LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA
______________________________________________________________________

Esej: Marcin Królik JAK NIE ZOSTAŁEM PSUJEM LITERATURY PRZEŁOMU WIEKÓW


Monografia Magdaleny Lachman „Gra z tandetą w prozie polskiej po 1989 roku” to dla mnie lektura przede wszystkim sentymentalna. Kiedy ją przerzucam – dość, przyznaję, wybiórczo – mam przyjemne wrażenie powrotu do domu. Po rocznym akademickim wygnaniu w Pułtusku w roku 2000 przeniosłem się na warszawską polonistykę i trafiłem w schyłkowy – co bynajmniej nie oznacza, że mniej gorący – etap literackich zjawisk, które w swej pracy Lachman ujmuje w syntetyczne klamry, niniejszym zamykając je w szufladzie z etykietką „historia literatury lat 90″. Odnajduję u niej całe passusy brzmiące mi nader znajomo, fragmenty tekstów krytycznych, które czytałem z rozpaloną głową nowicjusza usiłującego odnaleźć swoją ścieżkę dotarcia do pisarstwa, no i oczywiście omówienia książek, o jakich wtedy było głośno w naszym polonistycznym grajdołku. A niektóre z nich – jak choćby „Wojna polsko ruska” Masłowskiej, czy „Jak nie zostałem menelem” Klejnockiego – wtedy właśnie wyszły i narobiły trochę bałaganu. No, przynajmniej Masłowska narobiła.

Wszedłem w ten klimat jak nóż w masło – przypadkowa zbieżność z nazwiskiem pisarki z Wejherowa – właśnie dzięki Klejnockiemu. Jego zajęcia z teorii lektury, obowiązkowe dla studentów drugiego roku, były tak naprawdę inicjacyjnym misterium, dzięki któremu takie nazwiska jak Dunin-Wąsowicz, Varga, czy Stasiuk, oraz ich pomysły na literaturę – Lachman nazywa ją „literaturą popsutą” – w ogóle zaistniały w polu mojej czytelniczej percepcji.

Klejnocki nie był jedynym na wydziale nauczycielem rzeczonego przedmiotu, ale jego grupa funkcjonowała trochę jak krąg wtajemniczonych, trochę podobnie do seminarium prof. Janion. Być w grupie Klejnockiego, znaczyło posiąść klucz do alchemii literackiego tu i teraz. Trafiłem do niej zresztą zupełnie przypadkiem, wciskając się do sali bez uprzedniego zapisu wraz z około czterdziestką innych wagabundów, którzy przegapili termin zamykania list, z nadzieją, że się zlituje i przyjmie. Na jego liście było dwadzieścia osiem nazwisk, a miejsc w grupie dziekanat przewidział trzydzieści. Klejnocki kazał nadprogramowym napisać na karteczkach nazwiska, poskładać je i wrzucić do czapeczki, którą miał ze sobą. Wylosował dwa. Reszcie kategorycznie polecił wyjść i poszukać sobie innej grupy, co graniczyło z cudem, jeśli wziąć pod uwagę, że była połowa października. Znalazłem się w gronie wybranych szczęśliwców. Potem uznałem to za zrządzenie literackiej opatrzności.

Jednak ów nostalgiczno-afirmatywny ton, w którym to piszę, jest pozorny. Tak naprawdę – mimo całej wdzięczności, jaką odczuwam wobec Klejnockiego, także za to, że obdarzył mnie czymś w rodzaju zdystansowanej sympatii – wniknięcie w „popsuty” krwiobieg, który już niebawem miał radykalnie zmienić bieg, unaoczniło mi, jakim pisarzem z pewnością nie chcę zostać. Ale po kolei.

Co konkretnie oznacza przymiotnik „popsuty” często powtarzany przez Magdalenę Lachman w jej książce? Jest to bardzo trafna synteza kierunku artystycznego, jaki – najpierw intuicyjnie, a następnie z pełną premedytacją – obrali prozaicy i poeci (o nich Lachman nie pisze) debiutujący po 1989 roku. Oczywiście, jak zawsze bywa z tego typu całościowymi programami wpływającymi na kształt sztuki i determinującymi drogi obierane przez twórców chcących się liczyć, jego korzeni należy szukać wcześniej – w ruchu kontrkultury lat 80, w tworzonych na wpół chałupniczo zinach, w TotArcie, w Pomarańczowej Alternatywie, i wreszcie w ”BruLionie”, którego zeszyty (także ten słynny, ostatni, gdzie Robert Tekieli dokonał radykalnego odwrócenia kursu swojego flagowego okrętu ku religii, co doprowadziło do jego zatonięcia) także pokazywał nam Klejnocki. To właśnie tamten anarchistyczny prąd, w którym młodzi buntownicy niechętni wobec pustoszącej polską kulturę solidarnościowej tyrtejskości odrabiali zapóźnienia z postmodernizmu, oczyścił grunt pod późniejsze „psucie” literatury. A po upadku Żelaznej Kurtyny swoje dołożyła jeszcze powódź kultury masowej.

Tak jak „BruLion” miał – wedle deklaracji jego twórców – być brudnopisem kultury, przepuszczoną przez krzywe zwierciadło odpowiedzią na wysoki, wysmakowany ton „Zeszytów Literackich”, tak też cała „ważna” literatura po 1989 roku chciała widzieć siebie jako ersatz, składowisko odpadów poddawanych twórczemu recyclingowi i przetasowywaniu bez głębszego sensu. Celowo biorę tu ważność w cudzysłów. Literatura lat 90 straciła już bowiem złudzenia co do swojej społecznej i kulturowej rangi. Przeistoczyła się w – jak w jednym z przytaczanych przez Lachman tekstów ujął Krzysztof Varga – „cudaczny sposób zabijania wolnego czasu”, kumpelską zgrywę.

Stąd między innymi jej silnie eksponowana środowiskowość, ostentacyjna sztuczność, autotematyzm, szyderstwo i niemal kanoniczna wtórność, czyli świadoma tandeta. Magdalena Lachman stara się udowodnić, że tacy autorzy jak wczesna Gretkowska, Burzyńska, czy cała stajnia „Lampy” sięgali po formalny eklektyzm i narzędzia metafikcji bynajmniej nie po to, by wytyczać jakieś nowe drogi lub zmierzyć się z ważkimi problemami współczesnego świata, lecz by wykazać pustkę i zbędność pisarstwa zdegradowanego przez spluralizowaną rzeczywistość do poziomu zabawy czeredki znudzonych, sarkastycznych inteligentów przyklejających sobie – oczywiście też dla zgrywy – metki barbarzyńców, parnasistów, banalistów, katechetów i frustratów.

I właśnie to – mimo osobistej czułości względem kilku książek z tamtego okresu – usposobiło mnie do tej literatury negatywnie, kazało zająć ławę w jednoosobowej opozycji. Nie takiej literatury chciałem!

Kuriozalne wydawało mi się tracenie umysłowej energii, o prądzie do zasilania komputerów i papierze nie mówiąc, na to, by udowodnić, że pisanie na dłuższą metę nie ma sensu. Wkurzała mnie kumpelskość wpychająca pisarzy jeszcze głębiej do getta zbędności, w które wtrąciła ich ekspansja popkultury. Coraz bardziej hermetyczny język środowiskowych kodów, których nie sposób było rozszyfrować, jeśli się nie wpadało na jednego do Zwisu albo do Rastra, brzmiał mi obmierźle i pretensjonalnie. Zredukowanie procesu wydawniczego do koleżeńskiej wymiany usług – ty mi machnij przychylną recenzję powieści debiutanta, a ja ci puszczę tomik wierszy – pachniało zwykłym kunktatorstwem. A poza wszystkim innym nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego pisarze dobrowolnie dezerterują z placu boju, dlaczego nie chcą podjąć wysiłku przekroczenia siebie i wzięcia się za bary ze światem za drzwiami knajpy. Ale najbardziej dołujące było dla mnie zdanie sobie sprawy – a nastąpiło to po ekspansji „Masła” – że właśnie to, co sytuowało mnie w negatywie, było przepustką, dzięki której mógłbym się w końcu do literatury wedrzeć.

Nie chcę przez to dać do zrozumienia, że rżnąłem jakiegoś konserwatystę wkurwionego na gówniarskie hulanki. Ani bowiem obraz tamtej literatury przełomu wieków nie był aż tak jednorodny, jak go tu prawem kaduka odmalowuję, ani ja nie byłem aż tak na cztery nogi kuty, żeby stroić się w togę mędrca. Ja po prostu chciałem nic nie musieć, pisać o tym, co dla mnie ważne, przepracowywać kluczowe dla mnie problemy i nie zostać oszołomem, który nie nawija masłem i nie jest na „ty” z Duninem-Wąsowiczem.

O pisarstwie lat 90 często mówi się w dykcji rozczarowania. Podkreśla się jego bezideowość, tymczasowość, wyrzuca się zawiedzione nadzieje, że miało sportretować rzeczywistość, a zamiast tego ganiało radośnie własny ogon lub pławiło się w arkadiach małych ojczyzn. Takie głosy pojawiały się już wówczas, gdy uczęszczałem na zajęcia do Klejnockiego. Zresztą nawet on sam dokonał krytycznego i gorzkiego w tonie (auto?) rozliczenia z minioną dekadą w artykule „Pejzaż z wisielcem”. Tekst ów stanowił część dużej krytycznoliterackiej debaty przetaczającej się przez szpalty „Tygodnika Powszechnego” (tak, tak, wtedy jeszcze takie brewerie się w prasie zdarzały). Jej hasło „Coś się skończyło, nic się nie chce zacząć” dobrze wyrażało ten schyłkowy, abnegacki klimat literackiego czyśćca, w który wparowałem prosto z pułtuskiej czarodziejskiej góry. Powszechne było w tej naszej humanistycznej niszy oczekiwanie na jakiś przełom, na wyklarowanie się jakiejś nowej (duchowej?) jakości. Wiatr, który owiewał mi twarz, kiedy w piątek popołudniu, po odprawieniu misterium w sali numer 10, opuszczałem gmach polonistyki, niósł nieśmiałe przeczucie, że to nowe – jeszcze nienazwane i bezkształtne – czeka tuż za winklem, i że, jeśli mi się poszczęści, będę miał w tym swój udział.

Dalej więc kartkuję książkę Magdaleny Lachman i zastanawiam się, co z opisywanej przez nią międzyepoki mógłbym wziąć dla siebie, do czego się bez żenady przyznać. Na pewno galicyjski magiczny realizm Stasiuka. Jego zaczepna autobiografia niby trochę też, ale raczej w kategoriach ciekawostki, wesołego przerywnika. Na pewno opowiadania Nataszy Goerke – zwarte, tajemnicze, oszczędne w stylu, ale gęste od symboli. I oczywiście przyjaźń z nią samą, jej ciepły uśmiech i dobroć. Na pewno „Dom dzienny, dom nocny” i „Prawiek i inne czasy” Olgi Tokarczuk. „E E” czytałem jak protokół z sekcji zwłok, od jej wyrachowanego, prosektoryjnego chłodu szczękały mi zęby. Coś z wyrobów „Lampy” przed dziewczyną z Wejherowa? Nie, przynajmniej nic z tego, co zdołałem przeczytać. Jerzy Sosnowski? O tak, zdecydowanie tak – biorę wszystko hurtowo. Masłowska jako symboliczny kres ery tarotowego wisielca? Hm… no, muszę to jeszcze przetrawić.

Praca łódzkiej badaczki ukazała się siedem lat temu. Od tego czasu nowe zdążyło już stracić kilka włosów i nieco przybrać na wadze. Niedługo pewnie ktoś je stosownie podsumuje i też zamiecie do historycznej przegródki. Pewne jaskółki nad to pole już nadfrunęły, co niechybnie oznacza, że do tematu będę musiał powrócić. Oczywiście znów w konwencji bardzo osobistej.