LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA
______________________________________________________________________

Opowiadanie: Tomasz Sobieraj OGÓLNA TEORIA JESIENI



And sit once more alone with sprawling papers,
Bitten-up letters, boxes of photographs,
And the case of butterflies so rich it looks
As if all summer settled there and died.

Philip Larkin, Autumn

Jesień jest dobra. To pora unoszącej się w powietrzu egzaltacji zapachów, roślinnych i owocowych ewaporatów, połączonych z anarchistyczną nonszalancją, która, jak wiadomo, przystoi jedynie bogom, i naturze. Jesień to czas burzenia skostniałych porządków, czas, gdy barwne liście, ci nadrzewni heretycy, odstępcy od zielonej, monotonnej dyktatury lata, występują otwarcie przeciwko jego pospolitej urodzie, zadziwiając niespożytą energią w odkrywaniu kolorów i zapierając dech tylko im właściwą swobodą lotów, dzięki której mieszają się w powietrzu i wymijają, zderzają i splatają w ekstazie, spoczywając w końcu na szmaragdowych trawnikach, sycąc się sobą i wprawiając w zdumienie tymi gorszącymi scenami zwierzęta, przyzwyczajone do bardziej konwencjonalnych zachowań w królestwie roślin.

Jesień wcale nie jest końcem – przeciwnie, jest początkiem, co łatwo sprawdzić, przyglądając się bezlistnym już drzewom i krzewom, które, wyposażone w gotowe do wystrzelenia pąki liści, czekają całą zimę niecierpliwie, jak dziewczynki marzące o dorosłości, by tak jak one, we właściwej chwili zaiskrzyć skrywaną urodą, zaskoczyć jasnozieloną młodzieńczą uwerturą, a po niej wprawić w oszołomienie radosną, wiosenną symfonią kwiatów, niepostrzeżenie zamieniającą się w porywającą, perwersyjną orgię z owadami. Niestety, trwa to krótko. Kolory i zapachy wiosny odchodzą jak kobiety – nagle i nieodwołalnie, zostawiając tylko bolesne wspomnienie i nudę prostackiego lata, z której wyzwala dopiero jesień.

W wierszu Philipa Larkina pudełko fotografii to jeden ze smaków odchodzącego lata, jego nostalgiczne residuum, podobnie jak spreparowane okazy motyli w gablocie czy nieuporządkowane notatki na luźnych kartkach papieru. U niego jesień jest złą siostrą jeszcze gorszej zimy. Tak to widać z okien biblioteki, zza grubych szkieł okularów, gdzieś w wilgotnym, wiecznie pochmurnym zakątku Albionu. Jednak w kontynentalnym ogrodzie wygląda to zupełnie inaczej – gorycz odejścia lata jest przystawką przed smakiem lekkim, wykwintnym i oczekiwanym, serwowanym na ciepło specialite de la maison, nieprzytomnym od czerwieni, żółci, brązu i zieleni oraz ich dowolnych kombinacji, zabarwionym dla kontrastu nutą błękitu nieba. Zaś gdy przyjdzie właściwa pora, danie główne zamienia się w wyrafinowany deser, kunsztownie inkrustowany kryształkami szronu, mieniącymi się wszelkimi odcieniami różu i brzoskwini. A nawet jeśli zdarzy się tak, że atmosferyczne niże znad oceanu przyniosą ze sobą zwały ociężałych od deszczu chmur i porywiste wiatry, wprawiając wszelkie istoty w nastrój melancholijny, zmuszając tym samym do rozpalenia w kominkach i sączenia wiśniówki, jest pewne, że nadejdzie dzień, gdy słońce wystrzeli ponad horyzont, i będzie można wyjść do ogrodu, cieszyć się smakiem zerwanych z drzewa gruszek, roześmianą beztrosko czerwienią owoców głogu, zapachem dojrzałych śliwek i szelestem rozgarnianych nogami liści.

Od lat odrzucał larkinowską koncepcję jesieni, uznając ją za nieobiektywną, wyrosłą z naiwnego, gabinetowego poznawania zjawiska, i w swoich polemikach z Larkinem zarzucał mu, że czerpie on swoją bezużyteczną wiedzę z książek i gazet, żyjąc tym samym złudzeniem kopisty, podobnie jak bohaterowie Flauberta – Bouvard i Pècuchet, dwaj głupcy zanurzeni w krynicy papierowej mądrości. Urażony Larkin bronił się twierdząc, że poznawał jesień organoleptycznie, i że jego materiał badawczy jest bardziej rzetelny, bo obejmuje większą serię obserwacji, z wielu lat. Zaciekły spór zakończył się dopiero wtedy, gdy opublikował pracę „Ostateczna krytyka jesieni Larkina”, w której dowiódł, że angielski poeta ograniczył się jedynie do zbadania powierzchownej fizyczności jesieni, tego, co można zobaczyć, natomiast pominął zupełnie badanie tego, czego nie widać. Słabością Larkina był również brak poznania przedmiotu drogą logiczno-matematyczną, znaną z nauk przyrodniczych, jak na przykład astronomia, gdzie odkrywa się nowe, niewidzialne gwiazdy za pomocą obliczeń, a nie obserwacji nieba. Pokonany Anglik przyznał też w jednym ze swoich ostatnich artykułów, że jego lato pachnie celulozą i fotograficzno-entomologicznym panoptikum, oraz że będąc zwykłym krótkowzrocznym bibliotekarzem, nigdy nie prowadził badań terenowych, ani nawet nie opracował metody analizy jesieni, więc w istocie może się mylić.

Wkrótce po tym, jak ustały ich brutalne intelektualne polemiki, jesień odzyskała należne jej miejsce w hierarchii pór roku. W niepamięć odeszły poglądy piewców dusznego proletariackiego lata – niewiele brakowało, by ich książki znalazły się na indeksie razem z hagiografiami zimy. Parlament nawet rozważał możliwość częściowej likwidacji lata oraz obłożenia go podatkiem, jednak zwyciężyła opcja umiarkowana i jedynie skrócono je do ośmiu tygodni, zmieniając przestarzałą ustawę o przesileniu letnim i równonocy jesiennej na nową, spełniającą wymagania nowoczesności. Pewien niepokój wzbudziły opornie zachodzące zmiany nachylenia osi ziemskiej do płaszczyzny ekliptyki, za co winą pierwotnie obarczano terrorystów, jednak okazało się, że to wynik niedoskonałości ustawy zasadniczej, bowiem po wprowadzeniu poprawek do konstytucji astronomiczne i klimatyczne pory roku wyrównały się i ustabilizowały. Natomiast koncepcje Larkina wylądowały na najdalszych półkach uniwersyteckich bibliotek, pokrywając się kurzem i pajęczyną, stając się jedynie ciekawostką dla wąskiego grona specjalistów, zajmujących się burzliwą i arcyciekawą historią poglądów na jesień.