LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA
______________________________________________________________________

Listy: SOBIERAJ ODPOWIADA DEHNELOWI


Szanowny Panie,

rzadko zaglądam do internetu, dlatego dopiero teraz mogę odpowiedzieć na Pański felieton o mojej nieskromnej osobie, który, przyznaję, sprawił mi ogromną przyjemność, przynosząc ze sobą tak konieczne dla megalomana mojego pokroju katharsis. Cóż, nie jestem idealny – ale kto jest? Zgódźmy się więc z tym, że jestem potworem – to pojęcie zawiera w sobie ładunek na tyle negatywny, że zadowoli moich wszystkich wrogów. Niemniej, Pańska zawoalowana teza, że pisarz (szerzej: artysta) nieznany za życia jest niejako a priori mierny, wydaje mi się pozbawiona podstaw, czego dowodzi historia, pełna nazwisk twórców swego czasu nieznanych. Bo przecież nie doraźna popularność jest miarą sztuki, nie postawa etyczna artysty, nie jego koneksje, pochodzenie ani nawet nie jego – jakże niekiedy barwne – cechy charakteru. Nie one czynią artystę wielkim. Czyni to jego wyjście poza modne konwencje epoki, wiedza, warsztatowa sprawność, umiejętność nawiązania dialogu z poprzednikami i kilka innych cech, wśród nich ta najsłabiej zdefiniowana, intuicyjna raczej, jaką jest talent. A Pan postanowił dać upust swoim frustracjom urażony moim stwierdzeniem, że nie jest Pan przystojny i męski, ale za to umie Pan pisać, tylko nie ma o czym, i że Pańska słynna pelisa jest po dziadku. Przyznaję, nie są to argumenty merytoryczne, co do przepięknej pelisy to nie znam jej pochodzenia, ale i rozmowa z Janem Siwmirem była dosyć swobodna, wielowątkowa, kpiarska i ironiczna, co niesie ze sobą dygresje, niekiedy godzące w próżność, w tym przypadku Pańską. A wiemy z psychologii, że im większa próżność, tym rana bardziej dotkliwa. Miał Pan, jak sądzę, zajęcia z psychologii? Czasem taką ranę leczy poczucie humoru. Jeśli go nie ma – to rzeczywiście, życie staje się trudniejsze. Przykro mi, ale w tej sprawie nie mogę Panu pomóc.

Postąpił Pan jednak nieładnie, nie po dżentelmeńsku, posługując się wyrwanymi z kontekstu zdaniami, zafałszowaniami, przemilczeniami i przeinaczeniami oraz innymi, typowymi dla propagandy pewnych przebrzmiałych formacji politycznych, zabiegami. Nie zadał Pan sobie trudu przeczytania moich książek i skonfrontowania ich treści z – przyznaję – entuzjastycznymi recenzjami. Pominął Pan milczeniem zawarty w moich esejach i felietonach program artystyczny i stopień jego zgodności z uprawianą przeze mnie twórczością. Uniknął Pan merytorycznej, logicznej i filozoficznej kontroli moich tekstów, uciekając się do sztubackich wygłupów, które, jak wiemy, potrafią ośmieszyć wszystko. Podobnie w złym guście jest nieinformowanie mnie o Pańskiej publikacji, co uniemożliwiło mi odpowiedź we właściwym czasie i miejscu. Cóż, widać po dziadku została Panu tylko pelisa – kindersztubę diabli wzięli. Bo co innego facecje w luźnej rozmowie, a co innego publikacja w dziale książki (co Pański felieton ma wspólnego z recenzją KSIĄŻKI?)

Jest Pan, w opinii niektórych, wielkim artystą wszechstronnym, polskim Leonardem, największym kolorowym balonem, planetą, ba, najjaśniejszą gwiazdą polskiego zaprzałego literackiego nieboskłonu, więc złość i jad Panu nie przystoją, tym bardziej nie przystoi nieelegancki atak ad personam przypuszczony na mnie z braku merytorycznych argumentów. Szczególnie on niesmaczny, bo sprowokowany błahostką, jednak przyznaję, tekst w sumie zabawny – chociaż nieuczciwy i zalatujący paszkwilem. Stąd moje mieszane uczucia, w których jednak kiełkuje nadzieja, że nareszcie mam godnego siebie przeciwnika – oczywiście, jeśli idzie o złośliwość, bo zasady dżentelmeńskiej walki powinien Pan sobie przyswoić. Rzecz jasna, jeśli uzna to Pan za konieczne – broń Boże, proszę nie łamać swojej natury.

Jak wspomniałem, Pański atak na mnie jest osobisty i nosi cechy pieniactwa, bowiem w całej długiej (25 str.) rozmowie z Janem Siwmirem poświęciliśmy Panu zaledwie dwa zdania. Rozumiem, że Pan i Towarzystwo uważacie, że tacy jak my powinniśmy jedynie płacić na Was podatki i siedzieć cicho, rozdziawiając gęby w niemym zachwycie, bo tacy jesteście wielcy – przecież mówią o Was w mediach, wydają Wam książki. Otóż te czasy, Panie Dehnel, się skończyły. To, kto jest naprawdę wielki, oceni historia, może co lepiej wykształceni czytelnicy, a nie Komitet Centralny, Radiokomitet czy inni koledzy. Proszę wspomnieć te dzisiaj zapomniane, a niegdyś wynoszone nazwiska. Kto pozostał z dawnych nadmuchanych balonów? Kto zostanie z dzisiejszych? Ja nie mam tyle pychy, by stwierdzić, że wiem. Mogę jedynie przypuszczać.

Panie Dehnel, dał się Pan nabrać na moją pozorną w istocie megalomanię, sprowokowaną tym, co dzieje się w dzisiejszej polskiej krytyce i literaturze – moja bufonada to tylko kopia z dystansem tego, co wyprawiają inni, ci znani i lubiani autorzy i ich apostołowie. Obnażył Pan za to megalomanię swoją, niestety prawdziwą. Czy uzasadnioną? Cóż, ponownie zostawmy głos historii.

Przy okazji, gorąco polecam Panu lekturę moich książek – nie tylko wstępów do nich. Bo może jednak zweryfikowałby Pan swoją, proszę wybaczyć, niemądrą tezę, że jedynie popularny pisarz to dobry pisarz. Bowiem jeśli to Pan ma rację, to, ach, aż się boję – te wszystkie Hölderliny i Schulze, Gombrowicze i Witkace, te zastępy za życia wyśmiewanych, niedocenianych i zwykle niewydawanych lub wydawanych późno i w niewielkim nakładzie pisarzy, są do dupy, a liczą się jedynie ci wydawani, medialni, nagradzani i wynoszeni przez sobie współczesnych krytyków, żerujący na stypendiach, tłumaczeniach, zagranicznych wojażach, za pieniądze podatnika?

Właściwie mógłbym wzruszyć na ten Pański atak ramionami, gdyby nie jedna, jedyna rzecz – wzbudził Pan w czytelnikach swojego felietonu błędne przekonanie, że pogardzam takimi ludźmi, jak: Szekspir, Bach, Mozart, Mickiewicz, Słowacki, Witkacy, uważając ich za „pozytywnych grafomanów”. Nie napisał Pan, przez niegodziwość lub niezrozumienie, że przez grafomanię, co wyjaśniam wyraźnie, rozumiem jedynie imperatyw pisania, który przynosi efekty pozytywne, doskonałe, jak u wyżej wymienionych, którym oddaję cześć niemal boską, albo mierne, zgodnie ze słownikowym wyjaśnieniem terminu grafomania.

I last, but not least – nie bardzo się zgadzam z Pańską samokrytyką. Określa się Pan bowiem słowem „matołek”, które, wydaje mi się, nie jest właściwe. Matołkiem może być uczeń podstawówki, ostatecznie gimnazjalista, ale człowiek po studiach zasługuje na epitet adekwatny do wykształcenia.

Kłaniam się,

Tomasz Sobieraj

Odpowiedź na felieton Jacka Dehnela Po prostu: Sobieraj, książki.wp, wrzesień 2009.

Rozmowa: Jan Zumis ŚWIATŁOCIENIE

Autor: Jan Siwmir


Siwmir – Widziałeś obrazy Caravaggia?
Jan Siwmir – Widziałem. Nie jestem malarzem ani krytykiem sztuki, ale do mnie te obrazy przemawiają. Gracja i wdzięk postaci, perfekcyjny realizm, uczucia malujące się na twarzach, pasja i namiętność, które przekazuje cała sylwetka. Cóż, dziś trudno znaleźć takich gigantów pędzla.
Siwmir – Nie zapomnij o grze światła. Wielu pisarzy nawiązuje do tych obrazów właśnie ze względu na barwy i takie operowanie cieniem, które sprawia wrażenie trójwymiarowości postaci i przestrzeni. Weźmy chociażby najnowszy tomik Jana Zumisa zatytułowany Światłocienie. Na okładce fragment obrazu, w środku wiersz poświęcony temu genialnemu malarzowi...
Jan Siwmir – A tak. Jest tam i Caravaggio i Bocelli, Herbert, Kawafis, Platon, Arystoteles, Eros i Atlas. Oraz mnóstwo łaciny. Wydawałoby się, że wiersze będą ponadczasowe, czyste w formie, niebanalne w porównaniach, nawiązujące do antycznych korzeni.
Siwmir – Tymczsem, jak widzę, nie jesteś zachwycony.
Jan Siwmir – Nie tylko nie jestem zachwycony, ale wręcz wściekły. Co krok napotykam bowiem na osoby piszące od kilkunastu lub kilkudziesięciu lat, które przez taki okres czasu powinny opanować warsztat pisarski przynajmniej na tyle, by utwory były jasne, spójne, forma zaś adekwatna do treści. A patrz, co się dzieje. Wielki człowiek, erudyta, podróżnik, osoba, której nieobca jest zaduma filozoficzna i nie potrafi tej swojej wiedzy, tego ogromu doświadczenia przekazać. Większość wierszy jest przede wszystkim przegadana, skrócenie ich przynajmniej o połowę dałoby o wiele lepszy efekt.
Siwmir – Może to jest tak, że im większy ładunek emocjonalny, tym trudniej opanować go chłodnym okiem pióra? Bo przecież, żeby podzielić się z kimś jakąś myślą, należy ja ubrać w odpowiednie słowa, dobrać te słowa do poziomu odbiorcy, nie wdawać się w zbyt długie dygresje, gdyż wtedy sens wypowiedzi ucieka...
Jan Siwmir – Oczywiście, że tak jest. Jeśli jednak już ktoś chce się tą swoją myślą podzielić, niech ma świadomość, że nie może bełkotać.
Siwmir – Kiedy akurat bełkot od dłuższego czasu jest modny. Silnie promowane są wiersze, które ignorują wszelkie znaki przestankowe, interpunkcję...
Jan Siwmir – Nierzadko i ortografię...
Siwmir – Nie mają przewodniej myśli, są wyłącznie zapisem stanu nieświadomości autora, do czego autor albo dorabia jakąś filozofię (zazwyczaj z pomocą zaprzyjaźnionych krytyków), albo sam się beztrosko przyznaje, że nie wie, o co mu w wierszu chodziło, bo pisał dawno temu.
Jan Siwmir – Aż tak źle w tym przypadku nie jest, ale w wielu utworach, mam wrażenie, że autor zbyt głęboko wniknął w siebie, zbyt dużo tam znalazł i wszystkim od razu chciał się z ludźmi podzielić. A to się tak nie da. Literaturę trzeba selekcjonować, czasem ostro. Opowiedziana historia nie musi być prawdziwa, ona musi być wiarygodna i klarowna. Poza tym, jeżeli już wydaje się któryś z kolei tomik, nie można wrzucać do niego wszystkiego, co się ma na stanie. To przywilej wyłącznie debiutantów.
Siwmir – W każdym zbiorze znajdziemy wiersze lepsze i trochę gorsze. Niejednokrotnie te tzw. gorsze są bardziej cenione przez niektórych czytelników niż inne.
Jan Siwmir – Tak, ale i te gorsze muszą prezentować jakiś, choćby minimalny, poziom. No i nie można ożenić pod jednym dachem wierszy typowo felietonowych, rubasznych, satyrycznych z wierszami filozoficznymi nawiązującymi do hellenistycznych wzorów czy idei. Niewielu jest zwolenników jedzenia smalcu z dżemem. A już kompletnym nieporozumieniem jest wiersz Krzyk życia. Infantylny, żenująco dosłowny, bez pomysłu, bez smaku. Czy równie nieudany Wnukom i wnuczętom, rażący nachalnym dydaktyzmem.
Siwmir – Ty, po prostu, nie rozumiesz uczuć umownie nazywanych macierzyńskimi, które przesłaniają jakiekolwiek kryteria obowiązujące w literaturze, i które według większości ludzi usprawiedliwiają wszystko.
Jan Siwmir – One nie przesłaniają i nie usprawiedliwiają, one wylewają się i ulewają jak niestrawiona kaszka z zachłannego dzioba każdego, czy to zwierzęcego, czy to ludzkiego, oseska. Co tylko potwierdza, to co powiedziałeś na początku. Im silniejsze uczucie, tym trudniej opisać. Dlatego nie każdy może się za opisywanie zabierać.
Siwmir – Gdyby jednak wiersze Zumisa odpowiednio posegregować?
Jan Siwmir – Wtedy, po dołożeniu jeszcze kilkunastu, powstałyby trzy tomiki. I znalazłyby rację bytu trzy motta, widniejące na początku książki. O dwa za dużo jak na jeden tomik.
Siwmir – Ja zrobiłbym trzy części, wyraźnie oddzielone od siebie, kilka utworów bym wyrzucił i myślę, że wtedy dałoby się ten zbiór obronić.
Jan Siwmir – Obronić może tak, ale nie wybronić całkowicie. Nadal pozostaje kwestia wycięcia niektórych fragmentów i konieczność wyraźniejszych point. Tok narracji wiersza (zwłaszcza filozoficznego) musi do czegoś prowadzić, nawet jeśli byłby to skraj przepaści. Nie można tylko ot tak sobie podywagować. A żeby mądrzej brzmiało, pookraszać wtrętami z obcego języka. Odchwaścić z łaciny trzeba te wiersze obowiązkowo. Niekoniecznie dlatego, że niewielu ją rozumie, ona najzwyczajniej w świecie nie jest potrzebna w tych wierszach w takiej ilości.
Siwmir – Surowy dziś jesteś jak rzadko. Odetchnij głęboko i spójrz na wiersze takie jak Subiektywny ogląd, Nasyceni, Andrea Bocelli, Carte blanche. To bardzo dobre wiersze.
Jan Siwmir – W tym przypadku muszę być surowy. Nie chcę, żeby Jan Zumis był jednym z przeciętnych poetów niezauważalnych w tłumie. Jak sam zaznaczyłeś, są w tym zbiorku wiersze dobre i bardzo dobre. Są (nieliczne) ładne sformułowania, jak na przykład to z wiersza Coś z Kawafisa:

A gdy dzień się przetoczy
kłębem emocji
(własnych i cudzych)...

Urzekły mnie te „cudze emocje”. Zazwyczaj skupiamy się na własnych, a przecież uczucia innych też przechodzą przez nas jak nawałnica. I nie pozostają bez śladu.
Poeta musi szukać innego spojrzenia na świat. Jeśli widzi to samo i tak samo jak inni ludzie, trudno mi będzie nazwać go poetą.
Siwmir – Oprócz innego spojrzenia, musi też umieć tak zestawiać słowa, by nie brzmiały jak dysonans, ale układały się jak puzzle, które idealnie pasując do siebie, tworzą oryginalny obraz. Moim zdaniem Jan Zumis ma duży talent, potencjał i możliwości, przydałoby mu się natomiast trochę roztropności w selekcjonowaniu własnych utworów oraz znalezienie takiego przyjaciela, który dla jego dobra, ostro i krytycznie, a przede wszystkim chłodno recenzowałby każdy wiersz. Bogiem a prawdą każdemu z nas przydałby się taki przyjaciel.
Jan Siwmir – Dixi.


Jan Zumis, Światłocienie, Wyd. Adam Marszałek,Toruń 2009, 88 str., wstęp Jan Zdzisław Brudnicki.