LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA
______________________________________________________________________

Konkursy: O WAWRZYN SĄDECCZYZNY


VIII Ogólnopolski Konkurs Poetycki
„O Wawrzyn Sądecczyzny”

Grupa Literacka „Sądecczyzna”, Starostwo Powiatowe w Nowym Sączu oraz Sądecka Biblioteka Publiczna im. J. Szujskiego w Nowym Sączu ogłaszają konkurs poetycki pod hasłem:

Człowiek przed lustrem

Zasady:

1. Konkurs ma charakter otwarty, mogą w nim wziąć udział wszyscy piszący po polsku autorzy.
2. Na konkurs należy nadesłać nawiązujące do hasła wiersze, w ilości od jednego do dwóch w czterech egzemplarzach. Powinny to być teksty nigdzie niepublikowane, nienagradzane i niewysyłane na inne konkursy.
3. Utwory prosimy opatrzyć godłem słownym. Winno być ono powtórzone na zaklejonej kopercie zawierającej imię, nazwisko, adres, numer telefonu, e-mail autora i krótką informację o nim.
4. Autorów, którzy nie ukończyli 20 lat, prosimy o podanie obok tych danych, również daty urodzenia, nazwy szkoły, uczelni, lub zakładu pracy oraz oznaczenie swoich wierszy literą „M” (pod godłem).
5. Autorów mieszkających na Ziemi Sądeckiej prosimy o napisanie na pracach konkursowych litery „S” (pod godłem).
6. Mieszkańcy Sądecczyzny i młodzież rywalizują o statuetki oraz pozostałe nagrody i wyróżnienia.
7. Prace konkursowe należy nadsyłać do 15 maja 2012 roku na adres: Sądecka Biblioteka Publiczna, 33-300 Nowy Sącz, ul. Franciszkańska 11 - z dopiskiem na kopercie: Konkurs Poetycki.
8. Pokłosie konkursu znajdzie się w almanachu pokonkursowym. Oprócz utworów nagrodzonych autorów, opublikowanych w nim zostanie kilkadziesiąt innych wartościowych wierszy nadesłanych na konkurs. Ich autorzy nie otrzymują honorarium.
9. Ogłoszenie wyników konkursu i wręczenie nagród odbędzie się we wrześniu 2012 roku w Nowym Sączu. Nagrody należy odebrać osobiście w dniu finału. Nieobecność na tej uroczystości sprawia, iż nagroda staje się wyróżnieniem honorowym, a gratyfikacja pieniężna zostanie przeznaczona na wspieranie twórczości literackiej w regionie.
10. Udział w konkursie jest równoznaczny z akceptacją jego regulaminu.
11. Interpretacja niniejszego regulaminu należy do organizatorów.

Jury przyzna następujące nagrody i wyróżnienia:

I nagroda - 700 zł
II nagroda - 500 zł
III nagroda - 400 zł

2 statuetki Starosty Nowosądeckiego „Srebrne Pióro Sądeckie” dla:

- najlepszego autora w kategorii młodzieży do lat 20
- najlepszego w tej edycji konkursu autora mieszkającego na Ziemi Sądeckiej

Wyróżnienia drukiem w almanachu pokonkursowym.

Jury zastrzega sobie prawo innego podziału kwoty przeznaczonej na nagrody.
Dodatkowych informacji udziela sekretarz jury (Grupa Literacka „Sądecczyzna”) - tel. 606 957 138, e-mail: oksymoron2@gmail.com

Konkurs odbywa się pod patronatem Starosty Nowosądeckiego.

Esej: Tomasz Sobieraj RZECZ O „PODRÓŻACH Z TEJ I NIE Z TEJ ZIEMI” JÓZEFA BARANA I KILKA OKOŁOLITERACKICH DYGRESJI


W swojej autobiograficznej książce Rude Assignement Wyndham Lewis dzieli sztukę na tę dla wielkiej publiczności, narodową (Hugo, Dickens, Tołstoj) i na sztukę dla wąskiego grona koneserów (Flaubert, Baudelaire). Zauważa też wzrastającą obojętność tak zwanej szerokiej publiczności dla dokonań twórców sztuki uważanej za elitarną, którzy to twórcy – czy to z przekory, czy ze zwykłego braku umiejętności – wydają się brnąć coraz bardziej w niezrozumiałość. Dzisiaj, sześćdziesiąt lat po ukazaniu się znakomitej intelektualnej biografii angielskiego pisarza, eseisty i malarza można mieć pewność, że nieprzystępność tak zwanej sztuki elitarnej jest w przytłaczającej większości przypadków wynikiem braku umiejętności a często nawet możliwości jej autorów, zaś to, co Lewis nazwał sztuką dla wielkiej publiczności, w zasadzie nie powstaje, bo niewielu współczesnych ludzi pióra potrafi połączyć w dziele wyborny styl, czystą formę[1], wagę słów, istotny problem i zajmującą treść tak, jak czynili to – ograniczę się do polskiej literatury – na przykład Słowacki i Prus, a z bardziej współczesnych Herbert i Herling Grudziński. Oczywiście klasyfikacja Lewisa nie jest idealna – istnieli przecież tacy pisarze jak Hemingway czy Conrad, którzy z twórczością elitarną dotarli do szerokiej rzeszy czytelników, i tacy jak Hašek czy Čapek, piszący książki z pozoru popularne, a w istocie stanowiące arcyważne dzieła literatury, poddające ironicznej wiwisekcji jednostkę i społeczeństwo. Z kolei w Polsce pojawiło się ostatnimi laty zjawisko interesujące z powodu swojego endemicznego czy raczej swojskiego charakteru, mianowicie literatura nieporadna, nazywana przez krytyków wielką i elitarną a jednocześnie – popularna; przypadek ten dowodzi niezwykłej siły zarówno gorliwego marketingu jak i mętnej argumentacji, wspieranych przez system państwowych stypendiów dla wybranych i wiernych beneficjentów; niewątpliwie są to zabiegi wystarczające, by przekonać tych czytelników, którzy kierują się stadnym instynktem, jednak ludziom myślącym od razu nasuwa się podejrzenie, że w tym przypadku zamiana alternatywy wyłączającej: „wielkość albo popularność” w koniunkcję: „wielkość i popularność”, jest zabiegiem naiwnym lub hochsztaplerskim, więc albo wskazana wielkość jest fałszywa, albo głoszona popularność podejrzana i wątpliwa.

Zdarzają się jednak współcześni autorzy bezspornie dowodzący, że niekiedy logika formalna ustępuje przed artystyczną rzeczywistością, i że można połączyć cechy zwykle się wykluczające. Rozmiar tego zjawiska mierzony liczbą sprzedanych egzemplarzy jest rzecz jasna mniejszy niż w przypadku autorów uważanych za popularnych – czyli należących do koterii, i popularnych w ścisłym słowa tego znaczeniu – tzn. piszących kryminały, fantastykę i romanse, niemniej to właśnie ono zasługuje na baczną uwagę i analizę, bo jak uczy nas literaturoznawstwo, właśnie ci oryginalni, suwerenni twórcy, funkcjonujący poza obecnie modną konwencją, wraz z tymi, którzy tworzą drugi, ba, nawet trzeci obieg, ci zajmą – z dużym prawdopodobieństwem, prędzej czy później – ważne miejsce w dziejach literatury, obecnie okupowane (jakież to adekwatne i cudownie wieloznaczne słowo!) przez literackich modnisiów i prowincjonalnych dandysów.

Jednym z takich niezależnych, osobnych twórców, jednocześnie popularnych i wyrafinowanych, który w naszej współczesnej literaturze zajmuje, jak pisał Zbigniew Chojnowski, „niszę jedyną w swoim rodzaju, bardzo osobistą” jest Józef Baran. Zdobył uznanie zarówno pośród wybrednych znawców poezji, jak i między naznaczonymi wrażliwością, smakiem i wyobraźnią „zwykłymi” odbiorcami liryki. Jego utwory – sugestywne, czułe, emocjonalne, zabarwione świeżą metaforyką, łączą według Czesława Miłosza „tradycyjne polskie wartości z nowoczesną formą”, jednocześnie nie stronią od lekkiej, ciepłej ironii i mądrej refleksji; to wielowymiarowe wiersze bystrego obserwatora, stanowiące wyraz jego zachwytu nad światem, banałem, nawet marną istotą, ale też niekiedy pełne bólu i uniesienia, zwątpienia i wiary; według jednych są kontynuacją poetyki Twardowskiego, Harasymowicza a nawet Leśmiana, według innych brzmią głosem skrajnie osobistym[2]. Zapewne rację mają jedni i drudzy, bowiem prawdziwy, poważny człowiek pióra, choćby największym był indywidualistą, raczej nie żyje w próżni i dziwnym by było, gdyby w twórczości Barana nie dało się słyszeć dyskretnie brzmiących nut poetów najwyżej przez niego cenionych – i zapewne nie powinien też dziwić ten whitmanowski i frostowski ton, wyraźnie dla mnie obecny w „amerykańskich” wierszach poety, ton, który siłą rzeczy musi pojawić się u człowieka obdarzonego ogromną wrażliwością na przyrodę w sytuacji bliskiego, niemal intymnego z nią obcowania; to swoiste doświadczanie przez poetę komunii z naturą znajduje wyraz także w wierszach zainspirowanych polskim krajobrazem i wsią – utworach autonomicznych i świeżych, często przekształcających przestrzeń realną w pejzaż wewnętrzny, równocześnie przywołujących smaki, zapachy, nastroje z mocą, jaką w naszej literaturze prezentował kierunek impresjonistyczny Młodej Polski, a później arkadyjska twórczość Józefa Czechowicza.

Jednak Józef Baran to także prozaik, autor kilku książek[3] poświęconych „ludziom pióra i palety”, w tym wspomnień o Arturze Sandauerze i rozmów z tym równie świetnym jak kontrowersyjnym krytykiem i tłumaczem. W ostatnich latach ukazały się balansujące na granicy różnych gatunków literackich Koncert dla nosorożca, Przystanek Marzenie a jesienią 2010 roku Podróże z tej i nie z tej ziemi. Dwie pierwsze książki zdobyły należne im uznanie, pisali o nich profesor Bolesław Faron i Ryszard Kapuściński, podkreślając ich intelektualną samodzielność, szczerość i rzetelność, Anna Dymna zaś – wybitna interpretatorka poezji Barana – doceniła umiejętność poety zamieniania bolesnych przeżyć w czystą poezję i jego wspaniały zmysł obserwatora. Nie mniej istotne wydaje mi się w tych na poły dziennikach, na poły reportażach, umiejętne połączenie opisu mniej lub bardziej egzotycznej rzeczywistości z rzeczywistością swojską, liryki z anegdotą, humoru z refleksją, a wszystko to zaznacza dziennikarski pazur – jakże by zresztą inaczej, skoro pracy dziennikarskiej Józef Baran poświęcił znaczną część życia.

I to dziennikarskie doświadczenie, którego przejawami są między innymi umiejętność obserwacji i wyciągania wniosków oraz lekkość pióra, uwidacznia się w Podróżach z tej i nie z tej ziemi z dużą wyrazistością. Jeśli dodać do tego skłonność Barana do zabawy formą i właściwy poetom dar pozazmysłowego postrzegania rzeczywistości, otrzymamy właśnie tę „formę bardziej pojemną”, której poszukiwał (i, o ile wiem, nie znalazł) Czesław Miłosz. Każdy z rozdziałów tej książki to reportaż z innej części świata, części niekiedy nam bliskiej, niekiedy egzotycznej, bez wyjątku jednak opisanej interesująco, ze swadą, niemal gawędziarsko, ale zarazem rzetelnie i z Człowiekiem na pierwszym planie – istotą u Barana jednocześnie wzniosłą i tragiczną, piękną i szpetną, niczym w genialnych fotoreportażach Sebastiao Salgado, zawsze jednak, niezależnie od jej kondycji, stanowiącą dla autora Podróży centrum zainteresowań i źródło refleksji. Każdy z reportaży przedstawia wycinek świata gruntownie poznany: dotknięty, posmakowany, objęty, opisany z wrażliwością poety i ciekawością badacza sięgającego głęboko pod powierzchnię rzeczywistości; to nie popularny ostatnio naskórkowy reportaż telewizyjnego globtrotera, upudrowanej gwiazdy półgodzinnego one-man/woman show, której produktem ubocznym z zagranicznego wyjazdu jest pełna naiwnych zachwytów i spostrzeżeń książka, okraszona banalnymi zdjęciami imitującymi artystyczne czy reporterskie fotografie – to bezpretensjonalny, solidny, rzetelny obraz wybranych przez Barana miejsc na Ziemi – ale Ziemi przytulonej przez niego w tańcu, dlatego pomimo całej swojej solenności to równolegle obraz nie pozbawiony wdzięku subiektywności i intymności. W pierwszym rozdziale Podróży Józef Baran zabiera nas na dawne polskie kresy, leżące w dzisiejszej zachodniej Ukrainie; zagłębia się w złożoną i ciekawą historię oraz skomplikowaną, często bardzo trudną teraźniejszość tych ziem; opowiada o życiu zwykłych ludzi i o ludziach niezwykłych, jak np. Borys Woźnicki, Ukrainiec, dyrektor lwowskiego muzeum, który ocalił od zniszczenia setki znajdujących się na Kresach zabytkowych pomników nagrobnych, obrazów i innych dzieł sztuki polskiej, ukraińskiej a nawet włoskiej. W części drugiej trafiamy z autorem na Cypr, miejsce narodzin Afrodyty i wyspę o burzliwych dziejach, gdzie ścierały się kultury: fenicka i grecka, perska i rzymska, arabska i normańska, angielska i turecka, tworząc konglomerat jedyny w swoim rodzaju. I ponownie Baran z dziennikarskim zacięciem zanurza się w historię i współczesne problemy podzielonej na część grecką i turecką wyspy, często przytaczając fakty i spostrzeżenia, jakich nie znajdziemy w podręcznikach i przewodnikach. W kolejnym rozdziale, wraz z przyjacielem, poetą Adamem Ziemianinem, bawi w Toskanii, Ziemi Obiecanej wszelkiej maści artystów; autor wychodzi poza konwencję opisu toskańskich przygód i krajobrazów, przybliżając czytelnikowi klimat małych miasteczek, gdzie mieszka się w czternastowiecznych kamieniczkach i obcuje z dziełami największych mistrzów sztuki tak, jak w Polsce z bohomazami graficiarzy i kibiców; niezmiennie też wynajduje interesujące polonica. Rozdział czwarty i szósty to odkrywanie Ameryki, a konkretnie USA, kraju przemierzonego przez Barana parokrotnie, od Nowego Jorku, przez Idaho, Utah, Arizonę po Montanę, Oregon i Kalifornię; docieramy z nim do Yellowstone i Wielkiego Kanionu Kolorado, w Góry Skaliste i do Parku Yosemite, oglądamy metropolie i prowincjonalne miasteczka, wybieramy się na łososie i do rezerwatu Indian, poznajemy zwyczajnych Amerykanów, i amerykańską inteligencję – poetów, pisarzy, nauczycieli i pracowników naukowych, tłumaczy, wydawców (m.in. nieocenionego dla budowania międzykulturowych mostów Stanleya Barkana) – ludzi pełnych pasji, otwartych na innych, radosnych, wolnych, tolerancyjnych, jakże odmiennych od naszych przedstawicieli tychże profesji. Jak przystało na rasowego dziennikarza (rasowego, czyli obiektywnego), Baran naświetla przedstawiane zagadnienia z różnych stron, pokazuje więc także mniej ekscytujący obraz tego kraju: niepewność zatrudnienia, plagę otyłości i depresji, zadłużenie obywateli w bankach, powszechny stres, czyli zjawiska, z których nie bardzo zdajemy sobie sprawę, zapatrzeni w wizerunek kreowany przez seriale telewizyjne i hollywoodzkie kino klasy popularnej. Pozostałe rozdziały książki są podróżą równie ciekawą – to Australia, Singapur, Maroko i Brazylia, miejsca mimo globalizacji nadal egzotyczne, i odległe; Baran eksploruje je z zacięciem globtrotera i wręcz z chłopięcą ciekawością, trafiając to w głuszę interioru, to do małych miasteczek lub do wielkich aglomeracji, często odnajdując w czasie tych wypraw polskie akcenty. Ponownie siłą tych reportaży, esejów i dzienników poety jest wynajdywanie i opisywanie bytów (w szerokim znaczeniu tego terminu) mało znanych, tajemniczych, często endemicznych, niekiedy wręcz reliktowych, o których nie informują gazety, popularne programy i kolorowe książki, bytów takich, jakie można poznać jedynie zbaczając z utartych szlaków i zagłębiając się w tajemnicze wnętrze australijskiej pustyni, brazylijskiej selvy czy azjatyckiej metropolii; w Maroku trafiamy nawet na arabskie, muzułmańskie wesele – niepostrzeżenie staje się ono pretekstem zarówno do porównań z weselem polskim, jak i do ogólnokulturowych i historyczno-religijnych rozważań; także i w tych rozdziałach spotykamy poetów, pisarzy, tłumaczy, studentów oraz zwyczajnych ludzi: robotników, farmerów, urzędników, poznajemy fascynującą historię i piękną, ale groźną często przyrodę. W tym nawale egzotycznych miejsc urzeka powrót do Borzęcina, rodzinnej wsi poety, która w jego opowieściach i lirykach staje się ziemią dziewiczą, Rajem – jednak ani nie utraconym, ani nie odzyskanym, ale Rajem Objętym, przytulonym mocno niczym w tańcu prywatnym Edenem.

Wielowymiarowość i szeroko rozumianą niezależność tej książki podkreśla zawarta w niej poezja. Autor umieścił tutaj kilkadziesiąt wierszy, w dużej części niepublikowanych, powstałych w czasie podróży transpozycji aktu poznawania świata na język poetycki. Stanowią one interesujące, liryczne dopełnienie prozatorskiej części Podróży i nadają im niezwykły, bardzo osobisty klimat oraz potwierdzają znakomitą umiejętność Barana przełożenia impresji na poetycką frazę czy przekazania ważnej treści w słowach oszczędnych, mądrych i trafnych, bez ornamentów metaforyki, a to w poezji cenię najwyżej. Przykładem niech będzie żartobliwy i przekorny wiersz Chwila osobliwa z pieskiem preriowym:

ten piesek preriowy myśli sobie
że przyleciałem do niego
specjalnie po to
żeby go nakarmić jabłkiem

chrupie je w skupieniu
stojąc słupka
przed swoją norką
na dwóch łapkach
a ja pozuję mu do fotografii

(w tle Ameryka
Góry Skaliste
Ocean Spokojny
i takie inne
nieważne dla pieska
imponderabilia)

Wielkość poety można poznać nie tylko po jego poezji, ale także po jego prozie, po swobodzie poruszania się pomiędzy rodzajami i gatunkami literackimi. To ryzykowne z pozoru twierdzenie można łatwo udowodnić, podając za przykład pisma Cypriana Kamila Norwida, dziennikarskie wyczyny Walta Whitmana, artykuły i recenzje Józefa Czechowicza, eseje Zbigniewa Herberta, zapiski z podróży Tomasza Venclovy czy inne, niestety nieczęste przykłady szerokich intelektualnych horyzontów i doskonałych umiejętności pisarskich poetów, umiejętności, które w istocie stanowią potwierdzenie ich literackiej klasy, a których brak często dowodzi poważnych ograniczeń, tym samym zaś może wzbudzić nieufność co do twórczości wierszowanej. Bo czy może być dobrym, a tym bardziej wielkim poetą ktoś, kto nie potrafi jasnym, barwnym, logicznym a nade wszystko poprawnym językiem napisać relacji z podróży, dziennika, listów do ukochanej, politycznej polemiki? Czy jest poważnym i wiarygodnym poetą ktoś, kto nie ma przyrodniczych lub historycznych zainteresowań, kogo możliwości pisarskie i intelektualne przerasta filozoficzny dyskurs, esej o Atgecie lub chociażby interesujące opowiadanie, o powieści nie wspominając? Niby można odpowiedzieć „tak”, uzasadniają to nawet nieliczne przykłady (F. Villon, Rimbaud, Wojaczek) ale zasadniczo odpowiedzi na te pytania są przeczące (a wymienione wyjątki potwierdzają regułę). No, może Platon by się do końca nie zgodził z moją tezą, znany bowiem jest jego sąd o poetach i ich umysłowych niedoskonałościach oraz wynikających stąd konsekwencjach, ale już Arystoteles i Goethe zgodziliby się ze mną na pewno[4].

W dzisiejszych czasach ograniczonych specjalizacji (o zgrozo, nawet w humanistyce!; „witkacolog” niewiele powie o tematyce frapującej „orzeszkologa” i odwrotnie, a obaj nie będą zgodni, gdzie postawić przecinek) wydaje się nieco demode, że poeta, dziennikarz, prozaik, eseista Józef Baran należy do tej nielicznie reprezentowanej kategorii twórców uniwersalnych, to jest takich, którzy realizując się w różnych rodzajach pracy literackiej dali (i dają) rzecz rzadko spotykaną – świadectwo wszechstronnego talentu i wysokich umiejętności warsztatowych. I nawet jeśli każdy z tych twórców poruszał się w odmiennej estetyce, zajmowały go odmienne sprawy, cechował inny światopogląd i temperament, różniły marzenia i wartości, to wszyscy zachowali intelektualną i artystyczną suwerenność, nie ulegając konwencjom i tworząc w sumie dzieło pełne, jednolite w swej wielości, nie do podważenia w sensie artystycznym i intelektualnym.

Pośród całej masy modnych, ale szybko przelatujących meteorytów literatury, znajdują się spokojne (chociaż często tylko z pozoru) gwiazdy i planety (przypominam czytelnikom z nową maturą, a szczególnie tym z jej giertychowską odmianą, że pierwsze świecą światłem własnym, drugie odbitym, co nie jest bez znaczenia dla zrozumienia tej metafory). Niektóre można dostrzec gołym okiem, inne za pomocą teleskopu, istnienia wielu z nich dowodzi się wyłącznie metodą obliczeń. Jedną z takich gwiazd na firmamencie polskiej literatury jest Józef Baran. W zależności od dostępnych czytelnikowi narzędzi intelektualnych, może on być gwiazdą dobrze widoczną na nocnym niebie lub tą dostrzeganą z wysiłkiem, ale może też być niemożliwą do pojęcia matematyczną enigmą. Będą zapewne też i tacy, według których określenie planeta wydaje się bardziej właściwe; to już kwestia względna, niemożliwa do rozstrzygnięcia ani tym bardziej do ścisłego udowodnienia w jałowych humanistycznych dysputach i, w istocie, bez znaczenia, bo twórczość Józefa Barana, obfita i różnorodna, broni się sama, a każda następna jego książka, czy to prozatorska, czy poetycka, jest potwierdzeniem wysokiej klasy i indywidualności artysty.


Józef Baran, Podróże z tej i nie z tej ziemi, Zysk i S-ka, Poznań, 2010.
_____________________________________________________


[1] Nie mylić z „Czystą Formą” S.I. Witkiewicza.

[2] Zagadnienie twórczej suwerenności lub jej braku jest poważne, ciekawe i, niestety, bagatelizowane z podejrzaną wręcz nonszalancją; a przecież to pasjonujące odkrywać, kiedy mamy do czynienia np. z dialogiem, twórczą kontynuacją, polemiką, kiedy z inspiracją, erudycyjnym tropem, celową imitacją, a kiedy z zapożyczeniem lub, co najczęściej spotykane, ze zwykłym epigoństwem. Kwestia ta dotyczy nie tylko literatury – Szanowny Czytelnik zapewne zadał już sobie kiedyś pytanie, czy mielibyśmy Błękitną rapsodię Gershwina bez Koncertu a-moll Griega (szczególnie bez pierwszego Allegro) albo kubizm Picassa bez późnych obrazów Cezanne'a i sztuki afrykańskiej? Przykłady i omówienia takich, eufemistycznie rzecz nazywając, artystycznych stymulacji, mogłyby śmiało posłużyć za temat dla interesującej książki; tylko czy współczesny niby-edukowany i niby-myślący homo consumatus felix zniósłby taką dawkę upadających mitologii?

[3] Autor! Autor!: Rozmowy z ludźmi pióra i palety – Warszawa, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, 1986; Śnił mi się Artur Sandauer: rozmowy i wspomnienia, Kraków, Centrum Kultury Żydowskiej Na Kazimierzu, Hereditas Polono - Judaica, 1992; Tragarze wyobraźni – Podkarpacki Instytut Książki i Marketingu, 2006.

[4] Według Platona źródłem poezji jest Duch, dlatego poeci nie rozumieją, co piszą, sens ich słów jest często nieokreślony, są bełkotliwe niczym delficka przepowiednia; Arystoteles uważał, że źródłem poezji powinna być Myśl, za którą idą wiedza i umiejętności; natomiast Goethe pisał: „Platon nie tolerował w swojej szkole żadnego άγεωμέτρητον. Gdyby mnie stać było na założenie szkoły, nie tolerowałbym uczniów, którzy nie zajęliby się poważnie i wytrwale jakąś dziedziną przyrodoznawstwa”. Nic dodać, nic ująć. Wielostronny erudyta Herbert czy afirmator świata Zagajewski, ulubieńcy zarówno Kaliope jak Klio i Euterpe, to też wspaniałe kamienie do tego ogrodu.

Klasyka: Julian Tuwim


Wiersz, w którym autor grzecznie, acz stanowczo uprasza liczne zastępy bliźnich, aby go w dupę pocałowali


Absztyfikanci Grubej Berty
I katowickie węglokopy,
I borysławskie naftowierty,
I lodzermensche, bycze chłopy.
Warszawskie bubki, żygolaki
Z szajką wytwornych pind na kupę,
Rębajły, franty, zabijaki,
Całujcie mnie wszyscy w dupę.

Izraelitcy doktorkowie,
Widnia, żydowskiej Mekki, flance,
Co w Bochni, Stryju i Krakowie
Szerzycie kulturalną francę !
Którzy chlipiecie z “Naje Fraje”
Swą intelektualną zupę,
Mądrale, oczytane faje,
Całujcie mnie wszyscy w dupę.

Item aryjskie rzeczoznawce,
Wypierdy germańskiego ducha
(Gdy swoją krew i waszą sprawdzę,
Werzcie mi, jedna będzie jucha),
Karne pętaki i szturmowcy,
Zuchy z Makabi czy z Owupe,
I rekordziści, i sportowcy,
Całujcie mnie wszyscy w dupę.

Socjały nudne i ponure,
Pedeki, neokatoliki,
Podskakiwacze pod kulturę,
Czciciele radia i fizyki,
Uczone małpy, ścisłowiedy,
Co oglądacie świat przez lupę
I wszystko wiecie: co, jak, kiedy,
Całujcie mnie wszyscy w dupę.

Item ów belfer szkoły żeńskiej,
Co dużo chciałby, a nie może,
Item profesor Cy… wileński
(Pan wie już za co, profesorze !)

I ty za młodu nie dorżnięta
Megiero, co masz taki tupet,
Że szczujesz na mnie swe szczenięta;
Całujcie mnie wszyscy w dupę.

Item Syjontki palestyńskie,
Haluce, co lejecie tkliwie
Starozakonne łzy kretyńskie,
Że “szumią jodły w Tel-Avivie”,
I wszechsłowiańscy marzyciele,
Zebrani w malowniczą trupę
Z byle mistycznym kpem na czele,
Całujcie mnie wszyscy w dupę.

I ty fortuny skurwysynu,
Gówniarzu uperfumowany,
Co splendor oraz spleen Londynu
Nosisz na gębie zakazanej,
I ty, co mieszkasz dziś w pałacu,
A srać chodziłeś pod chałupę,
Ty, wypasiony na Ikacu,
Całujcie mnie wszyscy w dupę.

Item ględziarze i bajdury,
Ciągnący z nieba grubą rętę,
O, łapiduchy z Jasnej Góry,
Z Góry Kalwarii parchy święte,
I ty, księżuniu, co kutasa
Zawiązanego masz na supeł,
Żeby ci czasem nie pohasał,
Całujcie mnie wszyscy w dupę.

I wy, o których zapomniałem,
Lub pominąłem was przez litość,
Albo dlatego, że się bałem,
Albo, że taka was obfitość,
I ty, cenzorze, co za wiersz ten
Zapewne skarzesz mnie na ciupę,
Iżem się stał świntuchów hersztem,
Całujcie mnie wszyscy w dupę !…

Esej: Krzysztof Jurecki PRZESTRZENIE WEWNĘTRZNE. O ARCHETYPIE FOTOGRAFII. FROESE, MATSUBARA, PRZYBOREK.


Co powoduje, że trzej autorzy: Joachim Froese, Ken Matsuabra i Grzegorz Przyborek mieszkający w różnych części świata wykonują prace w podobnej materii artystycznej, dotyczące stanu kultury, w tym przestrzeni symbolicznej? Szczególnie ważny jest tu stan namysłu artystycznego. Nie jest łatwo znaleźć odpowiedź, być może nawet jest to niemożliwe. Przyjrzyjmy się koncepcji fotograficzno-fizoficznej poszczególnych autorów.

Froese - niemiecka kultura na nowym kontynencie
„Od końca lat 90. śmierć była dominującym tematem prac Joachima Froese, Niemca urodzonego w Kanadzie, który w 1991 wyemigrował do Australii. Jego seria Rhopography (1999-2003) ukazuje martwe natury jako tableaux vivants, gdzie nieżywe insekty oraz starzejące się owoce występują w zastępstwie ludzi” – jak pisał Gordon Craig[1]. Inspiracja w działaniach Froesego jest prosta do konstatacji – to przede wszystkim XVII-wieczne malarstwo holenderskie, w mniejszym stopniu flamandzkie, a w innym cyklu renesans włoski. Z wielką wnikliwością podchodzi do fotografowanego obiektu, przybliżając go, monumentalizując, ale przede wszystkim symbolizując. Poszukuje przestrzeni wewnętrznej, mentalnej między dawnymi czasami a obecnymi, w których pojęcie śmierci zniknęło się ze świadomości ponowoczesnego człowieka.


Propozycja Froesego jest bardzo ciekawa, ponieważ ukazuje to, jak kruche i znikome jest fizyczne życie ludzkie, odwołuje się także do starożytnego – greckiego znaczenia słowa rhopos oznaczająceo „zwykłe, trywailne rzeczy”. Czym różni się nasze życie od przemijania zwierząt i owadów? Odpowiedzi można poszukiwać w następnym cyklu.


W kolejnym cyklu Written in the Past (Napisane w przeszłości) (2007) artysta korzysta z innej estetyki, zdecydowanie dalekowschodniej, ale podobnie jak w innych cyklach nie korzysta z perspektywy matematycznej, ukazując wybrane sytuacje odnoszące się do głębokich pokładów pamięci - zmarłej matki i swego dzieciństwa. Listy, naczynia, ręczniki, krzyżówka są bohaterami skromnych prac, w których mamy albo spokój, porównywanie i analizowanie prostych przedmiotów, albo dynamizm, który świadczy o dramatyczności sytuacji.


Ten fotograf niemieckiego pochodzenia przywiązany do malarstwa renesansowego i barokowego poszukuje odpowiedzi na pytanie, czym jest życie, jak określić jego spokój lub przeciwnie dramatyzm! Jego prace zanurzone są w prywatnej pamięci, ale także w świadomości zbiorowej, archetypowej.


Matsubara – japońska formuła lunatyczności?


Ken Matsubara od lat 80. interesuje się inscenizacją w fotografii, która początkowo miała walor związany z rysunkiem i malarstwem (Vertical and Horizontal, 1993). Igrał z zasadami perspektywy, ukazując ich anachronizm czy wręcz iluzyjność. Kontynuacją były prace o charakterze instalacyjnym, w których wykorzystywał szklane naczynia z wodą. Ale z biegiem czasu stał się coraz bardziej fotograficzny (cykl Sleepwalker, 2006), o surrealistycznym rodowodzie, podobnie jak Froese, rezygnując z trójwymiarowego odwzorowania świata. Świadomie inspiruje się snem, tam poszukuje inspiracji i tłumaczenia obecnego życia. Prace odwołują się do poetyki marzeń sennych i wspomnień, poszukują metafizycznego symbolu a służą do wytyczania swego przyszłego życia. Fotografie sprawiają wrażenie nieruchomych obiektów na białym tle, ukazujących, jak w filozofii Zen i we śnie lunatycznym, że to, co niemożliwe, staje się tym, co realne lub jest na granicy tzw. świata racjonalnego. Prace są bardzo wyrafinowane, pokazują np. płonący okrąg ognia lub rozpadającą się szklankę z wodą.


Przyborek – śródziemnomorskie mity w wersji „fotografii inscenizowanej”


Twórczość fotograficzna Grzegorza Przyborka odnosi się do bardzo szerokiego repertuaru możliwości medialnych, z jakich obecnie korzysta artysta, łącząc za pomocą zapisu fotograficznego różne dyscypliny i techniki. Jego postawa od lat 80. XX wieku jest jednak rzadkością w najnowszej polskiej twórczości intermedialnej. Ważna jest w niej potencjalność odwoływania się do myślenia rzeźbiarskiego oraz korzystanie z możliwości, jakie stwarza rysunek.


Pod względem formalnym jego działalność artystyczna związana jest z kategorią „fotografii inscenizowanej”, ale zaznaczyć należy, że ideowo sytuuje się na odrębnej pozycji, ponieważ nie ma w niej aspektu nihilizmu oraz ataku na podstawowe wartości humanizmu, które zazwyczaj związane są z tym rodzajem fotografii. Z tego powodu jest to twórczość wyjątkowa, podbudowana klarowną myślą teoretyczną. Artysta powołuje się m.in. na przemyślenia Sandy Skoglund, należącej do ważniejszych przedstawicieli fotografii inscenizowanej w USA. W tym przypadku Przyborek podkreśla rolę marzenia sennego, będącego dla niego jednym z podstawowych odniesień i znaczeń.


Na ekspozycjach Przyborek wystawia fotografie, rysunki i rzeźby wykorzystywane przy powstawaniu skomplikowanych zazwyczaj aranżacji, których ostatecznym wyrazem jest zdjęcie. Odżywają mity śródziemnomorskie dotyczące podstawowych kwestii filozoficznych, odnoszących się zwłaszcza do dobra i zła w takich pracach jak: Madonna, Pielgrzym, Stwórca czy Demon. Różne rekwizyty poprzez ułożenie, odpowiednie usytuowanie nawiązują do konkretnych słynnych dzieł albo wyobrażeń i stereotypów kulturowych.


Podsumowanie


„Dziwne” ale w pozytywnym sensie tego słowa, prace trójki autorów: Joachima Froese, Kena Matsuabra i Grzegorza Przyborka, są podobne w stylu, który wyrasta z analogicznej konstrukcji duchowej, w tym z oceny dawnej sztuki wynikającej z humanistycznej postawy, co można określić mianem „archetypu fotografii”. Ich styl nie poddaje się żadnej modzie artystycznej, choć można wskazać inspiracje dadaizmem, surrealizmem i konceptualizmem. Minimalizując znaczenie perspektywy matematycznej podporządkowują ją swej skrajnie introwertycznej wizji, w której diagnozują stan umysłowości i duchowości z przełomu XX i XXI wieku.


[1] G. Craig, Joachim Froese, “Kwartlanik Fotografia“, 2007 nr 23, s. 44.


Tekst pochodzi z katalogu wystawy Archetyp fotografii. Joachim Froese, Grzegorz Przyborek, Ken Matsubara (CSW Łaźnia, Gdańsk, 2010)


Jest Poezja! Jan Siwmir, wiersze najnowsze


ptakom podobni

nad cichą wielką wodą przycupnęły ptaki

strojne

w niedostępne ludziom pióra
dwie pary oczu czujnie wpatrywały się w moją twarz
ignorując przestrzeń

przestałem oddychać

wtedy skała obok zbudziła się podniosła
i zjadła mnie i ptaki

życie ze śmiercią często zamieniają się rolami



szare plamy

powiecie że miałem zwyczajne proste życie odmierzone
od brzegu do brzegu
nic na miarę
nic do zazdrości
żadnych igrzysk

zapomniany przez zegary śpiące
w nogach żeliwnego łóżka

psom podobne

ale szarość czerń i biel
miały tysiące kolorów w moich oczach widocznych
tylko dla mnie
zbieranych garściami z ominiętych pól
przygarniętych z lasów które prześlepiliście
zawłaszczonych
zbyt ułomnych
dla tych co mnie nie zauważyli

miałem zwyczajne szare życie
po waszej stronie rzeczywistości



smutek

kiedy odwracasz się od szarugi przed szybą
wychodzisz w głąb ogrodu

tak wiem trzeba podlać kwiaty przyciąć gałęzie pomalować płot

powietrze gęstnieje jakby pierze było darte w ciasnej izbie
pamięć sięga dalekich krajobrazów

siedzieliśmy na brzegu
szare wino nasze ulubione nie wymagało kieliszków
nie trzeba było rozmów wystarczyło że patrzyliśmy
w tym samym kierunku
na bezmiar wyciętej z krzyku ciszy

dziś został tylko krzyk

i twoje milczenie bardziej twarde niż moje złożone
ze słów



pamięć

pamiętacie te chłodne twarze
wykute z brązu jedną emocją
ponad czasem

zastygłe pośród ludzi w muzeum
gdzie każdy przejaw życia jest profanacją

udaję kamień
w nim światło rozszczepia się na słońce i na deszcz
nie ma mgły a hałas tylko słowem budowany

galeria postaci
ten umarł nim odtrąciło go lustro
inny właśnie dostaje się w szarość dziecięcych wspomnień
a najlepsza w klasie pilnie wyciera gumką kolejne marzenie
i jeszcze Helena
ta ma najgorzej
wszyscy patrzą na nią szukając pocieszenia

niewidzialne słońce
zapowiedź deszczu
kamień

pamiętacie te twarze

ja nie pamiętam

Jest Poezja! Bohdan Wrocławski


Urodzony w nocy


Prawdopodobnie ktoś kto urodził się w środku nocy
w momencie w którym wiatr przyciska oddech do ziemi
a stada średniowiecznych czarownic
opuszczają nas

zrozumie

nadszedł czas sztormu
najbardziej intymne sny cofają się w głąb lądu
śpimy w zdumieniu które charakteryzuje
niemowlęta z zaciśniętymi koło głowy piąstkami

nikt nie grzeszy grzech pierworodny
został zmazany lub zaginął tak
jak ginie echo wśród oszalałych
piasków pustynnych

powoli wymijamy się z naszymi pragnieniami
potrzebą biegania na bosaka po porannych trawach
osypanych rosą
chęcią trzymania kobiecych dłoni
przy swoich wargach

oddechem
starszym niż groty skalne na obrzeżach Pienin

w gruncie rzeczy
wiecznie budzi się w nas to
co jest najbardziej kruche

jakieś gesty na peryferiach cywilizacji
imperium rzymskiego odłupane fragmenty ceramiki
na których nie zdążyliśmy zapisać własnego imienia
z nadzieją że odczytają je inni

klucze bocianów
w ciągłej wędrówce między kontynentami
cień nieuchwytnego natchnienia
które czasami odwiedza nas w dni świąteczne

ale przecież dostrzegamy to aż nazbyt wyraźnie
umierają wiersze
ich skrzydła trzepocą nerwowo
w poprzek naszej zadumy
i rozwieszonej w kącie pajęczyny

lub odwiedzają
pola bitew pełne rudych mchów
w ciszy tak skondensowanej
że nikt nie może jej odczytać

pragniemy powracać nawet wtedy
kiedy zamarzną w nas
wszystkie nieodczytane myśli

milczysz zafascynowany swoją obecnością
palce w głębinach odczytują ostrość wrzosów
traw nadbrzeżnych
pawich oczu na skrzydłach
schnącego od wiatru motyla

rdzy rozkładającej nasze wzruszenia

trzeszczą poszycia dachów pęka więźba
niczym bukiet rozlanego mleka
stygnie niebo osypane spróchniałym drewnem

w poprzek naszych ciał otwierają się autostrady
w upalne poranki wysycha krwioobieg
alfabet zbyt ciasny abyśmy mogli w nim
zapisywać nasze zdumienie

być może

tymczasem spadł pierwszy wiosenny deszcz
na krawędzi dachu starego domu usiadł anioł
ruchem pełnym zniecierpliwienia
poprawiał opadające pióra

był garbaty

coś szeptał zbyt jednak odległego
od czasu w który zabłądził
abyśmy stojący na poboczu jego westchnień
mogli to odczytać i zrozumieć

jego twarz rozkapryszonego dziecka
nieskoordynowane ruchy skrzydeł
krople uderzające w rynnę ich muzyka
w środku gwarnego miasta
dotarły do mnie w tym czasie
kiedy niebo spurpurowiało
od wysiłku zachodzącego słońca

zrozumiałem nigdy nie uda mi się odlecieć
skrzydła nasączone wodą i niespełnieniem
w czasie zamieci śnieżnej przemarzły
strzępią się
z nich kolorowe sny fantazyjne piaskowe wydmy
zamki

ołtarze
składające się do wewnątrz rozgorączkowanego ciała
szkwał oczyszczający maszty
z resztek żagli i naszej zadumy

cóż można czcić bardziej od własnego pogaństwa
i barbarzyństwa

milkną w nas pałace Rzymu
błagania gwałconych kobiet dym pożarów
oczyszczający ulice z zarazy
galerie pełne
wyobraźni starych mistrzów

cóż można czcić bardziej od własnej niechęci

być może nic nie znaczące skrzywienie warg Hamleta
kłus małych tatarskich koników
dochodzący do naszych pragnień
ze środka średniowiecza

stosy palonych przyzwyczajeń
cywilizacji osieroconej z naszej godności
ciał niebieskich wypalonych przerażonych
brakiem światła i tlenu

wiecznie krążących wokół obojętności wszechświata

jak my spadający ze szkolnych tablic
w głąb własnej dorosłości

wiecznie szukający miłości i spełnienia

Esej: Dariusz Pawlicki KRÓTKA ROZPRAWA O... PŁOTACH


Nie zrażaj się ewentualny czytelniku tematem tego szkicu. I daj szansę autorowi przedstawić nieco szerzej temat, którym jest płot, czyli „ogrodzenie, zwykle z wbitych w ziemię słupków połączonych żerdziami, do których przytwierdzone są deski, paliki itp.”[1]. Zgadzam się z opinią, że na pierwszy rzut oka temat wydaje się być bardzo prozaiczny. Ale z pewnością wielu z nas wie z własnego doświadczenia, iż na „drugi rzut” owego oka, wiele rzeczy ukazuje się już w zupełnie innym świetle. Może więc i w tym wypadku tak będzie.

Z powyższej, słownikowej definicji jednoznacznie wynika, że nie każde ogrodzenie jest płotem; nie jest nim na przykład palisada, murek. Pierwsze, prowizoryczne ogrodzenia wykonane z gałęzi, służyły ochronie przed groźnymi dzikimi zwierzętami. Ale płot miał już na celu odgrodzenie się jednego człowieka od drugiego, jednej rodziny od drugiej. Nie bez przyczyny termin „odgrodzić się” znaczy także (w przenośni): „odizolować się, odseparować się od czegoś (kogoś)”[2]. Po palikach, stertach kamieni, miedzach, płoty jak i inne rodzaje ogrodzenia, były kolejnym krokiem na drodze do wydzielenia prywatnej własności.

Pozwolę sobie w tym miejscu zauważyć, że mur zamkowy, bez względu na swą wysokość i grubość, nie jest niczym innym niż ogrodzeniem. Tyle tylko, że specjalnego rodzaju.

*

Jeśli płoty w naszej części świata, jednak znikną, to pozostaną po nich, przynajmniej przez pewien czas, ślady. Takie jak np. wyrażenia, przysłowia itd. w polszczyźnie, które Władysław Kopaliński podaje w Słowniku mitów i tradycji kultury:

„koło płotów chodzić (mówić nie na temat, dywagować, odbiegać od rzeczy, mówić nieszczerze), ktoś jest jak kołek w płocie (samotny, bez przyjaciół, rodziny); pierwsze koty za płoty (przysł. pierwsze niepowodzenia nie powinny zrażać, pierwsze próby zwykle bywają nieudane); płot trzy lata, kot trzy płoty, koń trzy koty, człek trzy konie (przeżyje); pod płotem umrzeć/zdechnąć (w nędzy, marną śmiercią); smaż, póki masz, pal płotem, zagrodzisz potem; stać płotem (dawniej: ciasnym szeregiem,, blisko siebie)”. Do powyższych przykładów można jeszcze dodać nst.:

„słowo się rzekło, kobyłka u płota/płotu (trzeba ponieść konsekwencje danego słowa); trafić jak kulą w płot (użyć nietrafnego argumentu); trzymać się, czepiać się czegoś jak pijany płotu; jak żerdź po płocie, Maciek Dorocie (przysłowie: dziesiąta woda po kisielu; o urojonym, zmyślonym albo dalekim pokrewieństwie); śmiały jak baba za płotem (o kimś kto udaje odważnego, kiedy wie, że nic mu nie grozi)”.

*

Czy można napisać historię płotu? Można. Z tym, że najpewniej będzie ona upstrzona wieloma białymi plamami. Ewentualny kandydat na jej autora napotka bowiem poważny problem w znalezieniu źródeł pisanych. Bo kogóż w epokach wcześniejszych interesował, tak pospolity i prosty element otoczenia człowieka, jakim niewątpliwie był płot. Nie inaczej zresztą jest obecnie. W porównaniu z pałacami, świątyniami bądź mostami, drewniane czy jakiekolwiek inne ogrodzenia, to nic. Ale najprawdopodobniej informacje o nich pojawiały się w dawnych dokumentach. Przykładowo w księgach sądowych, kiedy chodziło o rozgraniczenie spornej nieruchomości.

Ubóstwo źródeł pisanych, w których by choćby wspominano o płotach, to jeden związany z tym problem. Drugim jest brak źródeł materialnych. Owszem, na ślady budynków mieszkalnych i gospodarczych natrafimy. Lecz na pozostałości po którymś z płotów, absolutnie nie. Ogrodzenie tego typu, w porównaniu z innymi, szybko bowiem niszczeje. Zaś obecność w ziemi fragmentów zbutwiałego drewna i zardzewiałych gwoździ można rozmaicie interpretować. Do tego historia płotu z całą pewnością nie zaczyna się od zastosowania do ich wznoszenia gwoździ. Albowiem jest ona dłuższa. W tym miejscu zaznaczę, że jak podaje nieoceniony Władysław Kopaliński słowo „płot” pochodzi od słowa „pleść”. Z tego zaś wynikałoby, że pierwotnie płotem była „plecionka z wikliny łącząca z sobą wbite w ziemię kołki”. W późniejszym okresie, do wbitych lub wkopanych w ziemię kołków, przy użyciu sznurów bądź rzemieni, dowiązywano przynajmniej trzy poprzeczne źerdzie. I to między nie przeplatywano wspomnianą wiklinę, a także giętkie pieńki drzewek lub gałęzie. Następnym etapem było zastąpienie rzemieni i sznurów, właśnie gwoździami. Tak wykonane płoty, i to przy użyciu niewielu gwoździ, coraz rzadziej, ale wciąż jeszcze, można napotkać we wsiach wschodniej Polski.

*

Płot, jak i każdego innego rodzaju ogrodzenie, może zainteresować swoją estetyką (z pewnością jest coś takiego jak estetyka płotu), rodzajem materiałów użytych do jego wzniesienia, solidnością lub nie, wykonania. Gdy stoi od strony drogi bądź ulicy informuje również o tym, w jakim najprawdopodobniej stanie jest sam dom, a także cała posesja. Jeśli najpierw zauważymy, że zaczyna niszczeć ogrodzenie, a później, iż proces ten pogłębia się, możemy spodziewać się, że wkrótce proces niszczenia zacznie dotyczyć budynku mieszkalnego, albo już go dotyczy. Z pewnością każdy z czytających ten tekst, mógłby wywołać ze swej pamięci obraz płotu, w którym brakuje wielu sztachet, a pozostałe są spróchniałe, albo przegniłe. A samemu domowi, mimo że stojącemu w pewnym oddaleniu, wiele brakuje do miana zadbanego.

Ale nadeszła już pora, aby jednoznacznie i kategorycznie stwierdzić: płoty będące elementem naszego otoczenia, dotąd dosłownie napotykanym na każdym kroku, stają się rzadkością. I dzieje się to w tym samym czasie, kiedy szybko przybywa ogrodzeń, przede wszystkich czaso- i materiałochłonnych. Wynika to z potrzeby uniemożliwienia osobom postronnym dostania się na teren prywatny. Dużą rolę odgrywa też niejednokrotnie chęć podkreślenia: To moje! Stać mnie!

W miastach płotów już się nie widuje (no, może gdzieś na obrzeżach, gdzie miasto przenika się jeszcze ze wsią). Ale wbrew pozorom, niewiele lepiej jest pod tym względem we... wsiach. Płoty zostały w nich najczęściej zastąpione, mniej lub bardziej, solidnymi ogrodzeniami innych rodzajów: a to wykonanymi z płyt betonowych (niekiedy ażurowych), bądź z metalowych słupków i takiej siatki, a to z cegły.

Często obecność klasycznego płotu we wsi, związana jest z potrzebą zdecydowanego podkreślania, że wieś to nie... miasto. Szczególnie na takim uwydatnieniu zależy tym mieszkańcom wsi, którzy przybyli z... miasta; szczególnie, gdy nastąpiło to niedawno. To właśnie oni, chcąc wieść życie w pełni wiejskie, pragną obecności w swym nowym otoczeniu elementów jednoznacznie wskazujących na dokonany przez siebie wybór. A prosty płot, takim składnikiem niewątpliwie nadal jest (podobnie jak na przykład dom drewniany).

Na szczęście płoty wciąż są, a ich obecność nie tylko jest rezultatem powyższej mody. Najczęściej decyduje o tym ekonomia – jest on najtańszy (że nie jest najtrwalszy, to już inna sprawa). Napisałem: na szczęście, gdyż jestem przyzwyczajony do ich obecności w świecie, z którym jestem zżyty (jest on przy tym bardzo konkretny). W wioskach tego świata, płotów wciąż jest wiele. Natomiast znacznie rzadziej można natknąć się na nie poza terenami zabudowanymi. Te ogrodzenia, którymi otoczone są obecnie pastwiska, na których pasą się krowy i konie (chyba, że ogrodzeń nie ma w ogóle, a zwierzęta są uwiązane), prawie zawsze składają się z tkwiących w ziemi żerdzi i rozpiętego między nimi drutu (niekiedy jest on kolczasty). Nierzadko jest on podłączony do urządzenia elektryzującego. Takie ogrodzenie nazywa się płotem elektrycznym, albo „pastuchem” (w domyśle: elektrycznym). Jego dotknięcie każdorazowo działa odstraszająco. Natomiast dużo rzadziej można obecnie natknąć się na pospolity kiedyś, a równocześnie najprostszy z możliwych, płotów. Jego konstrukcja sprowadza się do dwóch kołków połączonych długą żerdzią; zużycie gwoździ jest przy tym minimalne.

Wędrując drogami polnymi można niekiedy dostrzec pozostałości płotów - tkwiące wciąż w ziemi, pojedyncze słupki. Są śladami po czyjejś pracy i związanych z nią nadziejach. Takie resztki, z dala od zabudowań, przyciągają każdorazowo uwagę. I to nie tylko pozostałości ogrodzeń, ale również resztki fundamentów widoczne w trawie, samotne zdziczałe drzewa owocowe. Wzbudzają one zainteresowanie szczególnie tam, gdzie nie ma innych atrakcji wzrokowych, albo jest ich niewiele. Gdy kogoś znuży już lustrowanie dziesiątków hektarów pól, łąk i pastwisk, ciągnącej się kilometrami ściany lasu, (nie wspominając o ruinie zamku), jego wzrok, choćby na chwilę, może zatrzymać się na wbitym lub wkopanym, kiedyś przez kogoś, pojedynczym kołku. Wykonany pewnie z odporniejszego drewna (może nawet jest to fragment pnia młodego dębu) ostał się, w przeciwieństwie do pozostałych, tworzących kiedyś ogrodzenie, a po których nie pozostał żaden ślad.

Płot wyznacza granicę obejścia. A w jego obrębie, niejednokrotnie kolejne ogrodzenie chroni na przykład przed zwierzętami (przede wszystkimi domowymi) ogród kwiatowy, jak i warzywny. Bywa, że ogranicza również dostęp do owoców tkwiących jeszcze na drzewach lub już opadłych. Ileż prób ich kradzieży, często uwieńczonych sukcesem, mają na sumieniu kolejne pokolenia dzieci (zresztą osób dorosłych również). A na przeszkodzie w konsumowaniu cudzych jabłek, gruszek lub śliwek, najczęściej stało ogrodzenie, którym bardzo często był płot. W tym, aby spełniło ono swoje zadanie, pomagał jeszcze pies (przysłowiowy „pies ogrodnika”).

Nie można pominąć też nieco innej roli ogrodzeń, szczególnie jednak płotów ze względu na tworzące je sztachety, ewentualnie druty lub drągi. Owa inna funkcja nie ma jednak absolutnie związków z dziećmi. Dotyczy bowiem „pomocy” w poruszaniu się osób będących w stanie zatrucia alkoholem. Niejednokrotnie tylko ogrodzenia bądź ściany budynków umożliwiają takim osobom przemieszczanie się, albo zachowanie jakiej takiej pozycji pionowej (bardzo często jest to „pion”, który cechuje wyraźna niestabilność). Kontynuując wątek alkoholowy należy stwierdzić, że to właśnie płoty pełniły rolę swoistego, ale bardzo realnego arsenału. I to jeszcze do niedawna. Z nich bowiem pochodziła „broń” tak bardzo charakterystyczna dla osławionych zabaw wiejskich (na szczęście odchodzących już w przeszłość). Ta ich zła sława była m. in. rezultatem bijatyk, do których dochodziło podczas ich trwania. Niektórzy twierdzili nawet, że nie ma dobrej zabawy bez bójki. Ich główną przyczyną, rzecz zrozumiała, był alkohol, jako że były to imprezy mocno zakrapiane. W takiej zaś sytuacji nie było trudno o nieporozumienie. I dochodziło do niego szybko, tym bardziej, że powodem do jego powstania mogło być, dosłownie, wszystko. Rychło zaprzestawano argumentacji słownej i zaczynano posługiwać się pięściami, albo rozglądano się za „odpowiedniejszym argumentem”. I prawie zawsze, jak to jeszcze niedawno miało miejsce na wsi, w pobliżu stał jakiś płot. Należało tylko wyrwać sztachetę. Silniejszy, popisując się przy tym swą siłą, mógł wyciągnąć z ziemi kołek (taka inscenizacja mogła podziałać odstraszająco na przeciwnika, a wzbudzić podziw, u niektórych kobiet, co było dodatkowym efektem). I tak zaopatrzony mógł niezwłącznie przystąpić do przekonywania do swoich racji oponenta, ewentualnie oponentów.

Należy koniecznie wspomnieć o roli, jaką podczas śnieżnych zim odgrywały płoty śródpolne, także pozostałości po nich. Podobnie zresztą jak drzewa, krzewy, krzyże przydrożne. Wyznaczały bowiem wędrowcom, woźnicom, kierowcom przebieg dróg we wszechobecnym morzu bieli. A były dla nich jeszcze istotniejsze podczas opadów śniegu i zamieci. Z pewnością przyczyniły się do uratowania niejednego życia.

*

Obecności płotów na stronach utworów literackich sprowadza się najczęściej do roli elementu przedstawianej scenerii, w której rozgrywa się zdarzenie opisywane przez poetę czy prozaika. Tak jak przykładowo ma to miejsce w poniższych, początkowych fragmentach dwóch wierszy[3]:

Chang Chi

Przybywając nocą do chaty rybaka

Chata rybaka przy ujściu rzeki.
Woda jeziora aż do chruścianego płotu.


Allen Ginsberg

Dziwny nowy domek w Berkeley

Całe popołudnie wycinałem jeżyny zarastające chwiejny
murszejący płot

Nie inaczej jest w Zaczarowych miejscach Christophera Milne’a, w których opisał świat swego dzieciństwa. Świat ten pojawia się, zresztą w znanych na całym świecie książkach dla dzieci, napisanych przez jego ojca Alana Aleksandra Milne’a: Kubuś Puchatek i Chatka Puchatka (nie wpominając o dwóch zbiorach wierszy). I w tych to Zaczarowanych miejscach płot jest, a jakże, wspominany. Chociażby w takim fragmencie: „Dwieście jardów mniej więcej od Smoczego Mostu idąc w górę rzeczki był płot, na granicy naszej ziemi”.

Wyznacznikiem roli płotów w życiu człowieka jest na przykład i to, że zostały utrwalone na niejednym obrazie. Trudno jednak wskazać jakąś pracę plastyczną, której główny temat stanowią właśnie one (stąd brak prac zatytułowanych Płot czy Płoty). Nie to, co mury chętnie utrwalane, najczęściej w stanie ruiny. Ale typ ogrodzenia stanowiący temat tego szkicu pojawia się na wielu pracach jako tło, element kompozycji. Przykładem może być namalowana w 1875 r. przez Józefa Chełmońskiego Jesień. Zdecydowanie ciemna kolorystyka tej pracy, z sinym niebem i czarnymi chmurami, bezlistnymi drzewami, nie zachęca oglądającego do przeniesienia się w świat utrwalony farbami olejnymi. Stojący tuż przy chacie, częściowo zniszczony płot i kilka wychudzonych psów wskazują jednoznacznie na biedę, z którą zmagają się mieszkańcy obejścia. Nad całą tą scenerią dominuje nastrój smutku, opuszczenia. Z kolei na olejnej pracy Władysława Podkowińskiego zatytułowanej Spotkanie, a namalowanej w 1892 r., płot stoi wzdłuż drogi. Z całą pewnością zasługuje na miano prostej konstrukcji: kołki, do których końców przybito długie żerdzie. Ogrodzenie otacza pastwisko. Nie widać wprawdzie ani jednego konia, jak też żadnego innego zwierzęcia, lecz siedzący na płocie młody mężczyzna (potwierdza w ten sposób dobry stan ogrodzenia) ma na sobie, prawie na pewno, strój do konnej jazdy. Obok niego stoją dwie młode kobiety, a kolejne trzy zbliżają się. Po ubiorach można zorientować się, iż osoby te należą do lepszych sfer. Nastrój tej pracy jest zdecydowanie pogodny. Utrwalone zostało na niej, prawdopodobnie, późne popołudnie. Z kolei obecność młodych ludzi obojga płci pozwala snuć domysły o rodzących się między nimi, a może już istniejących uczuciach, czyli nadziejach.

Na powstałej w 1791 r. akwareli Zygmunta Vogla Widok Poczajowa od przyjazdu Ledóchowskiego, na pierwszym planie widzimy fragment płotu przydrożnego, w całości drewnianego. Natomiast nieco dalej – ogrodzenie wykonane z witek, gałęzi przeplecionych pomiędzy kołkami. Otacza ono rozległe pole. Na drugim planie widać fragmenty poczajowskiego klasztoru i kościoła.

*

W malarskich wyobrażeniach Raju jakie powstały w kulturze Zachodu, nie ma miejsca dla płotów (jak również wszelkich innych ogrodzeń). Co można tłumaczyć tym, że w Raju nie istnieją wszystkie te przyczyny, które uzasadniają istnienie płotów na tzw. ziemskim padole. Znamienne jest jednak to, że także w wizjach Piekła nie pojawiają się ogrodzenia. Tymczasem gdzie jak gdzie, ale w nim moglibyśmy się ich spodziewać.


[1] Słownik języka polskiego, Warszawa: PWN, 1979.
[2] tamże.
[3] oba wiersze w tłumaczeniu Czesława Miłosza, Wypisy z ksiąg użytecznych, Kraków: Wyd. Znak,1994.


Pogranicza: Łukasz Jasiński FATUM



To jest tak bardzo straszne… Ludzka pogarda, nienawiść i mściwość jest niewiarygodna. Wielu wolałoby umrzeć, ale jak tak można – jest to przecież niezgodne z własnymi zasadami?


„Tam, gdzie ostatnia świeci szubienica,
Tam jest mój środek dziś – tam ma s t o l i c a,
Tam jest mój gród.”


To jest tak bardzo straszne, że człowiek mocno publicznie upokorzony zatraca instynkt samozachowawczy – jest jak mysz upolowana przez kota, który zamiast ją pożreć – znęca się nad nią. Jak można żyć w tym świecie? Zostałem kiedyś zmuszony ogromną siłą nacisku do przeprosin. Za co? Za niewinność! Za to, że mam tupet żyć!


„Od wschodu – m ą d r o ś ć-k ł a m s t w a i ciemnota,
Karności harap lub samotrzask z złota,
Trąd, jad i brud.”


To jest tak bardzo straszne, że podświadomie słyszysz rechot Lucyfera – nic nie możesz ze sobą zrobić: masz kompletnie związane ręce. Jesteś bezwolną kukłą w rękach, które robią z Tobą co chcą, a największą przyjemność mają wtedy, kiedy zadają Ci ogromny ból. Jest to tak wyjątkowo podłe i chore, że nie jesteś nawet zdolny płakać – wszystko w Tobie zamiera. Stajesz się wtedy kamieniem, na którym można wykuwać dłutem różne łatki – z przyzwyczajenia nie zwracasz już na to uwagi. Tak, to gorsze niż piekło – tam przynajmniej masz towarzyszy niedoli. A tutaj jesteś izolowany, ignorowany i odrzucany – tak jakbyś w nieskończoności gonił własny ogon. Zamęt, rozdwojenie i zawroty w umyśle – czujesz jak Twoja dusza jest rozrywana na pół.


„Na zachód – k ł a m s t w o-w i e d z y i błyskotność,
Formalizm prawdy – wnętrzna bez-istotność,
A pycha pych!”


To jest tak bardzo straszne, że wolałbyś, aby diabeł zabrał całą Twoją duszę. Tak było w szkole, a teraz w pracy – kolczaste cięgi zostają na całe życie. Trzeci raz człowiek mógłby coś takiego nie przeżyć – ten system zabija w ludziach nadzieję, godność, miłość, honor i wiarę. Tworzą z Ciebie hipokrytę na całe życie – tracisz najważniejsze cechy do przetrwania na ziemi: instynkt, intuicję i inteligencję. Stajesz się nieświadomym niewolnikiem tego systemu – nie ma już dla Ciebie żadnego ratunku prócz śmierci, ale oni zrobią wszystko, aby do tego nie doszło. Pomału, krok po kroku uświadamiasz sobie, że tacy ludzie jak Dariusz Ratajczak, Filip Adwent i Lech Kaczyński, a przede wszystkim bł. ks. Jerzy Popiełuszko – mieli po prostu szczęście.


„Na północ – Zachód z Wschodem w zespoleniu,
A na południe – n a d z i e j a w z w ą t p i e n i u
O z ł o ś c i z ł y c h!”



To jest tak bardzo straszne, że w końcu musiałem po raz kolejny dla poprawy humoru obejrzeć film „Lot nad kukułczym gniazdem” w reżyserii Miloša Formana. Tyle tylko o kraju tym, gdzie nie znajdziesz bez układów… Spokoju?