LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA
______________________________________________________________________

Opowiadanie: Krzysztof Niemczycki NIECHCIANE DOMINO


1

Bełkotliwe uliczki, bękarty szerokich alei wysadzanych platanami, wrzące rozgrzanym powietrzem i kolejne przecinki w zabudowie. Ulica Faliasa, Portofino i Boliwara – wąskie rafy cieni, o które rozbija się przybój słońca. Wypełnione jazgotem audycji radiowych wydobywającym się z zimnych dziur okien i dalsze odnajdywanie szczegółów, które pozostawały niezauważone w wyeksploatowanych do końca krajobrazach.

Gorące powietrze nasycone wilgocią, plamy potu, na które nie ma sposobu i te fascynujące boczne ulice, z których domy wyrastają tak nagle, prosto z twardego, laterytowego podłoża, bez zbędnych chodników i krawężników, linii podziału i symetrii. Kolejny szczegół przerastający swoje obiektywne znaczenie – białe ściany domów stykające się z ziemistą czerwienią drogi, a wcześniej... powrotna podróż: stemple, pociągi, samoloty, horyzont nasycający się budynkami i na końcu tego łańcucha nagłe pojawienie się dobrze znanych barw i dobrze znanych problemów – tarmoszący się z wiatrem plakat z napisem Welcome to Maladeo.

Rozedrgane słońce i lepki pot. Pod pachami, na czole i między udami. Sprawdzalne dowody na ilość wody w ciele człowieka bezpowrotnie traconej podczas każdego kroku, taplania w ciepłokrwistych solankach, we wnętrzu pustynnej lizawki zwabiającej wciąż nową zwierzynę. I dalsze zapadanie się w dobrze znane zakamarki ulicy Cermento i Parmintosa. Kalekie ruchy Browna wśród demonstrujących studentów na Avenida de la Liberación i sennych robotników w Guardinie. Wystudiowane posunięcia na szachownicy światła i cieni krzyżujących się placów i ulic. Powolne zapełniane planu miasta własnymi szczegółami: najlepsze wino w kawiarni „El Sol", najlepsze filmy w Instytucie Amerykańskim lub British Council, najlepsze... „A jednak wróciłeś".

I spotkanie z Maite w mieszkaniu Alejandro podniszczonym przez wspomnienia oraz dziwne przeczucie zbiegania się wszystkich oczek sieci - wielopalczastych osi możliwości we wnętrzu małej zamkniętej całości, strzępie słów i nastrojów, w tym jednym punkcie, nieróżniącym się od innych niczym z wyjątkiem tego, że jest środkiem masy, bazy, układu... powodującym, że całe to pisanie i Alberto siedzący obok butelki wina, z którą znakomicie komponuje się są jedynie dopełnieniami bardziej lub mniej złożonych systemów...

A obok tego połączenie Maladeo z Europą cienką nitką ciekawości Maite i tymi słowami, które mają poruszyć jej wyobraźnię, odtrącić stany pośrednie pomiędzy dwoma fazami gzymsów, fasad, drewnianych framug, chodników lub ich braku, słów i znaczeń prowadzących do konkretyzujących się porównań i stwierdzeń, że Bulwar Króla jest podobny do Guardiny przesiąkniętej zapachem pieczonych ziemniaków i końca miasta. Do rozprzestrzenienia Guardiny. I wreszcie ulica Monteneiro. Niedorozwinięty płód Czerwonej Dzielnicy, z rachitycznymi rączkami przecznic i zacisznych podwórek ożywających nocą polucją baloników pożądania. Subtelny zapach perfum „Chanel No 5" i rzygowiny w ciemnych bramach. Obszar zmienności życia i efektów naszych pragnień. Zwiewne znaki, atomy, kuleczki, halucynogenne grzyby i dalsze szczegóły.

Przyjechał niedawno. Trzy dni temu znalazł tani hotelik, w którym życie miało coś z codziennego życia miasta, świeżych bułek i galaretowatych dżemów – przynajmniej tak, tę codzienność wyobrażał sobie w kraju, a tutaj nie chciało się sprawdzać pozostając przy dawnych ustaleniach i pewnikach.

Recepcjonista przeglądając paszport przypatrywał się kolorowym stemplom przekroczonych granic z zadowoleniem wsłuchując się w kaskady jego słów, które wyrzucał z siebie, aby ukryć zażenowanie i nie czuć się jak kobieta starająca się zakryć swoją nagość przed nieproszonym obserwatorem.

Głuchy łomot przejeżdżających tramwajów przeciskających się w gęstym powietrzu w stronę placu Cremintos wybijał się na pierwszy plan z innych odgłosów dochodzących z zewnątrz. Tramwaj zatrzymał się – rekonstruował ten obraz z dochodzących dźwięków patrząc na niego z innej perspektywy. Perspektywy osaczających zapytań, niedowierzań, prób zrozumienia i wytłumaczenia tych ogólnoświatowych procesów, których owocem było tamto miasto i czasy spokoju, gdy na placu Rewolucji powiewały szturmówki, tłum pochodu falował poniżej a dzieci uśmiechały się do przechodzących przegryzając obwarzanki nawleczone na papierowe sznurki.

Tramwaj zatrzymał się. Łatwo można było odróżnić pojedyncze słowa wypowiadane przez wysiadające osoby.

Czasy spokoju ograniczone były od przodu i tyłu pojawieniem się czołgów na ulicach. Czołgi na ulicach pojawiały się nie częściej niż w innych miastach będących owocem ogólnoświatowych tendencji.

- Jesteś komunistą? - zapytał recepcjonista oddając paszport. Are you a Communist?

To nie tak.

British Ariways we'll take care of you; are you communist; Datsun road is right outside your house; Hitachi is the best...

2

Obudził się i było to jak stworzenie świata. Na początku jasność, jasność przebudzenia i przyzwyczajania wzroku do wyłaniających się z niej przedmiotów: książek i opartych o ściany obrazów Malika Makulisa przedstawiających katedrę Świętego Ducha i park z prostytutkami przechadzającymi się po jego alejkach. Obudził się na dobre. Czuł wyraźnie spocone ciało i dochodzące skądś zapachy mieszające się ze sobą w jedną już rozpoznawalną woń tego placu. Czekał kilka minut na coś, co miało w trakcie ich trwania nastąpić i powoli, ale dopiero w czasie ich upływania zdał sobie sprawę, że na coś oczekuje, poszukując w każdym szczególe, nowy szczególe, tego, co powinno się zdarzyć: odgłosu odbijanej piłki, zapachu przypalonego mleka lub zupełnie czegoś innego, co dawałoby pretekst do nerwowego niezadowolenia. Ale tego nie będzie. Nie po to tu przyjechał.

Otworzył okno. Tramwaj z placów Cremintos przejechał poniżej. W ustach czuł nadal smak kolacji, efekt oszczędnego życia człowieka, który nie przyzwyczaił się jeszcze do wydawania tego typu banknotów.

Jeden frank równa się ...

Jeden frank to 0,1 paczki Marlboro.

Czuł nadal w ustach wczorajszą kolację - 15,5 franka.

Nie różnił się od innych, których spotykał na dworcach, gdy wysiadali z pociągów przywożących ich z jakiegoś innego krańca świata, roześmianych ponad stan własnych dowcipów, zachwyconych nowym powietrzem, nowymi reklamami, nowym winem, Doktorem Żywago w kinach, spokojną rzeką, Millerem leżącym na wystawie księgarni, metrem, koncertami, migającymi światłami i muzyką, muzyką-muzyką- muzyką – przyjechał Cyrk Radziecki. Dla których jedynym pewnikiem była informacja, że najtańsze hotele są na placu Campos; hotele z anglojęzycznymi reklamami i ciekawskimi recepcjonistami; hotele dla całej tej zbieraniny, „negros: Peruwiańczyków, Chilijczyków, Arabów, Polaków, Kubańczyków, Rosjan.

Każdy dzień miał podobny scenariusz. Był dokładnie uporządkowany jakby w ten sposób chciał odpędzić duszne przypomnienie przejściowości tej sytuacji. Zawierało się w nim kilka godzin wałęsania się, analizy obrazów Velázqueza, albo jakiegoś innego malarza w zależności od tego, do którego z muzeów wstęp był bezpłatny, tani obiad, tanie wino i na końcu jakieś przypadkowe spotkania kogoś, kto znał kogoś, a prowadzić to mogło jedynie do zakończenia dnia w mieszkaniu jakiegoś wspólnego znajomego. Ta jak choćby teraz.

To nie tak - powtórzył

– Dlaczego? Dlaczego, gdy ktoś zapyta was o jakiś szczegół z waszego życia odpowiadacie „to nie tak", „nie wiem" albo coś w tym stylu. Zamknęła okno i powróciła do zagubionych w plątaninie roślin ryb o wyłupiastych oczach i pięknych nazwach.

– Kogo „was"? – zapytał

– Ciebie, Josego, w ogóle was wszystkich z... stamtąd – uśmiechnęła się poprawiając białe kosmyki włosów i ocierając kropelki potu z czoła. Mógłby być Gutierezem albo Alesandro lub zupełnie kimś innym. Spotkali się dzięki wyczulonemu słuchowi na obco brzmiące słowa, inaczej obco brzmiące słowa w podobnej kawiarence, parku lub mieszkaniu, podobnym do innego mieszkania, parku lub kawiarni, choć mogło nie istnieć całe to prawo przechodniości podobieństw: jeżeli kawiarnia na placu Rewolucji jest podobna do kawiarnia na placu Campos a ta do kawiarni przy Piątej Avenue, to..., a był to efekt zwyczajnej ciekawości, poznania smaku czun-czun podawanego u Bregesa, większej odwagi, o którą łatwiej, gdy zrobi się kilka pierwszych kroków, pozostawiając za sobą pociągi do Certamento i samoloty zmieniających się linii a wraz z nimi zmieniające się tak samo mile uśmiechnięte stewardesy, czy chęci posłuchania muzyki w mieszkaniu Marcela i przy tej muzyce, wraz z Odą, wypatrywanie w głębi akwarium poruszających się w skłębionej zieleni aksolotów, które widzi się po raz pierwszy podobnie jak Odę.

– Jakby brakowało wam pewności, odwagi, własnego sądu. Alberto rozmawia z Karen. Przypomniał sobie rozmowę, w której pomocne były dłonie i całe bogactwo mimiki, tam, gdzie znajomość angielskiego przez Alberto i hiszpańskiego przez Karen nie pozwalała na sformułowanie w miarę poprawnego zdania.

Hablo - mówić. No hablo – nie. „I co ty na to?”

To nie tak. To są jedynie hasła, znaki, sygnały, barwy, herby, których własna heraldyka nie jest w stanie rozszerzyć pozostawiając je na poziomie lustrzanych odbić, a teraz z przodu, a teraz..., gdy chciałoby się ze wszystkich stron jednocześnie. Are you comunist, Datsun road its right outside your house; śmieszny kasownik z plastykową rączką i reklama przyczepiona do zewnętrznych ścian tramwaju jadącego w stronę placów Cremintos, czy to pomieszczenie będące daleko od innego pomieszczenia oddalonego o pociągi do Certamento oraz samoloty z drżącymi skrzydłami, które wydają się niezmiennie sztywne a w rzeczy samej, gdy przypatruje się im przez bulaj przy drugim silniku drżą, jakby i im udzielał się niepokój lecących osób.

Rozstali się niedaleko placu Campos. Zanim wszedł do hotelu przyglądał się, jak odchodzi. Starał się znaleźć właściwy rytm pasujący do tego gęstego, lepkiego powietrza i spoglądających na nią spod wielkich parasoli kawiarnianych ogródków ludzi, ale widział w jej ruchach, że nie jest w stanie tak jak on powoli przelewać się z miejsca na miejsce, wkładając w każdy ruch jak najmniej wysiłku. Szła nieskładnie, sprężyście, przez co nieświadomie ściągała spojrzenia mężczyzn, które rozdrażniały ją, bo w każdym doszukiwała się kolejnych dowodów swojej inności, tych przychylnie wybaczających uśmiechów pobłażania za to, że idzie środkiem bulwaru zmuszając do wzmożonej uwagi rowerzystów i tym podobne grzechy.

Zmierzchało.

Zamknął drzwi. Ocierając pot pod pachami zaczął szukać czystego kubka, z którego mógłby napić się wody. Zmierzchało. Tutaj mówią „ściemnia się" albo po ostu „wieczór". Tutaj nie piją tej lekko gorzkiej, zatęchłej wody. Pił łapczywie długimi haustami wiedząc, że około czwartej w nocy skręcając się z bólu będzie przyrzekał sobie, że nie weźmie jej więcej do ust a czerwone tabletki, prezent od znajomych będących w tej części życia, która jest ciągłym doskonaleniem wiedzy o działaniu sulfamidów i oleju rycynowego okażą się nieprzydatne jak kilka innych rzeczy, które przywiózł ze sobą.

Pot zbierał się w małe banieczki, spływał drobnymi kanalikami zmarszczek zatrzymując się na czarnych brwiach a stamtąd spadał deformując się w powietrzu i rozpryskując się na pierwszym napotkanym przedmiocie.

Rozebrał się i położył w najciemniejszym kącie, który wydał mu się głębią cienia rzucanego przez jakąś rzecz stojącą na drodze słońcu.

Zmierzchało. Leżał nagi na szerokim łóżku przykrytym cienką narzutą zdradzającą gusty właścicieli i pełną przetrwałych zapachów ostatnich mieszkańców. Mężczyzna częściej leżał od strony okna, ona obok otulona jego cieniem. Zamknął oczy i przewrócił się na drugi bok.

Poczuł na udzie czyjąś dłoń, subtelny dotyk kobiecego ciała. Miała długie, smukłe nogi, krótko ostrzyżone jasne włosy i dziwnie smutny uśmiech. Palce spokojnie posuwały się dalej bawiąc się kępkami włosów pojawiającymi się coraz częściej. Siedziała na podłodze przypatrując mu się z dziwnym napięciem. Skręcone kosmyki delikatne jak u dziecka prostowały i znikały pod dłonią. Położyła głowę na jego brzuchu i wtedy poczuł napływający z daleka zapach lawendy.

Zapach lawendy mieszał się z zapachem jej ciała. Zapach lawendy pamiętał jeszcze z dzieciństwa.

Duże flakony stojące w łazience wyłożonej błękitnymi kafelkami czyszczonymi co roku z okazji wielkich świąt.

Rozbierała się po woli. Wszystkie ruch wydawały się jakby zwolnione, można je było prześledzić w każdym szczególe. Podniesione ręce z dłońmi sunącymi po plecach wraz z odsłaniającą się nagością, osuwające się smukłe nogi, pomocna dłoń zatopiona w bliskości ciał, język wysuwający się z ust, słonawy smak morza i jej skóry i daleki zapach lawendy.

Pola lawendy są granatowymi płaszczyznami na pocztówce, na której utrwalono je nie wiedząc, że utrwalono i w jego pamięci taki a nie inny obraz na zawsze przypisując go polom lawendy. Miał jasne krótkie włosy.

Otworzył oczy. Szara ćma spokojnie wędrowała po spotniałej skórze przebierając wieloma delikatnymi odnóżami.

Leżał tak jeszcze przez kilka chwil przypatrując się włochatym nóżkom, po czym szybko ubrał się i wyszedł z hotelu.

Z placu Campos poszedł w kierunku centrum wpadając na kilka minut do małej kafejki z czerwono-białymi markizami, w której mógł napić się prawdziwej kolumbijskiej kawy, poczuć rozleniwiające ciepło i zapach Guardiny...

...a później starannie odmierzając każdy krok i tracone minuty, które powinien poświęcić na zwiedzanie muzeum czy badanie obrazów impresjonistów szedł gdziekolwiek, wspinał, jechał ocierając się o ludzi wychodzących z kina albo o pustkę zagubionych i omijanych przez turystów uliczek, aż gdzieś na placu, którego nazwy już nie pamięta ponownie spotkał Odę.

Razem poszli do „Combo" przelotnie rozmawiając o Maladeo, Uppsali albo o filmie rosyjskim i łatwości pisania u Fitzgeralda lub zupełnie o czymś innym bawiąc się słowami, tworząc palindromy z liter i znaczeń, ale były to działania maskujące. Chodziło im, a zwłaszcza jemu, o poddanie się czerwonym ścianom „Combo", ciepłemu światłu, nocnym motylom i ich cichym uderzeniom w siatki wstawione w otwarte okna oraz samotnej trąbce wyłaniającej się spokojnie z ciszy i znowu ciszy z głuchymi uderzeniami wytrwałych ciem.

Siedział wsłuchując się we frazy bosanovy wyjętej z lamusa przemijających mód, przypominanej po woli, wyciąganej z pamięci z pewnym oporem zapomnianych już przejść i nawrotów muzyki, szumu gitary, subtelnego śpiewu i leniwego rytmu zlewającego się z intymnymi rozmowami, zapadającego się w noc, atmosferę coraz bardziej podniecającą i niezdrową dla sercowców, plany dalekich podróży i całkiem bliskie ciepło rozgrzanego ciała Ody.

Wiedział jedynie, że właśnie w tej chwili, na początku czy może już we wnętrzu tej sekwencji nieśmiałości i osamotnienia nowego kraju trwającej od momentu przyjazdu musi poczuć to wzbierające ciepło, wyjść z dusznego kokom placu Campos i kilku otaczających go ulic i nawet nie zauważył, kiedy zaczął tańczyć. Kiedy pojawiły się obrazy nóg powtarzających lub wyprzedzających dobrze znane frazy, otaczających ludzi z ich uśmiechem zadowolenia, drugich i trzecich planów, przenikających krajobrazów, niepotrzebnych porównań, Piątej Avenue, hotelu, Maladeo Maladeomaladeomaladeo...

Silniej przycisną do siebie Maite, „mam na imię Oda", ODA!, chcąc złączyć się z tym ciałem ociekającym potem, tak bliskim a jednocześnie dalekim. Dalekim od niego, dalekim od smutnego uśmiechu ciotki Klary i powracającej wciąż myśli o nieuchronnym powrocie.

Silnie przycisną do siebie Maite, ale w pewnym momencie odwrócił się od niej. Odwrócił się zbyt spokojnie widząc przestraszone oczy, kocie ruch napiętego ciała, zmoczone kosmyki włosów i wiedział już, że jest to pierwszy krok ucieczki. Jej ucieczki? Kolorowa sukienka krępuje ją, nie pozwala – to on ucieka. Wpada w szerokie ulice z czasem osaczające go z trzech stron ścianami domów. Odwraca się czując rozgrzane dziennym ciepłem cegły i rozpoczyna wszystko od początku: urodziny i kilka lat dzieciństwa, z których nie pozostały prawie żadne wspomnienia, szary, zbyt duży dom, komunię i białe ubranie tracące z czasem ozdobne dodatki i status wyjściowego, rozwiewającą się młodość, podniecenie nagością, pisk hamulców, drobną bliznę na udzie, pociągi jadące za granicę kraju i codzienności, ponaglające spojrzenia, czerwone ściany, trąbkę...

...i ten drobne chwile zapomnienia przysługujące nowym miastom i ludziom, gdy są w nich po raz pierwszy. I to, że mógłby być Gutierezem albo Alesandro lub kimś zupełnie innym, ale...

...ale był Markusem, miał na imię Markus, Mar-kus. Istotny szczegół. Markus, Usa, Samuel, El Paso, Soho, Sobat, Adarama i znowu Markus lub tak

Markus

Usa

Samuel

El Paso

Soho

Sobat

Adarama

i znowu Markus. Klocki domina. Mydło do mydła, piątka do piątki, chciana lub niechciana ciągłość. Miał na imię Markus.

A może trzeba opowiedzieć inaczej?

Fascynować egzotyką, nazwami barów, ulic, mostów, adresami odwiedzanych mieszkań, sygnałami, znakami, odbiciami, próbą stworzenia pokracznych kopii tamtych miejsc i samego siebie, których pokraczność widzi się tylko samemu, bo...

...nie miało się szerokokątnego obiektywu Zeissa, właśnie w tym jednym momencie, na skrzyżowaniu ulic wysadzanych platanami i z tej jednej ważnej chwili pierwszych tygodni tułania się po nowym mieście, przenoszenia się z miejsca na miejsce i ciągłych powrotów na plac Campos, z tą samą pustą walizką i tak samo pustym portfelem, pozostały jedynie nazwy krzyżujących się ulic, barwne plamy i nic poza...

...bo pozostały słowa będące jedynie nazwami a nie samymi zdarzeniami...

bo...

A może?