LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA
______________________________________________________________________

Felieton: Jan Siwmir FRAKTALE I POECI


Czy wiecie, co to są fraktale? W dużym uproszczeniu są to różnorodne strukturalnie obiekty samopodobne. Czyli mówiąc po polsku każda część takiego obiektu wygląda jak całość, a przy okazji jego poszarpany i kłębiasty wygląd sprawia, że wygląda bardzo interesująco. Gdy po raz pierwszy zobaczyłem fraktala, zachwyciłem się jego urodą. Miałem wrażenie, że jest wielowymiarowy, skomplikowany, i że zbudowanie go wymaga naprawdę dużego talentu. No cóż, złudzenia dopadają nawet takich cyników jak ja. Wystarczy odpowiedni program do wygenerowania fraktala, kilka minut i możemy się zachwycać kolorami, strukturą gwiazdy, czy innej konfiguracji. I powielać ją bez końca, aż do znudzenia.


Podobnie jest niestety ze środowiskiem literackim, a osobliwie poetyckim. Na pozór rozległe, ciekawe, różnorodne, dynamiczne, przykuwające uwagę. Niezwykłe, nieosiągalne dla przeciętnego człowieka, imponujące dorobkiem.

Powierzchowne wrażenie.

Po bliższym przyjrzeniu się widzimy przede wszystkim monotonię powtórzeń. Poeci pogrupowani są w bliźniaczych gettach, jak to ujął Jan Pieszczachowicz „kawiarniach literackich”, których struktura jest identyczna. Najwyżej w hierarchii stoi miejscowy guru, mający na ogół kilka publikacji w lokalnych mediach. Często jest to osobnik, któremu udało się po znajomości „wkręcić” na jakiś etat w Domu Kultury albo (och, ach!) jako wykładowca na prywatnej uczelni kształcącej literatów, lub zostać prezesem stowarzyszenia posiadającego w nazwie słowo „autor”, względnie „literat”. Potem czas na najwierniejszych klakierów, jeszcze niżej zasiadają zwykli członkowie, takie mięso armatnie, za pieniądze którego można poucztować, na końcu zaś młody narybek aspirujący do pisania zgodnie z wytycznymi guru. Kawiarenki w tym samym mieście pałają do siebie wyjątkową nienawiścią, jedna dyskredytuje poczynania drugiej, walka trwa na argumenty zarówno literackie jak i ad personam, w myśl zasad wojny totalnej z dozwolonymi wszystkimi możliwymi chwytami. W końcu żłób, czyli pieniądze od lokalnego samorządu jest jeden i dla wszystkich nie wystarczy. Co do wojen z kawiarenkami w innych regionach nie ma już takiego ciśnienia, wręcz przeciwnie można się umówić: nasz guru wygrywa konkurs u was, a potem odwrotnie. Poza tym najczęściej jedno środowisko o drugim nic nie wie, bo i co też mogą obchodzić pana M. z Pcimia Dolnego poczynania pana D. z Warszawy skoro zarówno jeden jak i drugi pan uważają się za Talent Objawiony Jedyny Taki Od Jeruzalem (w skrócie TOJTOJ).

Do cech wspólnych takich środowisk należy ponadto:

1) Wielbienie słów M. Twaina: „Nigdy nie dopuściłem do tego, by szkoła przeszkodziła mi w kształceniu się”. Wszelkie zatem kurki niedomaturki, czy dysotumaniacy szczycą się swoim swobodnym podejściem do ortografii tudzież alternatywnym sposobem na prowadzenie narracji polegającym na „wysypywaniu przed czytelnikiem na kupę wszystkiego, co przyjdzie do głowy, żeby sam sobie szukał rzeczy ciekawych w stosie majaczeń” (R.A. Ziemkiewicz).

2) Brak świadomego nawiązania do tego, co w literaturze już było. Dlatego nawet słowo epigon byłoby zbyt łaskawe dla tych, którzy coś chcą tworzyć. Oni po prostu wyważają otwarte drzwi, jakby od nich zaczynała się cała literatura. Za objawienie i wielkie novum uważają rzeczy, które dawno temu były może szokujące, dziś są po prostu nudne i niesmaczne.

3) Procedura przyjęcia do struktur kawiarenki. Zawsze taka sama. Należy postawić kilka butelek wódki/wina/piwa (niepotrzebne skreślić), pochwalić guru za wiersze (tu uwaga, nie wystarczy zwyczajnie pochwalić, musi być z opcją „na kolanach”, w dodatku wielokrotnie powtórzoną), napisać bałwochwalczą recenzję wierszy guru i dopiero można powolutku starać się o przyjęcie do grupy. Talent w tym przypadku nie jest wskazany, lepiej nawet gdybyśmy go nie mieli, inaczej bowiem będziemy stanowić zagrożenie dla przywódcy, który nie po to ustalił tak niski standard pisania, żeby mu go ktoś niecnie zawyżał. Jedynym odstępstwem od reguły może być różnica płci jako zamiennik płynów wysokoprocentowych, reszta jednak pozostaje bez zmian.

4) Próby dodania sobie znaczenia poprzez zapraszanie zza granicy podobnej wartości literatów. Czyli jedno koło gospodyń wiejskich zaprasza drugie koło i obie wsie mają dorobek zagraniczny.

5) Organizowanie konkursów ze z góry ustalonym zwycięzcą i dotacjami z gminy lub Ministerstwa. Dotacje i stypendia to w ogóle kluczowa sprawa dla egzystencji poetów. Żeby je otrzymać są w stanie stawić się na wyścig szczurów zaopatrzeni w drągi, kusze i proce. Chodzi wszak nie o to, by samemu być najlepszym, ale o to, by wytępić lepszych od siebie współzawodników.

6) Pisanie sobie nawzajem recenzji.

Właściwie trudno powiedzieć czemu się dziwię. Załatwianie wszystkiego po znajomości, nepotyzm, hipokryzja, koneksje, tłamszenie ludzi, którzy swoim talentem, mogliby przyćmić decydenta, prostytucja literacka i nie tylko, osiąganie celu „po trupach” charakteryzuje społeczeństwo polskie od zarania dziejów. Żaden ustrój tego nie zmieni, jaki by bowiem nie był i tak przetworzymy go wespół w zespół na bezpardonowy ustrój wymiany rzeczy i usług. Z ograniczonym do grona znajomych dostępem. Taki Facebook, z którego niestety trudno jest się wylogować. Społeczeństwo pozornie nadobnych fraktali...

Podsumowując: brakuje krytyka, a jeszcze lepiej zespołu krytyków, który nie byłby uwikłany w personalne relacje i ogarnąłby ten chaos i rozdrobnienie, tworząc wspólne, spójne kryteria i uczciwe oceny.

Uczciwe... hm... w Polsce...

Wygląda na to, iż jedyna nadzieja tkwi w autorach - samotnikach idących pod prąd, nienależących do żadnej grupy, z silnym charakterem i robiących swoje pomimo ostracyzmu. Tylko czy tacy się znajdą? Chcę wierzyć, że tak. Przy imponujących wadach, Polacy słyną przecież z niezłomności i odwagi. Ale docenić ich mają szansę wyłącznie przyszłe pokolenia, współcześni zawsze żyją tu i teraz, za konkretne pieniądze, za konkretne przysługi...