LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA SPOŁECZEŃSTWO
______________________________________________________________________


Esej: Dariusz Pawlicki O PRZEDZMIERZCHU I ZMIERZCHU


Moją ulubioną porą dnia jest przedzmierzch. Słowa „przedzmierzch” nie ma, może jeszcze nie ma, w jakimkolwiek słowniku języka polskiego. Używam natomiast tego słowa, najzupełniej prywatnie, dla wyróżnienia tej części dnia, która poprzedza, jest zapowiedzią zmierzchu. A ów trwa od zachodu słońca, to znaczy od momentu, „w którym słońce chowa się za horyzontem”, do zapadnięcia ciemności. Przedzmierzch poprzedza zmierzch, tak jak np. przedświt zapowiada świt, a przedwiośnie – nadejście wiosny. Z tym, że o ile przedświt, to są minuty, a przedwiośnie może trwać tygodnie, to przedzmierzch – kwadranse.

Mój pozytywny stosunek do przedzmierzchu jest niezależny od pory roku. I tak jest od przeszło dwudziestu lat. Najpewniej było tak również wcześniej. Wtedy jednak nie zdawałem sobie z tego sprawy. Być może dlatego, że czegoś takiego jak przedzmierzch (uważam, że istnieje on obiektywnie) nie zauważałem, co najwyżej przeczuwałem, że coś takiego istnieje. Używałem bowiem ogólnych określeń (nie mówiących jednak do końca tego samego): późne popołudnie, albo wieczór.

Bez względu na to, jak intensywna była dotychczasowa część dnia, iloma wypełniona problemami, gdy słońce jest już nisko nad horyzontem, zaczyna dawać o sobie znać wyciszenie. I dotyczy ono w takim samym stopniu natury (nie tylko jednak zwierząt) jak i ludzi. W przypadku przyrody owo wyraźne uspokojenie przejawia się na przykład ustaniem deszczu, bądź wiatru. A jeśli chodzi o ludzi - zaprzestaniem dawania rozmaitych znaków o swym istnieniu, chociażby zakończeniem hałasowania. Przedzmierzch skłania do refleksji, wyciągania wniosków ze zdarzeń, które przyniósł mijający dzień. Sprzyja również rozwijaniu myśli dotyczących czasu najbliższego, jak i jutra oraz dni następnych. Ale nastrój tej pory dnia sprzyja przyglądaniu się... jej samej. A to z kolei powoduje, że dostrzega się coraz to nowe przejawy przedzmierzchu (intensywnieją one przy tym). I to zarówno we wnętrzu siebie, jak i w otoczeniu, bliższym i dalszym. Z tym, że to obserwowanie najlepiej udaje się poza wielkim miastem, w miasteczku, czy we wsi oraz pośród pól i łąk. Plusem przebywania na otwartym terenie jest możliwość swobodnego kontaktu wzrokowego ze słońcem szykującym się do zniknięcia za horyzontem. A owa gwiazda odgrywa kluczową rolę w przedzmierzchu. To jej codzienne znikanie za horyzontem, sprawia, że istnieje temat, któremu warto poświęcić choć trochę uwagi.

Przeżywanie przedzmierzchu, wczuwanie się weń, związane jest, w moim przypadku, z dwoma konkretnymi miejscami na Ziemi. Oddalone są one od siebie o pół kilometra; na pewno nie więcej. Wspomnienia związane z przebywaniem w nich, i wczuwaniem się w te wstępy do zmierzchów, powracają do mnie bez względu na to, gdzie jestem. Stanowią punkt stały, odniesienie. Są wzorcem idealnego przedzmierzchu (idealnego pod względem wywoływanego przezeń nastroju), tak jak wzorzec przechowywany w Sevres pod Paryżem jest wzorcem metra. Przeżywanie przemieniania się dnia w noc odcisnęło we mnie swój ślad, bo jest to szczególny, choć tylko niewielki, fragment doby.

Pierwsze ze wspomnianych miejsc znajduje się bardzo blisko wsi Pogorzelec, w której, u moich Dziadków, spędzałem wakacje. Siadałem często na zboczu wzniesienia polodowcowego, niepodal okazałego i samotnego modrzewia. Widać stamtąd, usytuowane nieco na lewo, zabudowania Pogorzelca. Na wprost zaś, jak i po prawej stronie, rozciąga się mozaika niedużych pół i pastwisk, poprzecinana drogami polnymi, upstrzona pojedyńczymi gospodarstwami rolnymi i niewielkimi bagnami porośniętymi drzewami. Dalej zaś, na wprost, widać wieżę kościoła w przysiółku Pokrowsk (niegdyś odrębnej wsi) należącym do wsi Karolin. Kilka zabudowań tej wioski jest zresztą widocznych ze wspomnianego punktu obserwacyjnego. Tak jak i rząd topoli wyznaczających przebieg drogi asfaltowej prowadzącej z Suwałk, przez Pogorzelec i Karolin, do Sejn. Za linią tych drzew widoczny jest odległy, niski las porastający rozległe Bobrowe Bagno. Jest to miejsce cokolwiek tajemnicze z racji swej niedostępności; niewielu ludzi tam było. I to z tego powodu bagno owo stanowiło i stanowi ostoję licznych łosi i bobrów, jak też kilku wilków i cietrzewi. A jeszcze trzydzieści lat temu można było tam spotkać, wprawdzie bardzo rzadko, ale jednak, żółwie błotne.

Gdy siedziałem tam, obok modrzewia, na trawie, bądź kamieniu polnym, jakich wiele leżało na miedzach, moim drugim, że tak powiem, zajęciem, obok przyglądania się naszkicowanemu powyżej krajobrazowi, było słuchanie. I dlatego w pamięć tak dobrze zapadł mi ów letni pejzaż i dźwięki towarzyszące jego obserwowaniu. Pierwszy z nich, tak charakterystycznych dla wspominanych przezmierzchów, to odgłos pustych baniek na mleko, zawieszonych na kierownicy, a obijających się o ramę roweru marki ukraina (w drodze powrotnej, owe bańki wydawały dźwięki, które dla mnie były już niesłyszalne). A pojazd ten, ze względu na swą wyjątkową solidność i niską cenę, znajdował się na wyposażeniu każdego okolicznego (i nie tylko okolicznego) gospodarstwa.

Kiedy letnie słońce znajdowało się już nisko nad horyzontem, wiatr nie wiał, robiło się prawie cicho, w powietrzu nie było śladu po lipcowym bądź sierpniowym upale, od strony wsi nadjeżdżały na wspomnianych ukrainach dziewczęta i młode kobiety. I drogami polnymi kierowały się ku krowom uwiązanym na pastwiskach. Zwierzęta, na ich widok, zaczynały muczeć jeszcze głośniej. Ale o swym istnieniu i pełnych wymionach, przypominały już od początku przedzmierzchu. Te niskie, przeciągłe głosy wydawane przez krowy, są moim drugim dźwiękowym wspomnieniem związanym z tymi konkretnymi prologami zmierzchu.

Charakterystyczne w tym obrazie jest to, że znikomą rolę odgrywa w nim słońce, każdorazowy sprawca całego zdarzenia. Znajduje się bowiem z boku, na marginesie. Natomiast w tkwiącym w pamięci widoku dominuje pejzaż, że tak powiem, bezsłoneczny (towarzyszy temu zapamiętany nastrój). Obecność krajobrazu jest zrozumiała, gdyż stanowiła każdorazowo scenerię zapamiętanych przeze mnie przedzmierzchów. Nie jest ona rozległa, gdyż patrzy się tylko na północ. Z trzech pozostałych stron widok był, mniej lub bardziej, ograniczony. Nastrój, jaki towarzyszył mi wówczas (tak jest prawdopodobnie w przypadku wszystkich przedzmierzchów) zdominowany był przez delikatne uczucie smutku. Ów smutek, z pewnością powiązany ze świadomością przemijania, najpewniej jest atawistyczny. Jakie bowiem może być inne jego źródło w przypadku młodego człowieka, który o śmierci myśli rzadko, a o własnej jeszcze rzadziej. Do tego ma stuprocentową pewność, której nie mieli jego odlegli antenaci, że jutro słońce wzejdzie.

Drugi wspomniany obraz przedzmierzchmu, towarzyszą mu przy tym bardzo intensywne kolory, także związany jest z letnimi wakacjami. Siedząc w dużej kuchni domu moich Dziadków, wielokrotnie spoglądałem przez okno na zachód. A za jeziorem Pogorzelec, ponad lasem, na wysokości Brzozowego Mostku (miejsca, gdzie straszy), wisiała ogromna tarcza słoneczna. Jej czerwoności i pomarańczowości rozlewały się na otaczające je nieruchome, ogromne, jasne obłoki. Ten widok tak bardzo utkwił w mej pamięci, także z tego powodu, iż był dominujący. Jakby słońce, nie dowierzając pamięci, tych którzy w nie się wpatrywali, jeszcze bardziej potężniejąc, chciało sprawić, aby nie można było o nim zapomnieć. W owe letnie przedzmierzchy przyciągało ono uwagę także w związku z przewidywaniem, na podstawie wyglądu jego tarczy, pogody jakiej należało się spodziewać w dniu następnym. Sądy wyrażane przez mojego Dziadka liczyły się, nie tylko dla mnie, bardziej niż to, co można było usłyszeć w prognozie pogody prezentowanej w dzienniku telewizyjnym. Nieliczne były latem zachody słońca, gdy przesłaniały je chmury. Ale wtedy, właśnie one stanowiły punkt wyjścia do formułowania opinii o stanie atmosfery nazajutrz.

Zmierzchom obserwowanym w drugim z tych miejsc towarzyszyło szczególne wyciszenie. Dotyczyło ono zarówno członków mojej rodziny, jak i reszty świata. Jedzono akurat kolację lub ją już spożyto. W tym drugim przypadku siedziano przed domami, na ławeczkach, trawie, a nawet na płotach. Słychać było nieśpieszne, ściszone, spokojne rozmowy. Bez pośpiechu też palono papierosy. A dym z nich pochodzący, nie był porywany przez wiatr, ale rozpływał się leniwie. Po niebie uwijały się jaskółki i jerzyki, które cicho popiskując, wykonywały zwinnie esy-floresy. Można powiedzieć, że tylko one nie wczuwały się w nastrój przedzmierzchu. A nawet wprost przeciwnie – wykazywały niezwykły przypływ energii. Natomiast ptactwo domowe przebywało już w kurnikach, i to w zupełnej ciszy.

Od czasu do czasu od strony sadu słychać było jak jabłko albo gruszka, z głośnym plaśnięciem, uderza o ziemię.

Tak więc w moim przypadku na wyobrażenie przedzmierzchu składają się konkretne fragmenty równie konkretnego krajobrazu, jak i konkretne dźwięki. Dają one o sobie znać naprzemiennie lub nakładają się na siebie.

Czy inni ludzie mają również niemal nabożny, nie waham się użyć tego słowa, stosunek do przedzmierzchu i zmierzchu? Niektórzy pewnie tak.
*

Zmierzch symbolizuje granicę między życiem, czyli światłem, a śmiercią, to jest ciemnością. Jest on także symbolem grzechu, ignorancji i zła jak również ewentualnego/możliwego życia. Albowiem myśl mistyczna traktuje mrok i jasność jako równie ważne, do tego niezbędne składniki życia: „Ciemność poprzedza światło, tak jak śmierć poprzedza zmartwychwstanie”. Z tym, że przedzmierzch przynależy jeszcze do światła, które jest symbolem między innymi życia, świętości, moralności, dobrobytu, radości duchowej, natchnienia, intuicji, porządku...

Kiedy dokonywałem tak istotnych dla mnie, jak później się okazało, obserwacji przedzmierzchów, nigdy nie zastanawiałem się nad symboliką zachodu słońca. A to niezastanawianie się wynikało po prostu z mojej niewiedzy na ten temat. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że to, co widzę może mieć drugie, ukryte znaczenie.

Gdy przed kilkudziesięciu laty temu siedziałem w pobliżu samotnego wspomnianego modrzewia (rośnie nadal) albo w kuchni Dziadków, rozmyślałem o wydarzeniach, które miały miejsce w ciągu dnia dobiegającego, na moich oczach, kresu. Próbowałem też wyobrazić sobie, co dla mnie (ale i nie tylko dla mnie) przyniesie kolejny dzień. Nie targały mną żadne niepokoje, co do tego, czy w ogóle będzie. Ale na pewno, z uwagi na towarzyszącą przedzmierzchowi (przezeń wywoływaną) delikatną, ale wyraźną, melancholię, myślałem o tym, ile jeszcze pozostało mi dni wakacyjnych i ile jeszcze czasu spędzę w czarownym, otaczającym mnie świecie. A do jego licznych zalet należała i ta, iż był bardzo oddalony od mojej szkoły i zatrudnionych w niej nauczycieli. Intensywność moich myśli na ten temat wzrastała w miarę, jak nieubłaganie przybliżał się termin wyjazdu. Ten wyjazd, konkretna data w kalendarzu, był jak zniknięcie słońca za horyzontem. I to prawie na rok. A ja, od chwili przyjazdu do Dziadków, znajdowałem się w swoistym przedzmierzchu.
*

Wśród pokoleń, które były przed nami, znacznie więcej niż obecnie było obserwatorów zachodzącego słońca, co każdorazowo jest poruszającym spektaklem. Krajobraz otaczający wówczas ludzi bardziej sprzyjał takim obserwacjom, to po pierwsze. A po drugie, uwagę ludzi przyciągała otaczająca ich rzeczywistość, a nie światy i zdarzenia wymyślone czy urojone. Owym obserwacjom zachodzącego słońca towarzyszył smutek, niepokój bądź strach, związany z myślą, że kolejnego dnia może już naprawdę nie być. A to, co się obserwuje, może jest końcem świata. Podobnym do tysięcy wcześniej podziwianych, widowiskowych zachodów słońca, ale jednak jego końcem. W takim wypadku obserwacjom tym mógł towarzyszyć lęk przed niechybną karą za ziemskie uczynki albo nadzieja na lepsze życie w innym świecie.

Jednak zachód słońca był i jest związany często także z narastaniem pragnień, marzeń, wyobrażeń miłosnych, także tych jak najbardziej fizycznych. A stają się one coraz intensywniejsze w miarę jak przedzmierzch przemienia się w zmierzch, ten zaś – w noc. Z tym, że owe oczekiwania nie zawsze zostają zaspokojone. Znacznie częściej powstające wówczas nadzieje dotyczą następnego dnia - że będzie lepszy od tego, który dobiega końca. Takie myśli towarzyszą wówczas, gdy jest się pewnym, że jutro słońce też wzejdzie. Lecz u niektórych może pojawić się pytanie: czy także dla mnie?

Z przedzmierzchem związany jest też pewien obyczaj, powszechny na całym świecie, we wszelkich kulturach. Nie znają go może jedynie ludy bardzo północne, np. Eskimosi, Ewenkowie. Polega ono na zbieraniu się niewielkich grup ludzi. Nie ma mowy o tłumach. Do spotkań dochodzi np. na rynkach greckich czy hiszpańskich miasteczek bądź na rozstajach dróg w polskich wsiach. Chodzi przy tym o coś więcej niż zbieranie się członków rodziny albo grup przyjaciół. Rzecz jasna w naszej części świata, ten obyczaj nie daje już o sobie tak silnie znać, jak w epoce przedtelewizyjnej. Dominują zresztą miejsca, gdzie jest on wręcz w zaniku bądź należy już do przeszłości.

Ów obyczaj stanowi formę, rozciągniętego w czasie, żegnania się. No, bo przecież zbliża się noc, która jest swoistą śmiercią. A w jej obliczu, w przeciwieństwie do zwierząt, ludzie nie chcą być sami.

Osoby siedzące, czy to przy kawiarnianych stolikach czy na trawie, czują (często tylko podskórnie), że z zachodem słońca łączą się zupełnie inne kwestie, że to nie chodzi tylko o stopniowe przechodzenie dnia w noc. Szczególnie silnie odczuwają to ludzie starzy. Natomiast w osobach młodych zdecydowanie dominują nadzieje. Myślenie o sprawach ostatecznych nie zaprząta ich uwagi (jeszcze nie zaprząta).

Spokój połączony z melancholią jest dla mnie punktem centralnym tkwiących w mej pamięci wspomnień związanych z konkretnymi, ale szczególnymi przedzmierzchami. Może dlatego, że obrazy, które wspominam, były obserwowane w tym okresie mego życia, gdy zacząłem odczuwać żal za czasem minionym i związanymi z nim zdarzeniami, a przede wszystkim za ludźmi (także za zwierzętami), nie za rzeczami. Wtedy także najprawdopodobniej zrozumiałem ostatecznie, że to, co się zdarzyło, nigdy już się nie powtórzy, że nie ma do tego powrotu. Wówczas też pojawiła się w mych myślach śmierć. Nie jako pojęcie abstrakcyjne (taką poznałem już wcześniej), ale najzupełniej realne, istniejące bardzo blisko mnie. Zdałem sobie też sprawę z tego, że ma ona wobec mnie i innych, te same, jednoznaczne zamiary.

Mam wrażenie, że te wspominane przedzmierzchy łączą się też z tęsknotą za utraconą moją prywatną Arkadią. A za tę utratę odpowiedzialny jest, tylko i wyłącznie, czas.

Była już mowa o tym, że zmierzch, poprzedzany przez przedzmierzch, jest zapowiedzią śmierci słońca, świata widzialnego. Lecz nie zostało wspomniane, że zapowiada on także spoczynek. Z nim zaś związany jest bezpośrednio sen kojarzony ze śmiercią. Homer w Iliadzie pisze na ten temat następująco: „Sen, brat śmierci”, a Wergiliusz w Eneidzie: „i noc wieczysta zamknęła (Alsowi) oczy”. W takim razie, poranek, z którym łączy się budzenie i wstawanie, można traktować jako powrót do życia, swoite zmartwychwstanie.