LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA SPOŁECZEŃSTWO
______________________________________________________________________


OD REDAKCJI 12/2012


Słowo na grudzień

Nie lubię zachodniego sposobu myślenia. Mógłbym rzec: sposobu myślenia zachodnich intelektualistów, ale wtedy pominąłbym zmianę, jaka dokonała się w ciągu ostatnich kilku dziesięcioleci. A zmiana (nie nagła, ale nagle obecna, jak pokwitanie czy starość) polega na zniknięciu podziału na oświeconych, wiedzących, postępowych, umysłowo wyzwolonych i tak zwane masy. Wielka schizma została zakończona i wróciliśmy do światopoglądowej zgody, jak w średniowieczu, kiedy w to samo wierzyli teolog, bednarz i rolnik. Szkoła, telewizja, gazeta sprzymierzyły się, żeby zwracać umysły w pożądanym przez wyzwolonych kierunku. I przyszło zwycięstwo: światopogląd, który obowiązuje wszystkich pod karą będącą odpowiednnikiem dawnego pręgierza i stosu: ośmieszenia.

Konstanty A. Jeleński, notatka z listu do Czesława Miłosza z dn. 20 czerwca 1984 r.


Polecamy nowości książkowe pod choinkę:

Tadeusz Różewicz to i owo
Tomasz Sobieraj Krawiec
Wojciech Wencel Oda do śliwowicy i inne wiersze z lat 1992 - 2012
Dariusz Pawlicki Chwile, miejsca, nastroje
Jerzy Jarniewicz Na dzień dzisiejszy i chwilę obecną
Jan Krasicki Bierdiajew i inni. W kręgu myśli rosyjskiego renesansu religijno - filozoficznego
Simon Armitage Walking Home: Travels With a Troubadour on the Pennine Way
Walter Benjamin Konstelacje. Wybór tekstów
Seamus Heaney Human Chain


Zapraszamy

Od 7 grudnia do Bielańskiego Ośrodka Kultury w Warszawie na przedpremierową wystawę fotograficzno-literacką Jana Siwmira Witajcie w mojej bajce, na której prezentowane będą makrofotografie ze świata przyrody połączone z przypowieściami o nas samych, czasem z przymrużeniem oka, czasem pełne filozoficznej zadumy.  

8 grudnia o godz. 15 do Stacji Nowa Gdynia w Zgierzu na spotkanie z Bronisławem Wildsteinem promujące jego najnowszą powieść Ukryty.Książka to opowieść o manipulacji, w której zatraca się realna rzeczywistość, ale także o uniwersalności polskich zmagań o prawdę.

Wydarzenia: IX Międzynarodowy Festiwal Poezji „POECI BEZ GRANIC”


„Rzeczy wyjątkowe są dla wyjątkowych ludzi” twierdził Fryderyk Nietzsche – i pewnie dlatego na miejsce zakwaterowania uczestników IX Międzynarodowego Festiwalu Poezji „Poezja bez granic” w Polanicy Zdroju wybrano czterogwiazdkowy luksusowy hotel SPA „Bukowy Park”, a festiwalowe zajęcia odbywały się w świetnie przygotowanej sali konferencyjnej hotelu. Od 15 do 18 listopada poeci, tłumacze, eseiści i krytycy z Austrii, Czech, Niemiec, Polski i Ukrainy prezentowali swoją twórczość, prowadzili wykłady i otwarte dla publiczności panele dyskusyjne. Wśród kilkudziesięciu zaproszonych gości znalazł się nasz redakcyjny kolega Tomasz Sobieraj.

Tegoroczny Festiwal zdominowały zagadnienia związane z szeroko pojętą rolą i percepcją poezji w społeczeństwie ponowoczesnym oraz internetowym, poruszano problem braku poważnej krytyki literackiej oraz prowincjonalności i autarkii czasopism literackich, zastanawiano się nad bliższymi i bardziej odległymi skutkami dzisiejszego upadku edukacji i nauki.

Międzynarodowy Festiwal Poezji „Poeci bez granic” to wydarzenie, którego wysoką rangę potwierdzają nazwiska zaproszonych gości oraz honorowy patronat Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Marszałka Województwa Dolnośląskiego i Burmistrza Polanicy Zdroju; sponsorami są Narodowe Centrum Kultury i Rada Miejska Polanicy a organizacją i realizacją Festiwalu zajmuje się jego pomysłodawca Andrzej Bartyński, prezes Dolnośląskiego Oddziału ZLP, przy współudziale instytucji samorządowych i lokalnych organizacji społecznych i kulturalnych.

Nowe książki: Tomasz Sobieraj „KRAWIEC”


„Kto posługuje się stylem właściwym swojej epoce, nie wyskoczy poza nią, zostanie w swoim miejscu i czasie” – pisał Czesław Miłosz w Ogrodzie nauk. Jednak trzeba niemałej odwagi i sporej dawki testosteronu, by lekceważyć artystyczną modę i tworzyć niezgodnie z obowiązującą konwencją.

Krawiec Tomasza Sobieraja to nieczęsty w dzisiejszej literaturze przykład klasycznego ładu i rygoru, precyzyjnego strumienia myśli, jednocześnie to utwór, w którym zacierają się granice pomiędzy opowiadaniem, opowieścią poetycką, esejem filozoficznym, tekstem krytyczno-literackim i autorskim wykładem z teorii sztuki, a jadowita satyra łączy się z odważną publicystyką i krytyką polityczną.

Jak napisał znakomity poeta Józef Baran, „Krawiec to nie tylko rozprawa z pseudosztuką, to także frywolny i sokratejski w formie monolog filozoficzno-egzystencjalny o przygodzie człowieka wrzuconego w przypadkowy, ograniczony czas i przestrzeń”, który balansuje na granicy jawy i snu, rzeczywistości i fikcji, konieczności i pragnień, między życiem a sztuką, zostaje, jak bohaterowie Witkacego, „twórcą samego siebie”.

Książkę w wersji papierowej można zamówić w wydawnictwie editionssurner@wp.pl, natomiast wersja elektroniczna jest do końca grudnia dostępna bez opłat na stronie autora www.sobieraj.art.pl.

Tomasz M. Sobieraj, Krawiec, Editions Sur Ner, Łódź, 2012, ISBN 978-83-928664-3-5, 63 strony.

Nowe książki: Tadeusz Różewicz „TO I OWO”


Nakładem Biura Literackiego ukazała się premierowa książka Tadeusza Różewicza to i owo, w której czytelnik znajdzie to, co najbardziej go interesuje: nowe wiersze, groteski dramatyczne, felietony, ale i owo: rysunki (nie tylko) autorskie, rękopisy utworów, dedykacje przyjaciół pisarzy.

to i owo to dzieło czteroczęściowe. W części pierwszej zawarto to - premierowe wiersze, próbki dramatyczne i felietony. Część drugą i trzecią pozostawiono owemu: rękopisom, rysunkom i dedykacjom - m.in. Tadeusza Borowskiego, Seamusa Heaneya, Leopolda Staffa. Część czwarta zawiera Ostatnią kartotekę, co może zainteresować miłośników dramatów autora Kartoteki.

Piotr Śliwiński pisze w najnowszej książce Horror poeticus: Różewicz to poeta ze zdumiewającym wyczuciem inicjujący nurty i koniunktury liryczne, które w jego przypadku oznaczały po prostu ważne wybory i ważne sprawy, popularny, mimo że poezja jego jest w zupełności niekonsolacyjna, brzydząca się tanich pocieszeń, choć niepozbawiona współczucia.

Książka do nabycia m.in. na www.poezjem.pl

Tadeusz Różewicz, to i owo, Biuro Literackie, Wrocław 2012,  ISBN 978-83-63129-23-1, 108 stron.

Film: Leszek Żebrowski „POKŁOSIE” ? Nie, dziękuję.


Przystępując do oglądania takiego filmu jak „Pokłosie” Władysława Pasikowskiego (opartego na jego własnym scenariuszu), musimy pamiętać, że jest to bardzo kosztowna dziedzina sztuki, wymagająca ogromnych nakładów finansowych. Skąd więc można brać środki na finansowanie „wizji reżysera”? Przede wszystkim należy doić instytucje państwowe, ponadto trzeba szukać odpowiednich sponsorów. Ale przecież nie każda „wizja” poparta scenariuszem, propozycją obsady itp. ma szansę powodzenia.

Nikt nie ukrywa, że inspiracją tego filmu stali się „Sąsiedzi” Jana Tomasza Grossa i jego „wizja” historii. Mamy więc wizję artysty opartą na szczególnej wizji publicysty. Piszę wprost – publicysty, albowiem dziełko Grossa nie jest książką naukową, za jaką jeszcze w pewnych kręgach uchodzi. Sam Gross ją za taką uznał, twierdząc, że są w niej… przypisy, więc jest naukowa. Ale lista jego oczywistych błędów i przekłamań jest ogromna.

Pasikowski, mając dobrze przetartą drogę w kręgach opiniotwórczych, poszedł znacznie dalej. Wybierając z Grossa dowolnie to, co mieściło się w jego wizji, dołożył jeszcze to, na co wówczas i sam Gross by się nie zdobył.

Niemcy nawet świadkami nie byli

Jeśli jest polska wieś, Podlasie, reminiscencje wojenne, Żydzi, Polacy, to już prawie wszystko wiadomo. Okazuje się, że cała praktycznie wieś coś wie, ale nie powie, natomiast nienawiścią darzy młodego Józefa Kalitę, który ot tak, sam z siebie zbiera żydowskie nagrobki i na swym polu tworzy z nich symboliczny cmentarz. Jednak ani on, ani jego starszy brat Franek nie znają strasznej historii swej rodziny i swej wsi. Powoli jednak zaczynają się dowiadywać… Dalej mamy prostacki schemat: latem 1941 r., tuż po zajęciu tych ziem przez III Rzeszę Niemiecką (nie ma oczywiście mowy, co się działo wcześniej), do wsi przyjeżdża dwóch (tak, zaledwie dwóch) Niemców. Dają mieszkańcom wsi pozwolenie na wymordowanie miejscowych Żydów i natychmiast wyjeżdżają. W tej „wizji artysty”, czyli Pasikowskiego, Niemcy nie mogą być sprawcami zbrodni, a nawet nie mogą być jej świadkami. Następnego dnia mieszkańców ogarnia morderczy szał. Gromadzą „swoich” Żydów, prowadzą ich… do chałupy starego Kality (ojca Franka i Józka, „bohaterów” filmu), który użycza własnych pomieszczeń do spełnienia żądzy mordu, i tam ich wszystkich żywcem palą.

Gdy Żydówki wyrzucają małe dzieci poza ogień, chłopi nadziewają je na widły i ciskają w płomienie. Jest jeszcze motyw pił i odrzynania głów. Taki los spotyka np. żydowską dziewczynę, która jakoby odrzuciła wcześniej, przed wojną, zaloty miejscowego amanta. On w zamian za to obecnie zabawia się jej obciętą głową jak piłką. To było już u Grossa, skoro tam przeszło, to Pasikowski może iść dalej.

Ale przecież w Jedwabnem większość miejscowych Żydów ocalała, skutecznie ukryta przez swoich chrześcijańskich sąsiadów. Przeżyli w miasteczku, przez Polaków nie byli niepokojeni przez następnych kilkanaście miesięcy, do czasu, aż ich Niemcy wywieźli do okolicznych dużych gett jesienią 1942 roku. W 1945 r. spora, kilkudziesięcioosobowa grupa wróciła do Jedwabnego, mieszkając tam przez kilka miesięcy przed wyjazdem dalej, do Europy, USA i Palestyny. Kilka osób zostało na stałe w Jedwabnem (w tym prezes przedwojennej gminy żydowskiej) i wtopiło się w otoczenie, a więc w swych rzekomych morderców!

W filmie Pasikowskiego jest już tylko gorzej. Bracia dowiadują się straszliwej prawdy. Ich ojciec nie tylko oddał własny dom do spalenia Żydów, ale w dodatku własnoręcznie podłożył pod nich ogień. Okazuje się, że większość mieszkańców wsi stanowili Żydzi. Dziś, gdy już ich nie ma, wieś liczy jakoby już tylko kilkanaście chałup…

Jesteś filosemitą? Zaraz cię w Polsce ukrzyżują!

Franek Kalita studiuje przedwojenne akta własnościowe, bo coś mu się w papierach nie zgadza, bank nie chce dać kredytu jego bratu pod zastaw gospodarstwa. I słusznie, bo „ich” gospodarstwo nie jest ich! Także sąsiedzi Kalitów nie są na swojej ziemi, tylko na cudzej, oczywiście żydowskiej. Co więcej, Polacy przed wojną mieli swoje gospodarstwa wyłącznie na… bagnach i nieużytkach. Co innego gospodarstwa żydowskie, wyłącznie dobra ziemia, dobrze położona. Mamy więc już dwa motywy. Pierwszy to rzekoma odwieczna polska religijna nienawiść do Żydów, którą – jak się zaraz okaże – miejscowi chłopi do dziś wysysają z mlekiem matek, żywiąc się dziedziczną nienawiścią. Motyw drugi to zawiść biednych do bogatych, czyli pokazanych w krzywym zwierciadle polskich chłopów do miejscowych Żydów. Kalitowie objęli bowiem nie tylko ziemię, ale i zabudowania żydowskie, które są lepsze, wygodniejsze. Pod swoje podłożyli ogień, żeby pozbyć się żydowskich sąsiadów. Czyli schemat jest prosty: źli Polacy, dobrzy Żydzi. Mordercy i ofiary. Rabusie i właściciele.

Zwieńczeniem filmu jest ohydna scena ukrzyżowania Józefa Kality przez mieszkańców wsi na drzwiach jego własnej stodoły. Tu i teraz, w XXI wieku, w Polsce. Na miejscu jest oczywiście policja, jakieś służby, ale nikt nieszczęśnikowi nie przychodzi z pomocą, nie zdejmuje go, nie ratuje. Oto wizja, która ma być przesłaniem filmu.

„Pożyteczni idioci” kreują politykę historyczną

Polski Instytut Sztuki Filmowej wyłożył na ten film prawie 6 mln zł (pokrył w ten sposób aż dwie trzecie całości kosztów). PISF został powołany jeszcze przez SLD w 2005 r. i do jego zadań należy m.in. promocja polskiej kinematografii na świecie i edukacja filmowa. Na mocy ustawy środki, jakimi zarządza Instytut, pochodzą z wpłat nadawców telewizyjnych, platform cyfrowych i telewizji kablowych. Haracz płacą także właściciele kin i dystrybutorzy filmów. Czyli w ostatecznym rachunku płacimy my, jako widzowie telewizyjni i filmowi. Reszta funduszy na ten film pochodzi m.in. z rządowych i prywatnych funduszy… rosyjskich. Do tego mamy zachwyty i pochwały Bogdana Zdrojewskiego, polityka PO oraz obecnego ministra kultury i dziedzictwa narodowego. Nie są one przypadkowe.

Ten film wpisuje się w określoną politykę historyczną rządu PO – PSL pod kierownictwem Donalda Tuska. „Pokłosie” spełnia bowiem oczekiwania tych sił, które chcą nas obarczyć współudziałem w holokauście, to zaś wiąże się z łatwiejszym pozyskaniem kilkudziesięciu miliardów dolarów w ramach „odszkodowań”. Kto wie, czy z czasem nie zostaniemy jedynymi winnymi, albowiem wystarczy dołożyć nam łatkę „nazistów” (a film Pasikowskiego to krok milowy w tym kierunku), a wszystko stanie się takie proste, wręcz prostackie.

Trzeba tu koniecznie przypomnieć słowa Izraela Singera, sekretarza generalnego Światowego Kongresu Żydów w latach 2001-2007, który onegdaj w Buenos Aires powiedział, że „ponad trzy miliony Żydów zginęło w Polsce i Polacy nie będą spadkobiercami polskich Żydów. My nigdy na to nie pozwolimy. (…) Będziemy im to powtarzać, dopóki Polska ponownie nie zamarznie. Jeśli Polska nie zaspokoi żydowskich żądań, będzie publicznie atakowana i upokarzana na forum międzynarodowym”.

Przekaz z Polski

Ale tak naprawdę nie jest to film o nas, co każdy prawie człowiek zrozumie nawet bez jego oglądania. I tym bardziej nie jest to film dla nas. Na premierach przy zgromadzonych „artystach” było trochę gawiedzi, co można było pokazać i medialnie wykorzystać. Maciej Stuhr, jeden z głównych aktorów tego gniota, błysnął niezwykłą erudycją, mówiąc, że przecież nie takie mamy grzeszki w swej przeszłości, bo… „przywiązywaliśmy dzieci pod Cedynią jako tarcze i to jest super”. No cóż, jaka wizja, taki dobór do niej artystów. I gdyby ktoś zamienił Grossa i młodszego Stuhra w ich rolach, to zapewne nie byłoby żadnej różnicy, jeśli chodzi o poziom ignorancji i złej woli. Dodajmy do tego Pasikowskiego jako piewcę esbecji (osławione filmy „Psy”) i wybuchowa mieszanka gotowa.

To nie film dla nas, tu, w Polsce. Byłem na porannym pokazie w jednym z najlepszych kin w Warszawie. Na sali znajdowały się aż trzy osoby, włącznie ze mną. Widzowie głosują nogami (nie przychodząc), głową (swój rozum przecież mają) i kasą. I tak będzie, po co bowiem tracić czas i pieniądze na oglądanie bzdur? Podobnie było z innymi tego typu filmami, które wielkiej kariery w Polsce nie zrobiły.

Ale akcja napędzania widowni przez nauczycieli i ich uczniów już się rozpoczyna. Brońmy przed tym nasze dzieci! Przecież nie są one własnością państwa, a tym bardziej środowisk, które takie akcje promują. Mają one w tym określony interes – z jednej strony chodzi o rozprzestrzenianie skrajnej, ideologicznej propagandy, z drugiej zaś o gromadzenie funduszy na następne „dzieła” tego typu. Jeśli szkoła ma być rzekomo neutralna światopoglądowo, to tu mamy przecież do czynienia z promocją jednostronnych kłamstw w olbrzymim natężeniu.

To przecież film przeznaczony dla zagranicy. Taki właśnie przekaz wychodzi z Polski w świat – zobaczcie, tacy byliśmy i nadal tacy jesteśmy, nie ma żadnych zmian. To przekaz w znacznym stopniu urzędowy i rządowy (finansowanie ze środków publicznych i publiczne pochwały z ust politycznych prominentów). I przekaz ludzi, którzy aspirują do miana kulturalnej i każdej innej elity. A kina i telewizje niemieckie z lubością to pokażą, przypominając w ten sposób, że Niemcy byli jedynie Kulturtraegerami, czyli usiłowali nas cywilizować. Podobnie podejdą do tego media w USA, Rosji i reszta świata.

Jest to zagadnienie, którego znaczenie jest jeszcze szersze. Samo narzekanie nic nie da. Nawet głosowanie nogami, czyli bojkot takich filmów (a tu na szczęście mamy z tym do czynienia), sprawy nie załatwia. Niechże taki artysta wykłada swoje oszczędności, niech sprzeda samochód, mieszkanie, niech robi taki film za swoje prywatne środki. I niech liczy, że to mu się zwróci. Dlaczego oni tak mocno i nachalnie wyciągają łapy po nasze pieniądze? Dlaczego utwierdzamy ich w przekonaniu, że im się od nas cokolwiek należy? I dlaczego nasze państwo (tak, nasze, nie rezygnujmy z niego i kontroli nad nim) bierze w tym udział, jednostronnie, wbrew naszym interesom, wbrew prawdzie historycznej i wbrew racjom moralnym, które są przecież bardzo łatwe do udowodnienia?




Esej: Igor Wieczorek MAJOWIE WIEDZĄ, LECZ NIE POWIEDZĄ


To nieprawda, że mistrzami metafory bywają wyłącznie poeci. Najcudowniejsze przenośnie rodzą się w umysłach kosmologów, fizyków i medioznawców. Na przykład Marshall McLuhan, osławiony kanadyjski teoretyk informacji, doszedł onegdaj do wniosku, że „reklama jest malarstwem jaskiniowym dwudziestego wieku”. Pomimo upływu czasu ten lapidarny aforyzm wciąż skłania mnie do zadumy nad związkiem reklamy ze sztuką, telewizora z jaskinią, teraźniejszości z przeszłością. I zawsze coś jest na rzeczy.

Już od kilku tygodni polskie stacje telewizyjne emitują przedziwny, ledwie kilkusekundowy film przedstawiający eksplodującą kulę ziemską i nader czytelną datę: 21.12.2012. Można się mocno wysilać, a mimo to nie rozumieć, jaki jest sens tego filmu. Bo chociaż czytelna data kojarzy się ewidentnie z przypisywaną starożytnym Majom przepowiednią końca świata, to przecież ta przepowiednia i ilustrujący ją film nie są typową reklamą. Czym w takim razie są? Są czymś w rodzaju zaklęcia, buddyjskiego koanu lub ezoterycznej formuły.

Według medioznawczych teorii M. McLuhana takie quasireklamy świadczą niezbicie o tym, że marketing jest „dobrze zorganizowanym i profesjonalnym systemem magicznych zachęt i satysfakcji, pod względem funkcjonalnym bardzo podobnym do systemów magii w prostszych społeczeństwach, lecz współistniejących w dość przedziwny sposób z wysoko rozwiniętą naukową technologią”.

Warto tutaj przypomnieć, że M. McLuhan podzielił historię ludzkości na cztery okresy: wiek plemienny, wiek pisma, wiek druku i wiek elektroniczny.

Najogólniej rzecz biorąc, wiek plemienny był wiekiem kultury mówionej, „a jako że słowo mówione jest silniej nacechowane emocjonalnie niż słowo pisane, człowiek plemienny był częścią zbiorowej podświadomości, żył w magicznym, scalonym świecie kształtowanym przez mit i rytuał, podczas gdy człowiek piśmienny, zorientowany na bodźce wzrokowe, stworzył środowisko silnie sfragmentaryzowane, a w końcu sam uległ defragmentacji. Alfabet rozerwał magiczny krąg plemiennego świata, którego miejsce zajęła ludzkość utworzona ze zlepków wyspecjalizowanych i psychicznie zubożonych indywiduów”.

Pojawienie się radia i telewizji zapoczątkowało erę elektroniczną, której interaktywny, akustyczno-wizualny charakter wiedzie nas – oczywiście zdaniem M.Mcluhana – ku „wtórnej kulturze mówionej”.

To ciekawe, że na długo przed powstaniem Internetu M.Mcluhan mówił i pisał, iż sieci komputerowe pozwolą nam w przyszłości ominąć pismo i osiągnąć „zrodzony dzięki technologii stan powszechnego zrozumienia i jedności, stan zatopienia w logosie, który mógłby połączyć ludzkość w jedną rodzinę”.

Czy proroctwa M. McLuhana się spełnią? Niektóre z pewnością tak. Nie można przecież zaprzeczyć, że świat staje się „globalną wioską”, w której słowo pisane traci swą tradycyjną, uprzywilejowaną pozycję, a techniki wizualno-akustyczne reaktywują plemienność. Wydaje się jednak wątpliwe, czy owa neoplemienność wiedzie nas ku oświeceniu.

Podobno M. McLuhan, pytany, czy jest optymistą, czy pesymistą odpowiadał niezmiennie, że jest apokaliptystą.

W znakomitej książce pt. „TechGnoza” amerykański kulturoznawca, Erik Davis, zauważył, że „u prawdziwego apokaliptysty poczucie, że historia ma właśnie dokonać zwrotu, wytwarza stanowisko psychologiczne znacznie bardziej skomplikowane od optymizmu czy pesymizmu, ponieważ apokaliptyczny przewrót wywodzi po części swą siłę z połączenia - a nawet pomieszania – zbawienia i potępienia”. Z pewnością tak właśnie jest. I nie ma się czemu dziwić, bo przecież sam termin Apokalipsa pochodzi od greckiego słowa Apokalipsys, które znaczy „odsłonięcie, zdjęcie zasłony” lub „objawienie”. Tymczasem wciąż jeszcze żyjemy w mroku sfery doczesnej i możemy się tylko domyślać, że za zasłoną niewiedzy kryje się coś takiego, o czym niczego nie wiemy. Być może Majowie coś wiedzą, ale nic nie powiedzą.

Miniatura: Jan Siwmir BAJKA O NIEMANIU


Dziabąg Niemań stał nieruchomo, przeglądając się w lustrze liścia. Obejrzał sobie jedną nogę, potem drugą, wysunął podbródek i poruszał delikatnie odwłokiem.

- Tak - stwierdził. - Jest, jak myślałem, nie mam pazurów, futra, dwóch odnóży, płetw... żona mnie zdradza.... ergo jestem ślimakiem.
- Ślimakiem? - Zdrętwiał porażony logiką wniosku Autor. - Dlaczego ślimakiem?
- Widzisz - Niemań odwrócił się i spojrzał na Autora z lekceważeniem wymieszanym z pogardą - skoro nie mam dwóch nóg, to znaczy, że mam jedną, brak futra świadczy o tym, że muszę mieć muszlę, kobieta mi rogi przyprawiła, no i nie chcesz chyba powiedzieć, że ślimak posiada pazury tudzież płetwy, prawda? Elementarne stary. E-le-men-tar-ne!

Podsłuchujący nieopodal Ślimak założył sobie kask wodny na głowę. Ileż to głupot musi się człowiek w swoim życiu nasłuchać!

Esej: Dariusz Pawlicki GLOSY & INNE ZAPISKI, cz. I



I.

„Rozpowszechnioną formą niedouczenia jest wyświechtany cytat. Są tacy, którzy nie czytali Blagi, ale wiedzą, że ‘wieczność narodziła się na wsi’, nie czytali Kanta, ale znają słynne ‘niebo gwiaździste nade mną, a prawo moralne we mnie’ itd.”.

Powyższy cytat pochodzi z O aniołach Andrei Pleşu. Tę książkę, rzeczywiście jest o aniołach, akurat czytam. A ponieważ wiele wskazuje na to, że ją dokończę, więc, według autora, jestem chyba uprawniony do posłużenia się wspomnianym wyimkiem. Ale czy ów rumuński filozof i historyk sztuki, nie jest, aby zanadto zasadniczy? Oczywiście dobrze byłoby znać tekst, z którego pochodzi myśl, którą wpletliśmy do swego utworu bądź wypowiedzi. Ale nie sposób przeczytać wszystkiego (zresztą czy warto, nawet gdyby było to możliwe?). A bardzo często cytat stanowi świat sam w sobie, i w nowym kontekście, tym, który będzie współtworzył, dzieło, z którego pochodzi, nie jest potrzebne. Rzecz jasna cytaty powinny być użyte we właściwym znaczeniu, takim, jakie nadali im ich autorzy. O tym, czym jest kontekst świadczy, choćby, słynne Nietzscheańskie: „Bóg umarł”. Tych słów filozof niemiecki nie wypowiedział z triumfem. Ale wprost przeciwnie – z trwogą! Lecz o tej trwodze mało kto chce pamiętać; nie jest ona wygodna. Burzy bowiem obraz Nietzschego, jako, nieomal, zabójcy Boga!

Dobrze by też było, aby przez nazbyt częste używanie, wyimki z dzieł cudzych nie zostały pozbawione ekspresji. Jeśli jednak chodzi o nadużywanie szczególnie trafnych, niekiedy nie sposób oprzeć się pokusie, aby ich użyć. Nie bez przyczyny stały się one przecież wyświechtane.

Na temat stosowania cytatów znalazłem nst. wypowiedzi (nie wiem czy ich autorzy podzielaliby pogląd A. Pleşu):

Józef Czapski

„Niektóre cytaty są dla mnie jak złote gwoździe, które mnie trzymają w życiu naprawdę”.

Predrag Matvejevič

„Czasem cytujemy innych, aby uwolnić się od siebie, w nadziei, że ktoś wesprze nas na niepewnej drodze, że czyjś głos zaufany i bliski, doda nam otuchy” [z Innej Wenecji].

Także poniższa uwaga Josifa Brodskiego, po części dotycząca używania cytatów, jest uzasadnieniem ich stosowania:

„Jednym z celów dzieła sztuki jest tworzenie dłużników; paradoks polega na tym, że im głębiej artysta tkwi w długach, tym jest bogatszy” [z W cieniu Dantego].


II.

Usiadłem na pniu ściętego białodrzewu. Dookoła roztaczała się zieloność traw gęsto upstrzonych kwiatami.

Otworzyłem puszkę mocno schłodzonego piwa. Pierwszy łyk był szczególną przyjemnością, gdyż dzień był upalny.

Dookoła, ale i w bezpośrednim sąsiedztwie mnie, rozbrzmiewał nieustający owadzi koncert. Widziałem niektórych jego uczestników. I to, najprawdopodobniej, ich widok, a nie owe brzęczenia, bzyczenia, sprawił, że w moich myślach zaczęły powstawać, i to stosunkowo szybko, kolejne wersy następującego wiersza:


Panie Boże

Stworzyłeś człowieka który może
(Teoretycznie) przeżyć 120 lat
Powołałeś do życia psa mogącego dożyć
Nawet 20 lat
To jeszcze rozumiem

Ale stworzyłeś też jętkę która żyje
Na Boga
Tylko kilka godzin

I tego
Nie pojmuję

Po powrocie do domu powstała inna wersja tego wiersza, a dokładniej – inna wersja jego końcowego fragmentu:

Panie Boże

Stworzyłeś człowieka który może
(Teoretycznie) przeżyć 120 lat
Powołałeś do życia psa mogącego dożyć
Nawet 20 lat
To jeszcze rozumiem

Ale stworzyłeś też jętkę która żyje
Tylko kilka godzin

Na Boga
Po co?


III.

„Przyznam się (...), iż nabieram coraz większej awersji do tych wszystkich grajków, co krążą jak komety w pogonii za dolarami. Jeżeli oni mienią się artystami, to ja chętnie zrzekam się tego tytułu – ale jeśli ja mam być artystą, to niech nędzny przebieracz palcami nie waży się stosować do siebie tego określenia”.

„Dla pianisty inteligencja jest czymś raczej szkodliwym niż pożytecznym, bo pianista to raczej rzemieślnik niż poeta: musi spędzać wiele godzin dziennie przed tą ogromną biało-czarną sztuczną szczęką, żeby grać skale, ćwiczyć palce, opracowywać sobie i zapamiętywać kawałki programu... Uznałem, że byłoby niedorzecznością wyrzekać się wdzięków Inteligencji, aby móc zagrać względnie czysto menuet Scarlattiego czy canzonę Bacha...”.

Obie powyższe opinie na temat muzyków są negatywne. Choć dotyczą nieco innych aspektów związanych z tą profesją. Pierwsza odbiera bowiem muzykom prawa do miana artystów, stawiając ich jednoznacznie w roli odtwórców/interpretatorów. Druga zaś zwraca uwagę na przeszkodę, jaką w wykonywaniu tego fachu, może być... inteligencja.

Pierwsza z tych opinii jest wyimkiem z listu, pochodzącego z maja/czerwca 1953 r., Witolda Gombrowicza do Jerzego Giedroycia. Natomiast druga – ze szkicu Alberto Savinio Nuova enciclopedia. Z tym, że we wspomnianym liście polski pisarz dał wyraz swej irytacji spowodowanej własnymi kłopotami finansowymi skonfrotowanymi z sukcesami, także finansowymi, znanego pianisty (Polaka). W opinii włoskiego autora jest o wiele mniej emocji, jest ona bardziej wyważona. Opiera się wprawdzie na jego osobistych przeżyciach, ale została zapisana po upływie wielu lat.


IV.

Myślę, że bardzo niewielu osobom mówi jeszcze Coś nazwisko Bohdan Czeszko.Niewątpliwy wpływ na to ma fakt, że znajduje się on w przedsionku pisarskiego niebytu.Po 1989 r. nie wznawiano bowiem książek jego autorstwa. I nic nie wskazuje na to, aby miało się to zmienić. Kiedy z bibliotek zostaną wycofane ostatnie egzemplarze jego publikacji książkowych (nie musi się to wcale stać ze względu na ich zły stan), pisarstwo Czesława Czeszki, niestety, opuści przedsionek i trafi do wspomnianego pisarskiego niebytu. A nie całe na to zasługuje...

Pisząc te słowa spoglądam na leżące obok mnie Nostalgie mazurskie, niewielkich rozmiarów zbiorek szkiców i nowel. Wydane zostały w 1987 r. (na rok przed śmiercią autora) w nakładzie 40320 egzemplarzy. Mój Tato i ja czekaliśmy na ukazanie się tej publikacji (zapowiadał to wydawca, jak też Czeszko w kilku wywiadach, jakie udzielił w prasie i telewizji). Już pierwszego dnia sprzedaży udało się je kupić Tacie. A ja Nostalgie... otrzymałem w prezencie. I pierwszy je też przeczytałem. Nie rozczarowaliśmy się nimi.

Nie wszystkie krótkie utwory składające się na Nostalgie mazurskie dotyczą Mazur.Ale chyba we wszystkich daje o sobie znać nostalgia, choćby nieznacznie. Nostalgia za minionymi latami (oczywiście nie za okresem niemieckiej okupacji), za ludźmi, którzy nie żyją bądź wyjechali z kraju, za drzewami, za miejscami. A jeśli chodzi o owe miejsca, to szczególną rolę odgrywają pośród nich właśnie Mazury, „a właściwie trójkąt Pisz – Ruciane – Niedźwiedzi Róg”. To znaczy północny fragment rozległej Puszczy Piskiej. O tym czym dla Bohdana Czeszki był ten zakątek świadczy, m. in., taki oto cytat:

„Zapach Puszczy wczesną wiosną nawiedza mnie po dzień dzisiejszy w chwilach nostalgii mazurskiej”.

Josif Brodski wielokrotnie pisał i mówił, że przywoływanie zmarłych, wypowiadanie bądź zapisywanie ich imion i nazwisk, sprawia, że oni nadal żyją (w tym momencie wspomnę, że Brodski, ateista, miał nadzieję, że ci, którzy przyjdą po nim, będą z kolei...). Żyją tak długo, jak długo trwa pamięć o nich. Tak więc przywołując na kartach Glos & innych zapisków Bohdana Czeszkę, zapewniam mu dalsze życie, jako pisarzowi (na inne „formy”, nie tylko jego życia, nie mam wpływu). Nie mam nic przeciw temu!


V.

W mojej prywatnej Księdze cytatów Josif Brodski prezentowany jest, jak dotąd, nst. wyimkami:

„Gdy człowiek wolny ponosi porażkę, to nikogo za to nie wini”.

„Poezja to tłumaczenie, tłumaczenie prawd metafizycznych na język ziemski”.

„Ludzie są tacy, jak nasza o nich pamięć”.

„Jednym z celów dzieła sztuki jest tworzenie dłużników; paradoks polega na tym, że im głębiej artysta tkwi w długach, tym jest bogatszy”.

„(...) śmierć jako temat zawsze tworzy autoportret”.

„(...) nieczytanie wierszy sprawia, że społeczeństwo osuwa się na taki poziom wysłowienia, na którym staje się łatwym łupem demagoga lub tyrana”.

„Prawdziwe tło naszego gatunkowego lgnięcia do niedojrzałości jest znacznie smutniejsze. Wiąże się nie z oporami człowieka przed wiedzą o śmierci, ale z brakiem chęci dowiedzenia się czegoś o życiu”.

„(...) człowiek jest tym, co czyta”.

„Dla Dostojewskiego sztuka, jak życie, jest tym, po co człowiek istnieje. Niczym biblijne parabole, jego powieści są środkami uzyskiwania odpowiedzi, nie celem dla siebie”.

„Był sobie kiedyś mały chłopiec. Żył w najbardziej niesprawiedliwym kraju świata. Kraj ten rządzony był przez istoty, które według wszelkich ludzkich pojęć powinny zostać uznane za degeneratów. Ale nie zostały”.

„Przyzwalałem strunom głosowym na wszystkie dźwięki prócz wycia (...) dopóki ust mi nie zatka gliniasta gruda, będzie z nich się rozlegać tylko dziękczynienie”.

„Kiedy rytm jakiegoś klasyka wchodzi komuś w krew, duch tamtego też w niego wstępuje”.

„(...) im prędzej człowiek sięgnie dna, tym prędzej wypłynie na powierzchnię”.

„(...) właśnie ucieczka od banału odróżnia sztukę od życia”.

„Człowiek nie powinien czynić przedmiotem rozmowy czegoś, co sugeruje niejako wyjątkowość jego życia”.

„Przecież woda (...) to forma stężonego czasu”.

Niewykluczone, że któryś z powyższych cytatów, wpleciony w obszerniejszy tekst, został zapisany na drewniano-metalowym, pomalowanym na niebiesko, stole stojącym nadal (2007 r.) w ogrodzie domu przy Morton Street nr 44 w nowojorskiej Greenwich Village. Brodski wynajmował w nim mieszkanie (wyprowadził się z niego dwa lata przed śmiercią).

Przyjrzałem się temu meblowi z zainteresowaniem. Tak jak i bujnej roślinności porastającej niewielki teren. O tym, że stół służył Brodskiemu przy sprzyjającej pogodzie, poinformował mnie mieszkaniec owego domu. Zapytał na koniec czy cenię bardziej wiersze, czy eseje Brodskiego. Odpowiedziałem, bez chwili wahania, że eseje. Lekko uśmiechnął się i stwierdził, że i on przedkłada Brodskiego-eseistę nad Brodskiego-poetę.

W ogrodzie przy Merton Street nr 44 moją szczególną uwagę przykuła też niewielka pojedyncza brzoza rosnąca pośród dębów i klonów. Pomyślałem, że i ona mogła cieszyć się szczególnym zainteresowaniem ze strony mieszkańca wspomnianego domu pisującego eseje i wiersze.


VI.

Od 2000 r., a teraz mamy 2012, linia kolejowa z Wrocławia do Świdnicy, przez Sobótkę, jest nieczynna.

Gdy idzie się torowiskiem, w miejscach, gdzie biegnie ono blisko drzew, widać, że ich gałęzie wraz z liśćmi, od strony torów, tworzą jakby jednolitą warstwę. I żadne, choćby najdrobniejsze, gałązki nie naruszają tej jednolitej zielonej powierzchni. Ta gładkość ścian zielonego tunelu szczególnie przyciąga uwagę, gdy patrzy się w jego głąb z pewnej odległości. Mimo upływu 12 lat drzewa „pamiętają” o ścianach/burtach wagonów, które uderzały w nie, gdy próbowały rosnąć zgodnie z odwiecznym prawem - we wszystkich kierunkach. Musiały więc przeżyć w ciągu przeszło 100 lat funkcjonowania tej trasy, brutalną lekcję.


VII.

W wydanym w 1987 r. atlasie Ptaki, przy opisie jerzyka odnotowano, m. in., taką informację:

„Rano i nad wieczorem lata, w stadkach, na różnych wysokościach nad zabudowaniami”. A tymczasem 25 lat po opublikowaniu tego atlasu, obserwuję loty zwinnych jerzyków nie tylko ‘rano i nad wieczorem’, ale również w późnych godzinach przedpołudniowych (np. 11.30). Widzę je, ale nie tak licznie, także w samo południe. Wygląda więc na to, że obyczaje tego gatunku uległy zmianie.


VIII.

W O aniołach (str. 75) wspomniany Andrei Pleşu odnotowuje nst. myśl:

„Człowiek współczesny ma trudności z uwierzeniem w anioły, nie dlatego, że jest ‘racjonalistą’ i ‘ateistą’, ale dlatego, że nie wierzy w porządek lub ma o porządku niekonsekwentne wyobrażenie”.

Człowiek nie-współczesny wierzył w świat uporządkowany. Ów porządek dotyczył jak najbardziej również świata „nienamacalnego”. A w nim, porządek opiera się także na aniołach. To dlatego człek przed-współczesny tak rzadko, a może nawet w ogóle, nie używał określenia: przypadek. Niewykluczone, że go nie znał.


Od wielu już lat nie wierzę w Coś, co nazywa się powszechnie przypadkiem (ja tego tak nie nazywam). Kiedy np. w bibliotece sięgnę „przypadkowo” po jakąś książkę stojącą na półce, tłumaczę to sobie niekiedy tym, że zainteresowała ona... mojego anioła stróża. Najczęściej jednak, po prostu, przyjmuję do wiadomości fakt kolejnego nie-przypadku, który mnie spotkał.

Felieton: Wojciech Wencel NA KOLANA PRZED WIESZCZEM


Istnienie Jarosława Marka Rymkiewicza jest dowodem na to, że nasza dziejowa misja wciąż trwa.

To się nie miało prawa wydarzyć. Nie po ogłoszeniu końca poezji, historii i „paradygmatu romantycznego”. Nie w czasach małej stabilizacji i filozofii ciepłej wody w kranie. Przecież funkcjonariusze PRL i III RP potrafili dotychczas skutecznie neutralizować narodowych proroków. Gajcemu dorobiono etykietkę faszysty, emigranta Wierzyńskiego otoczono kordonem milczenia, Herberta najpierw zdemaskowano jako niestabilnego psychicznie wroga demokracji, a później zrobiono z niego pretensjonalnego sprzedawcę antyków. I nagle pod nosem strażników naszej małości, lenistwa i zwątpienia wyrasta nowy wieszcz. Jest. Idzie Krakowskim Przedmieściem. Przywraca wiarę w sens zbiorowego losu. Opowiada o wolności, staje po stronie wykluczonych. Słuchają go setki tysięcy Polaków.

Istnienie Jarosława Marka Rymkiewicza jest dowodem na to, że nasza dziejowa misja wciąż trwa. Właściwie każda jego publiczna wypowiedź mówi nam, skąd przychodzimy, kim jesteśmy i co powinniśmy robić, by pozostać Polakami. Wiersz o dwóch Polskach, z których „jedna chce się podobać na świecie”, a drugą „wiozą na lawecie”; diagnoza postkolonialnego charakteru III RP; uświadomienie przynależności Adama Mickiewicza do wspólnoty „moherowych beretów”; dowodzenie, że polski romantyzm jest kluczem do współczesności; nazwanie nierzeczywistym świata redagowanego w głównych mediach; wierność Polsce prowincjonalnej i wezwanie do budowania niepodległości wokół siebie; wreszcie rekonstruowanie mitów polskiej wolności w „Wieszaniu”, „Kinderszenen” i „Samuelu Zborowskim”; odtworzenie szkieletu polskości, który każdy z nas – w zgodzie z własną formacją duchową – może otoczyć tkanką wiary czy kultury. Wszystko to jest dla wolnych Polaków darem, nie tyle od wielkiego poety, ile od Boga lub losu, jak kto woli.

Bywa to dar trudny, bo wizje Rymkiewicza nie służą wyłącznie „pokrzepieniu serc”. Wciąż, w różnych odmianach, wraca w nich ciemne proroctwo z wiersza napisanego we wrześniu 1982 r.: „Kiedy się obudziłem, Polski już nie było”. Ten zaczerpnięty z Mickiewicza motyw niepokoi, zważywszy, że naszym wieszczom wielokrotnie zdarzało się antycypować wielkie wydarzenia. W trakcie pisania poeta często znajduje się jakby poza czasem, rejestruje sensy ukryte w języku swojej wspólnoty, na moment uzyskuje dostęp do perspektywy wiecznej. Inna sprawa, że każdy ma takiego proroka, jakiego sobie wybrał. My mamy poetę z Milanówka, niewolnicy III RP – jasnowidza z Człuchowa.

Świeżo wydana przez „Frondę” książka „Spór o Rymkiewicza” zbiera teksty głównie zajadłych wrogów romantyzmu. Kogóż tu nie ma? Są Cezary Michalski z „Krytyki Politycznej”, Mariusz Cieślik z TVN24 i Szczepan Twardoch z postkomunistycznej „Polityki”. Stroszą pióra skompromitowany filozof Marcin Król, znana z sympatii dla Ruchu Poparcia Palikota Agata Bielik-Robson, tropiciel „mętnej mistyki” smoleńskiej Paweł Lisicki oraz przedstawiciel literatów III RP Jarosław Klejnocki. Jest też Piotr Skwieciński, który reakcję Rymkiewicza na polską rzeczywistość określił kiedyś jako „aberracyjną, chorą”. Do kompletu brakuje jedynie krasnala Horubały i jego sugestii, że poeta stworzył klimat duchowy, który doprowadził do katastrofy smoleńskiej. Ale brakuje go tylko dlatego, że – jak czytamy we wstępie – pominięto teksty opublikowane niedawno w autorskich książkach. Nawet autorzy skądinąd sensowni (Jacek Trznadel, Jadwiga Staniszkis, Grzegorz Górny) na temat Rymkiewicza wypisują jakieś zdumiewające brednie. Honoru wieszcza bronią przede wszystkim Marzena Woźniak-Łabieniec, Zdzisław Krasnodębski i Joanna Lichocka, której tekst znalazł się tu jako wstęp do filmu Grzegorza Brauna „Poeta pozwany”.

Płyta z tym znakomitym filmem była już dołączona do „Gazety Polskiej”. Książkę można z czystym sumieniem wyrzucić do kosza. Prawda jest bowiem taka, że żadnego sporu o Rymkiewicza nie ma. Jeśli jest to pisarz „kontrowersyjny”, to tylko dla tych wychowanków III RP, którzy nie rozumieją polskości i żyją w swoich lewackich, neoendeckich bądź pseudokatolickich inkubatorach. Żałuję, że „Fronda”, z którą wiąże mnie sentyment, firmuje podobne książki. Zaraz, zaraz... Na stronie redakcyjnej jest dopisek: „Dofinansowano ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego”. To wiele wyjaśnia.



Eesj: Dariusz Pawlicki MEGAWIDOWISKO Z ROKU 1654



Nie wiemy czy 19 lutego 1654 r. w Oleśnicy na Śląsku było zimno, czy może padał śnieg. Naoczni świadkowie zdarzenia jakie miało miejsce tego dnia, a także ci, którzy spisywali ich wspomnienia na ten temat, czym innym byli bowiem zainteresowani. A owo zainteresowanie skupione było na czymś bardzo konkretnym, w co zaangażowani byli bezpośrednio dwaj ludzie. Z tym, że jeden z nich brał w tym zdarzeniu udział całym sobą, dosłownie. I jeśli nawet owego lutowego dnia przed przeszło trzema wiekami było zimno, czy też wręcz mroźno, to dwaj główni bohaterowie, zimno zupełnie inaczej odczuwali, niż kilka tysięcy widzów ich obserwujących.

Owo wydarzenie nie miało w sobie niczego z greckiego dramatu. Bo i było pozbawione wszelkiej wzniosłości. Tak jak i w historii, której było zwieńczeniem, nie było żadnych wielkich uczuć, wielkich namiętności, a jedynie długi ciąg zbrodni (zbrodnia jest wpisana w grecką tragedię, ale stanowi tylko element, nie wypełnia jej całkowicie), a na koniec wymierzenie kary.

*
Kim byli ci dwaj ludzie? Jednego znamy z imienia i nazwiska: Melchiora Hedloffa. Wiemy też na jego temat i to, że urodził się w 1605 r. w Kuźnicy Kąckiej, koło Międzyborza; że w czasie wojny trzydziestoletniej przez wiele lat był żołnierzem wojsk cesarskich. A kiedy powrócił w strony rodzinne, na drogach przebiegających przez rozległe Bory Międzyborskie, zaczął napadać na podróżnych. Nie poprzestawał jednak na zabraniu im pieniędzy, przedmiotów wartościowych – pozbawiał ich także życia. Za narzędzie mordu służyły mu dwa muszkiety (stąd przydomek: Strzelec Melcher) i szabla turecka. Jeden z tych muszkietów stał się potem, po kilku latach, dowodem potwierdzającym część dokonanych przez niego morderstw. Otóż na kolbie zaznaczał on każdorazowo zabitą osobę. Czynił to za pomocą nacięć; różnych w zależności od jej narodowości, pozycji społecznej, płci.

Rychło przystało do niego trzech kamratów, z którymi dokonywał napadów. Ale to on był hersztem.

Wielka obława zarządzona przez księcia oleśnickiego Sylwiusza Nimroda z dynastii Wirtembergów, nie przyniosła spodziewanego rezultatu. Melchior Hedloff i trzej jego wspólnicy nazbyt dobrze znali Bory Międzyborskie, w których nie brakowało miejsc doskonale nadających się do ukrycia. Ale w 1653 r. przedstawicielom władz udało się ująć żonę Hedloffa Annę. Wkrótce do matki dołączyła dobrowolnie córka, także Anna.

Obie kobiety poddano torturom mającym na celu uzyskanie informacji pomocnych w schwytaniu Strzelca Melchera, a także dotyczących jego zbrodniczej działalności. I wiele takich informacji zdobyto. Żona Hedloffa zmarła jednak w wyniku obrażeń odniesionych podczas tortur. Natomiast córka zbrodniarza, a także dwaj jej wujowie, bracia Melchiora, schwytani w międzyczasie (ich także najpewniej poddano torturom), zostali skazani na śmierć i ponieśli ją przez łamanie kołem (nie ja pierwszy zauważam, że człowiek jest niezwykle pomysłowy w zadawaniu cierpień bliźniemu, a łamanie kołem należy do takich szczytowych „osiągnięć”). Nie była to jednak kara za udział w krwawym procederze, w który zaangażowany był Melchior Hedloff, gdyż wszystko wskazuje na to, iż córka zbrodniarza i jego bracia nie brali w nim udziału. Natomiast ukarano ich za przyjmowanie przedmiotów i pieniędzy pochodzących z rozboju, czego byli świadomi.

Sam Strzelec Melcher został ujęty 2 listopada 1653 r. we wsi Łąki koło Sośni. Brak jednak informacji na temat tego, jak do tego doszło. Czy było ono wynikiem czyjegoś donosu? Może zdradził, któryś ze wspólników Hedloffa (nie są znane dalsze losy żadnego z nich)? Nic na ten temat nie wiemy.

*

O czym myślał podczas tego swego długiego umierania, celowo przeciąganego przez tego, który zdobył odpowiednią w tym zakresie wiedzę? A trwało ono już od chwili , gdy rozgrzanymi do czerwoności cęgami wyrwano mu pierwszy palec u ręki. Czy może, gdy narastający wciąż ból, nie wypełnił go jeszcze całkowicie, może myślał o Bogu (co nie jest przecież wykluczone, choć brakuje wzmianki, czy przed egzekucją wyspowiadał się, pojednał z Bogiem), a może prosił o pomoc Złego. Kronikarze nie odnotowali żadnego słowa, żadnej wypowiedzi, jaka padła z jego ust w czasie kaźni. Niewykluczone więc, że najpierw obdzierany żywcem ze skóry, potem łamany kołem, a na koniec ćwiartowany (jeśli wtedy jeszcze żył), milczał. W przeciwnym razie najpewniej by to zanotowano, tak jak zapisano w dokumentach, że w trakcie tortur (a tych mu nie żałowano) nie wydał choćby jednego, najcichszego jęku. Możemy sobie bez trudu wyobrazić, jak ten fakt komentowali ci, którzy byli świadkami egzekucji Strzelca Melchera. O związki z jakimi siłami musieli go posądzać, świadomi tego, że najprawdopodobniej nie byliby zdolni znieść w milczeniu tego, co on zniósł...

Czy leżąc nagi na podwyższeniu, z szeroko rozstawionymi kończynami (pod nadgarstki, łokcie, kolana, biodra podłożono klocki drewniane), gdy kat kołem (rodzaj kanciastej maczugi o krawędziach obitych metalem) łamał mu ręce, nogi, żebra, kręgosłup, wyrażał przed samym sobą żal, że poszedł drogą, która zaprowadziła go na oleśnicki rynek, a następnie nieopodal murów tego miasta?

*

Drugi bezpośredni uczestnik krwawego zdarzenia, jakie miało miejsce 19 lutego 1654 r. nie jest nam znany choćby z imienia. Wiemy, że mieszkał w domu przylegającym do muru kurtynnego (jego fragmenty zachowały się), tradycyjnym domostwie katów oleśnickich. Lecz nawet nie wiemy, gdzie dokładnie stał ten dom. Został on niewątpliwie szybko rozebrany po tym, jak przestał być jego lokatorem ostatni kat oleśnicki (któż bowiem chciałby w nim mieszkać). Choć kat nie był wyklęty, to jednak był osobą niehonorową. Z jednej strony budził odrazę, z drugiej zaś fascynował, jako ten, który tak blisko styka się ze śmiercią, ociera się o nią; do tego sam ją niejednokrotnie zadaje. W niektórych miastach mógł uczęszczać do kościoła (miał tam jednak miejsce wydzielone), w innych z kolei nie. Podobnie rzecz się miała w przypadku oberży (ciekawe czy w sytuacji, gdy mógł w niej przebywać, miał tam swój kubek bądź kufel). Niejednokrotnie kat był jednak szanowanym obywatelem miasta. Szczególnie często miało to miejsce w krajach Rzeszy Niemieckiej, a Śląsk był jednym z nich.

Czy wspomnianego dnia kat oleśnicki skupiony był wyłącznie na dokładnym realizowaniu, punkt po punkcie, swoistego scenariusza egzekucji, czy też z racji posiadanego doświadczenia, pozwalał sobie na snucie myśli związanych na przykład z zapłatą jaką otrzyma? A o jej wysokości doskonale wiedział, gdyż każda czynność dotycząca kaźni miała swoją cenę. Była bowiem ujęta w specjalnym, drobiazgowym cenniku.

Ów kat, w którego ręce oddano Hedloffa, musiał niewątpliwie być mistrzem w swym fachu. Dzisiaj powiedzielibyśmy o nim: specjalista, fachowiec. Nikomu innemu z pewnością nie zlecono by widowiskowego, rozciągniętego w czasie, uśmiercenia Melchiora Hedloffa. To znaczy człowieka, który na kartach historii zapisał się tym, że był wielokrotnym zabójcą. I tylko nim! Choć nie wiemy, tak naprawdę, ilu ludzi zamordował. Faktem jest jednak, że przyznał się do 251 morderstw. Ale człowiek, także tak twardy jak on, jest gotowy przyznać się do rzeczy niepopełnionych, gdy obieca mu się, niezastosowanie jakiejś tortury.

Schwytanie wielokrotnego mordercy zawsze było, i pewnie jest nadal, okazją dla wymiaru sprawiedliwości, do poprawienia swego wizerunku - liczba zbrodniarzy nie osądzonych, może wówczas się zmniejszyć. Jest to też każdorazowo okazja do zamanifestowania triumfu sprawiedliwości. Ale z pewnością kilku tysiącom widzów (wielu wśród nich było dziećmi) jacy obserwowali kaźń Strzelca Melchera (także każdą inną), nie chodziło o udział w owym triumfie. Znacznie ważniejsza, i pewnie dominująca, była chęć zobaczenia kogoś tak sławnego. Do tego ową sławę zawdzięczającego, tak wielu mordom. Łączył się z tym wyjątkowy dreszczyk emocji. A w dniu egzekucji stał się on z pewnością dreszczem. Możemy wyobrazić sobie starania, aby zająć jak najlepsze miejsce, czyli takie, z którego będzie widać jak najwięcej szczegółów. Tak aby potem, wieczorami, w oberży, przy piwie uzupełniać relacje tych, którzy stali dalej. Choć pewnie byli i tacy, którzy zająwszy miejsce w pierwszych szeregach, szybciej bądź później, ale pożałowali swej zapobiegliwości i zaczęli przeciskać się przez tłum. Budząc przy tym zdziwienie, albo złośliwe komentarze. Ci z pierwszych rzędów słyszeli z pewnością każdy trzask towarzyszący łamaniu kości. Widzieli ludzkie mięso, krew...

O czym myśleli ludzie przyglądający się egzekucji Strzelca Melchera? Tego możemy się tylko domyślać. Czy współczuli skazanemu? W to należy raczej wątpić. Może myśleli o popołudniowym posiłku, którego nie miał kto przygotować, skoro niejednokrotnie całe rodziny zgromadziły się pod murami Oleśnicy? Bez względu na to jaką rolę pełnili w tej kaźni czy byli tylko widzami, czy urzędnikami nadzorującymi jej przebieg bądź strażnikami strzegącymi porządku, na pewno do każdego z nich, i to wielokrotnie, powracała myśl: „Jak dobrze, że to Melchior Hedloff, a nie ja...”.

*

Każda publiczna egzekucja miała odnieść także skutek wychowawczy. Bo to właśnie ona, obserwowana, miała odstraszać. Było to więc wychowanie przez kaźń (im okrutniejszą, tym lepiej), a nie przez karę (ilu ludzi widziało skazańca odsiadującego w lochu dożywocie). W takim systemie było jak najbardziej wskazane, by skazaniec odczuł jak najdotkliwiej każdą kolejną minutę trwania egzekucji. Tak żeby pragnął śmierci coraz bardziej. I Tylko jej.

Już dawno rozlegały się głosy, że kaźń, choćby najokrutniejsza, nie mówiąc już w ogóle o karze śmierci, nie działa odstraszająco. Należy więc wątpić, że zakładany cel osiągnęło stracenie Strzelca Melchera. A wśród kilku tysięcy ludzi obserwujących jego powolną agonię, znajdował się z pewnością niejeden przyszły przestępca, którego uczynek miał podlegał karze śmierci (nie można wykluczyć i takiej sytuacji, że uczynek ten został popełniony wkrótce po opisywanej tu egzekucji). Ale gdyby nawet nikogo takowego jednak nie było wśród widzów, to wiemy, że w Oleśnicy, po 1654 r., nie miał miejsca żaden przełom jeśli chodzi o ciężkie przestępstwa. I kat, obok wielu innych czynności składających się na jego obowiązki, nadal wykonywał wyroki śmierci.

*

To że Melchior Hedloff mordował, wynika, między innymi, z faktu, na który od początku zwracano zresztą uwagę - będąc żołnierzem w czasie wojny trzydziestoletniej, która należała do konfliktów wyjątkowo okrutnych, nauczył się mieć życie ludzkie, za nic (igranie własnym życiem też pewnie było tego wynikiem). A rabowanie, będące w jego przypadku równoznaczne z mordowaniem, wydało mu się być wyjątkowo łatwym zajęciem. Do tego najpewniej nie towarzyszyły mu rozterki moralne. Przy czym ofiary do niego jakby same przybywały, podróżując drogami przebiegającymi przez Bory Międzyborskie. Ale dlaczego nie opuścił terytorium Księstwa Oleśnickiego i ziem ościennych, gdy zaczęto coraz usilniej go poszukiwać (także jego kompanów)? Mając na uwadze fakt, że zostali schwytani i uśmierceni członkowie jego najbliższej rodziny, musiał był świadomy tego, że pętla wokół niego zaciska się coraz bardziej. I że prędzej czy później, ale zostanie schwytany.

Może decyzję o wyniesieniu się do innej części Śląska, a może do sąsiedniej Wielkopolski, odkładał z dnia na dzień. Aż w końcu nadszedł 2 listopada 1653 r. Kiedy to już nie on, lecz inni poczęli podejmować decyzje o jego dalszym losie.

A może Strzelec Melcher był zakochany w tym skrawku Śląska, gdzie przyszedł na świat (nie wiemy kim byli jego rodzice)? Tak, tak, trudno w to uwierzyć, gdy ma się na uwadze jego uczynki. No, ale nie można tego wykluczyć.

O Melchiorze Hedloffie wiemy bardzo niewiele, jeśli porównamy go, na przykład, z panującymi współcześnie monarchami. Lecz i tak wiemy mnóstwo jeśli weźmiemy pod uwagę miliony ludzi, którzy wiedli tzw. normalne życie. Ale na temat ostatnich godzin jego życia wiemy wyjątkowo dużo. To jest zresztą paradoks, że na karty historii (również tej pisanej przez „H”) zdecydowanie łatwiej trafiali, zresztą dzieje się tak nadal, wszelkiego rodzaju łajdacy, niż ludzie przyzwoici. Ich uczynki, przede wszystkim te spektakularne, były bowiem bardziej zauważalne. A oni sami nie są tak liczni. To stwierdzenie niech będzie pocieszeniem.

Pogranicza: Igor Wieczorek DIABLA SPRAWA



Nie pamiętam już chwili, w której zacząłem myśleć. Kiedyś wierzyłem w to, że gdybym ją sobie przypomniał, proces mojego myślenia stałby się zrozumiały, bo posiadłbym wiedzę o tym, czym jest doskonała bezmyślność.

Z czasem straciłem tę wiarę. Wciąż myślę i nic nie rozumiem. Nie mam pojęcia dlaczego. W dzieciństwie nie wyróżniałem się niczym szczególnym. Podobnie jak inni mieszkańcy niezbyt dużego miasta Europy środkowo-wschodniej chodziłem do przedszkola i do szkoły, grałem w piłkę i zbierałem ołowianych żołnierzy, a na pytanie dorosłych: „Kim będziesz, kiedy dorośniesz?” odpowiadałem „Strażakiem!”.

Dopiero w trzeciej klasie szkoły średniej stało się oczywiste, że jestem młodym wariatem. Podczas gdy większość moich rówieśników dokonywała właśnie pierwszych życiowych wyborów, a ich nieukształtowane charaktery, zderzając się ze sobą, wpadały w tę siatkę pojęć, którą świat zowie wiedzą, ja spoczywałem w bezruchu. Całymi dniami myślałem, a w moim pociągłym obliczu kryło się coś diabelskiego. Było to tym okropniejsze, że nie wierzyłem w diabła.

Już wtedy wątpiłem we wszystko, nawet we własną niewiarę. Świat jawił mi się strumieniem niezrozumiałych zjawisk. Każde z nich, wzięte z osobna, miałoby jakiś sens, gdyby w tym samym czasie inne zjawiska znikały. Niestety, wszystkie zjawiska były ze sobą splecione z iście diabelską perfidią, bo każde było sensowne tylko w świetle innego, przeciwstawnego zjawiska. Myślenie o owym świetle spędzało mi ciągle sen z powiek, a moje pociągłe oblicze czyniło nad wyraz diabelskim.

Zacząłem studiować dzieła fizyków i filozofów. Im bardziej się w nich zagłębiałem, tym częściej stawało się jasne, że umysł jest kliszą hiperfotograficzną. Fizycy i filozofowie posiedli szereg obrazów przedstawiających zarysy nieznanej istoty rzeczy. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie pewien szkopuł. Otóż na wszystkich obrazach nadmiar spiętrzonych zarysów zasłaniał samą istotę, czy raczej – natura istoty sprowadzała się tylko do zarysów. A jednak w historii nauki nie było takiego badacza, który nie wierzyłby w światłość swojego wątłego umysłu. Ta światłość nie była istotą, bo zawsze spowijał ją mrok, lecz mrok również nie był istotą, bo zawsze ujawniał się w świetle. Jedynie umysł badacza zawisał nad ową przepaścią i chociaż też nie był istotą, to jednak ona nim była. Tak oto doszedłem do wniosku, że umysł ludzki jest kliszą hiperfotograficzną – ujawnia bowiem z natury nieujawnioną istotę.

Pragnąłem podzielić się z ludźmi tym arcyciekawym odkryciem, lecz oni nie chcieli mnie słuchać. Wszyscy byli zajęci prozaicznymi sprawami i kiedy im tłumaczyłem, że ich umysły to klisze hiperfotograficzne, czuli się obrażeni.

Kiedy zbliżałem się do nich, natychmiast się oddalali, a kiedy ich nie zauważałem, od razu dążyli do zwarcia. Wiele mówili o Bogu, materii, czy szczęściu nirwany, co wcale im nie przeszkadzało zajmować się sztuką oszustwa. W sztuce zręcznego oszustwa byli niedoścignieni. Walczyli ze sobą zawzięcie z jakąś niezłomną wiarą w nadrzędne znaczenie litości. Twierdzili, że są bardzo dobrzy i aby to udowodnić pozabijali swych bogów. Jednego ukrzyżowali, a setki, tysiące innych zapchnęli w otchłań niebytu. Tacy byli, do diabła!

Nie chciałem być jednym z nich. Pragnąłem stać się malutki, leciutki i pusty w środku, a potem zespolić się z kliszą hiperfotograficzną i unieść się ponad to bagno, któremu na imię ludzkość. Istnieć, ale inaczej, w innej postaci i w miejscu, które nie miałoby granic, a jednak byłoby moje – oto do czego dążyłem. Rzecz jasna, owo dążenie było kolejnym nonsensem, tym bardziej, że w gruncie rzeczy nie mogłem go nijak zaniechać. Jak mógłbym zaniechać dążenia, którego ukrytą przyczyną był brak przeciwstawnych dążeń?

Być może, gdybym nie dążył, a tylko spoczywał w bezruchu, to niczym mnich tybetański osiągnąłbym wyzwolenie. Niestety, podjęcie decyzji o zaniechaniu dążenia byłoby jednym z przejawów tego samego dążenia I właśnie z tego powodu nie czułem sympatii do mnichów. Sądziłem, że brak im odwagi, szczerości i inteligencji. Otwarcie dążyłem do zespolenia się z kliszą i tajemniczą istotą, która się w niej ukrywała. Szkoda, że nikt tego nie widział.

Ludzie, wśród których żyłem, patrzyli wciąż na obrazy i w taki czy inny sposób oceniali ich wartość. Ponieważ treścią obrazów były spiętrzone zarysy, ukrytej za nimi istoty nie można było ocenić. Lecz ludzie wpatrzeni w obrazy nie chcieli tego zrozumieć. Zdawało im się niezmiennie, że oceniając zarysy szacują wartość istoty, albo, że owa istota wyzuta jest z wszelkiej wartości. Strach, rozpacz, głupota i wiara były motorem ich działań.

Ze mną było inaczej. Wiedziałem, że samo patrzenie, podobnie jak każdy z obrazów, jest tylko manifestacją nieodgadnionej istoty, której nie można zobaczyć, dotknąć, ani powąchać. Dlatego nie rozpaczałem, niczego nie oceniałem, nie bałem się i w nic nie wierzyłem. Karmiłem się własną niewiarą, patrzyłem na to, że patrzę. Choć fakt, że zaczynam ślepnąć, bo w końcu zacząłem ślepnąć, uszedł mojej uwadze, to jego zawiłe następstwa dały mi się we znaki. Nie umiem ich nawet opisać – zanadto były zawiłe. Mogę jedynie powiedzieć, że pogrążanie się w mroku wszystko mi wyjaśniło.

Ja, ślepiec, zacząłem dostrzegać wszystko i nic jednocześnie. Z pola mojego widzenia zniknęły wszelkie szczegóły, a także większość obrazów. Patrzyłem z pustego miejsca, czy raczej, ściślej rzecz biorąc, przeze mnie patrzyła pustka.

Kiedy poczułem, że tęsknię za pospolitym spojrzeniem, którym ogarnia się całość i selekcjonuje szczegóły, było stanowczo za późno, gdyż nie dostrzegałem swych oczu. Widziałem jedynie posępną i diablo bladą twarz ślepca. To było moje oblicze. Wciąż myślę i nic nie rozumiem. Nie mam pojęcia dlaczego.

Felieton: Wojciech Wencel DZIADY



Niby żyjemy już w wolnej Polsce, a wciąż przybywa wędrujących kości, o których nikt poza rodzinami i tradycyjnymi patriotami nie chce pamiętać.

Pocysterski kościół świętego Walentego w Gdańsku-Matarni, kostnica z czerwonej cegły i pokryta żużlem droga na cmentarz. Wspólne podziemne państwo Kaszubów, Niemców i Polaków. W końcu października piętrzą się tu usypiska żółtych liści. Korzenie starych lip i kasztanowców drążą tunele pod nagrobnymi płytami, a gliniasta ziemia klei się do butów. Mężczyzna w ortalionowej kurtce wyciąga z samochodu znicze, chryzantemy i świerkowe wieńce. Za moment ułoży je na zbitym z desek stole przy wejściu na cmentarz, tuż obok kapliczki „wystawionej od Arcybractwa Jezusowego w roku 1902”.

W okolicach tej daty zaczęto tu grzebać zmarłych. Wcześniej krzyże sterczały wokół kościoła zbudowanego w XIV wieku na ciasnym, otoczonym murem wzgórzu. W dzieciństwie chodziliśmy tam zbierać piszczele i czaszki, walające się wśród liści i wyschniętej ziemi. Od czasu do czasu próbowaliśmy odczytać gotyckie litery na jednym z nielicznych grobów, który się zachował. Pewne było tylko nazwisko pogrzebanej w tym miejscu rodziny Ficht, brzmiące równie obco jak nazwisko Otto Roemera, przedwojennego właściciela majątku Matarnia, który jako ojciec czworga dzieci i sprawiedliwy zarządca cieszył się szacunkiem miejscowej ludności. Wieczny odpoczynek racz mu dać, Panie.

Żeby opowiadać o zmarłych, trzeba cofnąć się do dzieciństwa, do swojej ziemi, w której roi się od kości ludzi wychowanych w „tutejszych” miejscach, nasiąkniętych „tutejszymi” widokami. Im bardziej oswojona jest przestrzeń, tym łatwiej odczuć duchową obecność jej dawnych mieszkańców. Tak, to wszystko prawda, ale co z kośćmi naszych, polskich męczenników, które jak kąkol wyrwano z ojczystego krajobrazu? Rozrzucone po nieludzkiej ziemi, stają się naczyniami dla deszczu, mieszkaniami wiatru. Kto je pozbiera i ułoży pod krzyżem? „Jeśli zapomnę o nich, Ty, Boże na niebie, zapomnij o mnie” – pisał Adam Mickiewicz w III części „Dziadów”. Skoro od bezimiennych mogił dzielą nas setki kilometrów, narzędziem naszej troski powinna być kultura. Czy jest?

W „Głowie owiniętej koszulą” Jarosław Marek Rymkiewicz przytacza autokomentarz Mickiewicza: „Z „Dziadów” chcę zrobić jedyne dzieło moje warte czytania, jeśli Bóg pozwoli skończyć”. Okazuje się, że znane nam sceny podróży zesłańców kibitkami wieszcz uznawał jedynie za wstęp do opisów więzień i „katorżnej roboty”. Swoim poematem miał zamiar objąć „całą historię prześladowań i męczeństwa naszej Ojczyzny”. Bóg nie pozwolił mu zrealizować projektu, ale tylko dlatego, że postawił na polifonię. Arcydzielny, apokaliptyczny obraz Sybiru dał Juliusz Słowacki w „Anhellim”. A kultura II RP przekształciła tę wizję w mit czytelny dla każdego – od profesora po rzemieślnika.

Zadaniu ocalenia narodowej pamięci sprostali też poeci emigracyjni po drugiej, sowieckiej fali zsyłek. W wierszu „Msza żałobna w Katedrze Nowojorskiej” Kazimierz Wierzyński pisał: „Modlimy się za najbliższych, imiona marzną nam w ustach,/ Za wywiezionych w pociągach nie wiedzieć w jakim kierunku,/ Za utraconych bez wieści w pustkowiach, na osiedleniu,/ W jurtach, gdzie siostra jest nasza matką kirgiskich bękartów,/ W stepach, gdzie plewy pożywnej dzieci szukają w nawozie,/ Za bezimienną kalwarię w codziennej, conocnej grozie/ Prześladowanych uparcie./ Modlimy się za niewinnych”.

Tę modlitwę warto powtórzyć w Dzień Zaduszny, przemierzając rodzinne cmentarze. Ale trzeba też pomodlić się za emigrantów, zesłańców sumienia. I za poległych w Smoleńsku, którzy – wskutek „pomyłek” państwa – przenoszeni są z grobu do grobu. Niby żyjemy już w wolnej Polsce, a wciąż przybywa wędrujących kości, o których nikt poza rodzinami i tradycyjnymi patriotami nie chce pamiętać. Bo, jak głoszą idole tego świata, należy uwolnić się wreszcie od martyrologii, wspólnoty i Boga. Jeśli dla kultury III RP są ważne jakieś „Dziady”, to tylko te Kazimierza Dejmka z 1968 r.

Początek listopada to czas przeznaczony na powszechną modlitwę za zmarłych. Ale – jak pisał Mickiewicz – „wiara we wpływ świata niewidzialnego, niematerialnego na sferę ludzkich myśli i działań jest ideą macierzystą poematu polskiego”. Sprecyzujmy: jest ideą macierzystą całego polskiego życia. Niech więc nasze narodowe Dziady trwają przez cały rok, przybierając widzialną formę każdego dziesiątego dnia miesiąca. W Warszawie na Krakowskim Przedmieściu.



Opowiadanie: Krzysztof Niemczycki NIECHCIANE DOMINO


1

Bełkotliwe uliczki, bękarty szerokich alei wysadzanych platanami, wrzące rozgrzanym powietrzem i kolejne przecinki w zabudowie. Ulica Faliasa, Portofino i Boliwara – wąskie rafy cieni, o które rozbija się przybój słońca. Wypełnione jazgotem audycji radiowych wydobywającym się z zimnych dziur okien i dalsze odnajdywanie szczegółów, które pozostawały niezauważone w wyeksploatowanych do końca krajobrazach.

Gorące powietrze nasycone wilgocią, plamy potu, na które nie ma sposobu i te fascynujące boczne ulice, z których domy wyrastają tak nagle, prosto z twardego, laterytowego podłoża, bez zbędnych chodników i krawężników, linii podziału i symetrii. Kolejny szczegół przerastający swoje obiektywne znaczenie – białe ściany domów stykające się z ziemistą czerwienią drogi, a wcześniej... powrotna podróż: stemple, pociągi, samoloty, horyzont nasycający się budynkami i na końcu tego łańcucha nagłe pojawienie się dobrze znanych barw i dobrze znanych problemów – tarmoszący się z wiatrem plakat z napisem Welcome to Maladeo.

Rozedrgane słońce i lepki pot. Pod pachami, na czole i między udami. Sprawdzalne dowody na ilość wody w ciele człowieka bezpowrotnie traconej podczas każdego kroku, taplania w ciepłokrwistych solankach, we wnętrzu pustynnej lizawki zwabiającej wciąż nową zwierzynę. I dalsze zapadanie się w dobrze znane zakamarki ulicy Cermento i Parmintosa. Kalekie ruchy Browna wśród demonstrujących studentów na Avenida de la Liberación i sennych robotników w Guardinie. Wystudiowane posunięcia na szachownicy światła i cieni krzyżujących się placów i ulic. Powolne zapełniane planu miasta własnymi szczegółami: najlepsze wino w kawiarni „El Sol", najlepsze filmy w Instytucie Amerykańskim lub British Council, najlepsze... „A jednak wróciłeś".

I spotkanie z Maite w mieszkaniu Alejandro podniszczonym przez wspomnienia oraz dziwne przeczucie zbiegania się wszystkich oczek sieci - wielopalczastych osi możliwości we wnętrzu małej zamkniętej całości, strzępie słów i nastrojów, w tym jednym punkcie, nieróżniącym się od innych niczym z wyjątkiem tego, że jest środkiem masy, bazy, układu... powodującym, że całe to pisanie i Alberto siedzący obok butelki wina, z którą znakomicie komponuje się są jedynie dopełnieniami bardziej lub mniej złożonych systemów...

A obok tego połączenie Maladeo z Europą cienką nitką ciekawości Maite i tymi słowami, które mają poruszyć jej wyobraźnię, odtrącić stany pośrednie pomiędzy dwoma fazami gzymsów, fasad, drewnianych framug, chodników lub ich braku, słów i znaczeń prowadzących do konkretyzujących się porównań i stwierdzeń, że Bulwar Króla jest podobny do Guardiny przesiąkniętej zapachem pieczonych ziemniaków i końca miasta. Do rozprzestrzenienia Guardiny. I wreszcie ulica Monteneiro. Niedorozwinięty płód Czerwonej Dzielnicy, z rachitycznymi rączkami przecznic i zacisznych podwórek ożywających nocą polucją baloników pożądania. Subtelny zapach perfum „Chanel No 5" i rzygowiny w ciemnych bramach. Obszar zmienności życia i efektów naszych pragnień. Zwiewne znaki, atomy, kuleczki, halucynogenne grzyby i dalsze szczegóły.

Przyjechał niedawno. Trzy dni temu znalazł tani hotelik, w którym życie miało coś z codziennego życia miasta, świeżych bułek i galaretowatych dżemów – przynajmniej tak, tę codzienność wyobrażał sobie w kraju, a tutaj nie chciało się sprawdzać pozostając przy dawnych ustaleniach i pewnikach.

Recepcjonista przeglądając paszport przypatrywał się kolorowym stemplom przekroczonych granic z zadowoleniem wsłuchując się w kaskady jego słów, które wyrzucał z siebie, aby ukryć zażenowanie i nie czuć się jak kobieta starająca się zakryć swoją nagość przed nieproszonym obserwatorem.

Głuchy łomot przejeżdżających tramwajów przeciskających się w gęstym powietrzu w stronę placu Cremintos wybijał się na pierwszy plan z innych odgłosów dochodzących z zewnątrz. Tramwaj zatrzymał się – rekonstruował ten obraz z dochodzących dźwięków patrząc na niego z innej perspektywy. Perspektywy osaczających zapytań, niedowierzań, prób zrozumienia i wytłumaczenia tych ogólnoświatowych procesów, których owocem było tamto miasto i czasy spokoju, gdy na placu Rewolucji powiewały szturmówki, tłum pochodu falował poniżej a dzieci uśmiechały się do przechodzących przegryzając obwarzanki nawleczone na papierowe sznurki.

Tramwaj zatrzymał się. Łatwo można było odróżnić pojedyncze słowa wypowiadane przez wysiadające osoby.

Czasy spokoju ograniczone były od przodu i tyłu pojawieniem się czołgów na ulicach. Czołgi na ulicach pojawiały się nie częściej niż w innych miastach będących owocem ogólnoświatowych tendencji.

- Jesteś komunistą? - zapytał recepcjonista oddając paszport. Are you a Communist?

To nie tak.

British Ariways we'll take care of you; are you communist; Datsun road is right outside your house; Hitachi is the best...

2

Obudził się i było to jak stworzenie świata. Na początku jasność, jasność przebudzenia i przyzwyczajania wzroku do wyłaniających się z niej przedmiotów: książek i opartych o ściany obrazów Malika Makulisa przedstawiających katedrę Świętego Ducha i park z prostytutkami przechadzającymi się po jego alejkach. Obudził się na dobre. Czuł wyraźnie spocone ciało i dochodzące skądś zapachy mieszające się ze sobą w jedną już rozpoznawalną woń tego placu. Czekał kilka minut na coś, co miało w trakcie ich trwania nastąpić i powoli, ale dopiero w czasie ich upływania zdał sobie sprawę, że na coś oczekuje, poszukując w każdym szczególe, nowy szczególe, tego, co powinno się zdarzyć: odgłosu odbijanej piłki, zapachu przypalonego mleka lub zupełnie czegoś innego, co dawałoby pretekst do nerwowego niezadowolenia. Ale tego nie będzie. Nie po to tu przyjechał.

Otworzył okno. Tramwaj z placów Cremintos przejechał poniżej. W ustach czuł nadal smak kolacji, efekt oszczędnego życia człowieka, który nie przyzwyczaił się jeszcze do wydawania tego typu banknotów.

Jeden frank równa się ...

Jeden frank to 0,1 paczki Marlboro.

Czuł nadal w ustach wczorajszą kolację - 15,5 franka.

Nie różnił się od innych, których spotykał na dworcach, gdy wysiadali z pociągów przywożących ich z jakiegoś innego krańca świata, roześmianych ponad stan własnych dowcipów, zachwyconych nowym powietrzem, nowymi reklamami, nowym winem, Doktorem Żywago w kinach, spokojną rzeką, Millerem leżącym na wystawie księgarni, metrem, koncertami, migającymi światłami i muzyką, muzyką-muzyką- muzyką – przyjechał Cyrk Radziecki. Dla których jedynym pewnikiem była informacja, że najtańsze hotele są na placu Campos; hotele z anglojęzycznymi reklamami i ciekawskimi recepcjonistami; hotele dla całej tej zbieraniny, „negros: Peruwiańczyków, Chilijczyków, Arabów, Polaków, Kubańczyków, Rosjan.

Każdy dzień miał podobny scenariusz. Był dokładnie uporządkowany jakby w ten sposób chciał odpędzić duszne przypomnienie przejściowości tej sytuacji. Zawierało się w nim kilka godzin wałęsania się, analizy obrazów Velázqueza, albo jakiegoś innego malarza w zależności od tego, do którego z muzeów wstęp był bezpłatny, tani obiad, tanie wino i na końcu jakieś przypadkowe spotkania kogoś, kto znał kogoś, a prowadzić to mogło jedynie do zakończenia dnia w mieszkaniu jakiegoś wspólnego znajomego. Ta jak choćby teraz.

To nie tak - powtórzył

– Dlaczego? Dlaczego, gdy ktoś zapyta was o jakiś szczegół z waszego życia odpowiadacie „to nie tak", „nie wiem" albo coś w tym stylu. Zamknęła okno i powróciła do zagubionych w plątaninie roślin ryb o wyłupiastych oczach i pięknych nazwach.

– Kogo „was"? – zapytał

– Ciebie, Josego, w ogóle was wszystkich z... stamtąd – uśmiechnęła się poprawiając białe kosmyki włosów i ocierając kropelki potu z czoła. Mógłby być Gutierezem albo Alesandro lub zupełnie kimś innym. Spotkali się dzięki wyczulonemu słuchowi na obco brzmiące słowa, inaczej obco brzmiące słowa w podobnej kawiarence, parku lub mieszkaniu, podobnym do innego mieszkania, parku lub kawiarni, choć mogło nie istnieć całe to prawo przechodniości podobieństw: jeżeli kawiarnia na placu Rewolucji jest podobna do kawiarnia na placu Campos a ta do kawiarni przy Piątej Avenue, to..., a był to efekt zwyczajnej ciekawości, poznania smaku czun-czun podawanego u Bregesa, większej odwagi, o którą łatwiej, gdy zrobi się kilka pierwszych kroków, pozostawiając za sobą pociągi do Certamento i samoloty zmieniających się linii a wraz z nimi zmieniające się tak samo mile uśmiechnięte stewardesy, czy chęci posłuchania muzyki w mieszkaniu Marcela i przy tej muzyce, wraz z Odą, wypatrywanie w głębi akwarium poruszających się w skłębionej zieleni aksolotów, które widzi się po raz pierwszy podobnie jak Odę.

– Jakby brakowało wam pewności, odwagi, własnego sądu. Alberto rozmawia z Karen. Przypomniał sobie rozmowę, w której pomocne były dłonie i całe bogactwo mimiki, tam, gdzie znajomość angielskiego przez Alberto i hiszpańskiego przez Karen nie pozwalała na sformułowanie w miarę poprawnego zdania.

Hablo - mówić. No hablo – nie. „I co ty na to?”

To nie tak. To są jedynie hasła, znaki, sygnały, barwy, herby, których własna heraldyka nie jest w stanie rozszerzyć pozostawiając je na poziomie lustrzanych odbić, a teraz z przodu, a teraz..., gdy chciałoby się ze wszystkich stron jednocześnie. Are you comunist, Datsun road its right outside your house; śmieszny kasownik z plastykową rączką i reklama przyczepiona do zewnętrznych ścian tramwaju jadącego w stronę placów Cremintos, czy to pomieszczenie będące daleko od innego pomieszczenia oddalonego o pociągi do Certamento oraz samoloty z drżącymi skrzydłami, które wydają się niezmiennie sztywne a w rzeczy samej, gdy przypatruje się im przez bulaj przy drugim silniku drżą, jakby i im udzielał się niepokój lecących osób.

Rozstali się niedaleko placu Campos. Zanim wszedł do hotelu przyglądał się, jak odchodzi. Starał się znaleźć właściwy rytm pasujący do tego gęstego, lepkiego powietrza i spoglądających na nią spod wielkich parasoli kawiarnianych ogródków ludzi, ale widział w jej ruchach, że nie jest w stanie tak jak on powoli przelewać się z miejsca na miejsce, wkładając w każdy ruch jak najmniej wysiłku. Szła nieskładnie, sprężyście, przez co nieświadomie ściągała spojrzenia mężczyzn, które rozdrażniały ją, bo w każdym doszukiwała się kolejnych dowodów swojej inności, tych przychylnie wybaczających uśmiechów pobłażania za to, że idzie środkiem bulwaru zmuszając do wzmożonej uwagi rowerzystów i tym podobne grzechy.

Zmierzchało.

Zamknął drzwi. Ocierając pot pod pachami zaczął szukać czystego kubka, z którego mógłby napić się wody. Zmierzchało. Tutaj mówią „ściemnia się" albo po ostu „wieczór". Tutaj nie piją tej lekko gorzkiej, zatęchłej wody. Pił łapczywie długimi haustami wiedząc, że około czwartej w nocy skręcając się z bólu będzie przyrzekał sobie, że nie weźmie jej więcej do ust a czerwone tabletki, prezent od znajomych będących w tej części życia, która jest ciągłym doskonaleniem wiedzy o działaniu sulfamidów i oleju rycynowego okażą się nieprzydatne jak kilka innych rzeczy, które przywiózł ze sobą.

Pot zbierał się w małe banieczki, spływał drobnymi kanalikami zmarszczek zatrzymując się na czarnych brwiach a stamtąd spadał deformując się w powietrzu i rozpryskując się na pierwszym napotkanym przedmiocie.

Rozebrał się i położył w najciemniejszym kącie, który wydał mu się głębią cienia rzucanego przez jakąś rzecz stojącą na drodze słońcu.

Zmierzchało. Leżał nagi na szerokim łóżku przykrytym cienką narzutą zdradzającą gusty właścicieli i pełną przetrwałych zapachów ostatnich mieszkańców. Mężczyzna częściej leżał od strony okna, ona obok otulona jego cieniem. Zamknął oczy i przewrócił się na drugi bok.

Poczuł na udzie czyjąś dłoń, subtelny dotyk kobiecego ciała. Miała długie, smukłe nogi, krótko ostrzyżone jasne włosy i dziwnie smutny uśmiech. Palce spokojnie posuwały się dalej bawiąc się kępkami włosów pojawiającymi się coraz częściej. Siedziała na podłodze przypatrując mu się z dziwnym napięciem. Skręcone kosmyki delikatne jak u dziecka prostowały i znikały pod dłonią. Położyła głowę na jego brzuchu i wtedy poczuł napływający z daleka zapach lawendy.

Zapach lawendy mieszał się z zapachem jej ciała. Zapach lawendy pamiętał jeszcze z dzieciństwa.

Duże flakony stojące w łazience wyłożonej błękitnymi kafelkami czyszczonymi co roku z okazji wielkich świąt.

Rozbierała się po woli. Wszystkie ruch wydawały się jakby zwolnione, można je było prześledzić w każdym szczególe. Podniesione ręce z dłońmi sunącymi po plecach wraz z odsłaniającą się nagością, osuwające się smukłe nogi, pomocna dłoń zatopiona w bliskości ciał, język wysuwający się z ust, słonawy smak morza i jej skóry i daleki zapach lawendy.

Pola lawendy są granatowymi płaszczyznami na pocztówce, na której utrwalono je nie wiedząc, że utrwalono i w jego pamięci taki a nie inny obraz na zawsze przypisując go polom lawendy. Miał jasne krótkie włosy.

Otworzył oczy. Szara ćma spokojnie wędrowała po spotniałej skórze przebierając wieloma delikatnymi odnóżami.

Leżał tak jeszcze przez kilka chwil przypatrując się włochatym nóżkom, po czym szybko ubrał się i wyszedł z hotelu.

Z placu Campos poszedł w kierunku centrum wpadając na kilka minut do małej kafejki z czerwono-białymi markizami, w której mógł napić się prawdziwej kolumbijskiej kawy, poczuć rozleniwiające ciepło i zapach Guardiny...

...a później starannie odmierzając każdy krok i tracone minuty, które powinien poświęcić na zwiedzanie muzeum czy badanie obrazów impresjonistów szedł gdziekolwiek, wspinał, jechał ocierając się o ludzi wychodzących z kina albo o pustkę zagubionych i omijanych przez turystów uliczek, aż gdzieś na placu, którego nazwy już nie pamięta ponownie spotkał Odę.

Razem poszli do „Combo" przelotnie rozmawiając o Maladeo, Uppsali albo o filmie rosyjskim i łatwości pisania u Fitzgeralda lub zupełnie o czymś innym bawiąc się słowami, tworząc palindromy z liter i znaczeń, ale były to działania maskujące. Chodziło im, a zwłaszcza jemu, o poddanie się czerwonym ścianom „Combo", ciepłemu światłu, nocnym motylom i ich cichym uderzeniom w siatki wstawione w otwarte okna oraz samotnej trąbce wyłaniającej się spokojnie z ciszy i znowu ciszy z głuchymi uderzeniami wytrwałych ciem.

Siedział wsłuchując się we frazy bosanovy wyjętej z lamusa przemijających mód, przypominanej po woli, wyciąganej z pamięci z pewnym oporem zapomnianych już przejść i nawrotów muzyki, szumu gitary, subtelnego śpiewu i leniwego rytmu zlewającego się z intymnymi rozmowami, zapadającego się w noc, atmosferę coraz bardziej podniecającą i niezdrową dla sercowców, plany dalekich podróży i całkiem bliskie ciepło rozgrzanego ciała Ody.

Wiedział jedynie, że właśnie w tej chwili, na początku czy może już we wnętrzu tej sekwencji nieśmiałości i osamotnienia nowego kraju trwającej od momentu przyjazdu musi poczuć to wzbierające ciepło, wyjść z dusznego kokom placu Campos i kilku otaczających go ulic i nawet nie zauważył, kiedy zaczął tańczyć. Kiedy pojawiły się obrazy nóg powtarzających lub wyprzedzających dobrze znane frazy, otaczających ludzi z ich uśmiechem zadowolenia, drugich i trzecich planów, przenikających krajobrazów, niepotrzebnych porównań, Piątej Avenue, hotelu, Maladeo Maladeomaladeomaladeo...

Silniej przycisną do siebie Maite, „mam na imię Oda", ODA!, chcąc złączyć się z tym ciałem ociekającym potem, tak bliskim a jednocześnie dalekim. Dalekim od niego, dalekim od smutnego uśmiechu ciotki Klary i powracającej wciąż myśli o nieuchronnym powrocie.

Silnie przycisną do siebie Maite, ale w pewnym momencie odwrócił się od niej. Odwrócił się zbyt spokojnie widząc przestraszone oczy, kocie ruch napiętego ciała, zmoczone kosmyki włosów i wiedział już, że jest to pierwszy krok ucieczki. Jej ucieczki? Kolorowa sukienka krępuje ją, nie pozwala – to on ucieka. Wpada w szerokie ulice z czasem osaczające go z trzech stron ścianami domów. Odwraca się czując rozgrzane dziennym ciepłem cegły i rozpoczyna wszystko od początku: urodziny i kilka lat dzieciństwa, z których nie pozostały prawie żadne wspomnienia, szary, zbyt duży dom, komunię i białe ubranie tracące z czasem ozdobne dodatki i status wyjściowego, rozwiewającą się młodość, podniecenie nagością, pisk hamulców, drobną bliznę na udzie, pociągi jadące za granicę kraju i codzienności, ponaglające spojrzenia, czerwone ściany, trąbkę...

...i ten drobne chwile zapomnienia przysługujące nowym miastom i ludziom, gdy są w nich po raz pierwszy. I to, że mógłby być Gutierezem albo Alesandro lub kimś zupełnie innym, ale...

...ale był Markusem, miał na imię Markus, Mar-kus. Istotny szczegół. Markus, Usa, Samuel, El Paso, Soho, Sobat, Adarama i znowu Markus lub tak

Markus

Usa

Samuel

El Paso

Soho

Sobat

Adarama

i znowu Markus. Klocki domina. Mydło do mydła, piątka do piątki, chciana lub niechciana ciągłość. Miał na imię Markus.

A może trzeba opowiedzieć inaczej?

Fascynować egzotyką, nazwami barów, ulic, mostów, adresami odwiedzanych mieszkań, sygnałami, znakami, odbiciami, próbą stworzenia pokracznych kopii tamtych miejsc i samego siebie, których pokraczność widzi się tylko samemu, bo...

...nie miało się szerokokątnego obiektywu Zeissa, właśnie w tym jednym momencie, na skrzyżowaniu ulic wysadzanych platanami i z tej jednej ważnej chwili pierwszych tygodni tułania się po nowym mieście, przenoszenia się z miejsca na miejsce i ciągłych powrotów na plac Campos, z tą samą pustą walizką i tak samo pustym portfelem, pozostały jedynie nazwy krzyżujących się ulic, barwne plamy i nic poza...

...bo pozostały słowa będące jedynie nazwami a nie samymi zdarzeniami...

bo...

A może?