LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA
______________________________________________________________________

Felieton: Rafał A. Ziemkiewicz „POLACTWO” NIE ZNACZY „POLACTWO”


Roman Pawłowski, recenzent „Gazety Wyborczej”, odnalazł w świeżo wydanych dziennikach Sławomira Mrożka znane sobie słowo „polactwo”. Skojarzył, gdzie je wcześniej słyszał, i doznał olśnienia, którym natychmiast podzielił się z czytelnikami wspomnianego organu: a więc tego słowa nie wymyślił Ziemkiewicz, on tylko „przywłaszczył sobie” słowo wymyślone przez Mrożka!

Przeczytał to inny intelektualny orzeł salonów, Tomasz Jastrun, producent coraz bardziej żałosnych dywagacji zapaskudzających polską edycję „Newsweeka”, i pojechał jeszcze ostrzej. Co tam przywłaszczył: Ziemkiewicz „ukradł”! Ukradł Mrożkowi jego słowotwórczy wynalazek!

Pozwólcie Państwo, choć rzecz jest oczywiście duperelna, że zwrócę uwagę na pewien drobiazg. Jeśli już, nie była to prosta kradzież, ale - mówiąc językiem dawnych „worow w zakonie” - „juchta z flingiem”, czyli kradzież z włamaniem. Przecież dzienniki Mrożka, co obaj wspomniani wyżej raczyli przeoczyć, upubliczniane są dopiero teraz. Wcześniej przez wiele lat leżały w mrożkowej szufladzie, więc nawet tak mądrzy ludzie, jak wyżej wspomniani, powinni wyrozumować, że aby cokolwiek z nich sobie „przywłaszczyć” i „ukraść”, musiałem się do owej szuflady, w dalekim Meksyku, bo tam wciąż jeszcze znany pisarz mieszkał, gdy ukazało się pierwsze wydanie „Polactwa”, chyłkiem zakraść. Przebyć ocean, nie zauważony przez nikogo przewertować nocą rękopis Mistrza wynotowując potrzebny fragment, a następnie, nie zostawiwszy śladów, podrzucić mu dziennik z powrotem - wszystko bez zostawienia śladów. Może nie była to akcja na miarę Szpicbródki, ale jakieś osobne gratulacje mi się, skoro już raczył ktoś poruszyć temat, za nią należą.

A mówiąc nieco poważniej - od faceta z „Wyborczej”, o Jastrunie już nie wspominając, trudno wymagać oczytania. Ale mogliby, zanim zaczną się mądrzyć, bodaj wstukać to jedno słówko w google’a. Gdyby im się chciało (względnie, gdyby nie przerastało to ich internetowych talentów) zauważyliby, że „polactwo” incydentalnie pojawia się już w tekstach z wieku XIX, a szczególnie często z okresu międzywojennego, kiedy to używane było zwłaszcza przez pieczętującą się rodłem polską mniejszość w Niemczech.

Fakt, mimo identycznego brzmienia nie jest to to samo słowo, którego w swych „Dziennikach” użył Mrożek. „Polactwo” w pierwotnym znaczeniu miało brzmienie dumne. Mrożek zaś - sądząc z relacji, nowo wydanego tomu „Dzienników” jeszcze nie czytałem - używa go jako słowa pogardliwego, mającego się do słowa „Polacy” tak, jak „kacap” do „Rosjanina”. Możliwe więc, że Mrożek faktycznie sam je na własny użytek wymyślił ponownie, już wedle wrażliwości językowej swoich czasów, która kazała kojarzyć je raczej z „robactwem”, niż - jak w wypadku przedwojennych działaczy od rodła - z „ptactwem”.

Takie użycie słowa „polactwo” przypisywać mi mogą tylko ci, którzy lekturę mojej książki zakończyli na tytule. Kto znajdzie czas, by z którymś z dotychczasowych siedmiu wydań „Polactwa” zapoznać się odrobinę bardziej wnikliwie, musi zauważyć, iż słowo to nie znaczy u mnie tyle samo, co „Polacy”, tylko pogardliwie. Zapropnowałem nazwanie w ten sposób pewnego stanu umysłów, pewnego rodzaju postpańszczyźnianej i postpeerelowskiej mentalności, będącego polską odmianą opisywanej przez (wielokrotnie przeze mnie przywoływaną) Tatianę Zasławską postsowieckiej mentalności „chytrego niewolnika”. Nie podoba się komu taka nazwa, to niech zaproponuje inną. Nie nazwa jest ważna, ważny jest problem postkolonialnego społeczeństwa, a raczej jego dwa główne problemy - problem zepchniętych w cwaniactwo, oduczonych pojęcia dobra wspólnego mas, i problem postkolonialnych elit, przyuczonych zwracać się przeciwko własnemu narodowi, w imię narzucania tubylcom cywilizacji importowanej z jakiejś metropolii leżącej czy to na wschodzie, czy na zachodzie, ale w każdym razie nie tu.

Ale tego problemu nie można zauważyć, jeśli się swoich rodaków nie stara zrozumieć, tylko się po prostu nimi gardzi - że my tu, elita, już prawie ucywilizowani i prawie europejscy, a ciemna masa nie dociąga. A że taka właśnie pogarda na salonach króluje, więc i słowo „polactwo” potrafią ono pojąć wyłącznie tak, jak go użył w swych zapiskach Mrożek, zapewne dla odreagowania syndromu Lorda Jima.

Za: Rafał A. Ziemkiewicz -- Les bleus sont la, Serwis Informacyjny BIBUŁA