LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA
______________________________________________________________________

OD REDAKCJI 6/2012


Z przyjemnością informujemy, że ukazał się 9 numer pisma kulturalno-artystycznego „Lamus” zatytułowany „Degradacje”.

Sumienie – a właściwie jego brak, ściślej jeszcze: taktyka i technika jego usypiania, ogłuszania, odsuwania, oszukania albo wykpienia – to właściwy, podskórny temat dziewiątego tomu „Lamusa”, zatytułowanego Degradacje. Tytuł niedosłowny, bo nie o obniżenie jakiejkolwiek rangi czy pozbawianie funkcji idzie, a przenośny, stosowany jako synonim pomniejszania, umniejszania, obniżania, poniżania. Bliższy z pewnością „deprecjacji”, której ulegają kategorie, pojęcia i wartości, ale rzeczy materialne są – raczej i częściej – degradowane. O sensie ostatecznym decyduje tu intencja. W definicji słownikowej „degradacji” mowa jest też o „godności” (czyli honorze, dumie) i to jest właściwe tło dla rozważań o przejawach tego procesu, dokonujących się współcześnie na różnych polach, za naszym przyzwoleniem albo przeciw nam. Ale to już sprawa sumienia. (…)

Gabriela Balcerzak


W numerze: OD REDAKCJI. SUMIENIE

Bogdan Banasiak
DESTRUKCJA CZY DEKONSTRUKCJA?

Wojciech Józef Burszta
SHERLOCK HOLMES: WAŃKA-WSTAŃKA POPKULTURY

Adam Czabański
SAMOBÓJSTWO JAKO PRZYKŁAD AUTODEGRADACJI CZŁOWIEKA

Małgorzata Czabańska-Rosada
BYĆ OUTSIDEREM – DEGRADACJA CZY NOBILITACJA? ROZWAŻANIA Z PERSPEKTYWY LITERACKIEJ

Zbigniew Czarnuch
TAM WSZĘDY GDZIE PRZEMIJANIE, DEGRADACJA I WOLA PRZETRWANIA

Roman Doktór
OBLICZA DEGRADACJI LITERACKIEJ

Dorota Folga-Januszewska
ROZPAD WSPÓLNOT. IDĄ NOWE CZASY DLA MUZEÓW

Beata Frydryczak
O DEGRADACJI PRZYRODY W PRZESTRZENI MIEJSKIEJ DO „TERENÓW ZIELONYCH”

Andrzej Lis
DEGRADACJE I AFIRMACJE

Jerzy Madejski
POWABY PROWINCJI. LITERATURA LUBUSKA A LITERATURA GORZOWSKA

Jan Michalski
COLD WAR POP

Paweł Orzeł
MOCKUMENTARY UCIECZKA PRZED „KINEM ŁADNYM”

Cezary Zych
PRZEPIS NA SAMOZAGŁADĘ

Krzysztof Varga
POLSKI JĘZYK CZYLI LUBIĘ TO, KURWA...!

Krzysztof Jurecki
KOLOSALNA MORDA MIASTA TOMASZA SOBIERAJA

FOTOGRAFIE Tomasz Sobieraj

Pismo dostępne w salonach Empik. Więcej na http://www.klublamus.pl/pl/archive/390-wydawnictwo_lamus.html


Felieton: Igor Wieczorek EGZAMIN Z MAŁPIEJ ZRĘCZNOŚCI


I znów, jak co roku, egzamin maturalny z języka polskiego stał się przyczyną lamentu nad strasznym stanem oświaty. Małgorzata Niemczyńska, zasłużona polonistka i pisarka, ubolewała nad tym, że „Pytania sformułowane w konkretny, ograniczający sposób nie dawały żadnej furtki, by uciec od sztampowych odpowiedzi w samodzielne myślenie”.

Natomiast prof. Ewa Nawrocka, kierownik Katedry Teorii Literatury i Krytyki Artystycznej w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu Gdańskiego, powiedziała Gazecie Wyborczej, że „Bezmyślna, nieodpowiedzialna reforma szkolnictwa podstawowego i średniego doprowadziła do kompletnej zapaści edukacyjnej. Jej autorzy i orędownicy już gryzą ziemię, nauczyciele zmagają się z przeszkodami nie do przekroczenia, a my dostajemy studentów niedouczonych, niemyślących, intelektualnie leniwych i biernych, a do tego aroganckich. Przychodzą na uczelnie ludzie napakowani w szkole absurdalną wiedzą, by mogli z małpią zręcznością rozwiązywać testy. Twórczo korzystać z tego nie potrafią. Dosyć!”.

Zażarta dyskusja na temat „klucza maturalnego” z języka polskiego toczy się od momentu wprowadzenia tzw.”nowej matury”, czyli od siedmiu lat. Zważywszy fakt, że ten „klucz”, czyli schemat oceniania prac maturalnych, jest tajny, a egzaminatorzy w całym kraju podpisują zobowiązanie, że nikomu go nie pokażą, dyskusja jest bezprzedmiotowa. Jak można spierać się o coś, co jest z zasady nieznane? Trudno się oprzeć wrażeniu, że spór toczy się nie o „klucz”, ale o jego ideę. To właśnie idea klucza budzi tyle emocji. Z punktu widzenia obrońców światopoglądowej wolności i twórczego myślenia sztywne kryteria oceny w dziedzinie humanistyki są jakimś ograniczeniem, a z punktu widzenia obrońców jasnych, przejrzystych zasad, równości i efektywności edukacja bez klucza byłaby niemożliwa. Ten konflikt jest nieunikniony, bo jest sednem ludzkiej kultury. Od niepamiętnych czasów duch normy i skuteczności zmaga się z duchem buntu i rewolucji.

W przygotowanym kilka lat temu dla wiedeńskiego Instytutu Nauk o Człowieku wykładzie znany socjolog Zygmunt Bauman zauważył, że „W istocie stoimy w obliczu paradoksu. Lub błędnego koła. Nie da się pogodzić kultury z zarządzaniem, szczególnie zarządzaniem natrętnym i podstępnym, nie mówiąc już o sytuacji, gdy dąży ono do takiego wypaczenia przyrodzonej kulturze potrzeby poszukiwania i eksperymentowania, aby pasowała do wyznaczonych przez zarządzających ram racjonalności – tej samej racjonalności, którą chcą i muszą przekraczać artystyczne poszukiwania skoncentrowane na tym, czego jeszcze nie ma i na tym, co jest tylko możliwe”.

Artystom i maturzystom, podobnie jak nauczycielom, politykom i urzędnikom nie pozostaje więc nic innego, jak tylko zaakceptowanie tego paradoksu. Nawet najbardziej niszowa i kontrkulurowa twórczość musi mieć swoich odbiorców, sponsorów i recenzentów, a tylko administracja potrafi zarządzać przestrzenią między widownią a sceną. Dwie przeciwstawne prawdy w istocie są komplementarne. Miał rację Oscar Wilde, kiedy powiedział, że „ Kultura jest bezużyteczna, a przynajmniej taka się wydaje, dopóki zarządzający mają monopol na wyznaczanie granic między tym, co jest przydatne, a tym, co jest odpadem”.

Nie można jednak odmówić sensowności poglądom wybitnego kulturoznawcy T.W. Adorno, który uważał, że „Apel do twórców kultury, aby nie poddawali się procesowi administrowania i trzymali się od niego z daleka, brzmi fałszywie. Pozbawiłoby to ich nie tylko możliwości zarabiania na życie, ale również możliwości wywierania wpływu, zawiązywania jakichkolwiek więzi między dziełem sztuki a społeczeństwem, bez którego prawdziwie wielkie dzieło, jeśli nie chce zginąć, nie potrafi się obejść”.

Odnoszę krzepiące wrażenie, że spór o „klucz maturalny” będzie się toczył bez końca, bo jest dla oświaty niezbędny. Problemem nie jest więc spór, klucz ani jego idea, ale charakter relacji między państwem a szkołą, uczniem a nauczycielem, teorią a czystą praktyką. Szkoda, że nie kształtujemy tej relacji z taką małpią zręcznością, z jaką zdajemy maturę.

Esej: Dariusz Pawlicki O PEWNYM NIESTRUDZONYM WĘDROWCU


Po raz pierwszy z wierszami Charlesa Reznikoffa zetknąłem się na początku lat osiemdziesiątych XX w. I zrobiły one na mnie bardzo duże wrażenie, chociażby ten:

Jerozolima złota

Jeśli istnieje jakiś plan,
może i to się mieści w planie,
gdy wagon metra zakręca na zwrotnicy,
koła zgrzytają o szyny,
i gasną światła –
ale po chwili zapalają się na powrót.

(tł. Piotr Sommer)

Stopniowo poznawałem następne. Dowiadywałem się także kolejnych szczegółów z życia Charlesa Reznikoffa. Szczególnie jeden, już na samym wstępie, ustosunkował mnie do niego pozytywnie. Reznikoff został mianowicie poproszony, przez organizację działającą na rzecz upowszechniania poezji, o przeczytanie zestawu swych wierszy. Miał je czytać na ulicy, wraz z innymi poetami. Został jednak wprowadzony w błąd i w umówionym miejscu zjawił się... o dzień za wcześnie. Postawił na ławce zniszczoną teczkę i wyjął z niej plik kartek. Następnie, nie zrażony nieobecnością współuczestników, zaczął czytać swoje utwory. Ludzie początkowo go omijali. Ale stopniowo zaczęli gromadzić się wokół niego.

*

Charles Reznikoff urodził się na Brooklynie (wtedy jeszcze samodzielnym mieście) w 1894 r., w rodzinie Żydów przybyłych z Rosji.

Na Brooklynie spędził dzieciństwo i lata młodzieńcze. Ale na studia wybrał się na University of Missouri, gdzie niedawno utworzono wydział dziennikarstwa. Po roku stwierdził jednak zdecydowanie, że nie chce być dziennikarzem. Po powrocie do Nowego Jorku rozpoczął, za namową rodziny (chodziło o zdobycie solidnego zawodu), studia prawnicze na New York University. Skończył je zaś, z bardzo dobrym wynikiem, na Columbia University. Wkrótce podjął się obrony w sądzie swego krewnego. Niestety, sprawa ta zakończyła się jego całkowitą porażką. Nie miał bowiem w ogóle „temperamentu adwokackiego”. Następnie rozpoczął pracę w redakcji Encyklopedii dla prawników. Polegała ona na opracowywaniu haseł. Zwolniono go jednak, gdyż okazał się być nazbyt skrupulatny, a przez to mało wydajny. Jego przełożony skomentował to następująco:

„Myślałem że zatrudniam cieślę, ale ty okazałeś się być stolarzem”.

Podczas Wielkiego Kryzysu pracował w rodzinnej firmie – wyrób i sprzedaż kapeluszy. W 1930 r. ożenił się z pisarką i redaktorką Marie Syrkin.

Przez większość swego życia Reznikoff zarabiał na utrzymanie pisząc kroniki gmin żydowskich w USA, redagując książki, tłumacząc z niemieckiego. Współpracował także przez pewien czas, jako prawnik, z wytwórniami filmowymi. Problemy finansowe miał jednak często.

*

Wiersze zaczął pisać jako dwudziestolatek i pisał je przez przeszło pięćdziesiąt lat. Przez zdecydowaną większość tego okresu, niewielu jednak znało go jako poetę. Wydawcy nie byli bowiem zainteresowani jego poezją. Dlatego sam zajął się publikowaniem swoich tomików (nawet obsługiwał prostą maszynę drukarską). Ukazywały się one jednak w niewielkich nakładach.

Charles Reznikoff był agnostykiem. Ale przynależność do narodu żydowskiego była dla niego niezwykle ważną sprawą. Dlatego w jego wierszach (także w prozie), tak często pojawia się tematyka żydowska. Poniższy wiersz jest tego przykładem:

[Rabin wyczytywał nazwiska]

Rabin wyczytywał nazwiska członków swej dawnej kongregacji
i w trakcie czytania przy każdym nazwisku dodawał: „Nie żyje!”
W jego głosie słychać było ton satysfakcji
że sam jest ciągle wśród żywych –
słabowity na ciele i na umyśle jeszcze słabszy.

(tł. Piotr Sommer)

Codziennie wędrował po Nowym Jorku (5-7 kilometrów), głównie po Manhattanie. Uwielbiał bowiem to miasto. Te wędrówki były dla niego bardzo ważne. To dlatego, gdy rząd Izraela zaproponował Reznikoffowi (był już wtedy nieco bardziej znany) odwiedzenie kraju przodków, odpowiedział (podobno), że z zaproszenia nie skorzysta, gdyż jeszcze nie dość dobrze poznał Central Park.

Większość jego wierszy powstało podczas tych wędrówek. Bohaterem wielu spośród nich jest natura w wielkim mieście. Ale równie często - człowiek; nierzadko imigrant. Ale Charles Reznikoff jest także autorem cyklu utworów poetyckich opatrzonych wspólnym tytułem Holocaust, opartych na materiałach z procesu norymberskiego. Napisał także, na podstawie ksiąg i rejestrów sądowych, szereg wierszy wydanych następnie pod tytułem Testimony: The United States (1885-1915). Przedstawił w nich różne wydarzenia z historii Stanów Zjednoczonych.

Znaczna część twórczości poetyckiej Reznikoffa jest klasycznym przykładem kierunku nazywanego obiektywizmem. Według obiektywistycznych założeń, wiersz powinien zawierać jedynie fakty. Natomiast rola poety winna ograniczyć się do takiego przedstawienia tych faktów, aby one przemówiły do czytelnika. Czyli, innymi słowy, im w wierszu mniej jest poety, tym lepiej.

Ale dorobek literacki Charlesa Reznikoffa nie ogranicza się do poezji. Jest on bowiem także autorem kilku powieści m. in. Chronicle, opartej na pamiętnikach swych rodziców i Lionhearted, przedstawiającej tragiczne losy Żydów w średniowiecznej Anglii.

*

W 1962 r. w nowojorskim czasopiśmie „New Leader” ukazał się artykuł poświęcony twórczości poetyckiej Charlesa Reznikoffa. I był to tekst entuzjastyczny w swej wymowie. Jego autor Milton Hindus, krytyk literacki, eseista i poeta, był bowiem zafascynowany wierszami Reznikoffa. Ta publikacja sprawiła, że zaczęto interesować się Reznikoffską poezją i jej autorem. Wyrazem tego stały się zaproszenia na spotkania na uniwersytetach, wieczory autorskie. Kilka zbiorów jego wierszy ukazało się w znanych oficynach. Otrzymał również kilkakrotnie wyróżnienia. Nagrodę przyznał mu, na przykład, The National Institute of Arts and Letters (1971). Ale były to jedynie przejawy zainteresowania. O sławie nie można było bowiem mówić. I nadal nie można.

*

Charles Reznikoff zmarł w swoim manhattańskim mieszkaniu rankiem 22 stycznia 1976 r. Jego ciało zostało pochowane na Old Mount Carmel Cemetery na Queensie. Na nagrobku wykuty jest napis: „i jasność dni niknie w gwiazdach”.

*

Wędrując ulicami Manhattanu nie zastanawiałem się: Czy On tędy szedł? Wiedziałem, że szedł na pewno!

Jest Poezja! Dariusz Pawlicki



Nocą na małej stacji

W oddali światła
Zbliżającego się pociągu

Mogę do niego wsiąść
Mogę pozostać –
Do mnie należy wybór

- To pośpieszny –
Mówi siedzący na ławce
Starszy mężczyzna –
Tutaj nie staje

____

Prawie zawsze
Okrzyczane książki czytam
Z iluśletnim opóźnieniem
Ale to wychodzi mi na dobre:
Kiedy krzyki umilkną
Więcej słychać!
Można to też wyrazić tak:
Kiedy pył opadnie
Więcej widać!



Życzenia dla dziewięćdziesięciojednolatka
od trzech lat unieruchomionego
w łóżku

Na widokówce przedstawiającej
Zamglony brzeg morza
Napisałem:
Życzę Ci Dziadku
Aby spełniło się
Twoje największe marzenie

Wiedziałem że tym marzeniem
Jest śmierć



O tym, że być może
piekieł jest wiele

Podobno jeden z bohaterów „Zbrodni i kary”
Wyobraża sobie piekło jako
Małe zakopcone pomieszczenie
W którym pali się świeczka
A okno przesłaniają pajęczyny

Do tego obrazu idealnie pasuje
Dobrze mi znana z Suwalszczyzny
Łaźnia zwana banią –
Pamiątka po staroobrzędowcach:
Niewielki drewniany budynek
Z miniaturowym oknem
W pokrytym sadzą wnętrzu
Stoi kamienne palenisko
A wzdłuż ścian wąskie ławki

Oryginalna wizja piekła
Z tym że w każdej wsi
Takich łaźni
Jest kilka



Zainspirowany chińskim poetą
z VIII wieku

W swym wierszu Tu Fu
Wspomina o padającym śniegu

Podnoszę wzrok i widzę
Wirujące za oknem płatki

- Tu Fu
Dzieli nas coraz więcej
Śniegu

Recenzja: ZEMSTA JEST KOBIETĄ antologia opowiadań


Autor: Jan Siwmir


Zemsta jest kobietą. Ładny tytuł, mocny, sugestywny. Jako że jestem mściwy jak Tyzyfone, z przyjemnością zabrałem się do lektury antologii.

Na początku byłem lekko zawiedziony. Spodziewałem się prostych, wyrazistych sytuacji, kiedy to ktoś krzywdzi kobietę, a ona wymierza mu adekwatną i dotkliwą karę. Gdy zorientowałem się, że autorzy opowiadań bardziej kreatywnie podeszli do tematu, było już za późno; rozsmakowałem się w nietypowych opowieściach i jeszcze bardziej nieszablonowych zakończeniach.

Mity, religie, bajki, archetypy i skojarzenia z najbardziej znanymi lekturami świata tłumnie przewijały się przez moją głowę. Toksyczne związki ojca z córką, etykietyzacja, trudne wybory, decyzje determinujące całe życie. Miłość aż po zatracenie własnego jestestwa i granice odwetu. Wszystko to było, ale jakże inaczej.

Na dwa opowiadania szczególnie zwróciłem uwagę. Daniel Koziarki rozbawił mnie podwójną zemstą. Nie tylko tą, którą wymierza bohaterka, ale swoją własną, prywatną wendetą. Opis środowiska literatów przyznaję bardzo celny.

Najbardziej przypadło mi jednak do gustu opowiadanie Oczy wieprza. Może dlatego, że temat taki... wszechobecny. A może dlatego, że jestem szczególnie uczulony na hipokryzję. Każdy przecież ma mniemanie o sobie najlepsze z możliwych, niewielu potrafi spojrzeć w lustro, powiedzieć „jestem świnią” i w dodatku powiedzieć to tonem dalekim od satysfakcji.

Ale wiecie co? Po lekturze został mi pewien niedosyt. Kiedyś, dawno temu miałem żal do Aleksandra Dumasa, że jego Hrabia Monte Christo nie dokończył zemsty. Dziś, czytając kolejne historie, byłbym zadowolony choćby połową tego, co zrobił. No cóż, jak widać, nie można mieć wszystkiego. I może dobrze, istotą literatury jest jak wiemy łaskotanie, gra wstępna, potęgowanie napięcia, a nie łatwe zaspokajanie zachcianek. Dlatego z czystym sercem mogę polecić antologię.

Duże brawa dla autorów, którzy naprawdę dali z siebie wszystko! Jako czytelnik proszę o więcej podobnych inicjatyw, jako pisarz kłaniam się czapką z piórami, niewiele bowiem jest w stanie mnie zaskoczyć, a tu kilkakrotnie się udało.


Zemsta jest kobietą, wydawnictwo JanKa, Pruszków, 2011.

Recenzja: Zbigniew Joachimiak SEZON LOTÓW TRWA


Autor: Tomasz Sobieraj


Pojawienie się na rynku wydawniczym książki poetyckiej przekraczającej ramy przeciętnej produkcji literackiej – czyli nieobliczonej na medialny szum, zadziwienie lub, co najczęściej, zaspokojenie grafomańskich zapędów autora – jest wydarzeniem niecodziennym. Nie towarzyszą mu jednak nadprzyrodzone zjawiska, anomalie natury, nagrody wysokich gremiów, kosztowne kampanie promocyjne, bankiety i panele dyskusyjne z udziałem znanych krytyków oraz nauczycieli akademickich. To święto przebiega w życiodajnej ciszy, jest małą prywatną uroczystością stęsknionego za tradycyjnymi wartościami czytelnika – czyli takiego jak ja. I właśnie teraz mam swoje święto. Przyczynił się do tego wydany niedawno zbiór krótkiej prozy i utworów poetyckich Sezon lotów trwa Zbigniewa Joachimiaka.

Jestem krytycznym i bardzo wybrednym miłośnikiem literatury, trudno jest mnie zadowolić i zawsze szukam potwierdzenia swojej tezy, że po Herbercie niewiele może się wydarzyć, a przynajmniej nie za prędko. Przyznaję więc, że w czasie lektury książki Joachimiaka z właściwą swojemu charakterowi czujną i okrutną skrupulatnością wyławiałem niedociągnięcia autora (a kto, może poza nieustannie poprawiającym wiersze Kawafisem, ich uniknął?), jednak zostały one przysłonięte refleksjami ogólnej natury – a te przychodzą tylko wtedy, gdy są sprowokowane dobrą literaturą, która ma coś istotnego do przekazania i, oczywiście, gdy czytelnik jest do refleksji zdolny.

Jest taki wiersz Roberta Frosta The Road Not Taken – Droga nie wybrana, w którym podmiot liryczny – którym z całą pewnością jest tutaj autor – staje na rozdrożu w lesie, i żałując, że nie może jechać dwiema drogami naraz i być jednym podróżnym, wybiera tę mniej uczęszczaną. Życie codziennie nam przypomina, że nie każdy człowiek, a już szczególnie poeta, ma tę ciekawość świata i odwagę, by wybrać drogę „porośniętą trawą” – merkantylny zmysł przeciętnego, ale ambitnego poety drepczącego po swoją sławę podpowiada mu bowiem, że lepiej iść pokrytym kurzem, zatłoczonym gościńcem, by zyskać łaskawość stojącego nieruchomo na poboczu czytelnika, krytyka, wydawcy czy innego kapryśnego boga, lub raczej bożka. Oczywiście, może się okazać, że na końcu jednej, jak i drugiej drogi czeka rozczarowanie, że sława nie jest równoznaczna ze szczęściem, a ciekawsza droga skazuje na nieznośną samotność. Wtedy pozostaje już tylko satysfakcja z pieniędzy albo duma z zachowanej niepodległości. W obu jednak przypadkach zapomnienie przez potomnych jest równie realną możliwością.

Po wejściu w smugę cienia podróżnik w nieznane, czyli bohater wiersza Frosta, mimo że nie do końca pewien słuszności swojego wyboru mówi rzecz dla nas oczywistą, mianowicie że wszystko w życiu stanowi tego wyboru konsekwencję; ostatecznie jednak jest szczęśliwy i spełniony, co z pewnością jest optymistyczne. Czy Zbigniew Joachimiak cieszy się czy żałuje, że wybrał drogę, którą poszło tak niewielu – drogę artystycznej indywidualności, nieschlebiania tanim gustom a jednocześnie niepoddania się dyktatowi tzw. krytyki? Tego nie wiem, ale jako artysta-eremita i jednocześnie czytelnik jego najnowszych i tych nieco starszych wierszy mogę śmiało przypuszczać, że w momencie wyboru nie kierowała nim, jak większością poetów, wyrosła z kompleksów dzieciństwa chęć brylowania na literackich salonach, tylko ten metafizyczny z natury (tak, mam odwagę używać słów niemodnych) i kategoryczny w swej istocie imperatyw tworzenia. I zapewne dlatego nie jest Joachimiak laureatem środowiskowych nagród, literacką gwiazdą mediów czy łowcą państwowych stypendiów – jest za to Poetą.

Sezon lotów trwa to, wydaje mi się, najpełniejsza realizacja filozofii zapoczątkowanego w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku nurtu Nowej Prywatności. Poeta zabiera czytelnika w podróż intymną, lecz pozbawioną cech ekshibicjonizmu, śmiałą a jednocześnie z tą dyskretną atmosferą niepewności, jaka zwykle towarzyszy odległym wyprawom; proponuje powrót do krainy swojego dzieciństwa, młodości, wieku średniego i dojrzałości; to podróż refleksyjna przez domy i ogrody, zdarzenia prawdziwe i sny, eskapada w rzeczywistość i surrealizm, a także wypady w przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Co więcej, podróż ta nie jest, jak to zwykle we współczesnej polskiej poezji bywa, zaimprowizowanym wyskokiem zardzewiałym rowerem po piwo do najbliższego spożywczaka. Nie jest to także podróż dla samego podróżowania – autor nie tylko relacjonuje, opisuje zarejestrowane, przechwycone z rzeczywistości obrazy, nie tylko fantazjuje, ale także w równym stopniu analizuje to, co jest dla niego najważniejsze, czyli związki międzyludzkie i panujące w nich emocje, poddaje badaniom zdarzenia zwyczajne w ludzkim życiu – te odświętne i te codzienne, dobre i złe, bowiem celem jego peregrynacji jest synteza, ujęcie ludzkiego losu, z jednej strony w obrazy sugestywne i metaforyczne, z drugiej – w prawdziwe psychologicznie, jednocześnie stanowiące poetycką wizję naszej codzienności.

Na początku tych rozważań wspomniałem, że nie wszystko mi się podoba. Przeszkadza nadmiar imiesłowów przymiotnikowych, czy w ogóle epitetów, i pojawiająca się miejscami egzaltacja oraz kilka pomniejszych rys, widocznych dla uważnego czytelnika (szkoda, że nie dla korektorki i redaktorki). Nie umniejsza to jednak wartości tej książki jako zbioru utworów świadomego artystycznie, dojrzałego życiowo poety, który wie, o czym pisze, po co, i dla kogo.

Każdy w życiu wielokrotnie staje przed wyborem, jakiego doświadczył bohater Frosta. Dlatego piszący wiersze może być poetą lub Poetą – klaunem albo kapłanem, głupcem albo filozofem. Często jest trollem, rzadko herosem... W życiu gra rolę Narcyza, Midasa, Don Kiszota, Hamleta... Wybór jest szeroki i prawie nieograniczony, to jedynie kwestia możliwości a nade wszystko osobistych preferencji, herbertowska „sprawa smaku” i „odrobina koniecznej odwagi”. Sezon lotów trwa dowodzi, że Zbigniew Joachimiak idąc drogą mniej uczęszczaną znalazł na niej to, co zapowiadała u swego początku i umiał z tego skorzystać.


Zbigniew Joachimiak, Sezon lotów trwa, Fundacja Światło Literatury, Gdańsk, 2011

Archiwalia: Zygmunt Trziszka O TRZECIM OBIEGU I O MORDZIE PSYCHICZNYM


Wypowiedź spisana z taśmy magnetofonowej nagranej podczas wieczoru autorskiego Wiesława Sokołowskiego w klubie Związku Pisarzy Polskich w Warszawie, 1995 rok.


1.
Jestem dzisiaj zdeprymowany wyjątkowo, bo wszyscy chcą mi dokuczyć, ten się uwziął, że będzie nagrywał.

Taki ciąży obowiązek, że człowiek wspina się - potem skutki są odwrotne od zamierzeń, no ale trudno, trzeba jakoś pokonać inercję i potem dopiero radość z pokonanej przeszkody.

Zacznę od trzeciego obiegu. Nic nie zostało z drugiego obiegu, ponieważ w drugim obiegu występowali tacy agitatorzy, jak np. Szczypiorski, i do dzisiaj pozostał tylko Szczypiorskim - skazani jesteśmy na niego codziennie w telewizji, jakieś festiwale Szczypiorskiego, jakieś urodziny, jakieś święta, a po prostu jest to agitator, pod tytułem Notatnik Stanu Wojennego. Jak dziś pamiętam - pojawił się w trzeci czy w czwarty dzień Stanu Wojennego w „podziemiach literatury” na Krakowskim Przedmieściu, taka stołówka tam była, że można było zjeść placek za 10 zł. Jak sobie przypominam obecnie przebywający w Kanadzie Brycht powiedział: osiedlaj się w Warszawie, tam jadło słuchaj, tam obiad masz za dziesięć złotych. Tam, jak Państwo dzisiaj pójdą, to nawet przy milionie nie można się najeść, przy oficjalnej związkowej kulturze i przy oficjalnych związkach, które zawładnęły tym budynkiem i do dzisiaj nas tam nie wpuszczają ani na placek ani na te delicje, które sobie tam serwują.

Jak to się stało, że tylko ktoś taki jak tutaj siedzący Sokołowski, i ktoś taki jak Hugon Bukowski, bo o sobie tego powiedzieć nie mogę, chociaż o sobie też nic złego powiedzieć nie potrafię – napisałem około 30 książek, w tym (głos z publiczności: bardzo dobrych) podobno, tak, w tym w nurcie, którą reprezentuje Sokołowski większość. Nawet do tego doszło, że tylko właściwie po nas zostanie nurt, który reprezentuje Sokołowski, tak bym to nazwał.

2.
Naukowcy nazywają Sokołowskiego że on jest z performansu art - nigdy nie słyszałem, żeby on operował tym terminem. Otóż miej więcej w latach siedemdziesiątych, na początku, a mamy tu sztandarowych performanserów, oprócz Sokołowskiego jest na sali Geno Małkowski. Performans polega na tym także, że się dokonuje dokumentacji swego działania – i tak do końca nie wiadomo co jest najważniejsze - dokumentacja na wideo, w papierach czy w innej formie. Nie są to jakieś wymyślone „awangardowe” pomysły, rzeczywistość zmusza artystę prawdziwego do zachowania adekwatnego w stosunku do rzeczywistości w której mu przystało żyć, wypadło żyć czy został zmuszony żyć - że nie będąc wtórny, nie będąc kwaziartystą przybiera postawy takie, które wymaga od niego rzeczywistość - to nie znaczy, że poddał się tej rzeczywistości.

Dlatego zaczęliśmy od wystąpienia Pełczyńskiego - ci Państwo, którzy byli na tamtym spotkaniu, to się orientują, że wypadło nam żyć w rzeczywistości można powiedzieć koncentracyjnej. To jest określenie moje, może trochę źle się kojarzące, bo ktoś mówi, że straszność obozów koncentracyjnych, którym śmierć była głównym wyróżnikiem, nie jest nadużyciem kiedy ja mówię, że rzeczywistość, która nas spotkała w okresie w którym myśmy żyli i w dalszym ciągu żyjemy, że to jest zmutowany gnijący totalitaryzm chowu właśnie poskomunistycznego. Jego największym grzechem w stosunku do twórców jest to, że nie stosuje przemocy brutalniejszej niż stosuje. Proszę sobie wyobrazić literaturę rosyjską i narodów tych, które żyły pod całkowitą dominacją Rosji, że tam totalitaryzm w stosunku do twórców był tak dojmujący, że literatura była wybitna. Spójrzmy co się działo w pierwszym drugim obiegu Braunów i tych wszystkich kolaborantów, którzy poszli na wspólpracę przymilnie łechcąc Bieruta, potem no Gomółki się łechtać nie dało, bo Gomółka był jakiś taki nie czuły na nawet na wdzięki Sokorskiego; mówię tutaj w dosłownym znaczeniu, bo Sokorski to tzw. typ przyjemniaka przecież, mówiąc nawet nie złośliwie, człowiek który tego Gomólkę znał od dziecka i razem tego, ale tam nic nie dało się zrobić. No i jaką mamy literaturę po tym wszystkim, ja nie chciałbym nadużywać, bo może nadużyje tutaj niewiary mojej i waszej, naszego dzisiejszego bohatera, że może tylko trzeci obieg zostanie po nas. No tak się zapowiada – do trzeciego obiegu mogę zaliczyć jeszcze będące tutaj na vizji inne osoby – Hugon Bukowski jak znam jego życiorys jest właśnie trzecio obiegowcem do tego stopnia, że doznając wobitacji takich psychicznych na myśl o jakiejkolwiek współpracy z jakimkolwiek organem tamtejszego czasu uchował się jako tzw. prawiczka literacka. Mówię tak po prostu i tak brutalnie, ale tak można by powiedzieć – no ja do jego dziewictwa mam zastrzeżenie, bo wtedy moje rozdziewiczenie wychodzi mi na nieczyste - bo wydawałem w tym czasie książki.

3.
Pamiętam jak tzw. drugoobiegowcy, czyli ci wszyscy agitatorzy, łącznie z Nowakowskim, ale jeszcze to mała jest bieda taki Nowakowski, autor Stanu Wojennego, jaka to była straszna przemoc - no wiadomo, że ginęli ludzie i przemoc była, ale to było takie łechtanie większości społeczeństwa i tylko jakieś skrytobójcze prawda mordy, o których nie byliśmy pewni, czy one na pewno się odbyły, ponieważ własnej śmierci to przeważnie pacjent nie tylko w szpitalu jest winien prawda, ale tak samo na ulicy; no ostatnio zabili kogoś tam na Dworcu Centralnym - o czym pisze Gazeta Polska - że policjant tak wymierzył cios milicyjny, tzn. cios w zdrowego człowieka; o, leży tu jakiś to chyba zdrowy, no, a przeważnie pada na kogoś osłabionego albo, że ma lekarstwa, albo, albo, że ma swoje jakieś lata, jak mój kolega, sąsiad, przydusił raz jednego wybitnego pisarza nie spodziewając się, że ma coś on z tętnicami szyjnymi, to zaraz na dwa lata trafił do więzienia - bo w ogóle nie należy używać pięści, kiedy można użyć ciężkich słów. Wprawdzie żaden totalitaryzm od ciężkich słów się jeszcze nie przewrócił.

Nic nie zostało z drugiego obiegu, po prostu zostały agitki, wymieniam jeszcze raz Szczypiorskiego, wymienię pozostałych w dziedzinie poezji została tylko tzw. taka, no, postmiłoszowska poezja i ona ryta prawda na pomnikach w jednym czy drugim miejscu jakoś się ocala i nie jestem takim zazdrośnikiem, by komuś zazdrościć Nobla, chociaż raczej z politycznych względów mu przyznali.

4.
Ale wracajmy do naszego bohatera. Nasz bohater dzięki temu, że po prostu nie mógł się inaczej zachować - on właśnie w swojej twórczości bardzo często daje to do zrozumienia, że to nie jest jego zasługa. W pewnym momencie tak pisze - właśnie na potwierdzenie rozpoznań moich, że to jest koncentracyjny system - mówi tak, hitlerowcy (no to oczywiście prozą musze to powiedzieć - w wierszu miej więcej taka jest sytuacja przekazana), że hitlerowcy dla kapo czyli funkcjonariuszy mieli specjalne, lepsze jadło (nie przekręcam), że mieli łagodniejsze formy działania. My jesteśmy ciągle jakimś jadłem przekupywani w tych koncentracyjnych czasach, no coś tam przysługiwało czy przysługuje...

Człowiek zapisał się do ZLEPU. Ja już nie byłem zmuszany przez „wielką postać literatury” - pt. Kazimierz Brandys: nie posyłał nigdy do mnie, bo już nie załapałem jego okresu – to, co spotkało Buczkowskiego - chodziło o zawiadomienie, proszę się stawić na posiedzenie sekcji literatury pod rygorem wykluczenia z naszego grona. No mówi na to Buczkowski: nie mogłem się pojawić, bo nie miałem spodni. Byłem bez spodni, można tak powiedzieć, niby miałem spodnie, ale gdyby mnie w tych spodniach Bratny zobaczył – major Bratny mieszkał po sąsiedzku i nawet nie był wrogiem Buczkowskiego, obie Wahlówny tam posyłał do szkoły, żeby malować się uczyły. Ja przejdę do Buczkowskiego jako pierwszego performansera, ze względu na wiek - bo Polska miała nurty nowoczesne w twórczości, o tym nikt nie wie, ani nikt wiedzieć nie chce, bo kto o tym ma powiedzieć i gdzie, kiedy wiadomo, jaki garnitur występuje w telewizji i kogo pytają o nas, piszących, w poniewierce i często bez spodni. No więc Buczkowski - ja to odkryłem dopiero odkrywszy dla siebie Sokołowskiego, zorientowałem się, że mam alibi na swoje istnienie, że trwałem pomimo, przepraszam, że brzmi to jakoś tak patetycznie, ale ja muszę tak mówić, bo nie rozdziewiczony, dzięki uporowi wewnętrznemu Bukowski, często daje mi do zrozumienia, że my z Genem i z panią Kluzową, to nie jesteśmy tacy czyści i że w niektórych środowiskach to się mówi, no że nas tam nie powinno się poprosić - pisał kiedy myśmy nie pisali, prawda, malował kiedy było to hańbą, no nie wiem jeszcze jakby tu powiedzieć. Wprawdzie formuła rzymska brzmi, że jak armaty grają to należy nie malować, prawda, należy nie pisać. Więc jeśli ja coś mówię o sobie, że pańtwo mogą sobie pomyśleć, że się sadzę na jakąś wybitność, chociaż w literaturze można robić nie mając poczucia wybitności, albo w malarstwie.

5.
U nas się przywykło, że właśnie przychodził przedstawiciel, instruktor z KW czy z KC - mówię to jako anegdotę, tak brzmi to teraz, bo właściwie ja jestem anegdotczyk i bardzo mi nie do twarzy jak się sadzę na jakieś teorie, potem mam nieczyste sumienie. A cóż wynika z nieczystego sumienia to proszę pytać Sokołowskiego, on wie. Nieczyste sumienie to jest podstawowa historia prowadząca do sadyzmu, do nieszczęścia i td. Więc w tym momencie kiedy będę coś o sobie mówił proszę patrzeć tak jak na człowieka który nie wie czy ma prawo o tym mówić, więc jak myśli, że nie ma prawa, to zawsze przeszarżuje. Ale nic na swoje usprawiedliwienie nie mam oprócz tego, że poświęciłem się Buczkowskiemu, którego poznałem w okolicznościach dramatycznych, kiedy wydawało się, że on miał możliwości pisania, bo jakieś nagrody brał, bo coś tam prawda, ale to był człowiek absolutnie zaszczuty przez Brandysów i całą tę spółkę. Żadnych z nimi interesów nie miał, wybitna twórczość zawsze znajdowała jakieś ujście, co jakiś czas był jakiś przełom i wtedy ukazywał się Czarny potok, prawda, kolejny przełom, jakieś tam, no, PAX miał poczucie, że jest antysemicki, więc wydając Czarny potok znajdywał legitymację na swoją poprawność polityczną – bo w takich okolicznościach ukazał się Czarny potok w PAXIE.

Czyli - w tak zwanym zamieszaniu politycznym ktoś się tam ocalił, o kimś tam zapomnieli, komuś tam pozwolili żyć. A ile robił rzeczy wbrew sobie, żeby przybrać postać nieobecności, przy pomocy mimikry właśnie Sokołowski. Zorientowawszy się że, że totalitaryzm bezinteresownie czuje nienawiść do poety, no na takiej zasadzie, że jak to on poeta, to on może się bez nas obyć, prawda, no jak to się może obyć, bez, bez funkcjonariuszy, bez policji, poeta może się obyć, nie ma co do garnka włożyć, prawda, a on mówi, mówi, że jest autonomiczny. Więc udowodniono mu, kiedy wysunął czułki, pokazał, że trochę jest autonomiczny, bo tak jakoś było stać go na bilet z Warszawy do Rawki i jako parapatetyk, przechadzający się wokół „Hopfera” - bo od początku wiedział, że to nowoczesne formy sztuki, to jest parapatetyzm w sensie takim, no że jest się wędrowcą, że się jest w ruchu. No to zamknęli go do Białołęki, jako tzw. przedstawiciela klasy upadłej... Rosjanie mają specjalne określenie na takie sytuacje, ale teraz z głowy mi wyszło, bo jego tam coś tata, coś posiadał, coś i to już jest 76 rok, to trudno nawet sobie wyobrazić, bo jestem pod wrażeniem, jeszcze raz czytałem rozmowę Gierka i to naprawdę porządny człowiek, ale żyjący w totalitaryzmie, więc wiadomo jak taka porządność może wyglądać z punktu widzenia człowieka autonomicznego.

Wracając do Sokołowskiego - mamy do czynienia z prekursorem, mamy do czynienia z autorem, który nie pisze po to, żeby w ogóle pisać, tylko pisze dlatego że musi, że dyktat rzeczywistości go tak miażdży, maceruje, niszczy, że on się zachowuje adekwatnie do tej sytuacji, do tego położenia, że po pierwsze chce przetrwać ten okres, no, koncentracyjny. Przede wszystkim to wmawia sobie, że nie jest tak strasznie, bo przecież jak ktoś jedzie kolejką EKD, a jego kolejka w stronę Rawki podobna jest do EKD. To nie były warunki okupacyjne, że nagle ktoś leży, ktoś zabity, ktoś roztrzaskany – i właściwie mord psychiczny, to jest podstawowa forma morderstwa, która uprawiana jest w czasach wyspecjalizowanego, a bez mała skomputeryzowanego totalitaryzmu.

6.
Zlikwidowano ludzi myślących alternatywnie – znaczy to, że w jakimś sensie zlikwidowano nam przyszłość... Idąc dalej tropem tej wypowiedzi autora, jasne staje się, że każda ofiara Stanu Wojennego, to właściwie każdy sobie sam zaszkodził, prawda. Towarzysz Kiszczak czy eks towarzysz Kiszczak pytany o młodszego Bartoszcze udowaniał, że tak było, tak sobie jakoś zaszkodził, siadł nie tam gdzie trzeba, piwa się napił...

Wlewano alkohol w zwłoki jeszcze ciepłe, bo to zdaje się, że trzeba w ciepłe wlewać , nie znam się na tym, no po prostu groza, ale groza jaka – Nałkowska powiedziała: świat jest nam dany w ułankach grozy i wszystkiego w ogóle , no coś tam, coś tam człowiek przecież życie nocno - dzienne, senno - czuwające prowadzi i prawda coś mu się, że nie jest tak źle, prawda, gdzieś kogoś zabili i td., żyjemy sobie tak jak żyjemy i dzięki temu możemy trwać. Sokołowski wydawał w tym okresie pismo Trwanie, to jest takie pisemko, bardzo objętościowo nieduże i niepokaźne, dzięki temu mogło to istnieć, po prostu mówili, że co tam komu zaszkodzi, prawda, taki Sokołowski, ale na wszelki wypadek miejscowe władze miały go za narkomana, nadużywającego jakiś używek o których istnieniu on nie bardzo wiedział poza polską neureptyką, to wszyscy się tym ratowali i naród ocalał tylko dlatego ponieważ żył na podlewie neureptyki tej z niebieską kartką, albo czerwoną – i teraz kiedy człowiek tak się zastawania, to właśnie my się w ogóle nie wydobyli się z niczego, tylko jeszcze głębiej weszliśmy w te nieszczęścia.

7.
Masowa kultura liczy na masowego odbiorcę, no i może zarzucić Sokołowskiemu, że go nie było w ogóle. Wojaczek napisał takie wiersze: Wojaczek, którego nie było - nas też właściwie nie ma i można powiedzieć , że nas nie było, tak jak jeden z naszych kolegów, mianowicie Waldek Dąbrowski , którego jeszcze widziałem w zeszłym tygodniu, już go nie ma, bo go niemcy przejechali. Oczywiście nie można powiedzieć, że to wina niemców, wiadomo, że wina Dąbrowskiego, bo po co przechodził drogę po ciemku, czy coś w tym rodzaju. No więc sam sobie zaszkodził, jeszcze jeden przykład, że wszyscy tylko sami sobie szkodzimy, wszyscy chcą dla nas dobrze, wszyscy nam dobrze życzą, tylko, że my nie potrafimy się odnaleźć w tej rzeczywistości, która stawia na jednostkę wyzelowaną, a nie jakąś autonomiczną.

Jesteśmy planowo skazani do likwidacji, jeśli nie chcemy być wyzelowani prawda, tylko budujemy autonomię, a jeszcze na dodatek próbujemy się zbierać w jakieś grupy, co jest w ogóle niedopuszczalne - więc liczą na to, że nie mając ani grosza na papier, ni notatkę papieru, wyparowujemy z życia...

Najciekawsze jest to, że nawet nie wiemy w jakim kierunku i gdzie wskazać winnych naszego położenia. Nie ma winnych: bierzta, róbta, w swoje ręce...

Bardzo to mnie zdziwiło, że autor Trwania czynnie zajmuje się polityką. Właściwie to ja się cieszę, że on to robi, że nasza gazeta jest nastawiona na to, żeby się nami zainteresowały jakieś wschodzące gwiazdy polityczne, których absolutnie nie widać i trudno się dziwić, żeby się jakaś gwiazda uchowała pod takim cichym terrorem. Skoro jednak przetrwaliśmy do tej pory, to teraz będziemy dalej szli naszą drogą. Niech nam powie, opowie Sokołowski, niech się wytłumaczy co ma na myśli zadając się z polityką.

I tak już na koniec, żeby tego nie przedłużać - bo chyba nie w tę tonację uderzyłem, ale to jest wina dzisiejszego bohatera, bo on jakieś bardzo takie muzyki wywoływał, że to nawet by na szczury podziałało. A człowiek przeważnie słucha radia ZET, przyzwyczajony jest do lekkiej muzyki, która otumania go do reszty – to na koniec tylko takie uwagi: Jest to autor, mam na myśli Wiesława Sokołowskiego, z trzecioobiegowego nurtu, i to właśnie kiedy Staszek Stanik, jak to było z tym obiegiem, bo on do dzisiaj nic o tym nie wiedział. Ja mu się wcale nie dziwię, bo do kogo dodarł Sokołowski, dodarł do dziesięciu osób, ale okazuje się, czytałem teraz to niedawno, jak z tego okresu dekabrystów, albo jeszcze wcześniej, jak któryś z tych dekabrystów wydał jakąś książkę, to najpierw wydał pięć egzemplarzy i dotarło to do dziesięciu osób, prawda, potem jeszcze... i na tym się skończyło, że wystarczy nawet dziesięć egzemplarzy, wystarczy jedna osoba że się dowiedziała o Trwaniu, że można trwać pomimo.

Za: Trwanie, http://www.trwanie.com/

 

Felieton: Adam Tomasz Witczak NA COPYRIGHTOWYCH BEZDROŻACH


Jak donosi portal Interia.pl (w ślad za „Rzeczpospolitą”): Polska wciąż nie dostosowała przepisów do unijnych regulacji, zgodnie z którymi za każdą wypożyczoną z biblioteki książkę jej autorowi należy się honorarium. (…) Niekoniecznie musi to oznaczać, że po wdrożeniu unijnych regulacji każdy, kto wypożyczy książkę, będzie musiał za nią płacić. Ten ciężar może wziąć na siebie budżet państwa lub samorządy. Cóż za pocieszająca informacja! Całe szczęście, że zawartość budżetu państwowego lub samorządowego nie ma nic wspólnego z naszymi prywatnymi kieszeniami!

A tak poważnie: paranoja praw autorskich sięga zenitu. Jeśli czytamy coś takiego na temat bibliotek, to właściwie już teraz możemy zacząć wyciągać konsekwencję z takiego sposobu myślenia. Proponuję uznać każdego hydraulika za „posiadacza i właściciela własności intelektualnej w postaci wiedzy niezbędnej do naprawy kranu”. W zasadzie to przecież niesprawiedliwe: przychodzi hydraulik np. do firmy, która wykorzystuje wodę z kranu czy hydrantu w celach komercyjnych. Dokonuje naprawy za marne 50, 100 czy 300 złotych, po czym przedsiębiorstwo ma problem z głowy na następnych 10 lat, w czasie których zarabia (m.in. dzięki dostępowi do działającego kranu) grube tysiące czy miliony. W myśl logiki zwolenników własności intelektualnej coś takiego powinno być frontalnie nieuczciwe. Przecież hydraulik udostępnił im kawałek swojej ciężko zdobytej wiedzy! Czy nie byłoby rozsądnie wprowadzić tantiemy? Tak na przykład z każdym odkręceniem kranu 10 groszy (albo złotych) wędrowałoby na konto „magika”… Wracając do książek i gazet: zastanówmy się, czy wolno nam będzie pożyczyć gazetę koledze…

Czy to możliwe, że wkraczamy właśnie w przepowiadany przez niektórych Ciemny Wiek Własności Intelektualnej? Co prawda wizja masowych aresztowań tysięcy gimnazjalistów, licealistów i studentów pod zarzutem ściągania czy przesyłania kolegom plików .mp3 wciąż jeszcze wydaje się absurdem (przynajmniej logistycznym), ale władza ma przykry zwyczaj posuwania się nawet do rozwiązań niedorzecznych.

Nie ma sensu rozdrabniać się i tracić czasu na kolejne mdłe opowieści o tym, że „wszyscy chcemy zwalczać piractwo i chronić własność intelektualną, idzie tylko o to, jak to zrobić tak, żeby wszystkim było miło”. Pora po prostu porzucić szkodliwy (coraz szkodliwszy!) fantazmat „własności intelektualnej”, pora wytaczać przy każdej takiej okazji uniwersalne i ciężkie argumenty znane choćby z obszaru austriackiej szkoły ekonomii. Pora żądać od wyznawców mitologii WI, by wprost przyznawali, że ich „własność” nie jest własnością sensu stricto, bo nie dotyczy dóbr rzadkich — jest jedynie przywilejem, coraz bardziej kuriozalnym w dobie Internetu i digitalizacji informacji. Sprzeczności teorii WI widać szczególnie jaskrawo na przykładzie np. patentów na algorytmy programistyczne, których sensowność porównać można do sensowności patentowania twierdzenia Pitagorasa czy wzorów Viete’a.

Istotne są także kwestie praktyczne, codzienne, życiowe: żyjemy w świecie, którego kultura w dużej mierze bazuje na takich technikach jak sampling, remix, aluzja, cytat, pastisz i parodia. Widać to choćby w muzyce elektronicznej (industrial, hip-hop, plądrofonia) i na stronach z zabawnymi obrazkami (Demotywatory, Komixxy etc.). Widać to na Youtube, pierwszy z brzegu przykład to słynne przeróbki filmu „Upadek” z cyklu „Hitler o…” czy „Hitler i…”. Obrazki, próbki dźwiękowe, symbole, słowa, fragmenty — żyją własnym życiem, tracą kontekst, krążą w gigantycznym strumieniu informacji, nabierają nowych znaczeń. Korzystamy z tych elementów nieomal intuicyjnie, odruchowo – przesyłając komuś zasłyszaną piosenkę, wstawiając na nasz blog znalezione tu czy tam zdjęcie, wykorzystując fragmenty najrozmaitszych nagrań w naszych kompozycjach – i tak dalej.

Oczywiście, ktoś może powiedzieć, że taka kultura to w większości pozbawiona większej wartości szmira, natłok hałaśliwej i pstrokatej zbędności. To w dużej mierze prawda — dotarliśmy do czasów, w których główną cechą kultury popularnej jest chwilowość i ulotność, a treści rozmywają się i tracą na znaczeniu. Z drugiej jednak strony, nikt nie każe nam wykorzystywać wspomnianych wyżej technik i narzędzi w taki właśnie sposób. Co więcej, nawet jeśli nużą nas kolejne sezonowe „filmiki z jutuba”, remixy, covery i inne postmodernistyczne zagrywki, to czemuż mielibyśmy atakować je z powodu kultu praw autorskich?

Żyjemy w świecie, w którym cyfrowa informacja rozchodzi się jak powietrze. Już próby walki z magnetofonami czy magnetowidami były skazane na porażkę i brnięcie w kurioza. Rządowe działania mające na celu okiełznanie wymiany plików cechuje to samo. Mamy do czynienia z desperackimi próbami dopasowywania starych pojęć (ze świata „statycznego”, „powolnego”) do świata nowego — amorficznego, rozpędzonego i wielobarwnego.


Za: Organizacja Monarchistów Polskich - legitymizm.org