LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA
______________________________________________________________________

Recenzja: Tomasz Sobieraj OGÓLNA TEORIA JESIENI

Autor: Janusz Najder


Konwencją dzisiejszej epoki literackiej stał się antykonwencjonalizm, polegający na odrzuceniu wartości intelektualnych, estetycznych i moralnych. Szanujący się pisarze, a szczególnie poeci, za punkt honoru stawiają sobie, aby ich wytwory były napisane nieudolnie i niejasno, co, jak sądzę, nie przychodzi im z trudnością. Dlatego za każdym razem, gdy biorę do ręki nową książkę Tomasza Sobieraja, zdumiewa mnie i cieszy jednocześnie, że nie podąża on za wszystkimi w jedynie słusznym kierunku, ale z uporem trwa przy wartościach dzisiaj niemodnych, i zamiast zachwycić krytykę fajerwerkiem egzystencjalnych banałów ułożonych w zdania proste i nieporadne imitujące intelektualną głębię, pisze kolejny utwór, który z powodu wysokiej kultury literackiej najpewniej zostanie usunięty poza nawias współczesnej literatury i skazany tym samym na byt endemiczny.

Najnowsza książka Sobieraja, pod zagadkowym i nieco chłodnym, przez co mylącym tytułem „Ogólna teoria jesieni”, jest zbiorem opowieści, miniatur układających się w chronologiczny (jeśli nie liczyć antecedencji „Babiego Lata”) i logiczny ciąg. Każda z tych historii może być samodzielnym utworem literackim – mikropowieścią czy krótkim opowiadaniem, ale zebrane w jednym tomie stanowią powieść (w końcu gatunek to otwarty, tworzący wciąż nowe odmiany), w której bohater, widziany oczami narratora, przechodzi wszystkie etapy życia, od narodzin po śmierć. I jak to w życiu przyzwoitych literackich bohaterów bywa, mamy tutaj do czynienia z erotyką, podróżami w miejsca tajemnicze i mało znane, sztuką, filozoficzną refleksją, historią i wieloma innymi, właściwymi powieści jako pojemnemu gatunkowi tematami, przedstawionymi w formie osobnych, często poetyckich obrazów. Poza tą nowatorską formą, można by rzec – zwyczajnie, jak u innych pisarzy. Ale czy aby na pewno? Gdzie bowiem jest różnica pomiędzy grafomanią a dziełem, pospolitością a błyskotliwością, nudziarstwem a pasją? Co czyni z Sobieraja jednego z najciekawszych pisarzy? Odpowiedź jest prosta: to talent i nieskrępowana wyobraźnia autora „Ogólnej teorii jesieni”, dzięki którym z banalnej rzeczywistości tworzy byty fantastyczne, pospolitą fizyczność zamienia w metafizyczność, budując współczesny mit. A czyni to z niezwykłą dbałością o formę i szczegół.

Znakomity poeta i prozaik Józef Baran dostrzegł w „Ogólnej teorii jesieni” oprócz indywidualnego tonu jej autora, pokrewieństwo z Rilkem, Schulzem i Zagajewskim; podkreśłił też, że „jest w tej wysmakowanej prozie mnóstwo poezji”, poezji „zagęszczonej i tajemniczej”. Rzeczywiście, więcej jest poezji w prozie Sobieraja niż w jego wierszach, jak pisał J. Baran „nastawionych na realizowanie myśli”.

Niewątpliwie, spośród muz nie tylko Kalliope patronuje tej książce.

Każda z miniatur w „Ogólnej teorii jesieni” jest literacką impresją i eleganckim rozwiązaniem artystycznego zadania. Im bardziej się zagłębiamy w te opowieści, tym jest lepiej, błyskotliwiej, swobodniej. Czujemy przestrzeń i zmysłowość. Plastyka opisu pobudza wyobraźnię, język iskrzy, cieszy bujnością, brakiem chropowatości i pospolitości. Nie ma tu eksperymentów ani stylizacji (z wyjątkiem jednego fragmentu w rozdziale „Attyla, Gniew Boży”), słowa płyną niczym rzeka, raz spokojnie, cicho, by za chwilę zamienić się w spienione katarakty, za którymi roztacza się nowy widok; rozlewa się leniwie, grzeje fale w słońcu, by po chwili runąć wodospadem i zadziwić mocą. Język Sobieraja to żywioł, z którym autor radzi sobie z lekkością, niekiedy wręcz brawurowo. Jednak, gdyby chcieć z nim popłynąć, trzeba pamiętać, że nie jest to wyprawa dla każdego, bowiem wymaga przygotowania – bez pewnej, także pozaliterackiej erudycji, umysłowej niezależności, smaku, ta egzotyczna podróż może przerosnąć siły przeciętnego czytelnika.

Wracając w spokojniejsze rejony, wolne od (usprawiedliwionej) egzaltacji krytyka można powiedzieć, że „Ogólna teoria jesieni” jest niczym pudełko wybornych wiedeńskich czekoladek. Każda o innym smaku, kształcie, wielkości, każda wywołująca inne skojarzenia, obrazy, myśli, a nawet skryte gdzieś głęboko w podświadomości instynkty. Stosując porównanie z jeszcze bliższej mi dziedziny, to opowieść skomponowana jak muzyczne dzieło. Bo wielka literatura jest jak wielka muzyka – za każdym razem, gdy nas uwodzi i pochłania, odkrywa nowe istności. A książki Tomasza Sobieraja podlegają prawom właściwym wszystkim wielkim dziełom – każdy do nich powrót to nowe odkrycie, to inaczej odczuwany smak, to kolejna odsłonięta warstwa znaczeń. Dlatego, by tę książkę zrozumieć, by móc ją w pełni poznać i, w konsekwencji, cieszyć się jej urodą, trzeba wracać do niej wielokrotnie. Tak jak wraca się do wszystkiego, co dobre. Jak do wiedeńskich czekoladek. Jak do Beethovena.



Tomasz Sobieraj, Ogólna teoria jesieni, Editions sur Ner, Łodź, 2010.

Recenzja: Sz. Weiss, T. Dostatni W DWÓCH ŚWIATACH

Autor: Jan Siwmir


Książka, która mnie rozzłościła. Lubię zadawać pytania, nawet jeśli nie prowadzą one do jednoznacznych odpowiedzi, ale jeśli już zadaje się pytania z gatunku fundamentalnych, to nie można zatrzymywać się w pół drogi, stanąć tam, gdzie po prostu jest wygodniej.

Szewach Weiss, były ambasador Izraela i Tomasz Dostatni, dominikanin rozmawiają o... właśnie o czym? O wszystkim po trochu. Chaotycznie i przeskakując z tematu na temat, zgodnie z logiką bardziej lub mniej luźnych skojarzeń. W dodatku momentami nieprecyzyjnie. Weźmy taki fragment:

„W religii żydowskiej nie można się rozejść, jeżeli mężczyzna nie chce się rozejść. Ale jednak to jest coś niesprawiedliwego. On może męczyć swoją żonę. On może być bandytą, złodziejem... Wstyd. Może powiedzieć: »Nie. Ona będzie moją do końca życia«. Mówi się w naszej modlitwie podczas wesela – ty jesteś mi poświęcona. To oznacza proces religijny, bardzo głęboki. To mężczyzna postanawia. To nie jest ślub cywilny. To jest ceremonia religijna. Dzisiaj w Izraelu nie mamy urzędów stanu cywilnego. Nasze prawo może takiego mężczyznę zmusić, aby dał get – rozwód swojej żonie. W każdym człowieku jest jakiś dualizm. Jest ten sprawiedliwy, dobry człowiek. I jest diabeł, szatan. A szatana możemy zmusić.

Zdaje mi się, że Jean Jacques Rousseau przyjął coś z tego, mówiąc o woli prywatnej i woli ogólnej. I w tym sposobie myślenia narodził się totalitaryzm, bo Jean Jacques Roosseau był źródłem Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Potem była interpretacja Robespierre'a i innych. Trzeba zmusić ludzi, żeby byli wolni. Wyobraź sobie! Zmusić ich! Bo w każdym człowieku jest ten negatywny, który chce być niewolnikiem, któremu nie zależy na wolności. I jest ten pozytywny, który wie, że wolność to jest największy skarb człowieka, najwyższa wartość, najważniejsze przykazanie”.

Od biedy można jeszcze pojąć analogię, ale czy mam rozumieć, że p. Weiss najpierw nazywa system totalitarnym, a potem go gloryfikuje? I jak to się ma do późniejszej krytyki systemu totalitarnego stworzonego przez Hitlera? Już nie wspomnę o dziwnej, delikatnie mówiąc, definicji wolności tudzież umieszczeniu jej na wierzchołku piramidy wartości, bo nie jest rzeczą recenzenta polemizować z czyimiś poglądami, ale takich niejasności i niedopowiedzeń w książce jest więcej. W jaki zatem sposób można zorientować się w poglądach obu panów?

Formuła rozmowy zapowiadała się interesująco, niestety została zmarnowana przez dygresje, przemieszanie pojedynczych zdarzeń z bardziej ogólnymi spostrzeżeniami (tym bardziej, że jedne z drugich nie wypływały!), przez niepotrzebne dywagacje o drobiazgach, pośród których gubiła się myśl przewodnia. Jeżeli miał to być wyłącznie luźny zapis rozmów, promujący sylwetki obu panów, to szkoda na to 29.90 zł. Nic odkrywczego przecież w dziedzinę filozofii i etyki nie wnieśli. Jest to po prostu jeszcze jeden głos w sprawie Holocaustu, z pytaniami typu: ”Gdzie był wtedy Bóg?, Jak mógł do tego dopuścić? I jak teraz pogodzić wiarę w Niego z tym, co z tą wiarą się kłóci?” Wielu filozofów próbowało dać na to odpowiedź i ich karkołomne wyczyny do dziś są powielane. A dwie proste równoległe nigdy się nie przetną. Rzeczywistość jest jednym takim światem, myślenie życzeniowe człowieka (chcę żeby był ktoś nade mną, wszechmocny i sprawiedliwy) drugim. Najprościej można podsumować próby ożenienia faktów z religią w taki sposób: logika Boga nie jest logiką ludzką. Tak też wybrnęli z tego impasu obaj rozmówcy.

(...) my patrzymy w kategoriach ludzkich, mamy prawo do sprawiedliwości, domagamy się jej. A Pan Bóg widzi tego człowieka trochę inaczej...”.

Nihil novi sub sole. Od najmłodszych lat ojciec wpajał mi zasadę: jeśli teoria przeczy praktyce, to znaczy że coś jest nie tak z teorią. Zamiast zastanowić się czy w obliczu faktów, po czymś tak horrendalnie Złym jak Zagłada, idea Boga, takiego wszechmogącego, będącego źródłem Dobra, nadal może się sprawdzać, obaj panowie wymyślają setki pytań drugorzędnych i, jakby to ująć, na niższym szczeblu istotności. Nie kwestionują istnienia Boga, ale ponieważ jego wyobrażenie mocno w ich oczach podupadło, kwitują to jednym zdaniem: Panie Boże czekam na Twoją odpowiedź. I tak jak w przypadku każdego dysonansu poznawczego, w który wpadają ludzie wierzący chcący pogodzić naukę z wyobrażeniami, odsuwają na bok wszystko, co przeszkadza w wierze, skupiając się wyłącznie na tym, co wiarę wzmacnia. Gdzie był Bóg podczas wojny? W tysiącach drobnych gestów pomocy, w odruchach ratujących czyjeś życie, w bohaterstwie ludzi ginących w obronie innych ludzi. Można i tak. Dla mnie są to bezproduktywne rozważania, gdzie przyjmuje się jedną tezę a priori a potem dopiero szamoce się jak by ją obronić, jak by tu pogodzić w jej obrębie pewne sprzeczności i to najlepiej za pomocą logicznych argumentów.

Być może warto takie książki wydawać w katolickim bądź co bądź kraju, być może znajdą się ludzie, którzy wierząc w Boga stoją przed podobnymi dylematami i będą czuli się usprawiedliwieni widząc, że nie tylko oni ale i mądrzejsi od nich nie znaleźli na nie odpowiedzi. Ta książka bowiem chyba już w zamierzeniach nie miała trafić do mózgu, lecz do serca, do emocji.

„... zdaje mi się, że jesteśmy tak wychowani, że serce jest wszystkim. I używamy tego: oj serce mnie boli – wszystko serce, dookoła serca. (...) Że duchowo to jest miejsce, w którym się spotykam z Bogiem”.

„Wolę ludzi, którzy patrzą sercem na drugiego człowieka, myślą sercem, niż takich czystych intelektualistów”.

Wydaje mi się, że patrząc od tej strony zamierzenie udało się całkowicie osiągnąć.

Teraz o lepszych stronach tej książki. Nie jest ich wiele ale są. Pochwała rodziny, taka solidna, ciepła, wyciskająca łzy w oczach. Opis bólu i rozpaczy jaki przechodzi każdy z nas po śmierci kogoś najbliższego i nie zawsze może dać sobie z nim radę. Interesujące rozważania o ciągłości pamięci, nie tylko jednostkowej ale pamięci zbiorowej, pamięci narodowej. Problematyka określenia czyjejś złożonej i wielorakiej tożsamości. A całość obrazowana anegdotami i ploteczkami o kulisach polityki, o jej obliczu, na które nakłada się twarze poszczególnych polityków a nie tylko ich decyzje. I jedno świetne zdanie o chaosie kulturowym, o tym że po II wojnie cały świat stał się absurdalny i surrealistyczny. I jeszcze, że nie można bojkotować wszystkich pokoleń bez końca za coś, co zrobili ich ojcowie i dziadkowie, choćby nie wiadomo jak było to okrutne.

Podsumowując: to miała być pewnie książka o dwóch kulturach, żydowskiej i katolickiej, z podtekstami osobistymi Szewacha Weissa, który z racji swoich funkcji egzystuje zarówno w jednej jak i w drugiej. Wyszła zaś rozmowa o dwóch światach równoległych, z których jednego obaj panowie rozpaczliwie nie chcą przyjąć do wiadomości.



Szewach Weiss, Tomasz Dostatni, W dwóch światach, wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2010.

Rozważania: Józef Baran CZARODZIEJE SŁOWA I „SZMIRUSY”.



Zdarzali się w dziejach literatury pisarze na pokaz, fałszywi magowie, ot, chociażby Stanisław Przybyszewski, którego czar towarzyski zniewolił przez jakis czas nawet trzeźwego Boya-Żeleńskiego. Wypisywał peany na jego temat, zamykając z początku oczy na szmirowatość literacką. Po Przybyszewskim została dzięki Boyowi legenda. Utwory „smutnego szatana” przyprawione gęstym młodopolskim sosem mogą być dziś tylko przykładem najczystszej grafomanii, choć kiedyś były przez jego „dzieci” wynoszone pod niebo.

Ja sam znam kilku co najmniej fałszywych magów: pozerów, tupeciarzy, ewidentnych hochsztaplerów, którzy znakomicie sobie radzą, „robiąc za poetów”, ba, sprawiając wrażenie, że są nie tylko więksi od siebie, ale w ogóle najwięksi. Jeden z nich, mieszkający we Wrocławiu (skądinąd bardzo go lubię), ma czar nie mniejszy od Przybyszewskiego. Jest zapraszany na różne imprezy, bo świetnie gra na organkach, bawi towarzystwo, recytuje jedne i te same wiersze napisane w latach siedemdziesiątych i jest uroczym kompanem. Aparycja, broda, teatralny głos – wypisz, wymaluj prawdziwy poeta. Ostatnio uwiódł swoim czarem pewnego biznesmena, wytwórcę wódek, który wyprodukował „Wódkę Poetów i Szwoleżerów” nazywającą się tak jak mój znajomy. Na reklamówkach wódki jest imponująca podobizna Mistrza z siwą brodą i wiersz: „Po co te słówka/ po co te gesty/ Chcesz być szczęśliwy/ spróbuj...” (tu następuje nazwisko rymotwórcy). Poszło na razie 20 tys. egzemplarzy (butelek), co prawie dziesięciokrotnie przewyższa wszystkie jego nakłady książkowe (wydał w sumie dwa cieniutkie zbiorki) i dało już niemałe tantiemy.

Inny mag literatury z tego samego miasta, znany z przebojowości, był już wszędzie: w Izraelu, w Watykanie, w całej Polsce, założył parę rodzin, wslizgnął się do któregoś z biur przy prezydencie. Śmieszy, tumani, przestrasza – z dużym powodzeniem zresztą. Wiersze pisze bardzo średnie, ale nadrabia wszędobylstwem.

Osobna kategoria fałszywych pisarzy to znakomicie funkcjonujący w Peerelu dygnitarze literatury, których zadaniem było sprawianie dobrego wrażenia. Krasomówcy, uczestnicy biesiad, delegaci na zjazdy i festiwale, przedstawiciele związku, przemawiacze, redaktorzy naczelni pism literackich, prezesi stowarzyszeń. Mieli swoje przekłady w demoludach, decydowali, wpływali, czuli się jak ryba w wodzie. Literatura była dla nich tylko dodatkiem, pretekstem. Bo ich pryncypium to znalezienie się przy stole pańskim, wejście w układy, przypochlebienie się władzy. Żyli i nadal żyją lepiej od prawdziwych poetów, którzy kiepsko przemawiali, źle się prezentowali, rzeczywistości nie lakierowali, żadnym dyscyplinom partyjnym się nie podporządkowali, ba, nie znali się na polityce, a w dodatku nie byli ozdobą salonów.

Istnieje wreszcie u nas typ utytułowanego literata – znakomitego teoretyka i kiepskiego praktyka, za to uczenie komentującego swoje utwory. Kto naiwny, temu łatwo zamydlić oczy. Snobistyczna publiczność daje się niekiedy omamić sprawnemu marketingowi, reklamie. Talent poetycki jest jak wiadomo trudny do zmierzenia i zważenia. Poeci i krytycy w jednej osobie, robią wszystko, żeby zasugerować, że problematyka ich utworów jest otchłanna, a między metaforami kryją się Bóg wie jak odkrywcze treści. Takim poetą-krytykiem był w okresie międzywojennym Tadeusz Peiper, z którego nie zostało w poezji nic, choć dzięki swojej nadaktywności teoretyka sztuki nowoczesnej trafił do podręczników jako „papież awangardy”.

W jednym z wierszy Norwida jest taka strofa: „Ty powiadasz: śpiewam miłosny rym...”/ Myślisz? że mnie oszukasz: / Nie czuję strun, drżących pod palcem twym – / jesteś poezji drukarz”.

... Jakkolwiek przy stole biesiadnym trudno wskazać, kto „drukarz”, a kto prawdziwy liryk, kryteria rozróżniania wciąż jeszcze istnieją i da się rozpoznać, które utwory są ile warte, gdy znajdą się pod lupą wytrawnego znawcy poetyckiego słowa. „Daj mi metaforę, a powiem ci, kim jesteś” – w tym zawołaniu któregoś z klasyków literatury jest może zbyt duża śmiałość, lecz i ziarno racji. Mistrza rozpoznaje się po jego języku. W poezji liczy się odkrywcze wiązanie słowa ze słowem w przedziwny bukiet. Liczą się wiersze, które są w stanie poruszyć – oryginalnym ujęciem tematu, nowym zestawieniem słów, skojarzeń, obrazów, a przede wszystkim autentyzmem. Gdy zza słów wyłania się prawdziwa twarz, a nie konwencjonalna maska – wtedy czuję, że autor ma mi coś ciekawego, czyli nowego do powiedzenia. Docieram do jego prawdy wewnętrznej i przebiegają mi po plecach ciarki, bo jestem blisko czyjejś intymnej Tajemnicy życia; bólu, radości, olśnienia, zauroczenia, zdziwienia... W dodatku wyrażonej jego i tylko jego słowami, niezapożyczonymi od innych. Bo przecież – każde niepowtarzalne czyli mocne przeżycie domaga się niepowtarzalnej formy, dopiero wtedy staje się w poezji prawdziwe...



Tekst pochodzi z książki „Przystanek Marzenie”, Zysk i S-ka, Poznań 2008.

Poezja: Robert Rutkowski ŁOWIENIE SPOD LODU



kaliban

Pro. I pitied thee,
Took pains to make thee speak, taught thee each hour
One thing or other: when thou didst not, savage,
Know thine own meaning, but wouldst gabble like
A thing most brutish, I endow'd thy purposes
With words that made them known: but thy vile race
Though thou didst learn, had that in 't which good natures
Could not abide to be wth; therefore wast thou
Deservedly confin'd into this rock,
Who hadst deserv'd more than a prison.
Cal. You thought me language, and my profit on 't
Is, I know how to curse: the red plague rid you,
For learning me your language!

Shakespeare, The Tempest


1. drzewo

najtrudniej
nie widzieć drzewa
ale drzewo
rozumieć

kaliban spotyka swoją myśl
już wypowiedzianą
dawniej
była szczekaniem psa
dźwiękiem łamanych gałęzi

teraz kiedy umie nazwać wszystko
czego potrafi dotknąć
czuje się nieswojo
uboższy
o każde wypowiadane słowo

mówi mało i rzadko
jakby bał się że przestanie istnieć
oddając się przedmiotom
lub tej zdradliwej przestrzeni
między słowami
o której wie jedynie
że istnieje

czasem kiedy myśli
spadają na niego jak drapieżne ptaki
chciałby opuścić ręce
wzruszyć ramionami

ale patrząc na drzewo
rozumie
że powrotu nie ma

2. owoc

żyjąc wśród ludzi
kaliban stopniowo nabierał pewności
że nie różni się od nich
niczym

zwierzę które oswajał w sobie
pragnieniem człowieczeństwa
w istocie okazało się
człowiekiem

od tamtej pory
jego ulubionym zajęciem
stało się
udoskonalanie
własnych rozczarowań

słowa
które dawniej kusiły go przestrzenią
stawały się coraz bardziej duszne
i obce

przestrzeń wypełniła woda

najtrudniej
widzieć drzewo

3. angielskie wyjście

kultura cię oszpeca
— mówili —

pozwól myślom
rozpływać się w ustach
zanim słowem staną
w gardle

chodź po wodzie od drzewa do drzewa

w końcu
wszyscy jesteśmy
niewolnikami
między bogiem
a prawdą

— mówili —

after all
there's always someone
who introduces you
a red herring




strach

mój strach
rozwija się i dojrzewa
razem ze mną

w dzieciństwie
trzymałem go w pudełku
po zapałkach

nocą
nasłuchiwałem
jak rósł

bawiłem się nim
niezdarny szczeniak
nie odstępował mnie
na krok

był przy mnie
kiedy kradliśmy sąsiadowi jabłka z sadu
i kiedy biliśmy się z chłopakami
zza rzeki

później
jego pysk dorósł
do oczu

wyprowadzałem go na spacer
szedł cierpliwie przy nodze
na krótkiej smyczy

czasem uciekał
znikał za rogiem
znaczył teren

beze mnie nie istnieje
myślę że właśnie dlatego
zawsze wraca

nocą
nasłuchuję jak rozpycha ściany
mojego domu



telefon do przyjaciela

radosławowi chudzikowi

jak będziesz niegrzeczny to pójdziesz do piekła
a tam nie ma lekko
diabły są brzydkie i brudne
gotują ludzi w kotłach ze smołą
i kłują widłami
a gdyby tego jeszcze było mało to wszędzie śmierdzi siarką
i tak wyobraź sobie CAŁĄ WIECZNOŚĆ
no — chyba że jesteś niewierzący
to kiedy umrzesz zakopią cię w ziemi gdzie będziesz gnić
aż w końcu zjedzą cię robaki
i tyle twojego
co sobie pożyłeś

jak będziesz miał trochę szczęścia to może trafisz do czyśćca
a tam niewiele lepiej
co prawda nie ma diabłów
ale trochę zalatuje siarką
i męczysz się bracie cholernie
pocieszać może jedynie fakt że jak już swoje odsiedzisz
to mogą wypuścić cię do nieba
ale nikt nie wie kiedy jest to już
i to jest chyba w tym wszystkim najgorsze
no — chyba że jesteś niewierzący
to kiedy umrzesz zakopią cię w ziemi gdzie będziesz gnić
aż w końcu zjedzą cię robaki
i tyle twojego
co sobie pożyłeś

ale za to jak będziesz grzeczny — pójdziesz do nieba
a tam bajka
nic nie musisz robić
chyba że chcesz to możesz sobie trochę pośpiewać w chórze
wysypiasz się i nigdy nie jesteś głodny
ciuchy masz zawsze czyste i wyprasowane
chodzisz bracie rozanielony ze wszystkimi których kochałeś za życia
i w ogóle jest tak pięknie
że hej
no — chyba że jesteś niewierzący
to kiedy umrzesz zakopią cię w ziemi gdzie będziesz gnić
aż w końcu zjedzą cię robaki
i tyle twojego
co sobie pożyłeś

a teraz wybieraj
zostały ci dwa koła ratunkowe
pół na pół i pytanie do publiczności
tego drugiego nie polecam
publiczność może być podkupiona



Krzesło

Wierzę w Krzesło, w którym zawsze znajduję oparcie. Jego stałość jest pewna, a prostota, wolna od niedomówień, nie pozostawia miejsca na demagogię.

Odkąd wyszedłem do ludzi z dobrą nowiną, wyśmiewają i szydzą z mojej wiary. W czym jest gorsza od innych, pytam, jeśli dzięki niej nie odczuwam tak dotkliwie ciągłego bólu w krzyżu?

Na każdym kroku ludzie, których nawet nie znam obrażają moje uczucia religijne. Dość tego! — krzyczę. — Od tej pory ktokolwiek użyje słowa Krzesło nadaremno, odpowie za to przed sądem.

Jestem święcie przekonany, że każdego czeka Krzesło Ostateczne, na którym wszystko będzie mu policzone.

Ale, oczywiście, dla sądu to żaden dowód.



***

nie wierzę poezji
która zostawia po sobie
jedynie popiół
i puste butelki po wódce

nie wierzę
upozowanym rimbaudom
z ostrym makijażem
nieprzespanych nocy

nie wierzę tym
którzy chodząc po kruchej tafli lodu
mówią
że chodzą po wodzie

poezja
to łowienie spod lodu




Wiersze pochodzą ze zbioru Łowienie spod lodu, Stowarzyszenie Literacko-Artystyczne Fraza, Rzeszów 2008.