LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA
______________________________________________________________________

OD REDAKCJI



Napłynęły pierwsze 42 recenzje-nominacje książek do nagrody Krytyki Literackiej. Część z nich została odrzucona z przyczyn formalnych (były bez sensu, z błędami, za długie, za krótkie itd.) i w ten sposób w posiadaniu redakcji są 23 recenzje 14 książek. Przypominam, że regulamin nagrody znajduje się w listopadowej Krytyce Literackiej.

Jednocześnie ogłaszam plebiscyt na najlepszy tekst opublikowany w Krytyce Literackiej. Wystarczy do końca tego roku wysłać wybrany tytuł na adres w.egerth@wp.pl by w styczniu wziąć udział w losowaniu jednego z trzech czytników książek elektronicznych (zwanych po polsku e-bookami, a może ebukami?) iRiver Story - szczególy techniczne tego świetnego urządzena na stronie www.iriver.com/product/view.asp?pCode=002&pNo=72

Chciałbym również polecić dwa miejsca w internecie godne uwagi. Pierwsze to blog Krzysztofa Jureckiego – historyka sztuki, wykładowcy, współpracownika PWN i Instytutu Adama Mickiewicza, autora książek oraz wielu tekstów traktujących o fotografii. Jak sam pisze, ten blog to „lustro pamięci i notatnik (szkicownik). Poświęcony jest sztuce i fotografii oraz ich implikacjom, wynikającym z życia. Najczęściej piszę o fotografii, czasem o filmie i teatrze. Niekiedy publikuję własne prace. Ważny jest dla mnie potencjał krytyczny w stosunku do mass-mediów i oficjalnej polityki kulturalnej”. www.jureckifoto.blogspot.com/

Drugie miejsce na które chciałbym zwrócić uwagę to Internetowy Magazyn Kulturalny; w ostatnim wydaniu tego wideo-magazynu poeta, dziennikarz i eseista Józef Baran rozmawia z prof. Stanisławem Burkotem o kondycji polskiej współczesnej poezji.
www.poezja-polska.pl/fusion/viewpage.php?page_id=143

POD CHOINKĘ

Dla oszczędnych, proekologicznie nastawionych, idących z postępem, polecam darmowe książki elektroniczne (e-booki), które można wgrać do czytnika, komputera i jeszcze rozesłać dalej przyjaciołom, a nawet wrogom (niech zobaczą jak piszą najlepsi); można też sobie ściągniętą książkę wydrukować w pracy, jeśli ktoś nie lubi czytać z ekranu a szef nie liczy papieru.

Wioletta Sobieraj, ALEJA RÓŻ - http://www.wioletta-sobieraj.fmi.pl/ - doskonała, satyryczna powieść społeczno-obyczajowa z wątkiem kryminalnym i erotycznym (tradycjonaliści mogą również zamówić wersję papierową u wydawcy editionssurner@wp.pl za jedyne 35 zł i z autografem autorki).

Marek Trojanowski, ETYKA I POETYKA, t. I-IV - www.literator.pl/?page_id=171 - najbardziej obszerne i szczegółowe dzieło traktujące o współczesnej polskiej poezji; nowatorskie, krytyczne, pełne dygresji, ironii, erudycyjnych odniesień, stanowi równocześnie interesujący przykład literatury pięknej.

Natomiast dla miłośników celulozy, wrogów drzew, konserwatystów i bardziej zasobnych proponuję książki wyłącznie papierowe: antologię opowiadań WBREW NATURZE (z udziałem m.in. Anny Janko, Włodzimierza Kowalewskiego, Grażyny Plebanek, Tomasza Sobieraja); zbiór esejów i reportaży PODRÓZE Z TEJ I NIE Z TEJ ZIEMI Józefa Barana, wspaniałą opowieść Janusza Głowackiego GOOD NIGHT, DŻERZI oraz NIBY-DZIENNIK, czyli nie tylko intelektualną spowiedź Zygmunta Mycielskiego.

Z NAJLEPSZYMI ŻYCZENIAMI

Witold Egerth

Esej: ŚWIAT EMILA CIORANA


Od rumuńskiej mistyki do francuskiej gramatyki

Autorzy: Mariusz Bober, Dariusz Magier


Jesienią 1997 roku w Paryżu ukazał się gruby tom notatek Emila Ciorana. Zaskoczenie, bo wydawało się, że o pisarzu zostało już powiedziane i napisane wszystko. W „Cahiers”, czyli „Zeszytach”, poznajemy Ciorana innego. Zapiski z lat 1957-1972 to tysiąc stron znakomitej prozy rumuńskiego emigranta, z którymi polski czytelnik mógł zapoznać się w 2004 roku.

Wielki świat wygląda zza okienka, wysublimowana literacka myśl, przecież nieznana dla zwyczajnego zjadacza chleba, jakże odległego od wydarzeń z paryskich księgarń. Przedziwne, jak wąski jest krąg odbiorców, dla których pojawienie się „Zeszytów” Ciorana staje się wydarzeniem. Gdyby chcieć ująć w jedno zdanie, esencję, to zawsze zaskakujący staje się świat pisarza. Zaskakujący – wszak pisarz wiedzie tak odmienny styl życia, że przeciętny zjadacz chleba uzna go za społecznie nieprzydatny, wyobcowany. A przecież literackie podróże Ciorana skłaniają do refleksji, gdy obserwujemy jak krok po kroku stawał się wnikliwym myślicielem, któremu towarzyszyły muzyczne wspaniałości Bacha. Czyż nie jest tak, że dopiero polemika, czy też nawiązywanie do myśli innych pisarzy, w pewien sposób pomaga wniknąć w ich osobliwy świat, świat również intymny, w którym bohater opowiada o tym, co je na śniadanie, co czyta, kiedy nie tworzy, i jakie rozterki nim targają. Można ubolewać, że tak mało wnikamy w literacki świat twórców.

Cioran żyje w poczuciu porażki, zauważa, że jego pokolenie, pokolenie rumuńskich intelektualistów, poniosło klęskę. Mowa oczywiście o wydarzeniach sprzed wybuchu drugiej wojny światowej. „Co zawdzięczam Iron Guard?” – pyta i odpowiada – „Konsekwencje wynikające dla mnie ze zwykłego młodzieńczego uniesienia były i są tak ogromne, że w późniejszym czasie okazało się dla mnie niemożliwością orędowanie za jakąkolwiek sprawą, nawet zupełnie nieszkodliwą, nawet szlachetną, czy Bóg wie jaką. To dobrze, że przyszło nam drogo płacić za szaleństwo młodości; później oszczędzamy sobie niejednego rozczarowania” .

Międzywojenna Rumunia to niedowład ustrojowy, powszechne malwersacje, korupcja, nepotyzm, fałszerstwa wyborcze i chaos gospodarczy. W 1927 roku młody idealista nacjonalistyczny Corneliu Zelea Codreanu, zwany przez zwolenników Kapitanem, organizuje Legion Michała Archanioła, którego „zbrojnym ramieniem” była tzw. Żelazna Gwardia. Zaczął działalność z małą grupą studentów, w której wprowadził klasztorno-koszarową dyscyplinę stając się raczej prorokiem niźli przywódcą politycznym, a codziennością legionistów był religijny mistycyzm, poświęcenie, ascetyzm i kult śmierci. Wkrótce ruch rozrósł się do ponad 350-tysięcznej organizacji. Mieszkali we wspólnotach zwanych gniazdami, wędrowali po kraju z ikoną Michała Archanioła głosząc rychłe zwycięstwo nad szatanem i pomagali chłopom w pracach polowych. Legion Michała Archanioła zgromadził elitę młodego pokolenia Rumunów. Członkiem bukareszteńskiego gniazda „Axa” był Emil Cioran. Jako młodego eseistę pchnęła go tam fascynacja chrześcijańską mistyką śmierci, męczeństwa, obojętnym przyjmowaniem cierpienia, które wówczas pojmował jako dominujący składnik ludzkiej egzystencji. To wszystko znalazł w ruchu, na którego czele stał Codreanu. W 1933 roku członkowie Legionu tworzą Komando Śmierci, którego zadaniem jest jednak nie zabijanie, ale przyjęcie śmierci. Miała to być forma ideowego apostolstwa, kolejne w dziejach Europy krucjaty dziecięce – kolumny młodzieży legionowej uformowanej w znak krzyża (tzw. żywe krzyże). Grzegorz Górny pisze: „Po drodze śpiewali pieśni, wznosili legionowe hasła, piętnowali bezprawie władz. Zatrzymywani przez policję i żandarmerię (...) klękali i modlili się. Wkrótce cały kraj przemierzały kolejne grupy «krucjaty dziecięcej», gromadząc na swej trasie wielotysięczne tłumy. (...) Kiedy w miejscowości Teius żołnierze otworzyli ogień, Legion doczekał się pierwszego męczennika”.

Po latach Cioran określi Legion Michała Archanioła, w którym czynnie uczestniczył, mianem „obłąkańczej sekty”. „Był to ruch okrutny, mieszanka prehistorii i profesji, mistycyzmu, modlitwy i rewolweru, prześladowany przez władze i zabiegający o prześladowania” – napisze.

Nie przypomina w samokrytyce swej młodzieńczej postawy innego Rumuna, również popierającego w młodości Legion Michała Archanioła, Mircei Eliadego. Słynny religioznawca nie wspomina przeszłości, ale też nie przyłącza się do politycznie poprawnego chóru krytykującego międzywojennych młodych rumuńskich narodowców, zaś jego książkę zatytułowaną „Od Zalmoksisa do Czyngis-chana” można określić mianem apoteozy ojczyzny i własnego pokolenia, pokolenia legionistów – idealistów, którzy próbowali zmierzyć się z przeszłością i – jak to określi Przemysław Dulęba – ideą „mocnego dobra”.

Natomiast do Ciorana „grzechy młodości” wracają w postaci sennego koszmaru na jawie i nigdy nie kończą swojego nań wpływu. Przeszłość jest dlań przekleństwem, które zaważyło na dalszych jego losach, ale jednocześnie fascynuje go ona i nie pozwala na komfort innej niźli kontr-ideowa postawy.

W „Zeszytach” zauważamy głęboką ambiwalencję, klasyczną dwuznaczność właściwą każdemu dziennikowi – rozdarcie między refleksją filozoficzną a materią egzystencjalną zapisywaną in crudo. Autor przechodzi głęboką metamorfozę, od pochwały czynu do apoteozy ataraksji. W tej metamorfozie nurt miał swoich wybitnych przedstawicieli: Martina Heideggera, Gottfrieda Benna, Ernsta Jungera czy też Andre Malraux, a w świecie anglosaskim W. H. Audena. Jego metamorfoza to zmiana myśli filozoficznej na kontynencie orientującej się na młodość. Cioran należał do pokolenia, jakże licznego i spóźnionego, wielbicieli i uczniów Fryderyka Nietzschego – poszukujących innych „łatwopalnych idei”. Jednak dojrzewa: „Z biegiem czasu, coraz częściej stwierdzam, że w każdym punkcie stoję na antypodach myśli Nietzschego. Coraz mniej lubię myślicieli szalonych. Wolę mędrców i sceptyków, «nienatchnionych» par excellence, których żaden ból nie ekscytuje ani nie bulwersuje. Lubię myślicieli podobnych do wystygłych wulkanów”. Przypomina w tym trochę pięćdziesięcioletniego duchowego spaślucha, który – wspominając swoje życie – z odrazą dziwi się, że kiedyś mógł łazić po drzewach.

Z chwilą kiedy dokonuje zwrotu w stronę mistycznej pasywności, do tego dowcipnej, zamienia mistrzów niemieckich na francuskich. Dla znawców europejskiej topografii intelektualnej skok ten nie jest kwestią przeprowadzki z jednego miasta do drugiego, z jednej ulicy na inną. To skok nad Renem, nad przepaścią dzielącą dwie absolutnie inne koncepcje kultury i literatury, definiujące przez długi czas różne postawy i oczekiwania. W pewnym momencie porzuca pisanie po rumuńsku i niemiecku, by skupić się na języku francuskim, tym samym koniecznością stała się gramatyka francuska. Od tej chwili autor podziwia elegancki francuski sceptycyzm, w końcu wpisuje się w długą linię francuskich moralistów i prawdopodobnie staje się jednym z ostatnich przedstawicieli tejże. Studiuje dzieła Pascala czy Montaigne’a „wykradając” również z francuskich pamiętników inspiracje, „sól attycką”, francuskie esprit. Nie omija salonów. Zatracając transcendencję porzuca – jako posiadające w sobie ziarno zniszczenia – zaangażowanie ideowe. To prawda, wojna idei może niszczyć ludzkie ciała, jednakże apatia „nienatchnionych” niszczy ludzkie dusze.

Wartość „Zeszytów” bierze się również stąd, iż zwierają ogromny żal za tym, co autor porzucił. Jak się okazuje, łatwiej jest wertować strony jadłospisu, niż przerzucać stronice wielkich kultur. Dzieło od strony „archeologicznej” jest pasjonujące: zawiera niemiecką poezję, niemieckich mistyków, takich jak mistrz Eckhart, dalej muzyka niemiecka i – oczywiście – wielki Jan Sebastian. Przedziwne, że autor stylizuje się na wygasły wulkan, chwaląc chorobę, bezsenność, czy zmęczenie. Po co? Pozornie? Bo jednak odzywa się w nim tęsknota za „wulkanami czynnymi, za szczytami, nad którymi unoszą się oznaki aktywności”?

Obok konotacji rumuńskich, niemieckich, francuskich, Cioran, zaraża się Hiszpanią. Dlaczego miłość do Hiszpanii? Hiszpania to kraina honoru, rycerskości, pasji, mistyki, a przede wszystkim ojczyzna nostalgii. Znajduje zastępczą Rumunię, staje się Hiszpanem.

Czym jest dziennik intymny? Wynalazkiem pisarzy nowożytnych. Nigdy nie odnajdziemy dziennika Homera, Dantego czy Szekspira. Ci autorzy przedstawiali życie w walce, w doświadczeniu. Pisarz ciągnie nas wręcz za rękaw, by pokazać, co posiada w zakamarkach swojej pracowni. Niedojedzony pasztet, brudna kurtka, kotlet schabowy, sterta starych gazet, zabłocone buty, niezmyte naczynia – to również jego świat. W przypadku Ciorana nic takiego nie spotkamy, jakby zamykał akurat te podwoje swojego świata. Nic na temat prywatnego życia. Poznajemy jedynie filozofa i jego nastroje? Nie spotykamy też jego bliskich? Po „S.” domyślamy się jedynie, że chodzi o Simone Boue, towarzyszkę jego życia, która przygotowuje dzienniki do druku, sama jednak ginie tragicznie. Inni pojawiają się epizodycznie – Ionesco, Beckett, Celan czy Czapski.

Ucieczka od rumuńskiej mistyki w gramatykę francuską nie uwalnia go od „demonów”, które kierowały jego poczynaniami w młodości. Widzimy autora jako człowieka nerwowego, toczącego bój z własnym temperamentem, marzącego o buddyjskiej obojętności, a w rzeczywistości nie potrafiącego przeżyć choćby jednego dnia w spokoju. Awantury w urzędach to dlań rzecz normalna. Przedziwne, marząc o samotności prowadzi bogate życie towarzyskie, „kolacyjne”, gdzie spotyka kolegów literatów, którymi gardzi w swoich dziennikach. Rezygnując z idei zamienia aktywność na jałowość.

Cioran jest niezmiernie błyskotliwym pisarzem, suwerennym, nie podlegającym modom, skrzętnie szperającym w bibliotekach w poszukiwaniu dzieł zapomnianych. Zadziwia pochwała „cienia” w jego twórczości. Kłują w oczy paradoksalne stwierdzenia: „klęska jest lepsza od zwycięstwa”, „każdy sukces jest wulgarny”, które znowuż stanowią powrót do „złej” przeszłości eseisty. Jednakże w autowyrzutku Emilu Cioranie idea rumuńska zamienia się w swoją karykaturę. Mistyka śmierci ewoluuje w mistykę błahostek. Przedziwne przemianowanie pochwały życia. „Zeszyty” stają się wielkim hymnem na cześć dekadencji, upadku, impotencji życiowej.

Cioran to sceptyczny emigrant. Zagajewski twierdzi, że emigranci to ludzie szczęśliwi. Ludzie, którzy starannie ukrywają swoje szczęście. Osławiona nostalgia, lata dzieciństwa, dźwięki dzwonów, ośnieżone Karpaty. Balansowanie pomiędzy zaletami emigrowania, a pozostaniem w kraju, pomiędzy tym, co traci emigrant, a za czym tęskni człowiek wzorem Immanuela Kanta, który nigdy nie opuścił swojego miasta.

A co z Cioranem? Ponoć nie wrócił szczęśliwy do Rumunii tracąc pamięć w Paryżu na podobieństwo amnezyjnych starców. Powojenna Rumunia, naród komunistycznego cara Ceausescu, wywiera nań ciągle ogromny wpływ. To „naród nieszczęśliwy i nieuczciwy...”, „naród, w którym wszystko przekształca się w miniaturę”. A przecież w swojej intelektualnej układance zawiera istotne klocki teologów i myślicieli, mistyków i kompozytorów, w końcu poetów. On sam, jakby paradoksalny, kiedy mówi: „Prawdziwy pisarz trzyma się ojczystego języka, nie zamierza szperać w tej czy innej obcej mowie. Umie się ograniczyć – oto jego sekret”, łamie własną regułę.

Po co więc czytać „Zeszyty”? Choćby dla samej ich błyskotliwości, zaskakującej inteligencji, w końcu dla samego stylu. Cioran wypowiada ciekawe zdania, np.: „Niepodobieństwem jest napisać listu kondolencyjnego, nawet jeśli jest się szczerym. To gatunek najbardziej fałszywy; ciekawe, że nie został zniesiony za jednomyślnym postanowieniem”. Nie znajdujemy u niego dłoni złożonych do modlitwy, znajdujemy niemalże wściekłą ciekawość, która ma zastąpić modlitwę. Dociekliwość, która pcha go do bibliotek, do lektury, do innych ludzi. Modlitwa to ciekawość skierowana do samego siebie.

Czy czytelnika nie zniechęci lapidarny styl Ciorana? Ten styl zwodzi, pulsuje, irytuje. Wypowiada zdanie, a za chwilę mu zaprzecza. Jeden z recenzentów nazywa go „Beduinem myśli”, inny twierdzi, że bohater uprawia „najbardziej błyskotliwy irracjonalizm bałkańskiej beznadziejności”.

Ale też Cioran nie nabiera się na intelektualne mody. Absolutnie suchy przechodzi obok zmieniających się francuskich nastrojów, ba, wyszydza na dokładkę epokę strukturalizmu, kiedy wszyscy, jak jeden mąż, pisali o języku. Epatuje post-legionowymi wypaczeniami, takimi jak: „Jednostka, podobnie jak naród, jest coś warta tylko wtedy, gdy zostaje zwyciężona. (...) Ktoś, komu się udało, z punktu staje się nieinteresujący”. Świat nieudaczników i życiowych rozbitków staje się również światem osobnym, innym gettem wartym zainteresowania, miejscem, w którym również toczy się życie. Cywilizacja pomiędzy światem idei a kontr-idei.

Zagajewski określi jego literackie zmagania jako „snobizm rozpaczy”, ma wątpliwości, czy użyć określenia „nihilizm”. Cioran korzysta z własnej medycyny jako lekarstwa na „infekcję cienia”. Przeciwwaga to jego erudycja zdobywana w sposób chaotyczny, egzystencjalny i być może dlatego bardziej wyrafinowana. A przecież niejaki Constantin Noica, mistrz młodych intelektualistów, krytykował Ciorana za lekturę mistrzów drugorzędnych, nie tak jak on, który delektuje się Platonem, Arystotelesem, Heglem, Heideggerem. A Eckhart, Seneka – drugorzędni? Cioran unika modnych gigantów, boi się ich. Obawia się, że mogą na powrót rozpalić w nim ogień i pchnąć na powrotną drogę od kontr-idei do idei. Nie chce już iść za wielkimi, tak jak kiedyś poszedł za Codreanu. Strach przed złym wyborem obezwładnia go. Jednak w tej kontrowersji znajdujemy także dążenie do prawdziwego, wolnego wyrazu myśli, unikanie myślowej łatwizny, fascynację umysłami samotnymi i surowymi dla siebie. Wypowiada zdania, które intrygują, pompują do szarych komórek pytania.

W gruncie rzeczy w przeklinaniu przeszłości przez autora „Brewiarza zwyciężonych” możemy odczytać żal za utraconymi szansami, za porywami serca. Kontr-ideowość wydaje się być tu wyborem rozpaczy po upadku tego, co Eliade określi mianem „duchowej rewolucji” opisując zachowanie legionistów internowanych wraz z nim w obozie Miercurea-Ciucului: „Wieczorna modlitwa kończyła się potężnym «Bóg jest z nami», odśpiewanym przez trzysta głosów. Na ostatnim piętrze znajdowało się pomieszczenie na «nieustanną modlitwę». Dniem i nocą któryś z więźniów przez godzinę modlił się tam lub czytał Biblię, przerywając tylko wówczas, gdy ktoś inny przychodził go zluzować”. Postawę Ciorana mógłby przyjąć Leon Degrelle, Belg również obciążony ideowym „grzechem młodości”, gdyby (co się, na szczęście, nie stało) jego dusza przestała „płonąć”, a w jej miejscu pozostał zimny, bolący kamień. Tak jakby pisarz ubolewał nad tym, że ominął go chrzest krwi, który Żelaznej Gwardii zgotował królewski rząd Rumunii. 30 listopada 1938 roku Corneliu Zelea Codreanu oraz trzynastu jego dowódców Legionu Michała Archanioła zostało zamordowanych w więzieniu Doftana. Zabił ich ten sam Tron, o którym niespełna pięć lat wcześniej w „Podręczniku dowódcy gniazda” Kapitan pisał: „Legion stoi niezłomnie na straży wokół Tronu, na którym zasiadali Książęta i Królowie poświęcający się w obronie chwały i dla dobra Narodu”. Ciała przywódców Legionu wywieziono do lasu, wrzucono do głębokiego dołu, oblano kwasem, potem zasypano wapnem i zalano betonem. Technika zaangażowana w walkę z ideą. Na myśl przychodzi legenda związana ze śmiercią polskiego poety związanego z ruchem narodowym, Andrzeja Trzebińskiego, któremu przed rozstrzelaniem Niemcy mieli zalać ustawa wapnem. Jedenaście lat po zabiciu Codreanu Cioran oddał jednak swoisty hołd postawie legionistów pisząc mesjanistycznie: „Wszystkim wodzom pościnano głowy, a ich trupy wyrzucono na ulice: spotkało ich przeznaczenie, co zwalniało kraj ze spotkania z własnym”. Ale nie była to prawda, a jedynie refleksja emigranta, chwilowa słabość późniejszego przedstawiciela gramatyki francuskiej.

W „Zeszytach” czytelnik napotka przewrotność, która z jednej strony będzie przyciągać, z drugiej odpychać. Znajdzie zranionego człowieka w wiecznym ruchu pomiędzy smutkiem a ciekawością, życie i historię współczesnego intelektualisty, „podróżnika” po kulturach, którego powojenna reakcja demoliberalna uczyniła kreaturą podobną post-komunistycznym twórcom mającym w życiorysie – stokroć gorsze – „heglowskie ukąszenie”. Wyciągnij rękę, choć ta róża nie jest pozbawiona kolców. Taki jest kwiat, taki jest świat Emila Ciorana.


Bibliografia:

E. Cioran, Zeszyty 1957-1972, Warszawa 2004.
P. Dulęba, Dakowie, Zalmoksis i Legion Michała Archanioła. Rumuńskie dziedzictwo Mircei Eliadego, „Fronda”, nr 33.
M. Dylewski, Jedna Rumunia trzy „faszyzmy”, „Fronda”, nr 33.
M. Eliade, Od Zalmoksisa do Czyngis-chana, Warszawa 2002.
G. Górny, Rumuńska mistyka śmierci, [w:] idem, Demon Południa, Warszawa 2007.
A. Zagajewski, Gramatyka francuska, „Zeszyty Literackie”, 93, nr 1/2006.


Felieton: CHORE DZIECKO EUROPY


Autor: Tomasz Sobieraj


Gdy przyglądam się poczynaniom naszej krytyki artystycznej, szczególnie literackiej, przypomina mi się pewna historia.

Kilka lat temu na ścianie jednego z łódzkich bloków ukazała się Matka Boska. Tłumy wiernych ściągały, żeby ujrzeć Królową Polski i złożyć jej pokłon. Mówiono o tym niezwykłym, cudownym zjawisku w mediach, na ulicach, w domach. Euforia ludu wzrastała z dnia na dzień. Duchowni w czarnych sukienkach krzątali się dyskretnie dokoła budynku, podobnie jak sprzedawcy obwarzanków, świętych obrazków i różańców. Po jakimś czasie wybrałem się i ja w te obdarzone łaską okolice, bo chociaż jestem przyrodnikiem, to nie wykluczam istnienia zjawisk nadprzyrodzonych pomny tego, że i fizycy stają w obliczu zagadek trudnych do rozwiązania za pomocą rozumu.

Wysiadłem z autobusu i poszedłem tam, gdzie gromadził się tłum – falujący, rozmodlony, niemal w ekstazie. Jedni tylko chylili czoła, drudzy stali w półzgięciu, niektórzy klęczeli przed żółtą ścianą z numerem bloku i otworami wentylacyjnymi, w których przysiadały zdumione gołębie. Panowała atmosfera powagi, skupienia i oczekiwania. Jednak co jakiś czas masa ludzka ożywiała się, kołysała i przebiegały przez nią elektryzujące słowa: „Patrz! Jest! Widzisz! Najświętsza Panienka! Królowa Nasza! Pani Nasza! Módlmy się!” Stałem pomiędzy innymi, z zadartą głową, pełen dobrej woli, ba, nawet prawdziwej wiary w Najwyższą Istotę. Czekałem na widzenie, na znak, najmniejszy chociaż gest. I mimo że wytężałem wzrok, kierowałem go tam gdzie inni, niczego nie zauważyłem, poza liszajowatym zaciekiem i zapaskudzoną przez gołębie elewacją. Zdziwiony, że nie dostrzegam tego, co wszyscy, zacząłem się życzliwie dopytywać rumianych kapłanów i osób stojących obok, czy naprawdę coś widzą i jeśli tak, to gdzie, w którym miejscu tej ściany, niech mi w swej bezkresnej dobroci wskażą, bym miał dowód i zaznał łaski poznania. Patrzyli na mnie najpierw ze zdziwieniem, później z coraz większą niechęcią, na koniec przybrali właściwy wszystkim fanatykom zacięty wyraz twarzy. Ich oczy zrobiły się złe. Poczułem ziejącą w moją stronę nienawiść i odrazę. Jeszcze kilka głośno wyrażonych wątpliwości z mojej strony, i byłbym się przekonał, czy istnieje życie po śmierci. Ale zadziałał instynkt samozachowawczy – odwróciłem się i odszedłem. Do katedry.

Ich było więcej. Oni widzieli, a ja nie. Tylko czy większość ma rację? Logika mówi, że nie, historia uczy, że nie, życie na co dzień dowodzi, że nie.

Życie też uczy, że nie warto dyskutować z ludźmi, którzy nie mają własnego zdania.

Czasem jednak trzeba przełamać niechęć i lenistwo i napisać kilka słów, szczególnie gdy sprawa zatacza coraz szersze kręgi. Mam na myśli ogólny środowiskowy lament, który rozległ się po mojej z Janem Siwmirem rozmowie o tak zwanej twórczości Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego. Podsumowaniem tych histerycznych spazmów jest komentarz Jana Z. Brudnickiego, zamieszczony w pierwszym numerze kwartalnika InterMosty i w listopadowej Krytyce Literackiej.

To ładnie, że pan Brudnicki ujął się za słabszym kolegą i wystąpił w obronie jego dzieła. Jednak wzruszający tekst krytyka o ciężkim życiu i zasługach E. Tkaczyszyna-Dyckiego pachnie naiwną partyjną agitką z czasów gomułkowskich, a co najmniej przypomina głos aktywisty z zebrania zakładowego kolektywu partii w fabryce wieszaków – jest równie niemerytoryczny, alogiczny i niczego nie wnosi, poza jeszcze głębszym przekonaniem czytelnika, że o powodzeniu żyjącego twórcy decydują znajomości. Nie jest to żadna nowina, chociaż za każdym razem wywołuje niesmak, jak zjedzony z jabłkiem robak.

Rozpoznanie prawdziwego, do tego żyjącego talentu, czy nawet więcej – geniuszu, w polskich warunkach jest niemożliwe. Wymagałoby to od krytyka rzetelnej pracy, odwagi cywilnej, niezależnej myśli, wiedzy i niechęci do zakrapianych wódą bankietów, a to, jak wiemy, cechy zasadniczo rzadko tutaj spotykane. Dlatego polski krytyk mówi, a pewnie nawet myśli to, co mu zostało przez kolegów i autorów wgrane, a właściwie wlane, jest jedynie białkową maszyną do powielania bzdur i kłamstw, które, zgodnie z teorią doktora Goebbelsa, powtórzone sto razy stają się prawdą. Na szczęście nie prawdą uniwersalną, ogólnym prawem, tylko prawdą polską, lokalnym prawem zadupia, jak rozporządzenie sołtysa. Oczywiście od tej smutnej reguły zawsze jest wyjątek, jakieś brzydkie kaczątko, które czasem zamieni się w łabędzia, bywa, że i w orła, ale to przypadki rzadkie – jak wszystko, co dobre. W statystyce takie skrajne wartości się odrzuca, żeby nie zaciemniały obrazu zbioru, i podobnie odrzuca się je w krytyce, która lubi, żeby stado kwakało jednym głosem.

Typowe cechy polskiej krytyki widoczne po zbadaniu jej populacji na przestrzeni ostatnich dwóch wieków, to schylanie karku przed nadmuchanymi autorytetami, tchórzostwo, pańszczyźniana mentalność, lokajstwo, niesamodzielność intelektualna, brak logicznych i merytorycznych argumentów oraz ścisłych kryteriów. Ostatnimi laty do tej listy dołączyło jeszcze zwykłe nieuctwo. Przez taką krytykę i wynoszonych przez nią twórców tkwiliśmy i tkwimy w prowincjonalnym grajdole, stanowiąc pośmiewisko dla kulturalnego świata. Przez taką krytykę i politykę antykulturalną państwa, nasza sztuka i literatura nie ma pięknej, mądrej twarzy, delikatnych rąk i zgrabnych nóg, tylko swojską gębę, grube łapy i krzywe kulosy (dygresja: witkacowski cham dobrał się nawet do Szopena – na plakatach jakiś bęcwał ubrał go w dres!). Wyglądamy jak chore, opóźnione w rozwoju dziecko Europy. Tym bardziej, w tym zalewie barbarzyństwa, dziwię się panu Brudnickiemu, że broni literatury zaściankowej, do tego ewidentnie prymitywnej, bez śladu ducha i myśli. A podobno jest on znawcą twórczości i życia Juliusza Słowackiego. No nie wiem, jakoś mi to nie pasuje, widzę tutaj ewidentną logiczną sprzeczność. Ba, mam nawet przeczucie, że „Beniowskiego” to pan krytyk nie czytał, tudzież paru innych dzieł autora doktryny genezyjskiej. Albo też czytał bez zrozumienia, co nie wydaje się nieprawdopodobne.

Stwierdzenie krytyka, że „Dyckiego ogłoszono na salonach nowym trubadurem, jak niegdyś Stachura, wcześniej Norwid, Leśmian, Czechowicz – porzucających dom, zdających się na lęk samotności, wybierających psychiczną samotność, włóczęgę”, nie dość, że gramatycznie niepoprawne, to zakrawa na śmieszność – bynajmniej nie tylko dlatego, że w tych salonach słoma, która wypadła z gumofilców wala się po klepisku udającym parkiet, ale przede wszystkim z powodu zestawienia nazwisk (zgoda jest tylko na Stachurę). Miejcież umiar, wy tam, na salonach, uczcie się, nie wypisujcie bzdur. Przecież, jak mówią nie bez racji Rosjanie „słowa drukowanego siekierą nie wyrąbiesz”. Ono zostaje i daje świadectwo. O was.

Moje poglądy na sztukę nie stanowią tajemnicy. Wielokrotnie o nich pisałem, znajdują wyraz w mojej twórczości. Przypomnę jednak główną ideę swojego programu artystycznego: sztuka jest kreacją, nie relacją – tym bardziej więc nie może być prymitywnym obrazowaniem. Nie powinno zatem dziwić, że odrzucam wulgarność na korzyść dobrego smaku, że stawiam intelekt ponad fizjologię, umiejętności ponad nieudolność. Jednocześnie uważam, że każdy może tworzyć to, co chce, niezależnie od tego, czy zawodowo pasie gęsi, czy wymyśla tomograf – ważne, żeby był z tego zadowolony. Jednak nie mogę zgodzić się na to, żeby pozbawieni narzędzi i planów półhumaniści wyszli chwiejnym krokiem prosto z dworcowego bufetu i budowali z fragmentów pijackiego widzimisię gmach katedry, w której – zanim runie – mieszkałyby i paskudziły wróble. Jest to niebezpiecznie dla potencjalnych wiernych i przechodniów, obraźliwe dla Boga, demoralizujące dla wróbli.

Felieton: ŚWIĘTA NAIWNOŚĆ


Autor: Igor Wieczorek


Im głębiej się w coś angażuję, tym bardziej czuję się od tego czegoś zależny, a im bardziej czuję się od czegoś zależny, tym mniej chętnie się w to angażuję. Nie angażować się w nic nie potrafię, nie chcę i nawet nie mogę, bo człowiek niezaangażowany na nic nie zasługuje, a jego nieważkie istnienie ciąży wspólnocie ludzkiej. Być może jedynym obszarem rzeczywistości społecznej, na którym brak zaangażowania nie kończy się uzależnieniem i nikomu nie ciąży, jest obszar literatury, sztuki i filozofii. Jedynie na tym obszarze można nie tylko bezkarnie, ale i z jakimś konkretnym, ogólnospołecznym pożytkiem próbować przyjąć pozycję biernego obserwatora, wolnego komentatora, niezależnego autora. I chociaż samo przyjęcie tej godnej uwagi pozycji wymaga zaangażowania, to jednak nie uzależnia w złym tego słowa znaczeniu.

Dobrym tego przykładem jest literacka spuścizna tegorocznego noblisty Mario Vargasa Llosy. W przeciwieństwie do tych wszystkich pięknoduchów, którzy jak ognia unikają poruszania problematyki społecznej, i w odróżnieniu od wciąż licznych pisarzy-ideologów, wieszczów, mistrzów, mentorów, ten peruwiański prozaik idzie drogą środkową – drogą niezależnego podejmowania tematów niełatwych, piekielnie bolesnych. Nie jest ani mentorem ani reformatorem, który wyjmuje słowa spod prawa przyczyny i skutku. Jest jednocześnie estetą i nieubłaganym krytykiem opresyjnych mechanizmów społecznych. Nagrodę Nobla przyznano mu za „przedstawianie struktury władzy oraz wspaniałe zobrazowanie oporu, rewolty i przegranej jednostki”.

Zasłużony publicysta, Piotr Bratkowski, zauważył, że Llosa to „Balzak, który przeczytał Joyce’a”. Chodzi mu o to, że powieści Llosy łączą ambicje poznawcze powieści XIX-wiecznych z nowoczesną techniką narracji. P.Bratkowski zauważył też słusznie, że najlepsze powieści M.V.Lllosy są oskarżeniem kultury o brak szacunku dla indywidualizmu i o to, że wartość człowieka we współczesnym społeczeństwie sprowadzona została do pełnionych przezeń funkcji społecznych. Właśnie w tym sensie Llosa ma bardzo wiele wspólnego z naszym wybitnym Witkacym, prekursorem nowoczesnej kontrkultury.

Prawdopodobnie już wkrótce zacne wydawnictwo Znak wznowi głośną powieść Llosy pt. ”Raj tuż za rogiem”. Warto przeczytać tę polityczno - filozoficzną opowieść o poszukiwaniu prawdy, wolności i zbawienia. Jednym z jej głównych tematów jest życie Paula Gaugin’a, który, jak wiadomo, zerwał z życiem paryskiego mieszczucha i udał się na Tahiti w poszukiwaniu inspiracji. Ten niespokojny artysta był przekonany o tym, że wiodąc żywot „dzikusa” dotrze do źródła prawdy. Umarł w osamotnieniu, chory i potępiony. Choć poniósł klęskę za życia, to jednak jego obrazy wydają się nieśmiertelne. Oby powieśći Llosy też stały się nieśmiertelne.

Ciekawe, dlaczego mój kraj nie ma swojego Llosy? Witkacy już dawno nie żyje, Waldemar Łysiak zdziwaczał i niczym nie zaskakuje. Dlaczego nasza krytyka jest zgrzebna, nieestetyczna, pełna zjadliwych inwektyw lub akademickich pouczeń, a nasi mistrzowie słowa są ślepi na kwestie społeczne? Może po latach zaborów i politycznego horroru nagłe przyjęcie pozycji wolnych obserwatorów wydaje się nam niebezpieczne? Przywykliśmy chyba do tego, że wpływanie na losy świata poprzez literaturę kończy się uległością wobec partyjnych dyrektyw. Sądzimy, że niezależność to taka oaza spokoju, do której dotarliśmy w końcu po latach trudu i znoju, a artystyczne wyzwania w kraju demokratycznym są czymś w rodzaju dziecinnej, zupełnie niewinnej zabawy. W odróżnieniu od Llosy jesteśmy bardzo naiwni.

Recenzja: Przemysław Owczarek RDZA


Autor: Marek Trojanowski


W pewnych kręgach naukowych dyskutowana jest teza o tzw. kosmicznej wenie poetyckiej. Nie chodzi tu o debatę nad metafizycznym aspektem tego, co określa się ogólnie natchnieniem poetyckim, lecz o możliwość ingerencji w poetycki akt twórczy czynnika związanego z cywilizacją pozaziemską. Istotnym argumentem w tejże debacie, potwierdzajacym ową tezę miał być tomik poetycki Przemysława Owczarka pt. „Rdza”.

Polscy hermeneuci szkoleni w supertajnym ośrodku Area 51 i 1/8 w zakresie Demaskowania Utworów Pozaziemskich (DUP), odkryli, że Przemysław Owczarek musi być albo stęsknionym za rodzinną planetą kosmitą, który używajac tajnego, zrozumiałego tylko dla intelektów pozaziemskich kodu komunikacyjnego, stara się nawiazać kontakt z rodzinną planetą, albo szpiegiem kosmicznym, który przekazuje niezbędne dla kolonizacji niebieskiej planety informacje mocodawcom z innej planety.

Z przebadanych wg kryteriów DUP-y kolejnych utworów z tomu „Rdza” Przemysława Owczarka, polscy hermeneuci wynotowali i poddali odkodowaniu następujace fragmenty o pochodzeniu pozaziemskim:

rzeka grzebała na dnie obce imiona

[Zakole]

Naukowcy sa zdania, że Owczarek chce przekazać na rodzinną planete komunikat o tym, że tlenek wodoru występujący na Ziemi nie jest przyswajalny przez organizm obcych (sraczka i te sprawy). Dlatego w przypadku ewentualnej kolonizacji kosmici-rodacy muszą zabrać picie ze sobą.

sosny karmiły powietrze
mężczyźni tonęli w tranzystorowych unitra.
cień lizał łyżki i cicho rżało słońce,

[pójdź, pójdź]

Tutaj hermeneuci są podzieleni w ocenach. Jedni uważaja, że fragment ów dotyczy charakterystyki rytuałów godowych stymulowanych działaniem chlorofilu. Przeciwnicy tej interpretacji wskazują na jej zasadniczą słabość: odbiorniki produkowane przez zakłady UNITRA są wysoce awaryjne, co wyklucza kopulację. Co innego SONY.

siedział nad zupą, a jedzenie klepało za niego
pacierz

[maxim]

Wszyscy specjalisci DUP-y są zgodni, że Owczarek wysyła rodakom sygnał, że jedzenie ziemskie, nawet w postaci płynnej, nie ma żadnej wartosci odżywczej dla organizmów obcych.

Na drodze piasek łaskotał skórę.
Dęby stały syte od promieni
Brzeg wił się w stronę doliny

[inter secundo]

Dupolodzy są przekonani, że ten fragment przedstawia charakterystykę topografii terenu niebieskiej planety. Podanie dokładnych danych na temat ukształtowania terenu, jego pokrycia, nachylenia względem słońca itp. itd. jest niezbedne dla prawidłowego zaplanowania kolonizacji. I tak: „Dąb syty promieniem” ma robić za wieżę międzyplanetarnej kontroli lotów, a „wijący brzeg” za lądowisko i pas startowy. Zaś „łaskoczący piasek” ma być dorażną rozrywką dla obcych, zanim nie odkryją ziemskiego wynalazku jakim jest prostytucja. W kolejnych częściach tomiku „Rdza” Przemysława Owczarka badacze DUP-y natknęli się na bezpośrednią charakterystykę homo sapiens sapiens, którą sporządził Owczarek z zamiarem wysłania obcym. Oto:

Mama jak guziec ryje w ogrodzie

[sierpień]

Naukowcy polscy dzięki powyższemu fragmentowi odkryli, że Przemysław Owczarek nie jest jedynym agentem obcych na ziemi i że kolonizacja już się rozpoczęła.

Dupa mnie boli, mówi babcia.
Babcia to lubi czytać mitologię. A w rzece śmiesznie. Spódnicę musi podkasać. Widzę jej blade, chude łydki. Stoi w środku płycizny, małe rybki skubią jej pięty. Chichocze i prosi, żebym podał rękę.

[wrzesień]

Badacze DUP-y nie wiedzą jeszcze jaki jest sens takiej charakterystyki sposobu rozmnażania się Ziemian, jaki relacjonuje obcym Przemysław Owczarek.

Samochód połyka śnieg. W brzuchu ma wichurę.

[luty]

Ten fragment daje powód sądzić, że kolonizacja Ziemi nie zakończy się powodzeniem. Ziemianie nie opracowali jeszcze technologii silników samonapędzajacych się śniegiem, ale taka relacja, którą zdaje poeta-kosmita, może odstraszyć obcych, którzy nabiorą fałszywego mniemania na temat technologii ziemskich. W kolejnych kosmicznych wierszach z tomiku „Rdza”, badacze Area 51 i 1/8 odkryli opis Ziemi w erze pokolonizacyjnej, kiedy zostanie opanowana przez rasę obcych. W związku z tym, że ziemskie wyobrażenia na temat tego, co kosmici mogą zrobić z niebieskiej planety pozostaną zawsze obciażone błędem antropomorfizacji, badacze z DUP-y postuluja, by sens kolejnych fragmentów rozumieć literalnie. I tak: rzeki po kolonizacji nie będą rzekami, a spojrzenia spojrzeniami, ale:

rzeka napełni spojrzenie

[olcha]

Pojawią się także niezwykłe drzewa:

drzewa mają gęsią skórkę.

[santero]

Nawet dobowe cykle dnia i nocy zmienią się:

WIECZÓR SKRAPLA OPOWIESC W ZIARNISTY OSAD FOTOGRAFII

Czaple nie będą jadły ryb, tylko:

czapla przynosi /odrobinę świtu,

a:

z książek rosną grzyby na cienkich / nóżkach, owady mówią językiem / mlasków i jest piołun, ołów w łodygach

[łowy na żelaznego Jana]

W ogóle wszystko będzie inne na skutek promieniowania ze statków obcych. Najgorsze będą jednak temperatury ujemne:

przymrozek / skalpuje drzewa

[Głębiny]

Oczywiście można jeszcze długo wyłuskiwać kosmiczne zdania kosmicznego poety z kosmicznego tomu o kosmicznej rdzy, która w domyśle pokrywa statki kosmiczne eskadry Aliensów a następnie redukować je do absurdu. Wszak tu tylko absurd wydaje się być jedyną możliwa redukcją. Można też zadać pytanie: po co ten cały kosmos? Czy po to – jak dowodzą dupolodzy – by ułatwić pozaziemskim istotom kolonizację niebieskiej planety, a może przedstawione tu kody są desperacką próbą skontaktowania się Przemysława Owczarka z odbiorcą.

Owczarek jako poeta, który wyciąga żarzący się palec wskazujący w stronę czytelnika może jedynie bawić. I choćby nie wiem jak głośno wołał: „Przemek chce byś słuchał!”, to i tak tego poważnie brać nie sposób. Chyba że trafi na kogoś, kto nie tylko słyszy głosy z kosmosu, ale także złowieszcze, zwiastujace rychłą zagładę gatunku homo sapiens sapiens „łkanie tapicerek” [virgo]. W takim przypadku poeta może liczyc na 1000 % empatię.


Tekst pochodzi z książki Marka Trojanowskiego Etyka i poetyka, t. II, internet 2009.