LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA
______________________________________________________________________

Eesj: Dariusz Pawlicki MEGAWIDOWISKO Z ROKU 1654



Nie wiemy czy 19 lutego 1654 r. w Oleśnicy na Śląsku było zimno, czy może padał śnieg. Naoczni świadkowie zdarzenia jakie miało miejsce tego dnia, a także ci, którzy spisywali ich wspomnienia na ten temat, czym innym byli bowiem zainteresowani. A owo zainteresowanie skupione było na czymś bardzo konkretnym, w co zaangażowani byli bezpośrednio dwaj ludzie. Z tym, że jeden z nich brał w tym zdarzeniu udział całym sobą, dosłownie. I jeśli nawet owego lutowego dnia przed przeszło trzema wiekami było zimno, czy też wręcz mroźno, to dwaj główni bohaterowie, zimno zupełnie inaczej odczuwali, niż kilka tysięcy widzów ich obserwujących.

Owo wydarzenie nie miało w sobie niczego z greckiego dramatu. Bo i było pozbawione wszelkiej wzniosłości. Tak jak i w historii, której było zwieńczeniem, nie było żadnych wielkich uczuć, wielkich namiętności, a jedynie długi ciąg zbrodni (zbrodnia jest wpisana w grecką tragedię, ale stanowi tylko element, nie wypełnia jej całkowicie), a na koniec wymierzenie kary.

*
Kim byli ci dwaj ludzie? Jednego znamy z imienia i nazwiska: Melchiora Hedloffa. Wiemy też na jego temat i to, że urodził się w 1605 r. w Kuźnicy Kąckiej, koło Międzyborza; że w czasie wojny trzydziestoletniej przez wiele lat był żołnierzem wojsk cesarskich. A kiedy powrócił w strony rodzinne, na drogach przebiegających przez rozległe Bory Międzyborskie, zaczął napadać na podróżnych. Nie poprzestawał jednak na zabraniu im pieniędzy, przedmiotów wartościowych – pozbawiał ich także życia. Za narzędzie mordu służyły mu dwa muszkiety (stąd przydomek: Strzelec Melcher) i szabla turecka. Jeden z tych muszkietów stał się potem, po kilku latach, dowodem potwierdzającym część dokonanych przez niego morderstw. Otóż na kolbie zaznaczał on każdorazowo zabitą osobę. Czynił to za pomocą nacięć; różnych w zależności od jej narodowości, pozycji społecznej, płci.

Rychło przystało do niego trzech kamratów, z którymi dokonywał napadów. Ale to on był hersztem.

Wielka obława zarządzona przez księcia oleśnickiego Sylwiusza Nimroda z dynastii Wirtembergów, nie przyniosła spodziewanego rezultatu. Melchior Hedloff i trzej jego wspólnicy nazbyt dobrze znali Bory Międzyborskie, w których nie brakowało miejsc doskonale nadających się do ukrycia. Ale w 1653 r. przedstawicielom władz udało się ująć żonę Hedloffa Annę. Wkrótce do matki dołączyła dobrowolnie córka, także Anna.

Obie kobiety poddano torturom mającym na celu uzyskanie informacji pomocnych w schwytaniu Strzelca Melchera, a także dotyczących jego zbrodniczej działalności. I wiele takich informacji zdobyto. Żona Hedloffa zmarła jednak w wyniku obrażeń odniesionych podczas tortur. Natomiast córka zbrodniarza, a także dwaj jej wujowie, bracia Melchiora, schwytani w międzyczasie (ich także najpewniej poddano torturom), zostali skazani na śmierć i ponieśli ją przez łamanie kołem (nie ja pierwszy zauważam, że człowiek jest niezwykle pomysłowy w zadawaniu cierpień bliźniemu, a łamanie kołem należy do takich szczytowych „osiągnięć”). Nie była to jednak kara za udział w krwawym procederze, w który zaangażowany był Melchior Hedloff, gdyż wszystko wskazuje na to, iż córka zbrodniarza i jego bracia nie brali w nim udziału. Natomiast ukarano ich za przyjmowanie przedmiotów i pieniędzy pochodzących z rozboju, czego byli świadomi.

Sam Strzelec Melcher został ujęty 2 listopada 1653 r. we wsi Łąki koło Sośni. Brak jednak informacji na temat tego, jak do tego doszło. Czy było ono wynikiem czyjegoś donosu? Może zdradził, któryś ze wspólników Hedloffa (nie są znane dalsze losy żadnego z nich)? Nic na ten temat nie wiemy.

*

O czym myślał podczas tego swego długiego umierania, celowo przeciąganego przez tego, który zdobył odpowiednią w tym zakresie wiedzę? A trwało ono już od chwili , gdy rozgrzanymi do czerwoności cęgami wyrwano mu pierwszy palec u ręki. Czy może, gdy narastający wciąż ból, nie wypełnił go jeszcze całkowicie, może myślał o Bogu (co nie jest przecież wykluczone, choć brakuje wzmianki, czy przed egzekucją wyspowiadał się, pojednał z Bogiem), a może prosił o pomoc Złego. Kronikarze nie odnotowali żadnego słowa, żadnej wypowiedzi, jaka padła z jego ust w czasie kaźni. Niewykluczone więc, że najpierw obdzierany żywcem ze skóry, potem łamany kołem, a na koniec ćwiartowany (jeśli wtedy jeszcze żył), milczał. W przeciwnym razie najpewniej by to zanotowano, tak jak zapisano w dokumentach, że w trakcie tortur (a tych mu nie żałowano) nie wydał choćby jednego, najcichszego jęku. Możemy sobie bez trudu wyobrazić, jak ten fakt komentowali ci, którzy byli świadkami egzekucji Strzelca Melchera. O związki z jakimi siłami musieli go posądzać, świadomi tego, że najprawdopodobniej nie byliby zdolni znieść w milczeniu tego, co on zniósł...

Czy leżąc nagi na podwyższeniu, z szeroko rozstawionymi kończynami (pod nadgarstki, łokcie, kolana, biodra podłożono klocki drewniane), gdy kat kołem (rodzaj kanciastej maczugi o krawędziach obitych metalem) łamał mu ręce, nogi, żebra, kręgosłup, wyrażał przed samym sobą żal, że poszedł drogą, która zaprowadziła go na oleśnicki rynek, a następnie nieopodal murów tego miasta?

*

Drugi bezpośredni uczestnik krwawego zdarzenia, jakie miało miejsce 19 lutego 1654 r. nie jest nam znany choćby z imienia. Wiemy, że mieszkał w domu przylegającym do muru kurtynnego (jego fragmenty zachowały się), tradycyjnym domostwie katów oleśnickich. Lecz nawet nie wiemy, gdzie dokładnie stał ten dom. Został on niewątpliwie szybko rozebrany po tym, jak przestał być jego lokatorem ostatni kat oleśnicki (któż bowiem chciałby w nim mieszkać). Choć kat nie był wyklęty, to jednak był osobą niehonorową. Z jednej strony budził odrazę, z drugiej zaś fascynował, jako ten, który tak blisko styka się ze śmiercią, ociera się o nią; do tego sam ją niejednokrotnie zadaje. W niektórych miastach mógł uczęszczać do kościoła (miał tam jednak miejsce wydzielone), w innych z kolei nie. Podobnie rzecz się miała w przypadku oberży (ciekawe czy w sytuacji, gdy mógł w niej przebywać, miał tam swój kubek bądź kufel). Niejednokrotnie kat był jednak szanowanym obywatelem miasta. Szczególnie często miało to miejsce w krajach Rzeszy Niemieckiej, a Śląsk był jednym z nich.

Czy wspomnianego dnia kat oleśnicki skupiony był wyłącznie na dokładnym realizowaniu, punkt po punkcie, swoistego scenariusza egzekucji, czy też z racji posiadanego doświadczenia, pozwalał sobie na snucie myśli związanych na przykład z zapłatą jaką otrzyma? A o jej wysokości doskonale wiedział, gdyż każda czynność dotycząca kaźni miała swoją cenę. Była bowiem ujęta w specjalnym, drobiazgowym cenniku.

Ów kat, w którego ręce oddano Hedloffa, musiał niewątpliwie być mistrzem w swym fachu. Dzisiaj powiedzielibyśmy o nim: specjalista, fachowiec. Nikomu innemu z pewnością nie zlecono by widowiskowego, rozciągniętego w czasie, uśmiercenia Melchiora Hedloffa. To znaczy człowieka, który na kartach historii zapisał się tym, że był wielokrotnym zabójcą. I tylko nim! Choć nie wiemy, tak naprawdę, ilu ludzi zamordował. Faktem jest jednak, że przyznał się do 251 morderstw. Ale człowiek, także tak twardy jak on, jest gotowy przyznać się do rzeczy niepopełnionych, gdy obieca mu się, niezastosowanie jakiejś tortury.

Schwytanie wielokrotnego mordercy zawsze było, i pewnie jest nadal, okazją dla wymiaru sprawiedliwości, do poprawienia swego wizerunku - liczba zbrodniarzy nie osądzonych, może wówczas się zmniejszyć. Jest to też każdorazowo okazja do zamanifestowania triumfu sprawiedliwości. Ale z pewnością kilku tysiącom widzów (wielu wśród nich było dziećmi) jacy obserwowali kaźń Strzelca Melchera (także każdą inną), nie chodziło o udział w owym triumfie. Znacznie ważniejsza, i pewnie dominująca, była chęć zobaczenia kogoś tak sławnego. Do tego ową sławę zawdzięczającego, tak wielu mordom. Łączył się z tym wyjątkowy dreszczyk emocji. A w dniu egzekucji stał się on z pewnością dreszczem. Możemy wyobrazić sobie starania, aby zająć jak najlepsze miejsce, czyli takie, z którego będzie widać jak najwięcej szczegółów. Tak aby potem, wieczorami, w oberży, przy piwie uzupełniać relacje tych, którzy stali dalej. Choć pewnie byli i tacy, którzy zająwszy miejsce w pierwszych szeregach, szybciej bądź później, ale pożałowali swej zapobiegliwości i zaczęli przeciskać się przez tłum. Budząc przy tym zdziwienie, albo złośliwe komentarze. Ci z pierwszych rzędów słyszeli z pewnością każdy trzask towarzyszący łamaniu kości. Widzieli ludzkie mięso, krew...

O czym myśleli ludzie przyglądający się egzekucji Strzelca Melchera? Tego możemy się tylko domyślać. Czy współczuli skazanemu? W to należy raczej wątpić. Może myśleli o popołudniowym posiłku, którego nie miał kto przygotować, skoro niejednokrotnie całe rodziny zgromadziły się pod murami Oleśnicy? Bez względu na to jaką rolę pełnili w tej kaźni czy byli tylko widzami, czy urzędnikami nadzorującymi jej przebieg bądź strażnikami strzegącymi porządku, na pewno do każdego z nich, i to wielokrotnie, powracała myśl: „Jak dobrze, że to Melchior Hedloff, a nie ja...”.

*

Każda publiczna egzekucja miała odnieść także skutek wychowawczy. Bo to właśnie ona, obserwowana, miała odstraszać. Było to więc wychowanie przez kaźń (im okrutniejszą, tym lepiej), a nie przez karę (ilu ludzi widziało skazańca odsiadującego w lochu dożywocie). W takim systemie było jak najbardziej wskazane, by skazaniec odczuł jak najdotkliwiej każdą kolejną minutę trwania egzekucji. Tak żeby pragnął śmierci coraz bardziej. I Tylko jej.

Już dawno rozlegały się głosy, że kaźń, choćby najokrutniejsza, nie mówiąc już w ogóle o karze śmierci, nie działa odstraszająco. Należy więc wątpić, że zakładany cel osiągnęło stracenie Strzelca Melchera. A wśród kilku tysięcy ludzi obserwujących jego powolną agonię, znajdował się z pewnością niejeden przyszły przestępca, którego uczynek miał podlegał karze śmierci (nie można wykluczyć i takiej sytuacji, że uczynek ten został popełniony wkrótce po opisywanej tu egzekucji). Ale gdyby nawet nikogo takowego jednak nie było wśród widzów, to wiemy, że w Oleśnicy, po 1654 r., nie miał miejsca żaden przełom jeśli chodzi o ciężkie przestępstwa. I kat, obok wielu innych czynności składających się na jego obowiązki, nadal wykonywał wyroki śmierci.

*

To że Melchior Hedloff mordował, wynika, między innymi, z faktu, na który od początku zwracano zresztą uwagę - będąc żołnierzem w czasie wojny trzydziestoletniej, która należała do konfliktów wyjątkowo okrutnych, nauczył się mieć życie ludzkie, za nic (igranie własnym życiem też pewnie było tego wynikiem). A rabowanie, będące w jego przypadku równoznaczne z mordowaniem, wydało mu się być wyjątkowo łatwym zajęciem. Do tego najpewniej nie towarzyszyły mu rozterki moralne. Przy czym ofiary do niego jakby same przybywały, podróżując drogami przebiegającymi przez Bory Międzyborskie. Ale dlaczego nie opuścił terytorium Księstwa Oleśnickiego i ziem ościennych, gdy zaczęto coraz usilniej go poszukiwać (także jego kompanów)? Mając na uwadze fakt, że zostali schwytani i uśmierceni członkowie jego najbliższej rodziny, musiał był świadomy tego, że pętla wokół niego zaciska się coraz bardziej. I że prędzej czy później, ale zostanie schwytany.

Może decyzję o wyniesieniu się do innej części Śląska, a może do sąsiedniej Wielkopolski, odkładał z dnia na dzień. Aż w końcu nadszedł 2 listopada 1653 r. Kiedy to już nie on, lecz inni poczęli podejmować decyzje o jego dalszym losie.

A może Strzelec Melcher był zakochany w tym skrawku Śląska, gdzie przyszedł na świat (nie wiemy kim byli jego rodzice)? Tak, tak, trudno w to uwierzyć, gdy ma się na uwadze jego uczynki. No, ale nie można tego wykluczyć.

O Melchiorze Hedloffie wiemy bardzo niewiele, jeśli porównamy go, na przykład, z panującymi współcześnie monarchami. Lecz i tak wiemy mnóstwo jeśli weźmiemy pod uwagę miliony ludzi, którzy wiedli tzw. normalne życie. Ale na temat ostatnich godzin jego życia wiemy wyjątkowo dużo. To jest zresztą paradoks, że na karty historii (również tej pisanej przez „H”) zdecydowanie łatwiej trafiali, zresztą dzieje się tak nadal, wszelkiego rodzaju łajdacy, niż ludzie przyzwoici. Ich uczynki, przede wszystkim te spektakularne, były bowiem bardziej zauważalne. A oni sami nie są tak liczni. To stwierdzenie niech będzie pocieszeniem.

Pogranicza: Igor Wieczorek DIABLA SPRAWA



Nie pamiętam już chwili, w której zacząłem myśleć. Kiedyś wierzyłem w to, że gdybym ją sobie przypomniał, proces mojego myślenia stałby się zrozumiały, bo posiadłbym wiedzę o tym, czym jest doskonała bezmyślność.

Z czasem straciłem tę wiarę. Wciąż myślę i nic nie rozumiem. Nie mam pojęcia dlaczego. W dzieciństwie nie wyróżniałem się niczym szczególnym. Podobnie jak inni mieszkańcy niezbyt dużego miasta Europy środkowo-wschodniej chodziłem do przedszkola i do szkoły, grałem w piłkę i zbierałem ołowianych żołnierzy, a na pytanie dorosłych: „Kim będziesz, kiedy dorośniesz?” odpowiadałem „Strażakiem!”.

Dopiero w trzeciej klasie szkoły średniej stało się oczywiste, że jestem młodym wariatem. Podczas gdy większość moich rówieśników dokonywała właśnie pierwszych życiowych wyborów, a ich nieukształtowane charaktery, zderzając się ze sobą, wpadały w tę siatkę pojęć, którą świat zowie wiedzą, ja spoczywałem w bezruchu. Całymi dniami myślałem, a w moim pociągłym obliczu kryło się coś diabelskiego. Było to tym okropniejsze, że nie wierzyłem w diabła.

Już wtedy wątpiłem we wszystko, nawet we własną niewiarę. Świat jawił mi się strumieniem niezrozumiałych zjawisk. Każde z nich, wzięte z osobna, miałoby jakiś sens, gdyby w tym samym czasie inne zjawiska znikały. Niestety, wszystkie zjawiska były ze sobą splecione z iście diabelską perfidią, bo każde było sensowne tylko w świetle innego, przeciwstawnego zjawiska. Myślenie o owym świetle spędzało mi ciągle sen z powiek, a moje pociągłe oblicze czyniło nad wyraz diabelskim.

Zacząłem studiować dzieła fizyków i filozofów. Im bardziej się w nich zagłębiałem, tym częściej stawało się jasne, że umysł jest kliszą hiperfotograficzną. Fizycy i filozofowie posiedli szereg obrazów przedstawiających zarysy nieznanej istoty rzeczy. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie pewien szkopuł. Otóż na wszystkich obrazach nadmiar spiętrzonych zarysów zasłaniał samą istotę, czy raczej – natura istoty sprowadzała się tylko do zarysów. A jednak w historii nauki nie było takiego badacza, który nie wierzyłby w światłość swojego wątłego umysłu. Ta światłość nie była istotą, bo zawsze spowijał ją mrok, lecz mrok również nie był istotą, bo zawsze ujawniał się w świetle. Jedynie umysł badacza zawisał nad ową przepaścią i chociaż też nie był istotą, to jednak ona nim była. Tak oto doszedłem do wniosku, że umysł ludzki jest kliszą hiperfotograficzną – ujawnia bowiem z natury nieujawnioną istotę.

Pragnąłem podzielić się z ludźmi tym arcyciekawym odkryciem, lecz oni nie chcieli mnie słuchać. Wszyscy byli zajęci prozaicznymi sprawami i kiedy im tłumaczyłem, że ich umysły to klisze hiperfotograficzne, czuli się obrażeni.

Kiedy zbliżałem się do nich, natychmiast się oddalali, a kiedy ich nie zauważałem, od razu dążyli do zwarcia. Wiele mówili o Bogu, materii, czy szczęściu nirwany, co wcale im nie przeszkadzało zajmować się sztuką oszustwa. W sztuce zręcznego oszustwa byli niedoścignieni. Walczyli ze sobą zawzięcie z jakąś niezłomną wiarą w nadrzędne znaczenie litości. Twierdzili, że są bardzo dobrzy i aby to udowodnić pozabijali swych bogów. Jednego ukrzyżowali, a setki, tysiące innych zapchnęli w otchłań niebytu. Tacy byli, do diabła!

Nie chciałem być jednym z nich. Pragnąłem stać się malutki, leciutki i pusty w środku, a potem zespolić się z kliszą hiperfotograficzną i unieść się ponad to bagno, któremu na imię ludzkość. Istnieć, ale inaczej, w innej postaci i w miejscu, które nie miałoby granic, a jednak byłoby moje – oto do czego dążyłem. Rzecz jasna, owo dążenie było kolejnym nonsensem, tym bardziej, że w gruncie rzeczy nie mogłem go nijak zaniechać. Jak mógłbym zaniechać dążenia, którego ukrytą przyczyną był brak przeciwstawnych dążeń?

Być może, gdybym nie dążył, a tylko spoczywał w bezruchu, to niczym mnich tybetański osiągnąłbym wyzwolenie. Niestety, podjęcie decyzji o zaniechaniu dążenia byłoby jednym z przejawów tego samego dążenia I właśnie z tego powodu nie czułem sympatii do mnichów. Sądziłem, że brak im odwagi, szczerości i inteligencji. Otwarcie dążyłem do zespolenia się z kliszą i tajemniczą istotą, która się w niej ukrywała. Szkoda, że nikt tego nie widział.

Ludzie, wśród których żyłem, patrzyli wciąż na obrazy i w taki czy inny sposób oceniali ich wartość. Ponieważ treścią obrazów były spiętrzone zarysy, ukrytej za nimi istoty nie można było ocenić. Lecz ludzie wpatrzeni w obrazy nie chcieli tego zrozumieć. Zdawało im się niezmiennie, że oceniając zarysy szacują wartość istoty, albo, że owa istota wyzuta jest z wszelkiej wartości. Strach, rozpacz, głupota i wiara były motorem ich działań.

Ze mną było inaczej. Wiedziałem, że samo patrzenie, podobnie jak każdy z obrazów, jest tylko manifestacją nieodgadnionej istoty, której nie można zobaczyć, dotknąć, ani powąchać. Dlatego nie rozpaczałem, niczego nie oceniałem, nie bałem się i w nic nie wierzyłem. Karmiłem się własną niewiarą, patrzyłem na to, że patrzę. Choć fakt, że zaczynam ślepnąć, bo w końcu zacząłem ślepnąć, uszedł mojej uwadze, to jego zawiłe następstwa dały mi się we znaki. Nie umiem ich nawet opisać – zanadto były zawiłe. Mogę jedynie powiedzieć, że pogrążanie się w mroku wszystko mi wyjaśniło.

Ja, ślepiec, zacząłem dostrzegać wszystko i nic jednocześnie. Z pola mojego widzenia zniknęły wszelkie szczegóły, a także większość obrazów. Patrzyłem z pustego miejsca, czy raczej, ściślej rzecz biorąc, przeze mnie patrzyła pustka.

Kiedy poczułem, że tęsknię za pospolitym spojrzeniem, którym ogarnia się całość i selekcjonuje szczegóły, było stanowczo za późno, gdyż nie dostrzegałem swych oczu. Widziałem jedynie posępną i diablo bladą twarz ślepca. To było moje oblicze. Wciąż myślę i nic nie rozumiem. Nie mam pojęcia dlaczego.

Felieton: Wojciech Wencel DZIADY



Niby żyjemy już w wolnej Polsce, a wciąż przybywa wędrujących kości, o których nikt poza rodzinami i tradycyjnymi patriotami nie chce pamiętać.

Pocysterski kościół świętego Walentego w Gdańsku-Matarni, kostnica z czerwonej cegły i pokryta żużlem droga na cmentarz. Wspólne podziemne państwo Kaszubów, Niemców i Polaków. W końcu października piętrzą się tu usypiska żółtych liści. Korzenie starych lip i kasztanowców drążą tunele pod nagrobnymi płytami, a gliniasta ziemia klei się do butów. Mężczyzna w ortalionowej kurtce wyciąga z samochodu znicze, chryzantemy i świerkowe wieńce. Za moment ułoży je na zbitym z desek stole przy wejściu na cmentarz, tuż obok kapliczki „wystawionej od Arcybractwa Jezusowego w roku 1902”.

W okolicach tej daty zaczęto tu grzebać zmarłych. Wcześniej krzyże sterczały wokół kościoła zbudowanego w XIV wieku na ciasnym, otoczonym murem wzgórzu. W dzieciństwie chodziliśmy tam zbierać piszczele i czaszki, walające się wśród liści i wyschniętej ziemi. Od czasu do czasu próbowaliśmy odczytać gotyckie litery na jednym z nielicznych grobów, który się zachował. Pewne było tylko nazwisko pogrzebanej w tym miejscu rodziny Ficht, brzmiące równie obco jak nazwisko Otto Roemera, przedwojennego właściciela majątku Matarnia, który jako ojciec czworga dzieci i sprawiedliwy zarządca cieszył się szacunkiem miejscowej ludności. Wieczny odpoczynek racz mu dać, Panie.

Żeby opowiadać o zmarłych, trzeba cofnąć się do dzieciństwa, do swojej ziemi, w której roi się od kości ludzi wychowanych w „tutejszych” miejscach, nasiąkniętych „tutejszymi” widokami. Im bardziej oswojona jest przestrzeń, tym łatwiej odczuć duchową obecność jej dawnych mieszkańców. Tak, to wszystko prawda, ale co z kośćmi naszych, polskich męczenników, które jak kąkol wyrwano z ojczystego krajobrazu? Rozrzucone po nieludzkiej ziemi, stają się naczyniami dla deszczu, mieszkaniami wiatru. Kto je pozbiera i ułoży pod krzyżem? „Jeśli zapomnę o nich, Ty, Boże na niebie, zapomnij o mnie” – pisał Adam Mickiewicz w III części „Dziadów”. Skoro od bezimiennych mogił dzielą nas setki kilometrów, narzędziem naszej troski powinna być kultura. Czy jest?

W „Głowie owiniętej koszulą” Jarosław Marek Rymkiewicz przytacza autokomentarz Mickiewicza: „Z „Dziadów” chcę zrobić jedyne dzieło moje warte czytania, jeśli Bóg pozwoli skończyć”. Okazuje się, że znane nam sceny podróży zesłańców kibitkami wieszcz uznawał jedynie za wstęp do opisów więzień i „katorżnej roboty”. Swoim poematem miał zamiar objąć „całą historię prześladowań i męczeństwa naszej Ojczyzny”. Bóg nie pozwolił mu zrealizować projektu, ale tylko dlatego, że postawił na polifonię. Arcydzielny, apokaliptyczny obraz Sybiru dał Juliusz Słowacki w „Anhellim”. A kultura II RP przekształciła tę wizję w mit czytelny dla każdego – od profesora po rzemieślnika.

Zadaniu ocalenia narodowej pamięci sprostali też poeci emigracyjni po drugiej, sowieckiej fali zsyłek. W wierszu „Msza żałobna w Katedrze Nowojorskiej” Kazimierz Wierzyński pisał: „Modlimy się za najbliższych, imiona marzną nam w ustach,/ Za wywiezionych w pociągach nie wiedzieć w jakim kierunku,/ Za utraconych bez wieści w pustkowiach, na osiedleniu,/ W jurtach, gdzie siostra jest nasza matką kirgiskich bękartów,/ W stepach, gdzie plewy pożywnej dzieci szukają w nawozie,/ Za bezimienną kalwarię w codziennej, conocnej grozie/ Prześladowanych uparcie./ Modlimy się za niewinnych”.

Tę modlitwę warto powtórzyć w Dzień Zaduszny, przemierzając rodzinne cmentarze. Ale trzeba też pomodlić się za emigrantów, zesłańców sumienia. I za poległych w Smoleńsku, którzy – wskutek „pomyłek” państwa – przenoszeni są z grobu do grobu. Niby żyjemy już w wolnej Polsce, a wciąż przybywa wędrujących kości, o których nikt poza rodzinami i tradycyjnymi patriotami nie chce pamiętać. Bo, jak głoszą idole tego świata, należy uwolnić się wreszcie od martyrologii, wspólnoty i Boga. Jeśli dla kultury III RP są ważne jakieś „Dziady”, to tylko te Kazimierza Dejmka z 1968 r.

Początek listopada to czas przeznaczony na powszechną modlitwę za zmarłych. Ale – jak pisał Mickiewicz – „wiara we wpływ świata niewidzialnego, niematerialnego na sferę ludzkich myśli i działań jest ideą macierzystą poematu polskiego”. Sprecyzujmy: jest ideą macierzystą całego polskiego życia. Niech więc nasze narodowe Dziady trwają przez cały rok, przybierając widzialną formę każdego dziesiątego dnia miesiąca. W Warszawie na Krakowskim Przedmieściu.



Opowiadanie: Krzysztof Niemczycki NIECHCIANE DOMINO


1

Bełkotliwe uliczki, bękarty szerokich alei wysadzanych platanami, wrzące rozgrzanym powietrzem i kolejne przecinki w zabudowie. Ulica Faliasa, Portofino i Boliwara – wąskie rafy cieni, o które rozbija się przybój słońca. Wypełnione jazgotem audycji radiowych wydobywającym się z zimnych dziur okien i dalsze odnajdywanie szczegółów, które pozostawały niezauważone w wyeksploatowanych do końca krajobrazach.

Gorące powietrze nasycone wilgocią, plamy potu, na które nie ma sposobu i te fascynujące boczne ulice, z których domy wyrastają tak nagle, prosto z twardego, laterytowego podłoża, bez zbędnych chodników i krawężników, linii podziału i symetrii. Kolejny szczegół przerastający swoje obiektywne znaczenie – białe ściany domów stykające się z ziemistą czerwienią drogi, a wcześniej... powrotna podróż: stemple, pociągi, samoloty, horyzont nasycający się budynkami i na końcu tego łańcucha nagłe pojawienie się dobrze znanych barw i dobrze znanych problemów – tarmoszący się z wiatrem plakat z napisem Welcome to Maladeo.

Rozedrgane słońce i lepki pot. Pod pachami, na czole i między udami. Sprawdzalne dowody na ilość wody w ciele człowieka bezpowrotnie traconej podczas każdego kroku, taplania w ciepłokrwistych solankach, we wnętrzu pustynnej lizawki zwabiającej wciąż nową zwierzynę. I dalsze zapadanie się w dobrze znane zakamarki ulicy Cermento i Parmintosa. Kalekie ruchy Browna wśród demonstrujących studentów na Avenida de la Liberación i sennych robotników w Guardinie. Wystudiowane posunięcia na szachownicy światła i cieni krzyżujących się placów i ulic. Powolne zapełniane planu miasta własnymi szczegółami: najlepsze wino w kawiarni „El Sol", najlepsze filmy w Instytucie Amerykańskim lub British Council, najlepsze... „A jednak wróciłeś".

I spotkanie z Maite w mieszkaniu Alejandro podniszczonym przez wspomnienia oraz dziwne przeczucie zbiegania się wszystkich oczek sieci - wielopalczastych osi możliwości we wnętrzu małej zamkniętej całości, strzępie słów i nastrojów, w tym jednym punkcie, nieróżniącym się od innych niczym z wyjątkiem tego, że jest środkiem masy, bazy, układu... powodującym, że całe to pisanie i Alberto siedzący obok butelki wina, z którą znakomicie komponuje się są jedynie dopełnieniami bardziej lub mniej złożonych systemów...

A obok tego połączenie Maladeo z Europą cienką nitką ciekawości Maite i tymi słowami, które mają poruszyć jej wyobraźnię, odtrącić stany pośrednie pomiędzy dwoma fazami gzymsów, fasad, drewnianych framug, chodników lub ich braku, słów i znaczeń prowadzących do konkretyzujących się porównań i stwierdzeń, że Bulwar Króla jest podobny do Guardiny przesiąkniętej zapachem pieczonych ziemniaków i końca miasta. Do rozprzestrzenienia Guardiny. I wreszcie ulica Monteneiro. Niedorozwinięty płód Czerwonej Dzielnicy, z rachitycznymi rączkami przecznic i zacisznych podwórek ożywających nocą polucją baloników pożądania. Subtelny zapach perfum „Chanel No 5" i rzygowiny w ciemnych bramach. Obszar zmienności życia i efektów naszych pragnień. Zwiewne znaki, atomy, kuleczki, halucynogenne grzyby i dalsze szczegóły.

Przyjechał niedawno. Trzy dni temu znalazł tani hotelik, w którym życie miało coś z codziennego życia miasta, świeżych bułek i galaretowatych dżemów – przynajmniej tak, tę codzienność wyobrażał sobie w kraju, a tutaj nie chciało się sprawdzać pozostając przy dawnych ustaleniach i pewnikach.

Recepcjonista przeglądając paszport przypatrywał się kolorowym stemplom przekroczonych granic z zadowoleniem wsłuchując się w kaskady jego słów, które wyrzucał z siebie, aby ukryć zażenowanie i nie czuć się jak kobieta starająca się zakryć swoją nagość przed nieproszonym obserwatorem.

Głuchy łomot przejeżdżających tramwajów przeciskających się w gęstym powietrzu w stronę placu Cremintos wybijał się na pierwszy plan z innych odgłosów dochodzących z zewnątrz. Tramwaj zatrzymał się – rekonstruował ten obraz z dochodzących dźwięków patrząc na niego z innej perspektywy. Perspektywy osaczających zapytań, niedowierzań, prób zrozumienia i wytłumaczenia tych ogólnoświatowych procesów, których owocem było tamto miasto i czasy spokoju, gdy na placu Rewolucji powiewały szturmówki, tłum pochodu falował poniżej a dzieci uśmiechały się do przechodzących przegryzając obwarzanki nawleczone na papierowe sznurki.

Tramwaj zatrzymał się. Łatwo można było odróżnić pojedyncze słowa wypowiadane przez wysiadające osoby.

Czasy spokoju ograniczone były od przodu i tyłu pojawieniem się czołgów na ulicach. Czołgi na ulicach pojawiały się nie częściej niż w innych miastach będących owocem ogólnoświatowych tendencji.

- Jesteś komunistą? - zapytał recepcjonista oddając paszport. Are you a Communist?

To nie tak.

British Ariways we'll take care of you; are you communist; Datsun road is right outside your house; Hitachi is the best...

2

Obudził się i było to jak stworzenie świata. Na początku jasność, jasność przebudzenia i przyzwyczajania wzroku do wyłaniających się z niej przedmiotów: książek i opartych o ściany obrazów Malika Makulisa przedstawiających katedrę Świętego Ducha i park z prostytutkami przechadzającymi się po jego alejkach. Obudził się na dobre. Czuł wyraźnie spocone ciało i dochodzące skądś zapachy mieszające się ze sobą w jedną już rozpoznawalną woń tego placu. Czekał kilka minut na coś, co miało w trakcie ich trwania nastąpić i powoli, ale dopiero w czasie ich upływania zdał sobie sprawę, że na coś oczekuje, poszukując w każdym szczególe, nowy szczególe, tego, co powinno się zdarzyć: odgłosu odbijanej piłki, zapachu przypalonego mleka lub zupełnie czegoś innego, co dawałoby pretekst do nerwowego niezadowolenia. Ale tego nie będzie. Nie po to tu przyjechał.

Otworzył okno. Tramwaj z placów Cremintos przejechał poniżej. W ustach czuł nadal smak kolacji, efekt oszczędnego życia człowieka, który nie przyzwyczaił się jeszcze do wydawania tego typu banknotów.

Jeden frank równa się ...

Jeden frank to 0,1 paczki Marlboro.

Czuł nadal w ustach wczorajszą kolację - 15,5 franka.

Nie różnił się od innych, których spotykał na dworcach, gdy wysiadali z pociągów przywożących ich z jakiegoś innego krańca świata, roześmianych ponad stan własnych dowcipów, zachwyconych nowym powietrzem, nowymi reklamami, nowym winem, Doktorem Żywago w kinach, spokojną rzeką, Millerem leżącym na wystawie księgarni, metrem, koncertami, migającymi światłami i muzyką, muzyką-muzyką- muzyką – przyjechał Cyrk Radziecki. Dla których jedynym pewnikiem była informacja, że najtańsze hotele są na placu Campos; hotele z anglojęzycznymi reklamami i ciekawskimi recepcjonistami; hotele dla całej tej zbieraniny, „negros: Peruwiańczyków, Chilijczyków, Arabów, Polaków, Kubańczyków, Rosjan.

Każdy dzień miał podobny scenariusz. Był dokładnie uporządkowany jakby w ten sposób chciał odpędzić duszne przypomnienie przejściowości tej sytuacji. Zawierało się w nim kilka godzin wałęsania się, analizy obrazów Velázqueza, albo jakiegoś innego malarza w zależności od tego, do którego z muzeów wstęp był bezpłatny, tani obiad, tanie wino i na końcu jakieś przypadkowe spotkania kogoś, kto znał kogoś, a prowadzić to mogło jedynie do zakończenia dnia w mieszkaniu jakiegoś wspólnego znajomego. Ta jak choćby teraz.

To nie tak - powtórzył

– Dlaczego? Dlaczego, gdy ktoś zapyta was o jakiś szczegół z waszego życia odpowiadacie „to nie tak", „nie wiem" albo coś w tym stylu. Zamknęła okno i powróciła do zagubionych w plątaninie roślin ryb o wyłupiastych oczach i pięknych nazwach.

– Kogo „was"? – zapytał

– Ciebie, Josego, w ogóle was wszystkich z... stamtąd – uśmiechnęła się poprawiając białe kosmyki włosów i ocierając kropelki potu z czoła. Mógłby być Gutierezem albo Alesandro lub zupełnie kimś innym. Spotkali się dzięki wyczulonemu słuchowi na obco brzmiące słowa, inaczej obco brzmiące słowa w podobnej kawiarence, parku lub mieszkaniu, podobnym do innego mieszkania, parku lub kawiarni, choć mogło nie istnieć całe to prawo przechodniości podobieństw: jeżeli kawiarnia na placu Rewolucji jest podobna do kawiarnia na placu Campos a ta do kawiarni przy Piątej Avenue, to..., a był to efekt zwyczajnej ciekawości, poznania smaku czun-czun podawanego u Bregesa, większej odwagi, o którą łatwiej, gdy zrobi się kilka pierwszych kroków, pozostawiając za sobą pociągi do Certamento i samoloty zmieniających się linii a wraz z nimi zmieniające się tak samo mile uśmiechnięte stewardesy, czy chęci posłuchania muzyki w mieszkaniu Marcela i przy tej muzyce, wraz z Odą, wypatrywanie w głębi akwarium poruszających się w skłębionej zieleni aksolotów, które widzi się po raz pierwszy podobnie jak Odę.

– Jakby brakowało wam pewności, odwagi, własnego sądu. Alberto rozmawia z Karen. Przypomniał sobie rozmowę, w której pomocne były dłonie i całe bogactwo mimiki, tam, gdzie znajomość angielskiego przez Alberto i hiszpańskiego przez Karen nie pozwalała na sformułowanie w miarę poprawnego zdania.

Hablo - mówić. No hablo – nie. „I co ty na to?”

To nie tak. To są jedynie hasła, znaki, sygnały, barwy, herby, których własna heraldyka nie jest w stanie rozszerzyć pozostawiając je na poziomie lustrzanych odbić, a teraz z przodu, a teraz..., gdy chciałoby się ze wszystkich stron jednocześnie. Are you comunist, Datsun road its right outside your house; śmieszny kasownik z plastykową rączką i reklama przyczepiona do zewnętrznych ścian tramwaju jadącego w stronę placów Cremintos, czy to pomieszczenie będące daleko od innego pomieszczenia oddalonego o pociągi do Certamento oraz samoloty z drżącymi skrzydłami, które wydają się niezmiennie sztywne a w rzeczy samej, gdy przypatruje się im przez bulaj przy drugim silniku drżą, jakby i im udzielał się niepokój lecących osób.

Rozstali się niedaleko placu Campos. Zanim wszedł do hotelu przyglądał się, jak odchodzi. Starał się znaleźć właściwy rytm pasujący do tego gęstego, lepkiego powietrza i spoglądających na nią spod wielkich parasoli kawiarnianych ogródków ludzi, ale widział w jej ruchach, że nie jest w stanie tak jak on powoli przelewać się z miejsca na miejsce, wkładając w każdy ruch jak najmniej wysiłku. Szła nieskładnie, sprężyście, przez co nieświadomie ściągała spojrzenia mężczyzn, które rozdrażniały ją, bo w każdym doszukiwała się kolejnych dowodów swojej inności, tych przychylnie wybaczających uśmiechów pobłażania za to, że idzie środkiem bulwaru zmuszając do wzmożonej uwagi rowerzystów i tym podobne grzechy.

Zmierzchało.

Zamknął drzwi. Ocierając pot pod pachami zaczął szukać czystego kubka, z którego mógłby napić się wody. Zmierzchało. Tutaj mówią „ściemnia się" albo po ostu „wieczór". Tutaj nie piją tej lekko gorzkiej, zatęchłej wody. Pił łapczywie długimi haustami wiedząc, że około czwartej w nocy skręcając się z bólu będzie przyrzekał sobie, że nie weźmie jej więcej do ust a czerwone tabletki, prezent od znajomych będących w tej części życia, która jest ciągłym doskonaleniem wiedzy o działaniu sulfamidów i oleju rycynowego okażą się nieprzydatne jak kilka innych rzeczy, które przywiózł ze sobą.

Pot zbierał się w małe banieczki, spływał drobnymi kanalikami zmarszczek zatrzymując się na czarnych brwiach a stamtąd spadał deformując się w powietrzu i rozpryskując się na pierwszym napotkanym przedmiocie.

Rozebrał się i położył w najciemniejszym kącie, który wydał mu się głębią cienia rzucanego przez jakąś rzecz stojącą na drodze słońcu.

Zmierzchało. Leżał nagi na szerokim łóżku przykrytym cienką narzutą zdradzającą gusty właścicieli i pełną przetrwałych zapachów ostatnich mieszkańców. Mężczyzna częściej leżał od strony okna, ona obok otulona jego cieniem. Zamknął oczy i przewrócił się na drugi bok.

Poczuł na udzie czyjąś dłoń, subtelny dotyk kobiecego ciała. Miała długie, smukłe nogi, krótko ostrzyżone jasne włosy i dziwnie smutny uśmiech. Palce spokojnie posuwały się dalej bawiąc się kępkami włosów pojawiającymi się coraz częściej. Siedziała na podłodze przypatrując mu się z dziwnym napięciem. Skręcone kosmyki delikatne jak u dziecka prostowały i znikały pod dłonią. Położyła głowę na jego brzuchu i wtedy poczuł napływający z daleka zapach lawendy.

Zapach lawendy mieszał się z zapachem jej ciała. Zapach lawendy pamiętał jeszcze z dzieciństwa.

Duże flakony stojące w łazience wyłożonej błękitnymi kafelkami czyszczonymi co roku z okazji wielkich świąt.

Rozbierała się po woli. Wszystkie ruch wydawały się jakby zwolnione, można je było prześledzić w każdym szczególe. Podniesione ręce z dłońmi sunącymi po plecach wraz z odsłaniającą się nagością, osuwające się smukłe nogi, pomocna dłoń zatopiona w bliskości ciał, język wysuwający się z ust, słonawy smak morza i jej skóry i daleki zapach lawendy.

Pola lawendy są granatowymi płaszczyznami na pocztówce, na której utrwalono je nie wiedząc, że utrwalono i w jego pamięci taki a nie inny obraz na zawsze przypisując go polom lawendy. Miał jasne krótkie włosy.

Otworzył oczy. Szara ćma spokojnie wędrowała po spotniałej skórze przebierając wieloma delikatnymi odnóżami.

Leżał tak jeszcze przez kilka chwil przypatrując się włochatym nóżkom, po czym szybko ubrał się i wyszedł z hotelu.

Z placu Campos poszedł w kierunku centrum wpadając na kilka minut do małej kafejki z czerwono-białymi markizami, w której mógł napić się prawdziwej kolumbijskiej kawy, poczuć rozleniwiające ciepło i zapach Guardiny...

...a później starannie odmierzając każdy krok i tracone minuty, które powinien poświęcić na zwiedzanie muzeum czy badanie obrazów impresjonistów szedł gdziekolwiek, wspinał, jechał ocierając się o ludzi wychodzących z kina albo o pustkę zagubionych i omijanych przez turystów uliczek, aż gdzieś na placu, którego nazwy już nie pamięta ponownie spotkał Odę.

Razem poszli do „Combo" przelotnie rozmawiając o Maladeo, Uppsali albo o filmie rosyjskim i łatwości pisania u Fitzgeralda lub zupełnie o czymś innym bawiąc się słowami, tworząc palindromy z liter i znaczeń, ale były to działania maskujące. Chodziło im, a zwłaszcza jemu, o poddanie się czerwonym ścianom „Combo", ciepłemu światłu, nocnym motylom i ich cichym uderzeniom w siatki wstawione w otwarte okna oraz samotnej trąbce wyłaniającej się spokojnie z ciszy i znowu ciszy z głuchymi uderzeniami wytrwałych ciem.

Siedział wsłuchując się we frazy bosanovy wyjętej z lamusa przemijających mód, przypominanej po woli, wyciąganej z pamięci z pewnym oporem zapomnianych już przejść i nawrotów muzyki, szumu gitary, subtelnego śpiewu i leniwego rytmu zlewającego się z intymnymi rozmowami, zapadającego się w noc, atmosferę coraz bardziej podniecającą i niezdrową dla sercowców, plany dalekich podróży i całkiem bliskie ciepło rozgrzanego ciała Ody.

Wiedział jedynie, że właśnie w tej chwili, na początku czy może już we wnętrzu tej sekwencji nieśmiałości i osamotnienia nowego kraju trwającej od momentu przyjazdu musi poczuć to wzbierające ciepło, wyjść z dusznego kokom placu Campos i kilku otaczających go ulic i nawet nie zauważył, kiedy zaczął tańczyć. Kiedy pojawiły się obrazy nóg powtarzających lub wyprzedzających dobrze znane frazy, otaczających ludzi z ich uśmiechem zadowolenia, drugich i trzecich planów, przenikających krajobrazów, niepotrzebnych porównań, Piątej Avenue, hotelu, Maladeo Maladeomaladeomaladeo...

Silniej przycisną do siebie Maite, „mam na imię Oda", ODA!, chcąc złączyć się z tym ciałem ociekającym potem, tak bliskim a jednocześnie dalekim. Dalekim od niego, dalekim od smutnego uśmiechu ciotki Klary i powracającej wciąż myśli o nieuchronnym powrocie.

Silnie przycisną do siebie Maite, ale w pewnym momencie odwrócił się od niej. Odwrócił się zbyt spokojnie widząc przestraszone oczy, kocie ruch napiętego ciała, zmoczone kosmyki włosów i wiedział już, że jest to pierwszy krok ucieczki. Jej ucieczki? Kolorowa sukienka krępuje ją, nie pozwala – to on ucieka. Wpada w szerokie ulice z czasem osaczające go z trzech stron ścianami domów. Odwraca się czując rozgrzane dziennym ciepłem cegły i rozpoczyna wszystko od początku: urodziny i kilka lat dzieciństwa, z których nie pozostały prawie żadne wspomnienia, szary, zbyt duży dom, komunię i białe ubranie tracące z czasem ozdobne dodatki i status wyjściowego, rozwiewającą się młodość, podniecenie nagością, pisk hamulców, drobną bliznę na udzie, pociągi jadące za granicę kraju i codzienności, ponaglające spojrzenia, czerwone ściany, trąbkę...

...i ten drobne chwile zapomnienia przysługujące nowym miastom i ludziom, gdy są w nich po raz pierwszy. I to, że mógłby być Gutierezem albo Alesandro lub kimś zupełnie innym, ale...

...ale był Markusem, miał na imię Markus, Mar-kus. Istotny szczegół. Markus, Usa, Samuel, El Paso, Soho, Sobat, Adarama i znowu Markus lub tak

Markus

Usa

Samuel

El Paso

Soho

Sobat

Adarama

i znowu Markus. Klocki domina. Mydło do mydła, piątka do piątki, chciana lub niechciana ciągłość. Miał na imię Markus.

A może trzeba opowiedzieć inaczej?

Fascynować egzotyką, nazwami barów, ulic, mostów, adresami odwiedzanych mieszkań, sygnałami, znakami, odbiciami, próbą stworzenia pokracznych kopii tamtych miejsc i samego siebie, których pokraczność widzi się tylko samemu, bo...

...nie miało się szerokokątnego obiektywu Zeissa, właśnie w tym jednym momencie, na skrzyżowaniu ulic wysadzanych platanami i z tej jednej ważnej chwili pierwszych tygodni tułania się po nowym mieście, przenoszenia się z miejsca na miejsce i ciągłych powrotów na plac Campos, z tą samą pustą walizką i tak samo pustym portfelem, pozostały jedynie nazwy krzyżujących się ulic, barwne plamy i nic poza...

...bo pozostały słowa będące jedynie nazwami a nie samymi zdarzeniami...

bo...

A może?


Rozmowa: Michał Bąkowski, Dariusz Rohnka „ZWYCIĘSTWO PROWOKACJI” 50 LAT PÓŹNIEJ



Michał Bąkowski: Pod koniec 1961 roku bądź w początkach 1962, Józef Mackiewicz zdecydował się wydać książkę „na własny koszt i ryzyko, mając kredyt w pewnej zaprzyjaźnionej drukarni”. Tą książką było Zwycięstwo prowokacji, które ukazało się zapewne jesienią tegoż 1962 roku. W nowym tomie wykorzystał wiele artykułów pisanych w ciągu uprzednich 6 lat, ale pomimo to książka była rewelacyjną nowością. Dlaczego pisarz zmuszony był wydać Zwycięstwo prowokacji własnym nakładem, w czasach, gdy istniało wiele wydawnictw emigracyjnych? Na czym polegała niezwykłość i odkrywczość Zwycięstwa prowokacji? I wreszcie, w czym leży jej aktualność?

Dariusz Rohnka: Trzy obszerne pytania i jedna lapidarna odpowiedź zawarta w nieskromnym słowie – przenikliwość. To za jej sprawą Józef Mackiewicz dostrzegał to, czego inni nawet się nie domyślali, a nie domyślając się, nie mogli do końca zaakceptować (nie akceptując, nie chcieli rzecz prosta wydawać); przenikliwość oraz konsekwencja pozwoliły Mackiewiczowi na spisanie doskonałego elementarza wiedzy antybolszewickiej, który na przestrzeni ostatnich 50 lat nie stracił nic ze swojej aktualności – zasadniczo nie zmieniły się ani warunki (bolszewizm panoszy się na coraz większych połaciach Ziemi), ani poziom percepcji tego dzieła, które, podobnie jak to było 50 lat temu, nadal pozostaje niemal całkowicie niezrozumiane.

Dajmy jednak spokój niezgrabnym skrótom i pokuśmy się o możliwie wyczerpującą odpowiedź. Dlaczego to wybitne dzieło nie mogło znaleźć wydawcy? Chodziło przecież o książkę pisarza nie tylko bardzo cenionego przez krytykę (powieści Mackiewicza spotykały się z bardzo dobrym przyjęciem), także pisarza wyjątkowo poczytnego (oczywiście jak na skromne warunki emigracyjne). Nie istniały zatem w tym przypadku względy na komercyjne ryzyko. Wydaje się, że przyczyna mogła być tylko jedna, ideowa: niezależnie od reprezentowanej, czy tylko preferowanej opcji politycznej, przynależności i sympatii, potencjalni decydenci, wydawcy, przedstawiciele świata emigracyjnej kultury i polityki nie rozumieli Mackiewiczowskiego spojrzenia na współczesność. Najwięksi admiratorzy beletrystyki Mackiewicza, widzieli w jego publicystyce nie konsekwentne, spójne, logicznie umotywowane poglądy, a jedynie zacietrzewienie człowieka opanowanego dziwną manią walki z bolszewizmem. Jeden z nich, Marian Hemar, darzący twórczość powieściową Mackiewicza zasłużonym uwielbieniem, w jednej recenzji potrafił zawrzeć i hymn pochwalny nad jego pisarskim kunsztem i szczery żal nad tego pisarza niepoczytalnością:

„Na naszych oczach rozrasta się, ogromnieje, przybiera na mocy talent pisarski Józefa Mackiewicza. Jeśli nie wszyscy w pełni zdajemy sobie już dzisiaj sprawę z wagi i znaczenia tego pióra, winna temu bliskość, która zawsze jest wrogiem wielkości. […] Jestem pewny, że właśnie Józef Mackiewicz przyjmie i udźwignie ciężką i trudną buławę pierwszego naszego prozaika. […] Jeśli historia jest bohaterką powieści, sprężyną jej jest nienawiść Józefa Mackiewicza do bolszewizmu, nienawiść niczym nie zaspokojona. Są sprawy, których nie może i nie chce przebaczyć pewnym ludziom, pewnym wypadkom, losowi samemu. Nie pisze po to, aby wyjaśnić, ale by się prawować, dopominać o swoje, mścić…”

Tak pisał Hemar, bystry obserwator życia, pisał niewątpliwie szczerze, przy całej swojej inteligencji, talencie i – co najważniejsze – dobrej woli, nie rozumiejąc zupełnie nic z istoty Mackiewiczowskich poglądów, poczytując za fanatyzm to, co było jedynie prostą konsekwencją myśli. Hemar nie potrafił zrozumieć, że owa rzekoma „nienawiść” nie była w swojej istocie wyrazem negatywnych emocji, a jedynie skrupulatną krytyką działalności politycznej, wojennej i powojennej, określonego kręgu ludzi. Pisarska postawa Mackiewicza była wedle Hemara przesycona niepotrzebnym, zacietrzewionym niuansowaniem. W przypadku wielu innych krytyków Mackiewicza było podobnie, albo… znacznie gorzej.

M.B.: Obserwacje Mackiewicza były niewątpliwie równie przenikliwe, co świeże, ale Zwycięstwo prowokacji nie odkrywało przecież prawd nieznanych; powtarzał raczej autor rzeczy znane powszechnie, a jednak zapoznane. Mackiewicz nazywał rzeczy po imieniu, czego nikt nie czynił w roku 1962, zupełnie tak samo jak AD 2012. Nieliczenie się z pseudo-autorytetami, które dominowały horyzont myślowy Polaków przed półwieczem, było chyba główną przyczyną, że Mackiewicz nawet nie szukał wydawcy dla Zwycięstwa prowokacji. Wynika stąd jednak, że prawdziwy powód wydania książki własnym nakładem leżał poza jej treścią, tkwił w otaczającej autora rzeczywistości. Kategorie takie jak „tabu”, „zły to ptak, co swe gniazdo kala” i „świętości (w domyśle: narodowych) nie szargać!”, są typowe dla polskiego myślenia o polityce, a zatem książka, która występowała zdecydowanie przeciw wszystkim utartym kalkom tego myślenia, była skazana… ale czy rzeczywiście skazana na „zamilczenie”? Nikt nie chciałby jej wydać, to prawda, ponieważ wszyscy potencjalni wydawcy – aż do czasu pojawienia się londyńskiej Kontry – obawiali się ostrej krytyki ze strony emigracyjnych autorytetów, lecz przecież, jak słusznie podkreślasz, książka rozeszła się prędko, z czego wynika wyraźnie, że nikt nie chciał brać na siebie odpowiedzialności, choć czytali aż im się uszy trzęsły.

Drugi punkt jest chyba bardziej kontrowersyjny. Podejrzewam, że jesteś zbyt wyrozumiały, kiedy mówisz o tuzach emigracji (nie mam tu na myśli Hemara), że „nie rozumieli Mackiewiczowskiego spojrzenia na współczesność”. Oni je doskonale rozumieli i widzieli jasno, że konsekwencje powszechnego przyjęcia takiego punktu widzenia byłyby dla nich osobiście niemożliwe do zaakceptowania, oznaczałyby bowiem koniec ich kariery politycznej. I w tym także wypadku nic zasadniczo się nie zmieniło od owych lat: nie robi się kariery, nazywając rzeczy po imieniu, ani tkwiąc w podziemiu.

Wróćmy jednak do samej książki. W Zwycięstwie prowokacji Mackiewicz po raz pierwszy nadał swym analizom formę traktatu, konstrukcję wielkiej syntezy. Czy możemy się pokusić o przedstawienie podstawowych tez książki?

D.R.: Na marginesie przenikliwości, świeżości i zapoznania. Czy wiesz co pisała Zofia Kossak w związku ze swoim podbolszewickim doświadczeniem?

„Stąd więcej jeszcze niż terror uderza w rządach sowieckich, w bolszewictwie jałowość i nuda – nuda granicząca z obłąkaniem; nuda beznadziejna, bezlitosna, zabijająca powoli wszystko co żyje. Dotychczas w państwie sowietów istnieje silny bodziec życiowy, cel zasłaniający ludziom wszystko inne – jeść. Jeżeli jednak odejmiemy tę czysto zwierzęcą pobudkę, przed oczami osłupiałej z przerażenia duszy nie zostanie nic. Ani celu, ani nadziei, ani pragnienia, ani radości, ani chęci czegokolwiek. […] Nikt bezkarnie nie przestaje być człowiekiem.”

– to było pisane w roku 1922.

M.B.: Hmm, ta nuda jako cecha bolszewictwa, to jest bardzo dziwne zjawisko. Ja się nie nudziłem w prlu, a generalnie rzecz biorąc ludzie nudzą się dziś i tu (czyli poza prlem).

D.R.: Zwycięstwo prowokacji nie odkrywało prawd nieznanych, zgoda. Weźmy choćby ową nudę, której opis cytowałem za Zofią Kossak (z książki pod tytułem Pożoga). Ty się z tą myślą, z tą wspólną dla Kossakowej i Mackiewicza tezą o nudzie, nie całkiem zgadzasz, ja wręcz przeciwnie, ale nie wiem czy to dobry moment, żeby tę kwestię dyskutować. Weźmy inny przykład, tym razem z Mariana Zdziechowskiego, który mówił: Rosji dziś nie ma. To co jest – sowdepia – to zupełnie co innego, krwawa karykatura, krwawy absurd. Dokładnie nie pamiętam słów, jedynie ogromne wrażenie, które te słowa wywarły podczas czytania… Więc to niby prawda, że Mackiewicz nie mówi w Zwycięstwie prowokacji rzeczy nowych, jakoś szalenie rewelacyjnych, z drugiej nie sposób się wyzbyć wrażenia, że jednak trudno mu odebrać tytuł odkrywcy. Czy to będzie rok 39 czy 41, 44, 62, a także 1985, kiedy ja tę książkę czytałem po raz pierwszy, to co mówi Mackiewicz zdaje się nieodmiennie świeże, przenikliwe, odkrywcze. Być może jest tak, że każda prawda, podobnie jak każda ziemia, ma nie jednego, a wielu odkrywców. Kolumb nie był, jak wiemy, pierwszym, ale bodaj najważniejszym odkrywcą Ameryki. Być może podobną cechę trzeba przypisać Mackiewiczowi? Jeśli tak, to trzeba by zapytać dlaczego właściwie ten „odgrzewany kotlet” zapoznanej prawdy taki soczysty, jędrny i pikantny. Porzucając tę kretyńską metaforę zastanowić się, co takiego szczególnego tę książkę wyróżnia? Styl i konsekwencja? Uczciwość i upór?

Czy emigracyjne tuzy rozumiały Mackiewicza? Czy jednak zanadto nie ogarniały jego myśli? To oczywiście bardzo ważne pytanie, choćby dlatego, że ma bezpośrednie przełożenie na dzień dzisiejszy. Nie wiem dlaczego odrzucasz Hemara jako przykład niezrozumienia. Pasuje o tyle, że nieskażony bezpośrednio żadnym interesem, przynajmniej podczas pisania recenzji z Lewej wolnej. Gdyby było inaczej, gdyby – powiedzmy – bał się Nowaka, szefa Rozgłośni Wolna Europa, od którego mógł być zależny finansowo (Nowak, jak wiemy, darzył Mackiewicza szczerą nienawiścią), takiej recenzji nigdy by nie napisał. Coś mu jednak kazało pisać peany i krytykować za antykomunistyczną „nienawiść” jednocześnie. Wniosek dla mnie jest oczywisty – nie rozumiał. Pewne sprawy nie mieściły mu się w głowie. Przecież sam nie mógł się powstrzymać przed drobnym flirtem z peerelem w postaci licznych aktorek, tancerek, które z dość dużą częstotliwością zjeżdżały do emigracyjnego Londynu.

Czy taką zasadę można rozciągać na emigracyjnych polityków, publicystów? Mnie się zdaje, że tu jednej odpowiedzi po prostu nie ma. U części pewnie decydował konformizm, u większości rodzaj heglowskiego ukąszenia (w wersji nacjonalistycznej). Czy to można jakoś rozstrzygnąć? Obawiam się, że jedyny sposób to stać się na moment polrealistą i w tej pozycji przeczytać Zwycięstwo prowokacji. Poświęcisz się? Toć dla NAUKI!!!

Zwycięstwo prowokacji to wielka synteza i akt wojenny jednocześnie. Główna teza brzmi chyba następująco: bolszewizm stwarza nową jakość w dziejach ludzkości, a owa jakość jest narzędziem światowego podboju. Nowa jakość polega na podporządkowaniu każdego środka, każdego narzędzia głównemu celowi. Dwa podstawowe narzędzia to: prowokacja (przekonywanie, że diabeł nie istnieje) i nacjonalizm… poza tym… to co nie mniej charakterystyczne dla Zwycięstwa prowokacji (także w pierwszym wydaniu), to patos contra zaraza, programowy Mackiewiczowski optymizm, znajdujący najpełniejszy wyraz w pochodzącym już z lat 80-tych artykule pt. „Miejmy nadzieję…”

M.B.: Tak, to prawda: odkrywcze, ale nie w tym sensie w jakim Kolumb odkrył nowy kontynent, tylko odkrywcze tak jak odkrywanie Bacha wobec tych, którzy go dotąd nigdy nie słyszeli. Zasługą Mackiewicza jest więc nie odkrywanie nowych prawd, ale powtarzanie z uporem tej samej prawdy.

Jestem gotów zgodzić się co do Hemara. Konformizm i ukąszenie z pewnością wiele wyjaśniają, ale trzeba do tego dodać jeszcze agenturalność, której mnóstwo było na emigracji i poputniczestwo, a także tę dziwną zasadę dwudziestowiecznej polityki, że wróg może być tylko na prawicy – czyli „lewa wolna!” – oraz manierę pomijania milczeniem rzeczy ważnych, owych wspomnianych już tabu – czyli „nie trzeba głośno mówić!” Przypuszczam, że jeśli przeczytać raz jeszcze wszystkie recenzje na temat Zwycięstwa prowokacji w prasie emigracyjnej, to udałoby się odtworzyć polrealistyczny obraz tej książki – tylko pytanie: czy warto? (Zważywszy, że kiedyś je już czytałem, to jestem skłonny przypuszczać, że nie warto…)

Bardzo podoba mi się nazwanie Zwycięstwa prowokacji aktem wojny. Jest to jednoczesne wypowiedzenie wojny zarówno bolszewikom, jak i ich poputczikom, niezależnie od intencji jakimi się powodują w swym poputniczestwie. Mniej jestem przekonany – jak sam wiesz doskonale – co do rzekomego programowego optymizmu Mackiewicza, ale do tego pewnie wrócimy przy innej okazji.

Zgadzam się także co do podstawowej tezy Zwycięstwa prowokacji, ale – ach, ta zgoda! – spróbujmy sformułować jej konsekwencje. Pierwszą i najważniejszą jest polemika z tzw. „tezą rosyjską” czyli z utożsamianiem sowietów z Rosją, w czym niestety celują od 95 lat Polacy, choć w tym wypadku poszedł za nami cały świat, jak to zgrabnie zademonstrował na naszej witrynie Nyquist. Teza rosyjska jak w soczewce skupia wszystkie metody wykorzystywania nacjonalistycznych partykularyzmów na rzecz internacjonalistycznego bolszewizmu.

Przewodnią myśl Zwycięstwa prowokacji można sformułować jeszcze inaczej. Oto już na samym wstępie książki padają złowieszcze słowa: „Jakże więc doszło do tego, co jest w tej chwili?” Jak doszło do tej strasznej klęski wolnych ludzi i wolnego świata wobec bolszewickiego kłamstwa i niewoli? Cała książka jest próbą odpowiedzi na to pytanie i wyraża (w moim mniemaniu) przekonanie, że mogło stać się inaczej i że w przyszłości nie wolno popełniać tych samych błędów.

D.R.: Jeśli idzie o odkrywanie, mnie się zdaje, że może być miejsce i na odkrywanie Bacha (myślę tu o odkrywcach pokroju Mandelssohna, który praktycznie przywrócił dzieła tego geniusza, m.in. Pasję według św. Mateusza) i na odkrywcę z gatunku Kolumba, boć chyba „wszechkomunistyczna nuda”, która była dla Józefa Mackiewicza niezwykle istotną cechą podbolszewickiego nastroju, jest jego oryginalną myślą, nie zaś myślą zapożyczoną od Zofii Kossak.

Agentura oczywiście tak, jest ważnym elementem; agentura nowego typu, złożona niekiedy z najwybitniejszych jednostek drugiej, ideowej strony (ale to może jednak nic wyjątkowego, jeśli weźmie się pod uwagę tak szczególne przypadki agenturalności, jak Azef czy Gapon, działających przecież jeszcze w prebolszewickiej epoce?); również „lewa wolna”, poputniczestwo, czyli kąsanie równoległe także z drugiej, lewacko-progresywnej strony. Tabu to w tym przypadku maniera politycznego katzenjammera, ale tu znowu dochodzimy do pytania, na ile to było z premedytacji, na ile z głupoty? Czy na przykład kac może tkwić jedynie w podświadomości?

Czy akt wojny nie w sensie pustej deklaracji, ale realny, jaki tu mamy, nie zawiera z definicji atomu optymizmu? Sam napisałeś: nie wolno popełniać takich błędów, a więc… można wygrać?

Slogan „nic tylko Rosja” jako aksjomat nie jest zarezerwowany wyłącznie dla Polaków, tak jak nacjonalizm… ma zasięg globalny. Więc to jedna z największych zalet tej syntezy, że tak dobitnie wskazuje na nacjonalizm jako na podstawowe narzędzie bolszewickiego podboju. Poza tym „nic tylko Rosja” jest wykrzyknikiem znacznie bardziej uniwersalnym, aniżeli utarło się myśleć. Nie dotyczy wyłącznie nacjonalistów wielu odcieni (od Piłsudskiego po Dmowskiego, powiedzmy), ale także demokratów wszelkiej gradacji, w tym i chrześcijańskich, również (co może nieco zaskakuje) konserwatystów, monarchistów, praktycznie całego politycznego spektrum; za wyjątkiem może jednej, niezwykle rzadko występującej orientacji, której przedstawicielem klasycznym przed drugą wojną był nie kto inny jak Marian Zdziechowski.

Tak właśnie patrzył na te kwestie Józef Mackiewicz, gdy podawał swoją wyjątkową receptę na zwycięstwo z bolszewizmem. Mówił po prostu: odrzucić nacjonalizm, stare pojęcia w rodzaju państwowej suwerenności, a przyjąć liberalizm. „Nie własna droga ‘dla dobra narodu’, a wspólna droga dla dobra ludzkości.” Lokował zatem myśl zdecydowanie blisko idei oświeceniowych, od których rzekomo wziął się bolszewizm. Nie bał się tej bliskości. Identycznie jak Zdziechowski, głęboko wierzył w liberalizm.

M.B.: Dobrze. Zagraża nam zgoda, zupełna niemożność i kompletne upupienie, więc dość tej wiolinowej nijakości. Mamy kilka spraw, gdzie możemy z powodzeniem rzucić się sobie do gardeł (metaforycznie, tylko metaforycznie…)

Pierwsze i najważniejsze pytanie: czy kac może tkwić tylko w podświadomości? To znaczy niby jak? Głowa mnie boli, rzygać mi się chce, suszy mnie gorzej niż na pustyni Gobi, ale kaca mam tylko w podświadomości? Byłoby to możliwe, gdyby wcześniejsze nadużycie, za które przyszło płacić tę straszną cenę, także miało miejsce tylko w podświadomości. O ile jednak pamiętam, to znawca tych spraw, niejaki Wieniczka Jerofiejczyk, nawet wówczas, gdy zdarzyło mu się nadużyć podświadomie, kaca cierpiał jak najbardziej świadomie. Może rozpiszemy na ten temat ankietę? Trzecia Ankieta Wydawnictwa Podziemnego: Czy można cierpieć na (politycznego) kaca podświadomie? Czy zwrócimy się z tym do Nyquista?

I wreszcie liberalizm. Tu różnimy się zasadniczo. Ja na pewno nie widzę w liberalizmie sojusznika w walce z komunizmem. Wręcz przeciwnie. Zacznijmy może od Zdziechowskiego. Mam wrażenie, że irenizm zabarwił Twoje myślenie w tym punkcie, bo Zdziechowski i Mackiewicz nie dają się wcale tak łatwo pogodzić. Istnieje nawet tekst tego ostatniego, w którym zupełnie jednoznacznie występuje przeciw Zdziechowskiemu; mam na myśli artykuł pt. „Nie Bogu a ludziom”, który ukazał się w Wiadomościach pod zmienionym tytułem „Bolszewizm i Watykan” w 1949 roku. Mackiewicz występował przeciw ludziom starej daty „tak dalece tkwiącym w konserwatyzmie poglądów, powiedziałbym – szablonów myślowych (…), że źródeł prebolszewizmu doszukują się w epoce odrodzenia, ‘w jej humanistycznych, liberalnych ideach’”. Nazwał klasyczną koncepcję łańcucha wiodącego od odrodzenia przez oświeceniowe wolnomyślicielstwo do jakobinizmu, a dalej przez liberalizm do sowietów, „konstrukcją bogobojną” – nie bez oczywistej ironii. Naczelnym przedstawicielem tej „bogobojnej konstrukcji” w przedwojennej Polsce był Marian Zdziechowski.

Skąd więc się bierze u Ciebie przemożna ochota pogodzenia tych dwóch gigantów? Oni „nie wrogi, lecz dwa na słońcach swych przeciwnych bogi”.

D.R.: Ochota podąża wprost za przekonaniem, a irenizm nie ma tu nic do rzeczy. Zanim jednak zdradzę, w jaki to karkołomny sposób zamierzam, jak twierdzisz, pogodzić „dwóch gigantów”, zajmę stanowisko w sprawach nieco mniejszego kalibru, choć przecież także nader ważnych.

Zatem, do gardła!!! Do gardła w kwestii kaca oraz mentalnej kondycji emigracyjnych antagonistów Mackiewicza. Wbrew ironii, jaką da się posłyszeć w tonie Twojej wypowiedzi, kac bywa jednak szczególnym stanem świadomości (nie chodzi tu o jego stronę fizjologiczną, o ból głowy czy o rzygowiny). Bywa, że delikwent budzi się z takim kacem, albo i na kacu (tu zdaje się panuje dowolność), nie wiedząc w czyim łóżku, w czyim może i domu, w niekoniecznie własnej bieliźnie, albo zgoła bez, więc myśli sobie: „coś tu jest nie w porządku”, ale za diabła… nie wie dokładnie co. Czy nie do takiego stanu porównać można kondycję emigracyjnych elit? Musieli mieć poczucie partycypacji w czymś wyjątkowo haniebnym, a przynajmniej bezrozumnym, tylko że za cholerę nie chcieli uświadomić sobie, co to takiego było. Dlatego słusznie prawisz, że Zwycięstwo prowokacji to także przełamywanie niewygodnego tabu, drażniące. Zgoda!

M.B.: Nie rozpisujemy ankiety na temat kaca? To pech. Ale wróćmy do liberalizmu.

D.R.: Tak, to chyba jeden z najciekawszych tematów. Myślę, że Mackiewicz w cytowanym przez Ciebie artykule nie był po prostu dostatecznie precyzyjny, stąd pewnego rodzaju nieporozumienie, co – rzecz jasna – postaram się bezzwłocznie wykazać.

Otóż, cytowany przez Ciebie fragment artykułu Mackiewicza ma o tyle bezpośredni związek ze Zdziechowskim, że pochodzi z jednego z rozdziałów jego wielkiego dzieła W obliczu końca, rozdziału którego podtytuł brzmi (czy nie ironia) W obronie liberalizmu i w dużej części jest poświęcony, owszem, polemice, ale polemice Zdziechowskiego właśnie z cytowanym przez Mackiewicza profesorem Gonzaguem de Reynoldem. Mówiąc w uzasadnionym tu skrócie: Mackiewicz korzysta z krytyki pod adresem Reynolda, jaką wcześniej napisał Zdziechowski. Trudno zatem uznać Zdziechowskiego za „naczelnego przedstawiciela” „bogobojnej konstrukcji”, a co najwyżej za jej – naczelnego krytyka.

Zdziechowski pisał całkiem jasno: „Z innego jestem pokolenia, z innego świata: wyznaję wzgardzony dziś i ośmieszany prze obydwie strony, przez chrześcijan i przez satanistów – liberalizm. Inkwizytorowie wszyscy – katoliccy, prawosławni, protestanccy, którzy myśląc, że służą Bogu, służyli szatanowi, są mi równie wstrętni, jak bolszewicy, jak Lenin, Trocki czy Stalin.” A w odniesieniu do poglądów Reynolda stawiał retoryczne pytanie: Czy wolno rzucać kamieniem w liberalizm?

Mackiewicz krytykował Zdziechowskiego, choć w zdecydowanie innym zakresie argumentacji. Pisał, że Zdziechowski staje, co prawda, po stronie liberalizmu, ale robi to nazbyt ostrożnie, połowicznie, w sposób pełen zastrzeżeń. Bezpośrednim powodem tej krytyki było stosowane przez Zdziechowskiego rozróżnienie na „wolność myśli, oczywiście w granicach prawa moralnego”, którą uznawał Zdziechowski za najcenniejszą zdobycz liberalizmu oraz „wolnomyślicielstwo”, które „zamiast być synonimem wolności myśli, oznacza właśnie te jej ekscesy, które prawo moralne potępia”.

Muszę przyznać, że krytyka Mackiewicza dotycząca tej dokładnie definicji stanowiła dla mnie sporego kalibru niespodziankę. Cóż takiego drażnić mogło Mackiewicza w poglądach Zdziechowskiego na liberalizm i jego bolszewickie przeciwieństwo? Czyżby odrzucał „prawo moralne” jako warunek graniczny liberalizmu? Myślę, że takie przypuszczenie byłoby trudne do utrzymania. Co zatem? Odpowiedź, choć nie w stu procentach satysfakcjonującą, daje bodaj określenie celu, jaki – zdaniem obu autorów – postawił przed sobą bolszewizm: czy chodzi o walkę z Bogiem (Zdziechowski) czy o walkę z człowiekiem (Mackiewicz)? W tym punkcie, istotnie, różnili się obaj zdecydowanie. Nie wydaje mi się jednak, aby miało to wiele wspólnego z poglądem obu na liberalizm.

M.B.: Rzucać kamieniem oczywiście nie należy nigdy i w nikogo, nawet w liberalizm, bo sami przecież nie jesteśmy bez grzechu. Żeby jednak wybrnąć z trudności, nie możemy po prostu przyjąć, że Mackiewicz „był nieprecyzyjny” – nb. zgoda, był nieprecyzyjny – i przypisać mu wygodnie nasze własne rozumienie kwestii. Trudność, w jakiej się znaleźliśmy jest natury semantycznej: co masz na myśli, mówiąc „liberalizm”? Czy aby na pewno to samo, co miał na myśli Zdziechowski? „Liberalizm” w polityce Stanów Zjednoczonych oznacza tyle co socjalizm, gdy w Wielkiej Brytanii, jego przeciwieństwo, leseferyzm.

Znam książkę Zdziechowskiego, więc zdaje sobie sprawę z nieporozumień, nie wydaje mi się jednak wcale, że nazwanie go naczelnym reprezentantem bogobojnej konstrukcji było nadużyciem z mojej strony. Mało tego, to Zdziechowski, a nie Mackiewicz, miał w tym sporze rację. W moim przekonaniu, liberalizm jest częścią tego nieszczęsnego łańcucha i jedyną szansę odrodzenia klasycznego nurtu liberalizmu, widziałbym w rewizji tych jego elementów, które doprowadziły do klęski. Ale z drugiej strony, liberałem nie będąc, nie powinienem się w to wdawać.

Jeżeli Cię dobrze rozumiem, to Zdziechowskiego „bogobojny” pogląd – tzn. bolszewizm jest walką z Bogiem – nie leży Twoim zdaniem w samym sercu sporu, gdy z mojego punktu widzenia, to jest właśnie problem liberalizmu w ogóle, a w tym szczególnym przypadku jest to problem owego tekstu Józefa Mackiewicza. Liberalizm bowiem odwrócił się od Boga ku człowiekowi w imię wolności. Zdziechowski widział wszystkie konsekwencje tego kroku i w moim przekonaniu miał absolutnie rację. Ale nie o Zdziechowskim mieliśmy mówić.

D.R.: Zacznijmy od wyjaśnienia kwestii najdrobniejszych, na przykład od zgody, bo – jak widzę – zgadzasz się z moim przypuszczeniem o braku precyzji ze strony Mackiewicza. Zgoda ma oczywiście swoje dobre strony i byłbym pewnie (w przeciwieństwie do Ciebie) zachwycony, gdyby nie pewien szczegół, wybijający się w Twojej wypowiedzi – otóż, niby przytakując, odgradzasz się, jak możesz, od owej zgody konsekwencji, nadal nazywając Zdziechowskiego głównym reprezentantem „bogobojnej konstrukcji”. Dlaczego?

Zdziechowski niewątpliwie był człowiekiem bogobojnym, nie reprezentował jednak ani poglądów Reynolda, ani owej „klasycznej koncepcji”, bezwzględnie wplatającej liberalizm w łańcuch przyczyn od odrodzenia po bolszewizm. Nie może być uznany za takiego z tej prostej przyczyny, że osobiście stał na pozycji dokładnie przeciwstawnej – katolickiego liberała, i z tej pozycji bronił nie tylko własnych poglądów, ale liberalizmu w ogóle (w tym i poglądów liberalnych ateuszów), narażając się z tego powodu na bardzo nawet ostrą krytykę ze strony katolickich integrystów. Może błądził, może uznać należy takie stanowisko za głęboko niesłuszne, nie widzę jednak powodu, aby tę szczególną cechę liberalizmu Zdziechowskiego przykrywać jego niewątpliwą bogobojnością.

Pisałem, w kontekście Mackiewicza i jego oceny poglądów Zdziechowskiego, o braku precyzji ponieważ nie wydaje mi się, aby w gruncie rzeczy różnili się jakoś znacząco w poglądzie na liberalizm, który zresztą obaj definiowali wyjątkowo lapidarnie. Dla Mackiewicza liberalizm to po prostu wolność; Zdziechowski był nieco tylko bardziej wylewny, do wolności dodając jeszcze wolność myśli. Krótko i zwięźlę i, tak mi się zdaje, dostatecznie wyczerpująco.

Czy istotnie trzeba teraz drążyć semantyczną naturę tej idei? Rozważać kwestię, z jakiej to absurdalnej przyczyny Amerykanie nazywają swój socjalizm „liberalizmem”? Albo też czy liberalizm okrojony do zagadnień ekonomii, choćby w postaci leseferyzmu, może satysfakcjonować prawdziwego liberała? Zgadzam się, to są wszystko kwestie ważne, ale czy nie ma pilniejszych?

Powróćmy do Zdziechowskiego i Mackiewicza, do różnic albo i zbieżności w ich poglądach. Weźmy kwestię spojrzenia na liberalizm, demokrację i komunizm – co obaj mówili? Czy przypadkiem nie widać w ich poglądach zadziwiającej analogii? Mackiewicz mówił w Zwycięstwie prowokacji mnie więcej tak: należy pamiętać, że demokracja to nie wolność, a tylko równość. Liberalizm jest wolnością. Dopiero połączenie demokracji z liberalizmem może stworzyć ideał, do którego dążymy. I nieco dalej: „Ustrój komunistyczny liberalizm uważa za swego największego wroga”. Podkreślał zatem dwie kwestie: podrzędność demokracji oraz strach jaki wykazują komuniści w zetknięciu z liberalizmem. Co na to Zdziechowski?

„W zasadzie liberalizmu leży równość wszystkich przed prawem. Demokracja jest jego córą; niestety, demokratyczna równość wnet pożarła matkę swoją – wolność. [...] …nie z liberalizmu, lecz z demokracji wypłynęły bezpośrednio te wszystkie konsekwencje, które w końcu znalazły ujście swoje w bolszewizmie. [...] …komunizm jest krańcową fanatyczną negacją liberalizmu”. (Zabawne, że ten ostatni fragment zapożyczył Zdziechowski od Reynolda.)

Czy przypuszczenie, że więcej te „liberalizmy” łączy niż dzieli nie wydaje się prawdopodobne? Powiadasz, że źródłem rozbieżności pomiędzy nimi jest pogląd na cel, jaki stawia przed sobą komunizm. Nie przeczę, a wręcz żądam, aby wyraźnie zaprotokołowano moją w tym względzie ZGODĘ! Chciałbym jedynie określić przy tej sposobności wyraźnie, w jakim punkcie, w zetknięciu z komunizmem, obaj lokowali liberalizm: jako głównego wroga komunizmu; za takiego uchodził także w optyce komunistycznej, a przyznasz chyba chętnie, że w czym jak w czym, ale w definiowaniu celu, głównego wroga, czy taktycznego sojusznika, komunistom błędy zasadniczo się nie przytrafiają.

A skoro już ten liberalizm w zetknięciu z komunizmem taki ważny (czemu przecież Zdziechowski nie zaprzeczał), to może i Mackiewicz miał w swoim poglądzie nieco racji? Chyba że (ale tu już puszczam wodze fantazji) tylko liberalizm osadzony w katolicyzmie cokolwiek dla komunistów znaczy…

M.B.: Nie wiem doprawdy, dlaczego wprowadzasz element „pilności” kwestii wobec ich „ważności”. Pilne? Nie. Ale rozumienie liberalizmu przez Zdziechowskiego także do pilnych nie należy… Jak inaczej mamy rozumieć, o czym mówimy – i o czym mówili Mackiewicz i Zdziechowski – jeśli odmówimy żmudnego cyzelowania znaczeń? Kiedy Mackiewicz mówi, że „demokracja to nie wolność tylko równość”, to co naprawdę ma na myśli? Demokracja, to system wyłaniania władzy, forma rządów, a nie żadna „równość”. Połączenie równości i wolności, w pierwszym rzędzie pachnie jakobińskim liberté, égalité, fraternité, ale po drugie, jest niebezpieczną mrzonką. Ludzie nie są równi, więc jeżeli mają być wolni, to różnice między nimi zaznaczą się prędzej czy później. By zrównać wolnych, trzeba odebrać im wolność. Jesteśmy równi wobec Boga, który obdarzył nas różnymi talentami i będzie nas z tych darów rozliczał; odbiciem naszej równości w oczach Boga, jest równość wobec prawa i to wszystko. Odnoszę wrażenie, że Zdziechowski widział to z większą precyzją niż Mackiewicz, ale poglądy Mackiewicza z czasem – tzn. np. w książkach watykańskich – zbliżyły się do krytykowanego przez niego wcześniej Zdziechowskiego.

Zdziechowski należał do „bogobojnej tradycji” nie ze względu na swój niezachwiany katolicyzm i głęboką wiarę, ale dlatego, że patrzył na bolszewizm w perspektywy eschatologicznej. Widział w bolszewickim szaleństwie znak wejścia „ciemnych, apokaliptycznych potęg na widownię dziejów”.

D.R.: Pięknie! Spotkaliśmy się tu, w Termopilach, w godnym celu uczczenia 50 rocznicy Zwycięstwa prowokacji i co robimy? Niemiłosiernie jubilata obsmarowujemy. Co by o tym, wedle mnie, Józef Mackiewicz powiedział, to zaraz dopowiem, najpierw chciałbym Ci jednak odpowiedzieć. Jeśli idzie o Zdziechowskiego, bez wątpienia utrafiłeś w sedno. W odniesieniu do demokracji nie miał najmniejszych złudzeń – demokracja jako forma rządów to największa porażka liberalizmu, największa i wyjątkowo drastyczna w skutkach. Zdziechowski widział to precyzyjnie i tak też opisywał mechanikę funkcjonowania demokracji:

„Za powszechną równością idzie głosowanie powszechne. Jednostka, posiadająca jakąś wartość społeczną i polityczną, ma prawo żądać, aby tę jej wartość uwzględniono. Tylko nie wynika stąd, aby ludzie wszyscy jednaką mieli wartość i każde zdanie – jednaką wagę; powszechne zaś głosowanie, stawiając rozumnych i cnotliwych na jednej stopie z głupcami, rozpustnikami, degeneratami, wychodzi na korzyść wyłącznie tych ostatnich; ci głosy swoje dają oczywiście na demagogów i karjerowiczów; w ten sposób idea w zasadzie moralna staje się niemoralną w praktyce życia”.

Wyczerpująco, prawda? Ja w każdym razie nic bym tu już więcej nie chciał dodawać. Mackiewicz w Zwycięstwie prowokacji jest bardziej demokracji przychylny, nie odtrąca jej w równie apodyktyczny, ostateczny sposób. I tu znowu muszę pozwolić sobie na odwagę przypuszczenia, że ta jego wobec demokracji spolegliwość nie była do końca zamierzona. Bo czy Józef Mackiewicz mógł mieć poważniejsze złudzenia w odniesieniu do demokracji? Weźmy choćby jeden z jego przedwojennych tekstów, który Ty bodaj niedawno cytowałeś, Szabla i pałka gumowa, gdzie znaleźć można takie na przykład uwagi na temat demokracji:

„… ten powszechny pęd w ograniczaniu, w totalizowaniu, prześladowaniu, zglajchszaltowaniu swobód obywatelskich, indywidualnego romantyzmu, przybrał w nowej Europie znamiona piętna i zdecydowanego jarzma”.

Cała twórczość Mackiewicza naszpikowana jest po prostu tego rodzaju przemyśleniami. Zatem, podobnie jak w przypadku Zdziechowskiego, trudno podejrzewać Mackiewicza o najdrobniejsze nawet złudzenia. Co mu w takim razie kazało nazywać ideałem koniunkcję demokracji z liberalizmem? Może, przeżywszy w Anglii czy w Monachium kilkanaście lat, doszedł do wniosku, że demokracja w zestawieniu z totalitaryzmami, to jednak forma, w której da się żyć? Czy miał rację? Czy można mieć rację na „krótką metę”, czy raczej historiozofia nie wybacza krótkowzroczności?

Jak myślisz, cóż by o takim niespodziewanym krytykanctwie powiedział sam Mackiewicz? Czy byłby obrzucił nas gromami, czy raczej posłuchał z uwagą? Mnie się zdaje, że na tym dokładnie polega wielkość tego pisarstwa – nie musimy ani sekundy nawet drapać się po czerepach, aby sobie na to pytanie odpowiedzieć. Nie musimy, bo istota tej odpowiedzi siedzi głęboko w nas, przez nią w jakieś mierze zostaliśmy ukształtowani; przez niezwykłą formułę, stanowiącą credo Mistrza: leben und leben lassen – żyć i pozwolić żyć innym. W tych czterech słowach zawiera się cała droga życiowa Józefa Mackiewicza, filozofia jego dzieła, jego liberalizmu, metoda pisarska i sposób w jaki starał się dochodzić do nieosiągalnej prawdy.

Z niej wywodzi się także wielki walor Zwycięstwa prowokacji – jej otwartość, gotowość wsłuchiwania się w zdania odmienne i niebywała intelektualna pokora:

„Nie stawiam sobie za cel narzucania komuś moich poglądów. Z góry zakładam, że istnieją niewątpliwie poważne argumenty, mogące podważyć niejeden z moich własnych”.

M.B.: Jak każdy kulturalny człowiek, Józef Mackiewicz miał szacunek dla cudzych opinii, gdy były przemyślane i uzasadnione, niezależnie od tego, czy się z nimi zgadzał czy nie. Przykładów po temu było mnóstwo, od przyjaźni z lewicującym Michałem Chmielowcem do wielokrotnie wyrażanego szacunku dla Studnickiego czy Pragiera, z którymi nie zgadzał się prawie nigdy.

W moim przekonaniu, Mackiewicz doskonale zdawał sobie sprawę z istotnych wad demokracji. Wyrażał je zarówno w przedwojennej publicystyce, jak i w powojennej Sprawie pułkownika Miasojedowa, gdzie carska Rosja nazwana jest trafnie państwem niedemokratycznym, ale liberalnym.

Muszę tu także złożyć pewną deklarację: określanie Józefa Mackiewicza mianem „Mistrza” wydaje mi się zupełnie nie na miejscu i nieodmiennie razi mnie. On z pewnością nie czuł się żadnym „guru” i wydaje mi się, że powinniśmy zostawić ten termin wszystkim tym mackiewiczologom spod ciemnej gwiazdy, którzy „bronią Mistrza”, choć go nigdy nie czytali; którzy domagają się nielegalnego wydawania jego książek w prlu, wygodnie zapominając, co on sam miał na ten temat do powiedzenia.

Ale wróćmy do Zwycięstwa prowokacji. Wróćmy do Józefa Mackiewicza. Być może tak powinniśmy byli zatytułować tę rozmowę: „Wracajmy do Mackiewicza!”

Za: Wydawnictwo Podziemne http://wydawnictwopodziemne.com/