LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA
______________________________________________________________________

Przypowieść: Igor Wieczorek CIEŃ FILOZOFA


W pewnym mieście żył filozof, który tresował swój cień. Dziwny był z niego człowiek. Jak wielu idealistów miał wyraźnie przytępione wszystkie zmysły i głowę pełną niejasnych, wewnętrznie sprzecznych poglądów. Kiedy skonał, nie umiano go pochować – wierny cień nie odstępował bowiem ciała. A był taki wyostrzony i ruchliwy, że strach było zbliżać się do niego. Cała sprawa zatoczyła szereg kręgów i dotarła do samego prezydenta. Ten zaś zwołał w trybie pilnym posiedzenie sztabu armii i rady ministrów.

– Panowie, to sprawa szczególna – oświadczył z naciskiem na wstępie – sprawa wagi najwyższej. Trzy dni temu w naszym kraju zmarł filozof, który tresował swój cień. Jego zwłoki spoczywają w szczelnej trumnie, a cień żyje nadal własnym życiem. Jest z pewnością niesłychanie niebezpieczny i trzeba go unicestwić. Nasuwa się jednak pytanie: czymże właściwie on jest? Otóż cień, podobnie jak lustrzane odbicie jest dokładną odwrotnością przedmiotu, przez który zostaje rzucany podczas gdy pada nań światło. To co prawe, wygląda na lewe, a to co pełne, wygląda na płaskie. A przecież w trumnie jest ciemno, skąd zatem wziął się ów cień?

To rzekłszy prezydent usiadł a głos zabrał minister zdrowia.

– Obywatele – powiedział – odpowiedź nasuwa się sama. Trumnę wypełnia światło, którego natury nie znamy – mami ono bowiem nasze zmysły. Powinniśmy o nim zapomnieć i rozwiązać problem złego cienia przy pomocy dostępnych nam środków. Przede wszystkim musimy pamiętać o relacji między cieniem, a przedmiotem. Skoro pierwszy wydaje się groźny, drugi jest bardzo łagodny. Wystarczy go zabalsamować. Groźna mumia zdemaskuje własny cień!

To rzekłszy minister odsapnął, a w sali obrad zawrzało. Wystąpieniu zarzucono brak logiki, niespójność i nieadekwatność. Ktoś zauważył, że ze strachu przed wilkami nie rzadko tuczy się owcę. Kiedy fala oburzenia opadła, głos zabrał minister obrony.

– Obywatele – powiedział – przecież już dziecko rozumie, że cień, podobnie jak lustrzane odbicie, nie jest zwykłą odwrotnością przedmiotu, przez który zostaje rzucany podczas gdy pada nań światło – nieważne jakiego rodzaju. Cień przede wszystkim jest sobą – fundamentalną nieprawdą. Skoro robi wrażenie groźnego, to naprawdę wcale taki nie jest. A ponieważ jest odbiciem nieboszczyka, to nieboszczyk musi być groźny. Proponuję poddać go kremacji. Żywy ogień unicestwi każdy cień!

To rzekłszy minister odsapnął, a w sali obrad zawrzało. Gromkim głosem wnoszono okrzyki: Minister na prezydenta! Spalić zwłoki filozofa hochsztaplera! Niech żyje zdrowy rozsądek! Kiedy fala entuzjazmu opadła, głos zabrał minister kultury. Nadętym szeptem oświadczył, że skoro cień w swej istocie jest fundamentalną nieprawdą, to nie ma podstaw by sądzić, że jest jakąś odwrotnością nieboszczyka. W krystalicznej naturze nieprawdy nie może być nic prawdziwego – rzecz jasna – oprócz niej samej. Palenie czy balsamowanie nie rozwiąże śmierdzącego już problemu. Jedyna nadzieja w artystach, którzy mogą zająć się zwłokami i uczynić z nich wspaniałe dzieło sztuki. Artystom należy powierzyć wolną rękę, pieniądze i zwłoki. Oświadczenie to przyjęto obojętnie, a nawet z pewnym niesmakiem i głos zabrał minister nauki.

– Obywatele – powiedział – zakończmy jałową dyskusję. Zwłoki filozofa nie są groźne, groźny jest tylko ich cień. Proponuję skonstruować wielki laser i wyświetlić jego precyzyjne ostrze w sam środek dziwnego zjawiska! Jednogłośnie przyznano mu rację, a generał armii zauważył, że taki laser istnieje i można go zastosować.

Następnego dnia o świcie w sercu miasta miało miejsce niecodzienne wydarzenie – włączenie wielkiego lasera. I wszyscy zebrani widzieli, że obsługujący go człowiek wycelował świetlne ostrze w stronę ciała, a nie cienia nieboszczyka filozofa. I niczyjej uwadze nie uszło, że wierny cień zachichotał i z hukiem uleciał w przestworza.


Esej: Tadeusz Isakowicz-Zaleski ZA KŁAMSTWO TRZEBA ZAPŁACIĆ


W obliczu sporów Francji z Turcją o zagładę Ormian warto przypomnieć, że autorem pojęcia „ludobójstwo” był polski obywatel, siedmiokrotnie zgłaszany do Nagrody Nobla

W minionym stuleciu było niewielu polskich naukowców, którzy zrobili światową karierę. Jednym z nich był Rafał Lemkin. Urodził się w 1900 r. w małej wsi Bezwodne koło miasta Wołkowysk w ówczesnym zaborze rosyjskim. Pochodził z niezamożnej żydowskiej rodziny. Jednak jego matka, osoba nadzwyczaj uzdolniona i wykształcona, zaszczepiła w nim umiłowanie do nauki. Po niej odziedziczył zdolności językowe, władał aż dziesięcioma językami. Pierwszych czterech nauczył się od swoich szkolnych kolegów, gdyż wychował się w środowisku wielonarodowościowym. Po ukończeniu gimnazjum w Białymstoku studiował na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, gdzie obronił pracę doktorską z prawa karnego. Pracował w polskiej administracji – najpierw jako prokurator w Brzeżanach na Tarnopolszczyźnie, a następnie w Warszawie. Został także członkiem Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Rzeczypospolitej Polskiej oraz uczestnikiem wielu międzynarodowych kongresów naukowych. Już wtedy był osobą znaną w wielu środowiskach akademickich.

Jeszcze w Brzeżanach, mając kontakt z tamtejszym proboszczem parafii ormiańsko-katolickiej, zainteresował się problemem zagłady Ormian dokonanej w latach 1915 - 1917 r. przez rząd turecki. Nawiasem mówiąc, jednymi ze świadków tych wydarzeń byli księża ormiańscy pochodzący z Azji Mniejszej i Bliskiego Wschodu, którzy w okresie międzywojennym, dzięki staraniom abp. Józefa Teodorowicza, pracowali w archidiecezji lwowskiej. W 1933 r. Rafał Lemkin wspomnianą zagładę określił mianem „zbrodni barbarzyństwa”. Pojęcie to zastosował także do zagłady chrześcijańskich Asyryjczyków, którzy byli mordowani także przez rząd turecki i iracki. W tym ostatnim wypadku chodziło o zbrodnie dokonane w mieście Simale i w wielu okolicznych wsiach. Lemkin zajmował się także pogromami Żydów, które w latach 30. miały miejsce również w hitlerowskiej Trzeciej Rzeszy. Jego ostre sformułowanie w tej kwestii było powodem interwencji ówczesnego polskiego ministra spraw zagranicznych Józefa Becka, który nie chcąc zaognienia stosunków z Niemcami, wymusił na nim ustąpienie z urzędu prokuratora.

W czasie II wojny światowej Lemkin, choć ranny w czasie oblężenia Warszawy, przedostał się do USA. Jego rodzina jednak została wymordowana, co jeszcze bardziej uwrażliwiło go na problemy ludobójstwa. W nowej ojczyźnie kontynuował pracę naukową na kilku uniwersytetach. W 1944 r. wydał słynną publikację pt. „Axis Rule in Occupied Europe” („Rządy Osi w okupowanej Europie”). W niej po raz pierwszy użył terminu genocide, ułożonego od greckiego słowa genos (naród) i łacińskiego cidiu (zabijanie). Ten termin wszedł do wielu najważniejszych języków, z tym że w polskim przetłumaczony został jako „ludobójstwo”. W trakcie Procesu Norymberskiego Lemkin był doradcą jednego z oskarżycieli amerykańskich. Przez następne lata zajmował się nadal problemem ludobójstwa. Był inicjatorem i jednym z autorów „Konwencji w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa”, przyjętej w 9 grudnia 1948 r. przez Organizację Narodów Zjednoczonych.

Za swoje zasługi Rafał Lemkin był aż siedmiokrotnie zgłaszany do pokojowej Nagrody Nobla. Niestety, nigdy jej nie uzyskał. Zmarł w 1959 r. w Nowym Jorku. Do dziś w Polsce praktycznie jest on nieznany. Jedyną pamiątką po nim jest tablica wmurowana na budynku przy ul. Kredytowej 6 w Warszawie, gdzie przez wiele lat miał swoje biuro adwokackie. Jego postać starało się przypomnieć polskiej opinii publicznej kilku naukowców i publicystów, w tym śp. rzecznik praw obywatelskich Janusz Kochanowski oraz profesorowie Józef Szaniawski i Ryszard Szawłowski. Żaden z dotychczasowych prezydentów III RP nie zdobył się na to, aby odznaczyć pośmiertnie Rafała Lemkina Orderem Orła Białego. A szkoda, bo zmarły naukowiec naprawdę na to zasługiwał.

Jeżeli chodzi o sprawy polskie, to klasycznym przykładem ludobójstwa były zbrodnie, które w czasie Powstania Warszawskiego na cywilnej ludności dokonały wojska niemieckie i wspierające je formacje kolaboranckie, składające się m.in. z Rosjan, Ukraińców i Azerów. Innym przykładem są zbrodnie dokonane w jeszcze bardziej okrutny sposób przez nacjonalistów ukraińskich z UPA i SS Galizien. W powyższych przypadkach Polaków zabijano tylko dlatego, że byli Polakami. Za ludobójstwo strona polska stara się również uznać Zbrodnię Katyńską, jak i wszystkie inne mordy dokonane przez rząd sowiecki.

Z tego powodu należy z uwagą śledzić kroki Francji czynione w sprawie ludobójstwa Ormian w Turcji. Pod koniec ubiegłego roku parlament francuski uchwalił prawo przewidujące rok więzienia i 45 tys. euro grzywny za negowanie ludobójstwa. Choć w powyższej uchwale nie wymieniono wprost zagłady Ormian, to momentalnie, w myśl zasady „na złodzieju czapka gore”, decyzja ta spotkała się z histerycznymi reakcjami rządu tureckiego. Histeria ta jest mało zrozumiała. Turcja w swoim regionie uważa się bowiem za mocarstwo. Jest też ważnym sojusznikiem USA, spełniającym rolę „niezatapialnego lotniskowca”. Czyżby kilka słów prawdy mogło owo mocarstwo rozsypać w proch? Inna sprawa, że kłamstwo w sprawie wymordowania chrześcijan jest dla współczesnej Turcji mitem założycielskim. Rodzi się więc pytanie, czy UE potrzebuje takiego nowego członka, z którym mogą być tylko same kłopoty? Moim zdaniem – absolutnie nie.


Felieton: Jan Siwmir FRAKTALE I POECI


Czy wiecie, co to są fraktale? W dużym uproszczeniu są to różnorodne strukturalnie obiekty samopodobne. Czyli mówiąc po polsku każda część takiego obiektu wygląda jak całość, a przy okazji jego poszarpany i kłębiasty wygląd sprawia, że wygląda bardzo interesująco. Gdy po raz pierwszy zobaczyłem fraktala, zachwyciłem się jego urodą. Miałem wrażenie, że jest wielowymiarowy, skomplikowany, i że zbudowanie go wymaga naprawdę dużego talentu. No cóż, złudzenia dopadają nawet takich cyników jak ja. Wystarczy odpowiedni program do wygenerowania fraktala, kilka minut i możemy się zachwycać kolorami, strukturą gwiazdy, czy innej konfiguracji. I powielać ją bez końca, aż do znudzenia.


Podobnie jest niestety ze środowiskiem literackim, a osobliwie poetyckim. Na pozór rozległe, ciekawe, różnorodne, dynamiczne, przykuwające uwagę. Niezwykłe, nieosiągalne dla przeciętnego człowieka, imponujące dorobkiem.

Powierzchowne wrażenie.

Po bliższym przyjrzeniu się widzimy przede wszystkim monotonię powtórzeń. Poeci pogrupowani są w bliźniaczych gettach, jak to ujął Jan Pieszczachowicz „kawiarniach literackich”, których struktura jest identyczna. Najwyżej w hierarchii stoi miejscowy guru, mający na ogół kilka publikacji w lokalnych mediach. Często jest to osobnik, któremu udało się po znajomości „wkręcić” na jakiś etat w Domu Kultury albo (och, ach!) jako wykładowca na prywatnej uczelni kształcącej literatów, lub zostać prezesem stowarzyszenia posiadającego w nazwie słowo „autor”, względnie „literat”. Potem czas na najwierniejszych klakierów, jeszcze niżej zasiadają zwykli członkowie, takie mięso armatnie, za pieniądze którego można poucztować, na końcu zaś młody narybek aspirujący do pisania zgodnie z wytycznymi guru. Kawiarenki w tym samym mieście pałają do siebie wyjątkową nienawiścią, jedna dyskredytuje poczynania drugiej, walka trwa na argumenty zarówno literackie jak i ad personam, w myśl zasad wojny totalnej z dozwolonymi wszystkimi możliwymi chwytami. W końcu żłób, czyli pieniądze od lokalnego samorządu jest jeden i dla wszystkich nie wystarczy. Co do wojen z kawiarenkami w innych regionach nie ma już takiego ciśnienia, wręcz przeciwnie można się umówić: nasz guru wygrywa konkurs u was, a potem odwrotnie. Poza tym najczęściej jedno środowisko o drugim nic nie wie, bo i co też mogą obchodzić pana M. z Pcimia Dolnego poczynania pana D. z Warszawy skoro zarówno jeden jak i drugi pan uważają się za Talent Objawiony Jedyny Taki Od Jeruzalem (w skrócie TOJTOJ).

Do cech wspólnych takich środowisk należy ponadto:

1) Wielbienie słów M. Twaina: „Nigdy nie dopuściłem do tego, by szkoła przeszkodziła mi w kształceniu się”. Wszelkie zatem kurki niedomaturki, czy dysotumaniacy szczycą się swoim swobodnym podejściem do ortografii tudzież alternatywnym sposobem na prowadzenie narracji polegającym na „wysypywaniu przed czytelnikiem na kupę wszystkiego, co przyjdzie do głowy, żeby sam sobie szukał rzeczy ciekawych w stosie majaczeń” (R.A. Ziemkiewicz).

2) Brak świadomego nawiązania do tego, co w literaturze już było. Dlatego nawet słowo epigon byłoby zbyt łaskawe dla tych, którzy coś chcą tworzyć. Oni po prostu wyważają otwarte drzwi, jakby od nich zaczynała się cała literatura. Za objawienie i wielkie novum uważają rzeczy, które dawno temu były może szokujące, dziś są po prostu nudne i niesmaczne.

3) Procedura przyjęcia do struktur kawiarenki. Zawsze taka sama. Należy postawić kilka butelek wódki/wina/piwa (niepotrzebne skreślić), pochwalić guru za wiersze (tu uwaga, nie wystarczy zwyczajnie pochwalić, musi być z opcją „na kolanach”, w dodatku wielokrotnie powtórzoną), napisać bałwochwalczą recenzję wierszy guru i dopiero można powolutku starać się o przyjęcie do grupy. Talent w tym przypadku nie jest wskazany, lepiej nawet gdybyśmy go nie mieli, inaczej bowiem będziemy stanowić zagrożenie dla przywódcy, który nie po to ustalił tak niski standard pisania, żeby mu go ktoś niecnie zawyżał. Jedynym odstępstwem od reguły może być różnica płci jako zamiennik płynów wysokoprocentowych, reszta jednak pozostaje bez zmian.

4) Próby dodania sobie znaczenia poprzez zapraszanie zza granicy podobnej wartości literatów. Czyli jedno koło gospodyń wiejskich zaprasza drugie koło i obie wsie mają dorobek zagraniczny.

5) Organizowanie konkursów ze z góry ustalonym zwycięzcą i dotacjami z gminy lub Ministerstwa. Dotacje i stypendia to w ogóle kluczowa sprawa dla egzystencji poetów. Żeby je otrzymać są w stanie stawić się na wyścig szczurów zaopatrzeni w drągi, kusze i proce. Chodzi wszak nie o to, by samemu być najlepszym, ale o to, by wytępić lepszych od siebie współzawodników.

6) Pisanie sobie nawzajem recenzji.

Właściwie trudno powiedzieć czemu się dziwię. Załatwianie wszystkiego po znajomości, nepotyzm, hipokryzja, koneksje, tłamszenie ludzi, którzy swoim talentem, mogliby przyćmić decydenta, prostytucja literacka i nie tylko, osiąganie celu „po trupach” charakteryzuje społeczeństwo polskie od zarania dziejów. Żaden ustrój tego nie zmieni, jaki by bowiem nie był i tak przetworzymy go wespół w zespół na bezpardonowy ustrój wymiany rzeczy i usług. Z ograniczonym do grona znajomych dostępem. Taki Facebook, z którego niestety trudno jest się wylogować. Społeczeństwo pozornie nadobnych fraktali...

Podsumowując: brakuje krytyka, a jeszcze lepiej zespołu krytyków, który nie byłby uwikłany w personalne relacje i ogarnąłby ten chaos i rozdrobnienie, tworząc wspólne, spójne kryteria i uczciwe oceny.

Uczciwe... hm... w Polsce...

Wygląda na to, iż jedyna nadzieja tkwi w autorach - samotnikach idących pod prąd, nienależących do żadnej grupy, z silnym charakterem i robiących swoje pomimo ostracyzmu. Tylko czy tacy się znajdą? Chcę wierzyć, że tak. Przy imponujących wadach, Polacy słyną przecież z niezłomności i odwagi. Ale docenić ich mają szansę wyłącznie przyszłe pokolenia, współcześni zawsze żyją tu i teraz, za konkretne pieniądze, za konkretne przysługi...


Recenzja: Karol Samsel DORMITORIA


Autor: Zbigniew Milewski


O czym śni Poeta- czyli krótko o „Dormitoriach” Karola Samsela

„Naturą rzeczy życie w dormitoriach”- takim wersem kończy się tom wierszy ostrołęckiego poety Karola Samsela wydany w 2011 roku przez Wydawnictwo Nowy Świat w Warszawie pod intrygującym tytułem „Dormitoria”. W czasach skrajnego indywidualizmu i wygodnictwa wydawałoby się, że sale z przeznaczeniem na spanie dla wielu osób należą do przeszłości. Tymczasem coraz więcej osób, szczególnie młodych decyduje się na krótki okres wyłączyć ze świata przepełnionego komercjalnym blichtrem i zamieszkać dormitoriach klasztorów buddyjskich lub bursach w ramach organizowanych spotkań edukacyjnych, szkoleń czy festiwali. Albo też na skutek popełnionych występków oraz przeludnienia, zostaje skazanych na przebywanie w dormitoriach ośrodków poprawczych, gdzie odbywa się ich resocjalizacja. Nie wspominam o tym, by pochwalić się znajomością tego rzadko używanego słowa, ale by wskazać wykazać wykorzystanie tego określenia dla układu jego książki oraz jakby narzuconą odautorską interpretację poszczególnych wierszy.

Całość zbioru jest podzielona na trzy poetyckie, sypialniane części – Piekło, Czyściec , Raj, do których wprowadzają odpowiednio dobrane motta z „Boskiej Komedii” Dantego Alighieri.

Zanim zaczniemy podziwiać te główne zakątki musi nastąpić odpowiednie wprowadzenie, poprzedzone również cytatami z arcydzieła wielkiego Włocha, na które składają się otwierający tomik wiersz „Ugolino: śmierć” oraz jakby wprowadzenie do całości część nazwana przez Autora „Zejściem” zawierająca 4 sonety, które łączy element oczekiwania na właściwą ostateczną sypialnię, kiedy los bohaterów wiersza lub lirycznego podmiotu jest jakby jeszcze niezdecydowany:

„Co z nami będzie , Leszku?- Folia na chodniku
powoli matowieje w żółcień lub w elegię”.

(z sonetu Leszek)

Podczas lektury poszczególnych utworów, często zadawałem sobie pytanie dlaczego ten wiersz, jego bohaterowie czy nawet odwołania zawarte w dedykacjach spowodowały takie, a nie inne umieszczenie utworu w poszczególnych rozdziałach. Poeta zdaje się w swoich wierszach potwierdzać stare teologiczne przekonanie, że jako na ziemi tak i w zaświatach istnieje ustalony hierarhiczny porządek rzeczy, przy czym nie jest to porządek tylko chrześcijański. Jego wyznacznikiem jest stan wiedzy i wiary w to czy jest on stabilny i nie podlega zmianie tak jak zdaniem osób wierzących ostateczne jest tylko niebo lub piekło:

„ nadszedłem za późno
niczego już nie cofnę
za chwilę pożre ją ciemność
a ja ciemność pożrę”

(z wiersza Wyjątek)

lub czy też może ulec zmianie albo jest w ruchu jak w Zejściu czy Czyśćcu:

„ nikt nami nie wstrząśnie uważa martin
ja mu nie wierzę i zamykam w ręku
posążek Apollona już piąta siedem
uliczki zbite od jazzu i butanu”

(z wiersza Heidegger)

Ten porządek jest nie tylko konsekwentnie wprowadzany w układ i rozmieszczenie wierszy w poszczególnych działach, ale również przejawia się w prezentacji bohaterów i podmioty liryczne poszczególnych utworów na skutek noszonych w sobie poglądów, systemu wartości lub determinowany zewnętrznymi okolicznościami. „List od kusiciela” może być tylko częścią ostatecznego potępienia, które podmiot liryczny i jego słowo, które „bardzo chciałoby obalić państwo twoich zmysłów”, nosi w sobie to potępienie niezależnie od miejsca i czasu, w którym do nas przemawia. Odpowiedź na ten list, mimo przewrotności treści otwiera część zbawioną, przy czym autor pokazuje, że raj można znaleźć w działaniach artystycznych i jego wytworze niezależnie od tego czy autor dzieła należy do piekła czy nieba czy jest tylko handlarzem medalików czy jest przepełniony wiarą:

„nie mam już czasu na rzeczy ciemne
starzeję się jak rybak nie jak poeta
zostaną medaliki kupione na kalwarii

obys miał rację że jak pisał błok
przetrwa mnie świat który stworzyłem”.

( z wiersza List do kusiciela)

Ten dydaktyzm nie przeszkadza w odbiorze poszczególnych utworów, ale ułatwia czytelnikowi ich przyswojenie i ukorzenienie w sposobie myślenia oraz systemie wartości Karola Samsela, który zasypia ze swoimi bohaterami i śni ich historie prawdziwe i te zmyślone, dzięki którym pewne sprawy ulegają nazwaniu, a problemy i nurtujące pytania uzyskują swoje odpowiedzi i stają się bliższe czytelnikowi.

Dlatego warto sięgnąć po wiersze z tomiku „Dormitoria” , bo dzięki nim ci którzy znają poezję Karola Samuela mogą bliżej poznać jego sposób wartościowania pewnych dzieł i postaw, a ci którzy go nie znają i nie ufają interpretacji poprzez biografizm mogą z nim śnić artystyczne wizje i historie, u których podstaw były noce w dormitoriach, gdzie obok autora spały wizje obrazy i bohaterowie jego lektur i przemyśleń.

„ wyobraź sobie chłopca
galopującego na koniu
który lewą ręką przyciska
do boku modlitewnik”

(z wiersza Słowo do Edypa z części Raj)

 

Wiersze: Izabela Iwańczuk



Droga Mleczna


wije się przez ogród
w ogrodzie jabłonie
róże kwitnąca modlitwa

rosołem pachnie codzienność
pobożne bzy kasztany
te same milczące
w drodze do nieba



List z miasta aniołów

odpływam to jeszcze nie koniec
płynę staję gdzie początek rzeki

anioł stróż wstrzymuje szyk łodzi
przez deszcz suchą nogą oboje
śmiało przechodzimy na drugą stronę
czym tu wynagrodzić cierpliwość wioślarzy
widzę jak bardzo się modlisz
poeta przysiada na okruchach życia
uczeń uczy się swojego nauczyciela
barman nie więdnie w samotności
sukienki tancerek w odcieniach wiśni
sprzedawca nie jest twoim Judaszem

jakiś nieprzymuszony anioł z dworca
uczciwie pomaga mi wieźć krzyż



List z wiarą i prośbą

brakuje Ciebie w albumach zdjęć
chociaż tak często ocieram Ci
twarz z kurzu i krwi

to Ty stałeś na początku
jesteś leżysz kamieniem na środku
i będziesz też na końcu

potykam się biegnę dalej jeśli
wytrwam w żarliwej modlitwie słońca

uczyń ze mnie wieczny promień

Miniatura: Jan Stępień PRZYJACIEL


Przyjaciel

Zaspał! Godzinę temu powinien siedzieć w wygodnym fotelu zastępcy prezesa korporacji. W nerwowym pośpiechu umył się i ubrał . Nie pijąc porannej kawy, zszedł do garażu. Otworzył drzwiczki srebrzystego mercedesa i usiadł za kierownicą. Gdy włączył stacyjkę, nagle rozległ się potężny huk i samochód stanął w płomieniach. W pierwszej chwili chciał krzyczeć, bo przecież płonął, ale nie czuł bólu. Stał przed samochodem i widział płonące fizyczne ciało, które jeszcze przed chwilą należało do niego. Patrzył na ciało w ogniu i nie rozumiał tego, co się z nim stało. Bez wysiłku oddalił się w stronę swojego biura. Szedł a właściwie unosił się wśród przechodniów i znów się dziwił, bo potrącali go a on tego nie czuł. Gdy wszedł do gabinetu, w fotelu ujrzał swojego uśmiechniętego zastępcę. Rzucił się na niego z pięściami, krzycząc: - To ty kazałeś mnie zamordować!

Ale jego zastępca tego nie słyszał. Gorzej, on go nie widział! - Co ja teraz zrobię?! Co ja teraz zrobię! – wykrzykiwał do siebie słowa, których poza nim nikt nie słyszał. I wtedy się obudził na szpitalnym łóżku. Czuł straszliwy ból poparzonego ciała. Stał przy nim jego zastępca, który spytał mężczyznę w białym fartuchu:

- Panie doktorze, co z moim przyjacielem?

- Wyjdzie z tego, ale to długo potrwa.

Chciał krzyczeć, że ten, który mieni się jego przyjacielem jest jego wrogiem. Ale nie był w stanie wydobyć z siebie żadnego słowa.