LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA
______________________________________________________________________

OD REDAKCJI 5/2013



Słowo na maj

Czesław Miłosz wyraził przekonanie, że dobry wiersz oddziałuje nawet wtedy, gdy schowany do szuflady nie trafił do rąk żadnego czytelnika. Z punktu widzenia socjologii wydaje się to niemożliwe. Jeżeli jednak słowo poety jest zakorzenione w słowie Boga, wiersz, samym swoim istnieniem, wiersz jako słowo, które ma w sobie coś boskiego, który posiada byt istotniejszy niż wiele innych bytów, rzeczywiście musi oddziaływać, musi coś „czynić”.

Jerzy Poradecki, Prorocy i sztukmistrze


Nowe książki:

 
Janusz Drzewucki DWANAŚCIE DNI

Tom poezji Dwanaście dni Janusza Drzewuckiego – redaktora działu poezji miesięcznika Twórczość – ukazuje się w trzydzieści lat po debiucie poety na łamach tego najstarszego polskiego czasopisma literackiego i w ćwierć wieku po jego zbiorze Ulica Reformacka, za który w 1988 roku otrzymał nagrodę im. Kazimiery Iłłakowiczówny, przyznawaną za najlepszy poetycki książkowy debiut roku.

Na nowy tom wierszy składają się trzy cykle: Wiersze podróżne powstałe w efekcie wypraw do Serbii, Rumunii i na Węgry, Wiersze podzwonne, czyli elegie poświęcone zmarłym przyjaciołom oraz cykl tytułowy złożony z dwunastu egzystencjalnych i konfesyjnych utworów, w których poeta w lirycznej formie opisał dwanaście, brzemiennych w skutki, dni ze swojego życia.

W większości narracyjne, a przy tym silnie osadzone w rzeczywistości wiersze Janusza Drzewuckiego charakteryzują się dynamiczną akcją zdarzeniową, wyróżniają się żywym konwersacyjnym językiem, ponadto jasnością i komunikatywnością przekazu. To wiersze dla tych, którzy lubią, bo znają poezję, ale także dla tych, którzy jej jeszcze nie lubią, bo jeszcze nie znają, wiersze dla każdego, ale i nie da każdego.

Iskry

 
Katullus POEZJE WSZYSTKIE

Gajusz Waleriusz Katullus urodził się ok. 87 r. p.n.e. w Weronie i żył mniej więcej lat trzydzieści. Zdaniem krytyków, wyrósł „ponad poziom «produkcji» swoich kolegów sztuką, a ponad poziom całej erotyki antycznej – głębią uczucia” po spotkaniu z siostrą osławionego trybuna Publiusza Klodiusza, Klodią. Jako kluczowe dla twórczości Katullusa wskazywano także ścigające go nieszczęścia: śmierć brata, zdradę ze strony przyjaciela i bolesny miłosny zawód, jak również brak zainteresowania polityką i lekceważenie dla republikańskich norm społecznych. W XX wieku mit Katullusa romantyka, dziecka natury tworzącego z porywu serca głęboko emocjonalne wiersze, któremu czasem tylko, niepotrzebnie, zdarzało się zabłądzić w rejony przeintelektualizowanej, quasi-aleksandryjskiej poezji, zastąpiono mitem Katullusa indywidualisty, poety modernistycznego, ceniącego sobie ponad wszystko oryginalność, zbuntowanego przeciw skostniałej tradycji literackiej i zainteresowanego raczej estetyczną niż polityczną stroną życia, dręczonego podobnymi lękami i problemami jak jego dwudziestowieczni czytelnicy. Kolejne pokolenia badaczy niewątpliwie dołożą do tej konstrukcji swoją własną cegiełkę.

Katullusa, tak jak Aleksandra Wielkiego, każda epoka tworzy sobie na nowo, wedle własnych potrzeb – zwłaszcza że niewiele w istocie wiemy o nim samym i jego życiu.

Prezentowana edycja jest pierwszym kompletnym, bilingwicznym wydaniem poezji Katullusa w Polsce, a poprzedzający ją wstęp – pierwszą pełną naukową monografią werończyka.

Wstęp: Aleksandra Klęczar
Tłumaczenie: Grzegorz Franczak

Homini i Wydawnictwo Benedyktynów Tyniec

 
Tomasz Sobieraj ZA BRAMAMI ZIEMI OBIECANEJ – BEHIND THE GATES OF THE PROMISED LAND

Cykl fotograficzny Za bramami Ziemi Obiecanej Tomasza Sobieraja cechuje klarowność prozy i poetycka metafora; to podróż przez czyściec połączona z nauką pokory wobec historii i kaprysów fortuny, które w sposób wyjątkowy obeszły się z Łodzią, a szczególnie z jej śródmiejską tkanką. Autor komunikuje się z odbiorcą na wielu poziomach: historycznym, społecznym, filozoficznym i oczywiście artystycznym.

Za bramami Ziemi Obiecanej ustawia wysoko artystyczną poprzeczkę, bo autor, posługując się własnym, oryginalnym stylem obrazowania opartym na szerokim kadrowaniu, często ukośnej i niskiej perspektywie, kontrastach, spłaszczeniu walorów, jednocześnie nawiązuje do twórczości takich artystów i dokumentalistów, jak Brassai, André Kertész, Robert Frank czy Eugene Smith i tworzy z jednej strony dokument historyczny – zapis niewidocznych dla zwykłego przechodnia fragmentów czasoprzestrzeni wolny od pocztówkowatości, krytyczną i realistyczną interpretację przydatną z pewnością dla przyszłych badaczy, np. historyków, antropologów kultury, socjologów, a z drugiej dokonuje realizacji czysto artystycznej, mitologizując rzeczywistość, nadając jej poetycki, kontemplacyjny i zwięzły charakter.

Teksty: Krzysztof Jurecki, Witold Egerth
Tłumaczenie: Maciej Świerkocki

Editions Sur Ner

Recenzja: Tomasz Sobieraj - Józef Baran SPADAJĄC, PATRZEĆ W GWIAZDY


Tomasz Sobieraj MIĘDZY POEZJĄ A PROZĄ - o III tomie dzienników Józefa Barana


Najnowszy trzeci tom dzienników* Józefa Barana Spadając patrzeć w gwiazdy już samym tytułem wskazuje, że mamy do czynienia z diarystyką, która nie stanowi jedynie kronikarskiego zapisu rzeczywistości i komentarza do niej, ale wkracza w rejony zarezerwowane dla poezji, czy szerzej – dla wyobraźni. „Moje wiersze i dzienniki są też rodzajem kreacyjnego autobiografizmu, a więc nadążaniem pisarstwem za życiem i jego najpierwotniejszymi przejawami, włącznie z radością sytego żołądka, przyjemnością ciepła, cierpieniem głodu, udręką samotności, odkryciami wynikającymi ze spotkania dwu ludzi z wyobraźnią”, pisze autor. Jednak w tym przypadku ramy są szersze, niż określa to formuła i wyznanie poety, a logika pojemnej formy i emocjonalny ładunek treści znalazły tutaj idealną równowagę. I tak Józef Baran kolejny raz wymyka się definicjom oraz tradycyjnym sposobom opisu, posługując się tonem nieomylnie własnym.

Spadając patrzeć w gwiazdy to tyleż samo skoroszyt wspomnień z lat 2008 - 2012, co zbiór niekiedy autoironicznych esejów, traktat poetycki i filozoficzny, psychologiczna i egzystencjalna wiwisekcja, opis dalekich i bliskich podróży (Brazylia, Grecja, Turcja, Szwajcaria, Holandia), zestaw wspomnień i barwnych, nawet pikantnych anegdot o ludziach ze świata literatury, sztuki i nauki (Sandauer, Kawalec, Herbert, Siemion, Kania, Szymborska), recenzje z najważniejszych lektur (Márai, Kertész, Głowacki, Mrożek, Suzuki, Domosławski). Są tu także fragmenty listów od bardziej i mniej znanych postaci (Mrożek, Rybowicz, Dymna, Sobieraj), arcyciekawych wywiadów (jak chociażby ten z indyjskim poetą Aśokiem Wadźpeji i z samym autorem), komentarze do twórczości własnej i innych ludzi pióra (Karpiński, Tranströmer, Stachura, Szymborska, Białoszewski, Jünger, Prado, Rybowicz) oraz, co świadczy o odwadze autora i temperamencie, wypowiedzi dotyczące spraw społecznych, obyczajowych i polityki, do tego niekoniecznie zgodne z poprawnością polityczną i obowiązującą, jakby skądś już znaną doktryną o szczęśliwości w „najlepszym z ustrojów”. A wszystko to pisane językiem wartkim i szerokim, polszczyzną wyśmienitą i bogatą, z humorem i mądrą refleksją, z ciepłą ironią i dystansem do świata i siebie, a nade wszystko z kulturą literacką, dzięki czemu Herbertowska myśl „proza dla mnie jest sprawdzianem języka” znalazła w tej książce swoją świetną realizację.

Józef Baran jest jednak przede wszystkim poetą, dlatego, mimo że Spadając... to dziennik, nie brakuje w nim wierszy, w większość do tej pory niepublikowanych, wśród których przeważająca część to utwory spełniające zasadniczy postulat poety, zgodnie z którym poezja powinna oddziaływać jednocześnie na intelekt, uczucia i zmysły. Baran, który od początku artystycznej drogi konsekwentnie opowiada się za szczerością i naturalnością wypowiedzi, a od kilku lat proponuje zamiast powszechnej i nieco zużytej formuły „tu i teraz” uniwersalną formułę „momentu wiecznego”, należy do nielicznych polskich poetów posiadających artystyczną świadomość i jasno sformułowany program, przez co, mimo popularności oraz pewnej arkadyjskości i bukoliczności swojej liryki, nie naraża się na posądzenie o zły smak (a zły smak to rzecz niebezpieczna, bo jak pisał Stendhal, prowadzi do zbrodni). Poglądy na poezję są w tym dzienniku przedstawiane wielokrotnie, stanowią o jego sile i mocno ustawiają głos poety w dyskursie o literaturze; przede wszystkim wyrażone są w obszernych fragmentach eseju Poezja i empatia i wywiadu z autorem, ale pojawiają się też w postaci licznych dygresji i komentarzy, często ostrych i bezkompromisowych, głównie odnoszących się do współczesnej liryki i jej przedstawicieli. Spadając... jest więc także traktatem o poezji, jasno, precyzyjnie i odważnie sformułowanym, do tego nie stroniącym od metafizyki, rozważań o prawdzie, życiu, śmierci, słowem od spraw najważniejszych i bliskich wielkiej poezji, co tylko potwierdza wyjątkowość tej książki.

Według powszechnego mniemania czytając literacką fikcję, a szczególnie poezję, wyruszamy na spotkanie z drugim człowiekiem. Rzeczywiście, trudno się nie zgodzić, że dzieło literackie jest w pewnym stopniu projekcją własnego Ja autora, przynajmniej częściowym określeniem siebie. Ale – zwykle jednak to tylko maska, która, jak pisał Claude Levi-Strauss, odwołuje się do innych masek, do tego jednocześnie oznajmia i zaprzecza. Taka maska często jest więc idealizacją i mitologizacją, rzadziej szczerym przeniesieniem stanu ducha, nie bardzo zatem pozwala na poznanie człowieka, szczególnie gdy Ja – tak jak u Barana – zbudowane jest ze sprzeczności i wielowarstwowo. Dlatego szukając prawdy o autorze najlepiej sięgnąć do jego listów i dzienników, bo nawet jeśli to epistolografia czy – co zdecydowanie częstsze – diarystyka tworzona z myślą o publikacji (jak w przypadku Gombrowicza, w której widać strojenie min, napinanie muskułów, przybieranie póz, jego cały genialny teatr autokreacji), to jednak niejako z zasady formy zawiera ona w sobie pokłady czystej prawdy wewnętrznej, łatwej do odczytania, jeśli nie bezpośrednio, to poprzez zaprzeczenie masce (ponownie przychodzi tu też na myśl Levi-Strauss i jego twierdzenie, że równie ważne jak to, co maska pokazuje, jest to, co wyklucza).

Dzienniki Barana stanowią przypadek szczególny. Pisane z myślą o publikacji za życia autora, pozbawione są tej bezwzględnej szczerości dziennika intymnego (Amiel, Márai, Kafka, Mycielski) – arcydzieła introspekcji i wewnętrznego pejzażu, stanowiącego pasjonujące świadectwo zwykłego człowieka, wielkiego artysty, i jego czasów. Z drugiej strony, to właśnie publikacja niemal na bieżąco sprawia, że Baran skreśla, dokonuje wyboru, pracuje nad tekstem, dzięki czemu dotrzymuje pierwszego przykazania pisarza – nie nudzić; przykazania najczęściej przez ludzi pióra łamanego. „Jak nędzne są – niestety – dzienniki, które Andrzejewski publikuje w Literaturze! Zaledwie – czasami – jakieś zdanie, świadczące że to pisarz, że to był pisarz! (…) Czy Andrzejewski nie czuje, co jest warte, a co nie, jeżeli już nie zanotowania, to przynajmniej publikowania? Bo publikuje te kartki jak lecą. Czy naprawdę myśli, że jego temperatura 38 stopni o piątej po południu to coś ważnego?” – komentuje Zygmunt Mycielski w Niby-dzienniku ostatnim, i dodaje: „A więc jednak temat! Czy też sposób podania go i coś, co z tego wynika...” Najlepiej jedno i drugie – pozostaje dodać. Dzienniki Barana są dopracowane, przez co pozbawione nudy, ciamkania, jałowych rozważań, naiwnych refleksji, sztucznych póz, nadymania się i kokieterii, to cenny ładunek, w przeciwieństwie do zwykłego balastu dzienników takich, jak te Andrzejewskiego, Białoszewskiego czy nawet wczesnego Mrożka; nie są też wspaniałą walką o siebie, totalną genialną autokreacją, osią własnego dzieła i jego objaśnieniem, jak Dziennik 1953 - 1969 Gombrowicza, bo autor Spadając... cieszy się uznaniem od lat, zaś Gombrowicz zabiegał o nie prawie całe życie, a uzyskał niemal przypadkowo, o czym – to informacja dla niezorientowanych – pisze Konstanty Jeleński. Najbliżej jest w dziennikach Baranowi do Szkiców piórkiem i Z dziennika podróży Andrzeja Bobkowskiego, kolejnej wielkiej (i niedocenianej) postaci literatury, z jego smakowaniem życia, czerpaniem z niego pełnymi garściami, z nastawieniem się na innych ludzi, spostrzegawczością, rozumieniem świata, inteligentnym komentarzem do rzeczywistości. Baran, jak Bobkowski, to człowiek z krwi i kości oraz humanista w czystej postaci, poeta i pisarz pozbawiony napuszenia i estetycznego nadęcia wielu swoich kolegów po piórze, którym wydaje się, że są Herbertami – ale w istocie to prowincjonalne herbertowskie ersatze, na dodatek strachliwie lub egoistycznie izolujące się od człowieka, świata i rzeczywistości. Dlatego proza i poezja Barana to nie artefakt, sztuczny, wydumany produkt upozowanego na artystę lansjera, literackiego kabotyna, fałszywego arystokraty, jakie pojawiają się czasem na naszym zdegenerowanym rynku wydawniczym, mając stanowić przeciwwagę dla dominujących na nim masowych wytworów literackich jaskiniowców i geszefciarzy, ale szczery, wypływający wprost z serca, ducha i intelektu utwór człowieka wrażliwego i doświadczonego, przykład tego, o czym pisał Michał Anioł: „Mistrzostwa nie nabędzie / Kto najpierw nie sięgnie, / Sztuki i życia krańców...” Takim przykładem mistrzostwa jest w tej książce z pewnością fragment opisujący pobyt poety w Borzęcinie, u umierającej matki.

W III tomie dzienników Barana są też oczywiście tezy dyskusyjne, jak na przykład ta, że „internet jest wylęgarnią grafomanii” – biorąc pod uwagę, ilu grafomanów publikowało i publikuje w tzw. oficjalnym obiegu „zaczerniając papier mdłymi fikcjami”, jak to określił Boy – nie wydaje się to zasadne ani nawet bliskie prawdy. Jeden z najlepszych polskich poetów, Przemysław Łośko, opublikował swój poemat I nie zamykaj oczu... tylko w internecie, tam też prezentuje swoje wszystkie wiersze; nie stroni od sieci Edward Pasewicz a enfant terrible krytyki Marek Trojanowski nie wychodzi poza to medium. Dowody na istnienie poważnej twórczości w „wirtualu” są liczne, ale faktem jest, że grafomania też w nim istnieje. Paradoksalne (i symptomatyczne), że cierpią na nią również ci, którzy wytykają tę przypadłość innym – przykładem takiego niepowstrzymanego gaworzenia są internetowe felietony Jacka Dehnela, przypominające stylem i poziomem szkolną gazetkę. Wydaje się też, że nazwanie Iwaszkiewicza „polskim Goethem” jest mocno przesadzone, biorąc pod uwagę szerokie intelektualne horyzonty „oryginalnego” Goethego, mnogość jego zainteresowań i talentów, głęboką wiedzę, potęgę dzieła i jego znaczenie dla kształtowania się europejskiej, czy raczej europoidalnej kultury. No, chyba że określenia typu „polski Goethe”, „polski Tarantino” czy „polski Nobel” mają podkreślać duszną prowincjonalność i tęsknotę za prawdziwą wartością – wtedy mają wydźwięk ironiczny. Cytat z Białoszewskiego, pod którym podpisuje się Baran, mianowicie: „Człowiek w kosmosie czy na kanapie w Wołominie ma tę samą skalę wyobraźni i uczuć”, nie wydaje się myślą ani lotną, ani prawdziwą (zwłaszcza z perspektywy tych, którzy mogli oglądać Ziemię z Kosmosu lub stanęli na szczycie Wielkiej Góry). Fragment o Szymborskiej, że „W odróżnieniu od Miłosza, Herberta, Mrożka czy nawet Różewicza, nie wyjeżdżała w świat, by go »podbijać«, zabiegać o karierę, uznanie. To Świat przyszedł do niej, składając Noblem podziękowanie za to, że pisze tak — jak nikt w świecie…” nie dość, że pompatyczny, to ignorujący okoliczności, które Szymborską wyniosły. Dziwi też – w drugiej dekadzie XXI wieku – niechęć poety do książki elektronicznej i publikacji w internecie, które przecież są doskonałym sposobem na odrodzenie i upowszechnianie czytelnictwa oraz na popularyzację twórczości artystów spoza kręgów towarzyskich, tych mniej zapobiegliwych twórców, którzy nie chcą albo nie potrafią krzątać się wokół swoich spraw; można, na zasadzie analogii, przypuszczać, że kiedy pojawił się druk, też nie brakło głosów mu niechętnych, zarzucających drukowanym książkom miałkość i tandetność. A przecież to nie nośnik czy sposób powielania decyduje o wielkości dzieła; liczy się Słowo, Myśl, Piękno, dlatego jest sprawą drugorzędną, czy Antygonę czyta się z woskowej tabliczki, zwoju pergaminu, ręcznie przepisanego kodeksu, taniej masowej książki czy z ekranu komputera albo tabletu. A i pośród dzisiejszych prac publikowanych elektronicznie bez wątpienia znajdują się i takie, które w przyszłości staną się klasyką albo przynajmniej ważnym dziełem. Nie wieszczę końca papierowej książki, sam ją przedkładam ponad elektroniczne wcielenie, lubię ją i cenię, tak jak wieczne pióro, aparat na błony fotograficzne i archaiczny już nieco (tak!) odtwarzacz CD, ale od ery plików pobieranych z internetu odwrotu nie ma.

Na zakończenie powyższych rozważań należy przypomnieć, że Józef Baran to diarysta podróżujący, więc także i w tym dzienniku podróże zajmują dużo miejsca. Jak pisał Zbigniew Herbert w eseju Delta, otwierającym Martwą naturę z wędzidłem, „...idealny podróżnik to ten, kto potrafi wejść w kontakt z przyrodą, ludźmi, ich historią – a także sztuką, i dopiero poznanie tych trzech elementów przenikających się wzajemnie jest początkiem wiedzy o badanym kraju”. Jak to bywa, wygłaszana teoria nie zawsze przystaje do życiowej praktyki. Herberta nie interesowała przyroda ani ludzie żywi, on karmił się historią i zajmował człowiekiem z przeszłości, więc idealnym podróżnikiem z pewnością nie był. Inaczej Baran, którego na równi interesuje historia miejsc odwiedzanych, jak i teraźniejszość, przyroda i cywilizacja, człowiek współczesny i jego przodkowie, społeczeństwo i państwo. To wnikliwy obserwator życia i ludzi, badający rzeczywistość wszystkimi zmysłami i intelektem oraz, co czyni go wyjątkową postacią, obdarzony empatią, bez której nie można być poetą i artystą. Fragmenty Spadając patrzeć w gwiazdy opisujące brazylijskie peregrynacje, wyjazd na Kretę, a szczególnie esej dotyczący Holandii, Delft i Vermeera, należą według mnie do najznakomitszych.

Dla kogo jest ta książka? Trudne pytanie, skoro w Polsce prawie nikt już nie czyta, co zresztą nie dziwi, gdy spojrzy się na „gwiazdy” naszej literatury i ich – zawsze oraz niepodważalnie – „wybitne” i „odkrywcze” dzieła, jak je określają sprostytuowani krytycy i recenzenci. Jednak jeśli znajdzie się czytelnik wrażliwy na urodę języka, ciekawy świata, mądry, któremu trudno pogodzić się z powszechnym upadkiem kultury, kontestujący przaśną polską rzeczywistość, poszukujący bezpretensjonalnej prozy, balansującej pomiędzy poezją a publicystyką, realizmem a idealizmem, spojrzeniem romantycznym a pragmatycznym, to książka Barana z pewnością będzie dla niego dobrym wyborem.


* Tom I: Koncert dla nosorożca (Dziennik poety z przełomu wieków), Zysk i S-ka, 2005; tom II: Przystanek marzenie, Zysk i S-ka, 2008.


Józef Baran, Spadając patrzeć w gwiazdy, Zysk i S-ka, Poznań, 2013.

Rozmowa: Janusz Najder, Tomasz Sobieraj KRAWIEC, czyli powrót poematu dygresyjnego


Janusz Najder: Twoje utwory nie ukazują się chronologicznie. Z dziwnym upodobaniem wprowadzasz zamieszanie. Także „Krawiec” nie jest twoją ostatnią napisaną książką.

Tomasz Sobieraj: Ostatnią jest mikropowieść „Ogólna teoria jesieni”. „Krawca” napisałem blisko cztery lata temu, ale zwlekałem z wydaniem, bo to tekst miejscami polemiczny i chciałem sprawdzić, czy się nie zestarzeje.

J.N. I?

T.S. Nie zestarzał się.

J.N. Ten utwór nawiązuje w formie do modnego w dziewiętnastym wieku poematu dygresyjnego, łączącego elementy liryczne z dyskursywnymi, epickie z refleksyjnymi. Skąd pomysł, by sięgnąć do tego romantycznego gatunku poezji narracyjnej?

T.S. Zawsze miałem skłonność do przekraczania granic pomiędzy rodzajami literackimi, bawiłem się kategoriami estetycznymi, a poemat dygresyjny pozbawiony jest klasycznych rygorów, cechuje go bliska mi dyskursywność i ironia. Lubię Słowackiego, który ten romantisch-ironisches Epos wyniósł na szczyty, lubię Byrona i Puszkina. Ponowna, po kilkunastu latach, lektura „Beniowskiego”, „Don Juana” i „Eugeniusza Oniegina” sprawiła, że zdania, wersy, strofy, które miałem gdzieś w głowie jako zalążki osobnych wierszy czy epizody opowiadań, zaczęły się układać w dłuższy tekst fabularny, z czasem przeplatany coraz liczniejszymi dygresjami dotyczącymi sztuki, filozofii, metafizyki i – co nie mniej ważne – dzisiejszej literatury. Po przeniesieniu na papier, dodaniu dialogów i zredukowaniu roli tradycyjnej fabuły, powstała forma dosyć niezwykła, lekceważąca konwencje kompozycja, która łączy w sobie cechy poematu, opowiadania, eseju filozoficznego, tekstu publicystycznego.

J.N. Są też w „Krawcu” elementy dramatu, groteski, satyry z jej niekiedy niewybrednymi środkami, jak pamflet, paszkwil czy inwektywa. Nie obawiasz się, że prowokacyjny i satyryczny wiersz „świąteczny coitus” z IV księgi zostanie najczęściej cytowanym fragmentem „Krawca” i przesłoni intelektualne, etyczne i estetyczne wartości całego poematu?

T.S. Nie, nie wydaje mi się. To trochę tak jak z trzynastą księgą „Pana Tadeusza”, tylko że tutaj ja sam jestem autorem. IV księga „Krawca” zawiera wprawdzie imagines vulgare, ale służą one podkreśleniu jej satyrycznego i groteskowego charakteru; ten charakter wzmacniają dodatkowo pojawiający się w niej niektórzy współcześni krytycy i literaci, którzy przemawiają tekstami zaczerpniętymi z własnych recenzji i utworów.

J.N. Te teksty są absurdalne i komiczne...

T.S. To nie moja zasługa.

J.N. Ale mamy też w „Krawcu” fragmenty z Horacego, Szekspira, Mickiewicza, Eliota, Gombrowicza, Witkacego... Skąd pomysł na wprowadzenie do poezji elementów dramatu, cytatów i na tak swobodne wymieszanie postaci literackich i ich twórców?

T.S. Jak to zwykle u mnie bywa, pomysł przyszedł w trakcie pisania – ja piszę bez planu, bez szkicu, u mnie opowieść tworzy się na gorąco. Wprowadzenie do poematu cytatów i postaci znanych z literatury zdynamizowało historię i nadało jej fragmentom cech dramatu. W ten sposób mogłem też zrezygnować z erudycyjnych aluzji i pewne rzeczy powiedzieć wprost.

J.N. Bezpardonowo obszedłeś z Henrykiem Berezą – ulokowałeś go w śmietniku, czym z pewnością narażasz się całemu środowisku literackiemu.

T.S. Myślę, że nie całemu; zresztą sam się ulokował w śmietniku promując na przykład Masłowską. Bereza konsekwentnie działał przeciwko literaturze pięknej na rzecz literackich odpadów i – w najlepszym przypadku – plebejskości, jakiejś współczesnej jarmarczności. To szkodnik, całkowite zaprzeczenie takich ludzi, jak Poradecki, Sandauer, Błoński, którzy szukali w literaturze mądrości, piękna, wyobraźni, refleksji. Bereza szukał przetrawionych resztek.

J.N. Może nic w tym złego, niech każdy je to, co lubi.

T.S. Oczywiście. Tylko że lobby odpadkożerców jest bardzo silne i nadaje ton, zdobyło media, więc ma realną władzę i wmawia innym, że tylko jego potrawy mają wartość, ale na pytanie jaką – odpowiedzi brak. Skutkiem takiej nachalnej indoktrynacji i monopolu tandety nic istotnego w literaturze nie może się przebić i ginie pod masą śmieci, a twarz polskiej literatury to Masłowska sprzed liftingu i po nim. Osiągnęliśmy dno, i to zasługa między innymi Berezy.

J.N. Przyłączasz się więc w swoim krytycznym spojrzeniu na polską literaturę do Witkacego, Herberta, Miłosza, nawet Gombrowicza, którzy też dostrzegali i piętnowali powszechną w niej dewaluację wartości i degenerację języka, sprymitywnienie, antyintelektualizm, ucieczkę od metafizyki, wiedzy, wyższej kultury.

T.S. Takie mam wzory. Każdy ma takich mistrzów, na jakich go stać.

J.N. Wykorzystane w „Krawcu” cytaty z Witkacego i Gombrowicza również dzisiaj są bardzo aktualne. Warto przypomnieć, że oni byli niewygodni dla ówczesnego lobby literackiego, w zasadzie funkcjonowali poza oficjalnym obiegiem; często lekceważeni, wyśmiewani, oczerniani, niezrozumiani. Gdyby pojawili się teraz ze swoimi poglądami, pewnie by było podobnie i raczej nie mogliby liczyć na finansowe wsparcie państwa i szersze uznanie, dalej trwaliby w intelektualnym getcie, unieważnieni także przez skostniałe umysłowo środowisko akademickie.

T.S. To oczywiste, więc trudno się dziwić, że mam dosyć arogantów, którzy za pieniądze podatnika wydają książki a jednocześnie z pogardą traktują tych, którzy w ten sposób nic wydać nie mogą.

J.N. Nie mogą, bo nie znają właściwych osób czy nie wiedzą przed kim klęczeć, żeby dostać z publicznego portfela parę złotych.

T.S. Zazwyczaj tak jest. Przecież system wydawniczy w Polsce oparty o państwowe dotacje dla wybranych, zwykle tych samych, autorów a nawet dla wydawnictw to patologia, to nie ma nic wspólnego z wolnym rynkiem, społecznym zapotrzebowaniem czy misją kulturalną, to jedynie znany wyłącznie wtajemniczonym sposób na wygodne życie.

J.N. „Cóż, trzeba wiedzieć, z kim pić” – jak powiedział mi kiedyś pewien bardzo znany poeta tuż po odebraniu bardzo znanej nagrody. Jednak „Krawiec” to nie tylko satyra i groteska czy krucjata „przeciw nicości”, do której zmierza sztuka, to także historia, jak to zwykle u ciebie, wielowarstwowa, zmysłowa, balansująca na granicy realności i snu, osadzona w wyimaginowanej przestrzeni, poza czasem. Nie sposób tutaj zidentyfikować miejsce i czas akcji, nie poznajemy nawet imienia bohatera, nie wiemy, jak wygląda.

T.S. A od czego jest wyobraźnia? Te rzeczy w „Krawcu” nie mają większego znaczenia, przecież to poemat dygresyjny i filozoficzny; opowieść jest tylko pretekstem do... nazwijmy to... walki ideowej oraz do rozważań o życiu, śmierci, miłości, duszy, Bogu, sztuce... W dzisiejszym postchrześcjańskim czy wręcz postetycznym świecie te uniwersalne zagadnienia zostały unieważnione, to tematy wstydliwe i niemodne, w najlepszym razie błahe. Odwrócona aksjologia niszczy także sztukę i dlatego zamiast mądrej i szlachetnej twarzy polskiej literatury mamy gębę żula, dresiarza czy innego półanalfabety.

J.N. Czas leci i niekiedy ta gęba jest już przypudrowana i grzeczna – po liftingu, jak powiedziałeś.

T.S. Ale zęby ma dalej zepsute i oddech nieświeży. Operacja plastyczna i puder nie zmienią tego, co w środku, szczególnie w głowie.

J.N. Tak, w głowie ciągle pusto. Żeby tę twoją walkę o twarz polskiej literatury w „Krawcu” poznać, trzeba iść do biblioteki, kupić tradycyjną książkę u wydawcy albo pobrać z internetu darmowego e-booka. Właśnie – dlaczego wersja elektroniczna jest za darmo?

T.S. Wydawca i ja dostaliśmy prywatny grant na tę książkę. Zgodnie z umową większość nakładu ma trafić do bibliotek, nieduża część egzemplarzy znajdzie się w sprzedaży detalicznej u wydawcy i będą one dosyć drogie, a e-booki mają być dostępne za darmo.

J.N. Odejdźmy nieco na chwilę od „Krawca”, bo mam pytanie natury ogólnej. Czy darmowa dystrybucja nie jest szkodliwa dla autora książki i dla rynku wydawniczego? Owszem, zyskuje na tym czytelnik, ale traci wydawca, dystrybutor, księgarz i autor.

T.S. Autorzy, producenci i handlarze wystarczająco zarobią na innych książkach – jakichś poradnikach, romansach, biografiach gwiazd z telewizora i całej reszcie literatury ubikacyjno-kuchennej oraz na dotacjach, nie trzeba się o nich martwić. Zaś na pytanie o szkodliwość rozdawnictwa udzielę jezuickiej odpowiedzi: czy powszechnie używane darmowe oprogramowanie dostępne w internecie, np. Linux, popularny Open Office, Firefox, Opera czy All Player, jest szkodliwe dla autorów i rynku informatycznego? A czy netart jest szkodliwy dla sztuki i twórców?

J.N. Fakt, przysparza im popularności, która w końcu przełoży się na korzyści materialne.

T.S. No może, ale przecież nie tylko o pieniądze chodzi. Ja nie jestem wyrobnikiem, tylko artystą, tworzę dla samego tworzenia, dla poznania siebie, nie myśląc o tym, ile na tym zarobię i jaki będę popularny. Tak jak Schulz, Witkacy czy Kafka nie muszę zarabiać pisaniem, więc stać mnie na to, żeby użyczyć swoje dzieło jeśli mam na to ochotę. Niech służy wszystkim, niech kopiują i czytają, byleby respektowali fakt, że to ja je stworzyłem.

J.N. Właśnie, kopiowanie to jedno, ale co z kradzieżą pomysłów, zbyt daleko posuniętą inspiracją, cytowaniem bez podania źródła, przerabianiem utworu a nawet podpisywaniem swoim nazwiskiem fragmentów nie swojego dzieła literackiego lub jego przetworzonej całości. Nie obawiasz się, że niejako dajesz na to przyzwolenie publikując jednocześnie książkę papierową i w sieci?

T.S. Ależ skąd, jakie znaczenie ma miejsce i forma dystrybucji? Zżynać pomysły można równie dobrze z książki wydanej wyłącznie w wersji papierowej. Masz jednak rację, że najłatwiej jest okradać twórców mało znanych, netartowych, niszowych, którzy mogą stanowić pożywkę dla tych bardziej popularnych i bezpłodnych autorów poszukujących natchnienia w internecie.

J.N. Jeszcze chwilę pobądźmy poza „Krawcem”, ale w jego pobliżu. Mimo wzrostu popularności „druku” elektronicznego nadal chyba łatwiej sprzedać poezję w postaci tradycyjnej książki albo audiobooka niż e-booka.

T.S. Obawiam się, że poezję w ogóle można sprzedać dopiero wtedy, gdy jej autor dostanie Nobla albo ma program o gotowaniu w telewizji.

J.N. Ty nie chciałbyś, żeby twoje książki stały frontem do klienta na półkach empików i hipermarketów w towarzystwie dzieł takich pisarzy jak Krzysztof Ibisz, Jacek Dehnel czy Kasia Cichopek?

T.S. Nie.

J.N. Wielka sztuka nie syci się popularnością...

T.S. Różnie to bywa. Zwykle jednak rodzi się w życiodajnej ciszy i z wewnętrznej potrzeby.

J.N. A jak powstał „Krawiec”? Chodzi mi o to, czy jest to utwór dionizyjski, czy apolliński, stworzony w natchnieniu czy wykoncypowany?

T.S. Przypomina mi się tutaj świetny esej Nadieżdy Mandelsztam „Mozart i Salieri” i jej rozmowa z Achmatową, kiedy spierały się o to, czy lepszy jest dionizyski sposób tworzenia Mozarta, czy apolliński Salieriego. Wtedy znudzony już nieco Osip Mandelsztam wyszedł ze swojego pokoju i powiedział: „trzeba być i Mozartem, i Salierim”. Uważam dokładnie tak samo – poleganie tylko na trzewiach albo na głowie prowadzi do zabójczej nudy; wie o tym każdy świadomy twórca. Niektóre fragmenty „Krawca” są więc dionizyjskie, inne apollińskie, jedne są czysto „bebechowate”, jak to ujmował Witkacy, inne są dziełem chłodnego umysłu, a jeszcze inne to synteza dwu poprzednich.

J.N. Napisałeś ten poemat „jednym rzutem”?

T.S. Nie, zacząłem we wrześniu 2008 roku i co jakiś czas dopisywałem kolejne fragmenty; w tym czasie zajmowałem się głównie esejami, fotografią. Skończyłem „Krawca” w maju 2009 a od września zacząłem pisać „Ogólną teorię jesieni”.

J.N. Miałeś bardzo twórczy okres.

T.S. Nic nie dzieje się bez przyczyny.

J.N. Masz na myśli chorobę nowotworową?

T.S. Tak. W „Doktorze Faustusie” Tomasza Manna Esmeralda zaraża Adriana Leverkühna śmiertelną chorobą, uwalniając w ten sposób jego geniusz. Myślę, że są tutaj jakieś tajemne zależności, że być może niekiedy śmiertelne choroby wyzwalają twórczą energię. Tego wykluczyć nie można, bo przecież „są rzeczy na niebie i ziemi, o których nie śniło się filozofom”. Ludzie są tylko zwierzętami przekonanymi o potędze swojego rozumu, a w istocie tak niewiele wiedzą. Ja jestem coraz starszy, mam coraz więcej doświadczeń, wiedzy, i jednocześnie coraz więcej pytań, których nie miałem będąc młodym. Więcej niż kiedyś zastanawiam się i zdumiewam. Uświadomienie sobie na własnej skórze przemijania i śmiertelności – nie poprzez lektury, rozmyślania czy nawet doświadczenia bliskich, tylko przez brutalne, osobiste obcowanie ze strachem, bólem i odchodzeniem, z ponurą szpitalną rzeczywistością – zmieniło mój sposób postrzegania świata i moją hierarchię wartości. To było prawdziwe przebudzenie.

J.N. Twój ulubiony poeta Kawafis twierdził, że poezje napisane przed czterdziestką są nic niewarte, bo jedynie człowiek dojrzały ma coś do powiedzenia.

T.S. Jako kontrargument można przywołać chociażby Byrona czy Słowackiego. Stwierdzenie Kawafsa nie do końca jest prawdziwe, bo znam ludzi dojrzałych, w tym poetów, którzy nic do powiedzenia nie mają, są intelektualnymi i emocjonalnymi trzynastolatkami. Dziwi mnie tylko, że wielu młodych z upodobaniem pisze o smutku życia, śmierci, przemijaniu, rozkładzie – myślę, że jeśli nie mają intymnych w tej materii doświadczeń, to jest to zwykła poza, efekciarstwo, cierpienie gimnazjalisty, któremu panienka odmówiła tańca na szkolnej dyskotece. Dopóki lekarz nie powie „został panu najwyżej rok” i nie poczuje się strachu ściskającego za gardło, śmierć jest abstrakcją.

J.N. Doświadczony życiowo Mickiewicz użył wobec twórczości aroganckiego i wypieszczonego Słowackiego określenia „kościół bez Boga”. Czy więc nawet zdolny młody poeta, ale bez doświadczeń i przemyśleń nie jest jałowy, czy jego energia nie jest pusta jak kalorie alkoholu i może co najwyżej otumanić albo – w nadmiarze – doprowadzić do torsji.

T.S. Zależy o czym pisze, poezja to przecież nie tylko refleksje wynikające z doświadczeń, życiowej mądrości. Ale masz rację mówiąc, że pustymi kaloriami wybrednego umysłu wyżywić się nie da, bo do tego potrzeba bogatej i urozmaiconej strawy, prawdziwych przeżyć i wiedzy. Dlatego w sumie bardziej ufam starym poetom. Thomas Hardy zaczął pisać wiersze dopiero po sześćdziesiątce i okazał się poetą wybitnym, lepszym niż powieściopisarzem. Zebrane poezje dojrzałego Larkina są bardzo skromne objętościowo i doskonałe, ale dużo mniejsze od jego mało znaczących juweniliów. Przykłady można mnożyć.

J.N. Ty zacząłeś pisać poetyckie opowiadania tuż przed czterdziestką, wiersze po czterdziestce. Bardzo długo zwlekałeś z ich wydaniem a gdy już się ukazały, pojawiły się sukcesy, i to międzynarodowe, w drugiej dziedzinie, którą się zajmujesz, mianowicie w fotografii, więc dosyć się to wszystko zagęściło w czasie robiąc wrażenie artystycznej eksplozji. Do tego publikowałeś eseje o sztuce i literaturze, prace teoretyczne z dziedziny fotografii, zajmowałeś się krytyką literacką. Ostatnio dostałeś stypendium twórcze Ministerstwa Kultury, dołączyłeś więc do grona profitariuszy. Co dalej?

T.S. Skończyłem z krytyką, esejami, recenzjami. Powoli powstaje zbiór wierszy i krótkiej prozy oraz nowe fotografie – w sumie praca na kilka ładnych lat. Poza tym tłumaczenia, lektury.

J.N. A co z wierszami z niepublikowanego zbioru „Wściekli ludzie”?

T.S. Zostawiam w szufladzie. Kilka najbardziej „ulizanych” ukazało się w „Krytyce Literackiej” w ubiegłym roku. Niektórych opublikować nie mogę, bo byłbym oskarżony co najmniej o terroryzm, działalność antypaństwową, szerzenie nienawiści do polityków, namawianie do zbrodni i pornografię. Nawiasem mówiąc to ciekawe, że orędownicy wolności słowa z czasów PRL-u zamykają usta tym, którzy chcą nieskrępowanej wolności słowa dzisiaj.

J.N. Bo punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Może jednak kiedyś nastanie wolność wypowiedzi i nie będzie potrzebna autocenzura?

T.S. Może kiedyś, ale w dzisiejszej fasadowej demokracji to niemożliwe. Na razie zmierzamy w stronę społeczeństwa orwellowskiego, czyli pełnej kontroli państwa nad zniewolonym obywatelem.

J.N. Mimo twojej ponurej historiozofii wizja świata przedstawionego w „Krawcu” nie jest zbyt pesymistyczna. Bohater cieszy się życiem, przyrodą, kocha z wzajemnością, kontempluje, tworzy.

T.S. Znalazł wolność w sobie. Dojrzewa, zdaje sobie sprawę z tego, że świat do niego nie pasuje, ponieważ świat został skrojony dla szczęśliwego barbarzyńcy i bezrefleksyjnego zaprogramowanego robota. Mój bohater stara się więc dokonać poprawek w tej konstrukcji, by rzeczywistość go nie uwierała. Usiłuje ją uporządkować, nadać jej głębszy sens, formy. To tylko z pozoru donkiszoteria, bo jednak powoli ewoluuje w stronę świadomego i krytycznego obserwatora, staje na zewnątrz, a co najważniejsze – tworzy.

J.N. Co przybliża go do boskości...

T.S. W pewnym sensie twórczość artystyczna to powoływanie nowych światów, jakaś namiastka bycia Bogiem.

J.N. Podobnie jak odkrycia naukowe.

T.S. Te akurat bardziej przypominają odkrycie dziecka, że w kredensie jest schowany cukierek, są bowiem tylko odkryciami tego, co ukryte w Tajemnicy, nie zaś kreacją, tworzeniem nowego. Ale wróćmy do mojego bohatera ‒ poprzez kontemplację i rozmyślania staje się wolny, poznaje siebie, wychodzi poza pospolity układ, który przeistacza się dla niego w rodzaj terrarium czy raczej humanarium. Ogarnia go zrozumienie i spokój. Wie, że to świadomość kształtuje byt, a nie odwrotnie, i to jest warunek prawdziwego szczęścia, które osiąga.

J.N. Jednak nie może zostać Bogiem, chociaż w swoich rozważaniach dotyczących potencjalnej boskości człowieka zaczyna dochodzić do interesujących i jednocześnie niepokojących – na przykład z punktu widzenia religijnego – konkluzji, jak chociażby łatwość osiągnięcia tejże boskości.

T.S. Nie wyczułeś w tym fragmencie „Krawca” ciepłej ironii i podziwu? To nawiązanie do wyzywającej postawy Konrada z Wielkiej Improwizacji. Nie, mój bohater nie chce zostać Bogiem w sensie posiadania wszechmocy i znajomości Prawdy, on raczej rozważa, jakby to było, gdyby mieć tę moc, ale po to, żeby ostatecznie przestać wątpić i dostrzec doskonałość tego świata, której istnienie zakłada, właściwie jest jej pewien, pragnie tylko absolutnego dowodu. On jest człowiekiem myślącym, więc nieobca jest mu refleksja, skutkiem tego nie przyjmuje religijnych dogmatów, dyskutuje z nimi. Jednak nieszczęściem byłoby dla niego, gdyby świat nie okazał się boskim dziełem, bo to wykluczałoby świata doskonałość i eliminowałoby największy jej przejaw, czyli nieśmiertelność duszy. To deista, ale na sposób bardziej romantyczno-młodopolski niż fizyczno-naukowy.

J.N. Są w „Krawcu” fragmenty nawiązujące do dramatów i powieści Witkacego, chodzi mi tutaj o nawoływanie do świadomego reżyserowania własnego życia, o przeżycia metafizyczne, o obraz zszarzałego i zobojętniałego społeczeństwa jaki przedstawiasz.

T.S. Reżyseria życia ma bohaterom Witkacego dać złudzenie, że spełnia ono w ten sposób warunki dzieła sztuki, oni są uczestnikami gry w poszukiwanie przeżycia „dziwności istnienia” i wszyscy przegrywają. Witkacy jest prorokiem zagłady. U mnie to nie jest już kwestia wiary w zagładę, bo przecież bez wątpienia żyjemy w świecie, który Witkacy dokładnie przewidział – na naszych oczach dogorywa filozofia, etyka, sztuka, logika, metafizyka, ba, nawet edukacja, a postępuje zbydlęcenie człowieka, powstaje homo consumatus felix. Mój bohater jednak walczy z nicością i wygrywa, na ile to możliwe izoluje się od pospolitej rzeczywistości.

J.N. Ale nie tylko sprawy ducha liczą się dla bohatera – jest to też człowiek cielesny i namiętny, co widać po jego wizjach nawiązujących do słynnego obrazu Courbeta „Źródło wszechrzeczy”, pornograficznych snach czy erotycznych wspomnieniach z dzieciństwa.

T.S. Cóż, pomimo osiągnięcia nadświadomości nadal jest tylko człowiekiem, istotą skazaną na fizjologię, na cielesność i wynikające z niej prawa – prawa zresztą boskie, jeśli przyjąć biblijną koncepcję powstania świata.

J.N. Czy można powiedzieć, że „Krawiec” jest wyznaniem twojej filozofii?

T.S. Każda moja książka zawiera rozważania filozoficzne. Zastanawiam się nad zagadką bytu, próbuję wyjaśnić sobie świat i go opisać. Robię to za pomocą literatury i fotografii. To są takie molekuły systemu, które może kiedyś stworzą spójną całość.

J.N. Ile w bohaterze „Krawca” jest z ciebie?

T.S. Dużo.

J.N. Czyli jesteś szczęśliwy, jak on! Czego ci zatem życzyć?

T.S. Hm... może tych transcendentalnych przeżyć szczytowych, o których pisał Abraham Maslov? Myślę, że bezinteresowna miłość do ludzi i świata, która jest tych przeżyć konsekwencją, to najlepsze, co może nas spotkać.

Recenzja: Andrzej Koraszewski - Mark Twain AUTOBIOGRAFIA


Przez kilka dni siedziałem w fotelu przytłoczony ciężarem pierwszego tomu Autobiografii Marka Twaina. Książka (jak pisze Guy Adams) wyszła dokładnie w sto lat po tym jak pogłoski o śmierci Marka Twaina okazały się być całkowicie nieprzesadzone.

Decyzja o zakazie publikacji książki przez sto lat była nieco ryzykowna. Wydawca Autobiografii Marka Twaina nie mógł wiedzieć, czy książka będzie ekonomicznym sukcesem, czy niewypałem. W listopadzie ukazał się pierwszy tom i chociaż popularnością Harry Pottera nie przebije, to znajduje całkiem sporą porcję zafascynowanych tym autorem czytelników i już jest na liście bestsellerów.

Z 736 stron mnie osobiście około 400 czytało się znakomicie. Książka wydana jest w wydawnictwie uniwersyteckim, ma obszerne wstępy i indeksy, a sam Mark Twain przymierzał się do napisania swojej autobiografii kilka razy i jak całkowicie słusznie zauważył, pierwsze próby były mało udane.

Jest to autobiografia mówiona, na zasadzie wolnych skojarzeń i bez trzymania się chronologii. Już pierwszy chwyt okazał sie strzałem w dziesiątkę, bo, żeby sobie ułatwić sobie życie Twain zaczyna od swojej biografii, którą pisała kiedyś jego nastoletnia wówczas córka Susy. Zdania z jej biografii przypominały mu zdarzenia, które rozwijał w opowieść, chyba, że miał danego dnia inny pomysł.

Urodzony w 1835 roku Samuel Langhorne Clemens, wychowywał się na długo przed zniesieniem niewolnictwa, o którym pisał:

„W czasach kiedy chodziłem do szkoły, nie odczuwałem awersji do niewolnictwa. Nie wiedziałem, że było w nim coś złego. Nikt mi o tym nie mówił; lokalna prasa nie występowała przeciwko niewolnictwu; lokalny kaznodzieja nauczał, że Bóg to aprobuje, że jest to święta instytucja, a wątpiący mogą zajrzeć do Biblii jeśli chcą się uspokoić; jeśli sami niewolnicy mieli awersję do niewolnictwa byli dość mądrzy, żeby o tym nie mówić".

Mark Twain przypomina sobie, że był jeszcze małym chłopcem, kiedy zdarzył się incydent, który pozostał mu na zawsze w pamięci. Rodzina wynajęła małego niewolnika, którego ktoś kupił w innym stanie i zabrał od jego rodziny. Chłopiec był hałaśliwy, śpiewał, krzyczał, śmiał się, aż w końcu mały Samuel poszedł na skargę do matki. „Biedne dziecko -odpowiedziała matka — kiedy śpiewa widać, że nie rozpamiętuje i to mnie pociesza, ale kiedy jest cicho obawiam się, że rozmyśla i nie mogę tego znieść."

O swoim starszym bracie, Orionie, pisał:

„Urodzony i wychowany wśród niewolników i właścicieli niewolników, był abolicjonistą od dzieciństwa do śmierci. Był zawsze prawdomówny i szczery, zawsze uczciwy. Tylko w błahych sprawach bez znaczenia, takich jak religia czy polityka i temu podobne, nigdy nie miał wystarczająco zdecydowanych przekonań, które mogłyby wytrzymać krytyczne miauknięcie kota".

Autor, nie bez satysfakcji, informuje nas, że mówi do nas z grobu. Dawało mu to poczucie swobody i zwalniało z autocenzury. Mimo tego zabiegu zauważa, że pełna swoboda, mówienia absolutnie o wszystkim nie jest po prostu możliwa.

Twain nie należał ani do sympatyków Partii Republikańskiej, ani Demokratów. Jak pisze, jeszcze w 1866 roku sądził, że jest republikaninem, ale do bezpartyjnej wolności przekonał go zagorzały republikanin, który wystraszony ciągiem sukcesów Partii Republikańskiej powiedział mu, że obawia się, iż republikanie zaczynają traktować władzę w Stanach jak swoją własność, że partie powinny mieć wyrównaną siłę, a ojcowie powinni popychać swoich synów do różnych partii politycznych.

„Ten niewykształcony człowiek był przynajmniej mądry. Od tamtego dnia nigdy nie głosowałem mechanicznie, nigdy nie należałem do żadnej partii, do żadnego kościoła. Pozostałem absolutnie wolny w tych sprawach".

Żadna partia nie mogła mu dyktować jak ma głosować, ani nie określała jego patriotyzmu. „Gdyby partyjna lojalność miała określać patriotyzm, to nie jestem patriotą" — pisał.

Z trójki dzieci najbliższa była dla niego córka Susy. Zmarła kiedy miała 24 lata i we wspomnieniach zajmuje najwięcej miejsca. Kiedy miała osiem lat, dowiedziała się od guwernantki o indiańskich mitach religijnych, że mają nie jednego Boga, ale wielu. Tego dnia Susy powiedziała matce, żeby nie przychodziła na wieczorne modlitwy. Na pytanie dlaczego ośmioletnia Susy odpowiedziała: „Widzisz, Indianie wierzyli, że wiedzą, ale teraz wiemy, że byli w błędzie. Z czasem może się okazać, że my też jesteśmy w błędzie. Więc od teraz będę mówiła w modlitwie, że może jest jakiś Bóg w niebie, albo coś takiego". Twain pisze, że zapisał wówczas słowa córki, a jego szacunek dla jej decyzji rósł z każdym rokiem.

Odniesień do religii jest w tej autobiografii (a przynajmniej w pierwszym tomie) stosunkowo niewiele. W pewnym miejscu Twain opisuje historię poety Davida Greya. Gray jako dziecko przyjechał z rodzicami ze Szkocji i był wychowywany w rygorystycznie religijnej atmosferze. W wieku 33 lat, kiedy Twain go poznał, był „szczerym racjonalistą i zdecydowanym niewierzącym". W kilka lat później miał udar słoneczny, który spowodował trwałe zmiany w mózgu. Kiedy Twain spotkał go ponownie, nie mógł pisać poezji ani esejów politycznych, zajmował się nauczaniem religii. „Jego niewiara minęła, jej miejsce zajął jego wcześniejszy presbiterianizm".

Chwilami Mark Twain przechodził od wspomnień do komentowania wydarzeń bieżących, pod datą 12 marca 1906 znajdujemy jego niesłychanie mocną reakcję na wymordowanie przez armię amerykańską 900 członków plemienia Moro na Filipinach. Jak wynikało z pierwszych depesz zginęło 600 członków plemienia Moro, którzy (z kobietami i dziećmi) ukryli się w kraterze wygasłego wulkanu. Po stronie armii amerykańskiej zginęło 15 osób. Prezydent Theodore Roosevelt pogratulował zwycięstwa głównodowodzącemu i jego podwładnym.

Powoli z kolejnych depesz wyłaniał sie prawdziwy obraz wydarzeń — to nie była bitwa tylko rzeź. Rosła stopniowo liczba zabitych, nie wzięto do niewoli ani jednego dziecka, ani jednej kobiety, ani jednego mężczyzny. Straty po własnej stronie spowodowane były przez własną artylerię. Odpowiedzialny był generał Leonard Wood, protegowany przez prezydenta i wyniesiony na najwyższe stanowisko w armii były lekarz wojskowy.

Kilka stron opisu tego „incydentu" pokazuje Twaina jakiego nie znamy; człowieka, którego wypełnia gorycz i złość. Na innych stronach powraca Mark Twain satyryk; poznajemy postaci, które były pierwowzorami bohaterów jego książek i łajdacki charakter samego Twaina, który, sadząc z tego co pisze o swoim dzieciństwie, cudem tylko przeżył swoje pomysły.

Również jako człowiek dorosły zachował wierność zasadzie, że dla dowcipu wolno wszystko. Wśród licznych pomysłów znanego i szanowanego już autora szczególnie przypadał mi do gustu jego wizyta w Białym Domu.

Kiedy otrzymał zaproszenie od prezydenta, żona powiedziała mu, że włożyła mu do kieszeni karteczkę z ważną radą. (Było to o tyle praktyczne, ze Mark Twain należał do ludzi roztargnionych i pamiętał dobre rady nie dłużej niż przez 30 sekund).

Zgodnie z przewidywaniami pani Clemens, Twain znalazł karteczkę, kiedy ubierał się w hotelu na przyjęcie. Jak pisze była to porada tak poważna jak jej autorka.

Po przybyciu do Białego Domu (była to pierwsza kadencja prezydenta Clevelanda), Twain przywitał się i rozmawiał przez chwilę z prezydentem, ale dostrzegłszy jego młodą i piękną żonę, przerwał rozmowę mówiąc, że ma pilną sprawę do załatwienia. Zwrócił się do pani Cleveland z prośbą, żeby podpisała jego wizytówkę, gdzie na odwrocie było napisane „Nie zrobił tego".

Nieco skonsternowana żona prezydenta domagała się wyjaśnień, ale zaklinając ją, żeby mu zaufała, wymusił na niej jej podpis.

Dopiero po uzyskaniu podpisu pokazał jej kartkę od swojej żony; „Nie wkładaj ciepłych kalesonów do Białego Domu".

Mark Twain równie często kpi z siebie, jak z innych, więc nie tylko wracamy do atmosfery cudownych książek naszego dzieciństwa, ale równocześnie zaglądamy przez dziurkę od klucza w historię Stanów Zjednoczonych, z przewodnikiem, którego lubiliśmy od niepamiętnych czasów.


Autobiography of Mark Twain, Volume 1, University of California Press, Berkeley, Los Angeles, London 2010.

za: racjonalista.pl

Przypowieść: Igor Wieczorek HORROR VACUI


Na pierwszy rzut oka Piotr Ptak robił wrażenie miłego, pewnego siebie człowieka. Miał w sobie to słynne „coś”, co sprawia, że płoche kobiety tracą grunt pod nogami, a ich niespokojni partnerzy silą się na obojętność. Jego masywna postać była niezwykle foremna, twarz wyrazista i mądra, a w lekkim sposobie bycia nie można się było dopatrzeć żadnych rażących uchybień. Czasami zdarzało się wprawdzie, że bez wyraźnego powodu stroił przedziwne miny i wodził wzrokiem po niebie, jak gdyby tam szukał pomocy, ale ta dziwna maniera dodawała mu tylko uroku. Ci, którzy znali go bliżej, byli nim zachwyceni. Mówili, że zamieszkuje jakieś cudowne domostwa, że ma piękną żonę i kilka jeszcze piękniejszych kochanek, że w każdy sobotni wieczór jego salon gościnny wypełnia grono serdecznych i znakomitych przyjaciół. Wszechstronną działalność Ptaka otaczał nimb tajemnicy, a mnogość jego uzdolnień była wręcz niesłychana. Podobno miał spore udziały w handlu żywym towarem, ikonami, kawiorem, a nawet mumiami i naftą. Organizował koncerty, wyścigi koni i bale, był doskonałym aktorem, żeglarzem, himalaistą – słowem – Ptakiem nad ptaki. Nikomu nie przyszło do głowy, że ten wyjątkowy człowiek może być halucynacją.

Nikomu z wyjątkiem samego Ptaka. Od dziecka odnosił wrażenie, że jego ciało i umysł przeżarte są trupią próżnią, a w otaczającym go świecie i w ludziach, z którymi obcował, również odkrywał próżnię – tyle, że otoczoną pancerzem kąśliwych urojeń. Z biegiem lat i doświadczeń stawało się dlań oczywiste, że tym, co zespala próżnię z pancerzem kąśliwych urojeń, nie jest bynajmniej on sam, Bóg, Szatan, historia, czy kosmos, lecz przerażenie nicością – obłędny horror vacui.

Kto cierpiał na horror vacui? Wszyscy i nikt jednocześnie. Czym on właściwie był? Wszystkim i niczym zarazem. To wstrząsające odkrycie wpędziło Ptaka w sceptycyzm, solipsyzm i mitomanię. Czuł się na przemian: zwierzęciem, geniuszem, świętym lub trupem, lecz – bóg raczy wiedzieć dlaczego – nie czuł się zwykłym człowiekiem.

Nie byłoby w tym nic dziwnego (wszak długa historia ludzkości zna bardzo wiele podobnych i jeszcze gorszych dewiacji), gdyby nie fakt, że Piotr Ptak cieszył się szczerym uznaniem otaczających go ludzi. Mitoman wydawał się ludzki w rażąco nieludzkim świecie, a niekłamana nieprawda robiła lepsze wrażenie niż zakłamane półprawdy.

Ptak łamał niewinne serca, zniewalał miękkie umysły, szokował, bawił i wzruszał, bo w głębi jego istoty tętnił horror vacui. Świadomość tego absurdu wcale go nie uskrzydlała – przeciwnie – odnosił wrażenie, że nie rozpościera skrzydeł, które są wciąż rozpostarte jakby bez jego udziału. W końcu doszedł do wniosku, że wcale nie jest zwierzęciem, geniuszem, świętym, czy trupem, lecz pospolitym omamem.

I właśnie wtedy fortuna przestała mu dopisywać. Handel żywym towarem, kawiorem, mumiami i naftą przestał przynosić dochód, żona i piękne kochanki przepadły nagle bez wieści, a w zapuszczone domostwo z impetem wdarła się próżnia. Przez szereg długich miesięcy Ptak siedział w pustym salonie strojąc przedziwne miny i wodząc wzrokiem po ścianach. Potem sprzedał domostwo, rozszarpał na strzępy dwie mumie, do których czuł obrzydzenie, bo nie znalazły nabywcy i udał się w Himalaje. Nigdy już nie powrócił. Podobno jakiś czas temu wybitny himalaista, który pamięta Ptaka z czasów jego świetności, podczas wchodzenia na górę zwaną „Górą bez Boga” natknął się na istotę niezwykle podobną do Yeti. Ponieważ spojrzenia i ruchy tej unikalnej istoty wydały mu się znajome, zaczął ją obserwować. Kiedy zauważył, że Yeti wlecze za sobą ikonę, która wisiała przez lata w salonie gościnnym Ptaka, od razu przestał się wspinać na mroczną „Górę bez Boga”. Widocznie jest realistą i nienawidzi omamów.

Esej: Piotr Piętak GDY SZTUKA STAJE SIĘ TECHNIKĄ


Dlaczego w okresie naporu awangardy z lat 1911-1929 wypracowano paradygmaty sztuki, która w tej chwili rodzi się w cyfrowych mediach? Artyści z tamtego okresu – poeci, reżyserzy, malarze – traktowali sztukę jako jedną całość. Szukali związków między sztuka kina i sztuka słowa między obrazem i filmowa klatką, a właśnie takie poszukiwania są kamieniem węgielnym sztuki nowych mediów opartych o cyfrowe przetwarzanie. Forma ekranu komputera – prostokąt wypełniony różnego rodzaju symbolami, który pod wpływem użytkownika piszącego tekst na edytorze tekstów albo szukającego informacji w internetowej przeglądarce, zmieniają się w nieskończoną serią ruchomych obrazów przypominających do złudzenia abstrakcyjne kompozycje Malewicza, Strzemińskiego czy polskiego malarza i poety Tytusa Czyżewskiego. Jak do tego doszło, że obraz Kazimierza Malewicza „Czarny kwadrat na białym tle” rozpoczynający okres abstrakcjonizmu w historii malarstwa, przypomina do złudzenia ekran komputera? Jaka jest zależność między ewolucją form malarskich i ewolucja awangardowej poezji – szczególnie w Europie – a wyglądem a nawet funkcjonowaniem narzędzi informatycznych? Czy to przypadek, że piszę te słowa na edytorze tekstów, którego układy strony nazywają się pejzaż i portret a są to podstawowe pojęcia z historii malarstwa?

Twierdzenie, ze sztuka ma wpływ na rozwój techniki mogło szokować 100 lat temu, ale dzisiaj jest ono przyjmowane jako aksjomat rozwoju technik komputerowych. Mondrian namalował w 1942 roku obraz łudząco przypominający widok mikroprocesora.

Staje się powoli jasne, ze jednym z podstawowych praw funkcjonowania społeczeństwa informacyjnego jest proces powolnego – trwającego od początku XX wieku - zacierania się granic między sztuką i techniką, który wraz z pojawieniem się komputera doprowadził do sytuacji, że pojęcia z zakresu np. estetyki formalnej wyjaśniają lepiej jego funkcjonowanie niż parametry techniczne. Teoretycy estetyki formalnej – przede wszystkim H. Wolfflin w „Podstawowych pojęciach historii sztuki” – definiując obraz odwołują się do pojęć z zakresu logiki formalnej (przechodniość, asymetryczność itd.) wykazują, że „obraz polega na tym, że jego elementy mają się do siebie w pewien określony sposób” i dlatego można na nim wyróżnić logiczne odniesienia poszczególnych części obrazu. Niemiecki teoretyk obrazów w związku z ich logiczną analizą wyróżnia cztery podstawowe pary pojęć, które łączą dwie podstawowe cechy obrazu: płaszczyznowość i linearność. Są to:

- płaszczyzna i głębia obrazu,
- forma zamknięta i otwarta,
- wielość i jedność,
- jasność i niejasność.

Otóż wraz z pojawieniem się komputera pojawia się możliwość manipulowania za pomocą regulatora właściwości powierzchni obrazu. Komputer przetwarza przy pomocy narzędzi informatycznych infrastrukturę obrazu opierając się na scharakteryzowanych powyżej parach pojęć estetyki obrazu (w zasadzie teorii obrazu). W przypadku pierwszej pary – płaszczyzna i głębia – chodzi o to, czy obiekty obrazu są namalowane obok siebie, czyli na płaszczyźnie, czy przestrzennie - jeden za drugim. Te pojęcia historii sztuki stanowią odpowiedź na pytanie: jak można zmieniać formę obrazu, tak aby relacje między namalowanymi na nim obiektami pozostały takie same? Z tego wniosek, że czytając skomplikowane książki z zakresu estetyki formalnej, teorii obrazu czy krytyki abstrakcjonizmu możemy skonstruować nowe funkcje w grafice komputerowej. Rozdział między sztuką i techniką nie istnieje. Dzisiaj to właśnie sztuka i samowiedza o niej wyrażająca się w filozofii czy teorii obrazu są siłą napędową rozwoju społeczeństwa informacyjnego, czyli informatyki. Rozwój technik komputerowych jest powiązany – jak wspomniałem na początku artykułu – z poetycką i malarską twórczością i samowiedzą teoretyczną twórców awangardy. T. Peiper – jeden z głównych jej teoretyków – wskazywał w 1924 r. (T. Peiper – Tędy Nowe usta -1924) na związek między filmem a malarstwem kubistycznym. Porównał on tzw. „perspektywę okólną” Picassa ze zmianami ustawień i planów w zdjęciach filmowych. Dopiero w 1956 r. R. Jakoobson – wybitny amerykański językoznawca pochodzenia rosyjskiego - wskazał na zbieżną orientacje kubizmu w malarstwie i filmie. Jednocześnie Peiper jako teoretyk awangardy poetyckiej sformułował postulat tzw. „poematu rozkwitającego”, który jest dokładnym odpowiednikiem rozwijalnego menu używanego we wszystkich systemach operacyjnych (w nawiasie dodam, że Joyce zastosował technikę „poematu rozkwitającego” w jednym z rozdziałów „Ulisesa”). Najwybitniejszy – obok Leśmiana – poeta międzywojenny, twórca „drugiej awangardy” J. Czechowicz, swoje dwa pierwsze tomiki wierszy wydał w latach 20-tych na czerpanym papierze, których pokolorowane stronice zapisane były łamiącymi się wersami w poprzek, pionowo i poziomo tworząc coś w rodzaju „poetyckiego plakatu”, gdzie słowo było jednocześnie wyrazem i znakiem graficznym., Tego typu eksperymenty były odpowiednikiem dzisiejszego kompozytowania czyli łączenia wielu elementów z różnych sztuk, w celu stworzenia jednolitego obiektu. Nic błędniejszego od szukania języka nowych mediów tylko i wyłącznie w filmie, fotografii, fotomontażu, jest on wręcz zanurzony w awangardzie poetyckiej , która z zachwytem przyjęła nową cywilizację po I wojnie światowej zarówno w sferze technicznej jak i politycznej. Twórca futuryzmu Marinetti – piewca epoki elektryczności - był faszystą, Majakowski – którego poematy „Lenin” i „Dobrze” pisane techniką „schodkową” były graficzną kalką programu komputerowego – komunistą. Ten okres burzy i naporu, zaczął się na parę lat przed I wojną światową (wtedy ukształtował się futuryzm, ekspresjonizm, kubizm) i trwał przez pierwsze dziesięciolecie powojenne Natomiast ekspresjonizm, futuryzm, kubizm, surrealizm i inne kierunki dwudziestolecia 1910-1930 były jednocześnie prądami w literaturze i plastyce. Polegało to nie tylko na przyjmowaniu tej samej nazwy, a wraz z nią tego samego programu artystycznego i filozoficznego, i nawet nie tylko na wspólnocie organizacyjnej (wspólna prasa, wspólne wystąpienia grupowe), lecz nawet na tożsamości osób uprawiających różne dziedziny sztuki. Nigdy chyba nie zdarzyło się tak często, by wybitny pisarz był jednocześnie wybitnym plastykiem, a przynajmniej teoretykiem sztuki. Wystarczy wspomnieć nazwiska Appolinaire’a, Cocteau, Jacoba, Kandinskyego, Majakowskiego i innych. W Polsce zaś malarzami i pisarzami jednocześnie byli: Czyżewski, Witkacy, Chwistek, teoretykami zaś plastyki: Witkacy, Chwistek, Czyżewski, Peiper, Przyboś. Czyżewski jako teoretyk formizmu z jednej strony chciał przeprowadzić pararelę między nauką i poezją, z drugiej zaś stwierdzał, że zadaniem poezji jest wydobycie maksimum walorów formalnych zdania – przez zaciemnienie jego treści. Czyżewski w szkicu „O odlogicznieniu poezji” pisze : „Pierwszą główną akcja współczesnej poezji i prozy jest wyeliminowanie słowa z niewolnictwa logicznego zdania i składni”. Nazywa to „anarchizacja słowa” .

„Dymiące kominy, ogień czad
Rozprężonej materii ślad
Które żelazo i stal tak bardzo ukochały
Urano-blask mgławicy białej -
Mechanika Duch am bam”

Czy wers „urano-blask mgławicy białej”, napisany 20 lat przed rozbiciem atomu nie jest opisem wybuchu bomby atomowej? Czyżewski czy Czechowicz opisywali z precyzją zjawiska czy wydarzenia o których w ich czasach nikomu się jeszcze nie śniło. W wierszach i obrazach awangardowych poetów i malarzy zapowiedziano epokę internetu, komputeryzacji i języka czatów, którego główną cechą jest gubienie końcówek utartych zwrotów zamiast część – cz, zamiast dziękuję – dz , zamiast gratulacje – gr , zamiast pozdrawiam- pzdr . Co ciekawe, ten typ skrótów wymyślił już dawno temu polski poeta M. Białoszewski, który kilkadziesiąt lat temu wcześniej wyśmiał w satyryczno-lingwistycznym wierszu marzenia amerykańskiej młodzieży o „nowym wspaniałym świecie”

a ciąg?
na smyczy
radarowa smocz
taka sucz sztuczna
nylonozawsze
nykoń
rola uprawiana przez funkcje
rży …yix
mrówka pszczoły
porozumiewawczarnia

Miron Białoszewski, poprzez właśnie ucinanie znanych wyrażeń np. zamiast – a ciąg dalszy – poeta pisze: „a ciąg?” , tworzył bełkotliwy język-skrótów – godny społeczeństwa pszczół czy mrówek - którym zaczynamy coraz częściej porozumiewać się w internecie. Jego wizja przyszłości przedstawiona w latach 50-tych XX wieku zaczyna się realizować w tej chwili. Białoszewski – zauważył to polski krytyk Kazimierz Wyka – w swych eksperymentach słowotwórczych realizował postulat „anarchizacji słowa” T. Czyżewskiego. Jednak najbardziej charakterystyczną cechą języka, którym posługują się internauci jest mieszanie słów z symbolami pochodzącymi z kodów języków programowania; na naszych oczach powstaje nowy uniwersalny język dostosowany do epoki w której obraz zmienia się w słowo. Jeżeli w internecie korzystamy z czatów, poczty elektronicznej, grup dyskusyjnych czy nawet stron WWW, to na pewno spotykamy się właśnie ze specyficznym językiem internautów, który składa się on z różnych skrótów i emotikonów. Będąc w kawiarence internetowej spotykamy się ze znaczkami takimi jak: :-), :-( - są to emotikony. W internecie jest ich bardzo wiele i cały czas powstają nowe. Zapoznajmy się z kilkoma:

:-) uśmieszek "podstawowy"

:-( smutasek czyli odwrotność uśmieszka

":)" uśmieszek miniaturowy

":(" smutasek miniaturowy

Już w tym momencie można zauważyć, że język internautów, a w zasadzie ich kod, naśladuje język komputera, który składa się – jak wiemy – tylko z dwóch znaków 0 i 1, czyli potwierdzenia i jego przeciwieństwa; tak samo postępują internauci; jeżeli jednym z elementów „uśmiechu” jest nawias prawoskrętny ) to smutek oznaczamy nawiasem lewoskrętnym ( Innymi słowy internauci zachowują się tak jakby wysyłając do siebie sygnały jednocześnie chcieli się porozumieć ze swoim komputerem i powiedzieć mu jakim w stanie psychicznym znajduje się jego użytkownik, np.

:'-( łezka mi się w oku zakręciła ze smutku

:'-) łezka mi się w oku zakręciła ze szczęścia

Uderzające jest także to, że emotikony internauci tworzą zgodnie z logiką tzw. wyrażeń regularnych, będących podstawą wszystkich języków internetowych i nazywanych „algebrą informatyki”. Na przykład w wyrażeniach regularnych ogromna rolę odgrywają różnego rodzaju nawiasy: { }, [ ], ( ) Czy na podstawie emotikonów powstają już w instytutach badawczych nowe języki programowania? Jesteśmy o krok od wynalezienia kodu (języka) , którym będą mówili zarówno ludzie jak i komputery. Pierwowzór dzisiejszych tendencji wyrażających prymat maszyny nad człowiekiem, możemy odnaleźć w twórczości radzieckiego poety, inżyniera i wynalazcy Aleksieja Gastiewa, który w latach 20- tych XX wieku pisał o „technicyzacji słowa” i „uniwersalnej maszynizacji” życia ludzi. Poeta-inżynier stwierdzał, że to „maszyna steruje żywymi ludźmi”, a jego poezja zebrana została w tomiku wierszy pod wielce znaczącym tytułem „Pakiet zarządzeń”. Wiersze tego pakietu są ponumerowane od 1 do 10, a liczby są zarazem ich tytułami. Zarządzenie 07 jest hymnem na część nowych - wtedy w latach 20 –tych XX wieku – mediów: telegrafu, telefonu i radia. Natomiast zarządzenie 02 jest jak informatyczny program, który składa się z krótkich poleceń : „Kończyć./Włączać./Tryb automatyczny./Zatrzymać”. Jest wielce prawdopodobne, że kod internautów będzie – świadomie lub nieświadomie – nawiązywał z jednej strony do matematyzacji wyrażeń i słów z drugiej zaś do najbardziej radykalnych eksperymentów awangardzistów poetyckich XX wieku. Na przecięciu matematyki i awangardowej poezji rodzi się nowy rodzaj ludzkiej mowy.



Bibliografia:

Lev Manovich, Język nowych mediów, WAiP Warszawa 2006
R. Debray, Wprowadzenie do mediologii, Oficyna Naukowa - Warszawa 2010
S. Zieliński, Archeologia mediów,  Oficyna Naukowa - Warszawa 2010
A.R. Galloway, Język chce by go nie dosrzegać, Kultura popularna nr 4 2008


Autor jest informatykiem, twórcą stron internetowych.

Pogranicza: Piotr Stanisław Król - Barbara Kościuszko NA KLĘCZKACH ŻYĆ NIE UMIEMY


Słowo na barykadach Wolności

Czy słowo może być skutecznym orężem w walce z wrogiem? W zasadzie jest to pytanie czysto retoryczne. Odpowiedzią jest samo życie – paniczny przed nim lęk uzbrojonych po zęby oprawców, którym wydaje się, że można je zatłuc pałą, gazrurką, rozstrzelać z kałasznikowa, strzałem zza węgła... Ofiarą bywa ten, który słowo wypowiada, wykrzykuje; a ONO żyje nadal, jest nieśmiertelne, choć z czasem bywa porzucone, zapomniane... Do czasu.

Barbara Kościuszko, po dwudziestu kilku latach, postanowiła za namową swoich przyjaciół, wydać zbiór swoich wierszy pisanych w czasach tzw. „epoki jaruzelskiej”. Wierszy, które niczym pociski na barykadach Wolności, wystrzeliwali w tamtym okresie pisarze „drugiego obiegu”, w walce Solidarności z komuną. Poeci: Woroszylski, Krynicki, Zagajewski, Herbst, Polkowski, Pawlak, Szaruga,. Budrewicz, Jastrun i wielu innych stanowili awangardę bojowników Słowa, do których dołączali z dnia na dzień kolejni, czasem i tacy, którym dopiero stan wojenny rzucał wyzwanie: „pisz i walcz!”. Sztandarowym poematem był napisany w 1983 roku przez Zbigniewa Herberta wiersz pt. : „Raport z oblężonego miasta”. Przytaczam tutaj jego fragment:

[...] wieczorem lubię wędrować po rubieżach Miasta
wzdłuż granic naszej niepewnej wolności
patrzę z góry na mrowie wojsk ich światła
słucham hałasu bębnów barbarzyńskich wrzasków
doprawdy niepojęte że Miasto jeszcze się broni [...]

Czym broniło się „Miasto”, pod pojęciem którego wpisać można każdy zakątek Polski, nawet ten najmniejszy, po 13 grudnia 1981 roku? Poetka, Barbara Kościuszko w swoim wierszu pt.: „Usprawiedliwienie” odpowiada:

Rzecz jednak w tym,
że gdy zawiodły inne formy walki –
ważnym orężem musi stać się SŁOWO,
i ono musi świadczyć, że jesteśmy!

Tytuł jej tomiku: Na klęczkach żyć nie umiemy, to deklaracja poetki w imieniu milionów rodaków spod sztandaru Solidarności. I nie tylko, także naszych matek, ojców, dziadków, pradziadków... To wyznanie wpisane pod wyrytym w naszych duszach, sumieniach hasłem: BÓG, HONOR, OJCZYZNA.

[...] Umieliśmy tak wiele przetrzymać.
Losy przecież nie były łaskawe:
Tyle wieków nierównych zmagań,
Tyle wojen i powstań krwawych...

Lecz dlaczego? Dlaczego? Dlaczego
Teraz krew na tej biednej ziemi?
Przecież wiecie lepiej od obcych,
Że na klęczkach żyć nie umiemy!

Okres stanu wojennego, to był przede wszystkim czas walki z KŁAMSTWEM, które wdzierało się w każdą szczelinę, każdy zakątek sfery naszego życia. „Prawda gwarancją Wolności” – słowa Jana Pawła II wzbudzały u czerwonej władzy PRL-u odruchy wręcz alergiczne. Prasa, radio, telewizja codziennie wypluwały z siebie stek kolejnych krętactw, zakłamania, fałszu – o czym doskonale wiedzieli zarówno ONI, jak i MY. To była szczególnie wyrachowana gra. Barbara Kościuszko znakomicie to ujęła w wierszu „Małe studium o wielkim kłamstwie”:

Spiker telewizyjny czyta komunikat.
Patrzy mi w oczy...
On wie, że ja wiem,
ja wiem, że on wie, że ja wiem...
Uśmiechamy się do siebie przez szybkę:
ja szeroko
on odrobinę.
Czasem powiem: „ty skurwysynie!"
On wie, że ja to mówię.
Ja wiem, że on wie.
Czasem chyba mu trochę przykro.
Mnie wcale.
Ale jutro, jeśli go spotkam -
przełknę odruch niechęci.
Może się nawet uśmiechnę?
Bo czyż można,
czyż można,
czyż można nienawidzić spikera,
który myśli, że musi być szmatą? [...]

„On wie, ja wiem...” i dalej poruszaliśmy się niczym kukiełki w teatrze politycznego absurdu. Aby jakoś w miarę normalnie w tym wszystkim funkcjonować potrzebne było nam antidotum w postaci czystego, jasnego, prawdziwego SŁOWA. Tylko ono mogło nas obronić przed chorobą „orwellowskiej prawdy” (czyt. kłamstwa), toczącej organizm Polski, niczym rak.

A jak tego typu poezję można oceniać dzisiaj, ponad dwadzieścia lat po obaleniu systemu PRL-u? Dlaczego Barbara Kościuszko wydaje zbiór wierszy, które przykrył już kurz zapomnienia? Czy warto...? Poeci są strażnikami Pamięci, należy o tym pamiętać. Pokryte kurzem wersy? Do czasu... Piszę te kilka słów o tomiku Barbary Kościuszko 2 maja 2011 roku, tuz po beatyfikacji Jana Pawła II i czytam słowa wiersza poetki z 1983 o II Pielgrzymce Ojca Świętego do Polski: „Ojcze kochany, tak byśmy pragnęli / serca mieć dobre i czyste jak dzieci / i jeśli płakać – to łzami radości, / że znów tu Jesteś. I złożyć Ci dary...” („List do Ojca Świętego Jana Pawia II”). Dziś wiemy, jak wielkim On darem był dla nas, a słowa sprzed lat brzmią tak aktualnie...

Aktualne stają się też niestety dramatyczne wydarzenia, które wydawałoby się, są już zamierzchłą historią z „epoki jaruzelskiej”.

Można –
rozjechać go kołami,
zgnieść gąsienicą czołgu,
zmiażdżyć podkutym butem,
rozrzucić na świata strony,
zatopić,
zgarnąć spychaczem,
wyrzucić do Wisły,
na śmietnik...

(„Walka z kwietnym krzyżem”)


W dniu 10 kwietnia 2011 roku, w rocznicę katastrofy prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem, na Krakowskim Przedmieściu szuflami zgarniane jeszcze palące się znicze oraz świeże tulipany przez służby miejskie, uzbrojone po zęby oddziały ZOMO, cholera... przepraszam – policji, schowane za stalowymi barierami w obronie przed pokojową demonstracją ludzi, domagających się tylko, a może, aż – PRAWDY. Byłem, widziałem, uwierzyłem..., że historia jednak naprawdę kołem się toczy.

Końcowy wiersz Barbary Kościuszko pt. „Co Polakowi w duszy gra...”, to gorzka-satyryczna ballada, jak znalazł dla Janka Kelusa, Jacka Kleyffa lub innego barda tamtych czasów. Czytam, a właściwie śpiewam sobie pod nosem, szukając swojej starej gitary i klnę z poetycką zadumą razem z poetką:

Chociaż my orły i sokoły
każdy lazł do nas, jak po miód!
I nęć Herkules contra plures,
orłowi wyskubano pióra...
I już nie pomógł żaden cud!

Austryjak, wredny Prus
i podła swołocz – Ruś...
Ach, upierdliwa polska dola –
albo powstanie, albo niewola...
I la, la, la, orkiestra gra...
To jest historia! Voila!

Drogi Czytelniku, „to jest historia...” – warto ją przeczytać; ...magistra vitae est –jest ona nauczycielką życia. Wraz z Barbarą Kościuszko i Cyceronem, gorzko się uśmiechając, wykrzykuję – Voila! – i wdrapuję się na barykadę Wolności w walce o Słowo. A wydawało mi się, że już czas na słodkie leniuchowanie... Kolejni niepokorni wobec obecnej władzy dziennikarze, publicyści są „kneblowani”, wyrzucani z radia, telewizji (tzw. publicznej). Pani Barbaro, przecież „na klęczkach żyć nie umiemy”, prawda?