LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA SPOŁECZEŃSTWO
______________________________________________________________________


Esej: Jarosław Marek Rymkiewicz NIE MA POLSKI, NIE MA ROSJI, NIE BYŁO POWSTANIA - „Tygodnik Ilustrowany” w roku 1863


Nie można powiedzieć, aby redaktorzy „Tygodnika Ilustrowanego” podawali jakieś nieprawdziwe wiadomości. Wydaje mi się, że zazwyczaj pisali prawdę. A może nawet zawsze pisali prawdę. Ale widać też od razu, że pisząc prawdę – zarazem potwornie, wprost haniebnie kłamali.

25 lipca 1863 r. – jak opowiada w piątym tomie „Dziejów 1863 roku” Walery Przyborowski, przedstawiając historię warszawskiej sekcji sztyletników – więc 25 lipca na stokach Cytadeli powieszeni zostali Antoni Heine, Ignacy Stefanowski, August Zawistowski i Franciszek Nowicki. Pierwszy był wyrobnikiem, drugi stróżem, trzeci palaczem, czwarty czeladnikiem kotlarskim. Złapano ich 8 lipca na Nalewkach, kiedy próbowali zabić rewirowego Frycza. 4 września powieszono w Cytadeli Józefa Kamińskiego, czeladnika krawieckiego, który 24 sierpnia uderzył sztyletem w brzuch Kazimierza Skowrońskiego, urzędnika w biurze oberpolicmajstra warszawskiego. Tego samego dnia, 4 września, na stoku Cytadeli powieszono jeszcze czterech sztyletników: szewca Józefa Bachlińskiego oraz czeladników Jankowskiego, Gołębiowskiego i Kochańskiego. 9 sierpnia tych czterech zamordowało właściciela domu na Świętokrzyskiej, Wicherta, jego siostrę i jego służącą. Jak podaje Przyborowski, sztyletnicy zabili także małego pieska Wichertów. Wichert oskarżony był o to, że – kiedy zgłosił się do niego poborca podatku narodowego – kazał swojej służącej sprowadzić policję. 17 września w Cytadeli powieszony został Michał Wagner, drukarz z drukarni bankowej. Dwa tygodnie wcześniej zabił on w szynku na rogu Kruczej i Nowogrodzkiej szpiega nazwiskiem Bosakiewicz. 30 września na pięciu placach Warszawy – na placu Bankowym, Grzybowskim i Trzech Króli, na Rynku Starego Miasta i na Nowym Mieście – rozstrzelano publicznie pięciu rzemieślników: Stanisława Jagoszewskiego, Stanisława Janiszewskiego, Józafata Kosińskiego, Tymoteusza Raczyńskiego i Leopolda Zelnera. Aresztowano ich kilka dni wcześniej, mieli przy sobie sztylety. 13 września Wilhelmowi Algerowi, robotnikowi z fabryki Ewansa na Świętojerskiej, zgasła, kiedy wieczorem szedł ulicą, latarka. Kto wówczas w Warszawie przed godziną policyjną, ale już po zmierzchu, wychodził na miasto, musiał mieć w ręku zapaloną latarkę. Algera, z powodu tej zagasłej latarki, zatrzymano i znaleziono przy nim osiem granatów. 17 października rozstrzelano go na dziedzińcu fabryki, w której pracował, „a trupa – pisze Przyborowski – ze straszną raną w piersi, z której strumieniem krew się lała, wieziono na tak zwanej karze (to jest wózku do wywożenia śmieci) przez ulice Świętojerską i Freta do Cytadeli. Ludzie maczali w tej krwi chustki i głośno przeklinali rząd najezdniczy”. Opisawszy te egzekucje, Przyborowski próbował ułożyć listę tych, którzy zostali w Warszawie zabici przez sztyletników w lipcu, sierpniu i wrześniu 1863 r. Wyliczył 18 ofiar powstańczego terroru, ale ta jego lista nie była oczywiście kompletna, bowiem, jak pisał, „wiele morderstw zostało ukrytych i nigdy na jaw nie wyszło”.

W numerze 206. z dnia 5 września 1863 r. – sztyletowanie i wieszanie weszło już wówczas, rzec można, w warszawski obyczaj – czytelnicy „Tygodnika Ilustrowanego” mogli przeczytać w „Kronice tygodniowej” – pisywał ją wtedy Wacław Szymanowski – co następuje: „Rzeczywiście, co do cygar i papierosów przyznać należy, że w paleniu ich za mało może zwracamy uwagi na dogodność drugich, a zwłaszcza kobiet. Wszakże puszczanie dymu z ust nie jest niezbędną potrzebą, żeby się od niego na chwilę wstrzymać nie można było. [...] W ogóle sądzimy, że rozpowszechniające się coraz bardziej używanie papierosów bardzo niedobre przynieść może skutki dla zdrowia publicznego. Jeżeli, według zdania doktorów, sam tytuń jest szkodliwy w cygarach albo fajkach, to olejek wydobywający się z palonego papieru daleko jeszcze większą szkodę zdrowiu przynieść może”. Aby nie było żadnych wątpliwości co do tego, jaką problematyką zajmowali się w tych strasznych dla Warszawy – i dla całej Polski – miesiącach redaktorzy „Tygodnika Ilustrowanego”, przedstawię pełną treść dwóch numerów tego pisma. Ten numer, w którym kronikarz dywagował na temat szkodliwości palenia tytoniu, otwarty był – jak zresztą niemal każdy numer „Tygodnika” – życiorysem wybitnej postaci historycznej. Tym razem był to życiorys Jerzego Lubomirskiego, marszałka wielkiego koronnego. Następną pozycją numeru była wspomniana już „Kronika tygodniowa”. Obok problemu palenia cygar i papierosów Szymanowski podejmował w niej jeszcze polemikę z „Warschauer Zeitung” na temat nazewnictwa ulic Warszawy. Zastanawiał się mianowicie, czy w niemieckojęzycznym piśmie należy używać nazwy Biergasse czy raczej Piwna. Opowiadał się, jako że był patriotą, za tą drugą ewentualnością. Czytelnicy mogli też znaleźć w tym numerze artykuł opisujący ruiny zamku w Radziejowicach, opowiadanie historyczne o Albrechcie księciu pruskim, korespondencję z Moraw i wreszcie opis wsi Lubasz pod Czarnkowem. Numer zamknięty był kącikiem szachowym i rebusem. Tak wyglądał numer z 5 września. Numer 212 z 17 października – tego właśnie dnia, przypominam, przez Świętojerską i Freta wieziono do Cytadeli trupa „ze straszną raną w piersi” – więc ten numer otwarty był opisem klasztoru kamedulskiego w Biniszewie. Autor „Kroniki tygodniowej” podejmował w niej tylko jeden temat. Piętnował mianowicie drobne kilkugroszowe oszustwa przy kupowaniu biletów w omnibusie i grze w karty oraz przywłaszczanie sobie drobiazgów: chowanie cygar do kieszeni w czasie wieczorów towarzyskich i kradzież ciastek w cukierni. „A cóż powiecie – pisał – o wypożyczających książki? Wieluż to myśli o oddaniu ich? Porachujmy się z sumieniem, bracia moi, i opatrzmy, wielu z nas posiada cudze książki. Dzieje się to bez myśli skrzywdzenia właściciela, tylko wprost oddaniu przeszkadza lenistwo i lekceważenie cudzej własności, które u nas bardzo daleko jest posunięte”. Następne pozycje numeru 212. „Tygodnika” to „Przegląd polityki zagranicznej” – przynoszący wiadomości z Paryża, Madrytu, Rzymu, Kopenhagi, Berlina i Aten – oraz „Ostatnie depesze” z Paryża, Londynu i Berlina. Depesze donosiły między innymi o tym, że „królowa Wiktoria wypadła z powozu. Jej królewska mość doznała lekkiej tylko kontuzji”. Dalej mamy jeszcze w tym numerze życiorys Albrechta Stanisława Radziwiłła, kanclerza wielkiego litewskiego, opis zamku książęcego w Poznaniu, ciąg dalszy „Pomywaczki”, obrazka z końca XVIII wieku Józefa Ignacego Kraszewskiego, rebus i szachy. Ostatnią pozycją numeru był rysunek Juliusza Kossaka z cyklu „Dawne ubiory i uzbrojenia”.

I przeszłość, i ówczesna teraźniejszość

Choć „Tygodnik Ilustrowany” reklamował się jako pismo „obejmujące ważniejsze wypadki spółczesne”, w istocie był jednak pismem zwróconym ku przeszłości i pragnącym przypomnieć swoim czytelnikom to, co minione, odległe, zapomniane. Czynił to zresztą – co na dobro jego redaktorów godzi się zapisać – w sposób bardzo udatny. Dwa działy pisma, którym Ludwik Jenike – jak mówiono wówczas: „redaktor główny” – poświęcał niewątpliwie najwięcej uwagi, to owe wspomniane już życiorysy wybitnych postaci historycznych oraz opisy „miejscowości, kościołów, zamków i gmachów”. Ten drugi dział wydaje się szczególnie interesujący, bowiem zestaw artykułów, które nań się składały, ujawnia dość nieoczekiwaną – chciałoby się rzec: liberalną – stronę ówczesnej cenzury, skądinąd, jak wiadomo, niebywale wtedy rozzuchwalonej. W dziale tym w drugim półroczu 1863 r. ukazały się między innymi następujące – zawsze pięknie ilustrowane – artykuły: „Pińsk i Pińszczyzna”, „Kościół św. Stefana i klasztor mariawitek w Wilnie”, „Skała Czackiego pod Żytomierzem”, „Góra Ochrymowa w Żytomierzu”, „Kościół św. Rafała i figura Zbawiciela w Snipiszkach”, „Kościół św. Krzyża czyli bonifratrów w Wilnie”, „Zamek w Białej”. Na 31 artykułów pomieszczonych w tym dziale w owym półroczniku aż osiem ma za temat miejscowości i zabytki znajdujące się na ziemiach zabranych. Na marginesie warto zauważyć, że niebawem miało być już znacznie gorzej i w drugiej połowie roku 1865 spośród artykułów, które zamieszczono w tym dziale, tylko jeden był poświęcony zabytkowi znajdującemu się na ziemiach zabranych, a to kościołowi bazylianów w Poczajowie i wiszącemu w tym kościele cudownemu obrazowi Bogurodzicy. Te artykuły przedstawiające przeszłość ziem zabranych mówiły coś istotnego o intencjach redaktorów „Tygodnika” i dlatego o nich wspominam. Ale o tych intencjach za chwilę.

Teraz należy zauważyć, że choć „Tygodnik” zwrócony był ku przeszłości, to obecna była w nim również i ówczesna teraźniejszość. Jakież to „ważniejsze wypadki spółczesne” mieli na oku jego redaktorzy? „Tygodnik” przynosił przede wszystkim wiele wiadomości z zagranicy. W styczniu 1863 r. jego czytelnicy mogli się dowiedzieć, że „w bitwie pod Fredericksburgiem separatyści stracili tylko 3000 ludzi. Federaliści uderzyli na Kingston w Karolinie, lecz i tu odparci, cofnęli się ze stratą”. W tym samym miesiącu „Tygodnik”, relacjonując atak generała Shermana na Vicksburg – „obie strony walczyły z zajadłością dobrze już znaną z dziejów tej smutnej bratobójczej wojny” – przepowiadał, że jeżeli „wojna potrwa rok jeden jeszcze w takich rozmiarach, ojczyzna Waszyngtona zniszczoną będzie do gruntu”. Obok wojny toczącej się w Stanach między federalistami a separatystami – w roku 1863 „Tygodnik” informował o niej czytelników niemal w każdym numerze – szczególną uwagę redaktorów przyciągała wojna tocząca się w Meksyku. „Depesze z New Yorku z dnia 5 stycznia donoszą, że Francuzi zdobyli Pueblę, skąd po otrzymaniu posiłków wyruszyć mają na Meksyk”. Tę wiadomość „Tygodnik Ilustrowany” podał 24 stycznia. Ciekawe, kogo zdobycie meksykańskiej Puebli mogło wówczas w Warszawie zainteresować? Pewnie nikogo, jeśli się zważy, że dzień wcześniej wybuchło powstanie, o czym, z niejasnych przyczyn, czytelnicy „Tygodnika” poinformowani nie zostali.

Wśród informacji z zagranicy, zamieszczonych w „Tygodniku” w roku 1863, znalazłem jednak dwie takie, które, owszem, mogły się wydać ówczesnym czytelnikom dość znaczące. W połowie stycznia „Tygodnik” informował, że w Mediolanie „kilku wieśniaków wykonało demonstrację przed kościołem św. Łucji. Proboszcza i kilkanaście innych osób aresztowano i zabrano piśmienne dokumenta”. W lutym natomiast czytelnicy „Tygodnika” mogli się dowiedzieć, że król Wiktor Emanuel przyjął na audiencji posła pruskiego i „w tymże dniu w Neapolu rzucono bombę pomiędzy arkady pałacu podczas balu u księżny genueńskiej”. Nie były to zapewne informacje aluzyjne, ale wreszcie za takie właśnie mogły lub mogłyby zostać uznane. Wypada więc przyjąć, że ukazały się w „Tygodniku” dzięki przeoczeniu starszego cenzora Antoniego Funkensteina. Nazwisko godne jest zapamiętania – Funkenstein – bo żeby wymyślić coś takiego jak ten „Tygodnik Ilustrowany” w roku 1863, na pewno nie wystarczy być zwykłym cenzorem i trzeba być przynajmniej starszym, a może nawet najstarszym cenzorem.

Choć gorzej, to lepiej

W Warszawie – według Funkensteina i redaktorów „Tygodnika Ilustrowanego” – oczywiście nie rzucano wówczas bomb jak na balu u księżny genueńskiej, nie dokonywano aresztowań, nie konfiskowano piśmiennych dokumentów. Działy się jednak w Warszawie, a także w tym bezimiennym, nie nazwanym kraju, w którym miasto to leżało, różne okropne rzeczy i Funkenstein, jak się zdaje, nie miał nic przeciwko temu, aby Jenike o tych okropnościach – a nawet potwornościach – informował swoich czytelników. „Korespondentka z Sokołowa Podlaskiego pisze nam, że tam stawy powysychały, a skutkiem tego wyginęły i ryby, tak iż ceny na nie do niepamiętnej z dawna doszły wysokości”. Tę wiadomość przyniósł „Tygodnik” w styczniu. „Wiadomo każdemu, że pomiędzy mnóstwem źle urządzonych u nas zakładów niezaprzeczenie prym trzymają łazienki letnie wiślane.

Nieporządek jest tam na porządku dziennym”. To informacja z lipca. „Doprawdy, chleb jaki otrzymujemy obecnie nie jest do jedzenia. Czarny jak glina, stęchły i niedopieczony. Jak go ukroić kawałek, a położyć na obrusie, to ślady wilgoci po nim się pozostają. Taki chleb żadną miarą dla zdrowia nie może być pożytecznym. [...] I dziwna rzecz, na ulicy, gdzie mieszkam, znajduje się kramik, w którym sprzedaje się chleb wypiekany przez starozakonnego, otóż ten chleb jest daleko bielszy, smaczniejszy i lepiej wypieczony”. Tak krytykował „Tygodnik” warszawskich piekarzy we wrześniu. Można się też było dowiedzieć z tego pisma w tym pełnym nieszczęść roku 1863, że woda zalewa piwnice na Tamce, że na placu Teatralnym reperuje się bruki, „a ta naprawa tymczasem tak się odbywa, że w miejsce starych dziur powstają nowe, jeszcze gorsze”, że grabarze na Powązkach „nie odznaczają się wielką ostrożnością w dopełnianiu grobowych obowiązków swoich” oraz że omnibusy warszawskie są „niedogodne, brudne, trzęsące, zapełnione wszelkiego rodzaju śmieciami i nieczystością”. Autor „Kroniki tygodniowej” nie mógł jednak nie zauważyć, że choć było coraz gorzej, to było coraz lepiej, bo komunikacja miejska funkcjonowała coraz sprawniej, gdyż omnibusów było coraz więcej. „Liczba omnibusów u nas zwiększyła się w przeciągu roku do sześćdziesięciu kilku”. Było w nich co prawda coraz więcej śmieci, ale na to, dzięki Bogu, Funkenstein pozwalał.

Pisząc prawdę, haniebnie kłamali

Wziąwszy pod uwagę te wszystkie informacje, które dotąd za „Tygodnikiem Ilustrowanym” podałem, warto może zastanowić się przez chwilę nad dziwnym stosunkiem, jaki zachodzi pomiędzy prawdą a kłamstwem. Nie można powiedzieć, aby redaktorzy „Tygodnika” podawali jakieś nieprawdziwe wiadomości. Wydaje mi się, że zazwyczaj pisali prawdę. A może nawet zawsze pisali prawdę. Ale widać też od razu, że pisząc prawdę – zarazem potwornie, wprost haniebnie kłamali. Można przyjąć, że każda z wiadomości i opinii była i nadal jest prawdziwa. W Sokołowie Podlaskim naprawdę powysychały wówczas stawy, w związku z czym ceny ryb poszły w górę. Królowa Wiktoria naprawdę wypadła z powozu i doznała lekkiej kontuzji. Federaliści naprawdę uderzyli na Kingston i cofnęli się ze stratą. Palenie tytuniu naprawdę mogło przynieść wielką szkodę zdrowiu. Skała Czackiego pod Żytomierzem naprawdę wyglądała tak, jak przedstawiała ją piękna rycina w „Tygodniku”. Nie kłamały też rebusy, kącik szachowy i ryciny Juliusza Kossaka. Więc nie kłamali. Ale wszystkie te prawdziwe informacje, dodane do siebie, składały się na jedno wielkie, niesamowite kłamstwo. Kłamliwa była bowiem ze swej istoty struktura rzeczywistości: struktura, którą z prawdziwych elementów budowali zacni redaktorzy „Tygodnika”, przy pomocy cenzora, a zapewne także przy pomocy i za namową – choć nic o tym nie wiem i może niesłusznie ich podejrzewam – kogoś, kto urzędował na Zamku (lub w biurze oberpolicmajstra) i komu zależało, mogło zależeć na tym, aby czytelnicy tego pisma otrzymywali co tydzień stosowną porcję obezwładniającego kłamstwa. Źródłem tego kłamstwa było oczywiście przemilczenie.

Potworność przemilczenia i kłamliwość całej struktury czyniły i czynią kłamstwem – nie wiem, nie jestem pewien, czy dla ówczesnego czytelnika, ale na pewno dla dzisiejszego – każdą informację, która sama w sobie była, mogła być prawdziwa. Te prawdziwe, ale przez wejście w związek z kłamstwem tracące swą prawdę informacje dają w sumie obraz upiornej nierzeczywistości, świata niczyjego, bo takiego, z którym nikt – nawet chyba starszy cenzor Funkenstein – nie był w stanie się utożsamić. Taka jest więc potęga kłamliwej całości: nic, co w niej uczestniczy, nie może być prawdą. I choćby było prawdą, wchodząc w kłamliwą całość prawdą być przestanie. Królowa Wiktoria naprawdę wypadła z powozu. Ale ja, dowiadując się o tym z „Tygodnika Ilustrowanego”, wcale w to nie wierzę. Kłamią, więc nie wypadła. I zastanawiam się tylko: dlaczego i w tej sprawie, mało wreszcie dla mnie i dla nich istotnej, też mnie okłamują.

O Polsce i Rosji inaczej

Trzeba powiedzieć, że – budując tę swoją niesamowitą nierzeczywistość z elementów prawdy – redaktorzy „Tygodnika Ilustrowanego” jawią się (z naszego punktu widzenia) jako ludzie nieoczekiwanie nowocześnie myślący, a także obdarzeni niezwykłą zdolnością przewidywania przyszłości. Ludwik Jenike, sądząc z jego wspomnień, był człowiekiem zacnym, ale jednak niezbyt inteligentnym. Sądząc natomiast z pisma, które założył i redagował, był człowiekiem szalenie inteligentnym. Pojął przecież, że znacznie ważniejsze od tego, co się mówi, jest to, czego się nie mówi. I że właśnie to, czego się nie mówi, powinno być przedmiotem dziennikarskiej manipulacji. Można więc rzec, że pojął, jaka będzie przyszłość słowa drukowanego. Pomysł, żeby kłamać mówiąc tylko prawdę, wydaje się nam pomysłem, na który wpadli dopiero pisarze i dziennikarze wieku XX. Tymczasem Jenike wpadł na ten pomysł, bagatela, niemal sto lat przedtem, nim Czesław Miłosz napisał w „Dziecięciu Europy”:

„Z małego nasienia prawdy wyprowadzaj roślinę kłamstwa,
Nie naśladuj tych co kłamią, lekceważąc rzeczywistość”.

Rady Miłosza, pochodzące z roku 1946, zwrócone były do obywatela któregoś z totalitarnych państw XX wieku. Państwo, w którym żył Jenike, trudno nazwać totalitarnym. Ale mechanizm przemilczeń, a więc mechanizm tworzenia nierzeczywistości, jaki stosował w swoim piśmie, był akurat tak samo skuteczny – i w swej istocie właściwie taki sam – jak ten, który w wieku XX miała zastosować prasa państw totalitarnych. Ten mechanizm przemilczeń – a także jego przypuszczalny cel – najlepiej chyba widoczny jest w „Tygodniku Ilustrowanym” w sposobie używania dwóch słów: Polska i Rosja. A właściwie jednego z nich, bowiem słowa Rosja redaktorzy „Tygodnika” nie używali w ogóle. Istniały według nich na świecie różne państwa – Anglia, Francja, Włochy, Madagaskar – ale Rosja nie istniała. Czegoś takiego – zdawali się mówić ci redaktorzy swoim czytelnikom – nie ma i co więcej w ogóle nigdy nie było na świecie. W każdym numerze pisma, tuż pod tytułem, ukazywała się co prawda informacja mówiąca między innymi: „Prenumerata na prowincji i w Cesarstwie: rocznie rsr 12”. Ale na to nie było po prostu rady, trzeba było jakoś licznych czytelników z Kijowa czy Żytomierza poinformować, ile mają płacić za prenumeratę.

W ciągu całego roku 1863 ukazała się natomiast w „Tygodniku” tylko jedna informacja, z której mogłoby wynikać, że coś takiego jak Rosja istnieje. Mogłoby wynikać, ale niezbyt jasno, bo nazwa państwa nie została wyraźnie wymieniona. „Petersburg. 7 kwietnia – mówiła ta informacja. – Towarzystwo rosyjskie otrzymało koncesję na budowę kolei żelaznej z Kijowa do Odessy, długiej 647 wiorst, z dwiema bocznymi liniami, każda dłuższa nad 300 wiorst. Kapitał zakładowy 55 milionów rubli, państwo zapewnia 5%”. Naprawdę – była to jedna jedyna informacja, jaką w roku 1863 otrzymali czytelnicy „Tygodnika” o tym państwie, które skądinąd było przecież dość dobrze widoczne, jako że odległość między jednym a drugim jego stójkowym na ulicach Warszawy wynosiła wtedy około dwustu kroków i nie mogła – z rozkazu najwyższych władz – być większa. Zastanawiam się, czy na słowo Rosja był wtedy zapis w rosyjskiej cenzurze? Czy to raczej sam Jenike wpadł na taki pomysł zlikwidowania sprawy polsko-rosyjskiej? Jeśli chodzi o Polskę, sprawa wyglądała natomiast zupełnie inaczej. Słowa Polska i Polacy pojawiały się w „Tygodniku” bardzo często, tylko jednak w życiorysach ludzi dawno zmarłych, opisach zabytków, wspomnieniach historycznych. Cenzura była w tym zakresie widać dość łaskawa i fałszowania historii nie żądała. Redaktorzy „Tygodnika” wciąż więc przypominali swoim czytelnikom, że istniała kiedyś jakaś Polska. Przypominali też, co więcej, że ta Polska niegdyś istniejąca była wspaniała, bogata, potężna. Używali również słowa ojczyzna i z „Tygodnika” w roku 1863 można się było na przykład dowiedzieć, że Jerzy Lubomirski „zasłaniał ojczyznę”, Stefan Czarniecki był „oswobodzicielem ojczyzny”, a w artykule o Michale Mniszchu użyto nawet sformułowania „miłość ojczyzny”. Bardzo starannie jednak zarazem podkreślano, że wszystkie te słowa – Polska, Polacy, ojczyzna – odnoszą się do przeszłości i tylko do przeszłości, że Polska była, właśnie była, w jakiejś przeszłości, która właśnie jest przeszłością, i że w tej przeszłości można ją było, owszem, zasłaniać i kochać. O tym, kiedy, dlaczego, w jaki sposób ta Polska przestała istnieć, oczywiście, nie wspominano, ponieważ wymawianie słowa Rosja było zakazane.

Dziedzic przeszłości bez narodowości

Co miał z tego wnioskować czytający „Tygodnik Ilustrowany” mieszkaniec miasta, w którym jeździły brudne omnibusy, a w sklepach sprzedawano źle wypieczony, niesmaczny chleb? Miał, myślę, godzić się na to, że jest jak jest, że żyje gdzie żyje, pocieszając się przy tym miłą myślą, że – choć nie ma już narodowości – to jest jednak dziedzicem wspaniałej przeszłości. Omnibusy były co prawda zaśmiecone, ale nikt go nie krzywdził, nikt nie prześladował. Rosja nie istniała. Był mieszkańcem kraju realnych omnibusów i powinien się z tym pogodzić. Powinien się pogodzić z realną rzeczywistością, bo jest jak jest, a inaczej nie będzie. O to, myślę, chyba właśnie chodziło. Nie nazywać czegoś, co nie istnieje, a przecież istnieje, nie jest jednak łatwo.

Redaktorzy „Tygodnika” mieli więc wyraźne kłopoty stylistyczne, kiedy przychodziło do nazywania tej realnej nierzeczywistości, której przeszłość nazywała się Polską, ale której teraźniejszość nazwana być w ten sposób nie mogła. Dwa lata później, kiedy zaczęły ukazywać się „Kłosy”, Kazimierz Władysław Wójcicki wpadł więc na fenomenalny pomysł, aby tę nierzeczywistość realnych omnibusów nazwać po prostu krajem. Z artykuliku podsumowującego pierwsze półrocze istnienia „Kłosów’, opublikowanego w listopadzie roku 1865, można się było dowiedzieć, że w piśmie tym były drukowane między innymi: „opisy podróży – osobliwości kraju własnego i obszernej obczyzny – sprawozdania z literatury krajowej i zagranicznej – korespondencje z różnych miast kraju naszego”.


Gazeta Polska, Nr 1 z 2 stycznia 2013 r.

OD REDAKCJI 2/2013


Słowo na luty

Co myślę o Polsce? Myślę, podobnie jak Ty, bo nie jestem z tym krajem (jeszcze mniej niż Ty) związany wspólnotą krwi. Ale ta Erde (ohne Blut) jest moja, jak zaraza albo choroba weneryczna...

Polska jest 1000-letnim niemowlęciem (milenijny bobas), bez rysów, bez kształtu, bez f o r m y, z jakąś tylko potencjalną metafizyką (ani heretyków, ani metafizyków, ani inkwizytorów), potencjalną misją i d o ś w i a d c z e n i e m nieprzetrawionym.

Zbigniew Herbert do Czesława Miłosza, Paryż, 28 września 1967 r.


Działa w Polsce cała masa poetów i rocznie wydaje się ponad 300 tomów wierszy. Naród poetów i ubeków.

Zbigniew Herbert do Czesława Miłosza, Berlin, 18 czerwca 1969 r.


Od redakcji

Zapraszamy do lektury 2 części III tomu dziennika Józefa Barana zatytułowanego Spadając patrzeć w gwiazdy, który ukaże się niebawem nakładem wydawnictwa Zysk i S-KA w Poznaniu. Najnowsze zapiski poety z lat 2008 - 2012, są kontynuacją Koncertu dla nosorożca i Przystanku marzenie. To swoiste „silva rerum” utkane ze smacznych anegdot i wspomnień, portretów ludzi sławnych i tych nieznanych, celnych aforyzmów, scen rodzajowych i komentarzy do współczesności, a także impresji z wojaży po kraju, barwnych reportaży z Brazylii, Holandii, Krety, pierwszych rzutów wierszy, wrażeń z lektur, fragmentów listów – m.in. od Sławomira Mrożka…

Partie liryczne sąsiadują z partiami humorystycznymi, a sądy ogólne dotyczące filozofii, poezji, religii, miłości i tzw. pytań ostatecznych – wynikają z bardzo osobistych wyznań, doznań i zwierzeń. Książka od pierwszych stron wciąga w swój niepowtarzalny klimat, daje przyjemność „smakowania” zatrzymanych chwil nasyconych poetycką wrażliwością.

Redakcja dziękuje Autorowi i Wydawcy za udostępnienie fragmentów dziennika do publikacji.


Polecamy

Stronę internetową i wirtualną wystawę fotograficzną Za bramami Ziemi Obiecanej – Behind the Gates of the Promised Land. Realizacja tego artystyczno-dokumentalnego projektu była możliwa dzięki wsparciu finansowemu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Na stronie znajdują się 144 fotografie, które cechuje klarowność prozy i poetycka metafora; to podróż przez czyściec połączona z nauką pokory wobec historii i kaprysów fortuny (...). Autor komunikuje się z odbiorcą na wielu poziomach: historycznym, społecznym, filozoficznym i oczywiście artystycznym". (W.E.)

Rozmowę Józefa Barana z redaktorem naczelnym miesięcznika Odra Mieczysławem Orskim

Nowe książki: Dariusz Pawlicki „CHWILE, MIEJSCA, NASTROJE”



Nakładem wydawnictwa Miniatura ukazał się zbiór esejów Dariusza Pawlickiego Chwile, Miejsca, Nastroje.


Ryszard Sawicki

O prozie Dariusza Pawlickiego

Dariusz Pawlicki jest współczesnym peregrynatem, spokrewnionym raczej z peregrynatami wcześniejszych wieków, niż ze współczesnymi globetrotterami. Choć długie podróże pociągiem znosi dobrze, to jego cierpliwość wobec zawodnych rozkładów jazdy, tłoku w przedziale oraz innych niedogodności, zdaje się nienaruszalna, jeśli tylko na końcu podróży czeka nań obszar świata, w którym nie trzeba posługiwać się pojazdem, a można chodzić. Pawlicki czuje się dobrze zarówno w przestrzeni poza miejskimi murami, czyli tam, gdzie nic nie stoi na przeszkodzie, nie ogranicza spojrzenia, ani marzenia, jak i tam, gdzie odnajduje konkretne miejsce, które uznał za swoje, albo takie, które uznał za swoje ktoś, kto mu jest bliski. Miejsce oswojone, to miejsce, gdzie marzenie miesza się z przeżyciem rzeczywistości, zarówno tej współczesnej, jak i historycznej. Pawlicki potrafi odnajdywać szczególne miejsca, a co najważniejsze – potrafi opisać je tak, że stają się swojskie dla czytelnika.

W szkicach takich, jak O przedzmierzchu i zmierzchu (słowo przedzmierzch autor wymyślił, nie ma go w żadnym słowniku), Drzewa, o których pamiętam, O drwach i ogniu, Pawlicki opisuje swoje doświadczenie miejsc oraz doświadczenie chwil, spędzonych w tych miejscach. Ceni sobie możliwość powrotu do chwili, którą uznał za piękną, tak samo jak możliwość powrotu do obszaru świata, który przechował tę chwilę. Ogarnia go czasem żal, że nie wszystkie miejsca i chwile są takie, jak były. I cieszy się, jeśli zdoła odkryć, że jednak coś nadal jest. „A ponieważ nadal są, więc cieszę się, gdyż stanowią jakąś namiastkę trwałości”, pisze o znajomych drzewach. Potrafi zatrzymać się na progu domu, w którym już nikt nie mieszka po to, by nie zakłócić atmosfery, woli ją taką, jaką przechowuje w pamięci. Ale zbliża się do tego domu, by tym intensywniej wspominać. „Odkąd ich nie ma, nie wchodzę do środka”, pisze Pawlicki o domu dziadków w pobliżu Sejn. „Nic bowiem nie jest tam tak, jak było”, dodaje kończąc O drwach i ogniu.

Zarówno w podróży, czyli w ruchu, jak i w spoczynku, czyli u celu wędrówki, ludzie odnajdują lub tracą swoją tożsamość. Zależy to od tego, czy zdołają uchwycić sens doświadczenia. Często tłumią to, czego nie potrafią wyrazić, bo uznają doświadczenie za mało ważne. Pawlicki uważnie stąpa po ziemi i uważnie odpoczywa. Jest szczególne uważnym peregrynatorem.

 
Dariusz Pawlicki, Chwile, Miejsca, Nastroje; wyd. Miniatura, Kraków 2012, www.miniatura.info.pl; rysunki i fotografie Autora.

Proza: Józef Baran SPADAJĄC PATRZEĆ W GWIAZDY, odc. II


TRZY DNI U MAMY PRZY ŁÓŻKU, POWRÓT MROŻKA, LEKKOMYŚLNIAK…

Pierwszy dzień u mamy.

Siedzi na łóżko skulona, podparta z tyłu trzema poduszkami. Równocześnie podpiera czoło ręką, trochę podrzemując, a trochę wychylona na jawę, z tobołkiem życia - oczekująca sygnału, znaku, gwizdu Stamtąd (skąd) i terminu odlotu w gwiazdy, albo Bóg wie dokąd, bo już wszyscy jej krewni, znajomi i rówieśnicy- sąsiedzi – są po Tamtej Stronie. Starość coraz bardziej ściska ją w dyby. Już prawie unieruchomiona po ostatniej operacji, w pampersach, które pięć razy na dobę zmienia jej bratowa Ala. Nie mieści się jej w głowie, że tak długo żyje. Już dawno powinna się usunąć „żeby zrobić innym plac”, a tu żadnego znaku, sygnału, gwizdu, trzepotu skrzydeł anioła śmierci
- No i cemuz ten Pan Bóg mnie stąd nie zabiera, no i z cegóz mnie tu trzymo? – pojękuje.

Nie pozwala, bym nawet na krok się od niej oddalił. W nocy co parę godzin woła.
– Musisz, mamo, tak głośno wołać?! – pyta brat Gienek.
– A bo mi się beceć chce jak się obudzę i widzę ciemności – mówi mama, która ze szpitala wróciła jakaś zalękniona.

Od czasu do czasu ma zwidy, omamy, śnią się jej Stasiu i Boluś, moi braciszkowie, którzy zmarli jako dzieci (do trzech razy sztuka – ja przeżyłem), a teraz przychodzą do niej we śnie a czasem i na pół-jawie.


ZADOWOLENIE, NIEZADOWOLENIE

Drugi dzień u mamy przy łóżku…

Mama dziś nerwowa:
– Zamień kołdrę na pierzynę, bo mi straśnie zimno.
- Zdrzyj ze mnie pierzyne i daj kołdre, bo mi straśnie goronco.
- A cóz tak cytos i cytos? (czytam II tom „Dzienników” Mrożka, też z Borzęcina, który przyszedł na świat niedaleko od mojego rodzinnego domu).
- A cóz tak chodzis po izbie, a usiądźze!
- Nie kiwoj się tak!
- Podnieś mnie wyzej
- Opuś mnie nizej
- Nizej!
- Wyzej!
-Wyzej, nizej!
- Przynieś mi jeszcze jedno poduske, odkryj mi nogi (odkrywam), rozetrzyj stopy (rozcieram), znajdź sweter w szafie i ubierz (ubieram), zdejm-ze mi ten sweter, bo mi goronco (zdejmuję). A opowiedzże mi co u Ciebie w Krakowie, nie siedź tak, boś do mnie przyjechał, a nie do ksiozki (opowiadam, ale mało słyszy).
- Aaaaaaaaaa – znowu poli jak ogień…
- Oooooooooo – znowu poli jak ogień…
- O mój Jezu Pomózże mi, zaprowadzić mnie do królestwa swego (odmawia modlitwę)…
- Kej idzies, siedź przy mnie…
- Upleć mi włosy, mocniej przyciśnij grzebień do skóry. Rób to jak człowiek, a nie jak niedołyga jaki!

I tak w kółko…

Najgorsze są dla mnie momenty, gdy mamę „pali ogień” gdzieś w okolicach podbrzusza. Te fale bólu przychodzą i odchodzą, a mama wtedy krzyczy, bo mówi, że jej dzięki temu krzykowi - lżej.

Trzeci dzień…

98-letnia mama labidzi, pojękuje (nie dziwię się jej), ale czterdziestoparoletni Mrożek w „Dzienniku” też na potęgę labidzi, pojękuje. A to że ma spleen, a to że samotny, a to że jałowy, a to że pusty i wie już, że nie rozwiąże zagadki wszechbytu. A to, że źle pisze, a to, że nie pisze. A to, że kobiet mu brakuje i pisanie mu nie idzie. A to, że kobiet za dużo i przeszkadzają mu w pisaniu. A to że łatwe, a to że trudne. A to, że za dużo pije i ma kaca, a to, że pości, żyje w celibacie i się nudzi…A to – że samotny i samotność go męczy, a to, że nie-samotny i to go rozprasza. A to, że stary, bardzo stary i nic go nie cieszy, wszystko kojarzy mu się z rutyną, z powtarzaniem tych samych czynności. A to, że wciąż niedorostek duchowy, niedojrzały, bo ani, mąż poczciwy ani mężczyzna, ani ojciec, ani Polak-katolik… A to, że dużo, za dużo pali i się truje, a to, że dużo, za dużo pije i się truje. A pali i pije, bo lubi i wtedy, gdy szczęśliwy i wtedy, gdy nieszczęśliwy, kiedy pragnie przełamać skrępowanie wynikające z bycia z kobietą (odpancerzyć się) i gdy jest sam i dotyka go smutek, depresja, niepokój, zniechęcenie ogólne i szczegółowe, niezadowolenie z siebie, z innych i ze świata, - słowem „weltschmerze”. Opisuje swoje niepokoje przed i po piciu (na kacu), przed i po nockach miłosnych z nieznającymi się nawzajem: N i Y , pomiędzy którymi bywa rozpięty prowadząc grę (N. poznałem w Paryżu w 1977, więc tym ciekawiej mi się czyta). Najciekawszy to bodaj wątek i najcelniejsze refleksje dotyczące relacji męsko-damskich i w ogóle kobiet, miłości, sfery erotyki (nie seksu),a także opowieść o tym, jak autor sobie radzi lub nie radzi mając „dwie kobiety i jedną literaturę”. Odczuwa „strach, że N. odkryje obecność X. w Paryżu” i „strach, że Y. zniechęci się do mnie z powodu mojego współżycia jednak z N.”. A z tej komplikacji wynika strach, że oba strachy nie pozwolą mu pisać”.

Itd. W kółko…

Mama labidzi.

Mrożek labidzi.

Ja – pomiędzy, milczący, mamę nakrywający to odkrywający, karmiący, ubierający cieplej, podkładający poduszki pod głowę i pod plecy, to znów odkładający poduszki…

Zainteresowany mamą (bo to mój święty obowiązek syna) i zainteresowany coraz bardziej Mrożkiem, bo zbliżam się w „Dzienniku” do momentu, gdy zaczęliśmy w 1974 roku korespondencję, a potem prowadziliśmy ją intensywnie do 1982. Oczywiście Mrożek zainteresowany w dziennikach głównie sobą, natrąca o tym tylko paroma zdaniami…

W roku 1977 spotkaliśmy się w Paryżu. Wtedy właśnie poznałem N., ale gdy nie należała już do niego, lecz do G. Traf zrządził, że byłem nawet u niej na obiedzie, a następnego dnia z młodym studentem z kraju Grzegorzem Miecugowem i N. zwiedzaliśmy muzeum w Luwrze.

Opowiadała wówczas, jak to mieszkała z pisarzem („Czy on taki sławny w kraju?, ja mam na strychu tekę jego listów”) drzwi w drzwi i po pięciu latach takiego intymnego-nieintymnego pomieszkania, postanowiła rozmówić ostatecznie, żeby postanowił jak mężczyzna, czy ma zamiar z nią związać się na stałe, czy nie.
– Swoim zwyczajem zamknął się na parę dni, myślał, myślał i wymyślił, że się nie zwiąże, bo…tu podał wiele powodów i jeden główny, że się na męża nie nadaje…

Dlatego N. wyszła w końcu za bogatego nie-Polaka G. i ma się dobrze…

… W trakcie czytania przybliża mi się tamten Paryż i tamten Mrożek, tak daleki mi już w ostatniej dekadzie i właściwie obcy… A jednak czytanie „Dziennika” czyni cuda. Sprawia, że znów staje mi się bardzo bliski, jak wówczas, w latach 70., gdy obdarzał mnie, młodego poetę, wspaniałymi listami. Jego uwagi o N., że literatura to dla niej „terra incognita” pokrywają się z moimi spostrzeżeniami sprzed 35 lat…

Tak tak. Wciągnęło mnie pisanie Mrożka. Wszedłem po uszy w jego wewnętrzny świat, w tamten odległy już ode mnie czas, wyjaśniają mi się różne paryskie reakcje pisarza wobec mnie, wyjaśniają mi się różne treści z jego listów… Zapadam się w Mrożkowym dzienniku coraz bardziej. Ba! W miarę czytania zapadam się tak, że wpadam w podziw, co to za głęboki umysł, globoidalna głowa. Ile trafnych sądów, refleksji mających organiczny związek z nim, z jego nastrojami, z jego ciałem. Myśliciel, ale nie abstrakcyjny jak to bywało drzewiej w sztukach. Równowaga pomiędzy esencją i egzystencją. Szczerość i autentyzm dziennika, jeśli nawet proweniencji literackiej – każą podziwiać odwagę autora… Mimo refrenu pojękiwań – wiele genialnych stron! O tak, drugi tom na pewno ciekawszy i artystycznie bardziej wysmakowany od pierwszego, którego kiedyś nie doczytałem, bo mnie znudził. Teraz to już Mrożek dojrzały, Mrożek nie w kwiecie, ale w owocu wieku. Na pewno dziennikowi dodał też rumieńców wątek romansowy. Kto wie, czy nawet w niektórych fragmentach nie lepsze te zapiski od „Dziennika” Gombrowicza, bo okrutnie samoanalityczne, psychoanalityczne, wiwisekcyjne i o dziwo autentyczne, a Gombrowicz pisał pod publiczkę, na użytek…Mrożek spowiada się jakby samemu sobie, dopuszczając mnie jako czytelnika do konfesjonału. W trakcie czytania zmienia się moje myślenie o nim. Nie znałem go. Myślałem, że pomnikowy, upozowany, papierowy i abstrakcyjny, a on człowiek – z krwi i kości! Ba, facet z jajami!

Najbardziej sztuczne (choć może prawdziwe?) wydają mi się rozmyślania 40-parolatka o śmierci, a najbardziej nużące i monotonne - strony dotyczące Mrożkowych „ja”…Ja bym jakąś ćwiartkę z tych dzienników zresetował i odsiałoby się z tego arcydzieło (napisz kotku – a później zresetuj - pewnie i słusznie, by mi na to odpowiedział). Ale metoda Mrożka ma polegać właśnie na tym, by dziennik nie był arcydziełem, na podobieństwo człowieka, który też arcydziełem nie jest. Obok głębokich refleksji, wyskokowych wydarzeń pojawiają się tu więc nawracające opisy nudy, pustki, i tego jak go wewnętrznie ssie niepokój. I jakim jest „gnojkiem” (jego określenie), a nie tylko „bohaterem”. Że w jeden dzień definiuje się tak, a na drugi dzień - czynami swoimi definicję tę w drobny mak rozwala. Ba, w tych neurastenicznych często zapiskach autor jest sobą-pacjentem i sobą psychoterapeuta. Mrożek-psychoterapeuta komentuje czyny i myśli Mrożka pacjenta.

Dlatego to dziennik pisany „na brudno”, nie wyczyszczony literacko na glanc, jak u Gombrowicza.

I dlatego autor używa do tego celu 800 stron zamiast 400 czy powiedzmy 500…

Co byś nie robił drogi ziomku – polemizuję sobie z nim przy czytaniu – to i tak całej prawdy i tylko prawdy o sobie nie wyjawisz.

Na skróty i tak musisz iść, bo to literatura. I idziesz.

A skoro idziesz, to nie udawaj, że nie idziesz…

Przecież każdy z nas parających się literaturą tak zwaną. piękną zmuszony jest do wycinania co nudniejszych fragmentów, pozostawiając czytelnikowi tylko te smaczniejsze kąski, montując, montując, montując - o czym doskonale wiesz, jako dramaturg…

Ale równocześnie rozumiem Mrożka, że zastosował w „dziennikach” metodę „na brudno”, by nie zacierać śladów codziennej wewnętrznej mordęgi i tej czasami infantylnej szamotaniny duszy z ciałem…Więc wyszło 800 bitych stron, które trzeba „przeskakiwać”, bo wszystkiego nie da się strawić ( są tam np. całe strony po angielsku, a potem - w nawiasie – przetłumaczone na polski).

Dwa tomy. Ponad 1600 stron. Mój Boże! Toż to Proust często-gęsto przywoływany… A jeszcze ukaże się za rok trzeci tom…Słowem - dziennik długi jak życie, którego nie da się opowiedzieć i …przeczytać…

Tak sobie rozmyślam, tymczasem mama znów każe podkładać poduszki pod głowę i podźwignąć, żeby mogła usiąść, bo na prawym boku leżenie ją znudziło…


Właśnie w tym momencie, gdy spełniam życzenia mamy – pojawia się w izbie sąsiad z drugiej strony rzeki, nazywany Palamentrem, który przez całe życie myślał o jednym: o chlaniu. „Nadiełał” piątkę dzieci, ale poza tym, że je stworzył, bo było mu przyjemnie w trakcie tej milej robótki – wcale się nimi nie zajmował. Wszystko wzięły na swoje barki i głowy - żona i babcia…

A teraz dzieci wyrosły na młodzieńców i panny, a on degenerat i pasożyt jeden, mieszka w zimnym nieogrzewanym pokoju. Ma około pięćdziesiątki, czerwoną gębę, czerwony pijacki nos, głos jak dzwon, zapomogę 425 złotych (przyznaną z uwagi na padaczkę alkoholową) oraz… uśmiech szeroki na całą gębę i poczucie zadowolenia, nie wiadomo z czego (może z tego prozaicznego powodu, że wczoraj nawiedziła go Matka Boska Pieniężna)
- Babciu jeszcze wstaniecie i będziemy jeździć wózkiem po wale – woła od progu.
- Nie udawajcie, wstawajcie – rezonuje…
- A z cegóz-ześ ty bidoku taki zadowolony – mruczy mama.
- A z życia babciu, bo z czego by innego – mówi pałaszując michę bigosu, którą dostał od brata.

Opowiada, że ma w mieszkaniu lodowato (dziś na dworze mróz 30-stopniowy) tak że zamarzła mu przez noc herbata w szklance. Śpi w ubraniu, tak jak chodzi, tylko buty zdejmuje i płaszcz.

Palamenter jest jednak jak zawsze zadowolony z życia – mróz, nie mróz, szczególnie jak dostanie od mojego brata 60 groszy i jedzie po parę „fajek”, a kiedy się jeszcze jakaś butelczyna znajdzie – to co mu więcej do szczęścia potrzeba!? I dlaczego ma być niezadowolony?

Choć Mrożek w dziennikach - częściej niezadowolony niż zadowolony.

I mama – niezadowolona (trudno się dziwić).

Ja też nie całkiem zadowolony, bo wolałbym czytać pasjonujące wynurzenia „rozmrażającego się” Mrożka - w samotności. A najlepiej siedzieć sobie przy biurku - w mieszkaniu w Krakowie. Żeby mi nikt nie przeszkadzał.

…Palamenter najbardziej z wszystkich zadowolony. Nos buraczany, odarty, plamy liszajowate na gębie. Noga przypalona do łydki, bo po pijanemu włożył ją sobie do ogniska. Mimo że nie brał lekarstw - po pół roku samo się zagoiło jak na psie, choć lekarze grozili, że wywiąże się gangrena.

Palamenter zadowolony, choć żyje tylko wiatrem i dniem dzisiejszym. O jutrzejszym nie myśli..

Bratu zapali pod kotłem do centralnego, michę zupy dostanie i trochę księżycówki.

Zadowolenie z niego bije jako ta tęcza…

- Ja sobie radę dam – odgraża się tym, którzy go już spisali na straty.

- I babciu i wy też – będziecie jeszcze tańczyć na weselu wnuczki! – rezonuje wychodząc z mieszkania wraz z unoszącym się wokół niego kwaśnym odorem potu… tak że trzeba wietrzyć chwilę mieszkanie, bo – wiadomo - Palamenter nie przepada za kąpielami, do szczęścia mu to niepotrzebne…


(II odcinek fragmentów dziennika Józefa Barana Spadając patrzeć w gwiazdy, który ukaże się niebawem nakładem wydawnictwa Zysk i S-KA w Poznaniu).

Fotografia: Krzysztof Jurecki KŁOPOTY Z NATALIĄ?


„Im więcej wiem, tym mniej rozumiem”. Ten slogan powoli trafia do mojej świadomości, a dzieje się to za sprawą kolejnych prac, wystaw i tekstów poświęconych twórczości Natalii LL. Do niedawna byłem przekonany, że Jej twórczość dla mojej percepcji nie ma żadnych tajemnic. Ale w momencie, kiedy poznałem nowe prace (wystawa Kobieta o kobiecie, BWA Bielsko-Biała, 2007), czy zmienioną wersję realizacji Szuka konsumpcyjna (1972), znajdujące się w bardzo dobrych zbiorach wrocławskiej kolekcji Zachęty, zacząłem nabierać wątpliwości co do słuszności moich wcześniejszych przemyśleń.. Uświadomiłem sobie, że Sztuka konsumpcyjna to forma instalacji z talerzami, wypełnionymi czerwonym woskiem. To z kolei doprowadziło do zadania sobie pytania, jaki impuls zadziałał, że Natalia LL między Fotografią intymną (1971), która była aranżacją przestrzenną w typie environment, na pograniczu fotografii erotycznej, ale i seksualizmu oraz egocentryzmem, z wyraźnymi odwołaniami do pop-artu, ale w stylizacji a przejściem do zdecydowanie bardziej radykalną Sztuką konsumpcyjną (od 1972) i Sztuką post-konsumpcyjną? Nie za bardzo potrafię odpowiedzieć na to proste pytanie - skąd pochodzi polski feminizm?

Natalia LL wyznaczyła drogowskazy dla bardzo wielu polskich twórców, i ta fascynacja trwa do chwili obecnej wśród najmłodszego pokolenia. Przykładem może być duet hueckelserafin (Laleczki), a nawet następne generacje artystek z kręgu postfeminizmu francuskiego (Diane Ducruet).[1] Ale droga, jaką zapoczątkowała Natalia od początku lat 70. jest nie do powtórzenia, mimo, że wyznaczyła ona także kierunek dla działalności mężczyzn, np. dla takich artystów, jak Andrzej Dudek-Dürer, który rozwinął swą twórczość w innym, bardzo osobistym wymiarze egzystencjalnym o orientacji dalekowschodniej, ogłaszając się „żywą rzeźbą”, czy w jeszcze innym aspekcie Marek Gardulski koncentrujący się na wątku erotyczno/narcystycznym, ale w warstwie estetycznej neopiktorialnej. Oczywiście listę artystów, którzy postępują drogą wyznaczoną przez Natalię LL lub wprost nawiązującą do jej przesłania można poszerzać. Z pewnością na ten temat powstaną liczne krytyczne teksty.

Dlaczego droga artystyczna, jaką stworzyła Natalia LL jest nie do powtórzenia?! Artystka w wyjątkowy sposób wkroczyła na podwójne terytorium antysztuki, gdyż „sztuka ciała” była zakwestionowaniem sztuki klasycznej z pozycji neoawangardy. Wkroczyła w body-art i konceptualizm, ale ujawniała swoje duchowe zainteresowania i aspiracji pokazując jak wygląda osobista, ale i uniwersalistyczna w przesłaniu przemiana ludzkiego „bios” i rozwój psyche. W ten sposób ostatecznie powstała sztuka, która traktuje o kondycji człowieka i jego uwikłaniu w materialne ciało, które podlega nieustannemu starzeniu, czyli umieraniu. Na tym polega wielkie znaczenie jej pracy artystycznej

Jak określić feminizm Natalii LL, w którym czytelne są wątki nie tylko mitologiczne ale i ikonografii chrześcijańskiej? W tym momencie na pewno nie był to feminizm, choć punktem wyjścia mógł być body-art. To dowód na to, że może powstawać sztuka najnowsza, penetrująca najtrudniejsze tematy, takie jak Drzewo poznania czy Ukrzyżowanie.[2]

Wiele artystek próbowało podążyć za Natalią LL, bądź wraz z Natalią LL. Były to m.in. Ewa Partum w działalności z końca lat 70 (Stupid woman), później w latach 80. Irena Nawrot i Izabella Gustowska, która rozpoczęła grę z badaniem tożsamości/kobiecości. Ale żadna z tych pośpiesznie przywołanych postaci, choć interesujących i ważnych, nie weszła tak głęboko w problematykę egzystencjalną, dotyczącą pokazania przemiany ciała i ducha, czy próby ukazania np. duszy drzewa, co jest praktycznie niewykonalnym zadaniem, podobnie jak namalowanie zasad Dekalogu. W końcu lat 80. Zofia Kulik uczyniła z siebie Bognię świata, co także, choć w innym zakresie i w innej ikonografii, interesowało Natalię LL. Kulik rozszerzyła swoje penetracje twórcze o aspekt ornamentu, tworząc nieznaną wcześniej strukturę „tkaniny dywanowej”.

Z pozornie banalnego, a nawet trywialnego gestu, jakim jest rozbieranie się, uczyniła Natalia LL, podobnie jak Jerzy Bereś, rytuał. Ale jakże inne są to formuły! W przypadku tego krakowskiego rzeźbiarza i performera została ona pozbawiona aury parareligijnej, pozostały w niej jedynie odniesienia do sztuki prehistorycznej, jej początków, które, szczególnie w latach 60. i 70. były łączone z aspektami politycznymi. Niestety zdominowała one, a w konsekwencji „rozmazała” interesujący na początku wielki projekt krakowskiego artysty. Nie tak łatwo być twórcą politycznym, może w ogóle nie warto wchodzić w taką materię?. Natalia LL chce pozostawać blisko tradycji body-artu, ale z drugiej strony z programowo sprzeczną tradycją sztuki religijnej czy parareligijnej. Trudność określenia jej sztuki polega na tym, że z erotycznej przeistoczyła się w egzystencjalną, by w latach następnych pytać o fundament istnienia świata i o jego zagrożenia.

To dobrze, ze mamy kłopoty z interpretacją prac Natalii LL. Tylko w przypadku realizacji wybitnych możliwe są różne interpretacje, różne konteksty artystyczne, czyli w konsekwencji „problemy z Natalią”. Gdy ich nie ma twórczość szybko ulega zapomnieniu, okazuje się nieistotna, mało twórcza dla następnych pokoleń. A sztuka Natalii LL wpływa i inspiruje kolejne generacje, które edukują się w szkołach artystycznych nie tylko we Wrocławiu. Od początku XXI wieku widziałem wiele prac dyplomowych we Wrocławiu, czy w Łodzi, które chciały wprost nawiązywać do idei artystycznych Natalii LL.


[1] Zadziwiające jest, że Diane Ducruet wykonała kilka prawie identycznych realizacji nie znając wówczas twórczości Natalii LL, którą poznała dopiero w 2006. Może to wynikać z kobiecej psychiki i fascynacji body-artem, który zachęca do tego typu rozwiązań. Podobnie można rozpatrywać twórczość Doroty Sadovskiej (ur. 1973), młodej artystki słowackiej, która wykonuje prace oparte na manipulacji ciała kobiecego

[2] Natalia LL nigdy nie wykonała prac nawiązujących do tematu ukrzyżowania, ale to zagadnienie nie jest Jej obce. Wielokrotnie na fotografiach z lat 90., czy w pracach fotograficzno-malarskich pojawia się motyw bólu – nieokreślonego i połączonego z przywołaniem cierpiącej twarzy.


Kwartalnik Fotografia, 2007 nr 23

Recenzja: Ignacy S. Fiut GRY EGZYSTENCJALNO-POETYCKIE O SENS [o tomiku Joanny Bąk PAN TU NIE LEŻAŁ]


Wielu młodych ludzi próbuje obecnie zmierzyć się ze sztuką poezjowania, i chociaż najczęściej są to próby młodzieńcze, niekiedy bardzo ciekawe, to trudno powiedzieć jak wiele przetrwa próbę czasu i co po nich na trwałe zostanie w narodowej skarbnicy kultury. Przyczyny tego są różne, ale głównie wynikają z „urynkowienia sztuki”, ale i anatemy odwetowej rzucanej na młodych twórców przez „solidarnych bojowników ideowych”, chcących – jak za czasów PRL-u – sprowadzić twórczość do funkcji ideologicznej, czy wyznaniowej. W ostatnich dwudziestu latach zaroiło się od debiutów, ale i tzw. debiutów spóźnionych. Co z tego zostawi ślad w dziejach naszej poezji i co stanowi rzeczywistą wartość artystyczną – na to również trudno jednoznacznie odpowiedzieć. Często bowiem premiuje się autorów, którzy się dalej nie rozwijają lub twórców przypadkowych, dla których takie nagrody są ostatnimi w ich biografii artystycznej. Wydaje się, że inaczej przedstawia się sprawa w przypadku Joanny Bąk, która wydała swój drugi tomik pt. „Pan tu nie leżał”, sponsorowany przez Fundację Bielecki ART. Ta sympatyczna książeczka, bardzo starannie i estetycznie wydana, stanowi portret artystyczny autorki. Zawiera nie tylko jej wiersze, ale bardzo interesujące fotografie je autorstwa.

Poezja Joanny Bąk jest niewątpliwie typową poezją kobiecą, wpisującą się w tę jej wartościową tradycję, do której należy np. twórczość Julii Hartwig, Heleny Gordziej, Ewy Lipskiej, ale i Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, a nawet marzy się jej by dotknąć duszy poezji Zbigniewa Herberta. To co charakteryzuje jej dyskurs wierszowania wyraża się w tym, że każde przeżycie, doznana emocja, postrzeżenie świata zewnętrznego najpierw wywołuje w niej refleksje, zastanowienie się, by następnie poddać performacji tradycyjną składnię języka, w wyniku czego z lekkością uzyskuje znakomite metafory: proste, budzące niepowtarzalne wizje świata, ale i nowatorsko zakotwicza człowieka w jego byciu.

Tematyka tych wierszy właściwie sprowadza się do trzech wartości: miłości, domu, słowa, których nowych sensów autorka usilnie poszukuje ważąc tradycyjne ich znaczenia. Wchodzi poprzez nie w grę ze sobą, swoją duszą, oraz światem i jego kulturową otoczką, która narzuca jej pewien zewnętrzny przymus, wyrażający się w normach i wzorcach obcowania ludzi we współczesnym społeczeństwie. Joanna Bąk zdaje sobie sprawę z problemu własnej tożsamości i jakoś podświadomie wie, że ten wybór siebie, wręcz gra z własnym ja o tę „samość”, musi być dopełniona wzajemnością mężczyzny. W wierszu pt. „jeszcze zdążymy” dowiadujemy się, że „zanim usiądziesz na parapecie/mojej filiżanki/przemyśl mnie sobie pod włos/(…)//przemyśl mnie na przyszłość/wymyśl mnie dla siebie/jeszcze zdążymy spróchnieć/ w samotności”. Wie przecież, że miłość prowadzi do idealizacji kochanej osoby, a potem ją od niej alienuje, a więc w utworze – „mniej święta” przypomina: „(…) może się do niej nie módl/nie stworzyła światła/choć obiecywała dom//przed wizytą w pokojach/jej ciała/pomyśl że Ewa/też nie była święta”. Wie również, że miłość romantyczna w dzisiejszym świecie ogarniętym zmysłowością jest pusta i bezproduktywna, bo „z wyobraźni/dzieci nie będzie”, a to przecież one są jej namacalne owocem.

Również o domu, nie tym z cegły, drewna, czy betonu marzy autorka. Musiałby on być zbudowany z „prawdziwych ludzi”, a nie tworzyć li tylko gry w niego rekwizytami w świecie odrealnionym i pozbawiony uczuć oraz duszy. W materialnej bowiem wspólnocie zawsze w człowieku rodzi się głębokie poczucie osobności, ale i niepełności, nawet cisza i spokój mogą budować ściany pomiędzy ludźmi. Nasz obecny świat, świat miasta – to w odczuciu poetki złożony i niebezpieczny teatr skłaniający do grania ról niejednokrotnie fałszywych. Jego domem stają się rozmowy o nieobecności. To z kolej zmusza nas do gry z sobą, między sobą; gry o siebie, czyli trudny do uchwycenia sens istnienia. W znakomitym wierszu pt. „gra” czytam więc: „przegrałam casting na mrówkę/zostałam powłoka do roli człowieka/(…)//zagraj sens – podpowiadali aniołowie/no graj – wciąż krzyczą/gdy próbuję uciec/w formę embrionu//nie ma drogi powrotnej/są tylko pierwsze kroki/gra z czasem/w sens”. Sytuacja tej egzystencjalnej niepewności skierowuje poetkę ku Bogu w świecie wirtualnym, ale przekonuje się, że i On nie jest w stanie pomóc ludziom w poszukiwaniu znaczeń, bo to do natury życia należy bezgranicznie gra z sobą i światem w sens, który i tak wymyka się codzienności naszego istnienia. Poetka przyrównuje tu ludzi do ryb, które – jak wiadomo – „głosu nie mają”. Podpowiada, że można jedynie oglądać siebie w świecie z perspektywy jego skamieliny. Nie pozwala, ale i przestrzega, by oglądać ją z perspektywy apteki, czyli antidotum i leguminy na wszystkie niedogodności w świecie ciągle tracącym sens. Przypominając jednocześnie ciepło głębokie uczucie, którym darzyła ją babcia, jej miłość do męża przekraczającą granice życia i śmierci, sądzi, że – podobnie jak zima – znosi granice między światem żywych i światem umarłych, również miłość miedzy kochającymi się tymi żywymi i tymi umarłymi. Miłość rodziców do dzieci widzi jako klucz do nieustannego odradzania się owej duchowej siły sensotwórczej, budującej nasz dom z uczuć i emocjonalnych więzi w naszej codziennej egzystencji.

W końcowych partiach tomiku zamiesza krótkie, „haiku-podobne” utwory, stanowiące niejako pointę naszego znaczeniowego odnoszenia się do swojego miejsca w świecie. W tych utworach w formie skondensowanej, pisanych bez tytułu dowiadujemy się, że: „szczęśliwi ludzie/są niebezpieczni/bolą w oczy”, „najlepszą antykoncepcja/jest Internet”, „bój się bocianów/przynoszą co chcą”, a w najbardziej lakonicznym wierszu pt. „świadomość dobra” – czytamy „jestem złym człowiekiem” Modląc się w ostatnim wierszu tomiku – poetka z pokorą prosi: „pozwól mi zostawić/za sobą sens”. Może to niewiele, ale już poniekąd ten tomik może dać jej nadzieję, że naznacza swą obecnością w świecie istotnie fakt swojego, ciepłego, nadspodziewanie wrażliwego, kobiecego i w pełni sensotwórczego istnienia. Pewnie Bóg tak chce!

 
Joanna Bąk, Pan tu nie leżał; fotografie – Joanna Bąk i Andrzej Wysocki, Wydawca: Fundacja Bielecki Art., Kraków 2012, s.86.

Esej: Piotr Piętak TRZECIA ŚMIERĆ POETY


Nie wiem jak zacząć ten artykuł, nie wiem, bo każde zdanie będzie brzmiało – czego się obawiam, a co jest nieuniknione – nieprawdziwie; czy syn ma prawo pisać o ojcu, przypominać jego sylwetkę i twórcze dokonania? Przecież pachnie to z daleka rodzinnymi pretensjami pod adresem dzisiejszych dyktatorów literackich mód, których oglądam czasami w TVP Kultura i którzy sprawiają wrażenie, że literatura polska – oprócz Miłosza a i w to wątpię – jest dla nich ziemią nieznaną. Wystukawszy poprzednie zdanie na ekranie komputera wiem, że powinienem je wykreślić, ale nie wykreślę, bo chcę napisać nie o moich pretensjach, ale o prawdziwym skandalu związanym z funkcjonowaniem naszego Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Jak sama nazwa wskazuje ministerstwo to powinno upowszechniać wiedzę na temat naszej tradycji literackiej, teatralnej, muzycznej to znaczy powinno przypominać – w odpowiednim czasie – o istnieniu w naszej historii kultury twórców już zapomnianych, tak jak mój ojciec. Gdy np. mija 100 lat od śmierci czy urodzin danego pisarza czy kompozytora, to – po to zatrudnia się urzędników, po to płaci się ciężkie pieniądze za ekspertyzy – z inicjatywy ministerstwa ta data powinna być w jakiś sposób upamiętniona, nie jakąś akademią ku czci czy czymś podobnym, ale przynajmniej artykułem opublikowanym na portalu internetowym MKiDN. W 2009 roku minęła setna rocznica urodzin Stanisława Piętaka (1909 – 1964) – i ministerstwo nie zauważyło tej daty, czyli wykreśliło poetę z Dziedzictwa Narodowego. Już słyszę głosy protestu, że urzędnicy nie są od ratowania pamięci o zapomnianych twórcach, i że jeśli są zapomniani to znaczy, że byli kiepskimi pisarzami, poetami i to sami czytelnicy wykreślili ich z polskiej kultury. Otóż zgodziłbym się z taką diagnozą (ale też nie do końca), gdyby analogiczna sytuacja wydarzyła się przed upowszechnieniem się cywilizacji Internetu, czyli wtedy gdy książki były jeszcze kupowane i czytane, kiedy istniało zjawisko zwane kulturą literacką. Sieć likwiduje tradycję, sieć wykreśla całe połacie tradycji pisarskiej (o nią tu głownie chodzi), to dlatego wszyscy teoretycy mediów elektronicznych podkreślają ogromną rolę takich instytucji jak: szkoła, muzea, instytucje państwowe (ministerstwa, instytuty itd.) w zachowaniu naszej narodowej i ludzkiej tożsamości. Jakie są przyczyny tego symbolicznego uśmiercenia czołowego twórcy awangardy poetyckiej przed II wojną światową przez naszą biurokrację - bo niezależnie od moich rodzinnych pretensji, Stanisław Piętak zawsze był za takowego uważany? Otóż sądzę, że przyczyną podstawową jest chęć odcięcia się od swoich chłopskich korzeni większości mieszkańców polskich miast, którzy wstydzą się swego społecznego rodowodu i robią wszystko co możliwe, by zapomnieć o swoim wiejskim pochodzeniu. Mój ojciec był uznany przez krytykę za twórcę chłopskiego nurtu w literaturze polskiej, jego nazwisko biografia, a także po części twórczość symbolizuje to wszystko, co dzisiejsi konsumenci dóbr kultury najchętniej wrzuciliby do kosza na śmieci (co zresztą robią). Stanisław Piętak pisał o wsi. Tęsknił za wsią i w swej pozornie antyintelektualnej żywiołowej poezji był przeciwieństwem prawie wszystkich wybitnych twórców 20-lecia międzywojennego. Nie uprawiał poezji ironicznej czy społecznej, wręcz przeciwnie, opisywał uczucia elementarne: głód , choroby, ciężką pracę wiejskich dzieci. Ta poezja nie nobilituje warstwy chłopskiej, raczej przypomina brutalnie ich – czasami wręcz zwierzęce życie, ich śmierdzące gnojem rodowody, o których – jak już napisałem – chcieliby jak najszybciej zapomnieć. Ta chęć zapomnienia o własnej historii o własnym pochodzeniu, jest jednym z najważniejszych faktów dzisiejszej sytuacji kulturowej w Polsce charakteryzującej się skrajną sztucznością i wtórnością. Zapominając o naszym podstawowym kulturowym podłożu, którego objawem była m.in. poezja, S. Piętaka, synowie, córki i wnuki małorolnych chłopów zafałszowują nie tylko swoje biografie, ale także historie naszego kraju. W dzisiejszej Polsce wszyscy kogoś udają: byli arystokraci - wczorajszych intelektualistów; robotnicy - polityków; mafiosi – dobroczyńców kultury, chłopi –ziemiaństwo. Fałsz, który płynie strumieniami z ekranów telewizorów, z przeróżnych telenowel, jest tak dojmujący, tak rzucający się w oczy, że normalny człowiek czerwieni się ze wstydu, za rodaków, którzy to oglądają i w dodatku sądzą, że te obrazy odzwierciedlają – po części – rzeczywistość. Ktoś kto nienawidzi swojego pochodzenia, nie może cenić kogoś, kogo twórczość jest wyrazem wierności wobec swoich korzeni i swojej biografii. Taka jest – wg. mnie - główna przyczyna wydania wyroku śmierci na poezję mojego ojca przez urzędników MKiDN. Istnieje jednak także przyczyna kulturowo-literacka. S. Piętak i Cz. Miłosz są przedstawicielami tego samego pokolenia literackiego, ba większość krytyków i historyków literatury uważa, że obaj poeci wraz z Czechowiczem i Świrszczyńską są czołowymi twórcami tzw. drugiej awangardy. Jak wszyscy wiemy, Cz. Miłosz oprócz tego, ze był świetnym poetą i eseistą, to był także historykiem literatury polskiej, krytykiem poetyckim rozdającym laury na lewo i prawo; stworzył on pewien kanon lektury poezji polskiej szczególnie XX-wiecznej a już w szczególności awangardowej, który do dzisiaj króluje, więcej, który stał się obowiązkowym wzorcem dla wszystkich krytyków. Otóż Miłosz nie wymienia w swoich esejach i książkach ani razu nazwiska S. Piętaka, tak jakby ten poeta nie istniał, tak jakby jego wiersze były nic nie warte. Więcej - nasz laureat Nagrody Nobla omawia, i to z przejęciem, wiersze poetów uznawanych przez krytykę za poetyckich uczniów właśnie S. Piętaka i Czechowicza – myślę o H. Domińskim, a o tym pierwszym ani słowa ani wzmianki. Czyż możemy dziwić się urzędnikom MKiDN? Polską Poezją XX wieczną rządzi Miłosz – można nawet nazwać to dyktaturą – on ustawia twórców w peletonie, on wywyższa jednych i skazuje na zapomnienie innych, np. mojego ojca. Czy słusznie? Ze swego punktu widzenia - tak, ponieważ debiutancki tomik S. Piętaka pt. „Alfabet oczu” (wydanie – 1934 r.), jest całkowitym zaprzeczeniem tego wszystkiego, co w poezji ceni przyszły noblista. Wiersze z „Alfabetu oczu” szokują wybujałą metaforycznością, zerwaniem z wszystkimi obowiązującymi kanonami poezji, więcej - są apoteozą bezkształtu, mają ambicję odzwierciedlenia strumienia nieuformowanych wrażeń przewijających się przed oczyma chorego wiejskiego chłopca. To jest wulkan; być może w tym tomiku zawarte jest mityczne bogactwo kultury chłopskiej, których nie dało się odkryć i przekazać kulturze narodowej z przyczyn o których wcześniej pisałem. „Alfabet oczu” jest poetyckim manifestem warstwy chłopskiej, jest manifestem drażniącym, te wiersze szokują i denerwują. Wyrok krytyków, przede wszystkim tych, którzy wielbią Cz. Miłosza i których on sam podziwia i stawia im w książkach pomniki, jest jednoznaczny: to nie jest poezja, ten potok nieuformowanych wrażeń, ta szczerość, wręcz obnażanie się są niegodne prawdziwego twórcy! Bolesław Miciński, wybitny młody filozof, przyjaciel Miłosza, pisze wręcz, że S. Piętak powinien spalić cały nakład „Alfabetu oczu” i przestać pisać. Ostro. S. Napierski łagodniej, ale w gruncie rzeczy wyrok jest taki sam: to nie poezja, to nie wiersze, może jakaś zapowiedź. Stara zakorzeniona w kulturze inteligencja uśmierca tę poezję, a poetę symbolicznie rozstrzeliwuje. Czy ich oceny są miarodajne? Jeżeli tak, to dlaczego jednocześnie wielu krytyków stwierdza, że mamy do czynienia z „nieprawdopodobnym talentem”? Rozpatrzmy sprawę na chłodno. Poezją jest to, co czytelnik po przeczytaniu wiersza zapamiętuje. Poetą jest ten, kto uruchamia naszą pamięć i naszą wyobraźnię. Gdy otwieramy „Alfabet oczu” i czytamy pierwsze z brzegu wersy:

Pytacie - kto jestem
na imię nie wiem jak mi jest

lub

nie z tego świata jest żałość roztęsknionych psów

lub

Witaj mi wpływająca w mój wiersz wonią wiatru i ziół
nizinna nieśmiertelna ziemio

to widzimy, że oceny naszych intelektualistów są funta kłaków warte, że w tych wersach odkrywamy prawdziwą poezję nawiązującą jednocześnie do Whitmana i Mickiewicza. Poezję dziką i zarazem zakorzenioną w literackiej tradycji. Dlaczego mielibyśmy te wiersze palić i unicestwiać? Dlaczego mielibyśmy skazywać na zapomnienie twórcę, który los człowieka XX wieku opisze pascalowską metaforą: człowiek czyli – „gałązka trzęsących się na wietrze snów”. Piękne i prawdziwe - a czyż jednoczesne odkrycie piękna i prawdy nie jest kolejną manifestacją zakorzenienia w europejskiej sztuce i kulturze? Idźmy jednak dalej – „Alfabet oczu” jest opisem życia losów gromady wiejskiej – przy użyciu różnych środków poetyckich – w czasach I wojny światowej, odzyskania przez Polskę niepodległości, wojny bolszewickiej, czasach moru, głodu i zarazy. Jak w jego wierszach odzwierciedla się ta okrutna rzeczywistość, w jakim stopniu poezja ta spełnia główne kryterium sztuki – stosowane np. przez Cz. Miłosza – prawdy o czasach, które opisuje? Poniżej zacytuje dwa fragmenty krótkich poematów. Pierwszy to „Dzień z igieł”, drugi jest zatytułowany po prostu „Głód”

Trzy godziny patrzyłem w ziemie koło studni.
Rozsypało się, nasypało zachwytu, liliowych chmur
i trzmieli,
że zadudnił w jelitach bunt glist.
Czarne ulice, szatani, czarne psy –
Od czekania – w uszach – słona krew
Matko i dzisiaj nie przyszedł do nas list!



Gdy pęka sufit,
Czerwonymi pąkami serc drzewo grzmi
Kamienice, tunele gwiazd, rudawe konie –
Zasłaniasz oczy – starzec nogami tratuje ogień.
Znów konie zębami za włosy unoszą dziewczyny.
Wołasz – leci w najwyższej ciemni czarny ptak,
Nadzy młodzieńcy z krzykiem tańczą
zanurzeni po kolana we krwi.

Pierwszy wiersz to w gruncie rzeczy poetycki reportaż, drugi to zapis głodowych majaków chłopskiego dziecka umierającego na przyzbie z głodu. Są to wiersze wstrząsające i prawdziwe, są to wiersze odzwierciedlające realne życie wsi polskiej w czasach I wojny światowej. Tak dotykalnych wizji głodu w polskiej poezji XX wieku nie ma. Te wiersze – jeszcze dzisiaj – porażają prawdą przeżycia i brutalnym pięknem opisu. Są na tle poezji XX- lecia międzywojennego czymś wyjątkowym i samoistnym. Dlaczego Miłosz i jego przyjaciele nie chcieli tego dostrzec? Dlaczego nasz noblista zachwycał się komunistycznymi reportażami z życia biedoty wiejskiej, przeładowanymi wulgarną sowiecką ideologią drukowanymi w „Miesięczniku Literackim”, a nie dostrzegał szczytów poezji polskiej swego pokolenia, które osiągał jego kolega w opisach głodu? Dlatego, że „Dzień z igieł”, „Głód” i inne wiersze z „Alfabetu oczu” są pamiętnikiem dziecka polskiej wsi, który ani razu nie odwołuje się do ideologicznych „niuansów” socjalistycznej filozofii. Głód jest głodem a nie rezultatem kapitalistycznej gospodarki czy konfliktów między imperialistycznymi potęgami. Głód upodabnia ludzi do ich wiejskich współbraci, krów przeżuwających trawy i kwiaty, koni szczypiących koniczynę. Ta zwierzęco-ludzka solidarność w głodzie jest w przejmujący sposób opisana przez poetę. „Alfabet oczu” jest skrajnie naturalistycznym, wręcz biologicznym opisem życia chłopów, jest pijaną od głodu piosenką śpiewaną przez chore dziecko przerażone wojną i cywilizacją. W tym poetyckim tomiku wszystko jest zadziwiające, oto dziecko polskiej wsi używając najbardziej wyrafinowanych awangardowych metod poetyckich ośmiela się zanegować ideał sztuki polegającej na szlifowaniu formy, na przerabianiu bezkształtu w kształt. To nie harmonia i forma jest poezją – zdaje się mówić poeta – lecz pierwotne uczucie zachwytu i przerażenia nieobleczone jeszcze w poetyckie konwenanse jest autentyczną sztuką. Tego było za wiele. To była bezczelność, to była szaleńcza odwaga kulturowa, którą należało uśmiercić, zniszczyć i ci, którzy wyrok wykonali – Miciński, Miłosz, Napierski – wygrali. Poeta, bard ruchu, biegu dzikości, głodu i nędzy, przestraszył się swojej odwagi; następne tomiki po „Alfabecie oczu” są jego bladym cieniem. Poeta popełnia poetyckie samobójstwo, dokonuje symbolicznej kulturowej autodestrukcji by zostać zaaprobowanym przez szlachecko-inteligencką sztukę. A ponieważ miał talent to te blade grzeczne wierszyki z „Obłoków wiosennych” (wydanie – 1938 r.) przyjęte zostają chórem zachwytu. Karzemy cię za twoja oryginalność, nagradzamy za umiejętność imitacji. Historia „Alfabetu oczu” jest paradygmatem relacji społecznych między warstwą chłopska i warstwą szlachecko-inteligencką, która w Polsce sprawuje rząd dusz od stuleci. Władca – Bolesław Miciński – pisze, że tomik należy zniszczyć – i jego kulturowy poddany, bez słowa sprzeciwu rozkaz wykonuje. S. Piętak zniszczył bowiem w 1935 r. resztki nakładu tomiku, ba według relacji jego przyjaciół, do końca życia, szukał po bibliotekach i u znajomych tego tomiku, pożyczał go pod byle pretekstem a następnie wyrzucał go do śmietnika. Wiersze z „Alfabetu oczu” były wznawiane, ale poprawione - a poprawki były przez poetę wykonane zgodnie z zaleceniami B. Micińskiego. Oto wzór kulturowego niewolnika, który na rozkaz pana unicestwia w sobie to, co ma najcenniejsze. Podobno w Rzymie piękne niewolnice, by przypodobać się swojej pani oszpecały sobie twarze i piersi. „Alfabet oczu” drażni krytyków (i czytelników) spiętrzeniem metafor, których użycie nie ma żadnego poetyckiego uzasadnienia – tego typu opinia upowszechniła się po opublikowaniu tomiku w 1934 r. Czy słusznie? Zacytujmy jedną z nich:

Wiatr drzwiami jak sadzą jeżył ciszę kwiatom
uchylający horyzont,
a gdy samotniej zakwilił drutami elektryczny prąd,
jedwabna gałąź snu sfrunęła ku uszom jak błękitne
tchnienie.

Rzeczywiście szokujące. Zadajmy jednak pytanie, co jaką prawdę próbował tym zgęszczeniem skojarzeń i przerzutni poetyckich wyrazić poeta. Najwnikliwszy krytyk poezji autora „Alfabetu oczu” Wiesław Paweł Szymański analizując motywy najczęściej występujące w wierszach, takie jak „mózg”, „oczy” czy „krew” czy „sen” dochodzi do wniosku, że ukazują one rozbitą – jak stłuczone lustro – psychikę człowieka, którego zmysły funkcjonują niezależnie od siebie. Jest znamienne, że mimo iż motyw „mózgu”, jak i motyw „oczu” występują wielokrotnie w tych samych utworach, to prawie nigdy nie znajdują połączenia we wspólnym obrazie poetyckim. „Oczy” i „mózg” są niezależne od siebie. Krytyk pyta: czyżby człowiek współczesny poddany presji przemysłowej cywilizacji był tylko zlepkiem niezależnych od siebie organów, chorych, bo atakowanych przez bodźce, nie wytrzymujących presji doznań rzeczywistości zewnętrznej? Czy człowiek nie staje się powoli konstrukcją nie powiązanych wzajemnie atomów? Poeta opisuje anihilacje psychiki współczesnego obywatela cywilizacji przemysłowej – psychiki niezdolnej powiedzieć o sobie „ja”, bo indywidualne istnienie roztapia się w masie zdezintegrowanych wrażeń. „Alfabet oczu” rejestruje tą nową sytuacje człowieka. Na koniec kilka słów wyjaśnienia: nie mam rzecz jasna pretensji do urzędników MKiDN, jednak uważam, że poezja XX-lecia międzywojennego byłaby uboższa bez wierszy zawartych w „Alfabecie oczu”; być może warto by w przyszłym roku – 50-lecia śmierci poety - wznowić w niewielkim nakładzie ten zadziwiający tomik poetycki, który wzbudził tyle kontrowersji.

Stanisław Piętak ALFABET OCZU




Dzień z igieł

Trzy godziny patrzyłem w ziemię koło studni.
Rozsypało się, nasypało zachwytu, liliowych chmur
i trzmieli,
że zadudnił w jelitach bunt glist.
Czarne ulice, szatani, czarne psy –
Od czekania – w uszach – słona krew
Matko i dzisiaj nie przyszedł do nas list!

Z białego puchu na niebie faramuszki.
Że nie można wyssać mleka z chmur,
Zakrwawiły ssie oczy od żegnania błękitu.

Gdym szedł szukając, co by zjeść
Na bagnie lśniły się kwiaty – złotoczerwone
kwiatuszki.

Żeby tak móc je w skibki chleba zmienić
Uciszyłby się może w mózgu rozszlochany oczu sznur.

Siostra pokaleczyła spojrzeniami zachód.
Sina obrączka ust
Zaklinała,
Aż wstydziło się słońce usiąść na jej głodnych rękach.
Cóż, że brat odszedł
by w poduszkę wypłakać swój bunt?

Nadarłem kwiecia na akacjach,
nazbierałem po miedzach szczawiu chyba z funt.
Kłuło mnie w oczach
- czarne ulice, szatani, czarne psy –
Nikt mi nie wyjął spod drżących pach płomienia udręki.

Przy studni wytrzymać trudno.
Na chwilę odrzucić oczy i krwawiącymi widzeniami
mózg –
co za rozkosz, gdyby…

O matko, to przecie czwarta już!
Czemu nie wracasz?
Twój synek jest chory.

Czy to płacz - a może siostra przeleciała mówiąc:
do widzenia braciszku,
rzeka jest tam - w rzece można się utopić.
Wstałem. W uszach szum, pożar słów nabitymi igłami.
Cóż mogłem uczynić?
Odrzuciwszy z włosów blask złotych motyli,
rozszarpałem z odrazy zębami uśmiechnięty błękit,

Przed oczyma zakręt białych drzew.
Ścieżyna paliła bose nogi ostro.
Siostra i brat odbili ziemię piętami jeszcze raz
I odbiegli ode mnie daleko.
Gdy szum w oczach obalił mnie z nóg,
krew zapłakała cichutko u wylotu pulsów.
Czarne ulice, szatani, czarne psy –
Ku gardłu wyroił się wianek glist.
Było mi żal oczu.

Jeśli nie ty wyjąłeś spod żeber noże,
To pewnie on, co tak długo każe czekać na swój list.

Runęło mi przez usta zgniłej gorczycy strumieniem:
Robactwo, szczaw i strąki akacji pomieszane ze śliną.
W płucach od goryczy nudno.
To serce cichutko się trzepoce – taki liść.
Całowałem potem ziemię,
tylko nie mogłem się podnieść,
aby do ciebie iść.

Szłaś ku mnie liliowa, spłynięta oczami w uśmiech,
Niosłaś dla mnie na plecach chleb i mleko.
Cóż ci mam rzec, matusiu?
Twój synek jest bardzo chory
Może to śmierć w białym szumie…

Nie żałuj.
Ojciec nasz jest niedaleko.
Powiedział mi o tym mój przyjaciel z chmur.



Głód

Zakrzepła krew na ścianie w ust smugi –
Wieniec pająków nad czołem, wieniec pająków niżej.
Twoja twarz – blady kwiat cierniowej róży.
Od stołu ku drzwiom –czarne ścieżyny –
Pająki, motyle, warkocz pijawek długi.

Gdy pęka sufit,
Czerwonymi pąkami serc drzewo grzmi
Kamienice, tunele gwiazd, rudawe konie –
Zasłaniasz oczy – starzec nogami tratuje ogień.
Znów konie zębami za włosy unoszą dziewczyny.
Wołasz – leci w najwyższej ciemni czarny ptak,
Nadzy młodzieńcy z krzykiem tańczą
zanurzeni po kolana we krwi.

Za oknami chodzi obłąkany Jan, może to kruk.
Po podłodze liżesz wargami sosnowych desek woń –
ołtarze , wyrastają na nich aniołowie,
w otchłań płyną.

Szepcesz:
Nie moja Panie wina,
nie mogę spożyć pijawek ni glist.
Mateczko, tyle u nas kwiecia – i lip,
ratuj zbłąkanego syna.

Czemu całujesz swoje ręce
I w kąt się wtulasz ze strzępem białej chustki?
Nie będzie końca twojej męce –
nad głową w suficie dzwonki,
matkę na srebrzystych skrzydłach
unoszą cherubini.

To chwila.
Wołasz:
Tyle u nas kwiecia i lip!
Nie moja Panie wina…

Za oknem obłąkany Jan wstaje,
twarz przesuwa do szyb.
Tłumy krwawych pająków, pijawki płyną –
ogniste dziewczyny.

W mur nie zatopisz oczu,
Ciekną smugi krwi, krew jest sypka,
Lecz głodu nie utuli.

Otchłań pęka jak grzmot,
Wypływają złote i błękitne strugi.
- Tyle kwiecia i lip…
Ciszej, ciszej malutki…

Nad zemdlonym z lilij i cegły świt.

Felieton: Igor Wieczorek SYNDROM WĘŻA


Zgodnie z chińskim kalendarzem rok 2013 jest Rokiem Czarnego Wodnego Węża. Mądrzy Chińczycy twierdzą, że Czarny Wodny Wąż jest bardziej łaskawy dla osób rozsądnych i oszczędnych niż dla osób uczuciowych i rozrzutnych. Tę zadziwiającą zgodność Czarnego Wodnego Węża z duchem konfucjanizmu, któremu wężowa mądrość nigdy nie była potrzebna, można próbować wyjaśniać na wiele różnych sposobów, ale właściwie po co?

Ten, kto ma węża w kieszeni, nie oczekuje wyjaśnień, bo nadprzyrodzona moc i mocny, choć świecki, duch mają go w swojej opiece, a ten, kto ma pustą kieszeń, próbuje wypełnić ją groszem, a nie legendarnym wężem, czy mocnym, choć świeckim, duchem.

Tak oto przedziwna zgodność odmiennych autorytetów przestaje być zagadkowa w wymiarze psychologicznym, lecz nadal jest zagadkowa w wymiarze ogólnospołecznym.

Bo jak wytłumaczyć fakt, że wiele poprzednich Lat Węża przyniosło całemu światu wiele poważnych konfliktów? W 1941 r. miał miejsce atak na Pearl Harbor, w 1989 r. byliśmy świadkami upadku muru berlińskiego, rozpadu Związku Radzieckiego i masakry na placu Tiananmen, a w 2001 r. terroryści zniszczyli World Trade Center.

Chiński horoskop mówi, że źródłem owych konfliktów był odwieczny konflikt wody z ogniem. Czarny Wąż żyje w wodzie, lecz wypełniony jest ogniem, co sprawia, że jego ruchy reprezentują napięcie między wodą a ogniem, a to napięcie z kolei wywołuje konflikty społeczne.

Racjonalnie rzecz biorąc, w tym kosmogonicznym micie nie ma ani krzty prawdy o przyczynach konfliktów społecznych i trzeba go uznać za relikt zamierzchłej chińskiej przeszłości.

Problem polega na tym, że naukowa wiedza o przyczynach konfliktów społecznych jest bardzo zawodnym orężem w walce o lepsze jutro, a wielkie projekty społeczne oparte na owej wiedzy nie spełniają pokładanych w nich nadziei. Nie spełnił ich leseferyzm, marksizm, fordyzm, tayloryzm. Nie spełnia ich macluhanizm ani globarytaryzm. Trudno się oprzeć wrażeniu, że niespełnione nadzieje są nieodzownym warunkiem społecznego postępu, a wielkie projekty społeczne takim warunkiem nie są i można się bez nich obejść.

A przecież wcale tak nie jest. Niespełnione nadzieje i utopijne projekty idą ze sobą w parze, wzajemnie się konstytuują i dezabsolutyzują.

W arcyciekawej książce pt. Odwaga Utopii niemiecki filozof, Georg Picht, doszedł do wniosku, że „Utopia jest jedyną bazą, dzięki której można w ogóle projektować teorię przyszłej społeczności. Następstwem bowiem wszelkiego innego założenia jako podstawy jest brak przyszłej społeczności. Jesteśmy przeto na utopię skazani”.

I może właśnie dlatego, że jesteśmy na utopię skazani, tak bardzo się jej obawiamy, tak mało z niej rozumiemy, tak często jej nadużywamy?

Lecz czym ona właściwie jest? Nie jest zjawiskiem fizycznym ani metafizycznym. Nie należy do świata przyrody, bo nie można jej zaobserwować, ale nie jest też naszym wymysłem – chociażby z tego powodu, że jesteśmy na nią skazani. Jej niepojęta natura przywodzi mi na myśl węża, który połyka swój ogon, co może świadczyć zarówno o jego słabości i niebotycznej głupocie, jak i o wielkiej sile i transcendentalnej mądrości.

Tak jakoś dziwnie się składa, że obraz owego węża występuje w mitologiach wielu krajów, symbolizuje najczęściej ideę wiecznego powrotu i - co szczególnie ciekawe - zawsze był traktowany jako świadectwo siły i transcendentalnej mądrości., a nie jako świadectwo słabości i głupiej autodestrukcji. Podobnie rzecz ma się z utopią. Ona też zawsze powraca w jakimś nowym wcieleniu i niczym przebiegły wąż , który zrzucił swoją starą skórę, robi wrażenie młodej, pięknej i nieszkodliwej. Kusi nas obietnicą jakiejś świetlanej przyszłości, jakiegoś raju na Ziemi. I niezależnie od tego, co o tych umizgach myślimy, musimy je odwzajemniać. Bo nie ma groźniejszej utopii niż wizja świata wolnego od jakiejkolwiek utopii.

Esej: Dariusz Pawlicki GLOSY & INNE ZAPISKI,cz. II


IX.

Olga Watowa we Wszystko co najważniejsze (str. 231) wspomina, że, gdy powiadomiona przez Natalię o śmierci Konstantego I. Gałczyńskiego, zjawiła się u niej, zobaczyła stojącą na biurku poety fotografię Stalina.

O ile pamiętam, a chyba dobrze pamiętam, Kira Gałczyńska w żadnej ze swych książek poświęconych ojcu, nie wspomina o takowym portrecie. Jak i o szczególnym stosunku autora Zaczarowanej dorożki do Wielkiego Oprawcy.

Prawdę mówi ta pierwsza, a ta druga prawdę tę przemilcza? A może Olga Watowa kłamie?


X.

W Factum est Andrzeja Strumiłły, które czytam kolejny raz, i czytać będę jeszcze nie raz, taka, m. in., myśl:

„Zło i śmierć krzyku się nie boją”.

A także ta:

„(...) planując wieloletni wysiłek, powinniśmy pamiętać o tym, że do mety przyjdziemy inni, i że to zwycięstwo może nam wtedy już nie być potrzebne”.

Czytając ów dziennik, pokaźnych zresztą rozmiarów, nie mogę nie myśleć o tym, że z jego autorem rozmawiałem wielokrotnie, także przy stole, przy którym sporządził część owych zapisków. Wypiłem również wiele herbat, które On zaparzył. A mam nadzieję na kolejne rozmowy i kolejne herbaty.


XI.

Ilekroć moją lekturą jest coś o staroobrzędowcach, tylekroć powracam do cmentarzyka znajdującego się na skraju lasu, przy jednej z dróg łączących Jeziorki z Budą Ruską. Na kilkunastu brzydkich nagrobkach, brzydkich bo z lastryka, widnieją napisy w języku staro-cerkiewno-słowiańskim. A pamiętam jak kiedyś wszedłem nieco w głąb owego lasu. Ujrzałem wtedy coś, co mnie zdumiało: wiele, wiele dziesiątków wysokich, na wpół spróchniałych greckich krzyży stojących pośród gęsto rosnących sosen. Ich prostota, jak też ilość, robiła wrażenie.


XII.

W środę pomyślałem, że w dniu następnym, wieczorem zadzwonię do mego kolegi, aby zaproponować mu spotkanie. W ów czwartek o postanowieniu nie zapomniałem. I nadal chciałem je urzeczywistnić. Ale tego dnia, wczesnym przedpołudniem zadzwonił ten właśnie kolega i zaproponował... spotkanie. Chwilę po odłożeniu słuchawki pomyślałem, że to nasi aniołowie stróże, znając nasze myśli, postanowili sprawę wziąć we własne ręce. Może dlatego, że sami też... chcieli się spotkać.

Lektura O aniołach umocniła jeszcze moją niewiarę w Coś, co nazywa się przypadkiem.


XIII.

Jeszcze nie tak dawno wyrażałem pogląd, że człowiek wierzący w Boga, naprawdę wierzący, nie może źle postępować. Z tego wynikał oczywisty wniosek, że prawie wszyscy ludzie określający się mianem wierzących, są faryzeuszami, obłudnikami. Obecnie tak już jednak nie myślę. Wierzę/uwierzyłem bowiem w Boga wybaczającego.

Nie wykluczam, a nawet biorę mocno pod uwagę to, że na zmianę mojej oceny wierzących, jak i mojego podejścia do Boga, wpływ miało zdanie sobie przeze mnie sprawy z... własnych grzeszków (żeby nie powiedzieć: grzechów).


XIV.

Prawie zawsze
Okrzyczane książki czytam
Z iluśletnim opóźnieniem
Ale to wychodzi mi na dobre:
Kiedy krzyki umilkną
Więcej słychać!
Można to też wyrazić tak:
Kiedy pył opadnie
Więcej widać!

Ten wierszy jest moim uzupełnieniem poglądu wyrażonego przez cenionego przeze Williama Hazlitta. A w napisanym w 1827 r. eseju O czytaniu nowych książek, zawarł on, m. in. taką myśl:

„Nie mogę pojąć namiętności, z jaką większość ludzi czyta nowe książki. Gdyby ludzkość przeczytała to wszystko, co się już uprzednio ukazało, mógłbym zrozumieć brak ochoty do powtórnego czytania tego samego”.


XV.

Cytaty z ogłoszeń, anonsów, tytułów prasowych:

„Literatura kobieca”, „Powieść kobieca”, „Malarstwo kobiet”, „Kobieca twórczość”, „Kobiecy film”...

Nigdy nie myślałem, że sztuka, literatura, film, to znaczy, ogólnie, kultura ma płeć.

I nadal tak nie myślę.


XVI.

Na wstępie szkicu Grand Tour Bohdan Paczkowski przywołuje postać Johanna Gottfrieda Seume’a (1763-1810. A czyni to w związku z tym, że ten, na początku XIX w., przewędrował z północnego krańca Włoch do Syrakuz na Sycylii. Zajęło mu to pół roku, a każdego dnia, średnio, przemierzał 30 km.

„Wszystko, co wziął ze sobą w drogę, to kij i strój podróżny, którego nie zmienił przez trzy miesiące, i plecak z foczej skóry, a w nim tomiki Homera, Wergiliusza, Anakreonta, Tacyta, Swetoniusza, Katullusa, Propercjusza i Horacego”.

Pokłosiem tej eskapady odbytej na własnych nogach stał się Spacer do Syrakuz w 1802 r. będący wnikliwym, ale subiektywnym opisem ówczesnej włoskiej rzeczywistości oglądanej przez przybysza z Północy, a konkretnie z Niemiec.

W wykazie tego, co J. G. Seume wziął ze sobą zaintrygował mnie/zwrócił moją uwagę stosunek między ilością sztuk odzieży (można ją, w przybliżeniu, obliczyć), a ilością pozycji (choćby jednemu autorowi odpowiadał jeden utwór), jakie zawierał jego przenośny księgozbiór. Zaintrygował mnie dlatego, że jestem prawie pewien, że współczesny (z początku XXI w.) peregrynator, „spacerując” na tej samej trasie, kosztem książek zwiększyłby niepomiernie swą garderobę, szczególnie wzbogaciłby jednak bieliznę. I w tym wyraziłaby się, to fakt, że niezmiernie ogólnie, różnica między epokami, które dzieli przeszło 200 lat.

A jeśli chodzi o metodę poznawania jakiegoś kraju, to myślę, że powinno to się odbywać właśnie na własnych nogach, z prędkością 20—30 km na dzień. Natomiast w przypadku zaznajamiania się, odkrywania (dla siebie) jakiegoś regionu, krainy owego kraju, w grę wchodzi nie więcej niż 10 km. W naszych pędzących (dokąd? i po co?) czasach spowolnienie jest wskazane; spowolnienie, nie wyhamowanie!


XVII.

Thomas Merton w Zapiskach współwinnego widza odnotował, m. in., taki pogląd:

„Z nadejściem oświecenia i rewolucji przemysłowej zalęgło się w ludziach niewątpliwe przekonanie, iż »lepszy świat« jest tuż, tuż, i że to tylko obskurantyzm wiary przez długie stulecia stał na przeszkodzie opóźniając jego instalację. Teraz nowa, agresywna, świecka wiara w postęp zawładnęła umysłami”.