LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA
______________________________________________________________________

Recenzja: Stanisław Esden-Tempski ŁOWCA ORCHIDEI


Instrukcja obsługi dzieła literackiego.


„Łowca orchidei” nie jest grzeczną książką to pewne! W pierwszym oglądzie rzucają się w oczy łajdackie tytuły rozdziałów. „Kiedy Sławkowi Baldowi robiło się niedobrze”, „Goła, dupa”, „Znów krocze tym razem Klemensa”, „Dziwna wielkość indyczych jaj”, „Nieprzyzwoita twarz Jacka”, „Opluty Jazon”... - można by długo cytować; do wyjątków należą tytuły, które można by bez tremy przeczytać w salonach literackich Warszawy czy Krakowa. Sto krótkich rozdziałów („pieśni”) pełnych smutnej treści opatrzonych tytułami pełnymi nonszalancji. Kogo lub co atakowałem tym estetycznym wyzwaniem?! W jakim celu tak wytrwale rozwijałem opisy tych wszystkich ludzkich „złych skłonności”?

Mój zamiar więc był ściśle realistyczny, podobny do intencji Balzakowskich. Szybko jednak zauważyłem, że realistyczne jedynie podejście do opowieści o podróży do Ameryki zaprowadzi mnie na grzęzawiska banalności. Na dodatek mój Jazon - Sławek Łysy (Bald) - przybywał do dzisiejszej Kolchidy z zupełnie innej Utopii, w której wszyscy z założenia mieli wszystkiego pod dostatkiem, więc nie było potrzeby uganiać się za złotym runem. Polska na dodatek jest krajem katolickim. Setki i tysiące razy w kościołach swego wyznania słyszeliśmy – ja i mój Bohater, że „pierwej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, zaczym bogacz trafi do królestwa niebieskiego”. Temu przekonaniu towarzyszą inne zdania z Biblii – o ptakach co nie sieją i nie orzą, a mają. Sławek wychowywany był w pogardzie dla „karierowiczostwa”, w umiłowaniu cnotliwej biedy i bohaterstwie „czynów społecznych”. USA do kraj protestancki, którego filozofia selfmademana ma swe biblijne źródło w opowieści o ukrytych talentach.

A przecież obaj Baldowie, Sławek - prawnuk i Szymon – pradziad, porzucili domy rodzinne i pojechali szukać swego szczęścia na antypodach? Dlaczego? Pomijając już względy martyrologiczne, paradoks ich wyborów tworzy podstawowa sprzeczność właściwa dla całej diaspory wykształconej na greckich i rzymskich mitach. Starożytni Grecy, tworząc mity w gruncie rzeczy opisywali życie, chrześcijaństwo opisując życie tworzyło niedościgłe mity. Bald był z góry niechętny materialistycznej hucpie kolchidyjskiego społeczeństwa. Na samą myśl o wyjeździe do Ameryki Sławkowi Baldowi robi się niedobrze. Za oceanem jeżdżą obraźliwie eleganckie samochody. Bald znalazłszy się tam za morzami – umarłby z poniżenia.

Sławek nie mogąc oddać się wyścigowi szczurów, gonitwie za szmalem na brudnych ulicach polskiego getta (ze względu na blokadę ideologiczną, którą zaszczepiło w nim chrześcijaństwo) musiał znaleźć sobie jakieś alibi. Wytłumaczenie dla swej abnegacji potrzebne mu było, aby czuć się (to zupełnie zapomniane słowo) g o d n i e . Spodziewał się, że znajdzie ową legitymację w książce swego pradziadka „The exile from Eldorado”. Książka ta miała pomóc mu odpowiedzieć sobie na pytanie, które także dręczyło historyków – dlaczego historyczny Bald, poszukiwacz złota i łowca orchidei, dokonał, jakbyśmy dzisiaj powiedzieli, aktu terrorystycznego, powodując wybuch w delcie rzeki San Juan (Nikaragua) i uniemożliwiając tym samym podróżowanie do Kalifornii. Dlaczego Szymon Bald uśmiercił gorączkę złota, Oto cała myślowa intryga mojej książki.

Szymon Bald – pradziad jest postacią koherentną. Nie zadawał sobie pytania jaki jest jego dekalog. Ten system był dla niego niezagrożony, jak dzisiejsze intelektualne mody, trwał i wydawał się być niezmienialny. Szymon zrozumiał, że w pogoni za złotem kultury ludzkie będą się niebezpiecznie mieszać. Zagrozi to człowiekowi utratą swej niepowtarzalności, własnego imienia. Dlatego Szymon z takim spokojnym sumieniem decydował zatkać rzekę San Juan, jak byle kran z piwem. To był akt na miarę Herostratesa, Szymon zniszczył w swoim mniemaniu świątynię Złotego Cielca!

Chociaż Sławek Bald prawnuk i Szymon Bald pradziad realizują to samo fatum losu – są uchodźcami politycznymi i wyjeżdżają do Kolchidy, jak Jazon, a także obaj zakochują się w córkach Arestesa. Różnią się jednak zasadniczo. Szymon jest postacią poważną. Mimo, że „kurdupel”, budzi grozę i zaufanie współczesnych. Sławek niegodzien jest swego pradziada. Co dnia odczuwa swoją śmieszność. To jest jego podstawowa tragedia. Chciałby być taki dzielny i wielki jak jego pradziad, ale jest tylko żałosny.

Daniel Bourne w „Artful Dodge” pisze o Sławku Baldzie, że to „a figure who seems to have just stepped from the pages of Joseph Conrad novel”. Jak wprowadzić do tekstu taką właśnie postać w czasach zdychającego postmodernizmu? To był problem nas obu - autora i mego Bohatera. W promieniowaniu postmodernizmu byliśmy wszyscy. Leslie Fiedler pisał: „mięsista, realistyczna powieść o wyraźnej fabule, z wyraźnymi postaciami, plus przyjemne, wzniosłe myśli o małżeństwie i płci, o społeczeństwie i rodzaju ludzkim... – taka powieść umarła”. Czytywaliśmy książki Bartha, Pynchona, Vonneguta, Wszyscy byliśmy dziećmi epoki wstydu narracyjnego.

Sławka Balda mógł wyrazić jedynie bunt. Bunt nie liczący się z żadną Formą Ja, jako autor byłem jedynie medium informującym o samym procesie. Forma nie przystawała do tego, co działo się w getcie polskim w Chicago. Postanowiłem więc obrazić się na Formę i lekce sobie ją ważyć. Potraktowałem zwyczaj literacki jak żywą osobę i mściłem się na stereotypach literackich, torturowałem je, jakby to Kultura była odpowiedzialna osobiście za to, że żadnej Formy dla mojego bohatera nie można było znaleźć. Za motto wziąłem cytat z Don Juana Byrona:

Cervantes prześmiał rycerstwo Hiszpanii
Jeden śmiech zdołał prawego pozbawić
Naród ramienia. Odtąd niewidziani
Tam bohaterzy. Aby powieść bawić
Mogła, świat glebę przygotował dla niej.

By wyrazić bunt mego bohatera i mój własny musiałem rozprząc się w sposób możliwie najbardziej opanowany i artystycznie skuteczny. Zrobiłem to na kilka sposobów

Powieść moja pozbawiona została narratora, jakbyśmy umówili się z moim bohaterem, że już żadnych osób trzecich między nami nie będzie. Trzeciosobowe formy gramatyczne są wynikiem założenia, iż Opowieść może się sama opowiedzieć - wystarczy popatrzyć i wszystko staje się jasne! W powieści więc przede wszystkim ważny jest obraz, ważniejszy od tego co się dzieje. Rolę oskarżyciela posiłkowego zagrały przymiotniki, niespodziewane związki syntaktyczne, metafory. To była nasza amunicja - Sławka i moja.

W rozdziale „Ebenezer Scrooge i jego śnieżna faktoria” podróż salesmana ogłoszeń jest podróżą przez Kulturę. Zwykły biznes kontraktorski jawi się nam jako biuro Ebenezera Scrooge’a wprost z prozy Dickensa. Mroczne cienie we wjeździe do hurtowni są rodem z gotyckiego zamku w Malborku, murarze są masonami i budowniczymi piramid, samo biuro staje się stacją bakunowego faktora (wprost z Bartha), opis ulicy jest echem zimowych widoków hanzeatyckiego Gdańska, na koniec słońce pojawiające się spomiędzy chmur jest jak kadr z serialu o gwiezdnych wojnach i wylania się niczym kolanko z nierdzewnej stali... Obrazy wirują i zmieniają się z szybkością montażu telewizyjnego. Taka jest bowiem świadomość Sławka, taki jest bałagan duchowy współczesnego człowieka. Dłużej psychika Sławka koncentruje się na zmyślonym liście Szymona Balda do brata. (Krąg V) To zrozumiałe – list opisuje czas miniony, koherentny i stabilny. Czas pożółkłych fotografii.

Powieść poprzez taką właśnie budowę siłą rzeczy przekształciła się w rodzaj poematu epickiego. Ta najstarsza, homerycka jeszcze forma podawcza była najwłaściwsza dla mitologicznych treści. Poemat ten jest jednak poematem „wkurwionym” na Formę, na czas, na okoliczności, Jest opisem świadomości człowieka wrzuconego w śmietnik współczesności („człowieka wpędzonego do raju”). Narracja staje się momentami wulgarna, jakbyśmy obaj – Sławek i ja, nie znieśli wreszcie czegoś, nie stawało nam opanowania Bo zasadniczym naszym konfliktem – jest walka realności z Mitem. Nabraliśmy w czasie tej podróży przez świat i Kulturę wrogiego stosunku do Formy w ogóle. Mój Sławek wędrując przez kręgi emigracyjnego Piekła poszukując wielkości (Tradycji) swego pradziada a także goniąc za cieniem swej Beatrycze, w istocie goni za cieniem, wymiarem ludzkiej godności.

W momencie, gdy Sławkowi prawie udaje się wejść do zaklętej dla niego Rzeczywistości, Forma poematu pęka, „załamuje się skutkiem zbyt silnych emocji i Bohater sam zabiera Głos w sprawie swego Romansu”. Stało się tak, bowiem Sławek tylko w niezgodzie z rzeczywistością mógł spełniać swe przeznaczenie: „Tacy jak ja mogą się utrzymać przy życiu tylko wówczas, gdy nikt nas nie chce” – mówił do stewardessy na lotnisku - Do życia potrzebne jest nam jakieś antypowietrze. Myślę, że to taka nasza przemijająca, motyla generacja... lecz póki tu jestem, taki jaki jestem, muszę sprawić, by wstręt, którym napełniam Amerykanów, nabrzmiał treścią. Przestał być tak głupio bezinteresowny? Poematy nie dają gotowych recept. Poezja nie jest od tego. Wystarczy głośno zadać pytanie! Choćby nawet Kultura nie miała uszu a w nosie nosiła złote kolczyki...


Stanisław Esden-Tempski, „Łowca orchidei”, Polnord - Wydawnictwo Oskar, Gdańsk 1994.