieś w leśnej mgle koło Limanowej…

Panie Jacku, bardzo lubię Pańską prozę, ale do poezji to Pan głowy nie ma i poza powielaniem schematycznych form jak pantum, pokazuje Pan, nie po raz pierwszy, że poezji Pan nie czuje”.
[Ewa Poniecka 2009-03-16 14:02:00]

Nasz bohater nie zdał się zbić z pantałyku. Nie takie zarzuty odparł, nie takie uwagi przeżył. Z wrodzoną sobie finezją i taktem odpowiedział:

„Fajnie, że Pani mnie posyła do mennicy (mam niedaleko), ale wystarczy do słownika – gdyby Sandburg chciał napisać »minted«, to by tak napisał. Nasze »bicie« monety to właśnie »to mint«. »Cast« to »odlewać« właśnie. Proszę nie poprawiać autora, autor wiedział, co pisał”.
[Jacek Dehnel 2009-03-16 21:32:06]

Ewa Poniecka to nie Jakub Winiarski. Zresztą kobiety są złym materiałem na dobrych konwertytów. Pokazując, że w jej żyłach zamiast delikatnej, wycackanej krwi menstruacyjnej płynie stężony kwas siarkowy odpisała:

„Kompromituje się Pan :)
Pan nie zna angielskiego, już któryś kolejny raz pisze Pan

»Good-by” to »Żegnajcie«. GOOD BYE – Panie Dehnel, or welcome to the dictionary. A »where« (gdzie) myli sie Panu z »when« (kiedy) »My, którzy nadchodzimy, kiedy was już nie ma,«

twierdzi Pan ze »cast« to odlewać, nie rozumie Pan postawowych zwrotów, skąd Pan wziął prerie w liczbie mnogiej? I nade wszystko arcynieudolne »Dwaj którzy się razem zacierają« pomijam błędy z kolejnych wierszy, poziom żenujący:(obawiam się że byłby Pan bez szans na rozszerzonej maturze z angielskiego.

Bez satysfakcji stwierdzam po tym, co Pan tutaj opublikował, że się Pan ośmiesza porywając się na tłumaczenia poezji amerykańskiej. Panie Jacku, wygląda na to, że nie zna Pan ani języka ani kultury amerykańskiej. Nie uważam się za znawczynię, chociaż będąc tam 4 razy, przejechałam je wzdłuż i wszerz, Pan jednak jest – Pan wybaczy – ignorantem idącym w zaparte, jak młokos.

ps.
Wracając do »cast«, może Pan sobie »odlewać« nawet »w metalu«, ale będą Pana polewać. Może zacznie Pan uczyć Amerykanów angielskiego i wytłumaczy im to słówko.

Ten prosty wiersz Pana przerasta, od początku do końca Pan bredzi i nawet do głowy Panu nie przychodzi, że słowo »cast« dotyczy wizerunku »western heads« który może być przedstawiony (cast!) na banknocie lub monecie, jak głowy prezydentów, Statua Wolności, Indianin czy inne.

Pan odlewa z metalu monety magicznym słówkiem »cast« w dehnelowym rozumieniu.
Pozostaje tylko powiedzieć Panu w dehnelowym angielskim »good-by« czyli Dehnylu żygnaj;)”.
[Ewa Poniecka 2009-03-17 00:14:42]

Jacek, mianowany 2006 r. przez Winiarskiego na filozofa, ma tę rzadką przypadłość, że nie myli się nigdy (z akcentem na „nigdy”). Wybadawszy po tonie wypowiedzi, że Ewa Poniecka nie da się łatwo przekonać do jego wersji angielszczyzny, że jest ona tego rodzaju kobietą, której definicje zapisano w słowniku pod literką W jak Walkiria postanowił użyć argumentu terminalnego, który ostatecznie przechyliłby szalę zwycięstwa w tej jakże zaciętej polemice na jego stronę. Stawka jest niebagatelna. Nie chodzi tu o „odlewanie” czy „bicie” monet, nie chodzi tu też o poezję, literaturę i jakość przekładów literackich ale o prestiż. Jeżeli chodzi o kwestie prestiżu i honoru Jacek Dehnel działa szybko i bezkompromisowo – niczym legendarna brzytwa Okchama (sic!). Odpisał:

„P. Poniecka:
Jasne, że nie znam angielskiego. Dlatego właśnie kończyłem klasę dwujęzyczną z wykładowym angielskim, pisałem z angielskiego maturę, a magisterium – z translatoryki na przykładzie Larkina”.
[Jacek Dehnel 2009-03-16 23:52:32]

I wszystko jasne.

Inny rodzaj uzdolnień translacyjnych Jacek objawił przy okazji pracy nad przekładem wierszy łotewskiego poety Karlisa Verdinsa (Karlis Verdins, „Niosłem ci kanapeczkę”, wyd. 2009). O tym, że Jacek jest dobry z angielskiego, bo zdawał z tego języka maturę o tym wiemy z jego rozmowy z Ewą Poniecką. Ale czy Jacek Dehnel miał ocenę celującą z łotewskiego? Podobne pytania nurtowały innych miłośników poezji:

„Tłumaczył Pan z łotewskiego? To jestem pod wrażeniem, bo ja wiem tylko, że »nams« to dom, »iela« to ulica, »kalns« to wzgórze, »parstavnieciba« to przedstawicielstwo, a »filiale« to filia, oddział. Wiem, bo dwa lata tem zakładałem w Rydze przedstawicielstwo spółki, w której pracuję, a rok temu musiałem je przekształcać w oddział:-)
[ Maciek Froński 2009-06-07 22:48:07]

Jacek Dehnel odpowiedział:

„Nie znam łotewskiego”.
[Jacek Dehnel 2009-06-07 23:51:46]

Zatem jak powstało polskie tłumaczenie wierszy łotewskiego poety Verdinsa? Przetłumaczyć instrukcję obsługi pralki można przy użyciu słownika. Do tego nie trzeba specjalnej wiedzy filologicznej. Ale tłumaczenie poezji to inna sprawa. Czyżby kolejny cud? Wszystkich zainteresowanych tłumacz Dehnel odsyła do „Od tłumacza”, w którym wszystko wyjaśnia.

Ale jak to w życiu bywa znaleźli się tacy – nazwijmy ich „konserwatystami” – którym
rewolucyjna metodologia przekładu się nie spodobała.

Pierwszym był Andrzej Tchórzewski – poeta i tłumacz, który występując pod pseudonimem „lusia gremplarka” napisał:

„byli już tacy, którzy tłumaczyli z gruzińskiego nie znając nawet liter gruzińskiego alfabetu lub z nieistniejących języków takich jak mołdawski (rumuński używany w Mołdawii) czy tadżycki (perski z Tadżykistanu). Tłumaczenie z »rybek« (przekładów filologicznych) kojarzy się z socrealizmem i ociera o hochsztaplerkę. Zapewne »lansowanie« (głównie siebie), bo żeby coś zasadnie promować z jakiejś literatury trzeba znać tę literaturę i wiedzieć, co wybrany przez nas autor znaczy w tej literaturze. W przeciwnym razie jest to zwyczajna dezinformacja. W przypadku współpracy z »nejtiwem« są jeszcze problemy psycholingwistyczne i pytanie o zakres kompetencji językowych »współpracownika«(Kłania się »późny« Chomsky).Naturalnie, końcowy rezultat może być zupełnie znośny, zwłaszcza dla osób wierzących w cuda. Weryfikowalność takich przekładów jest bliska zeru. Sprawę ratuje cmokierstwo lub snobizm”.
[ lusia gremplarka 2009-06-08 22:42:39]

Inny tłumacz i poeta – Roman Kaźmierski – podzielił pogląd Tchórzewskiego:

Nie akceptuję tzw. rybek, jako sposobu na tłumaczenie z innego języka. Po ponad 25 latach pobytu i znajomości języka szwedzkiego w jego wszelkich wariantach (co było nieodzowne w moim zawodzie), mam coraz więcej wątpliwości, niepewności itp. niż w początkowych latach życia tutaj.(…) Przez szacunek dla Autorów obcojęzycznych, przez szacunek dla ich języka, przez pokorę wobec nieprzetłumaczalności poezji w ogóle – znając i język, i literaturę szwedzką, przekładam bardzo rzadko, z wielkimi oporami i poczuciem niepowodzenia. Życzę, oczywiście, powodzenia temu tomowi łotewskich wierszy. Pozdrawiam –
Roman Kaźmierski
[Roman Kaźmierski/nrml 2009-08-06 21:58:55]

99,99 % populacji tego świata przyznałoby rację Kaźmierskiemu i Tchórzewskiemu. Zresztą chłopaki wiedzą, o czym piszą. Pierwszy od lat przekłada z języka szwedzkiego, drugi tłumaczy poezję anglosaską, francuską, gruzińską i hiszpańską. Ale pozostała jedna setna populacji uważa owo przekonanie, że: »tłumaczy się teksty z języka, który się zna« w epoce komputerowych programów tłumaczących, słowników elektronicznych, translatorów google’a jest zwykłym anachronizmem. Trzeba przecież iść z duchem czasu!

Wydaje się, że i Jacek Dehnel należy także i do tej mniejszości. Przypuszczenie owo potwierdza jego odpowiedź starszemu koledze:

„Pański argument sugerował nie wprost, że należy mieć za sobą ćwierć wieku obcowania z językiem, żeby przekładać – oczywiście muszę się zgodzić z tym, że wieloletnie obcowanie z językiem wielce pomaga tłumaczowi. I biję się w piersi, że nie obcowałem przez ćwierć wieku z łotewskim, ale podałem usprawiedliwienie: nie jestem w wieku emerytalnym, ba, nie mam nawet 40-tki i – z uwagi na to, że nie urodziłem się Łotyszem – nie miałem okazji obcować z łotewskim przez tyle lat. Ale równocześnie można podać szereg przykładów na słynne tłumaczenia, które zrobili poeci nie znający języka oryginału, lub znający ten język krótko i pobieżnie”.
[ Jacek Dehnel 2009-08-08 11:50:32]

Teoria przekładu tekstu literackiego Jacka Dehnela to nauka w sobie. Wszystkich zainteresowanych tą rewolucyjną metodologią zachęcam do lektury „Od tłumacza” w Karlis Verdins, „Niosłem ci kanapeczkę”. Książeczkę można kupić na Allegro od SuperSprzedawcy o nicku KoliberGdansk za jedyne 19,99 zł. Niecałe dwie dychy za dzieło rewolucyjne? To prawdziwa okazja.

Oprócz tłumaczeń z (dosłownie) obcych Jackowi Dehnelowi języków, nasz bohater robi karierę w TVP.


Telewizja Polska

Od września 2006 do czerwca 2009 Jacek występował jako jeden z prowadzących w programie kulturalno-rozrywkowym Łossskot. Nie mówił zbyt wiele, ale był i to się liczy. O programie i swojej w nim roli Dehnel pisze:

„Program »Łossskot« jest programem, w którym o sztuce wypowiada się trzech dyletantów –użytkowników (i zarazem twórców) kultury, a nie ekspertów. Taka jest formuła tego programu”.
[Jacek Dehnel 2007-06-04 20:36:59]

Telewizja publiczna realizowała misję i program ten początkowo emitowany był o przyzwoitej porze. Nie trzeba było polewać się zimną wodą, by doczekać. Trójka prowadzących: muzyk Tymon Tymański, dziennikarz Maciej Chmiel i poeta Jacek Dehnel odwalali kawał dobrej, kulturalnej roboty. Poprawka. Dobrą robotę odwalał Tymon Tymański, który sposobem ekspresji oraz artystyczną energią przytłoczył kolegów. Doszło do tego, że Jackowi pozostało się tylko uśmiechać przed kamerą. Ludzie to zauważyli. Niektórym zrobiło się przykro. Inni zaś odnieśli wrażenie, że ekscentrycznie ubrany młodzieniec, z czarną laseczką w dłoni jest elementem wystroju wnętrza studia nagrań. Pojawiły się więc głosy: „Jacku! Dlaczego? Powiedz, dlaczego to robisz?!” A ten, nigdy obojętny na głosy swoich fanów, odpowiedział:

„pracuję tam dla pieniędzy, bo np. do komfortu pracy potrzebuję własnego mieszkania bez współlokatorów (choćby najmilszych) i martwienia się, czy znajdę kogoś do wolnego pokoju od września, potrzebuję książek, płyt i od czasu do czasu wyjazdu w jakieś miłe miejsce. A dzięki Łossskotowi mam to dzięki stosunkowo interesującej (rozmowy o kulturze) pracy na względnie rozsądnych warunkach”.
[Jacek Dehnel 2008-10-03 17:28:4]

Zaś wszystkim tym, którym się nie podoba jego telewizyjne wcielenie radzi:

„Jeżeli jakość Łossskotu jest dla Pana za nisko, to przecież nikt Pana nie zmusza do oglądania tego programu. Ja nie oglądam, ba, nawet telewizora nie mam – i żyję.
[ Jacek Dehnel 2008-10-11 23:55:38]

Czy to nie dziwi, że współtwórca programu nie ogląda swojego dzieła?

Wkrótce, kiedy okazało się, że oglądalność Łossskotu porównywalna jest do oglądalności reklamy pianki do golenia emitowanej o wpół do szóstej rano, pojawiły się plotki o tym, że ów program kulturalno-rozrywkowy może zniknąć z anteny. Czy Jacek się zmartwił? Nie chodzi o pieniądze, ale o kulturę, która bez Łossskotu byłaby przecież uboższa. Jaka była jego reakcja, kiedy w lipcu 2009 r., w Gazecie Wyborczej ukazał się tekst pod tytułem: „Program kulturalny w TVP nie potrzebny”? Dehnel odpowiada:

„wieści o likwidacji “Łossskotu” chodzą od dwóch lat mniej więcej :) A ja na szczęście przynajmniej od roku jestem w komfortowej sytuacji »będzie, to będzie, nie będzie, to nie będzie«. Oba rozwiązania mnie satysfakcjonują, co jest bardzo wygodne”.
[Jacek Dehnel 2009-08-02 08:56:36]

Kolejnym pracodawcom Jacka Dehnela życzymy tak utalentowanego pracownika, który nade wszystko ceni sobie „komfortowe sytuacje”. Jego podejście „będzie, to będzie, nie będzie, to nie będzie” nie jest może tak rewolucyjne jak tłumaczenie poezji z dosłownie obcych języków, ale jakże modne i popularne.


Na zakończenie

Za sto lat każdy historyk literatury, który podejmie się próby analizy fenomenu Jacka Dehnela, będzie musiał odpowiedzieć na pytanie: „czy on był zawsze taki?”. Otóż, co może wydać się niebywałe (chociaż kategoria „niebywałe” nie ma jeżeli chodzi o Jacka Dehnela zastosowania), już dziś z łatwością można znaleźć odpowiedź. Otóż: on zawsze taki był. Był najlepszy w przedszkolu, podstawówce, liceum i na studiach.

Hola, hola! – ktoś mógłby przerwać opowieść i zadać pytanie: „A gdzie matura?”

Tym ciekawskim odpowiada jak zwykle nasz filozof, poeta, prozaik, tłumacz, malarz:

„Maturę z rozszerzonego angielskiego, dziękuję, zdałem w 1999 roku na 6”.
[Jacek Dehnel 2009-03-16 23:52:32]

Później były studia. Studencka asceza, życie wolne od imprez, z dala od studentek, które w okolicy 2.–3. roku zrobią wszystko, by złapać męża, opłaciło się:

„Nie musiałem płacić za warunki i powtarzanie, bo zdałem wszystkie egzaminy”.
[ Jacek Dehnel 2008-12-08 23:09:34]

W pocie czoła, rezygnując z przyjemności tego świata, żyjąc życiem pełnym wyrzeczeń nasz bohater otarł się o absolut. I nie chodzi tu o gatunek wódki, ale o szczególny rodzaj wiedzy, która stała się wyczuciem a wyczucie wiedzą w dodatku w skórkowej oprawie z nadrukiem PWN. Jacek Dehnel objawia światu swoją najgłębszą tajemnicę:

„Tak się składa, że moje wyczucie i moja wiedza są zgodne ze słownikiem”.
[Jacek Dehnel 2008-11-13 16:43:08]

I cóż, na zakończenie chciałoby się dodać: „Zatem na kolana chamy!”

*(Wszystkie cytaty – wypowiedzi Jacka Dehnela i innych bohaterów felietonu pochodzą z portalu nieszuflada).


Tekst pochodzi z książki Marka Trojanowskiego Etyka i poetyka, t.III, internet 2010.

Poezja: Józef Baran WIERSZE Z TOSKANII



Fotografujemy się z Adamem na tle Krzywej Wieży w Pizie

nasze człowieczeństwo Adamie
też zbudowane na błędzie
jak krzywa wieża w Pizie

z nieomylnością śmierci
pnie się w nas coraz wyżej
klockowata
piramida
lęku
(przed runięciem w przepaść)
zuchwale sięgająca już
wierzchołkiem
nieba

struchlała konstrukcja
ognia z wodą
podpiłowana u samego spodu


Westchnienie podróżne

Basi Czajce

ach podrzucić siebie
jak tobołek
gdzieś na stacji
w Oddalinie w Zabyłowie

i odrodzić się w zieleni na nowo
pośród cyprysów
z Alpami pod głową
w Serawezzie Pizie lub Quarcetto
tam toskańskie słońca stale świecą

by zmęczenie spadło z serca jak kamień
wymazały się klęski na amen
zetrzeć z serca do świata urazy
stać się czysty jak baranek
bez zmazy
czysta karta
tabula rasa


Na plaży w Forte dei Marmi

piszę by sam sobie udowodnić
że istnieję na tej Ziemi
przez którą przemykamy cienie
anonimowi i niemi

dopiero co tędy szli brzegiem
Etruskowie Rzymianie Włosi
zapisali bose stopy na piasku
został tylko po nich wieczny piasek
i wzburzony poszum morza

przybyłem
by odcisnąć też ślad na plaży
choć wiem jak bardzo kruchy
rozsypie się w drobny mak
lub zostanie za chwilę rozdeptany
jak ślady po naszych miłościach
trwające w sercach przez moment

chyba że niepojęty Bóg
w swojej dobroci nieprzebranej
odtworzy kiedyś wszystkie ślady
i zabezpieczy je na wieczne trwanie

Recenzja: Gonzalo Torrente Ballester WYSPA ŚCIĘTYCH HIACYNTÓW

Autor: Tomasz Sobieraj


Zwykle kiedy czytam książkę mam wrażenie, graniczące często z pewnością, że autorzy not wydawniczych i recenzenci tej książki nie czytali. No, może czytali ją w przerwach podczas wykonywania różnych znacznie bardziej absorbujących czynności albo używali popularnej wśród pewnej grupy techniki szybkiego czytania. Może też mieli innych niż ja nauczycieli literatury. Nie wiem, wiem jednak na pewno, że zazwyczaj to, co czytam, nie pasuje do tego, co chciałem przeczytać zwabiony reklamą i entuzjastycznymi wypowiedziami wydawców, tłumaczy, żurnalistów i innych zainteresowanych bardziej stroną merkantylną literatury niż jej istotą, czyli treścią, formą, pisarskim warsztatem. W przypadku książki Gonzalo Torrente Ballestera pod tytułem „Wyspa Ściętych Hiacyntów” było podobnie. Chciałem przeczytać coś lekkiego, z ciekawą fabułą, ale jednocześnie mądrego, by nie mieć poczucia, że tracę czas na literaturę pociągową. Powieść Ballestera wydawała się spełniać te wymagania – w końcu to uznany galicyjski pisarz hiszpańskojęzyczny, autor ponad dwudziestu powieści, kilku sztuk teatralnych, eseista, nauczyciel akademicki, znawca literatury hiszpańskiej, publicysta, krytyk teatralny, laureat wielu prestiżowych nagród. José Saramago pisał o nim, że „Jeśli istnieje niebo, Torrente Ballester siedzi po prawicy Cervantesa”, co dla każdego miłośnika literatury wysokiej jest wystarczającą zachętą, Tłumacz, Wojciech Charchalis, dodatkowo zachwalał autora tymi słowami: „Torrente to gigant powieści, bez wątpienia jeden z najwybitniejszych pisarzy dwudziestego wieku. Nikt jak on nie potrafi uwieść czytelnika i wciągnąć go w zawiły, pełen uniesień labirynt historii, jednocześnie rozbawiając go do łez wysublimowanym poczuciem humoru” – nic dziwnego, że mój apetyt na książkę wzrósł. W nocie wydawcy przeczytałem, że w „Wyspie Ściętych Hiacyntów” Ballester „...bada genezę procesu twórczego: zamknięty świat powieści, prawdopodobieństwo, związki historii z fikcją i tekstu z autorem (...)”. – No, to bez wątpienia książka dla mnie! – pomyślałem. Dalej wydawca informował, że jednym z bohaterów powieści jest naukowiec, który „poprzez zastosowanie skomplikowanych teorii stara się dowieść, że Napoleon nigdy nie istniał – został wymyślony przez Nelsona, Metternicha i Chateaubrianda”. Ryzykowne, ale czemu nie, w końcu pisarz może wszystko, ogranicza go jedynie wyobraźnia, a skoro jedni wymyślili Ben Ladena, UFO, epidemię świńskiej grypy, to czemu by nie przyjrzeć się bliżej Napoleonowi, który też być może jest zmyśleniem; ba, uważam, że można w literaturze nawet pójść dalej i zastanowić się, czy Hitler i Stalin też nie są jakimś wymysłem – w końcu, jak pisze sam Ballester „tak się dzieje ze wszystkimi ludźmi wymyślającymi fikcje, że ich propozycja, że ich oferta zawsze jest skierowana do ograniczonej liczby klientów”, więc i na podobne sensacyjne koncepty amatorzy by się z pewnością znaleźli. Na koniec poczciwy wydawca Zysk i S-ka dodaje, że „Postaci Cagliostra i Żyda Wiecznego Tułacza także pojawiają się w tej historii, gdzie erotyzm i melancholia mieszają się z ciętą ironią”. Czy trzeba wymagać czegoś więcej od dobrej literatury niż to, co zapowiada tekst od wydawcy i tłumacza?

Tak zachęcony zasiadłem z książką w fotelu i w dwa wieczory przeczytałem „Wyspę Ściętych Hiacyntów”. Cóż, widocznie nie należę do tych, do których Ballester adresował tę propozycję. Jedyne, co wydało mi się w tej lekturze ciekawe, to erudycyjne popisy autora, liczne nawiązania do historii i pewne jej frywolne podszczypywanie, modelowanie, wprowadzenie postaci Chateaubrianda, Nelsona, lady Hamilton, Cagliostra, Napoleona – jednak w sposób niekoniecznie zgodny z tzw. prawdą historyczną, więc dla miłosników historii rzecz to raczej bezwartościowa. Rzeczywiście, prawdą jest, że mieszają się u Ballestera rzeczy możliwe z niemożliwymi, rzeczywistość z fikcją: z jednej strony mamy zakochanego bez wzajemności w studentce wykładowcę i literata, jego kolegę – naukowca humanistę o kontrowersyjnych poglądach oraz dosyć ironicznie przedstawione środowisko akademickie (to zapewne wynik jego obserwacji w czasie czteroletniego pobytu w USA na Uniwersytecie Stanowym w Albany), a z drugiej wyspę Gorgonę (istniejącą naprawdę, niedaleko Elby, jest tam kolonia karna), na której dokonuje się rewolucja i rzeź doprowadzona do skrajnej, absurdalnej już postaci, bowiem zostają ścięte nawet powszechnie hodowane w doniczkach hiacynty – stąd druga nazwa wyspy. Fikcyjny wątek Gorgony (chociaż wysepka ma też ciekawą, prawdziwą historię) służy Ballesterowi za pretekst do rozważań na temat natury władzy i jej nieposkromionej skłonności do degeneracji; autor dokonuje analizy rewolucji, przedstawia jej przyczyny, przebieg i skutki, zastanawia się nad ludzką kondycją, pokazuje jak tworzy się politykę i jak można manipulować bezmyślną masą, która wierzy bezkrytycznie w przedstawienie, projekcję, nie w twarde fakty i logikę; to studium degeneracji władzy, ducha, idei, i satyra na niesamodzielne intelektualnie społeczeństwo. Tyle z grubsza o szkielecie treści – treści samej w sobie interesującej. Jednak literatura to także forma. I tutaj nie jest dobrze: Ballester nazywa tę książkę „listem miłosnym z interpolacjami magicznymi” – rzeczywiście, jest i list, i interpolacje. Ale wszystko podane w sposób nudziarski, powolny, rozwlekły i pozbawiony magii, z przydługimi dygresjami, przez które autor nie trafia do celu albo trafia z opóźnieniem, do tego marudzi i ględzi, wije się i stęka, konstrukcja mu się rozpada, wszystko przypomina gęste, źle wyrobione ciasto pełne grud. Ballester z dziwacznym upodobaniem delektuje się średnikami, nawiasami, a nawet nawiasami w nawiasach, ciągnąc potwornie długie zdania, przez co tekst traci na czytelności. I tak przez ponad 440 stron.

Mamy w tej książce do czynienia z typowym przykładem niezgodności towaru, czyli treści, ze specyfikacją, czyli z tym, co umieścił wydawca na okładce (opakowaniu) i w internecie – a książka to przecież towar, w końcu sam Ballester uzywa określeń „oferta” i „klient”. Myślałem, że chociaż znajdzie się ta obiecywana erotyka. Owszem, jest, ale nie za szybko, bo dopiero na str. 365 mamy z nią do czynienia, kiedy to pojawiają się wybrane mity greckie w niby teatralnej interpretacji kilku pań z towarzystwa, jednak Leda ogranicza się do stosunku z dziobem łabędzia a Danae jedynie zabawia się lubieżnie ze złotym brokatowym szalem – czysta wulgaryzacja pięknych starożytnych historii. Do tego sam opis tego teatru nudny, jakby pośpieszna i zdawkowa relacja z przedstawienia Leszka Mądzika o papierze i folii, ale dla dorosłych. W sumie i tak jest to bardziej estetyczne widowisko (to w książce, nie u Mądzika) niż wypięty goły zadek aktrisy Szczepkowskiej, niemniej opowiedziane niemrawo, bez polotu, jakby autor bał się tematu, nie znał go albo sam nie wiedział, o co mu chodzi. Z ironią też u Ballestera słabo; pojawia się rzadko, a właściwie raz (dla ułatwienia dodam, że to w drugim akapicie na str. 284). Wysublimowane poczucie humoru jest tak wysublimowane, że niedostrzegalne. Ciekaw jestem, w których to miejscach tłumacz Charchalis śmiał się do łez. Albo ja jestem ponury jak księgowy w fabryce gwoździ, albo Charchalis to bardzo wesoły człowiek. Gratuluję, w takim razie.

Podczas lektury zastanowiła mnie nieco pisownia. Np. na str. 31 słuchają „Sonaty Kreutzerowskiej” w wykonaniu niejakiego Oistracka – czy może chodzi o skrzypka Dawida Ojstracha (ros. Ойстрах, ang. Oistrakh)? Miasto Genua (wł. Genova) w dopełniaczu zawsze pisało się Genui, nie Genuy, jak chce wydawca (tłumacz?). Na str. 402 jest „z ócz”, zamiast z oczu; str. 405 „nie znanego” zamiast nieznanego. Dziwne zaniedbania korekty. Pojawiają się też, bliżej nie wiadomo po co, formy niby poprawne, ale dziwolągowate, zbędne, rzadko stosowane, jak np. na str. 376 „ździr” (zwykle: zdzir), stylistyczne nieudolności (str. 360 i koncert na słowo „który”), błędy merytoryczne i logiczne (cztery okręty w rzędzie idą kierunkiem NNW-SSW z wyspą na kursie, co jest niemożliwe, powinno być NNW-SSE). Poznajemy nowe właściwości światła („ogień kominka to oświetlał nas, to przyciemniał nam twarze”). Cieszy natomiast polityczna niepoprawność i użycie ślicznego, a prawie że już zakazanego w ćwierćinteligenckim świecie słowa „pedzio”. Brawo za odwagę, señor Ballester y señor Charchalis! ¡No pasarán!

Ballester dostał w 1981 roku za „Wyspę Ściętych Hiacyntów” Premio Nacional de Literatura, najważniejszą hiszpańską nagrodę literacką; innych nagród i wyróżnień, także zagranicznych, posiadł w swoim życiu więcej, niż kilku znacznie bardziej znanych pisarzy razem wziętych. Tak, to bez wątpienia ważna postać w literaturze, i dla niej zasłużona, a jego dorobkiem można by obdzielić kilku mniej płodnych autorów. W literackim niebie (piekle?) Tomasz Mann czy Fiodor Dostojewski kulą się ze wstydu ze swoim „skromnym” dorobkiem, jeszcze bardziej kuli się Bruno Schulz. Mam wrażenie (fakt, że po jednej powieści), że Ballester to klasyczny przykład profesora literatury, który dużo o niej wie, sporo o niej pisze, jest doskonałym teoretykiem, nawet gawędziarzem, ale kiedy przychodzi do praktyki – czyli do TWÓRCZOŚCI, radzi sobie słabo. I nie pomogą tutaj ordery, znajomości z faszystami, później z komunistami, występy w radiu i telewizji, doktoraty honoris causa i inne wyrazy uznania oraz towarzyskiej lojalności. Talentu kupić się nie da, i choćby mówiono o jego wielkości na wszystkich hiszpańskojęzycznych uniwersytetach, zawsze znajdzie się myślący student, jakiś Vitoldo Gombro, który zapyta „dlaczego Ballester wielkim pisarzem jest?” I nie sądzę, by jak chce tego Saramago, Ballester siedział po prawicy Cervantesa w literackim niebie – chyba, że jako jego doradca w kwestiach życiowej zaradności i lawirowania, bo to z pewnością wychodziło mu lepiej, niż autorowi don Kiszota.

W sumie nie wiem, dla kogo jest ta książka. Na pewno nie dla tych, którzy szukają tego, co wypisywał na okładce wydawca – ci mogą się domagać zwrotu pieniędzy. Na pewno też nie dla miłośników historii, bo ci szukają rzetelnej powieści opartej na faktach albo fikcji osadzonej w historycznych realiach. Dla wielbicieli fantasy i podobnych dyrdymałów jest za trudna. Zwolennicy kryminałów i Chmielewskiej zasną. Apologeci Masłowskiej i literatury przydennej mieli problemy w szkole, więc nie będą potrafili przeczytać i zrozumieć nawet strony tytułowej Ballestera. W zasadzie nie wyobrażam sobie, by ktokolwiek przez „Wyspę Ściętych Hiacyntów” przebrnął. To, że jest mądra, że zawiera kilka niezłych literackich pomysłów oraz jest dowodem na pewną fantazję i wiedzę autora, to za mało, by uznać tę książkę za dobrą. Realizacja jest beznadziejna. Warsztat pisarski dziwaczny. Nuda. Ględzenie. Za dużo słów. Brak magii. Tutaj zwyczajnie Ballesterowi nie wyszło. To się zdarza nawet najlepszym, chociaż nie powinno. Więc czekam na kolejne tłumaczenia Galicyjczyka. Póki co, nadal do najwybitniejszych powieściopisarzy XX wieku będę zaliczał Manna, Haška, Gravesa, Nabokova, Bellowa i jeszcze kilkunastu prawdziwych magów literatury. Na tej liście Ballestera na razie nie ma.


Gonzalo Torrente Ballester Wyspa Ściętych Hiacyntów, Zysk i S-ka, Poznań, 2009.