LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA
______________________________________________________________________

Recenzja: Justyna Bargielska DWA FIATY

Autor: Marek Trojanowski HISTORIAMOICHNIEDOLI.PL


Pierwszego sierpnia 2009 roku, trzydzieści siedem minut po godzinie dziewiątej Miłosz Biedrzycki (MLB) zjadł drugie śniadanie, popił je kawą i wyraźnie ukontentowany klepiąc się po brzuchu wyznał:

„Zawsze się cieszyłem, kiedy mogłem prosto i jasno wypowiedzieć swoje zdanie o wierszach, które przeczytałem z przyjemnością. Tak jak to się stało np. na książkach Szczepana Kopyta czy Moniki Mosiewicz. Znacznie częściej zdarzało się, że w jasnych i prostych słowach musiałem odmawiać publicznego wyrażania swojej opinii, bo wiersze niewystarczająco mi się spodobały – ale o tym wiedzą autorzy i wydawcy, którzy zwracali się do mnie z takimi prośbami.”

Ilu wydawcom, ilu autorom Miłosz Biedrzycki musiał odmówić publicznego wyrażenia swojej opinii – tego nie dowiemy się nigdy. A szkoda. Warto byłoby poznać preferencje estetyczne człowieka, który jednocześnie potrafi zachwycić się głębokimi i nasączonymi filozofią kontynentalną tekstami Szczepana Kopyta („Yass”) i odmóżdżoną, poskładaną w wersy sieczką rymującej pani prawnik – Moniki Mosiewicz („Cosinus salsa”). Że na „prostą i jasną wypowiedź” Biedrzyckiego na temat dzieł Moniki Mosiewicz nie miało wpływu to, że razem tyrają w projekcie pod tytułem PoeWiki – o tym wszyscy wiedzą. Nikt nie śmie wątpić w to, że dzieła uduchowionej prawniczki:

Ty pokrętna lampucero,
Zabier od mojego pice!
Wredna małpo jak cie spiero!

albo haiku:

ławka pod blokiem
żubr powoli wychodzi
zaraz dwunasta

Miłoszowi Biedrzyckiemu się po prostu podobają. Że są po prostu nadzwyczajne. Po prostu odkrywcze. Po prostu wybitne. Są po prostu po prostu – chciałoby się podsumować odwołując się do postulatu prostoty i jasności, którą MLB zaprzągł dla potrzeb krytyki literackiej.

Nie jest to pomysł zły. W notkach o książkach, wydanych tomikach roi się od potworów – zdań albo nawet całych akapitów, których zrozumienie przekracza możliwości filozofów analitycznych. Żeby nie być gołosłownym pachnący wydawniczą farbą przykład:

O najnowszym debiucie Przemysława Witkowskiego, Przemysław Owczarek pisze:

„Ta poezja żywi się asocjacjami, symbiozą odległych znaczeń, odkrywa świat nie w leksykalnych dystryktach i stratyfikacjach, ale w melanżu ich zasobów.”

Ktoś mógłby powiedzieć, że przykład Owczarka jest chybiony. Wszak jego kontakty na niwie poezji z obcymi cywilizacjami są powszechnie znane (kliknij tu www.historiamoichniedoli.pl/?p=289 by przeczytać protokół ze spotkania Przemysława Owczarka ze spotkania z UFO) i że być może tym razem jako poeta będący na statku kosmicznym przyjął zbyt dużą dawkę promieniowania. Stąd te asocjacje, stratyfikacje i inne dziwne słowa. (Ciekawe czy o kolejnym debiucie Przemysława Witkowskiego wypowie się Przemysław Owczarek w podobnej manierze czy może zrobi to w języku robotów jako C3PO, gdzie PO będzie skrótem od imienia i nazwiska . Ale czas przyszły zostawmy swobodnemu biegowi wydarzeń.)

Wracając do Miłosza Biedrzyckiego i jego prostoty. Kiedy MLB wypowiada się na temat książek czy wierszy swoich kolegów i koleżanek, które „przeczytał z przyjemnością” to robi to zwykle po kartezjańsku: clair et distinct. Kult prostych słów, zdań prostych, prostego sposobu myślenia, prostych rachunków 2+2 – tego chciałoby się wymagać od każdego szanującego się krytyka literackiego.

Jedną z ostatnich znanych książek, które spodobały się Miłoszowi Biedrzyckiemu jest tomik Justyny Bargielskiej pt. „Dwa fiaty”. Wiadomo skądinąd, że MLB zawsze ucieszy się, kiedy będzie mógł się wypowiedzieć jasno i prosto na temat książek, które mu się spodobały. Każdy człowiek lubi się cieszyć i dąży do tego, by mógł się cieszyć jak najczęściej i jak najdłużej. Dlatego pragnienie Biedrzyckiego wyrażenia swojej opinii jasno i wyraźnie i w tym przypadku jest zrozumiałe i ma swoje psychologiczne uzasadnienie. Biedrzycki ciesząc się pisał, pisząc cieszył się a cieszył się i pisał tak:

„Justyna Bargielska już w swoich wcześniejszych książkach dała się poznać jako jedna z najoryginalniejszych i najbardziej wyrazistych współczesnych polskich poetek. Tym razem proponuje nam podróż Dwoma fiatami, odznaczającą się wirem kalejdoskopowych obrazów, wirtuozerią składni i fundamentalnymi pytaniami zadawanymi w sposób, wobec którego trudno pozostać obojętnym. Tak, jakby do pierwszego, przedustawnego fiat! poetka mocą swojej mowy i umysłu dodawała własne, drugie fiat! – czasem polemicznie, czasem aprobująco, zawsze poruszająco.”

(Miłosz Biedrzycki o książce „Dwa fiaty”)

Uważny czytelnik prawdopodobnie kilka lat poświęci rozmyślaniom nad powołaną przez Biedrzyckiego do życia kategorią: „pierwszego, przedustawnego fiat”. Na końcu i tak okaże się, że synteza harmonia praestabilita z fiat – nawet tym z silnikiem o rekordowej pojemności pół litra, który produkowała FSO – pozostanie wieczną tajemnicą swego stwórcy, który w przerwach między myśleniem, jedzeniem i śmianiem się ma zwyczaj przechadzania się po nieznanych nikomu ścieżkach.

Nie zwalnia to jednak z poznania literackiej causa prima tego radosnego i jakże twórczego uniesienia, którym Miłosz Biedrzycki postanowił podzielić się ze światem.

W związku z tym należy sięgnąć do źródła – tomiku Justyny Bargielskiej pt. „Dwa fiaty”.

Justyna Bargielska podłączona do programu (grupy dyskusyjnej) kserokopia.art.pl wydawała swoje wcześniejsze książki w oficynie wydawniczej Jarka Łukaszewicza. Ta jednak splajtowała (właściciel i redaktor wydawnictwa Kserokopia zmuszony był do uczestnictwa w podrzędnym konkursie organizowanym przez GOK, by móc wydać swoją książkę! Cóż za upodlenie dla poety-wydawcy, który ma na swoim koncie takie szlagiery jak „th” Edwarda Pasewicza.) i autorka zmuszona była znaleźć innego wydawcę.

Czy szukała długo, czy krótko – o to należałoby zapytać autorkę. Ostatecznie książka ukazała się w poznańskiej serii Biblioteka Poezji Współczesnej.

Kilka uwag wstępnych.

Pierwsza sprawa – fatalny tytuł. I tym nie należy się przejmować. Chociaż jakiś złośliwiec mógłby powiedzieć, że w porównaniu z „China Shipping” i „Dating session” tytuł „Dwa fiaty” to i tak jeżeli nie przełom jakościowy w twórczości artystki to przynajmniej milowy krok w dobrym kierunku.

Zanim napiszę o „drugiej sprawie” pozwolę sobie zacytować pierwszy tekst z tomiku:

Lęk jak ze starej książki: ona się boi, że może stać się panterą
i wcale jej to nie podnieca, bo co robi pantera? Czy pantera może
nie zamykać ust do zdjęcia, czy może iść spać w swoich nowych
butach?

Pantera czerstwi chleb, na który spojrzy, ma taki dar.
Młynarka ma dar też fajny, że ożywia mięso.
Ale jedno chciałaby mieć z pantery: gdy ktoś przychodzi i mówi
pociąg, który istnieje tylko w rozkładzie, właśnie odszedł, umieć
powiedzieć ach, tak? a nie próbować zjeść słońce, żeby nie zaszło.

[Piękna młynarka]

Druga sprawa – przed przystąpieniem do lektury należy korzystając z żyletki i nożyczek wyciąć:
1) z Gazety Wyborczej z nagłówka: „Uwaga, rząd zapowiada podwyżki” słowo: „Uwaga”
2) z Tygodnika Powszechnego wyciąć stały fragment z działu recenzje: „to jest książka o”
3) przy użyciu kleju / taśmy klejącej połączyć słowa „uwaga” oraz „to jest książka”
4) z odpowiednimi fragmentami tekstu o Alicji Tysiąc opublikowanymi w Gościu Niedzielnym tak by powstał napis:
5) „Uwaga, to jest książka o stracie ciąży”

I teraz zacytuję drugi tekst z tomiku „Dwa fiaty”:

To musiał być dzień Bożego Ciała. Starsza kobieta
wiodła za sobą okazałą downicę: córciu, córciu,
gdy umrę, co się z tobą stanie. A ja nie mogłam ci
starsza obiecać kobieto, że jej nie zjemy, niedokładnie znam zwyczaje
mojego gatunku, nie na tyle dokładnie.
Widuję nas, jak przystajemy na rogach ulic,
wyjmujemy z portfeli zdjęcia budynków krytych złotymi kopułami
i pokazujemy je sobie nawzajem, mężczyźni i kobiety,
starzy i młodzi, ale czy tęskniąc, czy grożąc, nie wiem.
To musiał być ten dzień, wzdłuż torów
albo skrajem parku szedł mężczyzna w brązowej marynarce,
niósł piłkarzyki główkami do dołu
i nic na to nie poradzę, ale słońce, ono chyliło się ku zachodowi.

[Pole bawełny]

Dlaczego cytuję? Otóż sprawa z tomikiem „Dwa fiaty” przedstawia się następująco:

bez uprzedniego założenia, że wiersze te napisane zostały dla kobiet, które straciły ciąże sens tekstów jest na tyle rozmyty, że niezauważalny (np. w tomiku Zdanowicz, „Jak umierają małe dziewczynki”, była sytuacja odwrotna). Justyna Bargielska ciągle pisze szyfrem wierząc, że kategoria „cierpliwości i wytrwałości czytelnika” ma przynajmniej jeden desygnat. Moim zdaniem autorka tomiku „Dwa fiaty” popełnia błąd „szyfrując”, „kamuflując przekaz” a jej wiara w cierpliwość odbiorcy przypomina przekonanie Miłosza Biedrzyckiego, że istnieje coś takiego jak „przedustawne fiat”.

Oto przykład:

Nikt nie umarł w tym filmie, nikt w nim nie chciał niczego.
Zachrzęściło w pokoiku, więc wstałam sprawdzić,
zainkubowana podopieczna ośmiuset ton bazaltu, twoja mama.
Ktoś dzwonił domofonem
półtorej, dwie godziny, a potem wstukał kod i sam się wpuścił.
Jak grzyb tęczowy na buzi Matki Boskiej,
tak kwitnie samotność, kobieca i ludzka. Gdy nie śnią się stada
utopionych krów, noc lubi przynieść
coraz to głupsze proroctwo, pięć, cztery,
trzy gwiazdki anyżku, które zostały, żeby wyjść i wrócić,
rzucić pieniążek oknem, zrozumieć się telepatycznie.

Dziecko chce się uczyć o wietrze, o prądzie,
a ja mam ze sobą tylko szal zielony,
byśmy sobie mogły poudawać morze.

[Na pasku]

O czym byłby ten tekst, gdyby nie założenie: „uwaga, to jest książka o stracie ciąży”? Luźnymi obserwacjami połączonymi za pomocą przecinków i spójników? Jest tu „śmierć w tym filmie”, „zachrzęszczenie w pokoiku”, jest nawet „samotność, kobieca i ludzka” (To miło, że autorka nie ulega presji społecznej i słusznie, bo zgodnie z naturą, rozróżnia wśród uczuć te, które należą do ludzi i te, które są właściwe dla kobiet), jest „noc” i „sen” i są nawet „uśpione krowy” – ale takie namnożenie zagadek przypomina poukładanie na jednej ścieżce w lesie tysiąca strzałek zrobionych z suchych gałązek, które mają być wskazówkami w zabawie w podchody. Ilu czytelników jest na tym świecie, którym wystarczy czasu i cierpliwości by sprawdzić każdy sens, by pójść w tym kierunku, który wskazuje każda ze strzałek?

Inny tekst:

Coś jak mapy przed bitwą i ich światło z poczty,
ich brudny śnieg w szparach, ich posiedźcie tutaj
a mama zapoluje, ich dwa kręgosłupy, widok szczegółowy –
nikt się nie spodziewał, a tutaj wtem nagle.

I giełdy, i ropa
reagują. Sąsiedzi nie mając nikogo nawzajem
wzywają policję do wyjącego wiatru.

A kiedyś szłam latem po zwiniętych torach

[I konie, i ptaki]

Podobna sytuacja. Kalambur: „mapa przed bitwą” + „ich światło z poczty” + „ich brudny śnieg w szparach” – i w zasadzie te trzy elementy tekstu wystarczą na sześciogodzinna prelekcję na temat znaczenia „mapy przed bitwą”, „ich światła z poczty” itp.

Pytanie, które się pojawia w trakcie lektury tomiku „Dwa fiaty” – dlaczego Bargielska jako poetka rezygnuje z prostoty przekazu? Dlaczego komplikuje tekst i sens tam gdzie w grę wchodzą elementarne uczucia? Dlaczego w miejscu, w którym powinny być emocje, ścisk w gardle, tam gdzie powinna być reakcja kobiety, która na prośbę koleżanki zamiast porodu filmuje urodziny sinego trupka, są kolejne męczące wskazówki rozszerzające pole interpretacji w nieskończoność? Dlaczego Justyna Bargielska w tomiku „Dwa fiaty” stara się za wszelką cenę być – jak to ujął Biedrzycki Miłosz – „najbardziej wyrazistą” i „najbardziej oryginalną” polską poetką? I w końcu: dlaczego w tomiku „Dwa fiaty” zabrakło przede wszystkim kobiety, kobiety która:

Stała tam i patrzyła, czy oni patrzą na nią, ale nie patrzyli.
I może tylko rząd płaszczów ją trochę zrozumiał,
może glina, gdy wyschła, zwróciła na nią swoje
poczciwe, martwe oko.

[strzela, strzela a jest motylem]

Jako czytelnik chciałbym poparzyć się od Bargielskiej ogniem emocji. Chciałbym aby w każdym fragmencie książki „stała tam i patrzyła, czy oni patrzą na nią”. Chciałbym widzieć Justynę Bargielską – kobietę z jej wnętrzem pełnym ognia i krwi z rozerwanego serca a nie „najbardziej wyrazistą”, „najbardziej oryginalną” poetkę. Kobiety są o wiele ciekawsze niż poetki.


Justyna Bargielska, Dwa fiaty, Wojewódzka Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury, Poznań 2009.

Recenzja: Wioletta Sobieraj ALEJA RÓŻ

Autor: Witold Egerth


„Aleja Róż” to druga, po „Latawcach”, powieść obyczajowa Wioletty Sobieraj. W obu autorka daje się również poznać jako satyryczka i kontestatorka polskiej wszędobylskiej, unurzanej w hipokryzji pozorności. A że pióro ma lekkie i ostre niczym chirurgiczny skalpel, trudno wobec jej książek przejść obojętnie – tym bardziej, że dokonywana przez nią wiwisekcja społeczeństwa jest obrazem pociągającym, chociaż niemiłym, szczególnie dla poprawnych i ugrzecznionych czytelników, czerpiących swoją wiedzę z mediów.

Na okładce wydawca umieścił opinię Jana Siwmira, gdzie czytamy: „Fabułę tworzą doskonałe dialogi, sugestywnie zarysowane postacie i przede wszystkim narracja, w której nie brak wnikliwych refleksji i ironicznego dystansu do rzeczywistości”. Ja ze swej strony dodałbym jeszcze, że autorka nie stroni od opisu, dzięki któremu odtwarza bezbłędnie miejsca wydarzeń, ich wygląd, ale przede wszystkim klimat. I nie chodzi tu o jakąś nadmierną szczegółowość, co byłoby w odbiorze nieznośne, ale o kilka celnych sformułowań, które przywołują przed oczy czytelnika niemalże dotykalny obraz opisywanego wycinka rzeczywistości.

Jednak to, co najbardziej mnie urzekło w tej książce, to jej konstrukcja. Być może ten element spowodował, że Jan Siwmir określił Aleję Róż jako „współczesną miejską balladę z charakterystyczną dla tego gatunku dawką niesamowitości, poczuciem humoru, miejscami liryczną nastrojowością i swoiście pojmowaną sprawiedliwością”. Rzeczywiście, jednym z bohaterów, obok tytułowej „alei” oraz kobiet przynależących do różnych światów, uczyniła Sobieraj ulicznego żula. To jego postać, chociaż nie najważniejsza, otwiera i zamyka tę opowieść. Razem z nim odchodzi w przeszłość ulica Różana, z którą jego los jest nierozerwalnie związany. Heniek – bo tak ów bohater ma na imię – stanowi żywą legendę tego miejsca. To pociągający i jednocześnie odrażający typ (nota bene klasyczny, rzekłbym, obiekt uwielbienia wielu pisarzy starszego i młodszego pokolenia, bo taki wolny, taki paraintelektualny, metafizyczny i fizyczny – dwa albo i więcej w jednym), który, jeśli chce, potrafi robić dobre wrażenie. W „Alei Róż” poznajemy go również w roli męża i ojca – i tu urok pryska. Sobieraj bezlitośnie się z nim rozprawia, pozwalając mu jednocześnie odegrać swoją ostatnią „wielką” rolę – niemal perwersyjnego w swej potulności kochanka, a wszystko w oparach tajemnicy i potencjalnego obyczajowego skandalu.

Na ulicy Różanej, która z czasem dostępuje nobilitacji, stając się Aleją Róż, spotyka się nowe ze starym, nowi bogaci mieszkańcy wypierają z czynszowych kamienic biednych lokatorów i właśnie na styku tych dwóch światów rozgrywa się akcja powieści. Każdy z nich realizuje potrzebę mitologizacji własnej przestrzeni – ta skłonność raczej łączy je, niż dzieli. I tak poznajemy legendę związaną z miejscową kapliczką, w którą wpisuje się historia Justyny – nowej mieszkanki, córki byłego partyjnego prominenta, przeżywającej życiowy kryzys z powodu braku autentycznych mocnych doznań. Justyna wraz ze swoimi koleżankami prowadzą swoistą grę towarzyską, żeby zapewnić sobie dobrą zabawę kosztem kogoś spośród własnego grona przyjaciół(?), cyniczne wykorzystując słabości „ofiary”. I kiedy się wydaje, że autorka niczym już nie może zaskoczyć czytelnika, okazuje się, że jesteśmy w błędzie. Dużo w tej książce niespodzianek, a wszystko jakby podporządkowane przewrotnej tezie – kiedy sądzimy, że świat przedstawiony nie kryje przed nami już żadnych tajemnic, możemy być pewni, że wiemy o nim tyle, co nic. Tym bardziej to zaskakujące, że z całą pewnością „Aleja Róż” nie jest ani tak – podobno poszukiwanym na naszym rynku – kryminałem, ani żadną sensacją, tylko zaangażowaną społecznie książką obyczajową, ale o tym ostatecznie można się przekonać, czytając ją do końca, o tym, jak i o swoiście pojmowanej sprawiedliwości, co sugerował Jan Siwmir na okładce.

Oprócz sprawności warsztatowej, zarówno pod względem konstrukcyjnym jak i językowym, kolejnym atutem tej powieści jest duża wrażliwość autorki na problemy społeczne. Sobieraj z jednej strony potrafi z łatwością poddać swoich bohaterów satyrycznej deformacji i bezlitośnie ich ośmieszyć, ale z drugiej z ogromnym wyczuciem prowadzi wątek Zośki – żony Heńka, i ich córki, sięgając po takie ważne społecznie zagadnienia, jak bieda czy przemoc w rodzinie, którą łączy z wypaczonym katolickim wychowaniem, opowiadającym się za męską dominacją. Wrażliwość społeczna, umiejętność obserwacji ludzkich zachowań pozwoliły autorce uniknąć banalizacji poruszanych problemów, a niekiedy nawet autentycznie wzruszać, co w książce wypełnionej humorem (i ironią!) również może zaskakiwać. Zresztą Sobieraj lubi łączyć sprzeczności, dzięki temu powieść czyta się jednym tchem, bo nie pozostawia czasu na nudę. Znajdujemy w niej mnóstwo odniesień i komentarzy do naszej rzeczywistości, m.in. do wiary w zabobony albo dla odmiany w siłę pieniądza, pogardliwego stosunku do starości, apoteozowania „bohaterskiej” walki z komuną pokolenia stanu wojennego, do rynsztokowego języka „wybitnej” polskiej młodej literatury, toksycznego wpływu telewizji, a przede wszystkim pięlęgnowania pozorów w naszym życiu, którym dajemy pierwszeństwo przed nim samym. Apogeum kontestacji owej „pozornej” obyczajowości Sobieraj osiąga we wręcz groteskowej scenie pogrzebu, w której powaga śmierci ustępuje pola doczesnym potrzebom taniego blichtru.

Ta powieść zabiera głos w dyskusji na wiele tematów, nie o wszystkich tutaj wspomniałem, ale niewątpliwie Sobieraj starała się poddać analizie naszą polską współczesność (co z góry jest przedsięwzięciem bardzo trudnym i karkołomnym), oglądając ją z perspektywy jednej ulicy, dzięki czemu stworzyła spójny obraz, nie pozbawiony przy tym wielowymiarowości. Warto się tej książce przyjrzeć i z tego powodu, że nie została napisana na zamówienie, nie schlebia pospolitym gustom czytelników, byle tylko sprzedać jak największą liczbę egzemplarzy, w myśl zasady – im głupiej, tym lepiej. Czytelnicy zostali potraktowani przez Wiolettę Sobieraj bardzo poważnie, bo „Aleja Róż”, jak autorka sama twierdzi, to „książka adresowana do kogoś podobnego do mnie, do ludzi, którzy już niejedno przeżyli, samodzielnie myślą, są odporni na toksyczne (za to bardzo poprawne politycznie) media”. Ale z poważnego stosunku pisarki do czytelnika nie wynika wcale poważny ton tej powieści, wręcz przeciwnie, co chciałbym wyraźnie podkreślić, ta książka najpierw bawi, dopiero później przychodzą refleksje, tak jakby unosiły się nad nią słowa Gogola: „I z kogo się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie.”

Czy tak jest w istocie, każdy ma okazję przekonać się sam, pobierając darmową wersję elektroniczną (e-booka), co wbrew pozorom może zapewnić tej ważnej, inteligentnej książce znacznie dłuższy żywot niż papierowe wydanie i jednocześnie umożliwia dokonywanie na bieżąco korekty drobnych błędów technicznych, których dopatrzyłem się w wersji papierowej, a nie znalazłem ich już w wersji elektronicznej.


Wioletta Sobieraj, Aleja Róż, Editions sur Ner, Łódź, 2010.

Poezja: Józef Baran PODRÓŻ



Chwila osobliwa z pieskiem preriowym

ten piesek preriowy myśli sobie
że przyleciałem do niego
specjalnie po to
by nakarmić go jabłkiem

chrupie je w skupieniu
stojąc słupka
przed swoją norką
na dwu łapkach
a ja pozuję mu do fotografii

(w tle Ameryka
Góry Skaliste
Ocean Spokojny
i takie inne
nieważne dla pieska
imponderabilia)



Rezerwat sekwoi

wielkie drzewa sekwoi
w parku Yosemite
mówią że są wierzące
i głuche na trwożne przestrogi
współczesnych filozofów apokalipsy

od dwu tysięcy lat nieprzerwanie głoszą
poszumem jedną prawdę
że życie jest wielkie
niepokonane
ma trwały sens
zapisany w słojach
i nie masz nikogo potężniejszego nad Pana
który je zasadził



Lekcja pokory

kwiaty wytryskujące z kamieni i skał
nie żądają poklasku
nucą sobie a muzom
na tym absolutnym bezludziu
bezinteresowną pieśń o urodzie świata:
anonimowi artyści średniowieczni



Miłość

moment wzruszenia
nad urwistym
kanionem
i rzeką
drążącą
obojętne skały:
gniazdo zbudowane
na wsporniku wiszącego mostu
przez parę zakochanych orlików
ponawiających od początku trud
stwarzania świata


Fragmenty poematu Podróż.