LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA
______________________________________________________________________

OD REDAKCJI (2)


Z powodu nieobecności Naczelnego Wodza na kilka dni przejąłem jego obowiązki, co zaowocowało lekką, chwilową zmianą w profilu Krytyki Literackiej – dlatego w styczniu, oprócz nowych autorów, pojawiają się tematy mniej z literaturą związane i swobodniejsze felietony.

***

A teraz trochę prywaty. Bo czemu nie? To tylko taki krótki wstęp, felietonik, literacka flintifluszka, ale nie mogłem inaczej podziękować za przyjemność, jaką zrobili mi moi wierni druhowie - J. Dehnel i W.A. Grzeszczyk w grudniowych Migotaniach Przejaśnieniach oraz w bieżącym wydaniu Krytyki Literackiej:

Kiedy Fryderyk Nietzsche pisał swoje słynne, pozytywnie zweryfikowane przez historię zdanie „skromność jest cechą miernot” z pewnością uśmiechał się pod sumiastym wąsem. Autor Zmierzchu Bożyszcz zapewne już wtedy przewidywał, że kiedyś, pośród trójmiejskich portowych żurawi, mazowieckich nieużytków, budek z falistej blachy i dziurawych dróg zakwili rumiane dziecię, przyszły interdyscyplinarny geniusz, którego skromność stanie się legendarna i wręcz jakby żywcem wykradziona z Sevres. Jak sądzę Szanowny Czytelnik już wie, kogo mam na myśli: tak, to Jacek Dehnel, niekiedy zwany Denel, czasem zaś von Dehnel. Ten posiadacz używanej pelisy i wielu talentów, kiedy odwali już literacką szychtę, z upodobaniem tropi wszelkie przejawy nieskromności. Czy to baraszkując na kanapie, czy odkurzając kolekcję meloników, czy stymulując się intelektualnie zasobami internetu, ta literacka Matka Teresa wyszukuje fanfaronów, po czym piętnuje ich z gorliwością Roberta Bougre i humorem Hanki Bielickiej. Oczywiście, jako indywiduum dobrze ułożone, p. Jacek nie zajmuje się pyszałkami znanymi z historii, jakimś Słowackim, Whitmanem, Haškiem, Witkacym czy Gombrowiczem, ale wyszukuje bufonów współczesnych, takich jak ja. I dobrze, bo moja megalomania zaczynała być dla mnie samego nieznośna, dlatego wysoko cenię sobie terapeutyczne właściwości p. Jacka i służących mu wiernie anonimowych literatów. Dzielne zuchy!

To tyle koleżeńskich duserów i przyjacielskich kuksańców. Co zatem w bieżącym wydaniu Krytyki Literackiej? Wiersze Przemysława Łośko ze zbioru I nie zamykaj oczu patrząc na pepika, Marek Trojanowski analizuje twórczość Andrzeja Sosnowskiego na przykładzie tomiku Po tęczy, W.A. Grzeszczyk pisze o przyjaźni dwóch znanych pisarzy, a panowie Wieczorek, Siwmir i Sobieraj w interesującym trójgłosie poruszają temat Republiki Książki, finansowania bibliotek, i nie tylko. Jako że tropienie zarozumialców przez J. Dehnela jest ściśle ukierunkowane w stronę jednego tylko przypadku, KL pozwala sobie wypełnić luki w wątłej edukacji p. Jacka i zacytować fragmenty dzieł innych bufonów: Juliusza Słowackiego i Jarosława Haška. Ponadto polecamy wizytę na stronie Internetowego Magazynu Kulturalnego www.poezja-polska.pl/fusion/viewpage.php?page_id=146 gdzie Józef Baran rozmawia z Karolem Maliszewskim o kondycji polskiej literatury.

***

Ostatniego dnia grudnia zakończył się plebiscyt na najlepszy tekst Krytyki Literackiej. Czytelnicy głosowali następująco:

1. SAJGON (listopad 2009) - 97 głosów
2. UTWÓR O MATCE I OJCZYŹNIE (marzec 2010) - 86 głosów
3. LATAWCE, CZYLI SANACJA POWIEŚCI SATYRYCZNEJ... (styczeń 2010) - 85 głosów
4. PIOSENKA O ZALEŻNOŚCIACH I UZALEŻNIENIACH (listopad 2010) - 83 głosy
5. TYTAN Z PLASTIKU (wrzesień 2010) - 79 głosów
6. PROWADŹ SWÓJ PŁUG PRZEZ KOŚCI UMARŁYCH (marzec 2010) - 78 głosów
7. CHORE DZIECKO EUROPY (grudzień 2010) - 75 głosów
8. DZIEJE RODZIN POLSKICH (październik 2010) - 70 głosów
9. PRZERWA W PRACY (lipiec 2010) - 69 głosów
10. SOBIERAJ ODPOWIADA DEHNELOWI (grudzień 2009) - 65 głosów

Wśród ponad tysiąca czytelników biorących udział w plebiscycie wylosowano nagrody - trzy czytniki książek elektronicznych iRiver Story. Urządzenia otrzymują:

Łukasz Górnicki z Krakowa
Monika Czernek z Katowic
Adam Nowakowski z Grudziądza


Kłaniam się i zapraszam do lektury,

Tomasz Sobieraj

Felieton: Tomasz Sobieraj NIEZNOŚNA LEKKOŚĆ TRWONIENIA CUDZYCH PIENIĘDZY


Inwestowanie w biblioteki (a może raczej bibloteki, jak to często mówią biblotekarze i ich wielbiciele) w dzisiejszych czasach można by porównać z inwestowaniem przez kolej w parowozy lub przez linie lotnicze w balony. Romantyczne to, efektowne, ale drogie, powolne, nieekonomiczne. Papierowe książki prędzej czy później zostaną zastąpione elektronicznymi – to nieuchronne, jak nieuchronne było wyparcie winylowej płyty przez CD, a CD już zastępują pliki ściągane z internetu. Maszynę do pisania pokonał komputer. Przykłady można by mnożyć. Są też zawody, które prawie całkowicie wyginęły – bednarze, kowale, zecerzy. Podobny los zapewne czeka bibliotekarzy. Szkoda, że nie polityków i wojskowych.

Milton Friedman, laureat nagrody Nobla z ekonomii pisał, że najgorszym gospodarzem jest państwo, bo roztrwoni każde pieniądze, dlatego powinny one pozostać w rękach obywateli, a państwu należy się jedynie to, co niezbędne do utrzymania porządku i bezpieczeństwa. Życie dowiodło, że miał rację: im więcej państwowej ingerencji, czyli na przykład socjalizmu, tym gorzej dla zwykłych obywateli, a lepiej dla profitariatu, to znaczy grupy osiągającej korzyści z nicnierobienia, pozorowania pracy lub wykonywania zajęć nieużytecznych. Niestety, partyjni aparatczycy zarządzający Polską, niezależnie od głoszonych poglądów, są socjalistami, co można poznać między innymi po tym, że najlepiej ze wszystkiego potrafią łamać obietnice i podnosić podatki, a wyszarpnięte z kieszeni ludzi pracy pieniądze przeznaczać na cele, które można zrealizować nie wydając złotówki, lub bez szkody nie realizować ich wcale.

Bogdan Zdrojewski, laureat nagrody Bączkowskiego, były prezydent Wrocławia, senator, poseł, oskarżony i skazany za niegospodarność na czternaście miesięcy w zawieszeniu (później uniewinniony), specjalista od budowy bloków na terenach zalewowych oraz niezgodnego z prawem i etyką zasiadania jednym zadkiem na dwóch publicznych stołkach, wybitny znawca problematyki obrony narodowej, obecnie minister kultury, człowiek jak widać wszechstronnie uzdolniony, by nie rzec geniusz, zapowiedział przeznaczenie w ciągu najbliższych trzech lat 150 mln zł na budowę i modernizację bibliotek gminnych, 15 mln na zaopatrzenie tych bibliotek, 6 mln rocznie na wspieranie wydawców, 8,5 mln rocznie na rzecz poprawy społecznego wizerunku książki i aż 35 mln na digitalizację zasobów bibliotecznych.

Nie są to prywatne pieniądze ministra Zdrojewskiego, tylko nasze, podatników, mieszkańców biednego kraju, w którym zamyka się szkoły i zabiera się ludziom oszczędności gromadzone na przyszłe emerytury, dlatego wymienione w rządowych planach kwoty skłaniają do refleksji i pytań. Skłaniają tym bardziej, że prywatnie minister jest chyba człowiekiem bardzo oszczędnym, zwykle bowiem chodzi nieogolony, co upodabnia go nieco do sympatycznych ministrów kultury Iranu i Afganistanu. Nagębne usierścienie naszego sługi (minister to po łacinie sługa) jest skromne w porównaniu z solidnymi brodami azjatyckich kolegów, ale jako że Polska to kraj rzeczy i przedsięwzięć nieudanych, poronionych i pozornych, więc w zasadzie ten nieurodzaj na twarzy nie dziwi.

Przejdźmy jednak do konkretów.

150 mln na budowę i modernizację bibliotek gminnych – w sytuacji, kiedy w każdej gminnej szkole jest komputer i biblioteka, a w niej ziewająca z nudów bibliotekarka, tudzież druga ziewajaca niewiasta (lub dwie i więcej) w zwykłej, skomputeryzowanej publicznej gminnej bibliotece, zasadność wydania tej kwoty wydaje się wątpliwa i na kilometr śmierdzi marnotrawstwem. Ciekawe, ile bibliotek za tę kwotę zostanie wybudowanych, a ile zmodernizowanych, i co znaczy słowo „modernizacja” w tym przypadku. Bo moja biblioteka rejonowa chyba została już „zmodernizowana” – pomalowano ściany i wstawiono komputer; teraz panie żądają 3 zł za godzinę korzystania z maszyny i żebrzą o datki na zakup książek. Prowadzą też gazetkę ścienną. Wszyscy aż się palą, żeby tam zaglądać.
15 mln na zaopatrzenie bibliotek – tylko w co? W trzeciorzędną literaturę à la Masłowska o życiu półgłówków, w romanse, fantasy, kryminały, czasopisma dla gospodyń czy inne ogłupiacze? Czy to aby tylko nie sprytne posunięcie wymyślone po to, by przyssani do państwowych dotacji prywatni wydawcy mogli zarobić jeszcze więcej na kontyngentach zadrukowanego papieru dla bibliotek? A co z wartościową literaturą, z klasyką, pismami popularnonaukowymi? Jaki odsetek w tych niejasnych zakupach stanowić będą dzieła literatury, a jaki makulatura? Którzy to pisarze znajdą się w bibliotekach, a którzy nie, i dlaczego.
6 mln na wsparcie wydawców – w tym zepsutym, zbudowanym z absurdów kraju niektórzy prywatni wydawcy dostają od państwa nasze, publiczne pieniądze na wydawanie i promocję książek pisarzy, których prawie nikt nie chce kupować i czytać bądź czyta wyłącznie dlatego, że zafundowano im medialną reklamę. Dlaczego w takim razie państwo nie wspiera producentów np. pacek na muchy czy jakichkolwiek innych wytwórców rzeczy zbędnych lub mało pożądanych albo w ogóle producentów czegokolwiek? Wszyscy powinni mieć równe szanse, w końcu podobno jest demokracja. Ciekawe też, którzy wydawcy dostają dotacje, a którzy nie, i, oczywiście, dlaczego.
8,5 mln na poprawę wizerunku książki – co to konkretnie znaczy? Wizerunek książki można poprawić porządnie edukując dzieci i młodzież a nawet dorosłych oraz promując prawdziwą literaturę. Dotychczasowa polityka państwa, polegająca na promocji nudy, bełkotu i nieudolności doprowadziła do tego, że w ciągu roku 62% obywateli nie miało w ręku książki, a pozostałe 38% to głównie uczniowie, studenci, nauczyciele i specjaliści różnych dziedzin, którzy muszą czytać podręczniki i literaturę fachową. Większość ludzi czytać nie będzie – jedni, bo to niemodne, niewidowiskowe i trudne zajęcie, inni, bo ich oszukano wmawiając, że literacka pasztetowa to szynka parmeńska. Do tego ten wprowadzany pięcioprocentowy VAT na i tak już zbyt drogie książki oraz podniesienie VAT-u na papier, usługi, energię, paliwo itd., co spowoduje wzrost cen książek o 10% – to, jak rozumiem, w ramach promocji czytelnictwa?
35 mln na digitalizację – czyli zwykłe skanowanie i ewentualnie zamiana na pliki PDF. Tę banalnie prostą czynność mogą wykonywać pracownicy bibliotek w ramach swoich obowiązków, posługując się śmiesznie tanimi urządzeniami i łatwo dostępnym darmowym oprogramowaniem. Zamiast zbijać bąki czy przysypiać między regałami, wykonaliby pożyteczną pracę i nauczyli się czegoś. Trzeba im to tylko zorganizować. Warto też przy tej okazji wspomnieć, że zaledwie 9% bibliotek w Polsce ma witrynę internetową, co jest wynikiem mizernym nawet jak na Środkowo-Wschodnią Europę i świadczy o dużej inercji bibliotekarzy, wynikającej zapewne z nadmiernej feminizacji tego zawodu.

Szarmanckie plany ministerstwa zdumiewają również dlatego, że nie uwzględniają twardych faktów dotyczących nawet polskiego zaścianka, mianowicie skomputeryzowania gospodarstw domowych, powszechnego dostępu do internetu – nawet w telefonie, błyskawicznie rosnącej popularności książek elektronicznych i liczby ich tytułów oraz powstawania coraz liczniejszych cyfrowych bibliotek (tylko w ramach polskiej platformy dLibra na koniec 2010 roku było ich 59 z 509 tys. tytułów). Również księgarnie sprzedające e-booki i specjalizujące się w nich wydawnictwa rozwijają się w szybkim tempie, podobnie jak prywatne niekomercyjne biblioteki cyfrowe i strony www umożliwiające nieodpłatne pobranie e-książki. Ba, niektórzy pisarze, szczególnie ci nie żyjący z pisania, udostępniają swoje dzieła w postaci elektronicznej, niekiedy za darmo, wychodząc z założenia, że lepiej pozyskać czytelnika, sprawić ludziom przyjemność i nie mieć z tego pieniędzy, niż żebrać o państwowy datek czy użerać się z wydawcą, który kręci i kombinuje, by nie wypłacić i tak śmiesznie niskiej należności. Nie wolno też zapominać o ekologii – naprawdę, szkoda drzew; tak powoli rosną, i piękniejsze są od większości książek. I last, but not least: cała światowa i polska klasyka dostępne są w internecie bez opłat. Na naszych oczach dokonuje się na rynku książki rewolucja na miarę wynalezienia druku, czego urzędnicy, z jakichś tajemniczych powodów, nie zauważają.

Utrzymanie małych, ospałych bibliotek dużo kosztuje – to są pensje, ZUS, ogrzewanie, prąd, czynsz, naprawy i remonty. W sytuacji, kiedy książkę można kupić w antykwariacie za cenę bochenka chleba, a nowości (w postaci elektronicznej) wypożyczyć w internecie za kilka złotych, utrzymywanie na dłuższą metę tych potrzebnych kiedyś instytucji dzisiaj wydaje się rozrzutnością (fakt, jedną z wielu w tym kraju i nie największą). Rozumiem lament i wściekłość bibliotekarzy, gdy przeczytają te słowa. Rozumiem, jednak postępu nie da się zatrzymać, nie da się też utrzymać przy życiu tego zawodu, tak jak nie udało się to z innymi profesjami. Nie tak dawno przecież, bo pod koniec XX wieku, gdy pojawił się elektroniczny skład tekstu, zniknęli zecerzy. Nikt nie ronił łez nad losem kilkuset tysięcy szwaczek, gdy padał w Polsce przemysł włókienniczy, czy nie przejmował się problemami kupców, gdy powstawały hipermarkety. Panta rhei. Na początku rewolucji przemysłowej robotnicy niszczyli maszyny, które zabierały im pracę, w końcu jednak musieli się pogodzić z rozwojem techniki i szukać innych zajęć. Teraz, w drugiej dekadzie XXI wieku nadszedł czas, by pomyśleć nad przekwalifikowaniem bibliotekarzy i sensem utrzymywania bibliotekoznawstwa jako osobnego kierunku na wyższych uczelniach. Warto też zastanowić się nad ewentualnym przekształceniem dużych bibliotek miejskich i dzielnicowych w nowoczesne multimedialne centra biblioteczno-edukacyjno-informacyjne oraz przeniesieniem do nich części księgozbiorów z bibliotek małych, niemrawych i martwych, generujących jedynie koszty. Drugą część ich zasobów książkowych powinny przejąć biblioteki szkolne, które w małych miejscowościach mogłyby stać się podobnymi centrami, dostępnymi dla całej lokalnej społeczności. Oczywiście, z takich rozwiązań nie byliby zadowoleni wielcy wydawcy, dla których blisko 9000 bibliotek i ich filii to setki tysięcy sprzedanych książek i milionowe dochody – ale o nich chyba nie trzeba się martwić, w końcu są rzutkimi ludźmi biznesu, tworzą silne lobby, dostają państwowe dotacje, więc sobie poradzą.

Jak nietrudno się domyślić, pieniądze od ministra Zdrojewskiego rozejdą się na premie, nagrody, dodatki motywacyjne, plany, projekty analizy, programy, szkolenia, drogie skanery, drogie komputery, drogie oprogramowanie; trafią do kieszeni urzędników, i na konta prywatnych wydawców, którzy nie muszą się starać o czytelnika, bo państwo im zapłaci za wydrukowane książki. Spore ochłapy trafią do co bardziej zaradnych pisarzy, czyli dobrze ustawionych cwaniaków wiedzących jak wyciągnąć publiczną kasę, mozolnie piszących swoje nudne stachanowskie produkcyjniaki (i pomyśleć, że kiedyś taki Gombrowicz, Kafka, Schulz i inni wielcy twórcy wielkiej literatury nie utrzymywali się z pisania, chodzili do prawdziwej pracy i pisali wiekopomne dzieła, wydając je później na własny koszt).

Można by powiedzieć, że wymienione kwoty to niewiele w porównaniu do rocznego budżetu Ministerstwa Kultury, przekraczającego 2,2 miliarda złotych. Biorąc pod uwagę sumy, jakie polskie karykaturalne państwo przepuszcza na obrzydliwe wojny, zbrojenia, rozdętą administrację, konferencje, zbędne zakupy, orliki, mistrzostwa w kopaniu piłki oraz inne idiotyczne i/lub cyrkowe przedsięwzięcia, to jeszcze mniej. Jednak każdy, kto żyje w realnym świecie, chodzi ulicami, rozmawia z ludźmi, był w zwykłym szpitalu, załatwia sprawy w urzędzie, każdy, kto myśli samodzielnie, wydaje własne ciężko zarobione pieniądze na coraz droższe życie, ten wie, że najpierw trzeba sfinansować to, co najważniejsze, bez czego trudno godnie żyć a nawet trudno godnie umrzeć, bez czego jesteśmy bezzębnymi pariasami neofeudalnej Europy, obywatelami polskiego smutnego pierdolnika. Dopiero później można się bawić. Lecz nowa arystokracja – czyli ci, którzy poznają świat na bankietach, sympozjach, posiedzeniach, zza szyb służbowych samochodów i z usłużnych reżimowych mediów – bawi się już teraz. Za tę zabawę płaci z zabranych nam pieniędzy. Nie martwi się o nic, bo liczne przywileje, wysokie dochody, emerytury, opiekę medyczną ma zapewnione, i pewnie dla jej rodzin i dziedziców też wystarczy. A gdy ci gardzący swoim ludem władcy jeszcze bardziej obniżą poziom i tak już nędznej edukacji, po cichu zamkną kolejne szkoły, gdy jeszcze głupsze programy i filmy pojawią się w publicznej misyjnej telewizji, gdy prawdziwe książki zostaną wyparte przez dzieła literackich neandertalczyków oraz błahe dreszczowce, romanse i fantasy, gdy poziom otumanienia narodu osiągnie apogeum, wtedy pracujący do siedemdziesiątki bezwolny szczerbaty półanalfabeta na pewno nie podniesie głowy. Wtedy też całkiem runie tekturowa fasada demokracji i zacznie się zabawa na całego.

Tak, łatwo jest sięgać do kieszeni obywatela, szczególnie gdy ten trwa w letargu przytruty miazmatami polityków i wiernych im dziennikarzy. Łatwo jest też wydawać cudze pieniądze. Znacznie trudniej wydaje się te zarobione własną porządną pracą – wie o tym każdy, kto naprawdę pracuje.

Recenzja: Andrzej Sosnowski PO TĘCZY


Autor: Marek Trojanowski


Na początek, zamiast wstępu ale za to w promocji i zupełnie za darmo przepis na wiersz à la Andrzej Sosnowski.

Składniki:

I) 3 tom „Historii Filozofii”, Tatarkiewicza;
II) kilka słów po angielsku – może być też jakieś śmieszne zdanko: cat, pussy, doll, big chicken without wings;
III) kilka słów po niemiecku – tu może być także jakieś zdanko – die weltanschauungskritik hat heute gar nichts zu tun, zeit, sonne, blume;
IV) literalny zapis pierwszego lepszego zdarzenia, którego było się świadkiem tuż po przebudzeniu np. „Kiedy wstałem z łóżka, poszedłem prosto do kuchni, by sobie przygotować kromkę chleba z pasztetem. Obok lodówki na ścianie zobaczyłem karalucha. Chciałem go pacnąć laczkiem, ale uciekł a mi się nie chciało przesuwać lodówki. O poranku jestem jeszcze zaspany i jakoś brak mi sił. Od kiedy wprowadziłem się do mieszkania obok zsypu mam ciagły problem z karaluchami. Muszę to komuś zgłosić”.

Sposób przygotowania:

3 tom Tatarkiewicza – otwórz skorowidz rzeczowy (na końcu tomu). Wybierz 2 dowolne uczone pojęcia (2 na 1 wiersz – nie więcej!). Ja dla przykładu wezmę dwa pierwsze: absolut, abstrakcja (wyd. z 1978 r.). Następnie weż literalny zapis pierwszego lepszego zdarzenia i wstaw do niego, w dowolne miejsca wynotowane wcześniej uczone słowa. Ja wstawię na początku i na końcu. Czyli:


Absolut. Kiedy wstałem z łóżka, poszedłem prosto do kuchni, by sobie przygotować kromkę chleba z pasztetem. Obok lodówki na ścianie zobaczyłem karalucha. Chciałem go pacnąć laczkiem, ale uciekł a mi się nie chciało przesuwać lodówki. O poranku jestem jeszcze zaspany i jakoś brak mi sił. Od kiedy wprowadziłem się do mieszkania obok zsypu mam ciagły problem z karaluchami. Musze to komuś zgłosić. Abstrakcja.


Następnie do powstałego tekstu wprowadź słowa i zdania niemiecko-angielskie (tu także masz wolną rękę). Ja zrobiłem to tak:


Absolut. big chicken without wings. Kiedy wstałem z łóżka, poszedłem prosto do kuchni, by sobie przygotować kromkę chleba z pasztetem. Obok lodówki na ścianie zobaczyłem karalucha. Chciałem go pacnąć laczkiem, ale uciekł a mi się nie chciało przesuwać lodówki. O poranku jestem jeszcze zaspany i jakoś brak mi sił. Od kiedy wprowadziłem się do mieszkania obok zsypu mam ciągły problem z karaluchami. die weltanschauungskritik hat heute gar nichts zu tun. Musze to komuś zgłosić. cat, pussy, doll Abstrakcja. zeit, sonne, blume.


W zasadzie wiersz już jest gotowy, już w tej chwili po przeczytaniu, Jacek Gutorow może napisać o tym tekście, że „Ta poezja dzieje się na naszych oczach - warto docenić wyjatkowość tego zdarzenia” (cyt. za GW, 2008-05-15). Ale jeżeli jesteś ambitny i chciałbyś pokombinować to masz teraz szerokie pole do popisu.

Treść jest dana jak na dłoni, teraz można to dowolnie poukładać. Pamiętaj, że szanujący się krytyk literacki będzie koncentrował się na formie, gdy nie dostrzeże żadnej istotnej treści w tekście. Dlatego forma w tym przypadku odgrywa niebagatelną rolę!

Zatem:

Pomysł pierwszy i ostatni:


Absolut. big chicken without wings. Kiedy
wstałem z łóżka, poszedłem prosto
do kuchni, by sobie przygotować kromkę chleba z pasztetem.

OboK
lOdówki
Na ścianie
zobAczyłem karalucha.
ChciałeM go pacnąć laczkiem,

ale uciekł a mi się nie chciało
przesuwać lodówkę. O poranku
jestem jeszcze zaspany i jakoś brak mi sił.
Od kiedy wprowadziłem się do mieszkania

obok zsypu mam ciagły problem z karaluchami.
die weltanschauungskritik hat heute gar nichts zu tun.
Muszę to komuś zgłosić.

cat, pussy, doll Abstrakcja. zeit, sonne, blume.


[pragnę zwrócić uwagę na potencjalną wielość interpretacji drugiej strofki!]


Podany przepis na wiersz à la Andrzej Sosnowski skonstruowany został na podstawie tomiku „Po tęczy”.

Właściwie trudno w tym tomiku dostrzec coś więcej aniżeli rozwodniony pic, do którego produkcji czuje się zobligowany uznany poeta. Sosnowski jest jednak zbyt inteligentny by nie dostrzec braku pomysłu na tomik. Ale ta sama inteligencja, która podpowiada mu, że nie ma pomysłu, stworzy sama ów pomysł. Sosnowski zatem przerobi Pawła i Gawła na autorskie Mihi i Tibi (i napisze kilka wierszyków), rozmnoży niczym Chrystus, Flauberta (czym zapełni kilka stronic w tomiku. I tu się dziwię poetom polskim. Niemal każdy z nich ma jakieś dziwne przekonanie, że książeczka poetycka musi mieć min. 40 str. Przypomina to nawyk studentów polonistyki – i nie tylko – że magisterkę pisze się na „trzy palce” grubości z bibliografią), wymyśli po drodze kilka dziwolagów-neologizmów na miarę mumiowskiego „czasowstrzymywacza”. U Sosnowskiego są to: „Samotwóóór. Czasowtwóóór” – swoją drogą chciałbym przeczytać, co Gutorow i inni mędrcy od krytyki literackiej, napiszą o tym dziwolągu Sosnowskiego. Oczywiście, gdyby autorem tego przecudownego potworka był Iksiński, natychmiast by go wyśmiano. Ale przecież „Samotwóóór. Czasowtwóóór” to nie byle wytwór byle kogo! Lecz „wytwóóór” samego Sosnowskiego! I to nie byle Sosnowskiego z książki telefonicznej, ale tego własnie, tego a nie innego Sosnowskiego Andrzeja, TEGO!

I tu po raz kolejny objawia się inteligencja Andrzeja „TEGO” Sosnowskiego, urodzonego 29 maja, 1959 r., w Warszawie. Podobnie jak Dieter Bohlen, Sosnowski wie, że jego nazwisko stało się wytrychem, pewnym logo, który umożliwi mu przemycenie nawet największego kitu do świata kultury. On jako Autor nie musi się troszczyć o sens, o to, co ma do powiedzenia w wierszach, bo nawet jeżeli nie będzie miał nic do powiedzenia, jeżeli jego wiersze będą przypadkowym zlepkiem słów, pozbawionym sensu (dla przykładu: Bo pan chce tylko cmokać, kończyć i zamykać./Zuzu robi „pa pa” i idzie się rzeźbić gdzie indziej. (Słowiczku mój! a / leć, a piej!) Daffy Duck jako Carmen Miranda.) to na pewno znajdzie się przynajmniej 19 gutorowów, którzy będą zachwycali się ową nieudolnością (bo to przecież nie jest bezpłodność – wiersze Sosnowski pisze już na sztuki), określając ją mianem poezji, która powstaje na żywo.

Gdyby jednak żaden Gutorow się nie pojawił, Andrzej Sosnowski ma jeszcze kilka technicznych asów w rękawie, którymi na pewno się posłuży, by ukryć jałowość tekstów. Główna sztuczka, której używa w „Po tęczy” to myk z „Pawłem i Gawłem”, oraz powtórzenia tych samych wersów, całych fraz w różnych wierszach. Sosnowski odwołuje się tu do starej jak świat przypadłości ludzkiej, a mianowicie: nikt dobrowolnie nie chce wyjść na durnia. W tym przypadku żaden czytelnik nie przyzna się do tego, że nie wie o co chodzi, że nie rozumie sensu tych powtórzeń, że nie widzi sensu w bezsensie. Będzie sobie powtarzał w duchu: „o co tu chodzi?” i nie dopuści do siebie myśli: „tu o nic nie chodzi”, bo to wiersze „TEGO” a nie innego Sosnowskiego.

Na zakończenie pozwolę sobie zacytować jeden z najlepszych tekstów Andrzeja Sosnowskiego, z tomiku „Po tęczy”:


leu leu / fel ko co / ia tea noe / freeze.


Reszta tego wybitnego tekstu, bez którego kultura śródziemnomorska jest już nie do wyobrażenia, jest wariacją na temat jednego z kawałków z płyty „Powstanie warszawskie” grupy Lao Che. „Do mnie należą tego miasta mury….”, za co należą się Sosnowskiemu wyrazy uznania.



Tekst pochodzi z książki Marka Trojanowskiego Etyka i poetyka, t.III, internet 2010.

Poezja: Przemysław Łośko I NIE ZAMYKAJ OCZU PATRZĄC NA PEPIKA


pepik spogląda w niebo

czy po zabiegu powiększania ust
można od razu całować? pepik spogląda w niebo
i duma nad zastosowaniami botoksu. wszystkie
wypełniacze ulegają degradacji, dlatego pepik
prezentuje poziome zmarszczki na czole, bruzdy
nosowo-wargowe z uporem godnym i gapi się
w punkciki na niebie przymierzając je do skroni -
a to koronę północną, a to laur wężownika -
wymyślając poemat dydaktyczny w dwóch tysiącach
heksametrów.

jeden z wielu przykładów dziedzicznej deformacji
dający się zaobserwować w 1800 pokoleniach rodu:
niech inni mają wojny, a dla pepika będą gwiazdy,
des knabes wunderhorn i wałek podatkowy,
no i wspomniane, powiększone usta, habsburskie wargi.



Pepiczek poznaje Cesarza Wszystkich Szadoków

Cesarz udzielił mi audiencji po wstawiennictwie
na właściwym szczeblu. Liczyłem na to, że Cesarz,
będąc magiem i pomazańcem zna odpowiedź
na dręczące mnie pytanie: jaka jest natura następnego kroku?

Wszak musiał Wielki N. objawić mu tę wiedzę,
żywiłem nadzieję, wszak każdy przekrój musi mieć
swoje źródło. Dywan puszył się na mnogich stopniach,
złapałem zadyszkę, a jeszcze nie dotarłem do wrót pałacu.

Usłyszałem: mój drogi, poczęstuj się cuksem, napij likieru.
Trzymaj na języku słodycz. Nie oblizuj warg, pozwól, aby cukier
zbierał się na ich powierzchni, żeby ściekał leniwą, słodką
strugą na brodę. Zgadnij, gdzie spadnie kropla, ciężka od słodyczy.



pepik wstępuje na wielką, pomarańczową drogę

i uśmiecha się, uśmiecha szeroko, przymierza
purpurowe kozaki, przymierza złote oko
i w pomarańczowe ubiera się loki

czy droga za nim jest złota, przed nim co wąskie
zatoka - któż wie, i czy w przystani
pomarańczową łodzią Pani, tego również

nikt nie wie, a przecież nie sposób, płotkiem,
latawcem, kapiszonem, kotkiem
zatrzymać pomarańczowej piosenki, odebrać
pomarańczowej panienki, nie, do jasnej anielki



fafik, pierwszy uczeń pepika

czyni nieopatrznie wyznanie, po czym zostaje
wezwany w charakterze świadka
na wieczór autorski plemienia Pulpów,
dla których delikt pióra i papieru (w skład
którego, jak wiadomo, wchodzą najczęściej
substancje klejące, wypełniające i barwiące
przypadkowo sprasowane włókna) stanowi
komentarz i samoistne źródło zobowiązania
do odszkodowań nadzwyczajnych: sławy,
poważania oraz więcej niż nadobnych
igraszek w parkach i ogrodach działkowych.

pepi, pan i dobroczyńca szorstkomordego koncypienta
nie mógł nie zażądać konfesaty. z duszą na ramieniu
przygotowuje zatem fafik raport w tabelach przestawnych,
korzy się ośmiokrotnie przed lustrem w przedpokoju
i rozmyślając nad wyznaniem drugim pisze skromną
prośbę do wszechwiedzących Pulpów o przypomnienie
treści swojego pierwszego wyznania, które równie
beztrosko jak poczynił - zapomniał



pepik kupuje pompkę, pulower i poduchę w desenia

pasożytom, dżdżownicom, biletom miesięcznym na okaziciela, a także Stronnictwu Wydmuszki

będąc adoratorem pjurnonsensu pepik zaopatrzył się
w pompkę do powiększania gadżetów. nabył natychmiast
od żabki chleb, masło roślinne, serek wiejski, pesto a z wykwintu -
nerkowce i sos vinegrette. na zebrze wyprzedził Mrocznego
w wersaczu, który jak fama niosła tworzył dla nadziei i piękna
uduchowione teksty o życiu porannym rencistów i licencjatu

pepik zrobił popas. wyjął poduchę z poliestrowego plecaczka,
fuf fuf i jeny! katedra! lecz owoż Mroczny minął to świadectwo
wiary obojętnie, przeto dzięki tobie składając pepik wziął chleb,
łamał i smarował masłem roślinnym, wiejskim serkiem i rozdawał
z pesto, wraz z uczniem swoim, szorstkowłosym fafikiem.
oni to dla nas, i dla naszego rozbawienia, wzięli pompkę
i rozmnażali wykwint wiktuału, iżby nikogo w głodzie nie zostawić

ale i temu świadectwu Mroczny nie dowierzył, atoli targały nim
sprzeczne uczucia, bo jego dramatycznie uformowane czoło
przecięła zalotnie bruzda intelektu, a kroki, dotąd chyże i nerwowe,
zyskały dostojeństwa i powagi. tymczasem pepik, przyznajmy
przypadkowo, pompnął jeszcze raz i wnet las drzew nerkowca
porósł Mostową, Groblę, gminę, powiat, a nawet województwo.

I otworzyło się przed fafikiem, pepikiem i Mrocznym, rencistami
oraz licencjatem Niebo Poznania. I runęli z jękiem śmiertelnym
na kolana dzięki Tobie składając, a Ty błogosławiłeś i rozdawałeś
pompki oraz uwagi o filozofii Wittgensteina w wydaniu podręcznym



pepik opowiada, a pepik słucha o rzece dobrych przepowiedni

i nie mogąc otrząsnąć się z wody mystic road
powraca w myślach do chwili pośrodku drogi.
głos, który miał za swój, wieszczy mu stając
na wysłużonym otoczaku, że wątpliwość
bez tożsamości jest ledwie liszajem jak
tamten ostatni, jasny wers: czy zwątpisz?
pepik słyszy swój głos, a potem poddaje się
złudzeniu, że głos dobiegnie go z jeszcze
starszego otworu na inkaust rondem nowalijki:

„obie strony królewskiego traktu porosną zaroślem
lawendy, błękitną, żółtą i różową cystą, makiem,
chabrem, bławatkiem. ty jednak dotknij, dotknij,
dotknij ciemnopurpurowej gądzieli, dotknij asfodeli”



pepik wychodzi z pieśni na opuszczenie żagli,

choć dopłynąwszy za wyspy zielone
do syren o najpiękniejszych brwiach,
lądów niebieskich, pepik już tańczył z jedną
dłonią otwartą ku Niemu, drugą spowitą w mgłach.

pepikowi znów się marzy, że przemierza
nieznane ligi wzdłuż i z dala od przylądków,
że studiuje portulany i przywraca wiatr
pomiędzy rumbami pewności i wielkiej

ciszy jaka rodzi się w nim samym -
nieważne w oku, czy poza okiem cyklonu

__________________________________________
i, że sześć cyklonów wtóruje w rozmarzeniu: oe, oe

Felieton: Igor Wieczorek KTO CZYTA, TEN BŁĄDZI?


8 grudnia 2010 roku w Bibliotece Narodowej w Warszawie odbył się kongres inaugurujący Republikę Książki, czyli niezwykle ambitny, długofalowy projekt, w ramach którego twórcy, politycy, bibliotekarze i biznesmeni zamierzają podjąć wspólne działania w celu przezwyciężenia głębokiego kryzysu czytelnictwa w Polsce.

„Wierzymy, że czytanie jest źródłem naszej wolności i niezależnego myślenia. Wierzymy, że czytanie stymuluje kreatywność i tworzy potencjał twórczy. Jesteśmy przekonani, że czytanie pobudza wyobraźnię, pomaga odnaleźć się we współczesnym, niejednoznacznym świecie, pozwala zrozumieć siebie i innych, uczy mądrze decydować, uniknąć konfliktu, pokonać strach. My, wspólnota ludzi czytających, pragniemy uczynić wszystko na rzecz promocji czytelnictwa” – oświadczyli zgodnym chórem uczestnicy kongresu i twórcy Republiki Książki.

Natomiast Minister Kultury Bogdan Zdrojewski zapowiedział przeznaczenie w ciągu najbliższych trzech lat 150 mln zł na budowę i modernizację bibliotek gminnych, 15 mln na zaopatrzenie tych bibliotek, 6 mln rocznie na wspieranie wydawców, 8,5 mln rocznie na rzecz poprawy społecznego wizerunku książki i aż 35 mln na digitalizację zasobów bibliotecznych.

Tylko ktoś niegodziwy lub kompletnie szalony mógłby krytycznie ocenić ten podziwu godny projekt i tylko ktoś bardzo naiwny może być przekonany o jego nieuniknionym, spektakularnym sukcesie. Problem polega na tym, że prawdziwe przyczyny głębokiego kryzysu czytelnictwa w Polsce mają nie tylko ekonomiczny, ale też nieco inny, kulturowy charakter. To jasne, że ktoś, kto bez grosza przy duszy wchodzi do upadającej księgarni, ma mniejsze szanse na przeczytanie dobrej książki niż ktoś, kto z wypchanym portfelem wchodzi do znakomicie zaopatrzonej księgarni. Lecz jasne jest również to, że poziom czytelnictwa w naszym kraju obniża się równocześnie ze wzrostem naszych dochodów, a wciąż malejący popyt idzie w parze z rozwojem rynku wydawniczego i wciąż rosnącą podażą. Książek ciągle przybywa, a czytelników ubywa.

Ten paradoksalny stan rzeczy świadczy niezbicie o tym, że nieczytanie książek zaczęło nam się opłacać. Długie lata transformacji ustrojowej nauczyły nas pragmatyzmu, sprytu i ostrożności, lecz nie uznania dla ludzi pokroju doktora Judyma, Hamleta, czy Don Kichota. Powiedzmy to sobie otwarcie: ani czytanie książek ani ich posiadanie nie stanowi już przepustki do wyższej klasy społecznej, a inteligenckie wyznaczniki statusu społecznego ustąpiły miejsca znacznie mniej inteligenckim wyznacznikom biznesowo-medialnym. Z wielu sondaży wynika, że w zastraszającym tempie wzrasta ilość osób, dla których czytanie książek jest równoznaczne ze stratą czasu.

Z licznych badań przeprowadzanych przez Instytut Książki i Czytelnictwa Biblioteki Narodowej wynika, że w ciągu ostatnich lat drastycznie zmienił się stosunek ludzi wykształconych do księgozbiorów domowych. Okazuje się, że w ostatnich latach to właśnie oni najchętniej likwidowali swoje prywatne biblioteczki. Zważywszy fakt, że według sondaży BN główną zawartość owych biblioteczek stanowiły różnego rodzaju poradniki, romanse i kryminały, trudno nie dojść do wniosku, że literatura piękna, literatura faktu, poezja i eseistyka nikogo już nie obchodzą.

W udzielonym nie tak dawno Gazecie Wyborczej wywiadzie Beata Stasińska, współzałożycielka znanego wydawnictwa W.A.B. zauważyła, że „U nas książka jest nieobecna w życiu publicznym. Celebryci, VIP-y niechętnie pokazują się z książką. Ile jest postaci w naszych serialach, które czytają książkę, żartują, spierają się na jej temat? Amerykanie robią zabawne filmy o klubach miłośniczek Jane Austen. W Polsce ten, kto czyta, stał się w medialno-ludowym odbiorze jakimś, za przeproszeniem, frajerem, który nie wie, na czym polega prawdziwe życie, gdzie są pieniądze i, jak to się teraz elegancko mówi, fun”.

No właśnie, nic dodać, nic ująć! I właśnie z tego powodu tylko ktoś niegodziwy lub kompletnie szalony może krytycznie oceniać godny podziwu projekt o nazwie Republika Książki i tylko ktoś bardzo naiwny może być przekonany o jego nieuniknionym, spektakularnym sukcesie.

Felieton: Jan Siwmir POWSTANIA, REWOLUCJE I REPUBLIKA KSIĄŻKI



Polska znana jest ze szlachetnych zrywów. Zero kalkulacji, kunktatorstwa, wyczekiwania czy taktycznych i strategicznych rozgrywek. Albo powstanie, albo bój do upadłego, albo Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy i szturm z bagnetami na czołgi. Nawet rozumiem ten sposób myślenia, bo sam niestety jestem Polakiem i gdzieś tam w duszy pokwikuje mi rycerz, a jego biały koń dopomina się o owies. Jak kompania wojska ze mną zadrze, to nie ma zmiłuj, rzucę się na kompanię z bronią jakiej naprędce dopadnę, choćby były to gołe widły... Że z góry wiadomo jak to się skończy? Cóż z tego? Rozum rozumem a ułańska fantazja ułańską fantazją. Dlaczego akurat u progu nowego roku przypomniał mi się Don Kichot? Z dwustu czterdziestu trzech i pół miliona powodów. Tyle właśnie obiecał nasz Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Bogdan Zdrojewski, na rozwój bibliotek i akcje wydawnicze w ciągu trzech lat. Wszystko niby wygląda, przynajmniej na pierwszy rzut oka, bardzo przyzwoicie. O katastrofalnym stanie czytelnictwa w Polsce wiemy od lat, można zatem powiedzieć, że nareszcie władze dostrzegły problem i chwała im za to, iż próbują na ten problem zareagować. Powstała Republika Książki, w której skład weszli, jak czytamy „twórcy kultury wysokiej i popularnej, działacze organizacji pozarządowych, czołowi dziennikarze, wydawcy, księgarze, naukowcy, przedstawiciele świata mediów i biznesu”, a patronat objęła małżonka prezydenta, Pani Anna Komorowska.

„Celem Republiki Książki jest stałe, intensywne wspieranie i koordynacja wszystkich działań na rzecz rozwoju czytelnictwa i bibliotek w najbliższych latach, tak, by dostęp do kultury i wiedzy był jak najszerszy. Republika Książki jest wyrazem wspólnej troski o losy polskiej kultury i polskiego państwa, dbałości o powodzenie przyszłych pokoleń. U podstaw Republiki Książki leży przekonanie, że biblioteki, szczególnie w małych miastach i wsiach, powinny stać się centrami lokalnych środowisk, bramami dostępu do wiedzy i kultury”.

Pięknie brzmi, prawda? A suma 243 500 000 działa na wyobraźnię. Dokładnie rozpisana na kwoty wygląda następująco: 150 mln zł na budowę i modernizację bibliotek gminnych rozłożone na trzy lata, 15 mln na zaopatrzenie tych bibliotek, 6 mln rocznie (!) na wspieranie wydawców, 8,5 mln rocznie (!) na rzecz poprawy społecznego wizerunku książki, 35 mln na digitalizację zasobów bibliotecznych. Jestem pod wrażeniem. Widzę tylko dwa maleńkie, jak najmniejsze śrubki w silniku samolotu, problemy. Po pierwsze o stanie czytelnictwa w Polsce wcale nie przesądza brak dostępu do słowa pisanego. Widać to najlepiej na przykładzie Warszawy. Na każdym osiedlu znajduje się kilka bibliotek. Ruch w nich jest, owszem, ale bez przesady. Po pierwszych kilku miesiącach od daty zakupu przez bibliotekę jakiegoś bestselleru (zazwyczaj zagranicznego), kiedy to do jednego egzemplarza tworzy się kolejka czytelników, zainteresowanie umiera śmiercią naturalną i bestseller spokojnie obrasta pajęczynką na półce. A przecież jest, i można po niego w każdej chwili sięgnąć. (Rodzime tzw. bestsellery czy książki kultowe pomijam, po nie w ogóle rzadko kto sięga, chyba że jest to Wiśniewski czy Grochola, ale ich książek żaden krytyk nie określa mianem „kultowej”). Dlaczego zatem przeciętny człowiek woli wydać 1,50 zł na kolorowe czasopismo, w którym więcej jest zdjęć celebrytów oraz gwiazd i gwiazdeczek znanych z telewizji i filmu niż słowa pisanego? Dobre pytanie. Zadałem je kilku znajomym paniom, z którymi pracuję. Przyciśnięte do muru zgodnie zeznają, że to, co oferuje rynek księgarski jest dla nich niestrawne (czytaj: za długie, niezrozumiałe, nudne i opowiadające o rzeczach ich niedotyczących, nieistotnych a przy tym nieatrakcyjnych). Kiedy nadmieniłem, że przecież istnieją takie, które są interesujące i podałem przykłady, kobiety odpowiedziały, że nie wiedziały że są, bo w recenzjach to „wszystko reklamują, że jest genialne i porywające, a potem jak się książkę bierze, to w ogóle nie wiadomo o co chodzi jak z tą, no, Masłowską na przykład”. Natomiast czytanie o gwiazdach poprawia samopoczucie, bo można obejrzeć ich pięknie ubrania i dowartościować się faktem, iż mają podobne problemy: miłość, zazdrość, dzieci, urządzanie domu etc. Pięknie wstrzeliła się w ten rynek Katarzyna Grochola, ze swoim cudownie jędrnym, żywym językiem i genialnym poczuciem humoru, ale za to ma ciągle pod górkę, ponieważ nasi rodzimi krytycy zamiast wyciągnąć wnioski, szczują ją wszystkimi możliwymi psami, a to co pisze nazywają „literaturą dla kucharek”. Generalnie większość osób utalentowanych jest w Polsce niszczona i musi przebijać się samodzielnie przez wrogie, zawistne środowisko. Talent w tym kraju jest jak trąd, który należy omijać, tępić i tłamsić jako zagrażający jedynie słusznym poglądom na literaturę.

Tak przechodzimy do drugiego problemu. Pomijam sposób przyznawania, rozdzielania i zagospodarowania pozostałych pieniędzy. Jeśli ktoś dla spokoju sumienia chce postawić kilka kapliczek... tfu... bibliotek, proszę bardzo. Wprawdzie odbywa się ta akcja za miedzy innymi moje pieniądze, ale i tak wpływu na podobne decyzje nie mam. Jednak 6 mln rocznie na wspieranie wydawców i 8.5 mln na rzecz poprawy wizerunku książki rocznie (czyli w sumie 43.5 mln w ciągu trzech lat) , ani chybi zostanie zawłaszczone przez obecnie „miłościwie” nam panujących guru od literatury. Środowisko pisarskie zamknięte jest w getcie, ustanowiło własne kryteria ocen literatury (takie, którym sami są w stanie podołać), własną hierarchię dziobania, powołało własnych królów, a właściwie królików. Za pomocą koneksji, wymiany dóbr i usług (pamiętacie te czasy?), a nierzadko prostego łapówkarstwa, panują oni na scenie literackiej i indoktrynują młode umysły. W dodatku panowie Maliszewski, Grzebalski, Świetlicki, Winiarski, panie Podgórnik, Wolny-Hamkało, Masłowska czy im podobni nie kryją, że jeśli społeczeństwo nie rozumie tego, co oni piszą, to... trzeba wymienić społeczeństwo. Gdzieś już na gruncie polityki słyszałem podobne hasła i gęsiej skóry dostaję, gdy mi się przypominają. Dzięki takim specjalistom od słowa pisanego panoszą się na półkach frazy typu:

heloł wagino, dzień dobry szyjko
zmieniwszy kosmiczną wyporność
znosisz dary małżonko – powiedział
Arnolfini – „a gdzie zanosisz dary?”

[jarek łukaszewicz „małżeństwo Arnolfinich”]

Potrafili z miernot uczynić osoby sławne, nie wątpię więc, że znajdą siły, by dobrać się do tych kilkudziesięciu milionów złotych, pachnących i kuszących jak pęto kiełbasy przed nosem psa. Nie chcę przesądzać, ale być może właśnie z ich inicjatywy cała akcja nabrała rozpędu.

W całym manifeście Republiki Książki jest tylko jedno krótkie zdanie:

„Pragniemy, aby polska szkoła kształtowała kompetentnych uczestników kultury, a nie biernych konsumentów informacji i wrażeń”.

Moim zdaniem od tego trzeba zacząć i na to wyłożyć większość pieniędzy! Biblioteki nie nauczą ludzi delektować się słowem pisanym. Szkoły powinny zadbać o edukację w tym zakresie na każdym etapie rozwoju dziecka i nastolatka, kontynuując swoją działalność poprzez instytucje kulturalne mające na celu rozwój dorosłego człowieka. Literatura zaś ma być dostosowana, tak jak każdy materiał edukacyjny, do wieku i percepcji człowieka. Od bajek czytanych dziecku, przez literaturę dla nastolatków, łatwą w odbiorze literaturę popularną, po pozycje ambitniejsze. Ponadto, jeśli szkoła od najmłodszych lat nie będzie uczyła, że słowami można bawić się jak puzzlami, układać z nich zamki i całe opowieści, żonglować ich znaczeniem, uczulać na dwuznaczność, którą za sobą niosą, wreszcie wydobywać z nich całą gamę uczuć, sprawiać, że ożywają w umysłach czytelników czy słuchaczy niczym najlepszy film, to kto to uczyni? Rodzice? Na pewno nie, ich pokolenie jest dla literatury stracone.

Przy okazji muszę napomknąć o jakże istotnej sprawie ściśle związanej z historią martyrologiczną Polski. Otóż u nas każda treść, która podana jest w sposób zrozumiały, ciekawy i przystępny uznawana jest za niepoważną. Pisarz musi immanentnie partycypować w transcendencie, używać wyszukanych słów, brzmieć patetycznie albo przynajmniej nudnie, wtedy może liczyć na ochy i achy krytyków. Tymczasem w USA nawet mowy prezydenta układane są w taki sposób, aby dotarły nie tylko do profesora, ale i do krawca, policjanta czy zecera. W dodatku jest w nich miejsce na dowcip, pointę czy odrobinę rubaszności. A o sukcesie książki decydują czytelnicy, nogami i kieszeniami. U nas o sukcesie decydują tzw. krytycy, którzy na zamówienie i zgodnie z wytycznymi zaprzyjaźnionego z nimi autora piszą recenzję i umieszczają w zaprzyjaźnionym piśmie. Książka ma świetne notowania, tylko nikt jej nie kupuje. Nijak się to zatem nie przekłada na pieniądze, stąd też w społecznym odbiorze pisarz to frajer. Dyskredytowanie osób z talentem przez tych samozwańczych królików literatury także nie pomaga. W rezultacie tworzy się błędne koło, efektem którego jest z jednej strony zalew bełkotliwej nudy, z drugiej lekceważenie dla osób parających się literaturą. Dzięki twórcom takim jak Tuwim czy Brzechwa książki dla dzieci trzymają poziom, potem jest już niestety z górki. A wśród naprawdę utalentowanych, żyjących pisarzy adresujących swoje książki do wyrobionego czytelnika i opisujących współczesną rzeczywistość znajdą się co najwyżej dwa, trzy nazwiska.

Dotkliwie brakuje w naszym kraju „literatury środka”. Takiej, która będzie ogniwem łączącym pomiędzy komiksem a dajmy na to powieściami Myśliwskiego. Brakuje programów oświatowych, nauczających, że słowo jest narzędziem, dzięki któremu można kształtować rzeczywistość. W Wielkiej Brytanii czy USA dużym uznaniem cieszą się kółka literackie, na uczelniach oblegane są przedmioty uczące kreatywnego pisania, prowadzone przez naprawdę najlepszych pisarzy. Czemu nie możemy brać przykładu z działań już sprawdzonych? Bo przecież nawet jeśli u nas gdzieś organizuje się warsztaty pisarskie, to kto je prowadzi? Znajomy dyrektora Domu Kultury, który jest akurat „w wielkiej finansowej potrzebie i trzeba mu dopomóc”. Czy Republika Książki raczy dostrzec powyższe problemy? Nie sądzę. Zerwaliśmy się do rewolucji zmieniającej świat a wyjdzie... jak zwykle. Znowu wydamy pieniądze na przysłowiowe „ obieranie ziemniaków w galerii”. Bo ktoś przekona decydentów, że to sztuka. I zainkasuje pokaźną część wielomilionowego tortu.

Felieton: W.A. Grzeszczyk ZGODA BUDUJE, NIEZGODA RUJNUJE


Kiedy młody, poszukujący swojej indywidualności pisarz wymienia często nazwisko pisarza dojrzałego i oryginalnego oraz poświęca mu uwagę na forum publicznym, można przypuszczać, że albo jest to przejaw młodzieńczej fascynacji męskością i talentem, albo wyraz zazdrości i nienawiści.

Jacek Dehnel, pisarz jeszcze młody, nie ukrywa swoich zainteresowań i fascynacji, także tych literackich. Jego ostatnim, poza internetem i guglami, odkryciem, by nie rzec obiektem westchnień, może nawet idolem, jest Tomasz Sobieraj, enfant terrible polskiej krytyki literackiej, pisarz, poeta i fotografik. Nie należy on do artystów, o których często mówią media, i tę niestosowność Jacek Dehnel stara się zatuszować, zresztą chyba nie sam, bo, wydaje się, wspierany przez swoich wielbicieli. Wysiłki tej grupy admiratorów osiągnęły swój cel, czego dowodzi rosnąca pozycja Sobieraja w literackim świecie i popularność jego książek.

Droga do tej literackiej i męskiej przyjaźni nie zawsze była usłana kwiatami. Był czas nienawiści i zazdrości, gdy internetowi poeci pod kierownictwem Dehnela usiłowali pomniejszyć znaczenie łódzkiego artysty, stosując metody, które trudno zaliczyć do dżentelmeńskich. Wpatrzone w komputerowe monitorki i natchnioną twarz swojego przewodnika dzieci internetu prowadziły szyderczą kampanię przeciwko Sobierajowi. Wtedy to właśnie Jacek Dehnel zyskał miano Dody literatury – nieprzypadkowo, bowiem podobnie jak owa popularna gwiazda estrady, ten młody pisarz łączy w sobie nieprzeciętną urodę, wdzięk, smak, inteligencję i cięty język. Jednak przyszło opamiętanie. Z czasem arogancję i złośliwość zastąpiły uczucia wyższe, i nawet fakt, że na spotania autorskie z Sobierajem przychodzi więcej osób niż na biblioteczne wieczorki z Dehnelem, nie był w stanie ochłodzić coraz cieplejszych uczuć pomiędzy dwoma artystami.

Jednak każda, nawet ta o podłożu erotycznym przyjaźń narażona jest na próby wytrzymałości. Mimo że w ostatnim numerze czasopisma literackiego Migotania Przejaśnienia z 2010 roku Jacek Dehnel dużo miejsca poświęca Tomaszowi Sobierajowi, niepokoi fakt, że stara się ten związek upolitycznić, a Tomasza Sobieraja ukrzyżować na Krakowskim Przedmieściu i to już po całej awanturze związanej z tamtym miejscem – takie podgrzewanie na siłę minionych waśni świadczyć może o kuriozalnym gorączkowym poszukiwaniu tematu do kolejnej książki, według własnej, nazbyt dosłownie rozumianej recepty, że „Literatura, jak przedsiębiorca pogrzebowy, żyje z bólu i rozpaczy”. Nie wiadomo tylko, czy chodzi bardziej o masochistyczne, czy o sadystyczne podejście do problemu, tak czy owak jedno i drugie mogłoby nieopatrznie stać się źródłem wyrafinowanych rozkoszy pozaliterackich i nie daj Boże utrącić Dehnela jako pisarza, dla którego, jak zwierzył się Markowi Doskoczowi, „samozadowolenie, sytość i radość rzadko kiedy jest dobrym tematem dla literatury”.

Ten króciutki felieton jest głosem przyjaciela obu panów, apelem o nienastawanie na siebie w imię męskiej przyjaźni i o walkę fair play o względy kapryśnej Pani Literatury. Aby więc nie dopuścić między nimi do kolejnego nieporozumienia, chciałbym zdementować fałszywą pogłoskę, jakoby p. Tomasz Sobieraj kiedykolwiek powiedział o p. Jacku Dehnelu „picka” – przecież nazywanie p. Dehnela picką nie dość, że byłoby wulgarne, to mijałoby się z anatomiczną prawdą.


APPENDIX, czyli wyrostek

Na koniec powinienem z całego serca podziękować panu Dehnelowi za to, że swoimi słowami powołał mnie do życia i utkał mnie, w co niezachwianie wierzę, z marzeń o prawdziwym człowieku (zawistnicy szepczą, że to zupełnie jak w socrealistycznej radzieckiej opowieści, ale przecież ta epoka była wyzuta z wszelkiej duchowości, nie to co teraz) oraz przyodział na zimę w ciepłą pelisę i chwali się mną „od lewej do prawej i z góry na dół” – w ten jakże niebanalny sposób narodziło się równolegle jego pisarstwo. Ale marzy mi się, jak każdej półsierocie, poznać jeszcze imię szanownej mamusi – anonimowej pisarki, z którą mój dobroczyńca, jak sam przyznaje się w wywiadzie, obcował na kanapie. Chyba że jestem tworem li tylko wirtualnym, na miarę naszej cywilizacji.

Co bym raczej nie wolał.

Grzeszczyk

Felieton: Jaroslav Hašek NAJWIĘKSZY PISARZ CZESKI JAROSLAV HAŠEK (fragmenty)


...czuję, że trzeba odłożyć na bok zbyteczną skromność i poddać się przed całą rzeszą czytelników bezstronnej, poważnej autokrytyce.

...muszę swoje postępowanie i własne czyny oceniać jak najbardziej obiektywnie, a jednocześnie na tyle jasno, by nikomu nie umknęła ani jedna ze wspaniałych cech mojego szlachetnego charakteru. Bywają oczywiście w moim życiu takie chwile, kiedy - będąc pod wrażeniem kolejnego własnego wyczynu - szepczę sam do siebie: „Mój Boże, ależ zuch ze mnie”. No dobrze, lecz co mi to da, jeśli świat o tym się nie dowie? Świat musi dojść do tego samego wniosku, a ludzkość musi należycie ocenić nie tylko moje wspaniałe predyspozycje i olbrzymie zdolności, ale przede wszystkim mój bajeczny talent i nieporównywalnie szczery charakter. Może ktoś mi zarzuci, dlaczego nie kazałem tego bałwochwalstwa napisać komuś innemu, bardziej do tego powołanemu; dlaczego popełniam gwałt na mojej skromności, chwaląc się samemu?

Odpowiadam: Dlatego, ponieważ sam siebie znam najlepiej, a zatem na pewno nie napiszę o sobie nic takiego, co by nie było zgodne z prawdą, ponieważ byłoby śmieszne, gdybym, pisząc o sobie, przesadzał. Dlatego, kiedykolwiek zachodzi potrzeba by siebie pochwalić, dobieram wyrazy najskromniejsze, ale zdecydowanie stoję na stanowisku, że skromność zdobi mężczyznę, lecz prawdziwy mężczyzna zdobić się nie powinien, dlatego też nie wolno być skromnym ponad miarę (...) Nie wstydźmy się publicznie podkreślać własne walory! Jakże to piękne, kiedy można śmiało oświadczyć: „Szanowni państwo, jestem geniusz”, podczas gdy taki zbytecznie skromny mąż oświadczyłby: „Szanowni państwo, jestem bydlę”.

Człowiek rozumny sprytnie się pcha do przodu, zabiegając gorliwie o sławę, gdy tymczasem taki gapcio siedzi w toalecie. Człowiek rozumny, oceniając siebie należycie, potrafi się wybić również w życiu publicznym. Gapiostwo to najgorsza cecha charakteru. To oszustwo, owinięte woalką skromności, a na mnie, męża tak wielce zasłużonego na polu czeskiej literatury, polityki i życia publicznego spadłaby hańba, byłby to z mojej strony grzech popełniony na narodzie czeskim, gdybym pozostawił go w niepewności co do tego, czy jestem lub nie jestem człowiekiem genialnym.

I dlatego właśnie powiem zupełnie jasno: w dziejach ludzkości pojawił się tylko jeden osobnik wszechstronnie doskonały, a jestem nim ja. Weźcie na ten przykład pierwsze z brzegu, niezwykle udane, opowiadanie mojego autorstwa. I co zobaczycie wertując strona po stronie? Że każde zdanie zawiera głęboki sens, że każde słowo jest na właściwym miejscu (...) Wspaniałym przeżyciem jest przeczytać choćby jedną linijkę mojego tekstu, a kto tak uczynił, doznał błogiego uczucia, jakby jakiś czar wypełniał jego duszę, jakby go coś grzało, więc z błogim uśmiechem postanawia nie rozstawać się z moją książką nigdy i od tego czasu nosi ją stale przy sobie. Kilkakrotnie byłem świadkiem, jak ludzie z niesmakiem odkładali jakieś czasopismo, bo nie było w nim nic mojego. To prawda, ja też tak czyniłem, należę bowiem także do moich wielbicieli i wcale się z tym nie kryję. Każdą z moich wydrukowanych prac każę sobie czytać na głos przez moją żonę Jarmilę, najmilszą i najinteligentniejszą kobietę na świecie, i po każdym zdaniu nie mogę się powstrzymać od zawołania: „Toć to pyszne, toć przepiękne! Co za głowa, ten pan Jaroslav Hašek!” - Wspominam o tym tylko tak na marginesie, gdyż jest to wspaniały przykład potwierdzający fakt, jaki niebywały entuzjazm budzą w kręgach czytelników moje prace literackie (...)

Dygresje: Julisz Słowacki BENIOWSKI (fragmenty)


Lecz widzę, że mię ten liryzm zabija,
Że na Parnasu szczyt prowadzi stromy,
Kiedy czytelnik tę górę omija
I woli prosty romans, polskie domy,
Pijące gardła, wąsy, psy, kontusze;
A nade wszystko szczere, polskie dusze.
(...)
Tu widzę, że mi się poemat uda,
Że mi już muza swoich łask użycza;
Więc dalej! Wieszczów galopem wyprzedźmy,
(...)
Lecz ten poemat będzie narodowy,
Poetów wszystkich mi uczyni braćmi,
Wszystkich - oprócz tych tylko - których zaćmi.
(...)
Wyjdę z dzisiejszej estetycznej cieśni
I skrzydeł mojej muzy rozpostarcie
Tęczowym blaskiem was oślepi wcześniej,
Niż miałem zamiar.
(...)
Nowi poeci rodzą sie jak grzyby.
(...)
Każdy ma język swój, co jest kulawym.
Szkoda, że wszyscy są okuci w dyby,
(...)
Był czas, żem lękał się pospolitości,
Jako święconej duch się lęka wody;
Lecz teraz często schodzę z wysokości
Dla własnej sławy, pokoju, wygody;
Krytykom jak psom rzucam kilka kości,
Gryzą, lecz przyjdzie czas, że te Herody,
Przez których teraz moje dzieci giną,
Będę gdzieś w piekle gryzł jak Ugolino.
(...)
Więc nie mieszajcie mi się tu, harfiarze,
Którym dziś klaska tłum! - precz mowo smętna,
(...)
Choć mi się oprzesz dzisiaj - przyszłość moja!
I moje będzie za grobem zwycięstwo!...
Legnie przede mną twych poetów Troja,
Twe hektorowe jej nie zbawi męstwo,
Bóg mi obronę przyszłości poruczył:
Zabiję - trupa twego będę włóczył! -
(...)
A sąd zostawiam wiekom. - Bądź zdrów, wieszczu!
Tobą się kończy ta pieśń, dawny boże.
Obmyłem twój laur w słów ognistych deszczu
I pokazałem, że na twojej korze
Pęknięcie serca znać - a w liści dreszczu
Widać, że ci coś próchno duszy porze.
Bądź zdrów! - A tak się żegnają nie wrogi,
Lecz dwa na słońcach swych przeciwnych - Bogi.