LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA
______________________________________________________________________

Recenzja: Wioletta Sobieraj ALEJA RÓŻ

Autor: Witold Egerth


„Aleja Róż” to druga, po „Latawcach”, powieść obyczajowa Wioletty Sobieraj. W obu autorka daje się również poznać jako satyryczka i kontestatorka polskiej wszędobylskiej, unurzanej w hipokryzji pozorności. A że pióro ma lekkie i ostre niczym chirurgiczny skalpel, trudno wobec jej książek przejść obojętnie – tym bardziej, że dokonywana przez nią wiwisekcja społeczeństwa jest obrazem pociągającym, chociaż niemiłym, szczególnie dla poprawnych i ugrzecznionych czytelników, czerpiących swoją wiedzę z mediów.

Na okładce wydawca umieścił opinię Jana Siwmira, gdzie czytamy: „Fabułę tworzą doskonałe dialogi, sugestywnie zarysowane postacie i przede wszystkim narracja, w której nie brak wnikliwych refleksji i ironicznego dystansu do rzeczywistości”. Ja ze swej strony dodałbym jeszcze, że autorka nie stroni od opisu, dzięki któremu odtwarza bezbłędnie miejsca wydarzeń, ich wygląd, ale przede wszystkim klimat. I nie chodzi tu o jakąś nadmierną szczegółowość, co byłoby w odbiorze nieznośne, ale o kilka celnych sformułowań, które przywołują przed oczy czytelnika niemalże dotykalny obraz opisywanego wycinka rzeczywistości.

Jednak to, co najbardziej mnie urzekło w tej książce, to jej konstrukcja. Być może ten element spowodował, że Jan Siwmir określił Aleję Róż jako „współczesną miejską balladę z charakterystyczną dla tego gatunku dawką niesamowitości, poczuciem humoru, miejscami liryczną nastrojowością i swoiście pojmowaną sprawiedliwością”. Rzeczywiście, jednym z bohaterów, obok tytułowej „alei” oraz kobiet przynależących do różnych światów, uczyniła Sobieraj ulicznego żula. To jego postać, chociaż nie najważniejsza, otwiera i zamyka tę opowieść. Razem z nim odchodzi w przeszłość ulica Różana, z którą jego los jest nierozerwalnie związany. Heniek – bo tak ów bohater ma na imię – stanowi żywą legendę tego miejsca. To pociągający i jednocześnie odrażający typ (nota bene klasyczny, rzekłbym, obiekt uwielbienia wielu pisarzy starszego i młodszego pokolenia, bo taki wolny, taki paraintelektualny, metafizyczny i fizyczny – dwa albo i więcej w jednym), który, jeśli chce, potrafi robić dobre wrażenie. W „Alei Róż” poznajemy go również w roli męża i ojca – i tu urok pryska. Sobieraj bezlitośnie się z nim rozprawia, pozwalając mu jednocześnie odegrać swoją ostatnią „wielką” rolę – niemal perwersyjnego w swej potulności kochanka, a wszystko w oparach tajemnicy i potencjalnego obyczajowego skandalu.

Na ulicy Różanej, która z czasem dostępuje nobilitacji, stając się Aleją Róż, spotyka się nowe ze starym, nowi bogaci mieszkańcy wypierają z czynszowych kamienic biednych lokatorów i właśnie na styku tych dwóch światów rozgrywa się akcja powieści. Każdy z nich realizuje potrzebę mitologizacji własnej przestrzeni – ta skłonność raczej łączy je, niż dzieli. I tak poznajemy legendę związaną z miejscową kapliczką, w którą wpisuje się historia Justyny – nowej mieszkanki, córki byłego partyjnego prominenta, przeżywającej życiowy kryzys z powodu braku autentycznych mocnych doznań. Justyna wraz ze swoimi koleżankami prowadzą swoistą grę towarzyską, żeby zapewnić sobie dobrą zabawę kosztem kogoś spośród własnego grona przyjaciół(?), cyniczne wykorzystując słabości „ofiary”. I kiedy się wydaje, że autorka niczym już nie może zaskoczyć czytelnika, okazuje się, że jesteśmy w błędzie. Dużo w tej książce niespodzianek, a wszystko jakby podporządkowane przewrotnej tezie – kiedy sądzimy, że świat przedstawiony nie kryje przed nami już żadnych tajemnic, możemy być pewni, że wiemy o nim tyle, co nic. Tym bardziej to zaskakujące, że z całą pewnością „Aleja Róż” nie jest ani tak – podobno poszukiwanym na naszym rynku – kryminałem, ani żadną sensacją, tylko zaangażowaną społecznie książką obyczajową, ale o tym ostatecznie można się przekonać, czytając ją do końca, o tym, jak i o swoiście pojmowanej sprawiedliwości, co sugerował Jan Siwmir na okładce.

Oprócz sprawności warsztatowej, zarówno pod względem konstrukcyjnym jak i językowym, kolejnym atutem tej powieści jest duża wrażliwość autorki na problemy społeczne. Sobieraj z jednej strony potrafi z łatwością poddać swoich bohaterów satyrycznej deformacji i bezlitośnie ich ośmieszyć, ale z drugiej z ogromnym wyczuciem prowadzi wątek Zośki – żony Heńka, i ich córki, sięgając po takie ważne społecznie zagadnienia, jak bieda czy przemoc w rodzinie, którą łączy z wypaczonym katolickim wychowaniem, opowiadającym się za męską dominacją. Wrażliwość społeczna, umiejętność obserwacji ludzkich zachowań pozwoliły autorce uniknąć banalizacji poruszanych problemów, a niekiedy nawet autentycznie wzruszać, co w książce wypełnionej humorem (i ironią!) również może zaskakiwać. Zresztą Sobieraj lubi łączyć sprzeczności, dzięki temu powieść czyta się jednym tchem, bo nie pozostawia czasu na nudę. Znajdujemy w niej mnóstwo odniesień i komentarzy do naszej rzeczywistości, m.in. do wiary w zabobony albo dla odmiany w siłę pieniądza, pogardliwego stosunku do starości, apoteozowania „bohaterskiej” walki z komuną pokolenia stanu wojennego, do rynsztokowego języka „wybitnej” polskiej młodej literatury, toksycznego wpływu telewizji, a przede wszystkim pięlęgnowania pozorów w naszym życiu, którym dajemy pierwszeństwo przed nim samym. Apogeum kontestacji owej „pozornej” obyczajowości Sobieraj osiąga we wręcz groteskowej scenie pogrzebu, w której powaga śmierci ustępuje pola doczesnym potrzebom taniego blichtru.

Ta powieść zabiera głos w dyskusji na wiele tematów, nie o wszystkich tutaj wspomniałem, ale niewątpliwie Sobieraj starała się poddać analizie naszą polską współczesność (co z góry jest przedsięwzięciem bardzo trudnym i karkołomnym), oglądając ją z perspektywy jednej ulicy, dzięki czemu stworzyła spójny obraz, nie pozbawiony przy tym wielowymiarowości. Warto się tej książce przyjrzeć i z tego powodu, że nie została napisana na zamówienie, nie schlebia pospolitym gustom czytelników, byle tylko sprzedać jak największą liczbę egzemplarzy, w myśl zasady – im głupiej, tym lepiej. Czytelnicy zostali potraktowani przez Wiolettę Sobieraj bardzo poważnie, bo „Aleja Róż”, jak autorka sama twierdzi, to „książka adresowana do kogoś podobnego do mnie, do ludzi, którzy już niejedno przeżyli, samodzielnie myślą, są odporni na toksyczne (za to bardzo poprawne politycznie) media”. Ale z poważnego stosunku pisarki do czytelnika nie wynika wcale poważny ton tej powieści, wręcz przeciwnie, co chciałbym wyraźnie podkreślić, ta książka najpierw bawi, dopiero później przychodzą refleksje, tak jakby unosiły się nad nią słowa Gogola: „I z kogo się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie.”

Czy tak jest w istocie, każdy ma okazję przekonać się sam, pobierając darmową wersję elektroniczną (e-booka), co wbrew pozorom może zapewnić tej ważnej, inteligentnej książce znacznie dłuższy żywot niż papierowe wydanie i jednocześnie umożliwia dokonywanie na bieżąco korekty drobnych błędów technicznych, których dopatrzyłem się w wersji papierowej, a nie znalazłem ich już w wersji elektronicznej.


Wioletta Sobieraj, Aleja Róż, Editions sur Ner, Łódź, 2010.