LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA
______________________________________________________________________

Esej: Dariusz Pawlicki ZE ŻMUDZI POD TATRY


Panorama Tatr przyciąga wzrok każdego, kto zbliża się ku nim od strony Nowego Targu. A góry te są takie same, jakie były wieki temu. Tak więc patrząc na nie teraz, widzi się je takimi samymi, jak widziano je, na przykład, przed rokiem 1899. To znaczy przed uruchomieniem połączenia kolejowego z Chabówki do Zakopanego, kiedy to trasę tę pokonywano góralskimi wozami konnymi (możemy wyobrazić sobie, towarzyszące temu, skrzypienie kół, rżenie koni, pokrzykiwania woźniców, zwłaszcza jednak ustawiczne „podskakiwanie” wozów wraz z pasażerami na kamienistej drodze).

Nie można wykluczyć tego, że spojrzenia dziewiętnastowiecznych podróżnych, tak jak wcześniejszych i późniejszych, pozostawiły jakieś ślady na bądź w skałach. Kto wie, są przecież sprawy, które nie śniły się filozofom.

Wspomniałem o XIX w., gdyż patrząc na Tatry, myślałem o postaciach należących do artystyczno-literackiego środowiska zakopiańskiego z przełomu tego i XX wieku. A Zakopane ma to do siebie, że można w nim mieć częsty kontakt, także dotykowy, z miejscami związanymi bezpośrednio z twórcami, którzy odcisnęli ślad w kulturze polskiej. Tyle bowiem ich, na szczęście, się zachowało; do tego skupionych na niewielkiej przestrzeni. Ale obfitość owych miejsc wynika przede wszystkim z obecności w Zakopanem, choćby we wspomnianym okresie, tylu wybitnych artystów i ludzi pióra np. Mieczysława Karłowicza, Władysława Orkana, Jana Kasprowicza, Stefana Żeromskiego, ale przede wszystkim Stanisława Witkiewicza. Właśnie jego, gdyż, jak nikt nigdy, przykuł moją uwagę.

*
To chyba moje pojawienie się przy „Kolibie” (byłem tam po raz pierwszy), sprawiło, że ponownie zainteresowałem się Witkiewiczem. I to na tyle intensywnie, że zacząłem przerabiać tekst jemu poświęcony, który napisałem 7 lat temu. A następnie, niewycyzelowany ostatecznie, odłożyłem na przysłowiową półkę.

Wokół okazałego domu rośnie wiele drzew. Te wyjątkowo duże spośród nich, gdy były bardzo młodymi, z pewnością „przyglądały się”, powstawaniu w latach 1892-94 drewnianej „Koliby”. To znaczy pierwszego obiektu wzniesionemu w stylu, który od początku nazywano zakopiańskim. Dom ten, z całą pewnością zasługujący na miano pięknego, powstał według projektu Stanisława Witkiewicza, będącego zresztą twórcą tego stylu.

Belki, z jakich go wzniesiono, są tymi samymi, które widział Stanisław Witkiewicz, gdy pojawiał się na budowie, aby doglądać realizacji swej architektonicznej wizji. Niejednego elementu konstrukcyjnego przy tym dotykał.

Drewno, z którym miał wówczas do czynienia, było bardzo jasne, nie tak jak obecnie. No i wydzielało zupełnie inny zapach. Teraz czuje się bowiem wyraźnie impregnaty ochronne, którymi pokryto ściany, jak też środki owadobójcze wstrzyknięte w belki.

No ale Cicha Woda płynąca za „Kolibą”, szemrze tak samo, jak czyniła to w ostatniej dekadzie XIX w.

Aby mieć jakiś kontakt ze Stanisławem Witkiewiczem, choćby z jego... cieniem, dobrze jest odwiedzić także inne jego dzieła architektoniczne znajdujące się w Zakopanem. Chociażby te, obok „Koliby”, najbardziej znane. To znaczy kaplicę na Jaszczurówce i dom „Pod Jedlami”. Jeśli chodzi o pierwszy z tych obiektów, to najzupełniej zgadzam się z opinią, że w porównaniu z nim nowe świątynie zakopiańskie wyglądają jak hangary. I nie dzieje się tak dlatego, że kaplica, jak to kaplica, jest niewielka. Wpływ na to ma przede wszystkim bryła powodująca, że po dziele Witkiewicza chce się wodzić wzrokiem: poczynając od dwuspadowego dachu zwieńczonego sygnaturką. Do tego dochodzi bezpośrednie otoczenie w postaci starego lasu świerkowego.

Nietrudno wyobrazić mi sobie Stanisława Witkiewicza stojącego przed wejściem do kaplicy. Uśmiechającego się przy tym lekko – zadowolonego ze swego dzieła. Nie inaczej jeśli chodzi o niego, rzecz ma się z domem „Pod Jedlami”. Oczami wyobraźni widzę, jak po okazałych, kamiennych schodach wchodzi na piętro. Puka do drzwi. A po zniknięciu we wnętrzu, po jakimś czasie, przez jedno z okien wychodzących na północ, podziwia rozległy widok na Zakopane (wówczas jeszcze wieś), jak też łagodne szczyty, w tym Gubałówkę. Zaś znalazłszy się po przeciwnej stronie domu, spogląda na panoramę Tatr. Piękna architektura tego domu usytuowanego celowo na okazałym wzniesieniu, przyciąga uwagę. Tak jak i panorama gór stanowiących jego naturalne tło. I to bez względu na to, z której strony, by się na niego patrzyło.

Olśnienie

Tym, co sprawiło, że kilka lat temu napisałem wspomniany tekst o Stanisławie Witkiewiczu, który teraz zdecydowanie przerabiam, był pewien obraz. A dokładnie jego reprodukcja. Mam na myśli Wiatr halny namalowany przez twórcę stylu zakopiańskiego w 1895 r. Ta praca wciąż robi na mnie duże wrażenie. Na pierwszym planie widać rozległą białą przestrzeń i dwa pochylone drzewa iglaste. A w tle - fragment panoramy Tatr. Wiatr wiejący od ich szczytów, unosi w stronę widza tumany śniegu.

Jest to niewątpliwie apoteoza potęgi gór. Z tym, że niejedna osoba patrząca na ten obraz, może pomyśleć: „Jak dobrze, że mnie tam nie ma!”.

Stanisławów Witkiewiczów było dwóch

W świadomości większości ludzi znających nazwisko Witkiewicz, istnieje tylko jeden Witkiewicz - Stanisław Ignacy Witkiewicz, który przyjął przydomek Witkacy; wybitny dramaturg, oryginalny malarz, teoretyk sztuki; znany także ze swego ekscentrycznego życia. Na powstanie jego swoistej legendy wpływ też miało samobójstwo, które popełnił 18 września 1939 r., na wieść o wkroczeniu do Polski, dzień wcześniej, armii radzieckiej.

Ale bohaterem tego szkicu będzie jego ojciec Stanisław Witkiewicz, ów drugi Witkiewicz, niesłusznie moim zdaniem, zapomniany przez wspomnianą większość.

Stanisław Witkiewicz

Ród Witkiewiczów wywodzi się ze Żmudzi. I tam, a konkretnie w rodzinnym majątku w Poszawszu*, 8 maja 1851 r. urodził się Stanisław Witkiewicz.

Na ukształtowanie światopoglądu przyszłego autora Wiatru halnego wielki wpływ wywarło powstanie styczniowe. Z podziwem patrzył na zaangażowanie swego ojca w narodową sprawę. Ignacy Witkiewicz pełnił bowiem funkcję naczelnika cywilnego powiatu szawelskiego. Młody Witkiewicz dostarczał zaś do obozów powstańczych żywność, amunicję, obrok dla koni.

Po upadku powstania majątek Witkiewiczów został skonfiskowany a Ignacego Witkiewicza skazano na śmierć. W wyniku starań jego żony, Elwiry z Szemiotów, wyrok zamieniono na zesłanie na Sybir. W Tomsku dokąd został zesłany, Ignacemu towarzyszyła dobrowolnie prawie cała najbliższa rodzina: żona, trzy córki i dwóch synów, w tym Stanisław.

Wiosną 1868 r. Stanisław Witkiewicz wyruszył do kraju. Pragnął podjąć starania o wcześniejszy powrót z zesłania ojca (w tym samym roku rodzina Witkiewiczów wróciła z zesłania, jednak Ignacy Witkiewicz zmarł w drodze powrotnej). Chciał też wziąć udział w kolejnym zrywie narodowym. Wychowany w tradycji powstańczej, był bowiem pewien, że społeczeństwo polskie wkrótce ponownie zerwie się do walki. Ale podczas pobytu w Królestwie i Galicji stwierdził, że o kolejnym powstaniu myśli bardzo niewielu. Rozczarowany tym, wyjechał na studia artystyczne do St. Petersburga. Przebywał tam w latach 1868-1871. Studia te kontynuował, od 1872 do 1875, w Monachium. W stolicy Bawarii poznał licznych polskich artystów. Cierpiał tam jednak niedostatek, często głodował, początkowo odczuwał też samotność. I to sprawiło, że młodemu Żmudzinowi, w tym okresie, nie były obce myśli samobójcze. Ale na pobyt w Monachium składał się też początek jego przyjaźni z Józefem Chełmońskim. A także poznanie Adama Chmielowskiego (późniejszy Brat Albert), którego poglądy na sztukę wywarły wielki i trwały wpływ na Stanisława Witkiewicza.

Po powrocie do kraju, wraz z J. Chełmońskim, Antonim Piotrowskim i A. Chmielowskim, otworzył „wielką malarnię”. Mieściła się ona na poddaszu hotelu „Europejskiego”.Warszawska publiczność, gustująca w tradycyjnej, uwznioślonej sztuce, odrzuciła jednak proponowane przez trzech artystów malarstwo realistyczne.

Aby zarobić na utrzymanie, Stanisław Witkiewicz wykonywał w tym okresie ilustracje do czasopism i książek.

Z powrotem Witkiewicza do kraju, wiązał się też początek jego miłości do Heleny Modrzejewskiej; miłości niespełnionej, która zresztą nigdy nie wygasła.

Na początku lat 80. zachorował na gruźlicę. Na leczenie wyjechał w Alpy Tyrolskie.

Niedługo po powrocie, w 1884 r., objął funkcję kierownika artystycznego Wędrowca, redagowanego w Warszawie.

Żona i syn

Wkrótce po objęciu posady w Wędrowcu, Witkiewicz ożenił się z Marią Pietrzkiewicz, nauczycielką muzyki. W roku 1885 przyszedł na świat Stanisław Ignacy Witkiewicz. Warte odnotowania jest to, że został ochrzczony dopiero... sześć lat później. Stanisław Witkiewicz obiecał bowiem Helenie Modrzejewskiej, że będzie matką chrzestną jego dziecka. A wielka aktorka dopiero w 1891 r. wróciła z zagranicznych wojaży (ojcem chrzestnym chłopca był słynny Jan Krzeptowski zwany Sabałą).

*

Małżeństwo Witkiewiczów nie należało do udanych. Maria Witkiewiczowa, zawiedziona w miłości małżeńskiej, całą miłością obdarzyła swe jedyne dziecko. Wychowywała je zresztą we wrogości do ojca. Na początkową niechęć syna do ojca wpływ miał też fakt, że Stanisław traktował potomka, jak człowieka dorosłego - bez żadnych roztkliwień.

W późniejszych latach, to Stanisław Witkiewicz zajął się wychowaniem syna. Czynił to zresztą w bardzo oryginalny sposób. Na przykład, jako zdecydowany przeciwnik systemu szkolnego, zorganizował Stasiowi lekcje w domu. Jedynie egzaminy semestralne zdawał on w szkołach. Pozwalał również synowi czytać wszystko, na co tylko miał ochotę. Sprzyjał też rozmaitym zainteresowaniom syna. O tym, co to wychowanie przyniosło, przekonano się najpierw w Polsce, potem na świecie.

O jego podejściu do sztuki, co dla niego było tożsame z życiem, świadczy, m. in., taki oto fragment listu do syna (czerwiec 1905 r.):

„Można jeść z głodu tanie pomyje (...), ale nie wolno jest pić pomyj ducha, pomyj sztuki dlatego, że tanie. Oddaj wszystko, co masz za jeden diament myśli i wróć bosy, oberwany, ścigany przez wierzycieli, ale nie kupuj taniej wiedzy, tandentnego ducha, tandetnej rozkoszy dlatego, że tania. Otrząśnij się z przygnębienia – bądź dumny, nie zadowalaj się byle czym ani w sztuce, ani w życiu (...)”.

W innym liście do syna, będącym reakcją na jego zamiar podjęcia, w 1905 r., studiów na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, m. in., napisał :

„Co za szczególną mieszaniną sprzeczności jest życie i czy koniecznie każde nowe pokolenie musi być antytezą i reakcją poprzedzającego? Więc po to my walczyliśmy przeciwko niewoli szkolnej, przeciw stadnemu duchowi w sztuce (...) żebyście wy właśnie czuli się dobrze w szkolnym systemie?”

Zachowane w znacznej części, zresztą bardzo liczne, listy** Witkiewicza-seniora do Witkiewicza-juniora, uzmysławiają, jak bardzo przejmował się losem syna (ten zaś listy swoje do ojca zniszczył po jego śmierci). Jak starał się, mimo upływu lat, wciąż nim kierować, jak też doradzać, chronić. Jaki też potrafił być, zwłaszcza w początkowym okresie, apodyktyczny.

Wszechstronny artysta

Stanisław Witkiewicz był nie tylko architektem i malarzem, ale również teoretykiem sztuki, krytykiem artystycznym, poetą, publicystą, projektantem przedmiotów użytkowych (w tym mebli), strojów, biżuterii, instrumentów muzycznych.

W jednym ze swoich tekstów napisał: „Artysta musi być bezwzględnie szczery. To co czuje i jak czuje w (...) chwili, w której w jego umyśle powstaje obraz – to musi on wypowiedzieć bez żadnych zastrzeżeń, żadnych zboczeń, z całą żywiołową bezwzględnością”. Do tego dochodziło jeszcze propagowane przez niego pojęcie prawdy artystycznej. Nie polegającej jednak na wiernym, fotograficznym przedstawieniu na obrazie natury. Uważał bowiem, że artysta ma prawo do dokonywania wyboru i przekształcania w wyobraźni elementów występujących w naturze. Owo przekształcanie może być jednak tylko takie, aby widz oglądający dzieło czuł, że ma do czynienia z czymś rzeczywistym, prawdziwym. Pojęcie prawdy artystycznej, według Witkiewicza, dotyczy doskonałości kształtu przedstawianych obiektów, harmonii barw, światłocienia. Z tym, że może ona się ograniczyć do doskonałości w przedstawieniu jednego z tych elementów. To dlatego wyraził pogląd, że można „samo światło uznać za treść obrazu”.

Witkiewicz był także wyrazicielem poglądu, że „bezwzględną wartość dzieła mierzy się tylko jego cechami artystycznymi”. Wierny temu poglądowi zwalczał konsekwetnie wyznawany przez rodaków (zresztą nie tylko przez nich) prymat w sztuce treści, który zaowocował stworzeniem hierarchii tematów. Właśnie tej kwestii był poświęcony szkic Witkiewicza Malarstwo i krytyka u nas, zawierający następujący spektakularny fragment:

„Z jakichkolwiek też powodów i ktokolwiek się smuci lub cieszy, światło rozkłada się na nim zawsze według jednej i tej samej zasady. Czy to będzie Zamoyski pod Byczyną, czy Kaśka zbierająca rzepę, nie przybędzie ni w pierwszym, ni w drugim wypadku ani jednego połysku, ani jednego cienia albo refleksu, jeżeli będą o tej samej porze dnia oglądani (...)”.

Wręcz policzkiem, żeby nie wyrazić dosadniej, dla osób głoszących wyższość tematu w sztuce, było owo zrównanie zwycięskiego hetmana wielkiego koronnego Jana Zamoyskiego z Kaśką zbierającą rzepę.

*

Na kontrowersyjny odbiór Witkiewiczowskich poglądów na sztukę, w wielu punktach zbieżnych z tzw. nową sztuką, która u schyłku XIX w. kształtowała gusta estetyczne w Europie, wpływało nie tylko to, że polska publiczność ceniła dzieła o tematyce patriotycznej. Równie ważne było to, że winny one być tworzone w duchu akademickim. Tymczasem w kwestii „ducha akademickiego”, autor Wiatru halnego głosił pogląd zdecydowanie przeciwny. Odrzucał bowiem ograniczenia akademickie i wzory pochodzące z antyku, jak też dziewiętnastowieczną konwencję odtwarzania rzeczywistości.

Tatry i Podhale

Od 1886 r. Stanisław Witkiewicz był częstym gościem w Zakopanem. A w czerwcu 1890 r., ze względu na stan zdrowia (gruźlica) zamieszkał w nim na stałe z rodziną. Tak jak wielu współczesnych jemu polskich artystów i pisarzy, należał do wielbicieli skrawków Polski, które nazywały się: Tatry i Podhale. Świadczy o tym, z jednej strony to, że w stolicy Tatr mieszkał przez kilkanaście lat (ze względu na stan zdrowia nie mógł dłużej), jak i to, że te góry, jak i Podhale, były częstymi tematami jego prac malarskich i literackich. Przykładami tych pierwszych mogą być takie obrazy, jak: Owce we mgle, Czarny Staw-kurniawa, Widok tatrzański-gniazdo zimy, Pejzaż zimowy w Tatrach, Morskie Oko.

Jego teksty prozatorskie związane tematycznie z Tatrami, są zapisem aktualnych wrażeń, nastrojów, widzianych kolorów. A np. takie utwory Witkiewicza, jak Na przełęczy, Wrażenia i obrazy z Tatr są powszechnie uważane za najpiękniejsze współczesne opisy przyrody. A pierwsza z tych pozycji, będąca także opisem życia górali tatrzańskich, przez kilka dziesięcioleci była niezwykle popularną pozycją, rodzajem Biblii Tatr. Obecnie już nie jest, ale i żadna książką nie zastąpiła w tej roli Na przełęczy.

W 1891 r. ukazało się pierwsze wydanie Sztuki i krytyki u nas, analizującej stan sztuk plastycznych, jak też krytyki sztuki na terenie ziem polskich. W roku następnych, na łamach Kuriera Warszawskiego, Stanisław Witkiewicz opublikował cykl artykułów zatytułowanych Styl zakopiański, które miały na celu, m. in., nadanie charakteru rodzimego, podhalańskiego zakopiańskiej Szkole Przemysłu Drzewnego. Szkoła ta, kierowana przez obcokrajowców, była bowiem rozsadnikiem obcych wzorów, np. tyrolskich.

Witkiewicz nie tylko stworzył styl zakopiański, lecz też bardzo wiele uczynił dla jego popularyzacji. Twierdził bowiem, że styl ten stanowi „resztki zaginionego, dawnego, drewnianego stylu polskiego, że z tych resztek da się styl polski odtworzyć”. W związku z popularnością tego stylu, pod koniec XIX w., miał bardzo wiele zamówień na projekty domów. Nie pobierał za to jednak honorariów w ogóle, albo bardzo niewielkie. Propagowanie bowiem budownictwa w stylu zakopiańskim, jako rdzennie polskiego, traktował, jako swój obowiązek patriotyczny. Zdecydowanie inny punkt widzenia na tę sprawę miała jego żona, która zajmowała się finansami rodziny.

Ostatnie lata życia

W 1904 r. zdrowie Stanisława Witkiewicza, ze względu na stan płuc i serca, gwałtownie się pogorszyło; niemal nie opuszczał domu. Za namową lekarzy zdecydował się wyjechać na pewien czas na Południe. Pocieszeniem dla niego było to, że w tej podróży mógł mu towarzyszyć syn. 21 października wspomnianego roku wyruszyli do Lovrany na półwyspie Istria (obecnie w granicach Chorwacji), niedaleko Triestu (pierwotnie miejscem pobytu miała być mała wyspa na Adriatyku – Lussin Piccolo). Witkacy powrócił stamtąd do Zakopanego na początku stycznia 1905 r., zaś jego ojciec – w maju.

W listopadzie 1908 r., pod opieką Marii Dembowskiej i swej siostry Eugenii, Witkiewicz-senior ponownie wyjeżdża do Lovrany. Był przekonany, że tak jak poprzedni, będzie to pobyt tylko kilkumiesięczny. W najczarniejszych snach nie przypuszczał, że do Polski już nie powróci. Choć stale łudził się, żył nadzieją, że powrót jednak nastąpi.

Postępy gruźlicy sprawiły, że był coraz słabszy, coraz bardziej wyniszczony. Dawał mu się we znaki także artretyzm. Tak więc o podróży do Zakopanego mógł już tylko... marzyć. I marzył! O tym w jakiej kondycji fizycznej, znajdował się wówczas, świadczy, na przykład, to, że po 1908 r. nie powstała już żadna praca malarska – nie był bowiem w stanie posługiwać się pędzlem. Choroba, w swym zaawansowanym stadium, w połączeniu z artretyzmem, dokonała też, dosłownego, rozstrzygnięcia swoistej rywalizacji jaka w nim dotąd się odbywała. Do wspomnianego roku Witkiewicz-artysta rywalizował bowiem o czas z Witkiewiczem-pisarzem. I przez większą część życia twórczego autora Mgły wiosennej, ten pierwszy najczęściej wygrywał.

To że pisanie stało się dla Stanisława Witkiewicza jedyną dostępną mu formą wypowiedzi, nie było, co należy podkreślić, formą zastępczą, rodzajem namiastki twórczości. Była bowiem traktowana jak najbardziej poważnie. Została zresztą przyjęta z radością, można powiedzieć, że z wdzięcznością. Nietrudno wyobrazić sobie, jak czułby się ten niezwykle aktywny intelektualnie człowiek, gdyby także możliwość pisania została mu odebrana. A o tym, czym stało się dla niego pisanie, świadczy i takie zdanie z listu do syna (21 stycznia 1912 r.):

„Marzę o dniu, w którym porwę za pióro”.

„Marzę” występujące w powyższym wyrażeniu, wynika z faktu, że nie zawsze, z powodu oczywiście choroby, był w stanie pisać. Ale gdy było to możliwe, czuł się szczęśliwy. Starał się wówczas zapisać dziennie przynajmniej kilka stron.Teksty które wówczas powstały (znaczna ich część zaginęła) nie dotyczyły jednak sztuki. Były to bowiem rozważania poświęcone polityce, sprawom społecznych, etyce, mające, w zamierzeniu ich autora, wskazać Polakom drogę do odbudowania własnej państwowości, jak też umożliwić naprawę ludzkości. Z tym, że w lovrańskim okresie swego życia napisał szczególnie wiele listów (pisał je również wcześniej). Była to bowiem forma kontaktu, przede wszystkim z żoną i synem, ale także z innymi osobami, w tym z siostrą, Marią.

Sprawy związane z sztuką, krytyką artystyczną nie przestały być nigdy bliskie autorowi Sztuki i krytyki... Do końca jego dni, członkowie rodziny, ale nie tylko oni, przesyłali do Lovrany katalogi z wystaw, albumy z reprodukcjami plac plastycznych. Zresztą planował pisać na tematy np. sztuki awangardowej. Planów tych jednak nie zrealizował. Podobnie jak w sferze zamierzeń pozostała praca poświęcona malarstwu Józefa Chełmońskiego.

Stan finansów Witkiewicza podczas pobytu na półwyspie Istria był opłakany. Pozbawiony możliwości zarobkowania utrzymywany był przez siostry i Marię Dembowską – swego anioła opiekuńczego. Musiał się zresztą wyrzec wielkiego marzenia – zobaczenia syna, któremu nie był w stanie opłacić podróży, jak też pobytu. A Witkiewicz-syn był w takiej samej sytuacji finansowej.

5 września 1915 r., schorowany, tęskniący za synem, Stanisław Witkiewicz zakończył w Lovranie bardzo pracowite życie. A 12 dni później jego ciało spoczęło na Cmentarzu na Pęksowym Brzyzku w Zakopanem, które dla niego było bardzo ważnym miejscem na Ziemi. Na jego mogile stoi wysoki słup zwieńczony drewnianym, czterospadowym daszkiem – typowym żmudzkim smektalisem przypominającym skąd pochodził, ten który, m. in., był twórcą stylu zakopiańskiego.


 

* Dwór Witkiewiczów w Poszawszu, w znakomitym stanie dotrwał do naszych czasów.

** Stanisław Witkiewicz, Listy do syna. Opracowały Bożena Danej-Wojnowska i Anna Micińska.

PIW, Warszawa 1969, s. 835.