LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA
______________________________________________________________________

Esej: Dariusz Pawlicki GLOSY & INNE ZAPISKI,cz. II


IX.

Olga Watowa we Wszystko co najważniejsze (str. 231) wspomina, że, gdy powiadomiona przez Natalię o śmierci Konstantego I. Gałczyńskiego, zjawiła się u niej, zobaczyła stojącą na biurku poety fotografię Stalina.

O ile pamiętam, a chyba dobrze pamiętam, Kira Gałczyńska w żadnej ze swych książek poświęconych ojcu, nie wspomina o takowym portrecie. Jak i o szczególnym stosunku autora Zaczarowanej dorożki do Wielkiego Oprawcy.

Prawdę mówi ta pierwsza, a ta druga prawdę tę przemilcza? A może Olga Watowa kłamie?


X.

W Factum est Andrzeja Strumiłły, które czytam kolejny raz, i czytać będę jeszcze nie raz, taka, m. in., myśl:

„Zło i śmierć krzyku się nie boją”.

A także ta:

„(...) planując wieloletni wysiłek, powinniśmy pamiętać o tym, że do mety przyjdziemy inni, i że to zwycięstwo może nam wtedy już nie być potrzebne”.

Czytając ów dziennik, pokaźnych zresztą rozmiarów, nie mogę nie myśleć o tym, że z jego autorem rozmawiałem wielokrotnie, także przy stole, przy którym sporządził część owych zapisków. Wypiłem również wiele herbat, które On zaparzył. A mam nadzieję na kolejne rozmowy i kolejne herbaty.


XI.

Ilekroć moją lekturą jest coś o staroobrzędowcach, tylekroć powracam do cmentarzyka znajdującego się na skraju lasu, przy jednej z dróg łączących Jeziorki z Budą Ruską. Na kilkunastu brzydkich nagrobkach, brzydkich bo z lastryka, widnieją napisy w języku staro-cerkiewno-słowiańskim. A pamiętam jak kiedyś wszedłem nieco w głąb owego lasu. Ujrzałem wtedy coś, co mnie zdumiało: wiele, wiele dziesiątków wysokich, na wpół spróchniałych greckich krzyży stojących pośród gęsto rosnących sosen. Ich prostota, jak też ilość, robiła wrażenie.


XII.

W środę pomyślałem, że w dniu następnym, wieczorem zadzwonię do mego kolegi, aby zaproponować mu spotkanie. W ów czwartek o postanowieniu nie zapomniałem. I nadal chciałem je urzeczywistnić. Ale tego dnia, wczesnym przedpołudniem zadzwonił ten właśnie kolega i zaproponował... spotkanie. Chwilę po odłożeniu słuchawki pomyślałem, że to nasi aniołowie stróże, znając nasze myśli, postanowili sprawę wziąć we własne ręce. Może dlatego, że sami też... chcieli się spotkać.

Lektura O aniołach umocniła jeszcze moją niewiarę w Coś, co nazywa się przypadkiem.


XIII.

Jeszcze nie tak dawno wyrażałem pogląd, że człowiek wierzący w Boga, naprawdę wierzący, nie może źle postępować. Z tego wynikał oczywisty wniosek, że prawie wszyscy ludzie określający się mianem wierzących, są faryzeuszami, obłudnikami. Obecnie tak już jednak nie myślę. Wierzę/uwierzyłem bowiem w Boga wybaczającego.

Nie wykluczam, a nawet biorę mocno pod uwagę to, że na zmianę mojej oceny wierzących, jak i mojego podejścia do Boga, wpływ miało zdanie sobie przeze mnie sprawy z... własnych grzeszków (żeby nie powiedzieć: grzechów).


XIV.

Prawie zawsze
Okrzyczane książki czytam
Z iluśletnim opóźnieniem
Ale to wychodzi mi na dobre:
Kiedy krzyki umilkną
Więcej słychać!
Można to też wyrazić tak:
Kiedy pył opadnie
Więcej widać!

Ten wierszy jest moim uzupełnieniem poglądu wyrażonego przez cenionego przeze Williama Hazlitta. A w napisanym w 1827 r. eseju O czytaniu nowych książek, zawarł on, m. in. taką myśl:

„Nie mogę pojąć namiętności, z jaką większość ludzi czyta nowe książki. Gdyby ludzkość przeczytała to wszystko, co się już uprzednio ukazało, mógłbym zrozumieć brak ochoty do powtórnego czytania tego samego”.


XV.

Cytaty z ogłoszeń, anonsów, tytułów prasowych:

„Literatura kobieca”, „Powieść kobieca”, „Malarstwo kobiet”, „Kobieca twórczość”, „Kobiecy film”...

Nigdy nie myślałem, że sztuka, literatura, film, to znaczy, ogólnie, kultura ma płeć.

I nadal tak nie myślę.


XVI.

Na wstępie szkicu Grand Tour Bohdan Paczkowski przywołuje postać Johanna Gottfrieda Seume’a (1763-1810. A czyni to w związku z tym, że ten, na początku XIX w., przewędrował z północnego krańca Włoch do Syrakuz na Sycylii. Zajęło mu to pół roku, a każdego dnia, średnio, przemierzał 30 km.

„Wszystko, co wziął ze sobą w drogę, to kij i strój podróżny, którego nie zmienił przez trzy miesiące, i plecak z foczej skóry, a w nim tomiki Homera, Wergiliusza, Anakreonta, Tacyta, Swetoniusza, Katullusa, Propercjusza i Horacego”.

Pokłosiem tej eskapady odbytej na własnych nogach stał się Spacer do Syrakuz w 1802 r. będący wnikliwym, ale subiektywnym opisem ówczesnej włoskiej rzeczywistości oglądanej przez przybysza z Północy, a konkretnie z Niemiec.

W wykazie tego, co J. G. Seume wziął ze sobą zaintrygował mnie/zwrócił moją uwagę stosunek między ilością sztuk odzieży (można ją, w przybliżeniu, obliczyć), a ilością pozycji (choćby jednemu autorowi odpowiadał jeden utwór), jakie zawierał jego przenośny księgozbiór. Zaintrygował mnie dlatego, że jestem prawie pewien, że współczesny (z początku XXI w.) peregrynator, „spacerując” na tej samej trasie, kosztem książek zwiększyłby niepomiernie swą garderobę, szczególnie wzbogaciłby jednak bieliznę. I w tym wyraziłaby się, to fakt, że niezmiernie ogólnie, różnica między epokami, które dzieli przeszło 200 lat.

A jeśli chodzi o metodę poznawania jakiegoś kraju, to myślę, że powinno to się odbywać właśnie na własnych nogach, z prędkością 20—30 km na dzień. Natomiast w przypadku zaznajamiania się, odkrywania (dla siebie) jakiegoś regionu, krainy owego kraju, w grę wchodzi nie więcej niż 10 km. W naszych pędzących (dokąd? i po co?) czasach spowolnienie jest wskazane; spowolnienie, nie wyhamowanie!


XVII.

Thomas Merton w Zapiskach współwinnego widza odnotował, m. in., taki pogląd:

„Z nadejściem oświecenia i rewolucji przemysłowej zalęgło się w ludziach niewątpliwe przekonanie, iż »lepszy świat« jest tuż, tuż, i że to tylko obskurantyzm wiary przez długie stulecia stał na przeszkodzie opóźniając jego instalację. Teraz nowa, agresywna, świecka wiara w postęp zawładnęła umysłami”.