LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA
______________________________________________________________________

OD REDAKCJI 4/2012

Polecamy:

rozmowę Józefa Barana z Janem Pieszczachowiczem Krytycznie o krytyce literackiejhttp://www.youtube.com/watch?v=7aWsEzjgVbE


felieton Jana Siwmira Prywatne Stowarzyszenie Autorów
http://www.jansiwmir.com/blog/Varia_blog_12_03_26_fot_SAP_.htm

wywiad z Free Your Mind'em, redaktorem naczelnym pisma Polis - Miasto pana Cogitohttp://niepoprawni.pl/blog/2679/wywiad-z-free-your-mindem-0

Esej: Dariusz Pawlicki O DROGACH PRAWIE ZAPOMNIANYCH



„Pamiętaj o mnie”
szepcze kurz.

Peter Huchel

Interesują mnie drogi, przyciągają moją uwagę. Lecz nie dzieje się tak dlatego, że jestem kierowcą, bo nim nie jestem. Na dodatek to moje zainteresowanie nie dotyczy każdej drogi. Mało tego, zdecydowanej większości spośród nich, nie obdarzam uwagą. Na dodatek ubolewam, że coraz więcej ziemi jest pokrywanej tłuczniem, betonem, asfaltem.

Spośród dróg interesują mnie te, z których mało kto korzysta. Takie drogi, oczywiście, nie zawsze były zapomnianymi. Na to, że straciły na atrakcyjności wpływ miały rozmaite czynniki. Mogły bowiem powstać szlaki konkurencyjne dla nich ze względu np. na lepszą nawierzchnię, oszczędność czasu. Lecz często jest i tak, że nie prowadzą one już tam, gdzie wielu ludzi miałoby coś do załatwienia. Choćby dlatego, że zdecydowanie zmniejszyła się liczba mieszkańców jakieś miejscowości. Wyeksplatowanie, dajmy na to, żwirowni czy kamieniołomu, też może sprawić, że jakaś droga zacznie z wolna zarastać rozmaitymi roślinami chcącymi jakby ją zamaskować, skryć przed niepowołanymi oczami. Może też, z różnych przyczyn, przestać istnieć most nad rzeką bądź wiadukt nad linią kolejową, przez które prowadzi droga.

Przyciągające moją uwagę drogi najczęściej są gruntowe, znacznie rzadziej utwardzone tłuczniem, wyjątkowo wybrukowane kocimi łbami. Rodzaj nawierzchni stanowi istotną informację o stopniu ich zapomnienia. Jest też swoistą gwarancją, że przynajmniej przez pewien czas pozostaną mało uczęszczanymi.

Stan tych dróg, praktycznie niezmienny od czas ich powstania, ułatwia ujrzenie oczami wyobraźni poruszających się po nich karet, dyliżansów, chłopskich furmanek zaprzęgniętych najpierw w woły, a potem w konie; jak też wędrowców czy też jeźdźców. Mając na uwadze tych, którzy kiedyś z dróg tych korzystali, możemy wyobrażać sobie, iż to właśnie ich oczami przyglądamy się jakimś szczególnie atrakcyjnym widokom. I to zarówno wtedy, gdy szli lub jechali (nieważne czym albo na czym) bądź też odpoczywali na poboczu. Taki odpoczynek zasługiwał na szczególne traktowanie, gdyż piesi, a tych kiedyś było o wiele więcej niż obecnie, często się zatrzymywali. Nie tylko jednak dla nabrania sił, lecz także dla pokontemplowania otoczenia (nie zapominajmy, iż mniejsza dostępność czasomierzy powodowała, że kiedyś ludzie tak się nie śpieszyli). Tym bardziej, co ważne było w gorące dni, iż wzdłuż dróg rosły drzewa; zawsze rosły. Stanowiły ich uzupełnienie, zdradzały też z daleka ich obecność. Stanowiły także ważny element krajobrazu. Specjalnie je więc sadzono, uzupełniano uschnięte bądź połamane. I tym drogom, które przyciągają moją uwagę, drzewa wciąż towarzyszą, co najwyżej jest ich mniej, niż było pierwotnie; nie brakuje pośród nich okazów uszkodzonych bądź martwych. W przypadku zaś dróg, które ledwie muskam wzrokiem, drzewa są najczęściej elementem ledwie tolerowanym, a często w ogóle nieobecnym. Niekiedy tylko zastępują je żywopłoty. Liczą się bowiem samochody. I nic ponadto.

Drogi, na które chcę zwrócić uwagę, często niezaznaczone na mapach i planach, nie stanowią celu wycieczek (gdyby było inaczej, kartografowie pewnie zawsze, by je nanosili). Natomiast często umożliwiają dotarcie do jakichś zabytków, oczywiście, nie tych popularnych, okrzyczanych, uznanych za kolejne cuda świata. W takie miejsca prowadzą bowiem autostrady i szerokie deptaki.

Drogi, którymi jestem zainteresowany, nawet jeśli wytyczono je w XVIII wieku, za zabytki nie są uznawane. Gdyby tak było, przynajmniej od czasu do czasu, by je dostrzegano. Jedynie niektóre stare aleje mają status swoistych zabytków, to znaczy są pomnikami przyrody. Ma to miejsce wtedy, gdy tworzące je drzewa osiągną określony obwód pnia; różny w zależności od gatunku. W przypadku lip jest to ponad 300 cm. Same zaś drogi, choć są częściami alei, pozostają „niezauważone”.

Prostota wspomnianych dróg, jak również ich wtopienie się w krajobraz, jest tym, co sprawia, że zawsze interesuję się nimi. Jestem jednak w tym moim upodobaniu raczej osamotniony. Zupełnie inaczej jest z drogami rzymskimi będącymi całkowitym przeciwieństwem, dlatego o nich wspominam, dróg, którym poświęcam uwagę. I to zarówno pod względem skali zainteresowania jakie wzbudzają, jak i każdym innym. Choćby dlatego, że Rzymianie zaczęli je budować już kilka wieków przed Chrystusem (przykładem może być pochodząca z 313 r. p.n.e. słynna via Appia). Ale wiek tych rzymskich szlaków, to jedno, bo w grę wchodzi też ogromny wysiłek jaki został włożony w zbudowanie dziesiątków tysięcy kilometrów znakomitych dróg. I to zarówno ten w postaci pracy ludzi i zwierząt pociągowych, jak też finansowy poniesiony na zakup materiałów i opłacenie budowniczych. A koszty te były znaczne, gdy weźmie się pod uwagę np. to, że niejednokrotnie szerokość tych szlaków wynosiła nawet 10 metrów. Były one nieco wypukłe, aby spowodować ściekanie deszczówki na boki. Jej odprowadzaniu służyły dwa ocembrowane rowy.

Budując owe drogi starano się, o ile było to możliwe, dokopać do litej skały. Dopiero na niej kładziono kolejno 4 warstwy, na które składał się rozmaity materiał. Ich łączna grubość, w zależności od warunków terenowych, wynosiła od 1 do 1,5 metra. Pierwszą warstwę, czyli statumen, tworzyły płaskie kamienie spojone najczęściej gliną; drugą - rudus, ruderatio - cieńka warstwa kamyków, potłuczonych cegieł i kamieni; trzecią - nucleus - ubity drobny żwir lub piasek; czwartą - summun dorsum - warstwa drobnego żwiru lub szerokie płyty kamienne stanowiące nawierzchnię. Już sam fakt nadania powyższych nazw jest jednoznacznym dowodem na to, jaką wagę przywiązywano w państwie rzymskim do budowy dróg. Nie wspominając już o tym, że poszczególne szlaki miały swoje nazwy (via Appia nie była wyjątkiem).

Jakże silnym bodźcem do oddania się fantazjowaniu może być, choćby zachowany w złym stanie, fragment drogi rzymskiej. Możliwe jest bowiem dzięki niemu „zobaczenie” np. legionistów budujących ją w czasie pokoju (właśnie tym często wówczas się zajmowali) bądź maszerujących po niej w zwartych oddziałach w czasie wojny. Może nawet wyda się komuś, że słyszy ich miarowe kroki.

Zdecydowanie inaczej jest w przypadku dróg polnych wijących się np. pomiędzy jeziorami i pagórkami, a niekiedy wspinających się na wzniesienia. Jeśli chodzi o nie, to najczęściej nie sposób określić czasu ich powstania. Możliwe jest jedynie snucie przypuszczeń, kiedy wydeptane wcześniej ścieżki przestały nimi być, gdy pojawiły się na nich pojazdy konne. Drogi polne mają też to do siebie, że często trudno jest w ogóle mówić o tym, że zostały wytyczone.

Faktem jest też, że historia pisana przez „H” rzadko, a może nawet bardzo rzadko korzystała z takich dróg. Zdecydowanie wolała szerokie trakty, nawet jeśli były piaszczyste. Odegrały one istotną rolę, chociażby, w marszu na Moskwę Wielkiej Armii. Jak również w jej odwrocie stamtąd. Z tym, że wówczas pokrywał je już śnieg i lód.

Wielu ludziom wydaje się, iż droga polna, zwłaszcza taka zapomniana przez Boga i ludzi, nie skrywa w sobie żadnej dramaturgii. Zwłaszcza jeśli porówna się ją z drogą rzymską. Nie mówiąc już o jakiejś średniowiecznej warowni. I to nawet takiej znajdującej się w kompletnej ruinie. Otóż jest to pozorny brak wynikający z niechęci do wysilenia wyobraźni. To fakt, że trudno jest w tym wypadku o swoiste podpowiedzi, jakimi są sceny zapamiętane z lektur książek, a obecnie częściej z oglądniętych filmów, których akcja rozgrywa się np. w epoce wypraw krzyżowych. Drogi stanowią bowiem w nich mało istotny element.

Zdarzenia rozgrywające się z dala od zamków, pośród pól, niewątpliwie były mniej spektakularne. Pozornie nic na nich się nie działo! Ale tylko pozornie, na pierwszy rzut oka... Trzeba bowiem puścić wodze fantazji.

Rzeczą niezmiernie interesującą, według mnie, jest to, iż na owych drogach zapomnianych można obserwować... wolno płynący czas. I można to czynić zarówno wtedy, kiedy widać poruszającego się nią człowieka bądź zwierzę, jak też wtedy, gdy dostrzeże się wędrowca siedzącego na przydrożnym kamieniu, a znacznie dalej sarnę skubiącą trawę na poboczu.

Czas gwałtownie przyśpieszy, gwałtownie w porównaniu ze stanem początkowym, kiedy ów człowiek powstanie i zacznie otrzepywać fragment spodni, na którym siedział. Widok zaś wyprostowanej sylwetki ludzkiej spowoduje niespieszne oddalenie się sarny.

*
Przykładem drogi, o której mowa jest w tytule, może być ta prowadząca od Pokrowska, przysiółka wsi Karolin, w głąb Bobrowego Bagna (najczęściej zwanego, po prostu, Bobrami). Na prawie całej swej długości jest ona żwirowo-piaskowa. Na początku jej szerokość jest taka, iż mogą minąć się (zachowując dużą ostrożność) dwa wozy konne, albo samochody osobowe. Potem zwęża się jednak zdecydowanie. Początkowy odcinek jest porośnięty niewieloma roślinami. Potem jednak pojawia się coraz więcej traw. Zaś kiedy droga wkracza na teren podmokły, trawa ustępuje miejsca kobiercowi mchów torfowców. Dotąd jej przebieg wyznaczały dwie koleiny odciśnięte w gruncie. Odtąd zaś – także koleiny, ale już ledwie widoczne w grubej warstwie torfowców.


Ta droga, i jest to coś bardzo szczególnego, urywa się nagle. Jakby pojazdy dotarłszy do konkretnego miejsca wracały po własnych śladach, albo... zapadały się, niknęły w bagnie. Droga zaś nie biegnie dalej, gdyż jest to środek Bobrów. To dlatego przy naciśnięciu warstwy mchów np. rozwartą dłonią, utworzone w ten sposób wklęśnięcie, natychmiast wypełnia się wodą. Wobec powyższego, z końcowego odcinka tej drogi korzysta wyjątkowo niewielu ludzi: myśliwych, grzybiarzy, a przede wszystkim zbieraczy żurawin. Jeszcze mniej porusza się nią pojazdów, zarówno jedno-, jak i dwuśladowych.

Dla przykładu wspomnę jeszcze o drodze biegnącej przez zachodni fragment Wzgórz Strzelińskich. A na pewnym odcinku – skrajem porastającego go lasu. Tak, że ktoś idący od południa, po prawej stronie będzie miał grabowo-sosnowo-dębowy las, a po lewej – widok na Kotlinę Henrykowską. Z tym, że ten widok, skądinąd piękny, będzie nieco ograniczony przez stare kasztanowce zwyczajne. Obecność tych drzew, jakby nie było ozdobnych, jest znamienna. To, iż rosną one właśnie tam, jak i równe odstępy między nimi, wskazują jednoznacznie na celowe działanie; na chęć odróżnienia tej drogi od innych, jak również jej ozdobienia.

Sama zaś droga jest kamienista. I poza nielicznymi piechurami i rowerzystami, praktycznie nikt więcej z niej obecnie nie korzysta. No może jeszcze, ale rzadko, używa się jej do wywózki drewna.


Wrocław, wiosna 2010


Recenzja: Tomasz Sobieraj WOJNA KWIATÓW


Autorka: Joanna Turek

Kwiaty dobra. O Wojnie Kwiatów Tomasza Sobieraja

Znam twoje czyny,
że ani zimny, ani gorący nie jesteś.
Obyś był zimny albo gorący!
A tak, skoro jesteś letni
i ani gorący, ani zimny,
chcę cię wyrzucić z mych ust. [1]


Żyjemy w rzeczywistości spowitej przez szarość. Nie ma już bieli i czerni. Nie ma już absolutnego dobra i absolutnego zła. Dobro i zło utożsamiły się ze sobą. Podobnie jest z prawdą i kłamstwem, cnotą i występkiem. Zło okazało się być dobrem, bo komuś lub czemuś służy, bo pomaga w osiągnięciu upragnionego celu. Dobrem jest wszystko, co sprawia nam przyjemność i potęguje ją.

W czasach relatywizmu etycznego oraz mody na permisywizm kwiaty dobra i zła to niezwykle rzadki widok. Na ugorach zaoranych przez utylitaryzm i użyźnionych przez pragmatyzm rośnie bujnie trawa obojętności i plenią się osty sceptycyzmu. Jedynie na uroczyskach niepokornych serc można odnaleźć jeszcze białe kwiaty dobra i czarne kwiaty zła. Charles Baudelaire, wędrując przez dzikie ogrody wyobraźni, zrywał naręcza czarnych kwiatów zła i rzucał je pod stopy oszołomionych czytelników. Tomasz Sobieraj - autor Wojny Kwiatów - wyczarował ogród, w którym unosi się dyskretna woń białych kwiatów dobra.

Pierwszy, trawiony gorączką życia i wewnętrznym niepokojem, zanurzył się w czarną otchłań:

Na dole — w górze — wszędzie — tylko głębie ciemne —
Milcząca czarna otchłań, co mą duszę trwoży!
(...)
Z okien wciąż patrzy na mnie - twarz Nieskończoności.
[ Ch. Baudelaire, Otchłań]

(...) Nadzieja w cmentarną
Noc pada we łzach. Zimnej Rozpaczy duch dziki,
Nad czołem mym zawiesza swą chorągiew czarną.
[Ch. Baudelaire, Spleen]

Drugi wdrapał się na szczyt Piramidy Słońca, marząc o zostaniu równym bogom, ale stał się tylko kamieniem, który - odrzuciwszy zaproszenie na bal u Lucyfera - trwa niczym niewzruszona skała na straży dwóch światów:

Zaglądałem do wnętrza
Pochylając się niebezpiecznie
Nad wilgotną czeluścią
Wdychałem
Kuszący zapach piekieł
Zabrakło mi jednak
Odwagi Eneasza. [T.M. Sobieraj, Grota Awernu]

Obojętność nieczułego Boga i wszechobecność zła — „A ja myślałem-/ Że Bóg tak potężny/ Że wystarczy jedna jego myśl/ By woda przestała być czerwona (...)/ Ale On/ Pewnie odwiedzał/ Jakieś bogate sanktuarium (...)/ I był zbyt zajęty” [2] — mogą wywołać rozpacz i skłonić do wyparcia się Boga i odrzucenia dobra ( Ch. Baudelaire ) lub zachęcić do przyjęcia heroicznej postawy, polegającej na cierpliwym pielęgnowaniu dobra w sobie (T. Sobieraj). Obie postawy wymagają odwagi oraz samozaparcia. I obie wydają się wyznawcom amoralizmu anachroniczne. Nawet jeśli nie istnieje uniwersalna miara do odmierzania dobra i zła, to pozostaje wciąż tęsknota za przyjaznym ludziom światem, w którym człowiek człowiekowi jest bratem, a nie wilkiem, w którym człowiek dla człowieka jest podmiotem, a nie przedmiotem, celem, a nie środkiem do celu. I nawet jeśli świat jest przerażającym i nieprzyjaznym miejscem, opuszczonym przez Boga, to w zaczarowanym ogrodzie poety nadal rozkwitają delikatne kwiaty dobra i rozsiewają zniewalający zapach raju.

Poezja Tomasza Sobieraja jest głęboko humanistyczna, pełna ciepła i nadziei. To wszystko sprawia, że chcemy powracać do wypowiedzianych przez niego słów i razem z nim śnić o tym, czego nie ma, a co może się ziścić jeśli tylko odwrócimy się od Rozpaczy, Kłamstwa, Zła i podążymy za głosem serca, wybierając Nadzieję, Prawdę, Dobro. Każdego dnia od nowa stwarzamy świat, w którym żyjemy. Tylko od nas zależy czy będzie on dla nas i innych krainą wiecznego mroku, rajem, czy też jałową ziemią rozwiewaną przez wiatr indyferentyzmu.



Przypisy:

1. Ap 3, 15-16.
2. T. Sobieraj, Wojna Kwiatów, [w:] Tenże, Wojna Kwiatów, Łódź 2009, s.40-41.

Tomasz Sobieraj, Wojna Kwiatów, Editions Sur Ner, Łódź 2009

Felieton: Igor Wieczorek W KOROWODZIE AWATARÓW


Im dłużej surfuję w sieci, im głębiej się w niej zanurzam, tym wyraźniej odnoszę wrażenie, że moja samoświadomość rozpływa się w cyberprzestrzeni. Po kilkudziesięciu minutach spędzonych przy komputerze czuję się jak awatar, czyli lokalne wcielenie wszechobecnego bóstwa, któremu na imię Internet. Potem osiągam nirwanę, a raczej cybernirwanę i nic mnie już nie obchodzi. Jestem wszędzie i nigdzie zarazem.

Na szczęście nie jestem sam. Całe rzesze internautów uważają, że rewolucja medialna kładzie kres tradycyjnym podziałom na duchowy i techniczny wymiar egzystencji. W sensie metaforycznym system nerwowy człowieka zaczyna się uzewnętrzniać, gdyż sieci elektroniczne stają się przedłużeniem organicznych sieci neuronalnych, a wymiar transcendentalny przejawia się w błyskawicznym, bezcielesnym i świetlistym charakterze informacji, która jest wszechobecna i nienamacalna zarazem. Tak, w sensie metaforycznym można być awatarem, można osiągnąć nirwanę, ale w sensie dosłownym jest się tylko człowiekiem siedzącym przy komputerze. Zadziwiające jest to jak wielu cybermistyków nie może się z tym pogodzić.

Kiedy w 1844 roku Samuel Morse skonstruował telegraf i pierwsza w historii ludzkości oficjalna depesza o treści: „Czego Bóg dokonał” przedostała się kablem z Baltimore do Waszyngtonu, amerykański kongresman F.O.J Smith oświadczył, że „ Pod względem przepływu informacji przestrzeń między różnymi Stanami Unii, a także pomiędzy ich poszczególnymi obywatelami, została praktycznie unicestwiona”. Jakieś sto dwadzieścia lat później kanadyjski teoretyk komunikacji, Marshall McLuhan, nie miał już wątpliwości, że to „unicestwienie przestrzeni” przyczyniło się do osłabienia logicznego i indywidualistycznego nastawienia umysłowego, uformowanego przez techniki pisania, a zwłaszcza przez prasę drukarską. Telegraf zainicjował powszechną wiarę w istnienie ducha obiektywnego, wstępującego w maszyny i w duchowego cyborga, który zawładnie światem w niezbyt odległej przyszłości. Teoretycznie rzecz biorąc, koncepcja ducha w maszynie zaprząta ludzkie umysły od niepamiętnych czasów, ale praktycznie rzecz biorąc, dopiero w ostatnich latach gwałtowny rozwój technologii cyfrowej sprawił, że owa koncepcja zaczęła się ucieleśniać - oczywiście w tym sensie, że nasze marzenia przenoszą się na twarde dyski i żyją tam własnym życiem.

Sytuacja jest paradoksalna. Technika ożywia duchy, które z kolei próbują zawładnąć samą techniką. Wydaje się oczywiste, że sprawiedliwym arbitrem w tym sporze kompetencyjnym powinien być światły człowiek. Niestety nikt nie ma pewności, gdzie znaleźć tego człowieka, bo wszyscy poszukiwacze uwikłali się w spór i wszyscy są ludźmi światłymi. Tak oto cyfrowy awatar próbuje być głównym rozjemcą w sporze kompetencyjnym o władzę nad rzędem dusz.

– „Każda dostatecznie zaawansowana technologia jest nieodróżnialna od magii” – powiedział wiele lat temu legendarny już Artur C.Clarke i w jakimś sensie miał rację. Nowe technologie są magiczne, bo przeobrażają materię zgodnie z prawami fizyki, których status ontologiczny jest z gruntu nieodgadniony. Fizycy wciąż jeszcze nie wiedzą, czy te prawa obiektywnie istnieją, czy są tylko ludzkim wymysłem, jakimś umownym modelem obiektywnie zachodzących procesów. Pocieszające jest to, że nikt nie ma już wątpliwości, iż technologia cyfrowa osiąga pierwsze przyczółki świata niewidzialnego. Wystarczy przeczytać gazetę, aby się o tym przekonać.. Najmniejsze składniki niektórych chipów kurczą się do rozmiarów mniejszych niż długość fali światła widzialnego. Mikrotechnologie przebudowują materię na poziomie kryształków krzemu i DNA. W sensie metaforycznym technologia cyfrowa staje się okultystyczna. Nie można się nią posługiwać bez znajomości kodów, a nikt nie zna wszystkich jej kodów, między innymi dlatego, że trudno jest je zapamiętać, a trudno jest je zapamiętać między innymi dlatego, że - jak słusznie zauważył znakomity medioznawca Mirosław Filiciak - „pamięć mamy dziś na zewnątrz”.

Istotnie, odkąd lokujemy pamięć w komputerach, błędne koło coraz szczelniej się zamyka i trudno się oprzeć wrażeniu, że duchowy cyborg jest blisko!

Recenzja: Agnieszka Żak MY ROTTEN VALENTINE



Autor: Jan Siwmir

My full of hope Valentine

Chcecie dowiedzieć się czegoś o sobie? Czegoś takiego, co codziennie płynie pomiędzy waszymi komórkami, uwiera, łaskocze, szemrze pod skórą niewypowiedzianym? Otacza nas jak powietrze, i jest tak samo niezauważalne...

Kiedy jesteśmy dziećmi inni ludzie nas ciekawią, bez oporów nawiązujemy kontakt. Później bardziej wybrzydzamy, szukamy podobnych do siebie, aż w końcu decydujemy się na tę jedną, najbliższą nam osobę. Na początku seks i wzajemne zauroczenie sprawiają, że wszystko wydaje się nam możliwe, nic nie przeszkadza, a świat stoi przed nami pełen możliwości, nic tylko brać z niego pełnymi garściami. Z czasem kolejne szare dni przytłumiają naszą radość, gdzieś pomiędzy pieluchami a kuchnią zatracamy swoje ja, które przekształca się w „my”. Ale najgorsze jest to, że stajemy się sobie coraz bardziej obcy.

Na starość zaś zostaje tylko fizjologia i strach. Strach, że gdziekolwiek nie pójdziemy, będzie gorzej.

W życiu człowieka nie potrzeba kataklizmów, bo samo życie jest takim kataklizmem. Kończącym się nieuchronną klęską.

A jednak, ale pomimo, lecz jeśli, gdy jednakowoż...? Gdy już wydarzy się coś, co powinno zamienić nas albo w aniołów, jak o sobie myśleliśmy, albo w brudne moralnie szmaty, zdarza się, że sami siebie nie poznajemy. Tak jak bohaterka historii o mężczyźnie zamienionym w żywego trupa, z niezwykłym wyczuciem opowiedzianej przez Agnieszkę Żak. To, co ona robi zaskakuje nie tylko nas, ja samą także.

I choćbyście nie wiem jak mnie przekonywali, że „My rotten Valentine” jest o zombi, powiem wam: Nic podobnego, ono jest o miłości. Miłości, która przetrwać może nie tylko wojny i katastrofy, ale najbardziej szare życie. Takiej, o jakiej zawsze marzyliście. Do zatracenia.

Jeżeli ktoś z was, patrzy właśnie z odrazą na partnera, niech sięgnie po to lekarstwo.


„My rotten Valentine” Agnieszka Żak, self-publishing, 2012

Recenzja: Danuta Mucha SPOWIEDŹ MYŚLI



Autor: Andrzej Dębkowski

Prawda o momentach bycia...


Jednym z najbardziej naturalnych sposobów na wyrażanie marzeń i lęków jest literatura. To nie przypadek, że dojrzewanie obfituje w pierwsze próby literackie, obrazy, spektakle. Kiedy jednak dojrzejemy, nie zawsze potrafimy obudzić drzemiące w nas inwencje twórcze. Jeśli i to się uda, nie znaczy, że będziemy mieli coś ważnego do powiedzenia. Bo literatura, to coś znacznie więcej, niż tylko ciągłe powtarzanie tych samych sloganów, poszczególnych obrazów i metafor ludzkiego życia. Literatura, to rytualne przedstawienia, ożywiane przestrzenią, wpisane w opozycję jasności mroku.

Ludzie zawsze mieli potrzebę pisania. Pisali listy, pamiętniki, dzienniki, wiersze. Wyrażało się w tym pragnienie kontaktu z drugim człowiekiem. Poza tym pisząc, człowiek dojrzewa, kształci swoją wrażliwość, bo pisanie jest poznawaniem siebie. Są rzeczy, których nie umiemy wypowiedzieć wprost, łatwiej nam wyrazić je na piśmie, bo wtedy mamy dystans. Poeci chętnie przelewają swoje myśli na papier. Piszą, gdyż niespokojna wyobraźnia nie pozwala im spać. Przecież każdemu to wolno, każdy może. Ale u niektórych poetów coraz rzadziej spotykamy wiersze, które przeszywałyby nas dreszczem, powodowałyby gęsią skórkę. Coraz mniej tomików zasługuje na miano prawdziwej poezji. Zdarzają się jednak rzeczy wartościowe, gdzie występują zjawiska jasno świecące.

Tak jest w przypadku wierszy Danuty Muchy, zamieszczonych w książce pt. Spowiedź myśli. Poetka pisze, jakby trochę na przekór modom i trendom. Dziwne to, gdyż współczesny poeta za wszelką cenę próbuje zabłysnąć czymś „udziwnionym”. Wiersze Danuty Muchy są inne. One usiłują głosić nadzieję. Mówią prawdę o metafizycznych przeżyciach, nie zamykają oczu na zło. A jednocześnie są radosną nowiną, bo głoszą, że cierpienie nie zawsze jest nieszczęściem, często jest dojrzewaniem do mądrości, próbą wierności:

nieboskłon tak nisko
nie widać go wcale
z okien śniegu poszycie
w dali pałac biały
tylko oczy przymrużyć
na okiennej zasłonie
a świt drzwi zamyka
zapala pochodnię
nie jest okiem słowo
ani myśl nim nie jest
jeśli w sobie nie znajdziesz
siły woli i siebie

Dobre wiersze muszą być poszukiwaniem tajemnicy, a więc muszą dotykać tematu Boga (choćby nie wprost), ludzkiego życia, śmierci. Jak modlitwa. Najważniejsza w wierszu jest prostota i zwięzłość. Im mniej słów, tym lepiej. Do zwięzłości jednak niełatwo się dochodzi. Należy jej się stale pilnie uczyć:

gdy na palcach jednej dłoni
pięć słów niepewnych czeka
na koncert finałowy
na klawiaturze nieba
i o słowie i o ciszy
jakby na krawędzi mroku
światło bije i zaprasza
w stajeneczki progu
aniołowie chórem grają
nikt nie poznał
Ciebie Boże
a to Światło sięga raju (...)

Tę poezję trudno zdefiniować, ale czy tak naprawdę o to chodzi? Czy to w wierszach piotrkowianki jest najważniejsze? W jej poezji obok rzeczywistości pełnej „gwałtu i przemocy” istnieje świat, w którym ludzie żałują za grzechy, odczuwają skruchę i wstyd, składają przyrzeczenia poprawy, gdzie tęsknią za dobrem, miłością. A jednocześnie bardzo się męczą, ciężko walczą o byt. Cieszą się nadchodzącą chwilą największej nadziei. Tą nadzieją jest miłość.

Miłość u Danuty Muchy, to nie tylko uczucie, zakochanie się. To jest ciężka i wspaniała praca, nieustanna walka z egoizmem. Wszyscy tęsknimy za prawdziwą miłością. W miłości nawet wzajemnej doświadczamy samotności, gdyż człowiek człowiekowi nie wystarcza, pragnie owego pogodnego spojrzenia na świat z jego złem i zagrożeniami. A jak wiadomo mamy różne rodzaje miłości. Musimy tylko chcieć odkryć tę właściwą:

zamodlone okna ciszy
zapatrzone w niebie
a ja ciągle zamykam
twarz przed zmrokiem siebie
było tyle miłości
i świąt i nadziei
a na twarzy wciąż czeka
Trójkąt Boga
– znak bieli

Ta poezja rozbudza i kształtuje wrażliwość, zwłaszcza w dzisiejszym zmaterializowanym świecie. Ale i w tej poezji, jak zwykle, sito czasu – niezależnie od doraźnej oceny, dokona selekcji ostatecznej. Pokaże, czy jej poezja przetrwa próbę czasu, czy zmieni coś w jej życiu, stanie się czymś prawdziwym, czy okaże się, że było tylko zjawiskiem pozornym?

W przypadku Muchy takich obaw nie ma, gdyż poetka ma już swoją renomę, a jej poezja już od dawna nie schodzi poniżej pewnego poziomu.

Danuta Mucha posiada zdolność do kreowania nastrojów, spontanicznego opowiadania o swoich przeżyciach. W wierszach tych nie ma wybujałej fantazji, która często niszczy to, co najistotniejsze w poezji – autentyzm. Jej tłumaczenie świata ma charakter bardzo osobistych wyznań, ale są to wyznania posiadające moc doświadczeń. Dzisiaj poetka już wie, że czas odmierza kartki słów. To odważne wyznanie jest dowodem na to, że ma ona świadomość, że jeśli poeta interpretuje swoje życie, interpretuje również i rzeczywistość, a ponieważ żyje w określonej kulturze i to również opisuje swoją kulturę. A robi to z niezwykłą subtelnością.

Liczne w jej poezji motywy eschatologiczne to wnikliwe studia więzi łączących ją z Absolutem, zamyślenia nad dramatycznością życia, nad jego kruchością i przemijalnością:

z nie omdlenia z ciszy słowa
zapachniało kartką zdarzeń
a na palcach jabłka marzeń
zabiegają o nasz czas (...)

Wiersze Danuty Muchy na tle współczesnej poezji zawieszone są gdzieś między dużą powagą podejścia do tematów a radością obcowania ze światem zastanym. Poetka nie narzeka i jednoczenie nie kontestuje. W sposób prosty i zrozumiały stara się, by czytelnik odnalazł w tych wierszach cząstkę tego świata, który jest mu bliski, a być może i cząstkę siebie. Dlatego wiersze zawarte w książce Spowiedź myśli przyciągają uwagę czytających, a momentami stają się nawet intrygujące, a wszystko dzięki klasycznej formie przekazu poetyckiego. Te wszystkie fascynacje, którymi otoczyła się poetka wydają się przynosić jej niesłychaną radość. Odpowiadają naturze jej pisania. Dlatego Mucha wie, że współczesne życie jest trudne i łatwo jest wpaść w otchłań nieprzystosowania. Ciągłe gonitwy za dobrem doczesnym przyćmiewają gdzieś te wartości, które kiedyś były wyznacznikiem ludzkiego działania i postępowania. Dzisiaj z tych wartości nie pozostało wiele, a to, co w jakiś niesłychany sposób przetrwało, to tylko resztki człowieczeństwa, które trzeba ratować, by nie zatracić najważniejszego...

To skupienie nad światem pozwala jej na obiektywne dzielenie się z innymi swoimi poetyckimi tajemnicami. Wykorzystuje przy tym często swój kobiecy instynkt, a ponieważ wie, że w życiu najważniejsza jest stabilność, więc jej pasja staje się jeszcze bardziej intensywna. Nie udaje, więc nie musi się martwić o nieprzychylność ze strony innych. Daje jej to możliwość nieskrępowanego tworzenia. Jedyne czego się obawia to, że:

(...)
nie odbiorę ciszy słowem
nie zawołam ciszy w snach
na rozstajach z ciszą stoję
a we włosach tańczy wiatr

Myślę jednak, że Danuta Mucha nie musi się lękać o swoją przyszłość. Jej poezja daję nadzieję i utrwala fabułę jej życia, które już nie jest takie prywatne, a poza tym rozkłada się na płaszczyźnie rozpostartej między fascynacją a rozczarowaniem, miłością a wiarą w rzeczy ostateczne. I to jest największa siła jej wierszy, bowiem nadzieja ma spełnienia, a rozczarowanie pozbawione jest poczucia rzeczywistości. Poezja jest więc dla niej tą cudownym możliwością mówienia prawdy o momentach bycia, wędrowania i przechodzenia na drugą stronę życia, tam, gdzie podobno jest tylko lepiej.



Danuta Mucha, „Spowiedź myśli”. Redakcja, posłowie i fotografie: Dariusz Tomasz Lebioda. Biblioteka „Tematu” 48. Seria – „Kora drzew”, nr 3 – „Olcha”. TEMAT, Bydgoszcz 2011, s. 76.