LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA
______________________________________________________________________

Apel do Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Pana Bogdana Zdrojewskiego



Zwracamy się do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego o udzielenie dotacji dla gdańskiego kwartalnika „Migotania. Gazeta Literacka”. Dotacji, która została temu pismu odmówiona.

Czasopismo istnieje od 2002 roku. Przez dziesięć lat nieustannego istnienia zyskało sobie wysokie uznanie. W swym głównym profilu – literackim – prezentowało czołówkę polskich nazwisk, przyciągało dobrych autorów, znakomite teksty, miało też odwagę promowania młodych i znakomitą intuicję w ich „odkrywaniu”. Promowało współczesną literaturę polską i europejską. Krytyka literacka, bieżące recenzje, poezja, proza... – wszystkie te rodzaje piśmiennictwa literackiego zawsze w tym kwartalniku przyciągały uwagę.

Osobną wartością jest szata graficzna „Migotań” – unikatowa, rozpoznawalna, jedna z najciekawszych i najbardziej oryginalnych w całej historii prasy polskiej. Szata ta pozwalała przez całą dekadę prezentować wyjątkowe zjawiska w grafice i fotografii obecnych czasów.

Pismo od pierwszego numeru jest redagowane przez Zbigniewa Joachimiaka, jednego z najbardziej znanych poetów średniego pokolenia w środowisku gdańskim. Autora cenionego, cieszącego się autorytetem w całej Polsce. W utrzymywanie pisma na rynku od lat wkładał najlepsze swoje inwencje, jak również środki finansowe.

Dotychczasowe możliwości pozyskiwania środków na utrzymanie „Migotań” wyczerpują się. Kwartalnikowi grozi upadek, wycofanie z rynku, utracenie grona współpracowników i czytelników, a w lepszym wypadku rezygnacja z rozwoju i kontynuacji działań programowych.

To poważna strata dla kultury polskiej.

Apelujemy do komisji MKiDN o przyznanie „Migotaniom” dotacji, która pozwoli na kontynuację dzieła na rzecz literatury polskiej i jej autorów, na pozostanie pismu w łańcuchu dialogu pomiędzy twórcami i odbiorcami. Ta dotacja byłaby świadectwem, że instytucje państwowe chcą i w sposób świadomy uczestniczą w procesie żywego kształtowania dobra publicznego, jakim jest czasopiśmiennictwo kulturalne. Byłaby świadectwem, że Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego chcę bronić tych obszarów kultury szczególnie słabych, bo nie mających zaplecza komercyjnego.

Zapraszamy do składania podpisów pod apelem

http://www.pisarze.pl/publicystyka/2050-apel-do-ministra-kultury-i-dziedzictwa-narodowego-pana-bogdana-zdrojewskiego-.html

Informujemy, że dane osobowe – PESEL i adres – nie będą wyświetlane dla informacji publicznej.

Z poważaniem

Pisarze.pl, Krytyka Literacka


DOTACJE DLA CZASOPISM



Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego ogłosiło kto dostanie granty na wydawanie czasopism w tym roku. Wśród szczęśliwców znalazły się tylko dwa prawicowe wydawnictwa, a więcej szczęścia miały m.in. czasopisma żydowskie i te związane z władzą.

Do wydawnictw które otrzymały wysokie dotacje, należą znowu „Krytyka Polityczna” (106,4 tysiąca złotych), „Res Publica Nowa” (105,9 tys), „Tygodnik Powszechny” (105 tys), „Więź” (105 tys) i „Znak” (103,3 tys.). Granty od ministra Zdrojewskiego dostaną również cztery żydowskie wydawnictwa: „Cwiszn. Żydowski kwartalnik o literaturze i sztuce” (89,5 tys), rocznik „Zagłada Żydów. Studia i Materiały” (41,65 tys), „Midrasz” (39 tys) i „Kwartalnik Historii Żydów” (17,92 tys). Wśród pism sprzyjających obecnemu systemowi, nie mogło zabraknąć oczywiście gdańskiego „Przeglądu Politycznego” który otrzyma 97,5 tysiąca złotych. Do grona jego założycieli i wieloletnich publicystów należą m.in. premier Donald Tusk, wojewoda mazowiecki Jacek Kozłowski, unijny komisarz Janusz Lewandowski, Jan Krzysztof Bielecki czy obecny naczelny i doradca premiera Wojciech Duda.

Lista dotowanych pism razi dysproporcją, bowiem niewiele jest wśród nich tytułów krytycznych wobec władzy i dominujących nurtów w polityce i kulturze. Kwartalniki tego typu mogą liczyć dodatkowo na dość niskie kwoty: „Christianitas” (56,8 tys.), „Pressje” (56,7 tys) i „Nowy Obywatel” (35,3 tys.).

Najbardziej zastanawia sens przyznawania dotacji jak „Krytyce Politycznej”, która utrzymuje się z lokalu w luksusowym położeniu czy „Tygodnikowi Powszechnemu”, należącemu do medialnego potentata ITI. Na biedę nie powinni też narzekać fani „Przeglądu Politycznego”, będącego pod patronatem samego premiera Donalda Tuska i grupki jego podwładnych, czerpiących nie najmniejsze przecież korzyści z posad w administracji publicznej. Dyskryminacja tytułów konserwatywnych i narodowych nie jest nowością, bo rok temu minister Zdrojewski przyznał dotacje dla „Frondy” dopiero po medialnym szumie. W tym roku „Frondzie”, „Rzeczom Wspólnym” czy „44” ponownie się nie poszczęściło…

Źródło: Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Serwis Informacyjny BIBUŁA.


Rozprawa: Stefan Okołowicz „WITKACY RZUCIŁ SIĘ JAK SZCZERBATY NA SUCHARY" Witkiewicz w czasie pierwszej wojny światowej.



W katalogu wystawy fotografii Witkiewicza zatytułowanej Witkacy. Psychoholizm zorganizowanej przez Bunkier Sztuki w Krakowie w zeszłym roku, której byłem współkuratorem, Maria A. Potocka zamieściła tekst o naukowo brzmiącym tytule Antropologia sztuki. „Ja“ jako materiał twórczy[1]. Autorka w kilku zdaniach nakreśliła rosyjskie przygody Witkiewicza. Ograniczały się one do tego, że „W Petersburgu „udało się“ Witkacemu żyć przez kilka lat bez głodu sensu“[2] oraz że „udało mu się zagłuszyć zagubienie egzystencjalne oszołomieniem alkoholowym, perwersją seksualną, strachem na polu bitwy“[3]. Do ukrócenia tego bezsensownego rozwydrzenia przyczyniła się sama matka historia, która „na szczęście przerwała zażywanie tych egzystencjalnych narkotyków“[4]. A dalej: „Efektem tego eksperymentu było zrozumienie psychicznej tandety i odkrycie obrzydzenia, jakie niesie ze sobą życie bez wysiłku i wartości“[5].

Z kolei jego decyzja o wstąpieniu do rosyjskiej armii, aby bronić Polski została skomentowana następująco: „… kolejnym ważnym momentem kształtującym osobowość Witkacego był okres służby carskiej. Witkacy «rzucił» się na możliwość wzięcia udziału w wojnie „jak szczerbaty na suchary“[6].

„Cóż ci na to odpowiedzieć, nieszczęśniku? –– mógłby jeszcze raz powtórzyć Witkiewicz, gdyby żył – […] „… jest to gędziolenie kwalifikujace się wprost bez żadnych zmian do humorystycznego pisma“[7]. Ironia autorki dotyka samego człowieka-artysty i szczerze dokonanego wyboru w trosce o losy Ojczyzny, także transformacji wewnętrznej jaka dokonała się w nim w Rosji. Przemiana zaszła w jego świadomości w wyniku pozytywnego impulsu, w kontakcie z tamtejszym środowiskiem artystycznym, której „na szczęście nie przerwała historia“, a przebudowa światopoglądu na skutek negatywnych doświadczeń jakimi były: dekadencja tamtych czasów, wojna i niektóre aspekty rewolucji. Wątpić też należy czy kiedykolwiek Witkiewicz prowadził życie „bez wysiłku i wartości“, również w Rosji. Z kolei zrządzenie losu jakie stało się jego udziałem nazywa autorka „eksperymentem“, co jest z gruntu chybione, podobnie jak skwitowanie przeczucia końca cywilizacji i kultury, właściwe dla katastrofizmu Witkacego jako „niedoróbki filozoficznej“.

„Suchary“ Potockiej w kontekście wojny bardziej kojarzą się z relacją jednego z brytyjskich oficerów frontowych, który zapisał w swoim dzienniku: „Pod wpływem wysokich temperatur konserwa wołowa i ser stawały się niejadalne, herbatniki były tak twarde, że jeden z żołnierzy złamał na nich aż siedem zębów“, niż z faktami biografii Witkiewicza.

Autorka rozwija styl, polegający na intensywnym nagromadzeniu zarazem radykalnych, ryzykownych, jak i zupełnie nietrafionych konkluzji - powiedzmy – również szokujacych.

Pisze Potocka: „Zarówno powód znalezienia się w elitarnym oddziale armii carskiej, jak i wydarzenia związane z pobytem w Petersburgu kryją zawiłe przyczyny, trudne do zrozumienia i zaakceptowania przez „zdrowego“ interpretatora historii…“[8].

Otóż epizody petersburskiego życia Witkacego były tematem wspomnień wielu przyjaciół i znajomych Witkiewicza, zaś faktami związanymi z jego służbą wojskową, także działaniami artystycznymi i ich interpretacją zajmowali się liczni badacze twórczości artysty. O ile mi wiadomo Maria A. Potocka jest szczęśliwą posiadaczką wydanej w zeszłym roku książki Witkacego portret wielokrotny[9], autorstwa „zdrowego interpretatora“ biografii Witkiewicza Janusza Deglera, z zamieszczonym w niej najdokładniejszym opracowaniem rosyjskiego okresu artysty 1914 – 1918, opartym na wielu dokumentach z archiwów wojskowych, takich jak choćby Przebieg służby (Posłużnyj spisok) porucznika piechoty przynależnego do Lejb-Gwardii Pawłowkiego Pułku Witkiewicza[10], czy Curriculum Vitae[11] Stanisława Ignacego Witkiewicza, porucznika rezerwy i na innych nieocenionych wprost materiałach. Należy zwrócić uwagę także na zeszłoroczny, świetnie napisany artykuł Lecha Sokoła pt. Od traumy do samobójstwa. Stanisław Ignacy Witkiewicz (Witkacy) jako ofiara dwóch wojen światowych[12], którego już sam intyrygujący, wstrząsający tytuł zachęci do lektury.


Oko w oko ze śmiercią

Reakcja Witkiewicza na tle decyzji tysięcy ochotników, którzy na wieść o wybuchu wojny masowo wstępowali do wojska wydaje się oczywista i naturalna. Nic w niej karkołomnego, czy niedorzecznego, co kojarzyć by się mogło z „rzucaniem się szczerbatego na suchary“. Wybuch wojny wstrząsnął Witkacym od tego stopnia, że konkretnie spojrzał na swoje życie i szybko podjął decyzję co powinien zrobić w takiej sytuacji: „Przyszedł czas, że osobiste rzeczy trzeba odłożyć, wyrzec się myśli samobójczych, które są głupstwem wobec tego co się dzieje, i zrobić nareszcie coś ze swojego życia, z resztek sił, które zostały“[13].

Przytoczmy kilka zdań artysty z listów do rodziców:

„Pomyślcie, jak straszne jest to, co mnie jeszcze spotyka. W tak strasznej chwili, kiedy krajowi i Wam grozi niebezpieczeństwo, ja nie mogę się do Was dostać – o tysiące kilometrów od Was odległy w bezczynności i rozpaczy“[14].

„Oglądanie roślinek australijskich, kiedy tam wypadki tak straszne, żadnego sensu nie ma. Wobec takich rzeczy życie nabiera większego sensu“[15].

„Chciałbym teraz tam być i bić się, i zginąć przynajmniej godnie“[16].

„…uratować honor i nareszcie dokonać czegoś i zginąć razem z walczącymi…“[17].

„Może w ten sposób godniej zakończę życie niż w samobójstwie albo malowaniu pejzażyków na Nowej Gwinei…“[18].

„Wstrzymuję się z dalszym opisem Australii“[19].

„Oby moja śmierć nie była głupim przypadkiem i żebym zginął pożytecznie. Tej jednej rzeczy można mi życzyć“[20].

Na Antypodach Witkiewicz był tylko gościem. Dla porównania jego reakcji na wybuch wojny sięgnijmy do notatek Ellisa Luciano Silasa,[21] londyńskiego malarza, który urodził się w tym samym roku, co Witkacy, a który w 1907 roku wyemigrował do Australii. Znajdując się podobnie jak Witkiewicz o tysiące kilometrów od europoejskiego frontu mógłby nadal w sprzyjającym australijskim klimacie spokojnie malować obrazy. Ale po wybuchu wojny, choć długo rozważał czy powinien wstąpić do wojska, ostatecznie pełen oporów zaciągnął się jako sygnalista. W swoim dzienniku zanotował: „Nie cierpię powieści wojennych, żołnierzy i służby wojskowej. Nie czytałem
dotąd wiadomości z frontu i nadal nie mam zmiaru. Wiem tylko, że jest wojna i muszę odsłużyć swoje. Będę szczęśliwy kiedy to wszystko się skończy. Nienawidzę takiego życia“[22]. Prowadząc swój prywatny dziennik w czasie kilku tygodni uczestniczenia na brytyjsko-tureckim froncie opisał makabryczne sceny jakie działy się na pierwszej linii okopów. Ostatecznie na dwa dni przed ewakuowaniem go z powodu zaburzeń psychicznych i wielomiesięcznym pobycie w szpitalu na czym skończyła się jego kariera wojskowa, zdążył jeszcze zanotować: „Mało śpię, boję się zasnąć, bo mam przerażajace sny. Nie staram się rzetelnie prowadzić dziennika. Mam nadzieję, że uda mi się o tym wszystkim zapomnieć. Czuję skrajne zmęczenie. Byłoby fatalnie gdybym sknocił wpis i nie upamiętnił należycie swoich dzielnych kolegów“[23].

W tym miejscu należy przypomnieć, że Witkiewicz po kontuzji odniesionej 17 lipca 1916 roku również doznał urazów psychicznych i cierpiał „na objawy urazowej nerwicy, wskutek czego potrzebuje leczenia pozaszpitalnego hydroterapią, masażem i elektryzacją“[24]. A w liście do Bronisława Malinowskiego zwierza się przyjacielowi, że czuje się okropnie, a kiedy ten jego zły stan psychiczny przejdzie, to znowu pójdzie na front, ale w tej chwili nie chce umierać, ale i żyć też nie ma wielkiej ochoty[25].

Obecnie po doświadczeniach tylu wojen i konfliktów na całym świecie, próbach unicestwienia całych narodów, wojna w swej istocie jest nie do zaakceptowania. Udział w wojnie z dzisiejszej perspektywy mógłby ktoś ostatecznie nazwać „rzuceniem się szczerbatego na suchary“. Pamiętajmy jednak, że przed 1914 rokiem świat był odmienny, wyznawano inne wartości, panowało zupełnie różne poczucie honoru, obowiązku i patriotyzmu. Na wieść o wybuchu wojny zareagowało tysiące młodych ochotników po obu stronach frontu. Zwraca się też uwagę na histeryczną ksenofobię jaka opanowała wtedy Europę. Bertrand Russell, który czuł nieprzejednaną wrogość wobec wojny i prowadził kampanię przeciw poborowi, obserwując wiwatujace tłumy na Trafalgar Square opisał w autobiografii zdumiewające go odkrycie, że „przeciętnych mężczyzn i kobiety cieszy perspektywa wojny“, a nawet niektórzy z jego przyjaciół jak Alfred North Whitehead, porwani przez ten entuzjazm, byli „nastawieni bardzo wojowniczo“[26].

Ludwig Wittgenstein, przyjciel Rusella, przyszły adwersarz Witkiewicza, wstąpił na ochotnika do armii austriackiej nie tylko z powodów obrony ojczyzny. Wiązało się to z jego przeświadczeniem „by wziąć na siebie coś trudnego i zaangażować się w coś innego poza pracą czysto intelektualną“[27], oraz silnym pragnieniem, aby „stać się innym człowiekiem“[28]. „Wittgenstein czuł, że gdy stanie oko w oko ze śmiercią, doświadczenie to – w ten czy inny sposób uczyni go lepszym człowiekiem. Można powiedzieć, że poszedł na wojnę nie dla ojczyzny, lecz dla siebie“[29].

Również w decyzji Witkiewicza oprócz niepokoju o losy kraju występują podobne argumenty związane z przemianą wewnętrzną oraz dowartościowaniem siebie, a miewał on wiele razy poczucie, że jest niepotrzebny: „zrobić nareszcie coś ze swojego życia“[30], „uratować honor i nareszcie dokonać czegoś i zginąć razem z walczącym“[31], „wobec takich rzeczy życie nabiera większego sensu“[32]. „Jestem niepotrzebny“[33] – odczucie to, związane z brakiem wiary w sens życia i pracy na tle ogólnego zniechęcenia do wszystkiego, wywołanego depresją, stale powracało u Witkacego na przestrzeni całego życia, co zaznaczał w wielu listach do przyjaciół i osób bliskich.

Na początku wojny Wittgenstein został przydzielony do regimentu w Krakowie i m.in. pływał statkiem „Goplana“ po Wiśle, dopiero kiedy usilne jego prośby zostały wysłuchane i znalazł się na froncie na najniebezpieczniejszych stanowiskach, doświadczył przekonania, że żyje uczciwie i mógł wtedy napisać: „Teraz mam szansę stać się przyzwoitym człowiekiem, ponieważ stoję oko w oko ze śmiercią“[34], „Może bliskość śmierci obdarzy mnie światłem życia. Niech Bóg mnie oświeci. Jestem robakiem, lecz dzięki Bogu stanę się człowiekiem“[35], „Tylko śmierć nadaje sens życiu“[36].

Biograf Wittgensteina, Ray Monk, stwierdził, że zawarte w pisanej na froncie rozprawie Traktatus, uwagi dotyczące etyki, estetyki, duszy i sensu życia zrodziły się dzięki najsilniejszemu impulsowi pobudzającemu[37] „do refleksji filozoficznej i metafizycznego wyjaśnienia świata“, który w dziele Świat jako wola i przedstawienie opisuje Schopenhauer jako impuls zrodzony z kontaktu ze śmiercią, cierpieniem i udręką. Kiedy na froncie rosyjsko-austriackim na wiosnę 1916 roku nasiliły sie walki spowodowane ofensywą generała Brusiłowa i regiment do którego przypisany był Wittgenstein odniósł olbrzymie straty, dokładnie wtedy doświadczenia te zaczęły wpływać na charakter jego pracy. Na zadane sobie wtedy pytanie „Co wiem o Bogu i celu życia?“ Wittgenstein wypisał kilkunastopunktową listę, której ostatnie punkty dotyczą woli i losu.

„Nie mogę wedle mojej woli kierować zdarzeniami w świecie, jestem zupełnie bezsilny“.

„Tylko w ten sposób mogę się uniezależnić od świata – a tym samym w pewnym sensie nad nim zapanować – że zrezygnuję z wpływu na zdarzenia“[38].

Zagrożenie życia wywołało impuls nie tylko w umyśle Wittgensteina, ale i Witkiewicza. Mniej więcej w podobnym czasie w lipcu 1916 roku na tym samym froncie, tyle że po przeciwnej stronie, podczas obserwacji pękających na tle nieba szrapneli, w przed dzień bitwy pod Witonieżem, w której został ciężko ranny, zrodził się zarys jego filozoficznego systemu[39]. Witkiewicz został odznaczony orderem św. Anny IV klasy i awansowany na porucznika „za waleczność, męstwo i odwagę“[40] w tej właśnie bitwie. Jednak prawie wogóle nie znamy przekazu Witkiewicza odnośnie walk na froncie. Ani jego osobistych refleksji, co zmieniło się w nim, kiedy zajrzał śmierci w oczy. Bo to, że z Rosji wrócił zupełnie innym człowiekiem jest oczywiste. Koszmary z frontu, nie odcisnęły się na jego sztuce, nie znosił „pławienia się w naturalizmie“[41] i makabrze jak jego późniejszy przyjaciel Bronisław Linke. Ale szczególne wydarzenia musiały zapaść w nim i budzić jego lęk i stawać przed oczami do końca życia. To co pisał w 1921 roku o swojej kondycji psychicznej do Dowództwa V-go Baonu Wojsk Wartowniczych, że stan jego nerwów jest „zbliżony chwilami do lekkiej niepoczytalności“[42] mogło być specjalnie przesadzone. Wielokrotnie cytowane były już wspomnienia Rytarda o „paroksyzmach strachu, które przeżywał pod ogniem w pierwszej linii okopów“[43], albo to jak „pół przytomny ze zdenerwowania, roztrzęsiony jak galareta, prowadził swych ludzi do ataku“[44]. Ale Rytard wspomina również i to, że uważał za „najtrudniejszy wysiłek psychiczny, wyczyn najwyższej rangi i klasy“ - „opanowanie przerażenia, które ogarnia człowieka w bitwie i zwala prawie z nóg“[45]. Rytard podaje też, że już w Tatrach w czasie wycieczek, „nie krył się ze swoimi lękami, często bardzo nieprzyjemnymi“[46] i „Z nieodstępną mentolową fajeczką w zębach […] zaciskał wargi i hipnotyzując wzrokiem otaczające go potęgi górskie, parł naprzód przed siebie z pochyloną głową. Po prostu wyrywał się, wydzierał siłą woli ze szponów lęku“[47]. W takiej właśnie pozie Rytard uchwycił Witkacego na fotografii wykonanej w 1928. Szalony zjazd Witkacego na nartach został zainscenizowany do fotografii i jednocześnie inaczej opisany: „Przed łakomym okiem aparatu fotograficznego «wyczynia« nam Witkacy wspaniałą scenkę groźnego zjazdu narciarskiego. Chwytam ten cenny moment groteski witkiewiczowskiej, której tyle jest w jego obrazach i utworach“[48].

W sytuacji kiedy przekaz Witkacego jest nieznaczny, warto sięgnąć do biografii ludzi jemu podobnych. Opisy ich przeżyć frontowych charakterystycznych dla tamtych form prowadzenia wojny i widocznych, odczuwanych skutkach, mogą dać pewne wyobrażenie o tym, co mogło być i jego udziałem, czego mógł być świadkiem. Ofensywy, w których brali udział Witkiewicz i Wittgenstein i w których mogli nieprzeżyć, dla losów wojny okazały się nieistotne. Ich ewentualne śmierci, podobnie jak unicestwienie tysięcy żołnierzy na tych odcinkach frontu, nic by nie przyniosły. W pierwszych dniach wojny, mając zapewne inne wyobrażenie o walce i mając potrzebę nadania swojemu życiu sensu Witkacy wyraził nadzieję: „Oby moja śmierć nie była głupim przypadkiem i żebym zginął pożytecznie“[49]. Żołnierze, którzy na początku wojny rwali się do walki, a na koniec wychodzili z tego piekła psychicznie okaleczeni, odnotowywali w swoich dziennikach uwagi jak te: „Całe to natarcie było upiorna pomyłką. Jak wszystko“, „Przestańcie, dosyć już tej potwornej rzezi“[50].

W raportach wojskowych podkreślano również odwagę Wittgensteina. Pisano, że „Jego wyjątkowo odważne zachowanie, spokój, zimna krew i heroizm wzbudza powszechny zachwyt żołnierzy“[51]. Mianowany został na leutnanta i odznaczony. On sam w dzienniku pisał, że „Strach przed śmiercią jest najlepszą oznaką fałszywego, tzn. złego życia“[52]. Ale biograf Wittgensteina uważa, że nie jest to sformułowanie osobistego credo, ale wkład do myśli filozoficznej. Kiedy na froncie „strzelano do mnie […] …przy każdym strzale kurczyłem się całą mą istotą. Tak bardzo chcę żyć“[53]. „A trudno zrezygnować z życia, gdy już się w nim zasmakowało. Na tym dokładnie polega „grzech“, bezrozumne życie, fałszywy obraz życia. Od czasu do czasu staję sie zwierzęciem. Wtedy nie mogę myśleć o niczym prócz jedzenia, picia i spania. Straszne! A wówczas cierpię też jak zwierzę, bez możliwości wewnętrznego zbawienia. Zdany jestem wtedy na łaskę mych pragnień i niechęci. O prawdziwym życiu nie ma wtedy co myśleć“[54].

Makbaryczne sceny, wręcz surrealistyczne, które rozgrywały się na wszystkich frontach wojny przerażały i porażały podobnie. Żołnierze byli świadomi, że takie obrazy będą prześladować ich do końca życia, że wyjdą z tej wojny okrutnie poranieni. Przytoczone poniżej przykłady koszmarnych zdarzeń w okopach i na polach bitew, które żołnierze i oficerowie zapisywali w swoich dziennikach i listach do najbliższych, mogły wydarzyć się wszędzie, gdzie toczyły się walki. Dają pewne wyobrażenie o tym, jakie potworności mógł oglądać każdy, także Witkiewicz i Wittgenstein.

Podane poniże opisy dotyczą działań wojennych na półwyspie Gallipoli, które później nazwano „Kampanią nierozstrzygniętych
wątpliwości i straconych szans“.

„Zdaniem niektórych wynik kampanii przyczynił się do wybuchu Rewolucji Październikowej, inni uważali Gallipoli za jeden z epizodów Wielkiej Wojny. Bezsporne jest tylko to, że na tym niewielkim skrawku lądu zginęło ponad sto dwadzieścia tysięcy żołnierzy“.

„Gdy widzę żołnierzy schodzących do okopów często zastanawiam się, ilu z nich stamtąd wyjdzie. Zwykle po paru minutach rozlega się wrzask, a potem wołanie o sanitariuszy. Ci wywlekają na noszach krwawy befsztyk, pogruchotane ciało, które kiedyś było człowiekiem”.

„Dziś po południu spadły na nas z nieba strzępy ludzkiego ciała. Wróg wystrzelił z okrętu pocisk, ale nie słyszeliśmy odgłosu, który temu towarzyszy. Na wzgórzu koło plaży iskał się jakiś żołnierz, pocisk rozerwał mu ciało na kawałki i wyrzucił je wysoko w powietrze”.

„Spadające gęsto pociski eksplodowały jeden po drugim. Okopy, które miały ratowaćżołnierzom życie stały się ich grobem. Ci, którzy zdołali przetrwać chronili się w lejach i okopywali na nowo”.

„Część chłopaków ranna, wszędzie słychać jęki i wrzaski, wołanie o amunicję bądź nosze. Zastanawiam się, jak sanitariusze będą mnie nieść po tak stromych i piaszczystych zboczach. Teraz zaczynają wyciągać poległych z okopów, ciekawe, jak długo to zniosę”.

„Kochana Mamo, z pierwszych sześciu żołnierzy, którzy dotarli na górę jedynie ja nie zostałem trafiony. Miałem niesamowite szczęście, pocisk minął mnie o milimetr i utkwił w gardle człowieka siedzącego obok”.

„Droga Matko, oficerów zawodowych pozostało niewielu, większość z nich jest ze służby ochotniczej. Wczoraj jeden z nich został trafiony podczas obiadu i wpadł twarzą do zupy. Zrobił się niesamowity bałagan, wszyscy przy stole byli wstrząśnięci, więc obiad dokończyliśmy dopiero po zmroku”.

„Trupy naszych żołnierzy wydzielają straszny smród. Trudno sobie wyobrazić, że każdy z tych mężczyzn był czyimś synem. Musimy patrzeć na te okropieństwa, a niektóre gazety mają czelność pisać, że lubimy takie życie”.

„Jesteśmy śmiertelnie zmęczeni codziennym ostrzałem. żołnierze całkowicie zobojętniali przestali zwracać uwagę na to, że ktoś strzela i próbuje ich zabić. Kiedy pocisk lub granat rozerwie kogoś na kawałki ledwie raczą pochylić się nad szczątkami byłego towarzysza broni. Wojna to piekło. Nie mam nadziei na ocalenie”.

„Na ten widok nawet najłagodniejsi czują się barbarzyńcami, a najdziksi barbarzyńcy płaczą”.

„Baliśmy się, że spłoniemy żywcem, położyliśmy się na dnie okopu, w górze szalały płomienie. Całe to natarcie było upiorną pomyłką. Jak wszystko”.

„Wojna jest straszna. Zwłaszcza ta wojna. Więc tym, którzy szybko zginęli można tylko pozazdrościć”.

„Okazało się, że ta wojna to pomyłka: zamęt, śmierć i choroby”.

„Mam dwadzieścia jeden lat, ale moje włosy i broda są już siwe. Twarz jest poorana, a ciało gnije.Nie dam rady znosić tego dłużej”.

„Muchy buszowały w latrynach, wchodziły do ust poległych, siadały na otwartych ranach, a potem całą chmarą oblepiały dżem, który jedli zdrowi żołnierze. To one roznosiły choroby. Wszystko było niemal zawsze okraszone muchami“.

„To nie był zwykły rozstrój żołądka tylko szalejąca czerwonka. Ludzie mieli wrażenie, że za chwilę wydalą wnętrzności. Chodzili do latryny dwanaście, czternaście, a nawet szesnaście razy dziennie. Mieli podrażnione, obolałe odbyty. Ponieważ nie było papieru toaletowego podcierali się rękami, a potem wycierali je o trawę. To także sprzyjało rozpowszechnianiu się czerwonki, która w końcu stała się chorobą powszechną. Żołnierze byli tak osłabieni, że ledwo trzymali się na nogach. Niektórzy wpadali do latryn i tonęli we własnych ekstrementach”.

„Dzień minął nie wiadomo kiedy. Nad morzem i całą okolicą zapadła ciemność. Setki martwych Brytyjczyków leżały na naszej ziemi. Gładko ogoleni chłopcy o sympatycznych twarzach zawinięci w pokrwawione mundury. Ten widok budził w nas chęć zemsty, ale i współczucie”.

„Nasza taktyka opiera się na założeniu, że najlepiej nie mieć taktyki, że jedyny sposób to pędzić przed siebie bez wsparcia i rezerw, a na koniec również bez ręki lub nogi”.

„Można odnieść wrażenie, że ci ludzie, choć są światkami potworności i sami robią straszne rzeczy, nadal wierzą w sprawę, o którą walczą. Wyjdą z tej wojny niewyobrażalnie poranieni, ale nigdy nie zatraca człowieczeństwa”.

„Utknęliśmy w martwym punkcie i bardzo chciałbym zobaczyć, jak to się skończy. Ale raczej nie uda mi się ocaleć”.


Czy Witkacy zamierzał walczyć w carskiej armii?
Przeczą temu zdania Witkiewicza z Curriculum Vitae: „Początkowo zamierzałem dostać się do Galicji. Jednak technicznie okazało się to niemożliwem. Wskutek tego, a także z powodu zupełnie mylnych informacji co do tego, co się dzieje w Kraju (począwszy od gazet australijskich), postanowiłem wrócić do Rosji“[55]. Można więc konkludować, że Witkiewicz wyjechał tam, gdzie nie zamierzał zmylony niedokładnymi informacjami. Witkiewicz całą mocą chciał wierzyć, że wybiera słusznie. Ale wybranie opcji rosyjskiej na podstawie niepełnych czy nieprawdziwych informacji i niefortunnych zbiegów okoliczności należałoby rozpatrywać w kategoriach jego osobistej tragedii, niezależnie od tego, że obróciło się później na wartości o różnym znaczeniu. Korzyści również dla potomnych – odbiorców jego twórczości oraz zjawiska, które stanowiła jego osobowość naznaczona rosyjskimi przeżyciami okresu wojny. Jeżeli po powrocie do Polski, a może jeszcze w Petersburgu Witkiewicz doszedł do wniosku, że koncepcja Piłsudskiego była słuszna, bo to ona przyniosła Polsce niepodległość, to przecież mógł doznać uczucia rozgoryczenia, że historia z niego zakpiła.Tragedia ludzkiego losu – dobre intencje obracają się w negatywne. Uczucie frustracji mogła budzić także ewentualność własnej bezsensownej, nic nie przynoszącej śmierci, po niewłaściwej stronie okopów.

Często wyjazd Witkiewicza z Australii do Petersburga automatycznie łączony jest z jego zamiarem służby w carskiej armii. Jakby artysta już w Australii zdecydowany był na to wszytstko co miało zdarzyć się później, czyli po przyjeździe do Rosji. Czy jest to tylko lapsus? Bo przecież znamy przyszłą decyzję Witkacego, podjętą już w Petersburgu, jak i jego dalsze losy. Czy może niezauważone zostały dosyć istotne szczegóły zawarte w listach Witkiewicza napisanych w tym czasie?

Dodatkowo wybór opcji rosyjskiej Witkacego interpretowany bywa jako gest przeciwko ojcu świadome czy nieuświadomione „mordowanie“ ojca, co automatycznie wpisuje się w figurę dwóch antagonistów ojca i syna, czemu przeczy jednak pierwotny zamiar Witkacego wyjazdu do Galicji i wyrażona troska o rodziców. Naprzykład Irena Jakimowiczowa była zdania, że Witkacy znalazł się w Petersburgu „…zgodnie z własną koncepcją walki wolnościowej w szeregach armii rosyjskiej, koncepcją znów przekornie przeciwną orientacji ojca, sprzyjającego opartym o Austrię poczynaniom spokrewnionego z Witkiewiczami Józefa Piłsudskiego“[56]. Jest oczywiste, że Witkacy wcześniej nie miał żadnej koncepcji walki o wyzwolenie kraju w sensie osobistego udziału, bo jak sam mówił zapisywanie się do Związku Strzeleckiego w czasie pokoju wydawało mu się farsą. Co najwyżej mógł dyskutować z Tadeuszem Micińskim, note bene słowianofilem, o roli Rosji w przyszłym zjednoczeniu i wyswobodzeniu Polski.

Z analizy listów Witkiewicza napisanych w Australii, podobnie jak z Curriculum Vitae, wynika, że pierwszą jego naturalną reakcją była chęć powrotu do domu, do Zakopanego i prawdopodobnie wstąpienia do oddziałów Związku Strzeleckiego „Strzelec“. Kiedy u konsula austriackiego dowiedział się, że nie ma żadnej nadziei powrotu, może z powodu posiadanego przez niego rosyjskiego obywatelstwa, a raczej z braku połaczeń, nie chcąc zmieniać swojej decyzji walczenia musiał zdecydować się na wyjazd do Rosji do Petersburga, gdzie mieszkała zamężna siostra jego ojca Aniela Jałowiecka. Zaś absolutne przekonanie o udziale w wojnie przy boku Rosji podjął dopiero w oparciu o informacje o tym, jak Niemcy potraktowali polskie ziemie zaboru rosyjskiego i o niepowodzeniach działań zbrojnych Związku Strzeleckiego, o czym dowiedział się już po przyjeździe do Petersburga. Informacje – jak napisał – „nie blaga prasy, ale listów naocznych świadków“[57]. Skomentował je w liście do Malinowskiego: „Garstka strzelców walczących o kawałek Galicji razem z Niemcami, którzy spustoszyli w najokropniejszy sposób większą część Królestwa i pastwią się nad tamtejszymi Polakami jak zwierzęta, jest rzeczą tragiczną i potworną“[58]. Witkiewicz miał nadzieję, że w Rosji zostaną zorganizowane oddziały polskie. Dopiero, kiedy okazało się, że oddziały takie nie powstaną decyzja o wstąpieniu do carskiej armii okazała się jedynym możliwym wyjściem dla zdeterminowanego przymusem walki Witkiewicza. Doszedł do tego – jak pisał – sam, w opozycji do zdania rodziny, u której zatrzymał się. Witkiewicz płynął z Australii z niejakim Niczajewem, o czym wiedział wcześniej Malinowski. W liście do przyjaciela Witkacy wyraźnie zastrzega się: „Nie myśl, że to jazda z Nieczajewem przerobiła moje myśli. Sam doszedłem do tego wszystkiego przez straszne zwątpienia i mękę. I w moim sumieniu sprzeczności teraz nie ma. Chcę tylko, aby to nie było tanie, i chcę spełnić czyn, który by te myśli przypieczętował. […] Byłem sam w moich myślach o Rosji i konieczności walczenia z nią przeciw Niemcom i przeszedłem straszne chwile na ten temat. Teraz ruch strzelecki w Galicji klapną zupełnie i każdy Polak może z czystym sumieniem iść przeciw naszemu jedynemu istotnemu wrogowi, przeciw Niemcom. […] Straszne jest sumienie Polaka w tej chwili. Ale droga jest tylko jedna“[59]. Z całą pewnością Witkacy posiadał jedynie fragmentaryczne i nieścisłe wiadomości o oddziałach Związku Strzeleckiego i innych polskich formacjach, skoro był przekonany o ich totalnej klęsce. Ale zapewne musiał dowiedzieć się o niepowodzeniu wywołania przez Piłsudskiego antyrosyjskiego powstania narodowego w Królestwie Kongresowym i o rozwiązaniu we wrześniu 1914 roku Legionu Wschodniego z powodu zajęcia Lwowa przez wojska rosyjskie. Te klęski widać wywarły na nim duże wrażenie i uzasadniły z czystym sumieniem wybór jedynej drogi jaka w jego odczuciu została. Pewnie niestety nie znał pełnych informacji o pozostałych oddziałach i o Legionie Zachodnim, które nieprzerwanie brały udział w bitwach z wojskami rosyjskimi, zanim przekształcone zostały w trzy Brygady Legionów Polskich. Brygady te w liczbie około szesnastu i pół tysiąca żołnierzy walczyły nad rzeką Stochod w czasie ofensywy Brusiłowa, o którą to rzekę od czerwca 1916 do sierpnia 1917 opierała się linia frontu rosyjsko-austrowęgierskiego.

Ale w wielu listach, które pisał do Bronisława Malinowskiego po wybuchu wojny, również w tym z Petersburga, kiedy podjął już decyzję o wstąpieniu do armii, pojawiają się dwie równoległe refleksje – oprócz przymusu walki, pojawia się rozgoryczenie na siebie, że dał się namówić na wyjazd do Australii, bo w przeciwnym razie gdyby został w Zakopanem, inaczej potoczyłyby się jego losy. Rezygnacja z wyjazdu i pozostanie dotyczyło panny Z. [Jadwigi Zielińskiej], której miłość już po samobójstwie Jadwigi Janczewskiej będąc w stanie rozpaczy odrzucił. Żal, że jednak nie przyjął jej uczuć pojawia się w kilku listach z konkluzją, że gdyby jednak mógł kochać pannę Z., to może by zupełnie inaczej skończył[60]. Witkacy będąc już jedną nogą w carskim wojsku, stawiał jednocześnie zasadniczo brzmiące pytanie, uskarżając się tym samym na swój los: „Dla panny Z. zdaje się wróciłem wtedy z Berlina. Czyż to nie było przeczucie i ostatnia możliwość życia?“[61].


Petersburg – „łupina mojego ciała nie wytrzyma żaru mojego ducha“.
Wracajac do tekstu M. A. Potockiej. Trudno zgodzić się szczególnie z sugestiami co do kilkuletniego okresu egzystowania Witkiewicza w Petersburgu „bez głodu sensu“, zagłuszanym alkoholem i perwersja seksualną.

Już na początku 1915 roku, po trzech miesiącach od przyjazdu Witkacego do Petersburga jego ciotka Aniela Jałowiecka w liście do matki artysty z odczuciem ulgi opisała stan jego psychiki: „Według naszych obliczeń powinnaś była dostać jego list, w którym opisuje dzieje ostatnich swych miesięcy życia, kiedy to powziął nieodwołalną decyzję wstąpienia do rosyjskiej armi, aby bronić Polski. […] Takim, jakim jest teraz, nie był nigdy dotąd. Spokojny, można by rzec – wesoły, trzymający się prosto, z wysoko podniesioną głową, otrząsnął się zupełnie z rozpaczliwego stanu apatii i inercji, w jakim zobaczyliśmy go po powrocie. Przygotowuje się znakomicie do egzaminów teoretycznych i świetnie znosi wojskowe rygory. Zdrowie jego jest doskonałe. W mundurze wygląda bardzo dobrze…“[62]. Aniela Jałowiecka, pod której opieką znalazł się Stanisław Ignacy w Petersburgu nie mogła pogodzić się z tym, że jedyny syn jej brata Stanisława Witkiewicza chce wstąpić jako ochotnik do wojska, a ona nie jest w stanie odwieść go od tej ryzykownej i nie do zaakceptowania ze względów politycznych decyzji. Ale jak napisała dalej w liście: „Żadne perswazje ni niczyj wpływ nie były w stanie zmienić jego postanowienia. […] Być może u końca wojskowej kariery syn Twój odzyska równowagę duszy i powróci do Ciebie zupełnie już przystosowany do normalnego życia“[63]. Z kolei o tym samym konflikcie z wujostwem pisał Witkacy do Bronisława Malinowskiego dużo wcześniej, w liście z połowy października 1914 roku, a więc niedługo po przybyciu do Petersburga: „Ada Żukowska [córka ciotki Anieli] zajmuje się moją protekcją, może coś z tego będzie. Jedyna osoba, która jest ze mną. Wytrzymałem straszne wymyślanie ciotki Jałowieckiej za to wszystko. Im się śni jakaś odpowiedzialność przed Rodzicami. Albo ta droga, albo zgnicie moralne. Nie na to jechałem z Australii, aby tu zgnić gdzieś w kącie, jeszcze raz minąwszy się z moim losem. Wszystko to jak sen jakiś okropny“[64].

Zauważmy, że Witkacy mówił tu o wyborze, jakiego dokonał, a więc w wyborze mieściła się możliwość niezgłoszenia się na ochotnika do wojska i przeczekania wojny. Takiego rozwiazania nie dopuszczał, ale jak widać było możliwe. Tymbardziej, że jego siostra cioteczna, Ada, podjęła się załatwienia jego wstąpienia najpierw do szkoły wojskowej przez protekcję.

Jednocześnie Witkacy jak wielu artystów i naukowców, którzy znaleźli się na frontach Wielkiej Wojny Światowej w większości przypadków jako ochotnicy, prowadził „podwójne życie“. Równolegle do obowiązków wynikających ze służby wojskowej i w czasie urlopów kontynuował i rozwijał swoje założenia artystyczne, biorąc też udział w życiu artystycznym Polonii w Petersburgu. Tu – jak pisał Jarosław Iwaszkiewicz – Witkacy „poczuł się nie tylko artystą, ale i filozofem, znalazł swoje miejsce na ziemi […] znalazł w tym, co pisał Andriej Bieły potwierdzenie swoich teorii i lęków“[65]. W Petersburgu Witkiewicz stworzył prawdopodobnie ponad tysiąc prac plastycznych, czego tkwiąc w stanie „bez głodu sensu“ nie mógłby zapewne dokonać, wiodąc życie – jak chce Potocka - „bez wysiłku i wartości“. Irena Jakimowiczowa przywołuje zaginiony dzisiaj autoportret Witkiewicza z 22 lipca 1917 roku zatytułowany Sataniello opatrzony napisem; „Meines Körpers Schale wird nicht meines Geistes Glut aushalten“ – łupina mojego ciała nie wytrzyma żaru mojego ducha[66]. Jak pisze Jakimowiczowa: „Ale – jak zawsze przekorny – spełniwszy to, co uznał za swój obowiązek, Witakcy oddawał się pielęgnowaniu żarliwego ducha: pisał Nowe formy w malarstwie, a przede wszystkim malował“[67]. Witkiewicz opuściwszy ciasne mentalnie Zakopane tkwiące nadal w duchu modernistycznej sztuki, znalazł się w dużo bardziej różnorodnym i awangardowym środowisku, w atmosferze wolności i gruntownej odnowy sztuki. „Ważniejsze jest to – kontynuuje Jakimowiczowa – że Witkacy w Rosji po raz pierwszy przestał być turystą, jakim był nawet w Bretanii, gdzie pod okiem Ślewińskiego usiłował się zbliżyć do Gauguinowskiego ideału. Tu znalazł przede wszystkim bardzo żywe, pobudzające intelektualnie środowisko – poza petersburską Polonią – głównie rosyjskich malarzy, pisarzy, krytyków, filozofów, ludzi teatru, poetów. Po raz pierwszy znalazł się wewnątrz, jako współuczestnik dyskusji na wielka skalę, bo przecież Rosja już wcześnie stała się miejscem spotkania idei z Wiednia, Paryża i Monachium, a nieco później i z Włoch. Z dodatkiem miejscowej egzotyki i specyficznie rosyjskiej mentalności tworzyło się jedyne w swoim rodzaju intelektualne
środowisko o dużej sile działania…“[68].




Bibliografia


[1]Potocka A. M., Antropologia sztuki. „Ja" jako materiał twórczy, [w:] Witkacy. Psychoholizm, red. M. A. Potocka, Bunkier Sztuki, Kraków 2009.
[2]Ibidem, s. 297.
[3]Ibidem.
[4]Ibidem.
[5]Ibidem.
[6]Ibidem.
[7]Witkiewicz S. I., Rzecz o ciągłości bzdury malarsko-krytycznej. Głos „plastyka“ wołającego na puszczy, [w:] J. Degler, Stanisław Ignacy Witkiewicz. Pisma krytyczne i publicystyczne, zebrał i opracował J. Degler, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1976, s. 480-481.
[8]Potocka A. M. op.cit., s. 297.
[9]Degler J., Witkacego Portret Wielokrotny, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2009.
[10]Ibidem, s. 490.
[11]Ibidem, s. 514.
[12]Tekst Lecha Sokoła ma ukazać się w najbliższym czasie.
[13]Micińska A., Stanisław Ignacy Witkiewicz - listy do Bronisława Malinowskiego, [w:] Malinowski i Witkacy. Fotografia: między nauką a sztuką, „Konteksty“, Nr 1-4/2000, s. 267.
[14]Ibidem.
[15]Ibidem, s. 265-267.
[16]Ibidem, s. 267.
[17]Ibidem, s. 267.
[18]Ibidem, s. 265.
[19]Ibidem, s. 267.
[20]Ibidem, s. 275.
[21]Russell Julie, Ellis Silas, Geoffrey Serle, Australian Dictionary of Biography, Vol. 11, Melbourne 1988, s. 451-453.
[22]Wspomnienia z filmu Gallipoli na podstawie Silas Ellis, The Diary of Anzac, ML MSS 1840, Mitchell Library, State Library of New South Wales.
[23]Ibidiem.
[24]Degler J., O pobycie Witkacego w Rosji w świetle dokumentów. Aneks, [w:] tegoż, op.cit., s. 498.
[25]List napisany w Petersburgu między 12.09 i 23.11 1916 roku. Micińska A. op.cit., s. 279.
[26]Monk R., Ludwig Wittgenstein. Powinność geniusza, tłum. Adam Lipszyc i Łukasz Sommer, KR, Warszawa 2003, s. 131.
[27]Ibidem.
[28]Ibidem.
[29]Ibidem.
[30]Micińska A., op.cit., s. 267.
[31]Ibidem, s. 265-267.
[32]Ibidem, s. 267.
[33]Z dotychczas niepublikowanej widokówki do Jadwigi Janczewskiej z 20.12.1913r. Widokówka znajduje się w zbiorach Muzeum Tatrzańskiego.
[34]Monk R., op.cit., s. 132.
[35]Ibidem, s. 160.
[36]Ibidem, s. 161.
[37]Ibidem, s. 159.
[38]bidem, s. 162-163.
[39]Leszczyński J., Nieznany list Stanisława Ignacego Witkiewicza, [w:] „Pamiętnik literacki“, Rocznik LXXVI, Zeszyt IV, 1985, s. 177.
[40]Degler J., Witkacego portret…, s. 478.
[41]Malczewski R., Pępek świata. Wspomnienia z Zakopanego, LTW, Warszawa 1999, s. 70.
[42]Degler J., op.cit., s. 511.
[43]Rytard J. M., Witkacy, czyli o życiu po drugiej stronie rozpaczy, [w:] Stanisław Ignacy Witkiewicz, człowiek i twórca. Księga pamiątkowa, red. Tadeusz Kotarbiński i Jerzy Eugeniusz Płomieński, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1957, s. 281.
[44]Ibidem.
[45]Ibidem.
[46]Ibidem.
[47]Ibidem.
[48]Rytard J. M., Ósme niebo narciarskie, „Świat“, 7.01.1928.
[49]Micińska A., op.cit., 275.
[50]Cytaty z filmu Gallipoli.
[51]Monk R., op.cit., s. 176.
52]Ibidem, s. 163.
[53]Ibidem, s. 168.
[54]Ibidem.
[55]Degler J., Witkacego portret…, s. 114.
[56]Jakimowiczowa I., Witkacy w Rosji, [w:] tejże, System i wyobrażnia. Wokół malarstwa Witkacego, Wydawnictwo „Wiedza o Kulturze“ Fundacji dla Uniwersytetu Wrocławskiego, Wrocław 1995, s. 20.
[57]Micińska A., List z 17(?)10.1914, [w:] op.cit., s. 277.
[58]Ibidem.
[59]Ibidem.
[60]Ibidem.
[61]Micińska A., List do B. Malinowskiego z 10.08.1914, [w:] op.cit., s. 273.
[62]J.Degler, List z 13.02 (30.01), op.cit., s. 305.
[63]Ibidem.
[64]A. Micińska, List z 17(?)10. 1914, [w:], Stanisław Ignacy Witkiewicz…, dz.cyt., s. 277.
[65]Iwaszkiewicz J., Petersburg, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1981, s. 59, 61.
[66]Jakimowiczowa I., op.cit., s. 34.
[67]Ibidem.
[68]Ibidem, s. 23.


Źródło: PRZESTRZENIE TEORII, nr. 14 / 2010, Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań

Esej: Krzysztof Jurecki WSZYSTKO JEST GODNE POEZJI I FOTOGRAFII



W ramach przekroczenia oprogramowania aparatu według koncepcji Villema Flussera, fotograf może stwarzać różnego rodzaju eksperymenty, które mają „wyrwać” go, ale także i widza, z podstawowej zasady „tu i teraz”. Taką metodą posługuje się kilku polskich fotografów, którzy korzystają z zasady podwójnej ekspozycji. Najdłużej prace wywodzące się z konceptualizmu i minimal-artu wykonuje Grzegorz Zygier. Ale w innej tradycji działają od pewnego czasu Leszek Żurek i Tomasz Sobieraj. Ten pierwszy inspiruje się słynną koncepcją powidoku Władysława Strzemińskiego, która w dalszym ciągu może się rozwijać rezygnując z kolorystycznego nastawienia.

Jak przedstawia się koncepcja Obiektów banalnych Tomasza Sobieraja? Równoległą do fotografii, a czasami pierwszą formą pracy duchowej artysty jest poezja i proza. Dlatego interpretacji niektórych jego cykli fotograficznych można poszukiwać w literaturze. Nakładanie dwóch obrazów można łączyć z poetyką snu wraz z jego płynnością i nieokreślonością. Ale trzeba zaznaczyć, że sny mogą mieć także znaczenie archetypiczne i być wyraziste.

Poetyckie obrazy Tomasza Sobieraja przypominają oczywiście o zasadzie fotomontażu wraz z jego surrealistyczną stylistyką, która jest tu zaznaczona. Jest to łączenie dwóch realności, ale także iluzji i wyrafinowanego operowania zminimalizowaną perspektywą kulisową.

Obrazy mogą się przenikać w swej poetyce form, choć częściej dominuje jeden motyw o przesłaniu symbolicznym. Jest nim np. deska sedesowa, która przypuszczalnie pozostanie przez tysiące lat jako znak naszej cywilizacji. Można powiedzieć – niestety! Okulary, tarka do prania, fragment kapliczki z religijną figurą, trywialne narzędzie, jakim jest łopata. Zatem wszystko jest godne poezji i fotografii. Wola artystyczna połączona z siłą natury w formie zjawisk przyrodniczych, jak szron, powoduje, że praktycznie każdy trywialny motyw może stać się bytem artystycznym, świadczącym przede wszystkim o naszym marnym życiu postrzeganym z pozycji człowieka, nie zaś natury, która rządzi się własnymi prawami. Cykl Obiekty banalne nie jest dla mnie optymistyczny, gdyż nakładane obrazy wprowadzają poczucie chaosu. Zauważalna jest tylko niewielka doza boskiej symetrii.

Jaką filozofię sztuki reprezentuje ten cykl? A raczej jaka filozofia poprzez niego się wyraża? Jest to egzystencjalizm wraz z rozpadaniem się życia, a nawet jego upadkiem. Dla mnie, choć może się mylę, to egzystencjalizm według Jean Paul Satre’a, ale z odrobiną chrześcijańskiej melancholii, a może i nadziei, choć ta pojawia się niezwykle rzadko.

Cykl ten, poza ewidentnymi związkami z poezją, co interesujące, jest także malarski w swej strukturze. Niektóre zdjęcia są bardzo wyrafinowane, jeśli patrzeć na nie od strony operowania linią i gmatwaniną formy rozsadzającej ramy fotografii. Dzięki temu jest bardzo współczesny, pasujący do trafnego określenia Wolfganga Welscha „nasza postmodernistyczna moderna”. Nie widzimy w niej ani horyzontu zdarzeń, ani upływającej i zmiennej historii, a oglądamy tylko nakładające się nostalgiczne obrazy, które są oczywiście opowieścią o nas samych, posługującą się resztkami po naszej cywilizacji pokazywanymi na zasadzie surrealistycznego „obiektu znalezionego” (objet trouvé). W tym melancholijnym nastawieniu, kiedy oglądamy banalne okruchy naszej egzystencji, nie słychać krzyku rozpaczy. Nie ma też nadziei. Wszystko ulega dyfuzji i ostatecznemu rozpadowi lub czasowemu zamrożeniu. Jedynym zwycięzcą może okazać się natura! Ona pozostanie jako świadectwo po naszej cywilizacji – o ile przeżyje!


Tekst pochodzi z katalogu wystawy Tomasza Sobieraja Banal Objects; Fotoseptiembre USA - SAFOTO, Instituto Cultural de México, San Antonio, USA, 2011.

Jest Poezja! Bohdan Wrocławski



Inny smak księżyca

Którejś nocy światło księżyca ominęło naszą planetę
oceany odfrunęły w głąb własnego sumienia
wszyscy myśleli że teraz ziemia
zacznie szybciej obracać się wokół własnej rozpaczy

wieczorami błądziły kłęby pary
jakieś nieczytelne hieroglify
bezdomne znaki w śniegu
obłoki wypełnione melancholią

wszystko to przypominało
że powoli kończy się czas modlitwy
zasną świerszcze ich oddech przestanie plamić ciszę

i tylko nasze natchnienie kruche przecież
wciąż jeszcze jest obecne

jednak pozbawiane wiecznego ognia sprawia
że coraz częściej odczuwamy lęk
granice które przekraczamy
mają w sobie coś ze świątecznej majówki

kiedy z naszej radości płatami łuszczy się kora
pada deszcz
nagie kikuty wilgotnych ramion
w bezbrzeżnym zdumieniu wiszą
wzdłuż miejskich murów obronnych

jak ostatni sen skazańca

nad ranem place odwiedza stukot kopyt końskich
parujący zapach łajna

wtedy śpią jeszcze wszystkie sumienia
kopiaste pierzyny unosi oddech
wydaje się spokojny i bezpieczny

tylko czasem jakiś fragment wiersza podrażni pejzaż
odbierze mu nadzieję kolor i symetrię

wyglądasz wtedy przez oszronione okno
twoje czoło stygnie dotykasz nim szklanej powierzchni
palcem wypisujesz wszystkie zapamiętane grzechy dzieciństwa
zaczynasz bać się ich samotności
przerażającej potrzeby bycia z tobą

nadal trudno ci uwierzyć że jesteś już dorosły

a wszystkie zamki które budowałeś na plażach
stały się większe niż czubki okolicznych sosen
boisz się ich cienia
odczuwasz że jest tam ból
twardy jak śmiech drwala ostrzącego zęby piły

to dobrze zawołasz z pustych komnat muzealnych
już dawno rozsypały się wszystkie eksponaty
ten pył który spotykamy każdego upalnego poranka
ten kosmiczny pył to rozkruszone drobiny
umierającej cywilizacji

resztki wysychającej wyobraźni

już nie broni nas sztuka
w mroku widzisz jej ledwie zarysowaną twarz
miękki podbródek
wyłupiaste oczy czerwieniejące niczym ślepia wilka
chytry chichot losu łup w kłach mrozu

paleta barw nie zmienia się dawno zamilkła w niej radość
między złożonymi palcami czujesz jej resztki
przemykają się tam gdzie wszystko staje się bezrozumne

dostrzegłeś to mój Cyprianie Kamilu
obraz pełen niedokładności
skrzypiące kuchenne schody
którymi wprowadzano ciebie na górę
abyś omijając salon mógł dotrzeć w tumult kuchni
brzęk garów
woń przypalenizny i jedzenia

tak nasyca się wiersz słowo po słowie

reszta to nieomal drobiazgi szczegóły scenografii
przerysowane ostrą fakturalną kreską
i tylko nikomu niepotrzebne pragnienie
wiecznie przywołuje nas w coraz inne miejsca

zapamiętajmy siebie zagubionych w zieleniach bezradnej
młodości głodnych
zbiegających w dół po drabinie pragnień i nawyków


naszego ciała trzyma się mróz
chrońmy go jak bezcenną relikwię

gasną ognie zapalane na brzegach chmur w czasie sztormu
myśli pełne fascynacji i destrukcji
wciąż niżej bukiety wyschniętych traw oddychające
w śladach czyichś stóp

to twój dzień ten sam
który obudził cię przerażonego spadały fragmenty skał
źrenice ciężkie trawiące resztki nocy
powietrze w którego mięsiste podbrzusze
wbijały się ostre kawałki granitów

zapach szlachtunku

wszystko to wydawało się już za nami
przez zwisającą z okna brudną firankę przemknęło coś
refleks fragment ciężki jak kratki konfesjonału


zapewne z tamtej strony ktoś łkał przytykając
rozgorączkowane czoło paliły się jego powieki
szybciej niż lot jaskółki

wiedziałeś dobrze wiedziałeś
przyszedł Zalewski z butelką granatowego wina

to rozlewała się w nas
noc bezksiężycowa wyjęta z teatralnego plakatu

aż tu w chłód poddaszowych marzeń
wdzierał się stukot drewnianych kół powozów
uderzających w chropawy bruk
parskanie koni

śmiech dziewczyn kuchennych
dobiegający z pobliskiej jadłodajni

i ten zapach dochodzący z niej zakłócający milczenie poezji

w głuchowskim ogrodzie stado szerszeni rozbiło pszczeli ul
konała przestrzeń
nieczytelna pozbawiona krążenia

krwi i nadziei

znasz przecież obserwujesz ten cienki głos alarmu
w środku lata
kijanki miotające się w wysychającym stawie

wyparowują z nas początki zdania
interpunkcja staje się agresywna
wykrzykniki popychają myśli w nieokreślonym kierunku

wiemy już
najtrudniejsze odpowiedzi istnieją w samotności

wiatr zachłyśnięty własną śliną
przetrawia nas stojących z boku nie przygotowanych
niemiłosiernie w twarz praży słońce
usychają w nim rozpoczęte myśli
plecy oświetla pełne dobrotliwej łagodności światło księżyca

ponieważ zabłądziłeś w pustynnych piaskach
czytasz wszelkie miraże okolicy
szczyty palm kokosowych jakąś karawanę
której towarzyszą gardłowe okrzyki poganiaczy wielbłądów,
kwaśny wydech zwierząt zapach potu
plamy na białych burnusach

świst rzemiennego bata ciepły jak plecy niewolnika

czujesz przypadkowy liść opadający w dół
za wszelką cenę chcący przerysować zmarszczki twojej twarzy
poświata jego lotu dotyka krawędzi księżyca
w milczeniu oddycha

jakby inną mroczną stroną lustra
śpią tam wszyscy aniołowie
którym lód i drobiny śniegu pozlepiały skrzydła

i ja

oddzielany kartkami starych kalendarzy
powłóczący nogami
oparty o leszczynowy kijek
zwijający się niczym wyschnięta kromka chleba

z podniebieniem przepalonym od cudownych tabletek

ja

pozbierany z wszystkich ścieżek
które mnie kiedyś bolały
i z tych które obdarzałem bezrozumną przyjaźnią
błądzący od dzieciństwa po tych samych ugorach

bosy chłopak w krótkich spodenkach
biegnący przez jesienne rżyska
spokojny jak echo goniący z nim stada kuropatw
karmiący gołębie dziksze niż gruzy zniszczonego miasta

ja ekshumujący niespokojny zapach spalonych ciał

na pobrzeżu historii
więzień słów nawyków
interpunkcji
i w bezbarwnej przestrzeni ciągle tułających się
znaków zapytania

szukający azylu

otwieram usta aby przez chwilę
poczuć inny smak księżyca

Jest Poezja! Dariusz Pawlicki



Poezja, moim zdaniem, jest sztuką skrótu, kondensacji

- Pamiętaj o mnie -
szepcze kurz.

Peter Huchel
Napisał te słowa

Jest ich tylko pięć
A ile w nich treści

Chciałbym i ja
Być takim mistrzem
Słowa



Fragment listu do dawno niewidzianej żony

Okazało się
Że przechodziłem dzisiaj obok miejsca
Gdzie pewnego wieczoru
Z dwadzieścia dwa lata temu
Moje ciekawe Ciebie palce
Kolejny raz
Zaspokajały swą ciekawość

Nie pamiętałem o tym
Ale pamiętały
Palce



A szkoda...

Nie rozumiem
Mowy Francuzów
Szumu trzcin
Również



Internet

Mój zmarły osiem lat temu Dziadek
Ni z tego, ni z owego
Poprosił bym mu wytłumaczył
Czym jest Internet

Po przebudzeniu się pomyślałem że
Zmarli, tam gdzie przebywają obecnie
Rozwijają się jednak
Skoro Dziadek za życia nie znał
Słowa „Internet” a teraz tak
I jeszcze chce wiedzieć
Co ono znaczy



Czuwanie
Pogorzelec, 27 stycznia 1999 r.


W wieczór poprzedzający pogrzeb
Ktoś z rodziny zaproponował aby Babcię
Ubrać w dodatkowy sweter:
„Jest przecież siarczysty mróz”

Miałem już powiedzieć
Żeby nie przesadzać –
Ciało które zostało opuszczone
Niczego już nie odczuwa

Ale osoba która akurat
Weszła do domu
Wpuściła przenikliwie zimne powietrze
I podszedłem do szafy
Z ubraniami



Chwila

Stado szpaków
Na tle słońca

Małe
Przesłoniło
Ogromne

Felieton: Igor Wieczorek SŁOWO I OKO


Dla sceptycznego krytyka, który na samą myśl o uświęconych wartościach dostaje gęsiej skórki, zrecenzowanie najnowszego filmu Agnieszki Holland jest nie lada wyzwaniem. Cóż bowiem można powiedzieć, a – tym bardziej napisać – na temat tak oczywisty, że aż bezdyskusyjny?

O tym, że film jest wybitny, nie trzeba nikogo przekonywać, wystarczy tylko zachęcić do pójścia do kina. A jednak sceptyczni krytycy zrecenzowali ten film i – co szczególnie ciekawe – zrobili to znakomicie.

Do najciekawszych recenzji zaliczyć można opublikowany w Gazecie Wyborczej tekst Tadeusza Sobolewskiego, który, porównawszy film Agnieszki Holland do „Listy Schindlera” Spielberga i „Pianisty” Polańskiego, doszedł do wniosku, że jedynie Agnieszce Holland udało się uniknąć pewnej stereotypowości w przedstawieniu konfliktu między dobrem a złem.

„Tamte filmy biorą widza w kleszcze wzruszenia. Najpierw konfrontują nas z orgią zła, aby potem chwycić za gardło obrazem triumfu dobra. U Holland – inaczej – już sama koncepcja wizualna, stworzona przez autorkę zdjęć Jolantę Dylewską, rozprasza w obrazie elementy dobra w sposób nienarzucający się, ale jednak stale obecny.” – pisze Tadeusz Sobolewski. I trudno nie przyznać mu racji.

Ciekawe, czy sukces „W ciemności” skłoni literackich malkontentów i zapalonych kinomaniaków do zrewidowania poglądów na temat rzekomo nieprzekraczalnej granicy między kulturą obrazu a kulturą słowa. Nietrudno bowiem zauważyć, że w miarę rozwoju mediów wizualnych i w miarę obniżania się poziomu czytelnictwa obserwatorzy kultury coraz wyraźniej dzielą się na smętnych misjonarzy słowa i beztroskich propagatorów obrazu. Ci pierwsi twierdzą niezmiennie, że rozwój mediów wizualnych prędzej czy później doprowadzi ludzkość do apokalipsy, ponieważ kultura obrazu nie jest kompatybilna z gospodarką opartą na wiedzy naukowej, a pomiędzy obrazami i wiedzą istnieje sprzeczność, która już teraz owocuje coraz większą irracjonalizacją życia społecznego i gospodarczego.

Propagatorzy obrazu widzą ten problem inaczej. Ich zdaniem jest oczywiste, że skoro z badań naukowych wynika, że ponad 80% informacji dociera do ludzkiego mózgu za pośrednictwem zmysłu wzroku, to rozwój mediów wizualnych jest po prostu wyraźnym przejawem przyśpieszenia tempa ewolucji.

„Co z tego – pytają zazwyczaj - że za pomocą obrazu nie można wyartykułować takich kategorii jak równość czy wolność? Co z tego, że obraz nie daje nam wglądu w obszar metalogiki i uniemożliwia zanegowanie sensu przedstawionej treści, skoro słowa zawierają tylko niewielki procent informacji przekazywanej w rozmowie, a zdecydowana większość informacji przekazywana jest przez mimikę, ton głosu, gesty i inne niewerbalne czynniki, takie jak chociażby. kojarzenie pamięciowe?”

Uderzające jest to, że propagatorzy obrazu i misjonarze słowa nie dyskutują o tym, że słowo też jest obrazem - tyle, że zakodowanym w nieco odmienny sposób.

Czyż nie jest aż zbyt oczywiste, że sukces filmu „W ciemności” jest w dużym stopniu sukcesem książki „W kanałach Lwowa” autorstwa Roberta Marshalla i bestsellerowej autobiografii Krystyny Chiger pt. „Dziewczynka w zielonym sweterku”?

Wymownym dowodem na to, że obraz wzbogaca słowo są właśnie filmowe adaptacje utworów literackich. Słowo wynika z obrazu, a obraz wzbogaca słowo. Współistnienie tych zjawisk jest czymś tak naturalnym, nieuniknionym i dobrym, że przerażająca wizja cyfrowej apokalipsy wydaje się równie nadęta jak wizja świata wolnego od radia i telewizji, a zamieszkałego wyłącznie przez czytelników książek.

Recenzja: Władysław Zdanowicz MISJONARZE Z DYWANOWA, t. I, PINKY


G - JAK GROTESKA RZECZYWISTOŚCI

Autor: Jan Siwmir



Irak. Polskie władze jak zwykle po ułańsku oferują pomoc w nie swojej wojnie. Po ułańsku, bo z honorem, na ochotnika i z wielkimi hasłami na wysoko zawieszonych werbalnych sztandarach. Nie bardzo wiadomo, o co się biją (jeśli o demokrację taką jak u nas, to niech Allalch ma w swojej opiece wszystkich poniewieranych tubylców), ale się biją.

O, przepraszam, wyjeżdżają na misję stabilizacyjną.

Bez sensu transportowany, bez broni i podstawowego wyposażenia, bez konkretnych rozkazów zjawia się kolejny rzut żołnierzy w kraju, który rzekomo posiada broń masowej zagłady. A z tym transportem, na skutek nieporozumienia znanego nam już z musicalu Hair, pojawia się szeregowiec Piotr Leńczyk, filozof z domulu. I od tego momentu zaczynamy poznawać realia wojskowe przefiltrowane przez zdrowy, chłopski rozum. Widzieliście kiedyś czołowe zderzenie mrówki ze słoniem? Tak, to właśnie rozsądek mrówki rozchlapuje się na twardym czerepie systemowego słonia. I za każdym razem, niczym w kreskówkach, powstaje, aby dalej mierzyć się z gigantem. Zdarzają mu się drobne zwycięstwa, okruchy satysfakcji, lecz z góry wiadomo, że jeśli nawet wygra bitwę, jego klęska jest nieuchronna.

Chciałoby się powiedzieć, że Władysław Zdanowicz nakreślił nam jeszcze jeden groteskowy obraz, który widzieliśmy w Paragrafie 22, czy w M.A.S.H. Jak inaczej bowiem odebrać absurdalne posiedzenie komisji sądzącej Leńczyka, albo poczynania plutonu rotacyjnego? Rajd rowerowy głównego bohatera spokojnie zaś można porównać do niosących popłoch poczynań jednego z kadetów Akademii Policyjnej, nieuchronne są także aluzje do przygód Szwejka, o którym wspomina sam autor.

Mimo tych konotacji, mamy do czynienia z zupełnie inną historią. Yossarian czy Mahoney są bohaterami, z których mogę się śmiać do upojenia. Nie moje kulturowe realia, nie mój czas. Zasady, moralność, działania i brak działań mogę opisywać i wyciągać z nich wnioski. Ale, podkreślam, to nie moje doświadczenie. Więc nawet jeśli boli, to inaczej.

Misjonarze z Dywanowa sprawiają, że owszem śmieję się, jednak po krótkotrwałej radości przychodzi refleksja: skąd ja to wszystko znam? Niefrasobliwość, intryganctwo, ogólne rozmemłanie, tumiwisizm, korupcja, malwersacje, spychologia stosowana, głupota ocierająca się o śmiertelne zbrodnie. I wyjątkowa wredota ludzi teoretycznie mających służyć społeczeństwu. Wystarczy, że przejdę się do byle jakiego urzędu, instytucji, sklepu, czy punktu usługowego, o służbie zdrowia nie wspominając. Tu, w cywilu, gdzie nie ma aż takiego zagrożenia, gdzie odpowiedzialność jest nieporównywalnie mniejsza, życie wygląda niemal dokładnie tak samo, jak w historii opowiedzianej przez Zdanowicza. Zamieńmy chociażby mundur na kitel lekarski, pobranie odpowiedniej ilości amunicji na wyegzekwowanie podstawowych badań, próbę przedstawienia swoich racji przed komisją wojskową na taką samą próbę przed sądem w Polsce.

I ta wszechobecna butelczyna z kopertą.

Dlatego niestety wierzę w każde słowo, sytuację i aluzję.

Nie jest to wiara, z którą chciałbym umierać...




Misjonarze z Dywanowa, czyli Polski Szwejk na misji w Iraku

Tom pierwszy PINKY

Wydawca : Księgarnia Zdanowicz

ISBN 978-83-925232-0-8

kontakt: ksiegarnia.zdanowicz@pro.onet.pl