LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA SPOŁECZEŃSTWO
______________________________________________________________________


NAGRODA KRYTYKI LITERACKIEJ


Celem fundatorów nagrody Krytyki Literackiej jest uhonorowanie autora dzieła literatury pięknej stanowiącego według redakcji najwybitniejsze jej osiągnięcie w ostatnich dwóch latach poprzedzających ogłoszenie nagrody.

REGULAMIN NAGRODY

1. Wyboru książek dokonują:

a) czytelnicy, przysyłając jedną propozycję i wraz z nią krótkie (od 1000 do 2000 znaków) uzasadnienie lub recenzję, wolne od błędów logicznych, językowych, ortograficznych i ewidentnych błędów interpunkcyjnych;
b) redakcja Krytyki Literackiej.

2. Do drugiego etapu przechodzi dziesięć książek: te, które otrzymały najwięcej głosów czytelników i jednocześnie zyskały uznanie redakcji.

3. Książki muszą być napisane w języku polskim i wydane w ciągu dwóch lat poprzedzających nagrodę (i tak, nagrodę w roku 2011 dostanie autor książki wydanej pomiędzy 1 stycznia 2009 i 31 grudnia 2010).

4. Lista nominowanych do nagrody książek będzie opublikowana w internetowej wersji Krytyki Literackiej i w wersji papierowej.

5. Decyzję o przyznaniu nagrody podejmuje redakcja Krytyki Literackiej.

6.Nagrodę przyznaje się co dwa lata, wiosną, począwszy od 2011 roku. Nagroda może być nieprzyznana, gdy żaden utwór nie spełni wymagań redakcji. Ogłoszenie laureata nastąpi na łamach Krytyki Literackiej.

7. Wysokość nagrody to kwota 15000 /piętnastu tysięcy/ złotych.

8. Redakcja Krytyki Literackiej ustanawia również nagrodę w wysokości 1000 /tysiąca/ złotych dla autora najlepszej recenzji/uzasadnienia.


Czekamy na propozycje książek do nagrody. Zgłoszenia, zgodne z regulaminem, proszę przysyłać na adres: w.egerth@wp.pl do końca lutego 2011.

Rozmowa: Jan Siwmir, Tomasz Sobieraj PIOSENKA O ZALEŻNOŚCIACH I UZALEŻNIENIACH



Jan Siwmir – Słyszałeś, znów coś się objawiło w Republice Kolesiów. Po raz kolejny Nike (czyt: najki) się rozkleiły i przeciekają.
Tomasz Sobieraj – Ty ciągle swoje... zawsze były jakieś układy. Weź skamandrytów, którzy świetnie ustawili się w okresie międzywojennym – związani z obozem sanacyjnym, piastowali stanowiska za granicą, wydawali swoje utwory, opanowali Wiadomości Literackie, namaszczali zgodnie ze swoimi upodobaniami. To oni przecież odrzucili Gombrowicza, Jasieńskiego, kpili z Witkacego... z drugiej strony pamiętasz Wiosnę Tuwima... nieźle się naraził dytyrambem...
Jan Siwmir – ...owszem, ale pamiętam też, jak Miłosz źle pisał o Lechoniu, podobnie Wat...
Tomasz Sobieraj – ...ale i po wojnie chłopcy umieli się zakrzątnąć. Tuwim, Słonimski, Iwaszkiewicz ponownie dobrze ustawieni, i tacy entuzjastyczni wobec nowej władzy – z wyjątkiem Słonimskiego może...
Jan Siwmir – ...no tak, ale to byli świetni pisarze, a współcześni geniusze nie radzą sobie nawet z interpunkcją. Wtedy przecież ton nadawali, oprócz skamandrytów, Żeromski, Nałkowska, Strug...
Tomasz Sobieraj – ...Boy, a po cichu nad swoją „małomówną sławą” pracowali boski Staff i boski Schulz. Pisma literackie też trzymały klasę. Cóż, inna wtedy była kultura... nawet ta awangardowa...
Jan Siwmir – ...jakby wyższa. Jednak wracając do Nike...
Tomasz Sobieraj – ...chodzi o tę fabrykę dresów? To oni dają nagrody zaprzyjaźnionym literatom? Teraz rozumiem, dlaczego niektórzy laureaci Nike prezentują poziom dresiarsko-ludowy. Mówiąc ludowy, mam na myśli żulerski, marginesowy, ponury i antyintelektualny folklor miejski, bo wiejski, radosny, zdaje się, jest na wymarciu. A zatem kto ostatnio został namaszczony i będzie sławił polską literaturę za granicami naszego grajdoła? Jak wiesz, nie mam radia i telewizora, gazet nie czytuję, więc nie wiem, o kim mówią teraz w bezkrytycznych i bojaźliwych mediach. Kto więc dołączył do grona utytułowanych i nagradzanych sępów żerujących na stypendiach za pieniądze podatnika, fundowanych przez publiczne instytucje oraz pojeździ sobie – również za pieniądze ludzi pracy – na luksusowe i płatne ekskursje po dwudziestu paru instytutach polskich rozsianych po całym świecie?
Jan Siwmir – Sto tysięcy złotych zostało zaoferowane niejakiemu Dyciowi (jak sam o sobie pisze), czyli Eugeniuszowi Tkaczyszynowi-Dyckiemu za Piosenkę o zależnościach i uzależnieniach. W większości bibliotek, niestety, jej nie uświadczysz, instytucje te bowiem kupują wyłącznie książki mające szanse na to, że choć jeden człowiek je przeczyta. W tym przypadku zaś, wiele do czytania nie ma. Wiersze sklecone na zasadzie: podaj mi parę dowolnie wybranych wyrazów, ożenię je z kilkoma przymiotnikami i spójnikami, a może coś z tego będzie. Ubożuchny ten świat, do którego autor ma ambicję nas zaprowadzić. Zgodnie ze współczesną, sztywno obowiązującą modą, rozpościera się pomiędzy wódą, spermą, moczem i kałem. A na tym torcie parę, ni przypiął, ni przyłatał, parę słów o Bogu, w charakterze zdobiącej wisienki. Bo teraz trzeba koniecznie wstawić w wiersze kilka ciepłych słów do Wszechmogącego (byle nie szargających jego świętości!), żeby mieć szansę na zauważenie, w przeciwnym razie jest się spychanym na nic nie znaczący margines. Taki koniunkturalizm...
Tomasz Sobieraj – ...ach, ten Dycki..., co to nie słyszał o interpunkcji i ciągle przychodzą do niego ludzie, których nie ma? Powtarza to i powtarza, wiersz po wierszu, żeby potem zabłysnąć stwierdzeniem, że „istotą poezji jest nie tyle zasadność co bezzasadność powtórzeń i napomknień”. Taką łatwiznę sobie wymyślił! Albo pisze o matce pijącej ocet zamiast denaturatu, przez co on moczy się do łóżka. To jest poezja według Dyckiego? Boże, ilu mamy w takim razie poetów zamkniętych w szpitalach dla psychicznie chorych! Chodzą tam wzdłuż ogrodzeń i powtarzają swoje monologi sikając w pampersy, jednocześnie tworząc poezję. I nic o tym nie wiedzą, a tu nagrody i krytycy czekają. Ale ja, mimo serdecznego współczucia dla tych ludzi i szacunku dla nich – należnemu każdej istocie, dziękuję za taką poezję. Wolę Staffa, Kawafisa, Frosta. Poetów intelektualnych, erudytów, a nie poszukujących psychoanalizy nieszczęśników, którzy nie umiejąc niczego innego, biorą się za pisanie.
Jan Siwmir – Ja też rozumiem, że można głęboko przeżyć czyjąś chorobę psychiczną czy śmierć, ale przeżycie, to jeszcze nie literatura, nie poezja, samo nie czyni z nikogo poety. Nie można żerować na uczuciach czytelników mówiąc: ja miałem trudne dzieciństwo, wobec czego proszę mi to teraz jakoś wynagrodzić. Poza tym w dzisiejszych czasach tak się jakoś stało, że w dobrym tonie jest pisać o chorobie psychicznej, a najlepiej zasugerować wszystkim, że samemu jej się uległo. Pamiętam jak na warsztatach literackich w Piszu jedna panna latała po korytarzu i chwaliła się swoją rzekomą chorobą psychiczną, pokazując wszystkim jakieś pigułki, które miały dowieść tejże choroby, a ta pośrednio miała być utożsamiana z talentem. Reaguję alergicznie na tego typu poczynania, lecz nie to jest głównym powodem zarzutów w stosunku do „poezji” Dyckiego. Bardziej irytuje mnie fakt, iż niczym nie wyróżniające się próby wierszoklectwa wskazywane są przez krytyków jako przykład czegoś doniosłego.
Tomasz Sobieraj – No, ale Nike to prywatna nagroda, więc niech sobie Agora i GW robią co chcą ze swoimi pieniędzmi. Tylko po co to robią? Jaki to ma cel? Jeszcze bardziej ośmieszyć Polskę? To by było wredne. Czy może jest to jakaś próba badania społecznej wytrzymałości, socjologiczny eksperyment z cyklu: no, w pysk im – Polakom – napluliśmy, powiedzieli, że smaczne, no to co jeszcze można zrobić, co wmówić masom „inteligentów”, zanim się ockną z letargu i zorientują, że to zgrywa, hucpa, blaga i podniosą głowy? Czytałem wiersze Tkaczyszyna-Dyckiego – to porażające nieudolnością produkty przypadkowe, pozbawione logicznej i filozoficznej analizy, utrzymane w modnej obecnie konwencji dyslektycznego bełkotu niedouków, promowanej od lat przez apologetę ponurej grafomanii Maliszewskiego Karola i jego uczniów. A zatem nowe objawienie to Dycki – kolejny wytwórca wierszy rynsztokowych, wyniesiony przez media, krytykę i niesamodzielnych umysłowo literaturoznawców do rangi narodowego wieszcza. Gombrowicz w Dzienniku pisał o polskich literatach, że są „niedorobieni, niedonoszeni, ponure twory gett polskich, obywatele polskiej zapadłej dziury”. A wtedy jeszcze nie było poezji fekalno-genitalnej! Cóż by teraz Wicio napisał!? I co, to naprawdę nie jest żart, z tym Dyckim? Przecież ten rodzaj twórczości degeneratywnej uprawiają całe rzesze, co więcej, niekiedy z ciekawszym skutkiem. Niektórzy trafiają nawet na tzw. slamy poetyckie. Czym więc się wyróżnia ten nasz najnowszy geniusz?
Jan Siwmir – W tym potoku identycznych, bełkotliwych i nic nie oferujących czytelnikowi utworów poetyckich nie dałoby się w ogóle Dyckiego zauważyć, gdyby nie to, że podczas przyznawania sobie nawzajem tytułów i pieniędzy pomiędzy kolegami, padło akurat na niego. Zrobiłem pewien sprawdzian, wybrałem mianowicie po kilka wierszy Świetlickiego, Dyckiego, Matusza, Maliszewskiego, Graczyka, Wiedemanna (więcej nie chciało mi się drukować) i zapytałem kilkanaście oczytanych osób, czy są w stanie wyodrębnić autorów. Wszyscy stwierdzili jednomyślnie – wiersze wyszły spod tej samej ręki. Można je spokojnie wrzucić do jednego wora i podpisać dowolnie wylosowanym nazwiskiem. Dokładnie w tym samym stylu pisze literacka drobnica, i to niestety w ilościach zastraszających, vide jakikolwiek numer pisma Migotania Przejaśnienia. A najciekawsze jest to, że rok temu w Kutnie miałem okazję wysłuchać prześmiewczego (rzekomo) eseju, prezentowanego przez Dyckiego, o tym jak to Konopnicka była wyszydzana przez środowisko endeckie i związane z Kościołem, które nie doceniło jej talentu, bo miała czelność pisać o kontrowersyjnych tematach. Analogię Dycki zrobił łopatologiczną. Otóż on i jemu podobni są ponoć w dzisiejszych czasach w sytuacji Konopnickiej, są niezrozumianą awangardą, ale także przyszłością polskiej literatury. Nie wiedziałem, czy śmiać się, czy płakać. To przecież tak, jakby Salieri grzmiał ex cathedra, że zalewa go disco-polo w wykonaniu Mozarta i jemu podobnych, a on, Salieri, wraz z przyjaciółmi jest tym, który wprowadzi muzykę w trudną lecz ambitną epokę.
Tomasz Sobieraj – Tak, ale Salieri był świetnym kompozytorem, o czym się zapomina, szczególnie po filmie Formana, a Mozart czasem rzeczywiście zaspokajał ówczesne najniższe gusta. Obaj jednak mieli talent, wiedzę i umieli komponować – każdy robił to inaczej, wybierał inną metodę pracy, bo każdy miał inny temperament. Pisała o tym Nadieżda Mandelsztam. Natomiast nasi wybrańcy Kaliope to raczej uliczni grajkowie, pastuszkowie, co najwyżej orkiestra weselna. A twierdzenie czy też sugestia Dyckiego, że on i jemu podobni są awangardą, to oczywisty nonsens. Awangarda to mniejszość, a „awangardowo” piszą obecnie szerokie masy, zatem taka jest konwencja epoki, a konwencja nie może być awangardą, bo to logiczna sprzeczność...
Jan Siwmir – ...i o to mi w tej analogii chodziło! Ale masz rację, porównywanie wypocin naszej „wierchuszki literackiej” z Salierim to nadużycie. Ni tu warsztatu, ni oryginalności...
Tomasz Sobieraj – ...owszem, na początku XX wieku, gdy pojawił się futuryzm, dadaizm, awangarda krakowska, Zwrotnica, były one świadectwem zerwania z tradycją, polem do artystycznych poszukiwań wywołanych impulsami współczesności. Dążono wtedy do programowości, uzasadniano teoretycznie tę blagę, jak chociażby Peiper w Nowych ustach i Tędy. Twórczość miała pozostawać w „uścisku z teraźniejszością”. Wyobrażasz sobie, że współcześni tak zwani awangardziści piszą spójne, jasne i logiczne programy teoretyczne? To by była komedia. Przecież często nawet nie mają matury, nawet giertychowskiej czy prywatnej, i jedyne co mogą, to bredzić od rzeczy i polegać na korektorach, którzy usuną ich niezliczone błędy ortograficzne. Oni są w istocie przedstawicielami literatury przydennej, łatwej, masowej i hiphopowej, w sam raz dla ćwierćinteligenta, którego potoczny i wulgarny język podnieca. Nazwiska, które wymieniłeś, to nie jest awangarda – to zanurzeni po szyję w nieudolności i banalności wierszokleci, twórcy ludowi, narcystyczni i nieświadomi swojego epigoństwa, zachłystujący się własnymi przypadkowymi wydzielinami słownymi, uznawanymi w ich kręgu za ewaporaty najtęższej myśli. Dołączył do nich Dycki. I tak jak koledzy, pewnie nie czytał Horacego, który pisał: „Nie bardzo też wiadomo, czemu kleci wiersze, czy że oszczał ojców prochy, czy nieczysty, naruszył smętne gromowisko: to jest pewne, że szalejąc jak niedźwiedź, co kraty wyłamał, gna za głupcem...”. Tak, już wtedy przyjaciel Mecenasa zauważył istnienie „awangardy”. Niemniej, twój osąd wierszy Dyckiego wydaje mi się niepełny – dla mnie są one również świadectwem, jak można swobodnie połączyć wołanie do Boga, homoseksualny stosunek oralny, wytrysk, robiącą kupę matkę, szczanie do pisuaru z lamentem nad marnymi w istocie właściwościami nalewki z pigwy, która nie czyni życia poety łatwiejszym. Ale, gdy pisał, czy chodziło mu o to, żeby czytelnik się nad nim użalał? O co, do licha, chodzi Dyckiemu? Żeby go pogłaskać? Przytulić do piersi? Jaki jest jego program artystyczny...
Jan Siwmir – ...program artystyczny Dycia streszcza się w jednym zdaniu, które urzekło cię tak samo jak mnie: „istotą poezji jest nie tyle zasadność co bezzasadność napomknień i powtórzeń”. Szukając zatem tego co dobre w tym tomiku, można powiedzieć, że program jest konsekwentnie realizowany a nawet zrealizowany do ostatniego braku kropki. Poza tym niemożność zdecydowania, którą wersją wiersza z brudnopisu uszczęśliwić świat, stawia Dyckiego w sytuacji trzyletniego dziecka nie mogącego wybrać, czy dać mamusi laurkę z nabazgranym serduszkiem, czy raczej kolorowankę z serduszkiem i strzałą. Obie rzeczy wprawdzie na poziomie kilkulatka, ale ile emocji temu wyborowi towarzyszy! A zaprzyjaźnieni z autorem krytycy zachwycają się (podobnie jak muszą to robić rodzice dziecka) powtórzeniami i pieją z zachwytu nad szczupłą (pomimo tychże powtórzeń) objętością tomiku. To, co krytykowali chociażby w twoim Domu Nadzoru, tu jawi się jako obraz geniuszu! Tak to już jest, że u przyjaciół wszystko jest arcyciekawe, a u wrogów te same rzeczy uznawane są za niedopuszczalne. Rzadko kto potrafi oddzielić sympatię do autora od jego twórczości. Czy wyobrażasz sobie, że Dycki z przyjaciółmi prowadzi takie spory, jakie my niekiedy prowadzimy w prywatnej korespondencji, brutalnie krytykując nawzajem swoje utwory po to, żeby to, co ujrzy światło dzienne, było najlepszą wersją z możliwych? Sądzę, że nie, bo obracam się w środowisku literatów i zdaję sobie sprawę, że zarzucenie któremukolwiek z nich jakiegoś błędu, jakiejś niezręczności, skutkuje jedynie stworzeniem sobie śmiertelnego wroga. Wracając do rozmiarów dzieła, czy warto w ogóle podnosić zarzut, że coś jest mizerne objętościowo, czy wręcz przeciwnie, ma kilka tomów? Moim zdaniem istotna jest jakość.
Tomasz Sobieraj – To oczywiste. Wolę jeden diament, niż kupę żwiru, nawet jeśli są w niej barwne krzemienie. Ilość nad jakość mogą przedkładać tylko głupcy, którzy nie czytają, i nigdy nawet nie widzieli szczupłych objętościowo dzieł Nietzschego, Schulza, Gombrowicza i wielu innych, dla których ważna była myśl, a nie stachanowskie współzawodnictwo, tak dzisiaj modne wśród piszących. Przypomnij sobie serię Mikropowieść wydawaną przez PIW – jakie tam były nazwiska! Dzisiejsi niedouczeni krytycy uznaliby te „książeczki” za „skromniutkie utwory”. Jednak Piosenka o... Dyckiego to przykład książeczki niepozornej pod każdym względem, literatury nieistotnej, gdzie nie uświadczysz ani jednej lotnej frazy czy głębokiej myśli, o estetycznych zachwytach nawet nie ma co marzyć. Jest w niej za to życiowy banał, społeczny margines, naturalizm – bynajmniej nie w genialnej formie, którą znamy chociażby z Les Fleurs du Mal. Zobacz jeszcze, jak z ekshibicjonizmu i bezradności Dyckiego robi się atut. Taki Morsztyn czy Kawafis poprawiali wiersze, szlifowali, cyzelowali, odkładali do szuflady i wracali do nich, nawet po latach. Robi to zresztą każdy świadomy i dojrzały poeta. Tylko infantylni, nieudolni a jednocześnie zakochani w sobie twórcy każde wydalone przez siebie słowo traktują jak Słowo, boski głos wieszcza, co prowadzi jedynie do śmieszności – patrz von Dehnel, Milewski, Zumis, Maliszewski czy inni geniusze spod znaku sekcji literackiej koła gospodyń wiejskich. Wracając do Dyckiego: sam pisze, że „machnął” wiersz – rzeczywiście, on i jemu podobni w istocie nie piszą, nie analizują, nie myślą, nie przeżywają metafizycznych niepokojów i estetycznych zachwytów – ich literackie wytwory to są machnięcia, drobne bączki, a nie dojrzała twórczość.
Jan Siwmir – U jakiegoś apologety Dyckiego znalazłem stwierdzenie, że w omawianym przez nas wierszopodobnym tomiku znajdują się wyrafinowane sceny homoerotyczne. No, stwierdziłem, jeśli tak wygląda wyrafinowanie w tym środowisku, to ja im głęboko współczuję. Ale, niestety, moja druga połowa przytoczyła jakąś zasłyszaną niedawno historię o prostytutce, która opowiadała, że dla niej najbardziej wyszukane żądanie klienta, to było bieganie po pokoju z zapaloną świecą w pupie. Toteż jakby od tej strony interpretacyjnej spojrzeć...
Tomasz Sobieraj – ...rety, i ta kapiąca na dywan stearyna! Ale mówiąc poważnie: rzeczywiście, erotyczne wyrafinowanie jest w tomiku Dyckiego równie szalone i barwne jak życie seksualne tęgoryjca. Przejdźmy jednak do konkretów – nie tylko erotycznych. Wybrałem co smaczniejsze frazy z nagrodzonego Nike cherlawego zbiorku powtórzeń, czknięć i napomknień. Cytuję stojąc na baczność, by okazać szacunek należny wielkim słowom poety: „nekrologi będą zawsze czymś więcej aniżeli współczesna poezja polska na którą nikt się nie rzuca” – słusznie; „ślimak ślimak wystaw rogi dam ci sera na pierogi albo wypierdalaj” – didi gugu dada lala jeb; „i jeszcze mu mało gdy bierze do ust” – nie jestem znawcą stosunków homoseksualnych, ale może by tak spróbować od tyłu? – „w kakałko” – jak pisał inny geniusz, Winiarski Jakub; „po bolsie pewnego razu machnąłem utwór polityczny ale mi wyszedł paw” – tylko jeden? To dobrze czy źle? Jeśli źle, to może trzeba było nie pić? Pisanie na trzeźwo ma jednak, wbrew powszechnej opinii, sporo zalet; „każdy poeta jest zbokiem pisząc wiersze z Bogiem i mimo Boga” – cóż, ja nie podzielam tego optymizmu pana Dyckiego, bowiem pisząc z Bogiem i mimo Boga czuję się poetą niezboczonym, aczkolwiek stawia mnie to poza dzisiaj obowiązującymi konwencjami; „choć na takiego co dał dupy nie wyglądam” – i znowu ten nieprzystojący nowoczesnemu poecie optymizm, panie Dycki; wiersz XLVIII opisuje za pomocą banalnej i cienkiej jak ciasto ryżowe metafory trzymanie męskiego przyrodzenia w garści, po czym pojawia się propozycja spuszczenia do ust przyjaciela, w konsekwencji jednak wytrysk następuje na sprzęty w pokoju a kończy Dycki radosnym „hej hej”; tomik zamyka wołanie do Boga „uczyń mnie uczyń poetą” – no, przynajmniej tyle rozumie nasz laureat, że poetą nie jest, chociaż podejrzewam, że to fałszywa skromność, poprawna politycznie i obliczona na zyskanie sympatii czytelnika. Nie wiadomo natomiast co z sympatią Boga, chociaż historia dowodzi, że wielu „zboków” Najwyższy obdarzył łaską talentu – Kawafis, Pessoa, Whitman, to pierwsi z brzegu. Cóż, pożyjemy, zobaczymy. Ja na razie nie jestem tak entuzjastycznie nastawiony do twórczości Dyckiego jak fundatorzy nagrody i, oczywiście, jury, ale też nie otrzymałem żadnej gratyfikacji, żeby mówić pochlebnie – bo, jak rozumiem, praca jury nie jest wolontariatem? Swoją drogą, to ciekawe, czy tym podpisującym się pod werdyktem ludziom nie jest głupio. A może oni naprawdę uważają, że Dyckiemu należy się nagroda? Trudno mi w to uwierzyć, bo podobno skończyli studia. Z dwojga złego chyba wolę wersję, że robią to z innych niż szczere przekonanie pobudek.
Jan Siwmir – W innej interpretacji to nie Boga prosi o uczynienie go poetą, ale woła: świecie uczyń mnie uczyń poetą. Świat w osobach kolegów, jak widać stanął na wysokości zadania. Czy to wystarczy Dyckiemu, żeby patrzeć bez bólu w lustro? Zapewne tak. Czy wystarczy, żeby przejść do historii? Ano, zobaczymy, bywa ona niepodatna na towarzyskie względy. Natomiast ja mam do Ciebie dwa pytania. Pierwsze brzmi: czy naprawdę sądzisz, że po krytycznej ocenie twórczości swojego kompana – jakiej dokonał chociażby Tomasz Jastrun w Przeglądzie – koledzy Dyckiego zaczną bić się publicznie w piersi, gromko wołając „tak, to prawda, wiersze ma mierne, ale daliśmy mu nagrodę, bo taki z niego fajny i nieszczęśliwy kolega”?
Tomasz Sobieraj – To się nie zdarzy. Koledzy są silni, mają poparcie ministerstwa kultury, mediów, są lojalni, i prędzej zjedzą Tomasza Jastruna, nawet dławiąc się guzikami jego marynarki, albo ponownie obrzucą mi śnieżkami okna, niż opuszczą towarzysza.
Jan Siwmir – A czy uważasz, że warto zajmować się tego rodzaju „literatami”? Czy nie szkoda na to czasu?
Tomasz Sobieraj – Mówi Pismo: „Jeśli nie my, to kto? Jeśli nie teraz, to kiedy?” – sprawa jest prosta: jeśli nasze, podatników pieniądze, idą na tych „tfurców” kultury, to musimy się tym zajmować i wskazywać ludziom, na co są przeznaczane ich podatki. Państwo, w tym ministerstwa i inne instytucje publiczne, mają służyć nam, a nie my im. Kolejna rzecz: partyzantka, jaką uprawiamy, może w dalszej perspektywie spowodować przywrócenie do literatury przynależnych jej wartości i odwrót barbarzyńców – tym bardziej, że robimy to już jakiś czas i są pierwsze jaskółki, pierwsze ważne głosy podobne do naszych – jak chociażby artykuł Leszka Bugajskiego Polska literatura jak PZPN. Wielu chętnych do tej roboty nie ma, bo potrzebna jest odwaga, a można wiele stracić.
Jan Siwmir – Chętnych nie ma, fakt. Dobrze, dajmy przykład innym, ciągnijmy tę autopsję środowiska literackiego. Poznajmy chore tkanki, zlokalizujmy zrakowaciałe guzy, wskażmy je studentom, niech się przyjrzą. Przynajmniej będziemy mieli świadomość dołożenia małej cegiełki do budowania zrębów poważnej krytyki literackiej, zbliżonej chociażby do jej najlepszych, międzywojennych wzorów. Takiej krytyki z prawdziwego zdarzenia, soczystej, konkretnej, bezwzględnej wobec artystycznej nędzy, a nie takiej, jaka obecnie króluje: wylizanej i ugrzecznionej wobec uznanych i popularnych autorów oraz piszących kolegów, głupawej i złośliwej wobec pisarzy i poetów szerzej nieznanych, wśród których najczęściej, czego dowodzi historia, znajdują się Schulze i Hölderliny.
Tomasz Sobieraj – A co z Dyckim? Do kosza?
Jan Siwmir – Do kosza.


Tekst z cyklu Dwaj Panowie S - rozmowy o literaturze i nie tylko z 2009 roku; przedruk za niezależnym kwartalnikiem społeczno-kulturalnym InterMosty, nr 1 październik-grudzień 2010.

Riposta: Jan Z. Brudnicki CZEMU PAN...


Autor: Jan Z. Brudnicki

Czemu Pan te brzydkie wyrazy wstawił do słownika? – A czemu Pani tam zaglądała?

W czasie moich studiów tę anegdotkę opowiadało się o prof. Witoldzie Doroszewskim.

Bardzo dobrze rozumiem Tomasza Sobieraja i Jana Siwmira, kiedy nie uznają dyktatu: dostał nagrodę to jest genialny, dostał Nike, to można o nim pisać tylko w superlatywach. Przecież to nagroda tylko jednego skupiska literackiego, które się wynosi do nieba, żeby inne zamilczeć na śmierć (ten termin wysłuchałem w radiu, bardzo dobrze oddaje atmosferę wykluczenia z literatury, strategii bojkotu i szantażu). Polemiści znaleźli taki właśnie – jak to się modnie mówi – projekt towarzyski i podskoczyli z uciechy. Krytyka środowiskowa bowiem orzekła, że tom Eugeniusza Tkaczyszyn-Dyckiego Piosenka o zależnościach i uzależnieniach (2009) oraz dziewięć innych tomów poezji, tom prozy, tom esejów (szkice o literaturze homoerotycznej), jego wykłady (na podobne tematy) to kategoria twórczości psycholi, to wierszoklectwo, hucpa, blaga, bełkot, wydzieliny słowne. Są zniesmaczeni niską lingwistyką (że tak powiem), niedojrzałością emocjonalną i myślową, homoerotyzmem i szmacianymi kukiełkami wypchanymi banałem.

Polemiści nie przyjmują do wiadomości, że ta twórczość została odczytana jako narracja elementarna, jako „opłakiwanie umierających”, jako afirmacja nicości. Dyckiego ogłoszono na salonach nowym trubadurem, jak niegdyś Stachura, wcześniej Norwid, Leśmian, Czechowicz – porzucających dom, zdających się na lęk samotności, wybierających psychiczną samotność, włóczęgę.

Sam poeta, pochodzący spod lubaczowskiej wsi, obarczony zmaganiem się z okrutną śmiercią chorej psychicznie matki, powiada, że jest skazany na poszukiwanie tożsamości najtrudniejszej z trudnych.

Pochodzi z polsko-ukraińskiej rodziny, w której się zdarzali i esesmani i upowcy i katowani przez nasze AK członkowie. Cóż, los? Cóż w takim wypadku historia? Pcha ku wynaturzeniu, pcha ku przeżyciu śmierci, grobów (jak to poeta mówi – jest to poezja nekrologowa). Zatem opowiadający zwrócił się ku rozliczeniu bluźnierstwa, nieczystości, złodziejstwa, uzależnienia, schizofrenii, cmentarzom, jako pamięci czasu nienawiści. Matka wiedźma, szpital psychiatryczny, koszary bez upiększeń – to tło. Filozofia rozpadu i dysharmonii – to esencja. Poezja, z którą autor zetknął się dopiero w wieku szesnastu lat – to kraina ocalenia.

A Kresy (był współzałożycielem grupy Kresy i pisma Kresy) są źródłem napoju miłości wynaturzonej i żalu, kiedy bliscy „umierają zostawiając nas samych”.

A jak to się dzieje? Naturalnie, ja bym nie komplikował tego zjawiska dziwacznymi przezwiskami, to po prostu solidny polski autentyzm. Proszę bardzo, otwieram na przykładowej stronie i czytam wiersz XLIV:

„powrót jest niemożliwy nie nie / powrót jest nazbyt skomplikowany / tym bardziej że matkę obiega / ktoś całkiem inny (śmierć ściga // się ze mną) a dookoła szpital psychiatryczny / na ulicy Kościuszki i czyjeś kroki / krzyki a dookoła jak okiem sięgnąć niewidzialna / materia izolatek dla naszych szurniętych // matek tak tak bez dwóch zdań świętych / i szurniętych trzyma się w grubych / murach a mury runą runą błękitne wieżowce / wyrosną w ich miejsce”.

No, solidny tekst. A całość układa się w kresową, ponurą balladę, co to (jak mówiono o Mickiewiczu: „ciemno wszędzie, głucho wszędzie”.

Zaraz, zaraz, a co Wy Rozmówcy cytujecie, że „ślimak, ślimak wystaw rogi dam ci sera na pierogi albo wypierdalaj”. A to jest zmyślenie, bo trzeba starszego bezzębnego krytyka, żeby mu się chciało sprawdzić i żeby odczytał prawidłowo, że na s. 30 jest „wypierniczaj”. Myślę, że za takie przekłamanie każdy sąd skazałby pamflecistów na zjedzenie swego tekstu. Czyżby anegdota – „Po co umieścił Pan w słowniku te brzydkie wyrazy?” miała wymowę zgoła inną: „Czyżby w podświadomości autorów roiło się od brzydkich wyrazów, które przysłaniają te zapisane w tekście przez poetę?”.


Przedruk za niezależnym kwartalnikiem społeczno-kulturalnym InterMosty, nr 1 październik-grudzień 2010.

Komentarz redakcji do tekstu Jana Z. Brudnickiego



Autor: Witold Egerth


Widocznie jednak brak uzębienia u krytyka wpływa na jego zdolność rozumienia tego, co czyta. Na szczęście pamfleciści wykorzystują do swojej pracy organ może nie tak efektowny jak zęby, nieco banalny i zdecydowanie już niemodny, ale za to skuteczny – mianowicie mózg.

Mózg, chociażby w szczątkowej formie, przydaje się także w pisaniu. Nie wiadomo bowiem, co ma wspólnego przytoczona przez pana Brudnickiego anegdotka o profesorze i głupiej studentce z błyskotliwą rozmową dwóch panów S – brzydkie wyrazy istnieją, powinny być w słownikach i mogą zdarzać się w literaturze; nie sądzę, żeby gorszyły one obu panów, podobnie jak z całą pewnością nie gorszy ich homoseksualizm ani nawet pederastia. Natomiast z pewnością gorszy ich uznawanie za sztukę, za największe osiągnięcie polskiej literatury wytwórczości idącej na łatwiznę, bylejakiej i fizjologicznej, wypranej z wyobraźni, wyzbytej myśli, pozbawionej językowej wynalazczości, skamlącej i ziejącej bezdenną nudą – nawet formalną. Z rozmów panów S wyraźnie widać, na czym im zależy – chcieliby, żeby Polska nie była postrzegana jedynie jako kraj flejtuchów, pijaków, złodziei i tanich dziwek, w którym za poezję uważa się nieudolny i powtarzający się jak czkawka opis zwyczajnych życiowych przypadków, a szczytem prozy jest pseudodresiarski bełkot.

Lament rozmaitych Janków Muzykantów może i powinien wzruszać, skłaniać do refleksji, ale nie powinien mieć wpływu na ocenę ich produkcji. Ani ciężkie życie, ani choroba, ani nawet preferencje seksualne nie mogą stanowić usprawiedliwienia dla grafomanii, czy szerzej – artystycznej nieudolności. Jest tylko jeden wyjątek – terapia; każda bowiem terapia jest dobra, jeśli przynosi poprawę, ale i wtedy trzeba rozważyć, czy zarządzona odgórnie afirmacja twórczości nieszczęśliwych jednostek nie okaże się inhibitorem rozwoju kultury dla bardziej wymagających. Tej kultury, która ma chronić przed zalewem barbarzyństwa.

Na zakończenie: Tomasz Sobieraj i Jan Siwmir nie popełnili przekłamania w kwestii pięknego skądinąd słowa „wypierdalaj”, o czym łatwo się przekonać sięgając do omawianego tomiku, zaś ich odczytanie wierszy pana Dyckiego jest tylko jedną z wielu możliwości, podobnie jak interpretacja twórczości poety dokonana przez doktora Marka Trojanowskiego. Natomiast powyższa, wyciskająca łzy apologia pióra pana Brudnickiego stanowi kolejny dowód słabości polskiej krytyki, o której już Stanisław Witkiewicz pisał: „Krytyka nasza okłamała opinię publiczną. Fałszywymi sądami potworzyła mnóstwu miernot sławę i stanowiska zaszczytne; w końcu zatraciwszy wszelkie poczucie prawdy, wszelką miarę sądu i zdolność odczuwania szczerych wrażeń, sprostytuowała język, tworząc w nim cudactwa, przy których nawet najdziksze potwory jezuickiego stylu zdają się mieć sens i logikę”.

Listy: Ławrynowicz do Sobieraja



Szanowny Panie,Przeczytałem pańska rozmowę z nijakim Siwmirem na temat poezji Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego. Uważam, że to gówniarstwo. Proszę mi więcej nie przysyłać żadnych zaproszeń.
Marek Ławrynowicz

Komentarz redakcji do listu




Autor: Witold Egerth


Po takim zabawnym liściku, pisanym w gniewie i z wypiekami na twarzy, aż się prosi zacytować Williama Blake'a:

Wysłuchaj zarzutów głupca, to tytuł królewski.

Albo, odnosząc się nie tylko do pana Ławrynowicza, ale ogólnie do wszystkich sympatyków nieudolności artystycznej:

Dureń widzi nie to samo drzewo, co mądry człowiek.

Ale to by było niegrzeczne, no i może za dużo trudnego Blake'a jak na jedną głowę redaktora Wyspy, więc odpowiem grzecznie i krótko:

Zaliczenie do grona gówniarzy w takim kontekście jest najwyższym zaszczytem. Bo czy nie jest honorem znaleźć się pośród innych „gówniarzy”, takich jak: Słowacki, Witkacy, Gombrowicz, Herbert a nawet Miłosz, którzy niezależnym swym głosem, odwagą, wiedzą, logiczną i merytoryczną argumentacją, postawą niezłomną wobec dziadostwa i przeciętności dali niezbite świadectwo, że właściwe gówniarstwo to w istocie niedouczeni, trwający w myślowej obstrukcji ludzie o mentalności dworskich pachołków, z którymi przyszło im walczyć i, ostatecznie, wygrać?


Recenzja: Jan Polkowski CANTUS



Autor: Marek Trojanowski, HISTORIAMOICHNIEDOLI.PL


Jako czytelnik mam określone oczekiwania w stosunku do współczesnej poezji. Kiedy sięgam po książeczkę z wierszami zaczynam w niej poszukiwać nonsensu, bełkotu czy też objawów literackiego ogłupienia. Zwykle znajduję to, czego szukam ale od czasu do czasu – czyli tak, jak to w bajkach bywa – nie znajduję nic. Popadam w takich sytuacjach w dziwną nerwowość gdyż wiem, że mam do czynienia z takim casusem, kiedy to muszę wykazać się powagą.

Cantus Jana Polkowskiego jest zbiorem tekstów, które ze wszech miar zasługują na powagę oraz uwagę. Ta publikacja, to bez wątpienia trafiona inwestycja redaktorów Wydawnictwa a5 – ale mimo, że Polkowskiemu udała się trudna sztuka pisania wierszy, to stwierdzam, że nie jest to poezja dla mnie.

Bo mi się podobają takie wiersze:

Dzisiaj wielki bal w Operze!
Sam Potężny Archikrator
Dał najwyższy protektorat
Wszelka dziwka majtki pierze

Jan Polkowski pisze inne wiersze. Pisze bardziej plastycznie – obrazowo:

(…)
Umarł diabelski wiek. Nie będzie zadośćuczynienia. Pokolenia
przesypują się przez dłonie kapłanów
nicości, przez nasiąkniętą śmiercią
klawiaturę Bacha.
Żaden alfabet nie ma w sobie dość sił by przebaczać.
Inaczej niż pięciolinie i niepodległe
nuty.
(…)

[podróż do Święcian]

Autor tomiku Cantus pisze swoje wiersze ładnie. Buduje zdania z taką samą finezją z jaką profesor matematyki zapisuje zdanie: 1 + 2 = 3. Jednak czy ktoś zna profesora matematyki, który napisał (lub napisałby) taki oto wiersz:

Przez ul. Zdobywców,
Przez Annasza, Kajfasza
Przez Siwą, przez św. Tekli
I Proroka Ezdrasza

Przez Krymską, Kociołebską
Przez Gnomów i przez Dziewic
Przez Mysią, Addis-Abebską
I Łukasza z Błażewicz

Przez Czterdziestego Kwietnia,
Przez Bulwary Misyjne –
Jadą za miasto wozy
Asenizacyjne.

Z facjatki budy drewnianej
Tłusta panna wygląda:
- Która godzina, gówniarzu?
- Piąta, kurwo, piąta…

Cantus jest zbiorem wierszy, do których – jak to mawiał mój kolega – nie można się przyjebać. Sporadycznie pojawią się tu i ówdzie perełki w stylu:

Splatają się: słone powietrze, szorstka rosa i chłodne dłonie [pragnienie]
Wiatr bezszelestnie wyrywa się z ust [***]
Strach sztywniejący od mrozu i dotknięty wstydem [powodzianie]
Ciemna, niema truskawka łopoce bezgłośnie [***]

Ale chociaż na temat „bezgłośnego łopotania” w polskiej poezji współczesnej można napisać przynajmniej 2093 doktoraty i tyle samo habilitacji, to wiersze Polkowskiego są faktycznie dobre. Oto przykład:

(…)
Budzę się z bólem serc moich dzieci
Wokół nieruchome oddechy woskowych figur podróżnych.
Blakną, majaczą na korytarzach, w przedziałach, nikną
w cieniu obok kolejowego nasypu.
Już nigdy nie wyruszymy dalej,
ani do W. ani gdziekolwiek.
Szary śnieg? piasek? przysypuje pociąg.
Ziemia przygasa, pokrywa się drżącym popiołem.
Zapamiętale, zawzięcie zapada się w sobie,
przemienia w wiatr, głuchy gwizd
drutów wysokiego napięcia, sen ciężkiego
dymu, zawodzenie zamkniętych dworców.

[mgły, ścierniska]

W tym momencie należałoby zebrać wszystkie superlatywy, którymi współczesna krytyka literacka zwykła obdarzać każde wydane dzieło poetyckie, zebrać i opatrzyć wspólnym mianownikiem: „Jan Polkowski, Cantus, wydawnictwo a5, Kraków 2009”. To pierwsza i historycznie niepowtarzalna okazja – zgodziłbym się z Maliszewskim, Winiarskim i innymi supermanami polskiej krytyki.

Ale mimo wszystko wiersze Polkowskiego mi się nie podobają (chociaż mimo czysto subiektywnego niepodobania się potrafię docenić ich obiektywną wartość jako wierszy bardzo dobrych).

Bo mi się podobają takie wiersze:

Bo patrzcie! Patrzcie, jaka sensacja!
Brawo dyrekcja! Co za atrakcja!
Gąsienicą hipopotamową,
Glistą, na miarę przedpotopową,
Na salę wpełza tłusty Jaszczur,
Czołg złotociekły, forsiasty praszczur:
Szczurząc i wsząc, i pchląc wspaniale,
Książę Karnawał wjeżdża na salę!
Tajniaki z tyłu, tajniaki na przedzie
Mlaskiem, człapem, wijąc się, jedzie,
Pełznie smoczysko – a na nim okrakiem
Goła, w pończochach, w cylinderku na bakier,
Z paznokciami purpurowymi,
Z wymionami malowanymi
Z szmaragdowym monoklem w oku
Z neonową reklamą w kroku
Skrzecząca szlagiera:
„Komu dziś dać?
Komu dziś dać?
Komu dziś dać!
Wierzga na gęstym pieniężnym potoku
Promieniejąca Kurwa Mać!

Człowiek czytający wiersze odkrywa przede wszystkim siebie samego. Poezja jest zaledwie pomostem, po którym się przechodzi na drugą stronę przepaści. Taka podróż można odbyć tylko jeden raz – pomost znika i człowiek jest skazany na dożywotnie spędzenie czasu z samym sobą. Wiersze Jana Polkowskiego to bardzo dobre wiersze, ale ten pomost, który zbudował mi autor zboru pt. Cantus zupełnie mi nie odpowiada. To dobra droga, ale nie dla mnie.


Poezja: Piotr Grobliński ULICA PRZEDWIOŚNIE



x x x

nasze życie jest obliczone
na cztery psy

pierwszy tak się składa
zdycha gdy jesteś na wakacjach
ojciec bierze na siebie
jego śmierć

drugi umiera sam
nie masz akurat czasu
by mu pomóc płaczesz
dopiero gdy go chowasz w ziemi

trzeciego długo wozisz po
weterynarzach choć wcześniej
raczej się śmiałeś z tanich
egzaltacji

z czwartym starzejecie się razem
spacerując coraz wolniej coraz
głośniej gadając do siebie
na ulicy

nasze życie jest obliczone
na cztery psy
nasze życie jest oblizane


Alien

obrazy wystawiane w galeriach
po wewnętrznej stronie skóry miasta
oglądają się bez udziału publiczności

w snach o samospełniającym się planie
przeczesywał kwartały ulic wybierał
ludzi z basenów parkingów i hipermarketów
wieczorami obcy oglądali inne panoramy
inne widzieli kosmosy i tańce z gwiazdami
inne mieli sprawy dla reportera on zaś jak Ikar
nie był z nimi ani przeciw nim
nie był też obojętny jego Tybet był wszędzie
a Chiny nigdzie współczuł miastu
zasiedlanemu niebiańskim spokojem klasy średniej
nowy archetyp zakupów siatki reklamujące nicość
wszędzie kostka i dużo kafelków

przy ogniskach rozpalonych obok latarni
mięso tańczy hip hop
neon jaskrawym światłem zachęca
do wstępowania w wody Styxu
zagraj jeszcze raz tę smutna muzykę
do naszego filmu


x x x

miło się w sobie
pobawić tkanką miejską
wstawić na weekend unijne implanty
podnieść podatki aniołom
wydłużyć czas pracy zwierząt

smutna podaż pytań
łapie równowagę z wesołym popytem
ale indeks optymizmu spada
w ujęciu rok do roku
nie jesteśmy wcale piękniejsi

serce klasy średniej
bije w nas po twarzy


x x x

podróżowanie jest tańcem przestrzeni gonitwą
ogrodów roślinnych komórek wyświetlanych
rzutnikiem słonecznej projekcji na plan miasta

wskroś lotniczych zdjęć pada śnieg na wyspy
na żwirownie na wypukłe druki
materia rozprasza się ku prawej w kosmosie
wszystko w ruchu nawet kamienie na ścieżce

ciągła zmiana perspektyw nagłe skoki pulsu
para działkowców z cieknącym wiaderkiem
spokojnie przechodzi na emeryturę czas gra
muzykę na wodzie


x x x

filmy które oglądają się same
lecą w kinach po drugiej stronie snu
dlatego musimy się pakować jutro
przesyłki wspomnień zostaną oclone na lotniskach
przez celników znikąd

spisek zawiązuje się na naszych oczach
początek z napisem fine
budzi sprzeciw jednoznacznością ocen
wartość wyrażona liczbą gwiazdek
przypomina o przesyłce zagubionej w szatni


x x x

wciągnęliśmy na maszt sztandar pogrzebu
pogrzeb ciotki to niewielkie państwo
graniczące z jednej strony z cudem
życia z pustką straty z drugiej

pozostałe przy życiu ciotki szeptały ksiądz
mówił miał pewne trudności w momencie
żegna ją syn z żonami i dziećmi
ja wybierałem jak zawsze swoją
miss pogrzebu myśląc o paniach
minionego czasu

obraz pogrzeb ciotki jest szary z żółtym
słońcem droga do kaplicy jak dym
z komina do urny
wrzucono wiele głosów przeciw

śmierć kandyduje z naszego okręgu


Wiersze pochodzą z przygotowywanego do druku zbioru Ulica Przedwiośnie.

Recenzja: Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki DZIEJE RODZIN POLSKICH


Autor: Marek Trojanowski

PROTOKÓŁ Z BADANIA
Badający: specjalista pierwszej klasy dr Marek Trojanowski

Badany: Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki

Wiek: 48 l.
Płeć: M

Plansza numer jeden.

Pytanie: Z czym się panu kojarzy ten obraz?

Odpowiedź:

przechodził anioł koło
mojej matki rzekł
ty nie jesteś chora
Stefanio i zamilkł

[V]

Pytanie: Kim mamusia jest z….?

Odpowiedź:

moja matka piękny krzew dwulicowy
jest pół Polką pół Ukrainką
raz jest miłością a raz nienawiścią
piękny krzew o dwu twarzach

[CIX]

Uwaga badającego:

Badany impulsywnie reaguje na słowo „matka”. Przerywa w połowie pytania.

Plansza numer dwa.

Pytanie: Z czym się Panu kojarzy ten obraz?

Odpowiedź:

matka myje chore bardzo chore
nogi i mówi od rzeczy

[CXIX]

Konkluzja tych badań mogłaby być taka:

Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki bardzo, ale to bardzo kochał swoją mamę. Właściwie to kochał ją tak jak nikt inny na świecie. I jeżeli mama nie miała nic przeciwko temu, to nikomu nic do tego.

Ale konkluzja będzie inna.

Wszystko zaczęło się od tego, że w jednej z księgarni internetowych kupiłem tomik Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego pt. „Dzieje rodzin polskich”. Na pięćdziesięcioczterostronicową książeczkę w kolorowej okładce wydałem prawie pięć złotych, nie wliczając w to kosztów przesyłki. W księgarni tej były też inne równie tanie a nawet i tańsze książki. Literatura fantasy, kryminały, klasyka literatury światowej – wszystko dosłownie za grosze. Ja wybrałem tomik Tkaczyszyna-Dyckiego wydany przez wydawnictwo Sic! w 2005 r.

Tomik zaczyna się dobrym tekstem i wszystko byłoby dobrze, gdyby wydawca wespół z autorem ograniczyli wybór wierszy wchodzących w skład tomu do tego i tylko tego tekstu.

Oto on:

motyl kołysze się w trawie i na swój
sposób uszczęśliwia kolorowy świat
bądź unieszczęśliwia zważywszy przecież
fakt że przyfrunął znikąd
i spoczął na liściu koniczyny
z kwiatu na kwiat ale przede wszystkim
do dziś pozostaje nieodgadniony
pośród czterolistnej koniczyny zważywszy
i to, że liczą się wyłącznie fakty

[przedmowa]

Jak widać – wiersz „Przedmowa” – to klasyczny kominkowiec w sensie brytyjskim. Nadaje się na długi wieczór, w sam raz do kominka, do butelki wódki. Na wieczór nieprzysiadalny – sam na sam z sobą i ciepłem ognia na twarzy. Nic dodać nic ująć.

Ale jak to ze statystycznym tomikiem wydawanym przez statystycznego poetę w statystycznym wydawnictwie bywa, tak i „Dzieje rodzin polskich” jest książeczką o statystycznej objętości: ok. 50. stron. Poeta musiał zapełnić strony literackim mięsem. A to oznaczało definitywny rozbrat z jakością na rzecz ilości. Ilościowo tomik Tkaczyszyna-Dyckiego jest zbliżony do statystycznego ideału pt. „Około pięćdziesiąt stron”. Jakościowo także nie odbiega od średniej z tym wyjątkiem, że o ile o jakości statystycznego tomiku statystycznego poety współczesnego wnioskować można po lekturze pierwszego tekstu, w tym przypadku drugi wiersz jest soczewką, w której ogniskuje wartość artystyczna dzieła.

Oto drugi wiersz:

w sąsiednim pokoju umiera moja matka
która mimo to zatrudnia się myśleniem o mnie
jeszcze kiedyś napiszę na czym polega
umieranie moje i jej w ciemnym pokoju dolnym
w tym samym który dawniej należał do Wandeczki
jeszcze kiedyś napomknę na czym polega
jej pobyt w Chicago na czym się to wszystko
zasadza w ciemnym pokoju
górnym skąd nam wysyła dolary tudzież paczki
i sny uszkodzone poza granicami kraju (ale to już
jest temat na osobną książkę) i zabezpieczone
w foliowym woreczku wędrują do rąk własnych.

[II]

Tym, którzy nie czytali tekstów Tkaczyszyna-Dyckiego, należy się małe wyjaśnienie. Poezja Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego to poezje o „mojej matce”, „mojej chorej matce”, „mojej umierającej” bądź „mojej umarłej matce”, która „mieszkała” lub „mieszka” w „naszym domu”.

W zbiorze wierszy z lat 1989-2003, które wydał Tkaczyszyn-Dycki w 2006 r., pt. „Poezja jako miejsce na ziemi”, kategoria „matki” pojawia się w różnych konfiguracjach ponad 80 razy. Charakterystyczne jest to, że niezależnie od okresu powstania wierszy „matka” w poezji Tkaczyszyna-Dyckiego jest niezmienna jak kostka granitowa, którą Niemcy wybrukowali główne ulice w Breslau. Korzystając z licencji poetyckiej Tkaczyszyn-Dycki cały czas uśmierca kobiecinę, spełniając od czasu do czasu jej kuriozalne życzenia:

nie to jest ważne ile przepłaciłem
ale że sandały przyniosłem od Szałańskiego
który potwierdził: „w sąsiednim pokoju
umiera twoja matka i prosi o białe trzewiki”
nie słuchając matki krzywdzi się siebie
dlatego pilnie przykładam się do jej próśb
„kup mi synku białe trzewiczki i białe
rękawiczki a potem supeł zrób mi z ust
który sam się z miłości do mnie
zawiąże i rozwiąże a ty go tylko
uprzedź w sklepie Szałańskiego
pamiętając również o sznurowadłach”

[CXCIII]

Niepotrzebny jest wróżbita ani genialny umysł, by przewidzieć o czym jest kolejny wiersz w tomiku „Dzieje rodzin polskich” oraz „Poezji jako miejscu na ziemi”. Tkaczyszyn-Dycki Eugeniusz jako poeta z wrodzoną finezja i rzeźniczą gracją będzie pastwił się nad rodzicielką:

w sąsiednim pokoju umiera moja matka
która się porusza jak pod folią nie wstając z łóżka
w jej przypadku wszystko jest folią ciężka
kołdra co się zsunęła i nie chce się podnieść

[III] Dzieje rodzin…

kiedy zaczynałem pisać wiersze wierzyłem
że to minie w przeciwieństwie do zawirowań
wokół mojej matki do zaburzeń
tymczasem ludzie wciąż nie mogli zgłębić

[CXCIV. STATKI] Poezja jako…

(dla dociekliwych: w kolejnych wierszykach także „matka umiera”. W wierszu IV czytelnik przeczyta w pierwszej strofie: „ten dom jest za wielki / dla mnie i dla mojej matki / umierającej w łóżku… W wierszu CXCV. KÓŁKO I KRZYŻYK Tkaczyszyn-Dycki napisze o „mojej matce… chorej która swój brzemienny sen trzymała / na wierzchu obnosiła się z nim dopóki nie wypłynął / z pierwszych mgieł”).

Żerując od początku swojej kariery literackiej na „mojej umierającej matce” Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki zdołał rozczulić środowisko. Zresztą nie tylko krytycy współczuli. Ale jak tu nie współczuć? Trzeba być skończonym bydlakiem, by nie współczuć człowiekowi, który niczym babcie w kółku różańcowym frazę „wybaw nas Panie” powtarza: „moja umierająca matka”, „moja umierająca matka”, „moja umierająca matka”. Historia uczy, że istnieją najróżniejsze sposoby wzbudzania empatii.

Tuż po II wojnie światowej w Niemczech była moda na telewizyjne dzieci. Śpiewający falsetem mały Aryjczyk był idealnym substytutem poległych dzieci zmobilizowanych w HJ bądź w Volkssturmie. Czy można było lepiej i skuteczniej dobrać się do portfeli z markami w okresie powojennego kryzysu?

Inny sposób na empatię to chwyt „na pedałka”. Numer ten wypala tylko w społeczeństwach konserwatywnych, tam gdzie istnieje silna więź między społeczeństwem a kościołem. Działa to w ten sposób, że artysta publikuje książkę X, następnie książkę Y. Później następuje tzw. „niekontrolowany przeciek do prasy” pt. „On jest gejem”. Wybucha zamieszanie, w którym powraca się do wydanych dzieł artysty, ale tym razem odczytuje się pod kątem domniemanego pedalstwa doszukując się motywów homoseksualnych. Na końcu wypowiada się sam zainteresowany:

– Proszę Państwa, szanowni Krytycy, szanowni czytelnicy, oto mój chłopak.

Co ciekawe, lesbijstwo nie wywołuje takiego fermentu reklamowego jak pedalstwo. Być może wynika to stąd, że niezależnie od tego, jak bardzo konserwatywne są społeczeństwa, to dominujący pierwiastek patriarchalny stosunkowo łatwiej zaakceptuje widok macających swoje cycki ładnych dziewczyn, niż liżących się po owłosionych klatkach panów.

Wracając do poezji Tkaczyszyna-Dyckiego. Jego numer z „umierającą matką” w porównaniu z innymi marketingowymi numerami, które widziała polska literatura w dwudziestym pierwszym wieku, nie jest ani oryginalny, ani nie jest nieoryginalny. Kultura zna wiele przypadków robienia kariery przy pomocy własnych matek. Począwszy od Edypa a na Edwardzie Geinie kończąc. Czy Tkaczyszyn-Dycki w swojej relacji z „umierającą matką” jest naśladowcą Edypa czy kaletnika-amatora – tego dowiedzieć się można odwiedzając piwnicę poety.


Tekst pochodzi z książki Marka Trojanowskiego Etyka i poetyka, t.III, internet 2010.

Poezja: Tomasz Sobieraj WOJNA KWIATÓW



Rano
Spoglądam w dół
Na cichy tapczan
Zapinając koszulę

Wklęsłorzeźba
Przedziwnego embriona
Pod całunem zmiętego prześcieradła
To mój obraz
W pamiętliwej substancji materaca
Śpi jeszcze
Kończy sen
O tłumie obłąkanych ślepców
Z łańcuchami
I ten drugi
O kryształowych kwiatach
Pożerających chmury nad miastem

Usiadłem obok
Boję się o niego
Jest taki delikatny

Potrzymam go za rękę

Gdy obudzi się z krzykiem
Przed ostatnią sceną
Nie będzie sam



Cham w salonie
Na cóż czekamy, zebrani na rynku?

Dziś mają tu przyjść barbarzyńcy. [...]
Barbarzyńcy, gdy przyjdą, ustanowią prawa.

K. Kawafis, Czekając na barbarzyńców

Jak zwykle po południu
Popijaliśmy w salonie herbatę
Ciotka
Podała biszkopty z konfiturami
Dziadek wyjął karafkę
I napełnił kieliszki
Nalewką na rubinach
(A może to były wiśnie)
Rozmawialiśmy o Renanie
Czytaliśmy Herberta
Lekki wiatr poruszał firanki
Z ogrodu
Dochodził zapach lawendy
Mieszał się z wonią dojrzałych śliwek
I świeżo startego cynamonu
Ze swobodną anarchią
Która przystoi jedynie bogom
I naturze

Witkacy skończył rysunek
„Słyszę kroki nadchodzącego chama”
Powiedział
„Czas podciąć sobie żyły
Zgodnie z teorią Czystej Formy
Żeby było artystycznie”
Dodał
Zapalając papierosa
Nikt
Nie potraktował go poważnie
Jak zwykle

Przy drugiej herbacie
Wszedł cham
Oczywiście bez pukania
Usiadł na sofie
Beknął
Zdjął buty
I zasmrodził cały salon
Napił się prosto z dzbanka
Ciekło mu po brodzie
Na dywan
Po nim weszli kolejni
Zachowywali się podobnie
Wszyscy
Krzyczeli o konstrukcji w procesie
Artystycznym geście
Tak zwanej awangardzie
Poezji lingwistycznej
I takich tam...
Gdy zaczęli bredzić o filozofii
I literaturze
Musieliśmy wyjść
Tego by nie zniósł
Nawet Sławomir Mrożek

Ukryliśmy się w domu nad jeziorem
Pośród starych drzew
Blisko mogił naszych przodków
Przyjaciół odległych planet
I wyznawców mądrości
Tutaj nas chamy nie znajdą
Boją się duchów
I piękna



Grób Komeniosa

To jest miejsce naszego odpoczynku
Być może nawet koniec całej wędrówki
Dotarliśmy do grobu poety Komeniosa
Na brzegu Morza Jońskiego

Grób prosty, oszczędny w formie
Owalny kamień i kamienne słowa na nim
„Tu leży Komenios, poeta niepokorny
Który ze słów uczynił zbroję
Niepokonaną przez barbarzyńców”

Patrzyliśmy na granatową wodę
Podobnie jak on, zanim postanowił
Odłożyć rylec i oddać się bardziej
Zmysłowej rozkoszy

Zostały po nim tomy poezji w bibliotekach
I ta gliniana tabliczka z ostatnim wierszem
Nieco pokreślonym
O pięknie ciała Demetriosa

Zdjęliśmy ubrania
Poszliśmy w stronę niespokojnej wody
Historia przecież
Nie musi się powtarzać


Wiersze pochodzą ze zbioru Wojna Kwiatów, Editions Sur Ner, Łódź, 2009.

Poezja: Robert Rutkowski WYJŚCIE W CIEMNO



ciemna materia

gaśniemy w oczach

ciemna materia
odbiera nam jasność
widzenia

przekazywana
z rąk do rąk z ust
do ust

gęstnieje

płynie korytami ulic
wsiąka w ściany domów

ociemniali

rozmawiamy niejasno
o bladych pojęciach

ciemna energia
oddala nas od siebie

z każdym dniem
nasze głosy stają się
cichsze

nie wiem
czy jeszcze mnie słyszysz
wiem jednak że muszę
mówić

to jedno jest
jasne



białe rękawiczki

dla I. G.

inuici mają po sto par białych rękawiczek
przez które dotykają śniegu

moich
nie można doprać

nie pomagają
uniwersalne wybielacze
niezwykły proszek

coś jest na rzeczy

coś co widać gołym okiem
gdy spojrzysz pod światło

martwy naskórek
który dotyka do żywego



d.o.m.

poproszę raz boga
na wynos

najczęściej
podają go w papierowych torebkach
obłożonego chusteczkami higienicznymi
żeby nie poplamił
niedzielnego ubrania

odbija się długo
szerokim echem

w przestronnym domu pana

jest dobry
nawet jeśli czasem
zbyt surowy

rajska mieszanka
piekielnie ostrych przypraw

kosztuje słono

w trójcy jedyny
lecz w zestawie
taniej


Wiersze pochodzą ze zbioru Wyjście w ciemno, Stowarzyszenie Literackie im. K.K. Baczyńskiego (seria poetycka: 90), Łódź 2009.

Poezja: Jan Siwmir PYTANIA NA ŹLE ZADANE ODPOWIEDZI



czas - zatrzymany w kadrze

zasnął na miedzy
snem bezdomnym
jednym z tych wielu snów
które płaczą
chodzą i proszą
by je wpuścić
jak wiatru szorstki podmuch

zasnął juz wczoraj
wszyscy widzieli
wielu szczęśliwych że to nie oni
płynęli łodzią
łodzią Charona z obolem
w wyciągniętej dłoni

zasnął w albumie
czerń i sepia
woalka skryła jego oblicze
ściśnięte kartki szelestem wspomnień
sprawiły że tylko milczę

zasnął specjalnie
łotr szyderczy
sprawdzał jak długo można łzami
wściekłość odmierzać
i w tym zaśnięciu już pozostał

lubi się czas zabawiać z nami



liście lęku

urodziłam się z drzewem w brzuchu
na początku gdy było małe
myślałam że to ziarenko grochu
uwiera
lecz jest niegroźne

tymczasem ono rosło
pochłaniało mnie od środka
gałęziami pełnymi owoców
podchodziło pod gardło

czasem na krótką chwilę obumierało
a ja strwożoną pustką
starałam się zadeptywać jego ślady

karczowanie
zatapianie
wypalanie
ból
wypalanie
zatapianie
ból
i znowu ból

drżą we mnie liście
nawet wtedy gdy wiatr
przystaje
by zaczerpnąć oddechu



alien

stoję sam
stronią ode mnie nie tylko ptaki

wołają za mną słomiany wdowiec
mówią że mam słomę w butach
śmieją się ze słomianego ognia
który dogasa na moich ramionach

cierpliwie powstrzymuję łzy w czasie suszy
czekam na zmierzch
gdy zapadnie
cieniem podkradnę się na skraj pola
podstępny
smutny
wielkooki

podejdę pod wasz dom
i zawołam
teraz wasza kolej
na strach


Wiersze pochodzą ze zbioru Pytania na źle zadane odpowiedzi, Wydawnictwo SPP, Warszawa, 2009.

Satyra: S.I. Witkiewicz TEORIA CZYSTEJ BLAGI



Każdy może tworzyć byle co i ma prawo być z tego zadowolonym, byleby nie był w swojej pracy szczerym i znalazł kogoś, który równie kłamliwie będzie to podziwiał. Ogarniamy wszystkie nieuznane dotąd kierunki: neo-pseudo-kretynizm, filutyzm, na-dudka-wystrychizm, neo-naciągizm, małpizm, papugizm, neo-kabotynizm, fałszyzm, solipsoedryzm, mistyficyzm, nabieryzm, fiktobydlęcyzm, oszukizm, neo-humbugizm, krętacyzm, udawaizm (odróznić od udaizmu, czyli tego, co się udaje w znaczeniu powodzenia), błaźnizm, nieszczeryzm, w-pole-wyprowadzaizm, z-mańki-zażywaizm, przecheryzm, łgizm, łgarstwizm, brać-na-kawalizm, wmówizm, co-ślina-do-gęby-przyniesizm, zawraco-głowizm, zawraco-gitaryzm i zawraco-kontrafałdyzm, omamizm, kręcizm i krętacyzm. Wszyscy przedstawiciele tych kierunków odetchną w naszej rozkosznej atmosferze Czystej Blagi. Niech żyje czysta, rozkoszna, świadoma swej potęgi, swobodna, bezwstydna BLAGA! O BLAGO, Czysta Blago – któż cię przelicytuje?!!!


Fragmenty manifestu PAPIEREK LAKMUSOWY; całość dostępna na www.polona.pl/dlibra/doccontent2?id=1348&dirids=1

Proza: Jan Siwmir LIRNIK I TŁUM



Dawno, dawno temu, wędrowny grajek miał zwyczaj pukania do bram miasta. Wpuszczano go zawsze. A on zasiadał w gospodzie, wyciągał instrument i śpiewał. O tym, co widział i co przeżył. O wojnach, ludziach i bogach. Pustyniach, oceanach, innych miastach. A przede wszystkim o miłości. Tego zawsze słuchały kobiety. I zawsze wtedy mógł liczyć na dodatkowy dzban wina.

Taki bard miał głos jak dzwon a słowami potrafił wyczarować wszystko. Łodzie pełne pereł i diamentów, delikatny jak jedwab dotyk ukochanej, szczęk broni pojedynkujących się rycerzy, a nawet gniew króla czy pisk dzieci bawiących się we dworze. Jego historie żyły, pulsując podekscytowaniem w uszach gawiedzi, jego słowa powtarzano z ust do ust i nie żałowano mu grosza za to, że chociaż przez chwilę pozwalał na zajrzenie w swoje sny.

Nie wszystkim się to podobało, oj, nie wszystkim. Zawsze znalazło się kilku takich, co szemrali po kątach, zazdroszcząc grajkowi rozkochanych kobiecych spojrzeń i podziwu mężczyzn, słuchających z otwartymi ustami o kolejnych bohaterskich wyczynach herosów.

Aż znalazł się jeden, który na szemraniu nie zamierzał poprzestać. Syn możnowładcy. Jedynak rozpieszczony. Kupił lirę i zaczął naśladować grajka. Uczucia przepełniały go wielkie, głos wydawał namiętny, próbował kalekie słowa zastąpić gestami i obficie strzykającą śliną.

Za pierwszym razem wygwizdano go, za drugim obrzucono zgniłymi jajami, kiedy indziej chwycono za kamienie. Gdzież mu było do tego, który jednym dobrze dobranym słowem potrafił wskrzeszać i unicestwiać potwory, z kilku nut stworzyć pieśń żyjącą przez lata w sercach słuchających.

Syn możnowładcy zapałał nienawiścią do barda i do tłumu. Zebrał innych, co to kosym okiem patrzyli na utalentowanego. Poszeptali, uradzili. Do króla z petycją poszli, przekupili kogo trzeba. Nigdy już nie wpuszczono grajka do miasta. Ludzie tęsknili za nim, pytali, chcieli marzeń. Wspominali. Ale gdy się nie zjawiał a ci co pamiętali, pomarli, czas powoli zaczął zacierać ślady po balladach.

Tymczasem odmieńcy stopniowo zaczęli przekonywać innych, że te piski, które wydają z siebie i spod siebie, to sztuka. Że nuda, bezbarwność i nijakość ożenione z fetorem moczu są nowymi, jedynie słusznymi, wartościami w literaturze. A że tłum tego nie rozumie? Tym gorzej dla tłumu. Widać prosty, ciemny i prymitywny. Na wysublimowanych formach się nie zna.

Założyli związek, żeby się wspierać, wszelką krytykę stawiali na szafocie, płacili za każde dobre słowo o nich.

Z czasem ludzie pogodzili się z brakiem wędrownego grajka, ale nie przekonali się do form zastępczych. Przestali więc marzyć.

A też i utalentowanym inaczej ludzie nie byli już specjalnie potrzebni. Namnożyło się ich w związku tyle, że jedni pisali, inni czytali, z kolei ci inni grali a piszący słuchali. Klaszcząc sobie nawzajem. Może trochę, przez jakiś czas, uwierał ich brak popularności, ale szybko wytłumaczyli sobie, że są elitą.

A niektórzy nawet awangardą.

Płacąc za uznanie, szybko zubożeli, wytworzyli wobec tego nową tradycję – talent i ubóstwo muszą iść w parze. Przypomnieli sobie także niechlujny wygląd barda i utożsamiając go z talentem, zaczęli się podobnie ubierać.

Stworzyli statut związku, w myśl którego nie wolno było przyjąć do swojego grona tego, kogo tłum pokocha. Przyjmowano wyłącznie gorszych od siebie.

Przez wieki.

Dziś wydaje się, że trudno byłoby znaleźć tych gorszych.

A jednak nieustannie się udaje.


Esej: JACEK DEHNEL, TYTAN Z PLASTIKU

Autor: Marek Trojanowski


Był rok 1980. Naród, który na ustach czuł jeszcze metaliczny posmak papieskiego pierścienia szykował się do odnowy duchowej i do odnowy tej ziemi – polskiej ziemi. Czujne oko władzy dostrzegło ów zamiar i władza także postanowiła się przygotować na odebranie kolejnego porodu idei w historii. Zmobilizowano ZOMO, wojsko i MO. Rozdano dodatkowe komplety uzbrojenia. Na resortowych wtryskarkach wyprodukowano odpowiedni zapas gumowych pałek. A generał w zaciszu swego gabinetu pisał przemówienie do narodu. Na słowa: „Obywatelki i obywatele Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej! Zwracam się dziś do Was jako żołnierz…” naród będzie musiał poczekać jeszcze rok.

Ale rok 1980 obfitował także w wydarzenia niezwykłe, przy których wyczyny solidarnościowców tęskniących za ciepłymi posadkami w zarządach związków zawodowych blakną. Otóż w tym roku urodził się słynny bramkarz Artur Boruc, który pełnię swego talentu ujawni w 2009 r., w eliminacyjnym meczu z Irlandią Północną. Dwa miesiące później tego samego roku przyszła na świat Anna Mucha. Kto nie zna Anny Muchy – kobiety, która słynie z tego, że w tydzień czasu jest w stanie zgubić 14 kilogramów tłuszczu z okolic brzucha i bioderek? A jej mimikę, w szczególności sposób mrugania prawym okiem przeszedł do kanonu warsztatu aktorskiego. Podobno sztuki puszczania oczka na tzw. „Muchę” uczą w rosyjskiej szkole baletu, pekińskiej operze oraz w Hollywood.

Sześć dni po tym jak odtwórczyni roli Madzi w serialu „M jak Miłość” ujrzała pierwszy promień sztucznego oświetlenia na sali porodowej pani Dehnel powiła synka, różowego bobaska, któremu dano na imię Jacek.

Jacek Dehnel urodził się 1 maja 1980 r. Oprócz tego, że był to dzień wolny od pracy, to także był to dzień szczególny, skoro niespełna tydzień po narodzinach literata, biskupi zebrani na Konferencji Episkopatu Polski ostrzegli przed „niepokojącymi zjawiskami negatywnymi w życiu społecznym, kulturalnym, gospodarczym, i politycznym”.

Jakie to zjawiska mieli na myśli włodarze kościoła rzymskokatolickiego w Polsce? Dziś możemy się domyślić i podziwiać zdolności profetyczne episkopatu wspieranego mocami pozaziemskimi.

Jacek Dehnel, jak można przeczytać w licznych biogramach jest: polskim gejem, poetą, tłumaczem, prozaikiem i malarzem. Interesuje się rysunkiem. W wolnej chwili zasiądzie u boku pana dyrektora Zachęty, to wystąpi w TVP (nie mylić z TVN Turbo). „Jego wiersze były tłumaczone m.in. na baskijski, francuski, gaelic, łotewski, słowacki, słoweński”. Sam zaś zabłysnął jako Laureat Nagrody Kościelskich (2005) i Paszportu Polityki (2006). Jest też znany z tego, że niektórych nagród jak Angelus (2007) i Nike (2009) nie dostał, chociaż było blisko. Sam o sobie mówi:

„żelu nie używam, we fraku chodzę wyłącznie do opery (i z pewnością nie noszę do niego melonika), zwrotu »kurwa mać« nie stosuję”.
[Jacek Dehnel 2007-06-03 13:16:35] *

O poecie Jacku Dehnelu świat usłyszał od innego poety – Czesława Miłosza. Ów utytułowany przyjaciel Iwaszkiewicza natychmiast dostrzegł potencjał w dorastającym młodzieńcu. Przeczytawszy (albo i nie) „Żywoty równoległe” (wyd. 2004) napisał:

„Pojawienie się nowego i niewątpliwie prawdziwego poety jest zawsze rzeczą radosną (…). Poetyka jego wierszy jest mi bliska i nie ukrywam, że ona to skłoniła mnie do tego pochlebnego sądu”.

Niestety, nie dane było mu się zbliżyć oraz zaznać pełni smaku poetyki „nowego i niewątpliwie prawdziwego poety”, bowiem tuż po lekturze debiutu młodzieńca Czesław Miłosz umarł. Jedni mówią, że ze starości. Inni milczą.

Namaszczonemu Krzyżmem Czesława, młodemu poecie z dnia na dzień zrobiło się jakby lżej, jakby łatwiej.

Ale nie wszyscy jednak podzielali wiarę Miłosza w potencjał drzemiący w Jacku Dehnelu. Oprócz przebrzydłych zawistników łasych na trofea, które przypadły w udziale utalentowanemu młodzieńcowi uwagi krytyczne zgłosił też wybitny znawca literatury polskiej i światowej, ekspert w dziedzinie poezji i kosmicznych znaków von Daenikena, krytyk, prozaik i poeta – Jakub Winiarski. W recenzji „Żywotów równoległych” Winiarski napisał:

„Cóż, mnie, człowieka innej epoki zdecydowanie mniej przekonały utwory Jacka Dehnela i skromniejszy jest mój zachwyt, a w istocie: zachwytu we mnie generalnie brak. Mnie wiersze Dehnela kojarzą się ze stylistycznymi wprawkami, zręczne to i bez błędów, ale – paradoks taki dostrzegam – wierszem jest tu nie każdy wiersz. Nie przekonuje mnie sprytny zabieg antydatowania utworów, mający uwiarygodnić ich językowy anachronizm i stylizację, nie bawią mnie koncepty quasi-klasycystyczne w dedykacjach („Niegdyś niesłusznie dedykowane pannie…”) i tylko dandysowska aura tej liryki wydaje mi się poruszająca, bo śmieszna”.

Jacek nie zraził się słowami krytyki. Nie miał zresztą ku temu powodów, gdyż błogosławieństwo Czesława Miłosza otworzyło mu drzwi salonów literackich. Rok po debiucie młodzieniec odbierze nagrodę Kościelskich. Później Paszport Polityki za rok 2006 w kategorii „literatura”. Do szczęścia brakuje jeszcze Nike, Angelusa i oczywiście Nobla.

Zastanawiające jednak jest to co się stało z wybitnym krytykiem – Jakubem Winiarskim.

Otóż wystarczyło kilka miesięcy by krytyk zrozumiał krytykowanego poetę – uświadomił sobie, w którym momencie popełnił błąd. W recenzji kolejnego tomiku Dehnela: „Wyprawy na południe” (wyd. 2005) Winiarski napisał:

„już Dehnela lepiej rozumiem, już mnie nie rozbawia tak bardzo jego emploi, uważam, że emploi nieważne, bo Dehnel ma talent bardzo duży i że ciekawsza jest jego wersja klasycyzmu od wielu, jakie pojawiły się na polskiej scenie poetyckiej w ciągu ostatnich przynajmniej dziesięciu lat”.

Ale taka samokrytyka nie zadowoliła Winiarskiego. Obcując z dziełami Jacka Dehnela długo, często i namiętnie w 2006 r. Jakub w recenzji zbioru pt. „Wiersze 1999-2004” (wyd. 2006) wyznał:

„Poezja Jacka Dehnela – a przynajmniej wiersze do tej pory przez niego napisane – najmocniej chyba stawia pytanie o czas. Ale nie w sensie jego łatwego do zaobserwowania »przemijania«, lecz w jego tajemnym stosunku do kultury i sztuki, której najdoskonalsze wytwory przejawiają się jak gdyby w przestrzeni, gdzie władza czasu nie sięga, lub sięga słabiej, ze znacznie stępionym ostrzem. Zdaniami tym – poza wszystkimi dalszymi ich implikacjami – chciałbym dziś zasygnalizować zmianę swojego nastawienia do poezji Dehnela, z którą pierwsze moje zetknięcie, jak dziś to widzę, nie było bardzo fortunne”.

W niespełna dwa lata „stylistyczne wprawki” zmieniły się w dzieła filozoficzne, w których mędrzec rozstrzyga istotę sekundy, minuty i godziny zadając pytania o sens czasu i przemijania.

Dokonał się cud pierwszy – Nawrócenie Krytyka. Cudem drugim była przemiana dandysa w filozofa. Jacek Dehnel bardzo dobrze odnalazł się w tej roli. Jako filozof – miłośnik mądrości wszelkiej – zna się na wszystkim, wszystko umie i w ogóle jest taką intelektualną złotą rączką. I tak:


Jacka stosunek do polityki

Jest rok 2006. Władzę w Polsce przejęli bracia Kaczyńscy. Roman Giertych jako minister edukacji zarządza na poziomie szkół podstawowych, w gimnazjach i w szkołach średnich obowiązkową uniformizację. Przy okazji – w trosce o dobro duchowe narodu – zabrał się za „oczyszczanie” kanonu lektur z elementów antypolskich. Wylatuje m.in. Gombrowicz.

Jacek Dehnel nie pozostał obojętny na takie niszczenie dziedzictwa kulturowego. Pogrążył się w filozoficznej zadumie, przemyślał wszystko raz, przemyślał drugi raz. Następnie zebrał się w sobie i jednym tchem wyrzucił ze swojego filozoficznego wnętrza następującą myśl:

„to, co robi polski minister edukacji jest, moim zdaniem, żenujące. Minister Łybacka była żenująca, minister Wiatr był żenujący. Ale Giertych i Orzechowski to już spełnienie najgorszego koszmaru, to nieuctwo jakiego nawet Ochab chyba nie reprezentował”.
[Jacek Dehnel 2007-06-03 14:31:51]

Prawda, że to głęboka myśl? A wszystkim, którzy zgłosiliby pretensje do takiej oceny relacji kultura – kolejni ministrowie rządów zaczynając od roku 2004, Dehnel odpowiada:

„ja, jako obywatel kraju, który opłaca tych patafianów, mam święte prawo krytykować ich, kiedy w sposób oczywisty kompromitują siebie i Polskę, udowadniając zupełny brak kompetencji.
[Jacek Dehnel 2007-06-04 20:36:59]

Tworząc podwaliny nowej koncepcji myśli politycznej, w której kluczową rolę odgrywać będzie kategoria: „żenujące”, „żenująca” i „żenujący” oraz pojecie „najgorszego koszmaru” i „patafiana” Jacek Dehnel objawił się jako doskonały teoretyk polityki dorównujący Clausewitzowi, co zapewne nie zostanie przeoczone przez biografów.


Traduttore traditore

Unikalny talent Dehnela ujawnia się szczególnie w jego roli jako tłumacza. I tak, w lipcu 2009 r. na portalu nieszuflada.pl publikuje tekst Carla Sanburga pt. „ A Coin, Bronzes”.

Translatorski kunszt Jacka Dehnela objawia się nie tylko w dziele ale i w polemice z argumentami krytycznych czytelników. Oto dowód.

Pierwsze wersy oryginału Dehnel przetłumaczył następująco:

Wasze zachodnie głowy tutaj, odlane w metalu,
Dwaj, którzy razem się zacierają,
Wspólnicy we mgle.
[Jacek Dehnel 2009-03-16 00:43:08]

Jedna z krytycznych czytelniczek zwróciła uwagę na osobliwość wspólników zacierających się we mgle. Przeczytawszy oryginał (Your western heads here cast on money, / You are the two that fade away together / Partners in the mist), poszperawszy trochę w głowie, trochę w słownikach Ewa Poniecka – bo o niej mowa – zwróciła utalentowanemu tłumaczowi uwagę, że:

„Pan chyba nie rozumie wiersza »Moneta«, nie można tłumaczyć tak mechanicznie jak Pan to robi, lecz należy poznać kontekst i sens słów”.

tłumaczy Pan początek:

Wasze zachodnie głowy tutaj, odlane w metalu,
Dwaj, którzy razem się zacierają,
Wspólnicy we mgle.

toż to brednia buffo i jakaś nieudolna kalka!

Po pierwsze monety się bije (tutaj cast) a nie odlewa, odlewa się dzwony, czy armaty lub pomniki, monety się bije. I jest to w języku polskim związek frazeologiczny »bić monetę«, który też doskonale oddaje proces technologiczny, polecam na Żelaznej przed Mennicą Polską obejrzeć wystawioną prasę… do bicia, nie do odlewania.

a dalej w tłumaczeniu zagubiony jest Pan jak dziecko we mgle:

Dwaj, którzy razem się zacierają,
Wspólnicy we mgle.

czy Pan w ogóle orientuje się o czym mówi wiersz w oryginale, do czego się odwołuje??? Można pomyśleć, że pisze Pan, ni w pięć ni w dziewięć, o jakichś bimbrownikach pędzących samogon na zacierze gdzieś w leśnej mgle koło Limanowej…

Panie Jacku, bardzo lubię Pańską prozę, ale do poezji to Pan głowy nie ma i poza powielaniem schematycznych form jak pantum, pokazuje Pan, nie po raz pierwszy, że poezji Pan nie czuje”.
[Ewa Poniecka 2009-03-16 14:02:00]

Nasz bohater nie zdał się zbić z pantałyku. Nie takie zarzuty odparł, nie takie uwagi przeżył. Z wrodzoną sobie finezją i taktem odpowiedział:

„Fajnie, że Pani mnie posyła do mennicy (mam niedaleko), ale wystarczy do słownika – gdyby Sandburg chciał napisać »minted«, to by tak napisał. Nasze »bicie« monety to właśnie »to mint«. »Cast« to »odlewać« właśnie. Proszę nie poprawiać autora, autor wiedział, co pisał”.
[Jacek Dehnel 2009-03-16 21:32:06]

Ewa Poniecka to nie Jakub Winiarski. Zresztą kobiety są złym materiałem na dobrych konwertytów. Pokazując, że w jej żyłach zamiast delikatnej, wycackanej krwi menstruacyjnej płynie stężony kwas siarkowy odpisała:

„Kompromituje się Pan :)
Pan nie zna angielskiego, już któryś kolejny raz pisze Pan

»Good-by” to »Żegnajcie«. GOOD BYE – Panie Dehnel, or welcome to the dictionary. A »where« (gdzie) myli sie Panu z »when« (kiedy) »My, którzy nadchodzimy, kiedy was już nie ma,«

twierdzi Pan ze »cast« to odlewać, nie rozumie Pan postawowych zwrotów, skąd Pan wziął prerie w liczbie mnogiej? I nade wszystko arcynieudolne »Dwaj którzy się razem zacierają« pomijam błędy z kolejnych wierszy, poziom żenujący:(obawiam się że byłby Pan bez szans na rozszerzonej maturze z angielskiego.

Bez satysfakcji stwierdzam po tym, co Pan tutaj opublikował, że się Pan ośmiesza porywając się na tłumaczenia poezji amerykańskiej. Panie Jacku, wygląda na to, że nie zna Pan ani języka ani kultury amerykańskiej. Nie uważam się za znawczynię, chociaż będąc tam 4 razy, przejechałam je wzdłuż i wszerz, Pan jednak jest – Pan wybaczy – ignorantem idącym w zaparte, jak młokos.

ps.
Wracając do »cast«, może Pan sobie »odlewać« nawet »w metalu«, ale będą Pana polewać. Może zacznie Pan uczyć Amerykanów angielskiego i wytłumaczy im to słówko.

Ten prosty wiersz Pana przerasta, od początku do końca Pan bredzi i nawet do głowy Panu nie przychodzi, że słowo »cast« dotyczy wizerunku »western heads« który może być przedstawiony (cast!) na banknocie lub monecie, jak głowy prezydentów, Statua Wolności, Indianin czy inne.

Pan odlewa z metalu monety magicznym słówkiem »cast« w dehnelowym rozumieniu.
Pozostaje tylko powiedzieć Panu w dehnelowym angielskim »good-by« czyli Dehnylu żygnaj;)”.
[Ewa Poniecka 2009-03-17 00:14:42]

Jacek, mianowany 2006 r. przez Winiarskiego na filozofa, ma tę rzadką przypadłość, że nie myli się nigdy (z akcentem na „nigdy”). Wybadawszy po tonie wypowiedzi, że Ewa Poniecka nie da się łatwo przekonać do jego wersji angielszczyzny, że jest ona tego rodzaju kobietą, której definicje zapisano w słowniku pod literką W jak Walkiria postanowił użyć argumentu terminalnego, który ostatecznie przechyliłby szalę zwycięstwa w tej jakże zaciętej polemice na jego stronę. Stawka jest niebagatelna. Nie chodzi tu o „odlewanie” czy „bicie” monet, nie chodzi tu też o poezję, literaturę i jakość przekładów literackich ale o prestiż. Jeżeli chodzi o kwestie prestiżu i honoru Jacek Dehnel działa szybko i bezkompromisowo – niczym legendarna brzytwa Okchama (sic!). Odpisał:

„P. Poniecka:
Jasne, że nie znam angielskiego. Dlatego właśnie kończyłem klasę dwujęzyczną z wykładowym angielskim, pisałem z angielskiego maturę, a magisterium – z translatoryki na przykładzie Larkina”.
[Jacek Dehnel 2009-03-16 23:52:32]

I wszystko jasne.

Inny rodzaj uzdolnień translacyjnych Jacek objawił przy okazji pracy nad przekładem wierszy łotewskiego poety Karlisa Verdinsa (Karlis Verdins, „Niosłem ci kanapeczkę”, wyd. 2009). O tym, że Jacek jest dobry z angielskiego, bo zdawał z tego języka maturę o tym wiemy z jego rozmowy z Ewą Poniecką. Ale czy Jacek Dehnel miał ocenę celującą z łotewskiego? Podobne pytania nurtowały innych miłośników poezji:

„Tłumaczył Pan z łotewskiego? To jestem pod wrażeniem, bo ja wiem tylko, że »nams« to dom, »iela« to ulica, »kalns« to wzgórze, »parstavnieciba« to przedstawicielstwo, a »filiale« to filia, oddział. Wiem, bo dwa lata tem zakładałem w Rydze przedstawicielstwo spółki, w której pracuję, a rok temu musiałem je przekształcać w oddział:-)
[ Maciek Froński 2009-06-07 22:48:07]

Jacek Dehnel odpowiedział:

„Nie znam łotewskiego”.
[Jacek Dehnel 2009-06-07 23:51:46]

Zatem jak powstało polskie tłumaczenie wierszy łotewskiego poety Verdinsa? Przetłumaczyć instrukcję obsługi pralki można przy użyciu słownika. Do tego nie trzeba specjalnej wiedzy filologicznej. Ale tłumaczenie poezji to inna sprawa. Czyżby kolejny cud? Wszystkich zainteresowanych tłumacz Dehnel odsyła do „Od tłumacza”, w którym wszystko wyjaśnia.

Ale jak to w życiu bywa znaleźli się tacy – nazwijmy ich „konserwatystami” – którym
rewolucyjna metodologia przekładu się nie spodobała.

Pierwszym był Andrzej Tchórzewski – poeta i tłumacz, który występując pod pseudonimem „lusia gremplarka” napisał:

„byli już tacy, którzy tłumaczyli z gruzińskiego nie znając nawet liter gruzińskiego alfabetu lub z nieistniejących języków takich jak mołdawski (rumuński używany w Mołdawii) czy tadżycki (perski z Tadżykistanu). Tłumaczenie z »rybek« (przekładów filologicznych) kojarzy się z socrealizmem i ociera o hochsztaplerkę. Zapewne »lansowanie« (głównie siebie), bo żeby coś zasadnie promować z jakiejś literatury trzeba znać tę literaturę i wiedzieć, co wybrany przez nas autor znaczy w tej literaturze. W przeciwnym razie jest to zwyczajna dezinformacja. W przypadku współpracy z »nejtiwem« są jeszcze problemy psycholingwistyczne i pytanie o zakres kompetencji językowych »współpracownika«(Kłania się »późny« Chomsky).Naturalnie, końcowy rezultat może być zupełnie znośny, zwłaszcza dla osób wierzących w cuda. Weryfikowalność takich przekładów jest bliska zeru. Sprawę ratuje cmokierstwo lub snobizm”.
[ lusia gremplarka 2009-06-08 22:42:39]

Inny tłumacz i poeta – Roman Kaźmierski – podzielił pogląd Tchórzewskiego:

Nie akceptuję tzw. rybek, jako sposobu na tłumaczenie z innego języka. Po ponad 25 latach pobytu i znajomości języka szwedzkiego w jego wszelkich wariantach (co było nieodzowne w moim zawodzie), mam coraz więcej wątpliwości, niepewności itp. niż w początkowych latach życia tutaj.(…) Przez szacunek dla Autorów obcojęzycznych, przez szacunek dla ich języka, przez pokorę wobec nieprzetłumaczalności poezji w ogóle – znając i język, i literaturę szwedzką, przekładam bardzo rzadko, z wielkimi oporami i poczuciem niepowodzenia. Życzę, oczywiście, powodzenia temu tomowi łotewskich wierszy. Pozdrawiam –
Roman Kaźmierski
[Roman Kaźmierski/nrml 2009-08-06 21:58:55]

99,99 % populacji tego świata przyznałoby rację Kaźmierskiemu i Tchórzewskiemu. Zresztą chłopaki wiedzą, o czym piszą. Pierwszy od lat przekłada z języka szwedzkiego, drugi tłumaczy poezję anglosaską, francuską, gruzińską i hiszpańską. Ale pozostała jedna setna populacji uważa owo przekonanie, że: »tłumaczy się teksty z języka, który się zna« w epoce komputerowych programów tłumaczących, słowników elektronicznych, translatorów google’a jest zwykłym anachronizmem. Trzeba przecież iść z duchem czasu!

Wydaje się, że i Jacek Dehnel należy także i do tej mniejszości. Przypuszczenie owo potwierdza jego odpowiedź starszemu koledze:

„Pański argument sugerował nie wprost, że należy mieć za sobą ćwierć wieku obcowania z językiem, żeby przekładać – oczywiście muszę się zgodzić z tym, że wieloletnie obcowanie z językiem wielce pomaga tłumaczowi. I biję się w piersi, że nie obcowałem przez ćwierć wieku z łotewskim, ale podałem usprawiedliwienie: nie jestem w wieku emerytalnym, ba, nie mam nawet 40-tki i – z uwagi na to, że nie urodziłem się Łotyszem – nie miałem okazji obcować z łotewskim przez tyle lat. Ale równocześnie można podać szereg przykładów na słynne tłumaczenia, które zrobili poeci nie znający języka oryginału, lub znający ten język krótko i pobieżnie”.
[ Jacek Dehnel 2009-08-08 11:50:32]

Teoria przekładu tekstu literackiego Jacka Dehnela to nauka w sobie. Wszystkich zainteresowanych tą rewolucyjną metodologią zachęcam do lektury „Od tłumacza” w Karlis Verdins, „Niosłem ci kanapeczkę”. Książeczkę można kupić na Allegro od SuperSprzedawcy o nicku KoliberGdansk za jedyne 19,99 zł. Niecałe dwie dychy za dzieło rewolucyjne? To prawdziwa okazja.

Oprócz tłumaczeń z (dosłownie) obcych Jackowi Dehnelowi języków, nasz bohater robi karierę w TVP.


Telewizja Polska

Od września 2006 do czerwca 2009 Jacek występował jako jeden z prowadzących w programie kulturalno-rozrywkowym Łossskot. Nie mówił zbyt wiele, ale był i to się liczy. O programie i swojej w nim roli Dehnel pisze:

„Program »Łossskot« jest programem, w którym o sztuce wypowiada się trzech dyletantów –użytkowników (i zarazem twórców) kultury, a nie ekspertów. Taka jest formuła tego programu”.
[Jacek Dehnel 2007-06-04 20:36:59]

Telewizja publiczna realizowała misję i program ten początkowo emitowany był o przyzwoitej porze. Nie trzeba było polewać się zimną wodą, by doczekać. Trójka prowadzących: muzyk Tymon Tymański, dziennikarz Maciej Chmiel i poeta Jacek Dehnel odwalali kawał dobrej, kulturalnej roboty. Poprawka. Dobrą robotę odwalał Tymon Tymański, który sposobem ekspresji oraz artystyczną energią przytłoczył kolegów. Doszło do tego, że Jackowi pozostało się tylko uśmiechać przed kamerą. Ludzie to zauważyli. Niektórym zrobiło się przykro. Inni zaś odnieśli wrażenie, że ekscentrycznie ubrany młodzieniec, z czarną laseczką w dłoni jest elementem wystroju wnętrza studia nagrań. Pojawiły się więc głosy: „Jacku! Dlaczego? Powiedz, dlaczego to robisz?!” A ten, nigdy obojętny na głosy swoich fanów, odpowiedział:

„pracuję tam dla pieniędzy, bo np. do komfortu pracy potrzebuję własnego mieszkania bez współlokatorów (choćby najmilszych) i martwienia się, czy znajdę kogoś do wolnego pokoju od września, potrzebuję książek, płyt i od czasu do czasu wyjazdu w jakieś miłe miejsce. A dzięki Łossskotowi mam to dzięki stosunkowo interesującej (rozmowy o kulturze) pracy na względnie rozsądnych warunkach”.
[Jacek Dehnel 2008-10-03 17:28:4]

Zaś wszystkim tym, którym się nie podoba jego telewizyjne wcielenie radzi:

„Jeżeli jakość Łossskotu jest dla Pana za nisko, to przecież nikt Pana nie zmusza do oglądania tego programu. Ja nie oglądam, ba, nawet telewizora nie mam – i żyję.
[ Jacek Dehnel 2008-10-11 23:55:38]

Czy to nie dziwi, że współtwórca programu nie ogląda swojego dzieła?

Wkrótce, kiedy okazało się, że oglądalność Łossskotu porównywalna jest do oglądalności reklamy pianki do golenia emitowanej o wpół do szóstej rano, pojawiły się plotki o tym, że ów program kulturalno-rozrywkowy może zniknąć z anteny. Czy Jacek się zmartwił? Nie chodzi o pieniądze, ale o kulturę, która bez Łossskotu byłaby przecież uboższa. Jaka była jego reakcja, kiedy w lipcu 2009 r., w Gazecie Wyborczej ukazał się tekst pod tytułem: „Program kulturalny w TVP nie potrzebny”? Dehnel odpowiada:

„wieści o likwidacji “Łossskotu” chodzą od dwóch lat mniej więcej :) A ja na szczęście przynajmniej od roku jestem w komfortowej sytuacji »będzie, to będzie, nie będzie, to nie będzie«. Oba rozwiązania mnie satysfakcjonują, co jest bardzo wygodne”.
[Jacek Dehnel 2009-08-02 08:56:36]

Kolejnym pracodawcom Jacka Dehnela życzymy tak utalentowanego pracownika, który nade wszystko ceni sobie „komfortowe sytuacje”. Jego podejście „będzie, to będzie, nie będzie, to nie będzie” nie jest może tak rewolucyjne jak tłumaczenie poezji z dosłownie obcych języków, ale jakże modne i popularne.


Na zakończenie

Za sto lat każdy historyk literatury, który podejmie się próby analizy fenomenu Jacka Dehnela, będzie musiał odpowiedzieć na pytanie: „czy on był zawsze taki?”. Otóż, co może wydać się niebywałe (chociaż kategoria „niebywałe” nie ma jeżeli chodzi o Jacka Dehnela zastosowania), już dziś z łatwością można znaleźć odpowiedź. Otóż: on zawsze taki był. Był najlepszy w przedszkolu, podstawówce, liceum i na studiach.

Hola, hola! – ktoś mógłby przerwać opowieść i zadać pytanie: „A gdzie matura?”

Tym ciekawskim odpowiada jak zwykle nasz filozof, poeta, prozaik, tłumacz, malarz:

„Maturę z rozszerzonego angielskiego, dziękuję, zdałem w 1999 roku na 6”.
[Jacek Dehnel 2009-03-16 23:52:32]

Później były studia. Studencka asceza, życie wolne od imprez, z dala od studentek, które w okolicy 2.–3. roku zrobią wszystko, by złapać męża, opłaciło się:

„Nie musiałem płacić za warunki i powtarzanie, bo zdałem wszystkie egzaminy”.
[ Jacek Dehnel 2008-12-08 23:09:34]

W pocie czoła, rezygnując z przyjemności tego świata, żyjąc życiem pełnym wyrzeczeń nasz bohater otarł się o absolut. I nie chodzi tu o gatunek wódki, ale o szczególny rodzaj wiedzy, która stała się wyczuciem a wyczucie wiedzą w dodatku w skórkowej oprawie z nadrukiem PWN. Jacek Dehnel objawia światu swoją najgłębszą tajemnicę:

„Tak się składa, że moje wyczucie i moja wiedza są zgodne ze słownikiem”.
[Jacek Dehnel 2008-11-13 16:43:08]

I cóż, na zakończenie chciałoby się dodać: „Zatem na kolana chamy!”

*(Wszystkie cytaty – wypowiedzi Jacka Dehnela i innych bohaterów felietonu pochodzą z portalu nieszuflada).


Tekst pochodzi z książki Marka Trojanowskiego Etyka i poetyka, t.III, internet 2010.

Poezja: Józef Baran WIERSZE Z TOSKANII



Fotografujemy się z Adamem na tle Krzywej Wieży w Pizie

nasze człowieczeństwo Adamie
też zbudowane na błędzie
jak krzywa wieża w Pizie

z nieomylnością śmierci
pnie się w nas coraz wyżej
klockowata
piramida
lęku
(przed runięciem w przepaść)
zuchwale sięgająca już
wierzchołkiem
nieba

struchlała konstrukcja
ognia z wodą
podpiłowana u samego spodu


Westchnienie podróżne

Basi Czajce

ach podrzucić siebie
jak tobołek
gdzieś na stacji
w Oddalinie w Zabyłowie

i odrodzić się w zieleni na nowo
pośród cyprysów
z Alpami pod głową
w Serawezzie Pizie lub Quarcetto
tam toskańskie słońca stale świecą

by zmęczenie spadło z serca jak kamień
wymazały się klęski na amen
zetrzeć z serca do świata urazy
stać się czysty jak baranek
bez zmazy
czysta karta
tabula rasa


Na plaży w Forte dei Marmi

piszę by sam sobie udowodnić
że istnieję na tej Ziemi
przez którą przemykamy cienie
anonimowi i niemi

dopiero co tędy szli brzegiem
Etruskowie Rzymianie Włosi
zapisali bose stopy na piasku
został tylko po nich wieczny piasek
i wzburzony poszum morza

przybyłem
by odcisnąć też ślad na plaży
choć wiem jak bardzo kruchy
rozsypie się w drobny mak
lub zostanie za chwilę rozdeptany
jak ślady po naszych miłościach
trwające w sercach przez moment

chyba że niepojęty Bóg
w swojej dobroci nieprzebranej
odtworzy kiedyś wszystkie ślady
i zabezpieczy je na wieczne trwanie

Recenzja: Gonzalo Torrente Ballester WYSPA ŚCIĘTYCH HIACYNTÓW

Autor: Tomasz Sobieraj


Zwykle kiedy czytam książkę mam wrażenie, graniczące często z pewnością, że autorzy not wydawniczych i recenzenci tej książki nie czytali. No, może czytali ją w przerwach podczas wykonywania różnych znacznie bardziej absorbujących czynności albo używali popularnej wśród pewnej grupy techniki szybkiego czytania. Może też mieli innych niż ja nauczycieli literatury. Nie wiem, wiem jednak na pewno, że zazwyczaj to, co czytam, nie pasuje do tego, co chciałem przeczytać zwabiony reklamą i entuzjastycznymi wypowiedziami wydawców, tłumaczy, żurnalistów i innych zainteresowanych bardziej stroną merkantylną literatury niż jej istotą, czyli treścią, formą, pisarskim warsztatem. W przypadku książki Gonzalo Torrente Ballestera pod tytułem „Wyspa Ściętych Hiacyntów” było podobnie. Chciałem przeczytać coś lekkiego, z ciekawą fabułą, ale jednocześnie mądrego, by nie mieć poczucia, że tracę czas na literaturę pociągową. Powieść Ballestera wydawała się spełniać te wymagania – w końcu to uznany galicyjski pisarz hiszpańskojęzyczny, autor ponad dwudziestu powieści, kilku sztuk teatralnych, eseista, nauczyciel akademicki, znawca literatury hiszpańskiej, publicysta, krytyk teatralny, laureat wielu prestiżowych nagród. José Saramago pisał o nim, że „Jeśli istnieje niebo, Torrente Ballester siedzi po prawicy Cervantesa”, co dla każdego miłośnika literatury wysokiej jest wystarczającą zachętą, Tłumacz, Wojciech Charchalis, dodatkowo zachwalał autora tymi słowami: „Torrente to gigant powieści, bez wątpienia jeden z najwybitniejszych pisarzy dwudziestego wieku. Nikt jak on nie potrafi uwieść czytelnika i wciągnąć go w zawiły, pełen uniesień labirynt historii, jednocześnie rozbawiając go do łez wysublimowanym poczuciem humoru” – nic dziwnego, że mój apetyt na książkę wzrósł. W nocie wydawcy przeczytałem, że w „Wyspie Ściętych Hiacyntów” Ballester „...bada genezę procesu twórczego: zamknięty świat powieści, prawdopodobieństwo, związki historii z fikcją i tekstu z autorem (...)”. – No, to bez wątpienia książka dla mnie! – pomyślałem. Dalej wydawca informował, że jednym z bohaterów powieści jest naukowiec, który „poprzez zastosowanie skomplikowanych teorii stara się dowieść, że Napoleon nigdy nie istniał – został wymyślony przez Nelsona, Metternicha i Chateaubrianda”. Ryzykowne, ale czemu nie, w końcu pisarz może wszystko, ogranicza go jedynie wyobraźnia, a skoro jedni wymyślili Ben Ladena, UFO, epidemię świńskiej grypy, to czemu by nie przyjrzeć się bliżej Napoleonowi, który też być może jest zmyśleniem; ba, uważam, że można w literaturze nawet pójść dalej i zastanowić się, czy Hitler i Stalin też nie są jakimś wymysłem – w końcu, jak pisze sam Ballester „tak się dzieje ze wszystkimi ludźmi wymyślającymi fikcje, że ich propozycja, że ich oferta zawsze jest skierowana do ograniczonej liczby klientów”, więc i na podobne sensacyjne koncepty amatorzy by się z pewnością znaleźli. Na koniec poczciwy wydawca Zysk i S-ka dodaje, że „Postaci Cagliostra i Żyda Wiecznego Tułacza także pojawiają się w tej historii, gdzie erotyzm i melancholia mieszają się z ciętą ironią”. Czy trzeba wymagać czegoś więcej od dobrej literatury niż to, co zapowiada tekst od wydawcy i tłumacza?

Tak zachęcony zasiadłem z książką w fotelu i w dwa wieczory przeczytałem „Wyspę Ściętych Hiacyntów”. Cóż, widocznie nie należę do tych, do których Ballester adresował tę propozycję. Jedyne, co wydało mi się w tej lekturze ciekawe, to erudycyjne popisy autora, liczne nawiązania do historii i pewne jej frywolne podszczypywanie, modelowanie, wprowadzenie postaci Chateaubrianda, Nelsona, lady Hamilton, Cagliostra, Napoleona – jednak w sposób niekoniecznie zgodny z tzw. prawdą historyczną, więc dla miłosników historii rzecz to raczej bezwartościowa. Rzeczywiście, prawdą jest, że mieszają się u Ballestera rzeczy możliwe z niemożliwymi, rzeczywistość z fikcją: z jednej strony mamy zakochanego bez wzajemności w studentce wykładowcę i literata, jego kolegę – naukowca humanistę o kontrowersyjnych poglądach oraz dosyć ironicznie przedstawione środowisko akademickie (to zapewne wynik jego obserwacji w czasie czteroletniego pobytu w USA na Uniwersytecie Stanowym w Albany), a z drugiej wyspę Gorgonę (istniejącą naprawdę, niedaleko Elby, jest tam kolonia karna), na której dokonuje się rewolucja i rzeź doprowadzona do skrajnej, absurdalnej już postaci, bowiem zostają ścięte nawet powszechnie hodowane w doniczkach hiacynty – stąd druga nazwa wyspy. Fikcyjny wątek Gorgony (chociaż wysepka ma też ciekawą, prawdziwą historię) służy Ballesterowi za pretekst do rozważań na temat natury władzy i jej nieposkromionej skłonności do degeneracji; autor dokonuje analizy rewolucji, przedstawia jej przyczyny, przebieg i skutki, zastanawia się nad ludzką kondycją, pokazuje jak tworzy się politykę i jak można manipulować bezmyślną masą, która wierzy bezkrytycznie w przedstawienie, projekcję, nie w twarde fakty i logikę; to studium degeneracji władzy, ducha, idei, i satyra na niesamodzielne intelektualnie społeczeństwo. Tyle z grubsza o szkielecie treści – treści samej w sobie interesującej. Jednak literatura to także forma. I tutaj nie jest dobrze: Ballester nazywa tę książkę „listem miłosnym z interpolacjami magicznymi” – rzeczywiście, jest i list, i interpolacje. Ale wszystko podane w sposób nudziarski, powolny, rozwlekły i pozbawiony magii, z przydługimi dygresjami, przez które autor nie trafia do celu albo trafia z opóźnieniem, do tego marudzi i ględzi, wije się i stęka, konstrukcja mu się rozpada, wszystko przypomina gęste, źle wyrobione ciasto pełne grud. Ballester z dziwacznym upodobaniem delektuje się średnikami, nawiasami, a nawet nawiasami w nawiasach, ciągnąc potwornie długie zdania, przez co tekst traci na czytelności. I tak przez ponad 440 stron.

Mamy w tej książce do czynienia z typowym przykładem niezgodności towaru, czyli treści, ze specyfikacją, czyli z tym, co umieścił wydawca na okładce (opakowaniu) i w internecie – a książka to przecież towar, w końcu sam Ballester uzywa określeń „oferta” i „klient”. Myślałem, że chociaż znajdzie się ta obiecywana erotyka. Owszem, jest, ale nie za szybko, bo dopiero na str. 365 mamy z nią do czynienia, kiedy to pojawiają się wybrane mity greckie w niby teatralnej interpretacji kilku pań z towarzystwa, jednak Leda ogranicza się do stosunku z dziobem łabędzia a Danae jedynie zabawia się lubieżnie ze złotym brokatowym szalem – czysta wulgaryzacja pięknych starożytnych historii. Do tego sam opis tego teatru nudny, jakby pośpieszna i zdawkowa relacja z przedstawienia Leszka Mądzika o papierze i folii, ale dla dorosłych. W sumie i tak jest to bardziej estetyczne widowisko (to w książce, nie u Mądzika) niż wypięty goły zadek aktrisy Szczepkowskiej, niemniej opowiedziane niemrawo, bez polotu, jakby autor bał się tematu, nie znał go albo sam nie wiedział, o co mu chodzi. Z ironią też u Ballestera słabo; pojawia się rzadko, a właściwie raz (dla ułatwienia dodam, że to w drugim akapicie na str. 284). Wysublimowane poczucie humoru jest tak wysublimowane, że niedostrzegalne. Ciekaw jestem, w których to miejscach tłumacz Charchalis śmiał się do łez. Albo ja jestem ponury jak księgowy w fabryce gwoździ, albo Charchalis to bardzo wesoły człowiek. Gratuluję, w takim razie.

Podczas lektury zastanowiła mnie nieco pisownia. Np. na str. 31 słuchają „Sonaty Kreutzerowskiej” w wykonaniu niejakiego Oistracka – czy może chodzi o skrzypka Dawida Ojstracha (ros. Ойстрах, ang. Oistrakh)? Miasto Genua (wł. Genova) w dopełniaczu zawsze pisało się Genui, nie Genuy, jak chce wydawca (tłumacz?). Na str. 402 jest „z ócz”, zamiast z oczu; str. 405 „nie znanego” zamiast nieznanego. Dziwne zaniedbania korekty. Pojawiają się też, bliżej nie wiadomo po co, formy niby poprawne, ale dziwolągowate, zbędne, rzadko stosowane, jak np. na str. 376 „ździr” (zwykle: zdzir), stylistyczne nieudolności (str. 360 i koncert na słowo „który”), błędy merytoryczne i logiczne (cztery okręty w rzędzie idą kierunkiem NNW-SSW z wyspą na kursie, co jest niemożliwe, powinno być NNW-SSE). Poznajemy nowe właściwości światła („ogień kominka to oświetlał nas, to przyciemniał nam twarze”). Cieszy natomiast polityczna niepoprawność i użycie ślicznego, a prawie że już zakazanego w ćwierćinteligenckim świecie słowa „pedzio”. Brawo za odwagę, señor Ballester y señor Charchalis! ¡No pasarán!

Ballester dostał w 1981 roku za „Wyspę Ściętych Hiacyntów” Premio Nacional de Literatura, najważniejszą hiszpańską nagrodę literacką; innych nagród i wyróżnień, także zagranicznych, posiadł w swoim życiu więcej, niż kilku znacznie bardziej znanych pisarzy razem wziętych. Tak, to bez wątpienia ważna postać w literaturze, i dla niej zasłużona, a jego dorobkiem można by obdzielić kilku mniej płodnych autorów. W literackim niebie (piekle?) Tomasz Mann czy Fiodor Dostojewski kulą się ze wstydu ze swoim „skromnym” dorobkiem, jeszcze bardziej kuli się Bruno Schulz. Mam wrażenie (fakt, że po jednej powieści), że Ballester to klasyczny przykład profesora literatury, który dużo o niej wie, sporo o niej pisze, jest doskonałym teoretykiem, nawet gawędziarzem, ale kiedy przychodzi do praktyki – czyli do TWÓRCZOŚCI, radzi sobie słabo. I nie pomogą tutaj ordery, znajomości z faszystami, później z komunistami, występy w radiu i telewizji, doktoraty honoris causa i inne wyrazy uznania oraz towarzyskiej lojalności. Talentu kupić się nie da, i choćby mówiono o jego wielkości na wszystkich hiszpańskojęzycznych uniwersytetach, zawsze znajdzie się myślący student, jakiś Vitoldo Gombro, który zapyta „dlaczego Ballester wielkim pisarzem jest?” I nie sądzę, by jak chce tego Saramago, Ballester siedział po prawicy Cervantesa w literackim niebie – chyba, że jako jego doradca w kwestiach życiowej zaradności i lawirowania, bo to z pewnością wychodziło mu lepiej, niż autorowi don Kiszota.

W sumie nie wiem, dla kogo jest ta książka. Na pewno nie dla tych, którzy szukają tego, co wypisywał na okładce wydawca – ci mogą się domagać zwrotu pieniędzy. Na pewno też nie dla miłośników historii, bo ci szukają rzetelnej powieści opartej na faktach albo fikcji osadzonej w historycznych realiach. Dla wielbicieli fantasy i podobnych dyrdymałów jest za trudna. Zwolennicy kryminałów i Chmielewskiej zasną. Apologeci Masłowskiej i literatury przydennej mieli problemy w szkole, więc nie będą potrafili przeczytać i zrozumieć nawet strony tytułowej Ballestera. W zasadzie nie wyobrażam sobie, by ktokolwiek przez „Wyspę Ściętych Hiacyntów” przebrnął. To, że jest mądra, że zawiera kilka niezłych literackich pomysłów oraz jest dowodem na pewną fantazję i wiedzę autora, to za mało, by uznać tę książkę za dobrą. Realizacja jest beznadziejna. Warsztat pisarski dziwaczny. Nuda. Ględzenie. Za dużo słów. Brak magii. Tutaj zwyczajnie Ballesterowi nie wyszło. To się zdarza nawet najlepszym, chociaż nie powinno. Więc czekam na kolejne tłumaczenia Galicyjczyka. Póki co, nadal do najwybitniejszych powieściopisarzy XX wieku będę zaliczał Manna, Haška, Gravesa, Nabokova, Bellowa i jeszcze kilkunastu prawdziwych magów literatury. Na tej liście Ballestera na razie nie ma.


Gonzalo Torrente Ballester Wyspa Ściętych Hiacyntów, Zysk i S-ka, Poznań, 2009.