LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA
______________________________________________________________________

Esej: Kisiel GEOGRAFIA BRATERSTWA, GEOGRAFIA CIERPIENIA


skórą obcowałem z wami, skórą, gdy była geografią, pierwszą,
braterstwa, gdy była algorytmem, pierwszym, czułości

Aleksander Wat „Oda III”

... konanie ma swoje terytoria, swoje wyżyny, swoje horyzonty.
Opisać geografię konania - jedyne, co pozostało x...-owi do zrobienia...

Aleksander Wat „Moralia”


Epizod z dziejów pewnej przyjaźni

W grudniu 1963 roku, na kilka dni przed Bożym Narodzeniem, Aleksander Wat wyrusza za Ocean. Po jedenastu godzinach lotu na wysokości jedenastu tysięcy metrów dociera o jedenastej wieczór do swej Ziemi Obiecanej - do San Francisco. Wszystko, jak zawsze u Wata, jest znaczące. Poeta we wnętrzu nowoczesnego jumbo-jeta, niczym jeden z bliskich mu starotestamentowych bohaterów - Jonasz we wnętrzu wielkiej ryby, usiłuje wymknąć się przeznaczeniu; ściga uciekający czas: słońce przed nim za horyzontem, a on w Lewiatanie nocy, o dziwo - bezpieczny, po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat, od dzieciństwa, słodko śpi.

„Długo, może zawsze, będę chciał na nowo przeżywać w pamięci ten nocny przelot. Pasażerów było niewielu, każde z nas orzystało z całej ławy. Nigdy w żadnym sleepingu (...) nie spałem tak dobrze, tak spokojnie. Od bardzo dawna nie spałem tak spokojnie, może od najwcześniejszego dzieciństwa (...) Było w tym jakieś odczucie czasu i zgoda na niego, czasu bardziej intymnego i przychylnego, pory przychylniejszej.

... zdałem sobie sprawę, że ten lot przeciw wskazówkom zegara, przeciw czasowi, te pół doby, pół obrotu ziemi zbulwersowało cały rytm organiczny i w tym trzeba chyba szukać zagadki tego odczuwania szczęścia w jetcie...” („Dziennik bez samogłosek”, s. 178-179; dalej jako „Dbs”).

Poeta od lat cierpi na chroniczne bóle. Ich źródłem jest uszkodzenie naczyń krwionośnych w ośrodku bólowym mózgu. Według lekarzy skrzep wielkości łebka od szpilki uwiera tak zwany wzgórek thalamusowy. Medycyna przeciwbólowa tamtych lat nie potrafi poradzić sobie niestety z tego rodzaju cierpieniem. Stan zdrowia Wata poprawia się niekiedy przy okazji zmiany miejsca pobytu. Korzystny jest zwłaszcza klimat łagodny i ciepły, toteż lekarz Wata, prof. Stanisław Godlewski, uważa, że wyjazd do Kalifornii będzie zbawienny dla obolałego ciała i udręczonej cierpieniem duszy poety.

Pobyt w Ameryce związany jest z przyznanym Watowi stypendium The Center for Slavic and East European Studies Uniwersytetu Kalifornijskiego. Zapraszający polskiego poetę szef kalifornijskiego Ośrodka - prof. Gregory Grossman nie wymaga żadnych konkretnych prac, jednak Wat czuje się zobowiązany do jakiegoś wysiłku, do przygotowania wykładu, spotkania, a nie potrafiąc sprostać stawianym samemu sobie wymaganiom, popada w depresję, co z kolei wzmaga chorobę bólową. Na to nakłada się nie najlepszy, jak się wkrótce okazuje, klimat. Początkowy euforyczny nastrój mija bez śladu. Wat jest przygnębiony, przecież tak wiele obiecywał sobie po wyjeździe do Ameryki.

„Klimat okazał się dla mnie najfatalniejszy. Cykl czterech pór roku w każdej dobie, ciągła bryza od oceanu, słowem, skoki temperatury i wiatr, który zawsze działa na mnie jak ogień. (...) Dawano mi co miesiąc, owszem, duże czeki, ale nagle zrobiła się dookoła pustka, o tyleż dotkliwsza, że przyjęto nas (...) bardzo gorąco. Uniwersytet płacił, ale przestał na mnie liczyć, interesować się. (...)

Sute czeki, które dostawałem regularnie, teraz już za nic, były dodatkowym cierpieniem.” („Dbs”, Kartki na wietrze, s. 293)

Nieco inaczej naświetla tę sytuację Czesław Miłosz w Przedmowie do „Mojego wieku”:

„Obraz Ameryki, z jakim Wat wylądował w Berkeley (...), nie odpowiadał rzeczywistości. Mam na myśli ten nieprzetłumaczalny na słowa koloryt życia codziennego, o którym książki nie dadzą pojęcia. Podniecenie podróży posłużyło Wata zdrowiu, bóle ustąpiły, i przez kilka tygodni chodził w euforii. Wkrótce jednak przyszło załamanie i wolno podejrzewać, że rozpętała na nowo chorobę sama obcość środowiska, w jakim się znalazł.

Ludzi dobrych spotyka się, przynajmniej dzisiaj, w Ameryce więcej niż w Europie. Jest to jednak dobroć nieco szorstka i jakby niedbała, bo w złem, i w dobrem napięcie psychicznego sczepienia sie człowieka z człowiekiem jest niskie. Jeżeli Wat, typowy środkowoeuropejski intelektualista, oczekiwał dysput, atencji dla swojej osoby, uwagi wiernych słuchaczy, to mocno się mylił. Spostrzegł, że nikt nie ma tu czasu na długie rozmowy i że każdy jest zostawiony samemu sobie. Chcesz wygłosić odczyt, wygłaszaj, twoja rzecz. Chcesz pisać, pisz, nie chcesz, nie pisz. Wszystko to robi wrażenie obojętności, zniknięcia jednostki wśród krajobrazów nie na jej miarę i w tłumie nie na jej miarę. Wrażenie to może być często mylne, ale potrafi działać dostatecznie przygnębiająco.” („Mój wiek”, Przedmowa, s. 13)

Wat, jak wielu twórców, egotyczny, potrzebował zainteresowania i delikatności ze strony otoczenia, a tego niestety nie znalazł w Berkeley. Tak w każdym razie interpretował dystans, z jakim odnosili się do niego kalifornijczycy. W notatkach z tamtego okresu narzeka na obojętność i niezrozumienie ze strony bliskich mu osób, w tym i swego przyjaciela Miłosza, któremu tak naprawdę wiele zawdzięcza. Miłosz, zdaje się, miał do Wata o tę nadwrażliwość ukryty żal, bowiem jeszcze po latach w swoim dzienniku opublikowanym w 1991 roku pod tytułem „Rok myśliwego” nie potrafił powstrzymać się od nieco złośliwych uwag:

„Moje przyjazne uczucia wobec Wata nie przeszkadzały mi widzieć jego zabawnych cech, które nawet byłem skłonny rozciągać na siebie i w ogóle na klan poetów. Egotyczny, naiwny, nieco dziecinny. Co sobie nawyobrażał! Ze studenci będą siedzieć u jego stóp i pić z jego ust słowa wiedzy o komunizmie. Że przeczyta, co napisano na ten temat, i włączy do swojego podstawowego dzieła: a tu raptem tysiące tomów, i zapadł się. Żadnych rozmów europejskiej kawiarni, podstawowy brak zainteresowań osobą, gładkość powierzchownych międzyludzkich stosunków, przy dużej zresztą, powściągliwej dobroci. Po prostu nikt nie miał tutaj na niego czasu. I muszę przyznać, że kiedy przyjechaliśmy w kilka tygodni po nim, nie zachowałem się tak, jakbym powinien, biorąc pod uwagę jego nadwrażliwość. Czy tak wyładowała się podstępnie moja uraza o jego pośpiech w leceniu na Berkeley? Może. Chciałeś sam, no to sobie radź. W każdym razie, kiedy chciał wygłosić odczyt o futuryzmie (po rosyjsku, bo po angielsku nie mówił), powiedziałem: „Nic prostszego. Wybierz datę, daj tytuł i mały konspekt tematu”. Ta szorstko-życzliwa rada, chyba dość zwyczajna, ogromnie go zabolała, bo jakże - on ma proponować i uprzedzać, o czym będzie mówić?” („Rok myśliwego”, s. 232-233)

Miłosz miał rację, posądzając Wata o zbyt wygórowane oczekiwania związane z pobytem w Kalifornii, jednak wydaje się, że istotna przyczyna drażliwości Wata leżała gdzie indziej. W napisanym w Berkeley wierszu poświęconym Miłoszowi Wat pisze:

Tu przed kominkiem apokaliptyk przyjął apoplektyka,
by odczytać mu wyrok wygnania. Słodka pycha świeciła z oczu rodziny
pracującej zespołowo, jak pilne prząśniczki,
by ułożyć na dzień następny mądrą Oeconomię Domu.

(„Poezje zebrane”, s. 382)

Co przebija przez tę pochwałę życia ułożonego, zagospodarowanego? Podziw? Zazdrość? A może lęk lub rozpacz tego, który nie posiada od lat domu? Kto wie, może i złość ukrytą ktoś dostrzeże za tym obrazem spokoju i dostatku? Bo jakże to: apokaliptyk wieszczący zagładę ma się tak dobrze, wiedzie życie sybaryty, gdy tymczasem ja - powiada Wat - tonę, wciąż tonę. Przyjaźń przyjaźnią, ale Miłosz takie miał właśnie chyba podejrzenia, bowiem w artykule, który opublikował w 1992 roku z okazji wydania „Poezji zebranych” Wata, nie omieszkał zaznaczyć:

„sądzę, że obraz mój był w oczach Wata raczej wykrzywiony. Pewnie, że byłem godzien zazdrości, bo miałem tenurę, czyli dożywotnią profesurę, w czym, jak u mnie nieraz, więcej szczęścia niż rozumu. Ale od tego dość daleko do harmonijnego osadzenia w życiu, o co zdaje się Wat mnie posądzał, niepomny na to, że niektórzy z wielkim tylko wysiłkiem nie pozwalają sobie na załamanie, i to wszystko. Zapiski Wata z pobytu w Berkeley robią na mnie wrażenie nieco maniakalnych i jestem skłonny przypuszczać, że Ważyk miał trochę racji posądzając Wata o skłonność do sądów zbyt pochopnych”. („Poeta Aleksander Wat”, "Tygodnik Powszechny" 34/1992, s. 7)

Czyżby dzieje znajomości dwóch wielkich poetów – „apokaliptyka” i „apoplektyka”, miały świadczyć o tym, że ludzi zawsze dzielić będzie niezdolność/niemożność pełnego wejścia w sytuację drugiego człowieka? Przecież Miłosz znał stan, w jakim znajdował się Wat. Miał dla chorego przyjaciela wiele serdeczności i okazywał dużą pomoc, jednak lata mijały, a urazy zamiast odchodzić w zapomnienie, stawały się poprzez publikowane teksty jakby silniejsze, bo uwiecznione słowem.

Miłosz solidaryzujący się w znanym wierszu „Campo di Fiori” z samotnie ginącymi (Żydami w warszawskim getcie, spalonym na stosie włoskim uczonym doby renesansu) nie potrafi do końca, w pełni, pochylić się nad tajemnicą cierpienia swego przyjaciela-poety i bez zawahań objąć go współczującą uwagą. Jakby to było dla niego za wiele, jakby zawierała się w tym konieczność rezygnacji z czegoś osobistego, ważniejszego. Każdy ostatecznie jest samotną wyspą - taką formułą, będącą zaprzeczeniem tytułu książki amerykańskiego trapisty Thomasa Mertona, chciałoby się zamknąć powyższe uwagi. Nawet sympatia, koleżeńskie więzi, szacunek i bezinteresowna dobroć nie są, można przypuszczać, dostatecznym warunkiem powstania wspólnoty braterskiej. A tego właśnie pragnął - braterstwa, zamknięty „w czterech ścianach swego bólu” Aleksander Wat. Wiele razy dawał temu wyraz w życiu i w poezji:

skórą obcowałem z wami, skórą, gdy była geografią, pierwszą,
braterstwa, gdy była algorytmem, pierwszym, czułości;
(...)
Skórą w smrodniach tiurem i szpitali byłem wciąż z wami,
jeszcze skórą współ-czując, współbrzmiąc, współcierpiąc z cierpieniami waszych skór

pisał w „Odach”, przypominając swe przeżycia z sowieckich więzień i szpitali. Dopiero tożsamość losu („przeżycie na własnej skórze” lub lepiej – „własną skórą”) pozwala naprawdę zrozumieć drugiego człowieka. W wielu wierszach Wata „skóra prowadzi pracę poznawczą. Skóra staje się miarą rzeczy” zauważa Wojciech Ligęza w szkicu „Homo patiens” Aleksandra Wata. Z tej perspektywy dopiero widać, dlaczego osobom bliskim poecie, w tym Miłoszowi, tak trudno było pojąć, czego właściwie pragnie złożony tajemniczą chorobą poeta. Po prostu ich empatia nie sięgała tak głęboko, jak tego oczekiwał schorowany Wat.

„Jak trudnych i wielopostaciowo skomplikowanych operacji intelektualnych i psychicznych wymagałoby zatem prawdziwe rozumienie moich cierpień, tego miewam ciągle dowody: przyjaciele, którzy od lat słyszą o moich bólach twarzy, coraz to pytają mnie o moje migreny, mimo że tyle razy prostowałem tę gruboskórną pomyłkę, wywołującą we mnie gorycz („Ja tyle znoszę, a ty stchórzyłeś przed wyobrażeniem sobie przez chwilę natury moich bólów. Niczego innego od ciebie nie chcę, tylko tego jednego znaku przyjaźni: nie litości, ale współodczuwania bodaj przez chwilę”). I jeżeli doznaję na domiar od tego przyjaciela pomocy czynnej, tym gorzej, ta pomoc poniża mnie, chociaż przyjaciel był najdalszy od takiej intencji. Bo pomoc nie została dana cierpieniu, co z miejsca ją uszlachetnia (pocałunek Aloszy), ale nieszczęsnemu ammerduer`owi, który nie umie sobie sam urządzić życia, z powodów niegodnych”. („Dbs”, s. 224)

Ten fragment „Dziennika bez samogłosek” ujawnia drugie poza chorobą źródło cierpień. Wat czuje się zlekceważony powierzchownym traktowaniem, a niesioną pomoc uznaje za poniżającą jałmużnę, gdyż według niego jest to próba „załatwienia sprawy” bez dostrzeżenia człowieka. Cytowany juz kilkakrotnie Miłosz niewątpliwie zdawał sobie sprawę z tego, jak odbierane są przez Wata jego gesty solidarności, bowiem akapit w swym dzienniku poświęcony Watowi kończy następującymi wersami z jego utworu:

Którzy trzymają mnie pod ręce, czy aromat zatrzyma ich
winnic?
Którzy prowadzą pod ręce i wzrok mają kamienny.

Po czym dodaje: „Ten wiersz Wata mnie dedykowany”. („Rok myśliwego”, s. 233).

Istnieje więc taki rodzaj dobroci, który jest pomnażaniem bólu.