LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA SPOŁECZEŃSTWO
______________________________________________________________________


Felieton: Jan Siwmir POWSTANIA, REWOLUCJE I REPUBLIKA KSIĄŻKI



Polska znana jest ze szlachetnych zrywów. Zero kalkulacji, kunktatorstwa, wyczekiwania czy taktycznych i strategicznych rozgrywek. Albo powstanie, albo bój do upadłego, albo Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy i szturm z bagnetami na czołgi. Nawet rozumiem ten sposób myślenia, bo sam niestety jestem Polakiem i gdzieś tam w duszy pokwikuje mi rycerz, a jego biały koń dopomina się o owies. Jak kompania wojska ze mną zadrze, to nie ma zmiłuj, rzucę się na kompanię z bronią jakiej naprędce dopadnę, choćby były to gołe widły... Że z góry wiadomo jak to się skończy? Cóż z tego? Rozum rozumem a ułańska fantazja ułańską fantazją. Dlaczego akurat u progu nowego roku przypomniał mi się Don Kichot? Z dwustu czterdziestu trzech i pół miliona powodów. Tyle właśnie obiecał nasz Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Bogdan Zdrojewski, na rozwój bibliotek i akcje wydawnicze w ciągu trzech lat. Wszystko niby wygląda, przynajmniej na pierwszy rzut oka, bardzo przyzwoicie. O katastrofalnym stanie czytelnictwa w Polsce wiemy od lat, można zatem powiedzieć, że nareszcie władze dostrzegły problem i chwała im za to, iż próbują na ten problem zareagować. Powstała Republika Książki, w której skład weszli, jak czytamy „twórcy kultury wysokiej i popularnej, działacze organizacji pozarządowych, czołowi dziennikarze, wydawcy, księgarze, naukowcy, przedstawiciele świata mediów i biznesu”, a patronat objęła małżonka prezydenta, Pani Anna Komorowska.

„Celem Republiki Książki jest stałe, intensywne wspieranie i koordynacja wszystkich działań na rzecz rozwoju czytelnictwa i bibliotek w najbliższych latach, tak, by dostęp do kultury i wiedzy był jak najszerszy. Republika Książki jest wyrazem wspólnej troski o losy polskiej kultury i polskiego państwa, dbałości o powodzenie przyszłych pokoleń. U podstaw Republiki Książki leży przekonanie, że biblioteki, szczególnie w małych miastach i wsiach, powinny stać się centrami lokalnych środowisk, bramami dostępu do wiedzy i kultury”.

Pięknie brzmi, prawda? A suma 243 500 000 działa na wyobraźnię. Dokładnie rozpisana na kwoty wygląda następująco: 150 mln zł na budowę i modernizację bibliotek gminnych rozłożone na trzy lata, 15 mln na zaopatrzenie tych bibliotek, 6 mln rocznie (!) na wspieranie wydawców, 8,5 mln rocznie (!) na rzecz poprawy społecznego wizerunku książki, 35 mln na digitalizację zasobów bibliotecznych. Jestem pod wrażeniem. Widzę tylko dwa maleńkie, jak najmniejsze śrubki w silniku samolotu, problemy. Po pierwsze o stanie czytelnictwa w Polsce wcale nie przesądza brak dostępu do słowa pisanego. Widać to najlepiej na przykładzie Warszawy. Na każdym osiedlu znajduje się kilka bibliotek. Ruch w nich jest, owszem, ale bez przesady. Po pierwszych kilku miesiącach od daty zakupu przez bibliotekę jakiegoś bestselleru (zazwyczaj zagranicznego), kiedy to do jednego egzemplarza tworzy się kolejka czytelników, zainteresowanie umiera śmiercią naturalną i bestseller spokojnie obrasta pajęczynką na półce. A przecież jest, i można po niego w każdej chwili sięgnąć. (Rodzime tzw. bestsellery czy książki kultowe pomijam, po nie w ogóle rzadko kto sięga, chyba że jest to Wiśniewski czy Grochola, ale ich książek żaden krytyk nie określa mianem „kultowej”). Dlaczego zatem przeciętny człowiek woli wydać 1,50 zł na kolorowe czasopismo, w którym więcej jest zdjęć celebrytów oraz gwiazd i gwiazdeczek znanych z telewizji i filmu niż słowa pisanego? Dobre pytanie. Zadałem je kilku znajomym paniom, z którymi pracuję. Przyciśnięte do muru zgodnie zeznają, że to, co oferuje rynek księgarski jest dla nich niestrawne (czytaj: za długie, niezrozumiałe, nudne i opowiadające o rzeczach ich niedotyczących, nieistotnych a przy tym nieatrakcyjnych). Kiedy nadmieniłem, że przecież istnieją takie, które są interesujące i podałem przykłady, kobiety odpowiedziały, że nie wiedziały że są, bo w recenzjach to „wszystko reklamują, że jest genialne i porywające, a potem jak się książkę bierze, to w ogóle nie wiadomo o co chodzi jak z tą, no, Masłowską na przykład”. Natomiast czytanie o gwiazdach poprawia samopoczucie, bo można obejrzeć ich pięknie ubrania i dowartościować się faktem, iż mają podobne problemy: miłość, zazdrość, dzieci, urządzanie domu etc. Pięknie wstrzeliła się w ten rynek Katarzyna Grochola, ze swoim cudownie jędrnym, żywym językiem i genialnym poczuciem humoru, ale za to ma ciągle pod górkę, ponieważ nasi rodzimi krytycy zamiast wyciągnąć wnioski, szczują ją wszystkimi możliwymi psami, a to co pisze nazywają „literaturą dla kucharek”. Generalnie większość osób utalentowanych jest w Polsce niszczona i musi przebijać się samodzielnie przez wrogie, zawistne środowisko. Talent w tym kraju jest jak trąd, który należy omijać, tępić i tłamsić jako zagrażający jedynie słusznym poglądom na literaturę.

Tak przechodzimy do drugiego problemu. Pomijam sposób przyznawania, rozdzielania i zagospodarowania pozostałych pieniędzy. Jeśli ktoś dla spokoju sumienia chce postawić kilka kapliczek... tfu... bibliotek, proszę bardzo. Wprawdzie odbywa się ta akcja za miedzy innymi moje pieniądze, ale i tak wpływu na podobne decyzje nie mam. Jednak 6 mln rocznie na wspieranie wydawców i 8.5 mln na rzecz poprawy wizerunku książki rocznie (czyli w sumie 43.5 mln w ciągu trzech lat) , ani chybi zostanie zawłaszczone przez obecnie „miłościwie” nam panujących guru od literatury. Środowisko pisarskie zamknięte jest w getcie, ustanowiło własne kryteria ocen literatury (takie, którym sami są w stanie podołać), własną hierarchię dziobania, powołało własnych królów, a właściwie królików. Za pomocą koneksji, wymiany dóbr i usług (pamiętacie te czasy?), a nierzadko prostego łapówkarstwa, panują oni na scenie literackiej i indoktrynują młode umysły. W dodatku panowie Maliszewski, Grzebalski, Świetlicki, Winiarski, panie Podgórnik, Wolny-Hamkało, Masłowska czy im podobni nie kryją, że jeśli społeczeństwo nie rozumie tego, co oni piszą, to... trzeba wymienić społeczeństwo. Gdzieś już na gruncie polityki słyszałem podobne hasła i gęsiej skóry dostaję, gdy mi się przypominają. Dzięki takim specjalistom od słowa pisanego panoszą się na półkach frazy typu:

heloł wagino, dzień dobry szyjko
zmieniwszy kosmiczną wyporność
znosisz dary małżonko – powiedział
Arnolfini – „a gdzie zanosisz dary?”

[jarek łukaszewicz „małżeństwo Arnolfinich”]

Potrafili z miernot uczynić osoby sławne, nie wątpię więc, że znajdą siły, by dobrać się do tych kilkudziesięciu milionów złotych, pachnących i kuszących jak pęto kiełbasy przed nosem psa. Nie chcę przesądzać, ale być może właśnie z ich inicjatywy cała akcja nabrała rozpędu.

W całym manifeście Republiki Książki jest tylko jedno krótkie zdanie:

„Pragniemy, aby polska szkoła kształtowała kompetentnych uczestników kultury, a nie biernych konsumentów informacji i wrażeń”.

Moim zdaniem od tego trzeba zacząć i na to wyłożyć większość pieniędzy! Biblioteki nie nauczą ludzi delektować się słowem pisanym. Szkoły powinny zadbać o edukację w tym zakresie na każdym etapie rozwoju dziecka i nastolatka, kontynuując swoją działalność poprzez instytucje kulturalne mające na celu rozwój dorosłego człowieka. Literatura zaś ma być dostosowana, tak jak każdy materiał edukacyjny, do wieku i percepcji człowieka. Od bajek czytanych dziecku, przez literaturę dla nastolatków, łatwą w odbiorze literaturę popularną, po pozycje ambitniejsze. Ponadto, jeśli szkoła od najmłodszych lat nie będzie uczyła, że słowami można bawić się jak puzzlami, układać z nich zamki i całe opowieści, żonglować ich znaczeniem, uczulać na dwuznaczność, którą za sobą niosą, wreszcie wydobywać z nich całą gamę uczuć, sprawiać, że ożywają w umysłach czytelników czy słuchaczy niczym najlepszy film, to kto to uczyni? Rodzice? Na pewno nie, ich pokolenie jest dla literatury stracone.

Przy okazji muszę napomknąć o jakże istotnej sprawie ściśle związanej z historią martyrologiczną Polski. Otóż u nas każda treść, która podana jest w sposób zrozumiały, ciekawy i przystępny uznawana jest za niepoważną. Pisarz musi immanentnie partycypować w transcendencie, używać wyszukanych słów, brzmieć patetycznie albo przynajmniej nudnie, wtedy może liczyć na ochy i achy krytyków. Tymczasem w USA nawet mowy prezydenta układane są w taki sposób, aby dotarły nie tylko do profesora, ale i do krawca, policjanta czy zecera. W dodatku jest w nich miejsce na dowcip, pointę czy odrobinę rubaszności. A o sukcesie książki decydują czytelnicy, nogami i kieszeniami. U nas o sukcesie decydują tzw. krytycy, którzy na zamówienie i zgodnie z wytycznymi zaprzyjaźnionego z nimi autora piszą recenzję i umieszczają w zaprzyjaźnionym piśmie. Książka ma świetne notowania, tylko nikt jej nie kupuje. Nijak się to zatem nie przekłada na pieniądze, stąd też w społecznym odbiorze pisarz to frajer. Dyskredytowanie osób z talentem przez tych samozwańczych królików literatury także nie pomaga. W rezultacie tworzy się błędne koło, efektem którego jest z jednej strony zalew bełkotliwej nudy, z drugiej lekceważenie dla osób parających się literaturą. Dzięki twórcom takim jak Tuwim czy Brzechwa książki dla dzieci trzymają poziom, potem jest już niestety z górki. A wśród naprawdę utalentowanych, żyjących pisarzy adresujących swoje książki do wyrobionego czytelnika i opisujących współczesną rzeczywistość znajdą się co najwyżej dwa, trzy nazwiska.

Dotkliwie brakuje w naszym kraju „literatury środka”. Takiej, która będzie ogniwem łączącym pomiędzy komiksem a dajmy na to powieściami Myśliwskiego. Brakuje programów oświatowych, nauczających, że słowo jest narzędziem, dzięki któremu można kształtować rzeczywistość. W Wielkiej Brytanii czy USA dużym uznaniem cieszą się kółka literackie, na uczelniach oblegane są przedmioty uczące kreatywnego pisania, prowadzone przez naprawdę najlepszych pisarzy. Czemu nie możemy brać przykładu z działań już sprawdzonych? Bo przecież nawet jeśli u nas gdzieś organizuje się warsztaty pisarskie, to kto je prowadzi? Znajomy dyrektora Domu Kultury, który jest akurat „w wielkiej finansowej potrzebie i trzeba mu dopomóc”. Czy Republika Książki raczy dostrzec powyższe problemy? Nie sądzę. Zerwaliśmy się do rewolucji zmieniającej świat a wyjdzie... jak zwykle. Znowu wydamy pieniądze na przysłowiowe „ obieranie ziemniaków w galerii”. Bo ktoś przekona decydentów, że to sztuka. I zainkasuje pokaźną część wielomilionowego tortu.

Felieton: W.A. Grzeszczyk ZGODA BUDUJE, NIEZGODA RUJNUJE


Kiedy młody, poszukujący swojej indywidualności pisarz wymienia często nazwisko pisarza dojrzałego i oryginalnego oraz poświęca mu uwagę na forum publicznym, można przypuszczać, że albo jest to przejaw młodzieńczej fascynacji męskością i talentem, albo wyraz zazdrości i nienawiści.

Jacek Dehnel, pisarz jeszcze młody, nie ukrywa swoich zainteresowań i fascynacji, także tych literackich. Jego ostatnim, poza internetem i guglami, odkryciem, by nie rzec obiektem westchnień, może nawet idolem, jest Tomasz Sobieraj, enfant terrible polskiej krytyki literackiej, pisarz, poeta i fotografik. Nie należy on do artystów, o których często mówią media, i tę niestosowność Jacek Dehnel stara się zatuszować, zresztą chyba nie sam, bo, wydaje się, wspierany przez swoich wielbicieli. Wysiłki tej grupy admiratorów osiągnęły swój cel, czego dowodzi rosnąca pozycja Sobieraja w literackim świecie i popularność jego książek.

Droga do tej literackiej i męskiej przyjaźni nie zawsze była usłana kwiatami. Był czas nienawiści i zazdrości, gdy internetowi poeci pod kierownictwem Dehnela usiłowali pomniejszyć znaczenie łódzkiego artysty, stosując metody, które trudno zaliczyć do dżentelmeńskich. Wpatrzone w komputerowe monitorki i natchnioną twarz swojego przewodnika dzieci internetu prowadziły szyderczą kampanię przeciwko Sobierajowi. Wtedy to właśnie Jacek Dehnel zyskał miano Dody literatury – nieprzypadkowo, bowiem podobnie jak owa popularna gwiazda estrady, ten młody pisarz łączy w sobie nieprzeciętną urodę, wdzięk, smak, inteligencję i cięty język. Jednak przyszło opamiętanie. Z czasem arogancję i złośliwość zastąpiły uczucia wyższe, i nawet fakt, że na spotania autorskie z Sobierajem przychodzi więcej osób niż na biblioteczne wieczorki z Dehnelem, nie był w stanie ochłodzić coraz cieplejszych uczuć pomiędzy dwoma artystami.

Jednak każda, nawet ta o podłożu erotycznym przyjaźń narażona jest na próby wytrzymałości. Mimo że w ostatnim numerze czasopisma literackiego Migotania Przejaśnienia z 2010 roku Jacek Dehnel dużo miejsca poświęca Tomaszowi Sobierajowi, niepokoi fakt, że stara się ten związek upolitycznić, a Tomasza Sobieraja ukrzyżować na Krakowskim Przedmieściu i to już po całej awanturze związanej z tamtym miejscem – takie podgrzewanie na siłę minionych waśni świadczyć może o kuriozalnym gorączkowym poszukiwaniu tematu do kolejnej książki, według własnej, nazbyt dosłownie rozumianej recepty, że „Literatura, jak przedsiębiorca pogrzebowy, żyje z bólu i rozpaczy”. Nie wiadomo tylko, czy chodzi bardziej o masochistyczne, czy o sadystyczne podejście do problemu, tak czy owak jedno i drugie mogłoby nieopatrznie stać się źródłem wyrafinowanych rozkoszy pozaliterackich i nie daj Boże utrącić Dehnela jako pisarza, dla którego, jak zwierzył się Markowi Doskoczowi, „samozadowolenie, sytość i radość rzadko kiedy jest dobrym tematem dla literatury”.

Ten króciutki felieton jest głosem przyjaciela obu panów, apelem o nienastawanie na siebie w imię męskiej przyjaźni i o walkę fair play o względy kapryśnej Pani Literatury. Aby więc nie dopuścić między nimi do kolejnego nieporozumienia, chciałbym zdementować fałszywą pogłoskę, jakoby p. Tomasz Sobieraj kiedykolwiek powiedział o p. Jacku Dehnelu „picka” – przecież nazywanie p. Dehnela picką nie dość, że byłoby wulgarne, to mijałoby się z anatomiczną prawdą.


APPENDIX, czyli wyrostek

Na koniec powinienem z całego serca podziękować panu Dehnelowi za to, że swoimi słowami powołał mnie do życia i utkał mnie, w co niezachwianie wierzę, z marzeń o prawdziwym człowieku (zawistnicy szepczą, że to zupełnie jak w socrealistycznej radzieckiej opowieści, ale przecież ta epoka była wyzuta z wszelkiej duchowości, nie to co teraz) oraz przyodział na zimę w ciepłą pelisę i chwali się mną „od lewej do prawej i z góry na dół” – w ten jakże niebanalny sposób narodziło się równolegle jego pisarstwo. Ale marzy mi się, jak każdej półsierocie, poznać jeszcze imię szanownej mamusi – anonimowej pisarki, z którą mój dobroczyńca, jak sam przyznaje się w wywiadzie, obcował na kanapie. Chyba że jestem tworem li tylko wirtualnym, na miarę naszej cywilizacji.

Co bym raczej nie wolał.

Grzeszczyk

Felieton: Jaroslav Hašek NAJWIĘKSZY PISARZ CZESKI JAROSLAV HAŠEK (fragmenty)


...czuję, że trzeba odłożyć na bok zbyteczną skromność i poddać się przed całą rzeszą czytelników bezstronnej, poważnej autokrytyce.

...muszę swoje postępowanie i własne czyny oceniać jak najbardziej obiektywnie, a jednocześnie na tyle jasno, by nikomu nie umknęła ani jedna ze wspaniałych cech mojego szlachetnego charakteru. Bywają oczywiście w moim życiu takie chwile, kiedy - będąc pod wrażeniem kolejnego własnego wyczynu - szepczę sam do siebie: „Mój Boże, ależ zuch ze mnie”. No dobrze, lecz co mi to da, jeśli świat o tym się nie dowie? Świat musi dojść do tego samego wniosku, a ludzkość musi należycie ocenić nie tylko moje wspaniałe predyspozycje i olbrzymie zdolności, ale przede wszystkim mój bajeczny talent i nieporównywalnie szczery charakter. Może ktoś mi zarzuci, dlaczego nie kazałem tego bałwochwalstwa napisać komuś innemu, bardziej do tego powołanemu; dlaczego popełniam gwałt na mojej skromności, chwaląc się samemu?

Odpowiadam: Dlatego, ponieważ sam siebie znam najlepiej, a zatem na pewno nie napiszę o sobie nic takiego, co by nie było zgodne z prawdą, ponieważ byłoby śmieszne, gdybym, pisząc o sobie, przesadzał. Dlatego, kiedykolwiek zachodzi potrzeba by siebie pochwalić, dobieram wyrazy najskromniejsze, ale zdecydowanie stoję na stanowisku, że skromność zdobi mężczyznę, lecz prawdziwy mężczyzna zdobić się nie powinien, dlatego też nie wolno być skromnym ponad miarę (...) Nie wstydźmy się publicznie podkreślać własne walory! Jakże to piękne, kiedy można śmiało oświadczyć: „Szanowni państwo, jestem geniusz”, podczas gdy taki zbytecznie skromny mąż oświadczyłby: „Szanowni państwo, jestem bydlę”.

Człowiek rozumny sprytnie się pcha do przodu, zabiegając gorliwie o sławę, gdy tymczasem taki gapcio siedzi w toalecie. Człowiek rozumny, oceniając siebie należycie, potrafi się wybić również w życiu publicznym. Gapiostwo to najgorsza cecha charakteru. To oszustwo, owinięte woalką skromności, a na mnie, męża tak wielce zasłużonego na polu czeskiej literatury, polityki i życia publicznego spadłaby hańba, byłby to z mojej strony grzech popełniony na narodzie czeskim, gdybym pozostawił go w niepewności co do tego, czy jestem lub nie jestem człowiekiem genialnym.

I dlatego właśnie powiem zupełnie jasno: w dziejach ludzkości pojawił się tylko jeden osobnik wszechstronnie doskonały, a jestem nim ja. Weźcie na ten przykład pierwsze z brzegu, niezwykle udane, opowiadanie mojego autorstwa. I co zobaczycie wertując strona po stronie? Że każde zdanie zawiera głęboki sens, że każde słowo jest na właściwym miejscu (...) Wspaniałym przeżyciem jest przeczytać choćby jedną linijkę mojego tekstu, a kto tak uczynił, doznał błogiego uczucia, jakby jakiś czar wypełniał jego duszę, jakby go coś grzało, więc z błogim uśmiechem postanawia nie rozstawać się z moją książką nigdy i od tego czasu nosi ją stale przy sobie. Kilkakrotnie byłem świadkiem, jak ludzie z niesmakiem odkładali jakieś czasopismo, bo nie było w nim nic mojego. To prawda, ja też tak czyniłem, należę bowiem także do moich wielbicieli i wcale się z tym nie kryję. Każdą z moich wydrukowanych prac każę sobie czytać na głos przez moją żonę Jarmilę, najmilszą i najinteligentniejszą kobietę na świecie, i po każdym zdaniu nie mogę się powstrzymać od zawołania: „Toć to pyszne, toć przepiękne! Co za głowa, ten pan Jaroslav Hašek!” - Wspominam o tym tylko tak na marginesie, gdyż jest to wspaniały przykład potwierdzający fakt, jaki niebywały entuzjazm budzą w kręgach czytelników moje prace literackie (...)

Dygresje: Julisz Słowacki BENIOWSKI (fragmenty)


Lecz widzę, że mię ten liryzm zabija,
Że na Parnasu szczyt prowadzi stromy,
Kiedy czytelnik tę górę omija
I woli prosty romans, polskie domy,
Pijące gardła, wąsy, psy, kontusze;
A nade wszystko szczere, polskie dusze.
(...)
Tu widzę, że mi się poemat uda,
Że mi już muza swoich łask użycza;
Więc dalej! Wieszczów galopem wyprzedźmy,
(...)
Lecz ten poemat będzie narodowy,
Poetów wszystkich mi uczyni braćmi,
Wszystkich - oprócz tych tylko - których zaćmi.
(...)
Wyjdę z dzisiejszej estetycznej cieśni
I skrzydeł mojej muzy rozpostarcie
Tęczowym blaskiem was oślepi wcześniej,
Niż miałem zamiar.
(...)
Nowi poeci rodzą sie jak grzyby.
(...)
Każdy ma język swój, co jest kulawym.
Szkoda, że wszyscy są okuci w dyby,
(...)
Był czas, żem lękał się pospolitości,
Jako święconej duch się lęka wody;
Lecz teraz często schodzę z wysokości
Dla własnej sławy, pokoju, wygody;
Krytykom jak psom rzucam kilka kości,
Gryzą, lecz przyjdzie czas, że te Herody,
Przez których teraz moje dzieci giną,
Będę gdzieś w piekle gryzł jak Ugolino.
(...)
Więc nie mieszajcie mi się tu, harfiarze,
Którym dziś klaska tłum! - precz mowo smętna,
(...)
Choć mi się oprzesz dzisiaj - przyszłość moja!
I moje będzie za grobem zwycięstwo!...
Legnie przede mną twych poetów Troja,
Twe hektorowe jej nie zbawi męstwo,
Bóg mi obronę przyszłości poruczył:
Zabiję - trupa twego będę włóczył! -
(...)
A sąd zostawiam wiekom. - Bądź zdrów, wieszczu!
Tobą się kończy ta pieśń, dawny boże.
Obmyłem twój laur w słów ognistych deszczu
I pokazałem, że na twojej korze
Pęknięcie serca znać - a w liści dreszczu
Widać, że ci coś próchno duszy porze.
Bądź zdrów! - A tak się żegnają nie wrogi,
Lecz dwa na słońcach swych przeciwnych - Bogi.

OD REDAKCJI



Napłynęły pierwsze 42 recenzje-nominacje książek do nagrody Krytyki Literackiej. Część z nich została odrzucona z przyczyn formalnych (były bez sensu, z błędami, za długie, za krótkie itd.) i w ten sposób w posiadaniu redakcji są 23 recenzje 14 książek. Przypominam, że regulamin nagrody znajduje się w listopadowej Krytyce Literackiej.

Jednocześnie ogłaszam plebiscyt na najlepszy tekst opublikowany w Krytyce Literackiej. Wystarczy do końca tego roku wysłać wybrany tytuł na adres w.egerth@wp.pl by w styczniu wziąć udział w losowaniu jednego z trzech czytników książek elektronicznych (zwanych po polsku e-bookami, a może ebukami?) iRiver Story - szczególy techniczne tego świetnego urządzena na stronie www.iriver.com/product/view.asp?pCode=002&pNo=72

Chciałbym również polecić dwa miejsca w internecie godne uwagi. Pierwsze to blog Krzysztofa Jureckiego – historyka sztuki, wykładowcy, współpracownika PWN i Instytutu Adama Mickiewicza, autora książek oraz wielu tekstów traktujących o fotografii. Jak sam pisze, ten blog to „lustro pamięci i notatnik (szkicownik). Poświęcony jest sztuce i fotografii oraz ich implikacjom, wynikającym z życia. Najczęściej piszę o fotografii, czasem o filmie i teatrze. Niekiedy publikuję własne prace. Ważny jest dla mnie potencjał krytyczny w stosunku do mass-mediów i oficjalnej polityki kulturalnej”. www.jureckifoto.blogspot.com/

Drugie miejsce na które chciałbym zwrócić uwagę to Internetowy Magazyn Kulturalny; w ostatnim wydaniu tego wideo-magazynu poeta, dziennikarz i eseista Józef Baran rozmawia z prof. Stanisławem Burkotem o kondycji polskiej współczesnej poezji.
www.poezja-polska.pl/fusion/viewpage.php?page_id=143

POD CHOINKĘ

Dla oszczędnych, proekologicznie nastawionych, idących z postępem, polecam darmowe książki elektroniczne (e-booki), które można wgrać do czytnika, komputera i jeszcze rozesłać dalej przyjaciołom, a nawet wrogom (niech zobaczą jak piszą najlepsi); można też sobie ściągniętą książkę wydrukować w pracy, jeśli ktoś nie lubi czytać z ekranu a szef nie liczy papieru.

Wioletta Sobieraj, ALEJA RÓŻ - http://www.wioletta-sobieraj.fmi.pl/ - doskonała, satyryczna powieść społeczno-obyczajowa z wątkiem kryminalnym i erotycznym (tradycjonaliści mogą również zamówić wersję papierową u wydawcy editionssurner@wp.pl za jedyne 35 zł i z autografem autorki).

Marek Trojanowski, ETYKA I POETYKA, t. I-IV - www.literator.pl/?page_id=171 - najbardziej obszerne i szczegółowe dzieło traktujące o współczesnej polskiej poezji; nowatorskie, krytyczne, pełne dygresji, ironii, erudycyjnych odniesień, stanowi równocześnie interesujący przykład literatury pięknej.

Natomiast dla miłośników celulozy, wrogów drzew, konserwatystów i bardziej zasobnych proponuję książki wyłącznie papierowe: antologię opowiadań WBREW NATURZE (z udziałem m.in. Anny Janko, Włodzimierza Kowalewskiego, Grażyny Plebanek, Tomasza Sobieraja); zbiór esejów i reportaży PODRÓZE Z TEJ I NIE Z TEJ ZIEMI Józefa Barana, wspaniałą opowieść Janusza Głowackiego GOOD NIGHT, DŻERZI oraz NIBY-DZIENNIK, czyli nie tylko intelektualną spowiedź Zygmunta Mycielskiego.

Z NAJLEPSZYMI ŻYCZENIAMI

Witold Egerth

Esej: ŚWIAT EMILA CIORANA


Od rumuńskiej mistyki do francuskiej gramatyki

Autorzy: Mariusz Bober, Dariusz Magier


Jesienią 1997 roku w Paryżu ukazał się gruby tom notatek Emila Ciorana. Zaskoczenie, bo wydawało się, że o pisarzu zostało już powiedziane i napisane wszystko. W „Cahiers”, czyli „Zeszytach”, poznajemy Ciorana innego. Zapiski z lat 1957-1972 to tysiąc stron znakomitej prozy rumuńskiego emigranta, z którymi polski czytelnik mógł zapoznać się w 2004 roku.

Wielki świat wygląda zza okienka, wysublimowana literacka myśl, przecież nieznana dla zwyczajnego zjadacza chleba, jakże odległego od wydarzeń z paryskich księgarń. Przedziwne, jak wąski jest krąg odbiorców, dla których pojawienie się „Zeszytów” Ciorana staje się wydarzeniem. Gdyby chcieć ująć w jedno zdanie, esencję, to zawsze zaskakujący staje się świat pisarza. Zaskakujący – wszak pisarz wiedzie tak odmienny styl życia, że przeciętny zjadacz chleba uzna go za społecznie nieprzydatny, wyobcowany. A przecież literackie podróże Ciorana skłaniają do refleksji, gdy obserwujemy jak krok po kroku stawał się wnikliwym myślicielem, któremu towarzyszyły muzyczne wspaniałości Bacha. Czyż nie jest tak, że dopiero polemika, czy też nawiązywanie do myśli innych pisarzy, w pewien sposób pomaga wniknąć w ich osobliwy świat, świat również intymny, w którym bohater opowiada o tym, co je na śniadanie, co czyta, kiedy nie tworzy, i jakie rozterki nim targają. Można ubolewać, że tak mało wnikamy w literacki świat twórców.

Cioran żyje w poczuciu porażki, zauważa, że jego pokolenie, pokolenie rumuńskich intelektualistów, poniosło klęskę. Mowa oczywiście o wydarzeniach sprzed wybuchu drugiej wojny światowej. „Co zawdzięczam Iron Guard?” – pyta i odpowiada – „Konsekwencje wynikające dla mnie ze zwykłego młodzieńczego uniesienia były i są tak ogromne, że w późniejszym czasie okazało się dla mnie niemożliwością orędowanie za jakąkolwiek sprawą, nawet zupełnie nieszkodliwą, nawet szlachetną, czy Bóg wie jaką. To dobrze, że przyszło nam drogo płacić za szaleństwo młodości; później oszczędzamy sobie niejednego rozczarowania” .

Międzywojenna Rumunia to niedowład ustrojowy, powszechne malwersacje, korupcja, nepotyzm, fałszerstwa wyborcze i chaos gospodarczy. W 1927 roku młody idealista nacjonalistyczny Corneliu Zelea Codreanu, zwany przez zwolenników Kapitanem, organizuje Legion Michała Archanioła, którego „zbrojnym ramieniem” była tzw. Żelazna Gwardia. Zaczął działalność z małą grupą studentów, w której wprowadził klasztorno-koszarową dyscyplinę stając się raczej prorokiem niźli przywódcą politycznym, a codziennością legionistów był religijny mistycyzm, poświęcenie, ascetyzm i kult śmierci. Wkrótce ruch rozrósł się do ponad 350-tysięcznej organizacji. Mieszkali we wspólnotach zwanych gniazdami, wędrowali po kraju z ikoną Michała Archanioła głosząc rychłe zwycięstwo nad szatanem i pomagali chłopom w pracach polowych. Legion Michała Archanioła zgromadził elitę młodego pokolenia Rumunów. Członkiem bukareszteńskiego gniazda „Axa” był Emil Cioran. Jako młodego eseistę pchnęła go tam fascynacja chrześcijańską mistyką śmierci, męczeństwa, obojętnym przyjmowaniem cierpienia, które wówczas pojmował jako dominujący składnik ludzkiej egzystencji. To wszystko znalazł w ruchu, na którego czele stał Codreanu. W 1933 roku członkowie Legionu tworzą Komando Śmierci, którego zadaniem jest jednak nie zabijanie, ale przyjęcie śmierci. Miała to być forma ideowego apostolstwa, kolejne w dziejach Europy krucjaty dziecięce – kolumny młodzieży legionowej uformowanej w znak krzyża (tzw. żywe krzyże). Grzegorz Górny pisze: „Po drodze śpiewali pieśni, wznosili legionowe hasła, piętnowali bezprawie władz. Zatrzymywani przez policję i żandarmerię (...) klękali i modlili się. Wkrótce cały kraj przemierzały kolejne grupy «krucjaty dziecięcej», gromadząc na swej trasie wielotysięczne tłumy. (...) Kiedy w miejscowości Teius żołnierze otworzyli ogień, Legion doczekał się pierwszego męczennika”.

Po latach Cioran określi Legion Michała Archanioła, w którym czynnie uczestniczył, mianem „obłąkańczej sekty”. „Był to ruch okrutny, mieszanka prehistorii i profesji, mistycyzmu, modlitwy i rewolweru, prześladowany przez władze i zabiegający o prześladowania” – napisze.

Nie przypomina w samokrytyce swej młodzieńczej postawy innego Rumuna, również popierającego w młodości Legion Michała Archanioła, Mircei Eliadego. Słynny religioznawca nie wspomina przeszłości, ale też nie przyłącza się do politycznie poprawnego chóru krytykującego międzywojennych młodych rumuńskich narodowców, zaś jego książkę zatytułowaną „Od Zalmoksisa do Czyngis-chana” można określić mianem apoteozy ojczyzny i własnego pokolenia, pokolenia legionistów – idealistów, którzy próbowali zmierzyć się z przeszłością i – jak to określi Przemysław Dulęba – ideą „mocnego dobra”.

Natomiast do Ciorana „grzechy młodości” wracają w postaci sennego koszmaru na jawie i nigdy nie kończą swojego nań wpływu. Przeszłość jest dlań przekleństwem, które zaważyło na dalszych jego losach, ale jednocześnie fascynuje go ona i nie pozwala na komfort innej niźli kontr-ideowa postawy.

W „Zeszytach” zauważamy głęboką ambiwalencję, klasyczną dwuznaczność właściwą każdemu dziennikowi – rozdarcie między refleksją filozoficzną a materią egzystencjalną zapisywaną in crudo. Autor przechodzi głęboką metamorfozę, od pochwały czynu do apoteozy ataraksji. W tej metamorfozie nurt miał swoich wybitnych przedstawicieli: Martina Heideggera, Gottfrieda Benna, Ernsta Jungera czy też Andre Malraux, a w świecie anglosaskim W. H. Audena. Jego metamorfoza to zmiana myśli filozoficznej na kontynencie orientującej się na młodość. Cioran należał do pokolenia, jakże licznego i spóźnionego, wielbicieli i uczniów Fryderyka Nietzschego – poszukujących innych „łatwopalnych idei”. Jednak dojrzewa: „Z biegiem czasu, coraz częściej stwierdzam, że w każdym punkcie stoję na antypodach myśli Nietzschego. Coraz mniej lubię myślicieli szalonych. Wolę mędrców i sceptyków, «nienatchnionych» par excellence, których żaden ból nie ekscytuje ani nie bulwersuje. Lubię myślicieli podobnych do wystygłych wulkanów”. Przypomina w tym trochę pięćdziesięcioletniego duchowego spaślucha, który – wspominając swoje życie – z odrazą dziwi się, że kiedyś mógł łazić po drzewach.

Z chwilą kiedy dokonuje zwrotu w stronę mistycznej pasywności, do tego dowcipnej, zamienia mistrzów niemieckich na francuskich. Dla znawców europejskiej topografii intelektualnej skok ten nie jest kwestią przeprowadzki z jednego miasta do drugiego, z jednej ulicy na inną. To skok nad Renem, nad przepaścią dzielącą dwie absolutnie inne koncepcje kultury i literatury, definiujące przez długi czas różne postawy i oczekiwania. W pewnym momencie porzuca pisanie po rumuńsku i niemiecku, by skupić się na języku francuskim, tym samym koniecznością stała się gramatyka francuska. Od tej chwili autor podziwia elegancki francuski sceptycyzm, w końcu wpisuje się w długą linię francuskich moralistów i prawdopodobnie staje się jednym z ostatnich przedstawicieli tejże. Studiuje dzieła Pascala czy Montaigne’a „wykradając” również z francuskich pamiętników inspiracje, „sól attycką”, francuskie esprit. Nie omija salonów. Zatracając transcendencję porzuca – jako posiadające w sobie ziarno zniszczenia – zaangażowanie ideowe. To prawda, wojna idei może niszczyć ludzkie ciała, jednakże apatia „nienatchnionych” niszczy ludzkie dusze.

Wartość „Zeszytów” bierze się również stąd, iż zwierają ogromny żal za tym, co autor porzucił. Jak się okazuje, łatwiej jest wertować strony jadłospisu, niż przerzucać stronice wielkich kultur. Dzieło od strony „archeologicznej” jest pasjonujące: zawiera niemiecką poezję, niemieckich mistyków, takich jak mistrz Eckhart, dalej muzyka niemiecka i – oczywiście – wielki Jan Sebastian. Przedziwne, że autor stylizuje się na wygasły wulkan, chwaląc chorobę, bezsenność, czy zmęczenie. Po co? Pozornie? Bo jednak odzywa się w nim tęsknota za „wulkanami czynnymi, za szczytami, nad którymi unoszą się oznaki aktywności”?

Obok konotacji rumuńskich, niemieckich, francuskich, Cioran, zaraża się Hiszpanią. Dlaczego miłość do Hiszpanii? Hiszpania to kraina honoru, rycerskości, pasji, mistyki, a przede wszystkim ojczyzna nostalgii. Znajduje zastępczą Rumunię, staje się Hiszpanem.

Czym jest dziennik intymny? Wynalazkiem pisarzy nowożytnych. Nigdy nie odnajdziemy dziennika Homera, Dantego czy Szekspira. Ci autorzy przedstawiali życie w walce, w doświadczeniu. Pisarz ciągnie nas wręcz za rękaw, by pokazać, co posiada w zakamarkach swojej pracowni. Niedojedzony pasztet, brudna kurtka, kotlet schabowy, sterta starych gazet, zabłocone buty, niezmyte naczynia – to również jego świat. W przypadku Ciorana nic takiego nie spotkamy, jakby zamykał akurat te podwoje swojego świata. Nic na temat prywatnego życia. Poznajemy jedynie filozofa i jego nastroje? Nie spotykamy też jego bliskich? Po „S.” domyślamy się jedynie, że chodzi o Simone Boue, towarzyszkę jego życia, która przygotowuje dzienniki do druku, sama jednak ginie tragicznie. Inni pojawiają się epizodycznie – Ionesco, Beckett, Celan czy Czapski.

Ucieczka od rumuńskiej mistyki w gramatykę francuską nie uwalnia go od „demonów”, które kierowały jego poczynaniami w młodości. Widzimy autora jako człowieka nerwowego, toczącego bój z własnym temperamentem, marzącego o buddyjskiej obojętności, a w rzeczywistości nie potrafiącego przeżyć choćby jednego dnia w spokoju. Awantury w urzędach to dlań rzecz normalna. Przedziwne, marząc o samotności prowadzi bogate życie towarzyskie, „kolacyjne”, gdzie spotyka kolegów literatów, którymi gardzi w swoich dziennikach. Rezygnując z idei zamienia aktywność na jałowość.

Cioran jest niezmiernie błyskotliwym pisarzem, suwerennym, nie podlegającym modom, skrzętnie szperającym w bibliotekach w poszukiwaniu dzieł zapomnianych. Zadziwia pochwała „cienia” w jego twórczości. Kłują w oczy paradoksalne stwierdzenia: „klęska jest lepsza od zwycięstwa”, „każdy sukces jest wulgarny”, które znowuż stanowią powrót do „złej” przeszłości eseisty. Jednakże w autowyrzutku Emilu Cioranie idea rumuńska zamienia się w swoją karykaturę. Mistyka śmierci ewoluuje w mistykę błahostek. Przedziwne przemianowanie pochwały życia. „Zeszyty” stają się wielkim hymnem na cześć dekadencji, upadku, impotencji życiowej.

Cioran to sceptyczny emigrant. Zagajewski twierdzi, że emigranci to ludzie szczęśliwi. Ludzie, którzy starannie ukrywają swoje szczęście. Osławiona nostalgia, lata dzieciństwa, dźwięki dzwonów, ośnieżone Karpaty. Balansowanie pomiędzy zaletami emigrowania, a pozostaniem w kraju, pomiędzy tym, co traci emigrant, a za czym tęskni człowiek wzorem Immanuela Kanta, który nigdy nie opuścił swojego miasta.

A co z Cioranem? Ponoć nie wrócił szczęśliwy do Rumunii tracąc pamięć w Paryżu na podobieństwo amnezyjnych starców. Powojenna Rumunia, naród komunistycznego cara Ceausescu, wywiera nań ciągle ogromny wpływ. To „naród nieszczęśliwy i nieuczciwy...”, „naród, w którym wszystko przekształca się w miniaturę”. A przecież w swojej intelektualnej układance zawiera istotne klocki teologów i myślicieli, mistyków i kompozytorów, w końcu poetów. On sam, jakby paradoksalny, kiedy mówi: „Prawdziwy pisarz trzyma się ojczystego języka, nie zamierza szperać w tej czy innej obcej mowie. Umie się ograniczyć – oto jego sekret”, łamie własną regułę.

Po co więc czytać „Zeszyty”? Choćby dla samej ich błyskotliwości, zaskakującej inteligencji, w końcu dla samego stylu. Cioran wypowiada ciekawe zdania, np.: „Niepodobieństwem jest napisać listu kondolencyjnego, nawet jeśli jest się szczerym. To gatunek najbardziej fałszywy; ciekawe, że nie został zniesiony za jednomyślnym postanowieniem”. Nie znajdujemy u niego dłoni złożonych do modlitwy, znajdujemy niemalże wściekłą ciekawość, która ma zastąpić modlitwę. Dociekliwość, która pcha go do bibliotek, do lektury, do innych ludzi. Modlitwa to ciekawość skierowana do samego siebie.

Czy czytelnika nie zniechęci lapidarny styl Ciorana? Ten styl zwodzi, pulsuje, irytuje. Wypowiada zdanie, a za chwilę mu zaprzecza. Jeden z recenzentów nazywa go „Beduinem myśli”, inny twierdzi, że bohater uprawia „najbardziej błyskotliwy irracjonalizm bałkańskiej beznadziejności”.

Ale też Cioran nie nabiera się na intelektualne mody. Absolutnie suchy przechodzi obok zmieniających się francuskich nastrojów, ba, wyszydza na dokładkę epokę strukturalizmu, kiedy wszyscy, jak jeden mąż, pisali o języku. Epatuje post-legionowymi wypaczeniami, takimi jak: „Jednostka, podobnie jak naród, jest coś warta tylko wtedy, gdy zostaje zwyciężona. (...) Ktoś, komu się udało, z punktu staje się nieinteresujący”. Świat nieudaczników i życiowych rozbitków staje się również światem osobnym, innym gettem wartym zainteresowania, miejscem, w którym również toczy się życie. Cywilizacja pomiędzy światem idei a kontr-idei.

Zagajewski określi jego literackie zmagania jako „snobizm rozpaczy”, ma wątpliwości, czy użyć określenia „nihilizm”. Cioran korzysta z własnej medycyny jako lekarstwa na „infekcję cienia”. Przeciwwaga to jego erudycja zdobywana w sposób chaotyczny, egzystencjalny i być może dlatego bardziej wyrafinowana. A przecież niejaki Constantin Noica, mistrz młodych intelektualistów, krytykował Ciorana za lekturę mistrzów drugorzędnych, nie tak jak on, który delektuje się Platonem, Arystotelesem, Heglem, Heideggerem. A Eckhart, Seneka – drugorzędni? Cioran unika modnych gigantów, boi się ich. Obawia się, że mogą na powrót rozpalić w nim ogień i pchnąć na powrotną drogę od kontr-idei do idei. Nie chce już iść za wielkimi, tak jak kiedyś poszedł za Codreanu. Strach przed złym wyborem obezwładnia go. Jednak w tej kontrowersji znajdujemy także dążenie do prawdziwego, wolnego wyrazu myśli, unikanie myślowej łatwizny, fascynację umysłami samotnymi i surowymi dla siebie. Wypowiada zdania, które intrygują, pompują do szarych komórek pytania.

W gruncie rzeczy w przeklinaniu przeszłości przez autora „Brewiarza zwyciężonych” możemy odczytać żal za utraconymi szansami, za porywami serca. Kontr-ideowość wydaje się być tu wyborem rozpaczy po upadku tego, co Eliade określi mianem „duchowej rewolucji” opisując zachowanie legionistów internowanych wraz z nim w obozie Miercurea-Ciucului: „Wieczorna modlitwa kończyła się potężnym «Bóg jest z nami», odśpiewanym przez trzysta głosów. Na ostatnim piętrze znajdowało się pomieszczenie na «nieustanną modlitwę». Dniem i nocą któryś z więźniów przez godzinę modlił się tam lub czytał Biblię, przerywając tylko wówczas, gdy ktoś inny przychodził go zluzować”. Postawę Ciorana mógłby przyjąć Leon Degrelle, Belg również obciążony ideowym „grzechem młodości”, gdyby (co się, na szczęście, nie stało) jego dusza przestała „płonąć”, a w jej miejscu pozostał zimny, bolący kamień. Tak jakby pisarz ubolewał nad tym, że ominął go chrzest krwi, który Żelaznej Gwardii zgotował królewski rząd Rumunii. 30 listopada 1938 roku Corneliu Zelea Codreanu oraz trzynastu jego dowódców Legionu Michała Archanioła zostało zamordowanych w więzieniu Doftana. Zabił ich ten sam Tron, o którym niespełna pięć lat wcześniej w „Podręczniku dowódcy gniazda” Kapitan pisał: „Legion stoi niezłomnie na straży wokół Tronu, na którym zasiadali Książęta i Królowie poświęcający się w obronie chwały i dla dobra Narodu”. Ciała przywódców Legionu wywieziono do lasu, wrzucono do głębokiego dołu, oblano kwasem, potem zasypano wapnem i zalano betonem. Technika zaangażowana w walkę z ideą. Na myśl przychodzi legenda związana ze śmiercią polskiego poety związanego z ruchem narodowym, Andrzeja Trzebińskiego, któremu przed rozstrzelaniem Niemcy mieli zalać ustawa wapnem. Jedenaście lat po zabiciu Codreanu Cioran oddał jednak swoisty hołd postawie legionistów pisząc mesjanistycznie: „Wszystkim wodzom pościnano głowy, a ich trupy wyrzucono na ulice: spotkało ich przeznaczenie, co zwalniało kraj ze spotkania z własnym”. Ale nie była to prawda, a jedynie refleksja emigranta, chwilowa słabość późniejszego przedstawiciela gramatyki francuskiej.

W „Zeszytach” czytelnik napotka przewrotność, która z jednej strony będzie przyciągać, z drugiej odpychać. Znajdzie zranionego człowieka w wiecznym ruchu pomiędzy smutkiem a ciekawością, życie i historię współczesnego intelektualisty, „podróżnika” po kulturach, którego powojenna reakcja demoliberalna uczyniła kreaturą podobną post-komunistycznym twórcom mającym w życiorysie – stokroć gorsze – „heglowskie ukąszenie”. Wyciągnij rękę, choć ta róża nie jest pozbawiona kolców. Taki jest kwiat, taki jest świat Emila Ciorana.


Bibliografia:

E. Cioran, Zeszyty 1957-1972, Warszawa 2004.
P. Dulęba, Dakowie, Zalmoksis i Legion Michała Archanioła. Rumuńskie dziedzictwo Mircei Eliadego, „Fronda”, nr 33.
M. Dylewski, Jedna Rumunia trzy „faszyzmy”, „Fronda”, nr 33.
M. Eliade, Od Zalmoksisa do Czyngis-chana, Warszawa 2002.
G. Górny, Rumuńska mistyka śmierci, [w:] idem, Demon Południa, Warszawa 2007.
A. Zagajewski, Gramatyka francuska, „Zeszyty Literackie”, 93, nr 1/2006.


Felieton: CHORE DZIECKO EUROPY


Autor: Tomasz Sobieraj


Gdy przyglądam się poczynaniom naszej krytyki artystycznej, szczególnie literackiej, przypomina mi się pewna historia.

Kilka lat temu na ścianie jednego z łódzkich bloków ukazała się Matka Boska. Tłumy wiernych ściągały, żeby ujrzeć Królową Polski i złożyć jej pokłon. Mówiono o tym niezwykłym, cudownym zjawisku w mediach, na ulicach, w domach. Euforia ludu wzrastała z dnia na dzień. Duchowni w czarnych sukienkach krzątali się dyskretnie dokoła budynku, podobnie jak sprzedawcy obwarzanków, świętych obrazków i różańców. Po jakimś czasie wybrałem się i ja w te obdarzone łaską okolice, bo chociaż jestem przyrodnikiem, to nie wykluczam istnienia zjawisk nadprzyrodzonych pomny tego, że i fizycy stają w obliczu zagadek trudnych do rozwiązania za pomocą rozumu.

Wysiadłem z autobusu i poszedłem tam, gdzie gromadził się tłum – falujący, rozmodlony, niemal w ekstazie. Jedni tylko chylili czoła, drudzy stali w półzgięciu, niektórzy klęczeli przed żółtą ścianą z numerem bloku i otworami wentylacyjnymi, w których przysiadały zdumione gołębie. Panowała atmosfera powagi, skupienia i oczekiwania. Jednak co jakiś czas masa ludzka ożywiała się, kołysała i przebiegały przez nią elektryzujące słowa: „Patrz! Jest! Widzisz! Najświętsza Panienka! Królowa Nasza! Pani Nasza! Módlmy się!” Stałem pomiędzy innymi, z zadartą głową, pełen dobrej woli, ba, nawet prawdziwej wiary w Najwyższą Istotę. Czekałem na widzenie, na znak, najmniejszy chociaż gest. I mimo że wytężałem wzrok, kierowałem go tam gdzie inni, niczego nie zauważyłem, poza liszajowatym zaciekiem i zapaskudzoną przez gołębie elewacją. Zdziwiony, że nie dostrzegam tego, co wszyscy, zacząłem się życzliwie dopytywać rumianych kapłanów i osób stojących obok, czy naprawdę coś widzą i jeśli tak, to gdzie, w którym miejscu tej ściany, niech mi w swej bezkresnej dobroci wskażą, bym miał dowód i zaznał łaski poznania. Patrzyli na mnie najpierw ze zdziwieniem, później z coraz większą niechęcią, na koniec przybrali właściwy wszystkim fanatykom zacięty wyraz twarzy. Ich oczy zrobiły się złe. Poczułem ziejącą w moją stronę nienawiść i odrazę. Jeszcze kilka głośno wyrażonych wątpliwości z mojej strony, i byłbym się przekonał, czy istnieje życie po śmierci. Ale zadziałał instynkt samozachowawczy – odwróciłem się i odszedłem. Do katedry.

Ich było więcej. Oni widzieli, a ja nie. Tylko czy większość ma rację? Logika mówi, że nie, historia uczy, że nie, życie na co dzień dowodzi, że nie.

Życie też uczy, że nie warto dyskutować z ludźmi, którzy nie mają własnego zdania.

Czasem jednak trzeba przełamać niechęć i lenistwo i napisać kilka słów, szczególnie gdy sprawa zatacza coraz szersze kręgi. Mam na myśli ogólny środowiskowy lament, który rozległ się po mojej z Janem Siwmirem rozmowie o tak zwanej twórczości Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego. Podsumowaniem tych histerycznych spazmów jest komentarz Jana Z. Brudnickiego, zamieszczony w pierwszym numerze kwartalnika InterMosty i w listopadowej Krytyce Literackiej.

To ładnie, że pan Brudnicki ujął się za słabszym kolegą i wystąpił w obronie jego dzieła. Jednak wzruszający tekst krytyka o ciężkim życiu i zasługach E. Tkaczyszyna-Dyckiego pachnie naiwną partyjną agitką z czasów gomułkowskich, a co najmniej przypomina głos aktywisty z zebrania zakładowego kolektywu partii w fabryce wieszaków – jest równie niemerytoryczny, alogiczny i niczego nie wnosi, poza jeszcze głębszym przekonaniem czytelnika, że o powodzeniu żyjącego twórcy decydują znajomości. Nie jest to żadna nowina, chociaż za każdym razem wywołuje niesmak, jak zjedzony z jabłkiem robak.

Rozpoznanie prawdziwego, do tego żyjącego talentu, czy nawet więcej – geniuszu, w polskich warunkach jest niemożliwe. Wymagałoby to od krytyka rzetelnej pracy, odwagi cywilnej, niezależnej myśli, wiedzy i niechęci do zakrapianych wódą bankietów, a to, jak wiemy, cechy zasadniczo rzadko tutaj spotykane. Dlatego polski krytyk mówi, a pewnie nawet myśli to, co mu zostało przez kolegów i autorów wgrane, a właściwie wlane, jest jedynie białkową maszyną do powielania bzdur i kłamstw, które, zgodnie z teorią doktora Goebbelsa, powtórzone sto razy stają się prawdą. Na szczęście nie prawdą uniwersalną, ogólnym prawem, tylko prawdą polską, lokalnym prawem zadupia, jak rozporządzenie sołtysa. Oczywiście od tej smutnej reguły zawsze jest wyjątek, jakieś brzydkie kaczątko, które czasem zamieni się w łabędzia, bywa, że i w orła, ale to przypadki rzadkie – jak wszystko, co dobre. W statystyce takie skrajne wartości się odrzuca, żeby nie zaciemniały obrazu zbioru, i podobnie odrzuca się je w krytyce, która lubi, żeby stado kwakało jednym głosem.

Typowe cechy polskiej krytyki widoczne po zbadaniu jej populacji na przestrzeni ostatnich dwóch wieków, to schylanie karku przed nadmuchanymi autorytetami, tchórzostwo, pańszczyźniana mentalność, lokajstwo, niesamodzielność intelektualna, brak logicznych i merytorycznych argumentów oraz ścisłych kryteriów. Ostatnimi laty do tej listy dołączyło jeszcze zwykłe nieuctwo. Przez taką krytykę i wynoszonych przez nią twórców tkwiliśmy i tkwimy w prowincjonalnym grajdole, stanowiąc pośmiewisko dla kulturalnego świata. Przez taką krytykę i politykę antykulturalną państwa, nasza sztuka i literatura nie ma pięknej, mądrej twarzy, delikatnych rąk i zgrabnych nóg, tylko swojską gębę, grube łapy i krzywe kulosy (dygresja: witkacowski cham dobrał się nawet do Szopena – na plakatach jakiś bęcwał ubrał go w dres!). Wyglądamy jak chore, opóźnione w rozwoju dziecko Europy. Tym bardziej, w tym zalewie barbarzyństwa, dziwię się panu Brudnickiemu, że broni literatury zaściankowej, do tego ewidentnie prymitywnej, bez śladu ducha i myśli. A podobno jest on znawcą twórczości i życia Juliusza Słowackiego. No nie wiem, jakoś mi to nie pasuje, widzę tutaj ewidentną logiczną sprzeczność. Ba, mam nawet przeczucie, że „Beniowskiego” to pan krytyk nie czytał, tudzież paru innych dzieł autora doktryny genezyjskiej. Albo też czytał bez zrozumienia, co nie wydaje się nieprawdopodobne.

Stwierdzenie krytyka, że „Dyckiego ogłoszono na salonach nowym trubadurem, jak niegdyś Stachura, wcześniej Norwid, Leśmian, Czechowicz – porzucających dom, zdających się na lęk samotności, wybierających psychiczną samotność, włóczęgę”, nie dość, że gramatycznie niepoprawne, to zakrawa na śmieszność – bynajmniej nie tylko dlatego, że w tych salonach słoma, która wypadła z gumofilców wala się po klepisku udającym parkiet, ale przede wszystkim z powodu zestawienia nazwisk (zgoda jest tylko na Stachurę). Miejcież umiar, wy tam, na salonach, uczcie się, nie wypisujcie bzdur. Przecież, jak mówią nie bez racji Rosjanie „słowa drukowanego siekierą nie wyrąbiesz”. Ono zostaje i daje świadectwo. O was.

Moje poglądy na sztukę nie stanowią tajemnicy. Wielokrotnie o nich pisałem, znajdują wyraz w mojej twórczości. Przypomnę jednak główną ideę swojego programu artystycznego: sztuka jest kreacją, nie relacją – tym bardziej więc nie może być prymitywnym obrazowaniem. Nie powinno zatem dziwić, że odrzucam wulgarność na korzyść dobrego smaku, że stawiam intelekt ponad fizjologię, umiejętności ponad nieudolność. Jednocześnie uważam, że każdy może tworzyć to, co chce, niezależnie od tego, czy zawodowo pasie gęsi, czy wymyśla tomograf – ważne, żeby był z tego zadowolony. Jednak nie mogę zgodzić się na to, żeby pozbawieni narzędzi i planów półhumaniści wyszli chwiejnym krokiem prosto z dworcowego bufetu i budowali z fragmentów pijackiego widzimisię gmach katedry, w której – zanim runie – mieszkałyby i paskudziły wróble. Jest to niebezpiecznie dla potencjalnych wiernych i przechodniów, obraźliwe dla Boga, demoralizujące dla wróbli.

Felieton: ŚWIĘTA NAIWNOŚĆ


Autor: Igor Wieczorek


Im głębiej się w coś angażuję, tym bardziej czuję się od tego czegoś zależny, a im bardziej czuję się od czegoś zależny, tym mniej chętnie się w to angażuję. Nie angażować się w nic nie potrafię, nie chcę i nawet nie mogę, bo człowiek niezaangażowany na nic nie zasługuje, a jego nieważkie istnienie ciąży wspólnocie ludzkiej. Być może jedynym obszarem rzeczywistości społecznej, na którym brak zaangażowania nie kończy się uzależnieniem i nikomu nie ciąży, jest obszar literatury, sztuki i filozofii. Jedynie na tym obszarze można nie tylko bezkarnie, ale i z jakimś konkretnym, ogólnospołecznym pożytkiem próbować przyjąć pozycję biernego obserwatora, wolnego komentatora, niezależnego autora. I chociaż samo przyjęcie tej godnej uwagi pozycji wymaga zaangażowania, to jednak nie uzależnia w złym tego słowa znaczeniu.

Dobrym tego przykładem jest literacka spuścizna tegorocznego noblisty Mario Vargasa Llosy. W przeciwieństwie do tych wszystkich pięknoduchów, którzy jak ognia unikają poruszania problematyki społecznej, i w odróżnieniu od wciąż licznych pisarzy-ideologów, wieszczów, mistrzów, mentorów, ten peruwiański prozaik idzie drogą środkową – drogą niezależnego podejmowania tematów niełatwych, piekielnie bolesnych. Nie jest ani mentorem ani reformatorem, który wyjmuje słowa spod prawa przyczyny i skutku. Jest jednocześnie estetą i nieubłaganym krytykiem opresyjnych mechanizmów społecznych. Nagrodę Nobla przyznano mu za „przedstawianie struktury władzy oraz wspaniałe zobrazowanie oporu, rewolty i przegranej jednostki”.

Zasłużony publicysta, Piotr Bratkowski, zauważył, że Llosa to „Balzak, który przeczytał Joyce’a”. Chodzi mu o to, że powieści Llosy łączą ambicje poznawcze powieści XIX-wiecznych z nowoczesną techniką narracji. P.Bratkowski zauważył też słusznie, że najlepsze powieści M.V.Lllosy są oskarżeniem kultury o brak szacunku dla indywidualizmu i o to, że wartość człowieka we współczesnym społeczeństwie sprowadzona została do pełnionych przezeń funkcji społecznych. Właśnie w tym sensie Llosa ma bardzo wiele wspólnego z naszym wybitnym Witkacym, prekursorem nowoczesnej kontrkultury.

Prawdopodobnie już wkrótce zacne wydawnictwo Znak wznowi głośną powieść Llosy pt. ”Raj tuż za rogiem”. Warto przeczytać tę polityczno - filozoficzną opowieść o poszukiwaniu prawdy, wolności i zbawienia. Jednym z jej głównych tematów jest życie Paula Gaugin’a, który, jak wiadomo, zerwał z życiem paryskiego mieszczucha i udał się na Tahiti w poszukiwaniu inspiracji. Ten niespokojny artysta był przekonany o tym, że wiodąc żywot „dzikusa” dotrze do źródła prawdy. Umarł w osamotnieniu, chory i potępiony. Choć poniósł klęskę za życia, to jednak jego obrazy wydają się nieśmiertelne. Oby powieśći Llosy też stały się nieśmiertelne.

Ciekawe, dlaczego mój kraj nie ma swojego Llosy? Witkacy już dawno nie żyje, Waldemar Łysiak zdziwaczał i niczym nie zaskakuje. Dlaczego nasza krytyka jest zgrzebna, nieestetyczna, pełna zjadliwych inwektyw lub akademickich pouczeń, a nasi mistrzowie słowa są ślepi na kwestie społeczne? Może po latach zaborów i politycznego horroru nagłe przyjęcie pozycji wolnych obserwatorów wydaje się nam niebezpieczne? Przywykliśmy chyba do tego, że wpływanie na losy świata poprzez literaturę kończy się uległością wobec partyjnych dyrektyw. Sądzimy, że niezależność to taka oaza spokoju, do której dotarliśmy w końcu po latach trudu i znoju, a artystyczne wyzwania w kraju demokratycznym są czymś w rodzaju dziecinnej, zupełnie niewinnej zabawy. W odróżnieniu od Llosy jesteśmy bardzo naiwni.

Recenzja: Przemysław Owczarek RDZA


Autor: Marek Trojanowski


W pewnych kręgach naukowych dyskutowana jest teza o tzw. kosmicznej wenie poetyckiej. Nie chodzi tu o debatę nad metafizycznym aspektem tego, co określa się ogólnie natchnieniem poetyckim, lecz o możliwość ingerencji w poetycki akt twórczy czynnika związanego z cywilizacją pozaziemską. Istotnym argumentem w tejże debacie, potwierdzajacym ową tezę miał być tomik poetycki Przemysława Owczarka pt. „Rdza”.

Polscy hermeneuci szkoleni w supertajnym ośrodku Area 51 i 1/8 w zakresie Demaskowania Utworów Pozaziemskich (DUP), odkryli, że Przemysław Owczarek musi być albo stęsknionym za rodzinną planetą kosmitą, który używajac tajnego, zrozumiałego tylko dla intelektów pozaziemskich kodu komunikacyjnego, stara się nawiazać kontakt z rodzinną planetą, albo szpiegiem kosmicznym, który przekazuje niezbędne dla kolonizacji niebieskiej planety informacje mocodawcom z innej planety.

Z przebadanych wg kryteriów DUP-y kolejnych utworów z tomu „Rdza” Przemysława Owczarka, polscy hermeneuci wynotowali i poddali odkodowaniu następujace fragmenty o pochodzeniu pozaziemskim:

rzeka grzebała na dnie obce imiona

[Zakole]

Naukowcy sa zdania, że Owczarek chce przekazać na rodzinną planete komunikat o tym, że tlenek wodoru występujący na Ziemi nie jest przyswajalny przez organizm obcych (sraczka i te sprawy). Dlatego w przypadku ewentualnej kolonizacji kosmici-rodacy muszą zabrać picie ze sobą.

sosny karmiły powietrze
mężczyźni tonęli w tranzystorowych unitra.
cień lizał łyżki i cicho rżało słońce,

[pójdź, pójdź]

Tutaj hermeneuci są podzieleni w ocenach. Jedni uważaja, że fragment ów dotyczy charakterystyki rytuałów godowych stymulowanych działaniem chlorofilu. Przeciwnicy tej interpretacji wskazują na jej zasadniczą słabość: odbiorniki produkowane przez zakłady UNITRA są wysoce awaryjne, co wyklucza kopulację. Co innego SONY.

siedział nad zupą, a jedzenie klepało za niego
pacierz

[maxim]

Wszyscy specjalisci DUP-y są zgodni, że Owczarek wysyła rodakom sygnał, że jedzenie ziemskie, nawet w postaci płynnej, nie ma żadnej wartosci odżywczej dla organizmów obcych.

Na drodze piasek łaskotał skórę.
Dęby stały syte od promieni
Brzeg wił się w stronę doliny

[inter secundo]

Dupolodzy są przekonani, że ten fragment przedstawia charakterystykę topografii terenu niebieskiej planety. Podanie dokładnych danych na temat ukształtowania terenu, jego pokrycia, nachylenia względem słońca itp. itd. jest niezbedne dla prawidłowego zaplanowania kolonizacji. I tak: „Dąb syty promieniem” ma robić za wieżę międzyplanetarnej kontroli lotów, a „wijący brzeg” za lądowisko i pas startowy. Zaś „łaskoczący piasek” ma być dorażną rozrywką dla obcych, zanim nie odkryją ziemskiego wynalazku jakim jest prostytucja. W kolejnych częściach tomiku „Rdza” Przemysława Owczarka badacze DUP-y natknęli się na bezpośrednią charakterystykę homo sapiens sapiens, którą sporządził Owczarek z zamiarem wysłania obcym. Oto:

Mama jak guziec ryje w ogrodzie

[sierpień]

Naukowcy polscy dzięki powyższemu fragmentowi odkryli, że Przemysław Owczarek nie jest jedynym agentem obcych na ziemi i że kolonizacja już się rozpoczęła.

Dupa mnie boli, mówi babcia.
Babcia to lubi czytać mitologię. A w rzece śmiesznie. Spódnicę musi podkasać. Widzę jej blade, chude łydki. Stoi w środku płycizny, małe rybki skubią jej pięty. Chichocze i prosi, żebym podał rękę.

[wrzesień]

Badacze DUP-y nie wiedzą jeszcze jaki jest sens takiej charakterystyki sposobu rozmnażania się Ziemian, jaki relacjonuje obcym Przemysław Owczarek.

Samochód połyka śnieg. W brzuchu ma wichurę.

[luty]

Ten fragment daje powód sądzić, że kolonizacja Ziemi nie zakończy się powodzeniem. Ziemianie nie opracowali jeszcze technologii silników samonapędzajacych się śniegiem, ale taka relacja, którą zdaje poeta-kosmita, może odstraszyć obcych, którzy nabiorą fałszywego mniemania na temat technologii ziemskich. W kolejnych kosmicznych wierszach z tomiku „Rdza”, badacze Area 51 i 1/8 odkryli opis Ziemi w erze pokolonizacyjnej, kiedy zostanie opanowana przez rasę obcych. W związku z tym, że ziemskie wyobrażenia na temat tego, co kosmici mogą zrobić z niebieskiej planety pozostaną zawsze obciażone błędem antropomorfizacji, badacze z DUP-y postuluja, by sens kolejnych fragmentów rozumieć literalnie. I tak: rzeki po kolonizacji nie będą rzekami, a spojrzenia spojrzeniami, ale:

rzeka napełni spojrzenie

[olcha]

Pojawią się także niezwykłe drzewa:

drzewa mają gęsią skórkę.

[santero]

Nawet dobowe cykle dnia i nocy zmienią się:

WIECZÓR SKRAPLA OPOWIESC W ZIARNISTY OSAD FOTOGRAFII

Czaple nie będą jadły ryb, tylko:

czapla przynosi /odrobinę świtu,

a:

z książek rosną grzyby na cienkich / nóżkach, owady mówią językiem / mlasków i jest piołun, ołów w łodygach

[łowy na żelaznego Jana]

W ogóle wszystko będzie inne na skutek promieniowania ze statków obcych. Najgorsze będą jednak temperatury ujemne:

przymrozek / skalpuje drzewa

[Głębiny]

Oczywiście można jeszcze długo wyłuskiwać kosmiczne zdania kosmicznego poety z kosmicznego tomu o kosmicznej rdzy, która w domyśle pokrywa statki kosmiczne eskadry Aliensów a następnie redukować je do absurdu. Wszak tu tylko absurd wydaje się być jedyną możliwa redukcją. Można też zadać pytanie: po co ten cały kosmos? Czy po to – jak dowodzą dupolodzy – by ułatwić pozaziemskim istotom kolonizację niebieskiej planety, a może przedstawione tu kody są desperacką próbą skontaktowania się Przemysława Owczarka z odbiorcą.

Owczarek jako poeta, który wyciąga żarzący się palec wskazujący w stronę czytelnika może jedynie bawić. I choćby nie wiem jak głośno wołał: „Przemek chce byś słuchał!”, to i tak tego poważnie brać nie sposób. Chyba że trafi na kogoś, kto nie tylko słyszy głosy z kosmosu, ale także złowieszcze, zwiastujace rychłą zagładę gatunku homo sapiens sapiens „łkanie tapicerek” [virgo]. W takim przypadku poeta może liczyc na 1000 % empatię.


Tekst pochodzi z książki Marka Trojanowskiego Etyka i poetyka, t. II, internet 2009.

NAGRODA KRYTYKI LITERACKIEJ


Celem fundatorów nagrody Krytyki Literackiej jest uhonorowanie autora dzieła literatury pięknej stanowiącego według redakcji najwybitniejsze jej osiągnięcie w ostatnich dwóch latach poprzedzających ogłoszenie nagrody.

REGULAMIN NAGRODY

1. Wyboru książek dokonują:

a) czytelnicy, przysyłając jedną propozycję i wraz z nią krótkie (od 1000 do 2000 znaków) uzasadnienie lub recenzję, wolne od błędów logicznych, językowych, ortograficznych i ewidentnych błędów interpunkcyjnych;
b) redakcja Krytyki Literackiej.

2. Do drugiego etapu przechodzi dziesięć książek: te, które otrzymały najwięcej głosów czytelników i jednocześnie zyskały uznanie redakcji.

3. Książki muszą być napisane w języku polskim i wydane w ciągu dwóch lat poprzedzających nagrodę (i tak, nagrodę w roku 2011 dostanie autor książki wydanej pomiędzy 1 stycznia 2009 i 31 grudnia 2010).

4. Lista nominowanych do nagrody książek będzie opublikowana w internetowej wersji Krytyki Literackiej i w wersji papierowej.

5. Decyzję o przyznaniu nagrody podejmuje redakcja Krytyki Literackiej.

6.Nagrodę przyznaje się co dwa lata, wiosną, począwszy od 2011 roku. Nagroda może być nieprzyznana, gdy żaden utwór nie spełni wymagań redakcji. Ogłoszenie laureata nastąpi na łamach Krytyki Literackiej.

7. Wysokość nagrody to kwota 15000 /piętnastu tysięcy/ złotych.

8. Redakcja Krytyki Literackiej ustanawia również nagrodę w wysokości 1000 /tysiąca/ złotych dla autora najlepszej recenzji/uzasadnienia.


Czekamy na propozycje książek do nagrody. Zgłoszenia, zgodne z regulaminem, proszę przysyłać na adres: w.egerth@wp.pl do końca lutego 2011.

Rozmowa: Jan Siwmir, Tomasz Sobieraj PIOSENKA O ZALEŻNOŚCIACH I UZALEŻNIENIACH



Jan Siwmir – Słyszałeś, znów coś się objawiło w Republice Kolesiów. Po raz kolejny Nike (czyt: najki) się rozkleiły i przeciekają.
Tomasz Sobieraj – Ty ciągle swoje... zawsze były jakieś układy. Weź skamandrytów, którzy świetnie ustawili się w okresie międzywojennym – związani z obozem sanacyjnym, piastowali stanowiska za granicą, wydawali swoje utwory, opanowali Wiadomości Literackie, namaszczali zgodnie ze swoimi upodobaniami. To oni przecież odrzucili Gombrowicza, Jasieńskiego, kpili z Witkacego... z drugiej strony pamiętasz Wiosnę Tuwima... nieźle się naraził dytyrambem...
Jan Siwmir – ...owszem, ale pamiętam też, jak Miłosz źle pisał o Lechoniu, podobnie Wat...
Tomasz Sobieraj – ...ale i po wojnie chłopcy umieli się zakrzątnąć. Tuwim, Słonimski, Iwaszkiewicz ponownie dobrze ustawieni, i tacy entuzjastyczni wobec nowej władzy – z wyjątkiem Słonimskiego może...
Jan Siwmir – ...no tak, ale to byli świetni pisarze, a współcześni geniusze nie radzą sobie nawet z interpunkcją. Wtedy przecież ton nadawali, oprócz skamandrytów, Żeromski, Nałkowska, Strug...
Tomasz Sobieraj – ...Boy, a po cichu nad swoją „małomówną sławą” pracowali boski Staff i boski Schulz. Pisma literackie też trzymały klasę. Cóż, inna wtedy była kultura... nawet ta awangardowa...
Jan Siwmir – ...jakby wyższa. Jednak wracając do Nike...
Tomasz Sobieraj – ...chodzi o tę fabrykę dresów? To oni dają nagrody zaprzyjaźnionym literatom? Teraz rozumiem, dlaczego niektórzy laureaci Nike prezentują poziom dresiarsko-ludowy. Mówiąc ludowy, mam na myśli żulerski, marginesowy, ponury i antyintelektualny folklor miejski, bo wiejski, radosny, zdaje się, jest na wymarciu. A zatem kto ostatnio został namaszczony i będzie sławił polską literaturę za granicami naszego grajdoła? Jak wiesz, nie mam radia i telewizora, gazet nie czytuję, więc nie wiem, o kim mówią teraz w bezkrytycznych i bojaźliwych mediach. Kto więc dołączył do grona utytułowanych i nagradzanych sępów żerujących na stypendiach za pieniądze podatnika, fundowanych przez publiczne instytucje oraz pojeździ sobie – również za pieniądze ludzi pracy – na luksusowe i płatne ekskursje po dwudziestu paru instytutach polskich rozsianych po całym świecie?
Jan Siwmir – Sto tysięcy złotych zostało zaoferowane niejakiemu Dyciowi (jak sam o sobie pisze), czyli Eugeniuszowi Tkaczyszynowi-Dyckiemu za Piosenkę o zależnościach i uzależnieniach. W większości bibliotek, niestety, jej nie uświadczysz, instytucje te bowiem kupują wyłącznie książki mające szanse na to, że choć jeden człowiek je przeczyta. W tym przypadku zaś, wiele do czytania nie ma. Wiersze sklecone na zasadzie: podaj mi parę dowolnie wybranych wyrazów, ożenię je z kilkoma przymiotnikami i spójnikami, a może coś z tego będzie. Ubożuchny ten świat, do którego autor ma ambicję nas zaprowadzić. Zgodnie ze współczesną, sztywno obowiązującą modą, rozpościera się pomiędzy wódą, spermą, moczem i kałem. A na tym torcie parę, ni przypiął, ni przyłatał, parę słów o Bogu, w charakterze zdobiącej wisienki. Bo teraz trzeba koniecznie wstawić w wiersze kilka ciepłych słów do Wszechmogącego (byle nie szargających jego świętości!), żeby mieć szansę na zauważenie, w przeciwnym razie jest się spychanym na nic nie znaczący margines. Taki koniunkturalizm...
Tomasz Sobieraj – ...ach, ten Dycki..., co to nie słyszał o interpunkcji i ciągle przychodzą do niego ludzie, których nie ma? Powtarza to i powtarza, wiersz po wierszu, żeby potem zabłysnąć stwierdzeniem, że „istotą poezji jest nie tyle zasadność co bezzasadność powtórzeń i napomknień”. Taką łatwiznę sobie wymyślił! Albo pisze o matce pijącej ocet zamiast denaturatu, przez co on moczy się do łóżka. To jest poezja według Dyckiego? Boże, ilu mamy w takim razie poetów zamkniętych w szpitalach dla psychicznie chorych! Chodzą tam wzdłuż ogrodzeń i powtarzają swoje monologi sikając w pampersy, jednocześnie tworząc poezję. I nic o tym nie wiedzą, a tu nagrody i krytycy czekają. Ale ja, mimo serdecznego współczucia dla tych ludzi i szacunku dla nich – należnemu każdej istocie, dziękuję za taką poezję. Wolę Staffa, Kawafisa, Frosta. Poetów intelektualnych, erudytów, a nie poszukujących psychoanalizy nieszczęśników, którzy nie umiejąc niczego innego, biorą się za pisanie.
Jan Siwmir – Ja też rozumiem, że można głęboko przeżyć czyjąś chorobę psychiczną czy śmierć, ale przeżycie, to jeszcze nie literatura, nie poezja, samo nie czyni z nikogo poety. Nie można żerować na uczuciach czytelników mówiąc: ja miałem trudne dzieciństwo, wobec czego proszę mi to teraz jakoś wynagrodzić. Poza tym w dzisiejszych czasach tak się jakoś stało, że w dobrym tonie jest pisać o chorobie psychicznej, a najlepiej zasugerować wszystkim, że samemu jej się uległo. Pamiętam jak na warsztatach literackich w Piszu jedna panna latała po korytarzu i chwaliła się swoją rzekomą chorobą psychiczną, pokazując wszystkim jakieś pigułki, które miały dowieść tejże choroby, a ta pośrednio miała być utożsamiana z talentem. Reaguję alergicznie na tego typu poczynania, lecz nie to jest głównym powodem zarzutów w stosunku do „poezji” Dyckiego. Bardziej irytuje mnie fakt, iż niczym nie wyróżniające się próby wierszoklectwa wskazywane są przez krytyków jako przykład czegoś doniosłego.
Tomasz Sobieraj – No, ale Nike to prywatna nagroda, więc niech sobie Agora i GW robią co chcą ze swoimi pieniędzmi. Tylko po co to robią? Jaki to ma cel? Jeszcze bardziej ośmieszyć Polskę? To by było wredne. Czy może jest to jakaś próba badania społecznej wytrzymałości, socjologiczny eksperyment z cyklu: no, w pysk im – Polakom – napluliśmy, powiedzieli, że smaczne, no to co jeszcze można zrobić, co wmówić masom „inteligentów”, zanim się ockną z letargu i zorientują, że to zgrywa, hucpa, blaga i podniosą głowy? Czytałem wiersze Tkaczyszyna-Dyckiego – to porażające nieudolnością produkty przypadkowe, pozbawione logicznej i filozoficznej analizy, utrzymane w modnej obecnie konwencji dyslektycznego bełkotu niedouków, promowanej od lat przez apologetę ponurej grafomanii Maliszewskiego Karola i jego uczniów. A zatem nowe objawienie to Dycki – kolejny wytwórca wierszy rynsztokowych, wyniesiony przez media, krytykę i niesamodzielnych umysłowo literaturoznawców do rangi narodowego wieszcza. Gombrowicz w Dzienniku pisał o polskich literatach, że są „niedorobieni, niedonoszeni, ponure twory gett polskich, obywatele polskiej zapadłej dziury”. A wtedy jeszcze nie było poezji fekalno-genitalnej! Cóż by teraz Wicio napisał!? I co, to naprawdę nie jest żart, z tym Dyckim? Przecież ten rodzaj twórczości degeneratywnej uprawiają całe rzesze, co więcej, niekiedy z ciekawszym skutkiem. Niektórzy trafiają nawet na tzw. slamy poetyckie. Czym więc się wyróżnia ten nasz najnowszy geniusz?
Jan Siwmir – W tym potoku identycznych, bełkotliwych i nic nie oferujących czytelnikowi utworów poetyckich nie dałoby się w ogóle Dyckiego zauważyć, gdyby nie to, że podczas przyznawania sobie nawzajem tytułów i pieniędzy pomiędzy kolegami, padło akurat na niego. Zrobiłem pewien sprawdzian, wybrałem mianowicie po kilka wierszy Świetlickiego, Dyckiego, Matusza, Maliszewskiego, Graczyka, Wiedemanna (więcej nie chciało mi się drukować) i zapytałem kilkanaście oczytanych osób, czy są w stanie wyodrębnić autorów. Wszyscy stwierdzili jednomyślnie – wiersze wyszły spod tej samej ręki. Można je spokojnie wrzucić do jednego wora i podpisać dowolnie wylosowanym nazwiskiem. Dokładnie w tym samym stylu pisze literacka drobnica, i to niestety w ilościach zastraszających, vide jakikolwiek numer pisma Migotania Przejaśnienia. A najciekawsze jest to, że rok temu w Kutnie miałem okazję wysłuchać prześmiewczego (rzekomo) eseju, prezentowanego przez Dyckiego, o tym jak to Konopnicka była wyszydzana przez środowisko endeckie i związane z Kościołem, które nie doceniło jej talentu, bo miała czelność pisać o kontrowersyjnych tematach. Analogię Dycki zrobił łopatologiczną. Otóż on i jemu podobni są ponoć w dzisiejszych czasach w sytuacji Konopnickiej, są niezrozumianą awangardą, ale także przyszłością polskiej literatury. Nie wiedziałem, czy śmiać się, czy płakać. To przecież tak, jakby Salieri grzmiał ex cathedra, że zalewa go disco-polo w wykonaniu Mozarta i jemu podobnych, a on, Salieri, wraz z przyjaciółmi jest tym, który wprowadzi muzykę w trudną lecz ambitną epokę.
Tomasz Sobieraj – Tak, ale Salieri był świetnym kompozytorem, o czym się zapomina, szczególnie po filmie Formana, a Mozart czasem rzeczywiście zaspokajał ówczesne najniższe gusta. Obaj jednak mieli talent, wiedzę i umieli komponować – każdy robił to inaczej, wybierał inną metodę pracy, bo każdy miał inny temperament. Pisała o tym Nadieżda Mandelsztam. Natomiast nasi wybrańcy Kaliope to raczej uliczni grajkowie, pastuszkowie, co najwyżej orkiestra weselna. A twierdzenie czy też sugestia Dyckiego, że on i jemu podobni są awangardą, to oczywisty nonsens. Awangarda to mniejszość, a „awangardowo” piszą obecnie szerokie masy, zatem taka jest konwencja epoki, a konwencja nie może być awangardą, bo to logiczna sprzeczność...
Jan Siwmir – ...i o to mi w tej analogii chodziło! Ale masz rację, porównywanie wypocin naszej „wierchuszki literackiej” z Salierim to nadużycie. Ni tu warsztatu, ni oryginalności...
Tomasz Sobieraj – ...owszem, na początku XX wieku, gdy pojawił się futuryzm, dadaizm, awangarda krakowska, Zwrotnica, były one świadectwem zerwania z tradycją, polem do artystycznych poszukiwań wywołanych impulsami współczesności. Dążono wtedy do programowości, uzasadniano teoretycznie tę blagę, jak chociażby Peiper w Nowych ustach i Tędy. Twórczość miała pozostawać w „uścisku z teraźniejszością”. Wyobrażasz sobie, że współcześni tak zwani awangardziści piszą spójne, jasne i logiczne programy teoretyczne? To by była komedia. Przecież często nawet nie mają matury, nawet giertychowskiej czy prywatnej, i jedyne co mogą, to bredzić od rzeczy i polegać na korektorach, którzy usuną ich niezliczone błędy ortograficzne. Oni są w istocie przedstawicielami literatury przydennej, łatwej, masowej i hiphopowej, w sam raz dla ćwierćinteligenta, którego potoczny i wulgarny język podnieca. Nazwiska, które wymieniłeś, to nie jest awangarda – to zanurzeni po szyję w nieudolności i banalności wierszokleci, twórcy ludowi, narcystyczni i nieświadomi swojego epigoństwa, zachłystujący się własnymi przypadkowymi wydzielinami słownymi, uznawanymi w ich kręgu za ewaporaty najtęższej myśli. Dołączył do nich Dycki. I tak jak koledzy, pewnie nie czytał Horacego, który pisał: „Nie bardzo też wiadomo, czemu kleci wiersze, czy że oszczał ojców prochy, czy nieczysty, naruszył smętne gromowisko: to jest pewne, że szalejąc jak niedźwiedź, co kraty wyłamał, gna za głupcem...”. Tak, już wtedy przyjaciel Mecenasa zauważył istnienie „awangardy”. Niemniej, twój osąd wierszy Dyckiego wydaje mi się niepełny – dla mnie są one również świadectwem, jak można swobodnie połączyć wołanie do Boga, homoseksualny stosunek oralny, wytrysk, robiącą kupę matkę, szczanie do pisuaru z lamentem nad marnymi w istocie właściwościami nalewki z pigwy, która nie czyni życia poety łatwiejszym. Ale, gdy pisał, czy chodziło mu o to, żeby czytelnik się nad nim użalał? O co, do licha, chodzi Dyckiemu? Żeby go pogłaskać? Przytulić do piersi? Jaki jest jego program artystyczny...
Jan Siwmir – ...program artystyczny Dycia streszcza się w jednym zdaniu, które urzekło cię tak samo jak mnie: „istotą poezji jest nie tyle zasadność co bezzasadność napomknień i powtórzeń”. Szukając zatem tego co dobre w tym tomiku, można powiedzieć, że program jest konsekwentnie realizowany a nawet zrealizowany do ostatniego braku kropki. Poza tym niemożność zdecydowania, którą wersją wiersza z brudnopisu uszczęśliwić świat, stawia Dyckiego w sytuacji trzyletniego dziecka nie mogącego wybrać, czy dać mamusi laurkę z nabazgranym serduszkiem, czy raczej kolorowankę z serduszkiem i strzałą. Obie rzeczy wprawdzie na poziomie kilkulatka, ale ile emocji temu wyborowi towarzyszy! A zaprzyjaźnieni z autorem krytycy zachwycają się (podobnie jak muszą to robić rodzice dziecka) powtórzeniami i pieją z zachwytu nad szczupłą (pomimo tychże powtórzeń) objętością tomiku. To, co krytykowali chociażby w twoim Domu Nadzoru, tu jawi się jako obraz geniuszu! Tak to już jest, że u przyjaciół wszystko jest arcyciekawe, a u wrogów te same rzeczy uznawane są za niedopuszczalne. Rzadko kto potrafi oddzielić sympatię do autora od jego twórczości. Czy wyobrażasz sobie, że Dycki z przyjaciółmi prowadzi takie spory, jakie my niekiedy prowadzimy w prywatnej korespondencji, brutalnie krytykując nawzajem swoje utwory po to, żeby to, co ujrzy światło dzienne, było najlepszą wersją z możliwych? Sądzę, że nie, bo obracam się w środowisku literatów i zdaję sobie sprawę, że zarzucenie któremukolwiek z nich jakiegoś błędu, jakiejś niezręczności, skutkuje jedynie stworzeniem sobie śmiertelnego wroga. Wracając do rozmiarów dzieła, czy warto w ogóle podnosić zarzut, że coś jest mizerne objętościowo, czy wręcz przeciwnie, ma kilka tomów? Moim zdaniem istotna jest jakość.
Tomasz Sobieraj – To oczywiste. Wolę jeden diament, niż kupę żwiru, nawet jeśli są w niej barwne krzemienie. Ilość nad jakość mogą przedkładać tylko głupcy, którzy nie czytają, i nigdy nawet nie widzieli szczupłych objętościowo dzieł Nietzschego, Schulza, Gombrowicza i wielu innych, dla których ważna była myśl, a nie stachanowskie współzawodnictwo, tak dzisiaj modne wśród piszących. Przypomnij sobie serię Mikropowieść wydawaną przez PIW – jakie tam były nazwiska! Dzisiejsi niedouczeni krytycy uznaliby te „książeczki” za „skromniutkie utwory”. Jednak Piosenka o... Dyckiego to przykład książeczki niepozornej pod każdym względem, literatury nieistotnej, gdzie nie uświadczysz ani jednej lotnej frazy czy głębokiej myśli, o estetycznych zachwytach nawet nie ma co marzyć. Jest w niej za to życiowy banał, społeczny margines, naturalizm – bynajmniej nie w genialnej formie, którą znamy chociażby z Les Fleurs du Mal. Zobacz jeszcze, jak z ekshibicjonizmu i bezradności Dyckiego robi się atut. Taki Morsztyn czy Kawafis poprawiali wiersze, szlifowali, cyzelowali, odkładali do szuflady i wracali do nich, nawet po latach. Robi to zresztą każdy świadomy i dojrzały poeta. Tylko infantylni, nieudolni a jednocześnie zakochani w sobie twórcy każde wydalone przez siebie słowo traktują jak Słowo, boski głos wieszcza, co prowadzi jedynie do śmieszności – patrz von Dehnel, Milewski, Zumis, Maliszewski czy inni geniusze spod znaku sekcji literackiej koła gospodyń wiejskich. Wracając do Dyckiego: sam pisze, że „machnął” wiersz – rzeczywiście, on i jemu podobni w istocie nie piszą, nie analizują, nie myślą, nie przeżywają metafizycznych niepokojów i estetycznych zachwytów – ich literackie wytwory to są machnięcia, drobne bączki, a nie dojrzała twórczość.
Jan Siwmir – U jakiegoś apologety Dyckiego znalazłem stwierdzenie, że w omawianym przez nas wierszopodobnym tomiku znajdują się wyrafinowane sceny homoerotyczne. No, stwierdziłem, jeśli tak wygląda wyrafinowanie w tym środowisku, to ja im głęboko współczuję. Ale, niestety, moja druga połowa przytoczyła jakąś zasłyszaną niedawno historię o prostytutce, która opowiadała, że dla niej najbardziej wyszukane żądanie klienta, to było bieganie po pokoju z zapaloną świecą w pupie. Toteż jakby od tej strony interpretacyjnej spojrzeć...
Tomasz Sobieraj – ...rety, i ta kapiąca na dywan stearyna! Ale mówiąc poważnie: rzeczywiście, erotyczne wyrafinowanie jest w tomiku Dyckiego równie szalone i barwne jak życie seksualne tęgoryjca. Przejdźmy jednak do konkretów – nie tylko erotycznych. Wybrałem co smaczniejsze frazy z nagrodzonego Nike cherlawego zbiorku powtórzeń, czknięć i napomknień. Cytuję stojąc na baczność, by okazać szacunek należny wielkim słowom poety: „nekrologi będą zawsze czymś więcej aniżeli współczesna poezja polska na którą nikt się nie rzuca” – słusznie; „ślimak ślimak wystaw rogi dam ci sera na pierogi albo wypierdalaj” – didi gugu dada lala jeb; „i jeszcze mu mało gdy bierze do ust” – nie jestem znawcą stosunków homoseksualnych, ale może by tak spróbować od tyłu? – „w kakałko” – jak pisał inny geniusz, Winiarski Jakub; „po bolsie pewnego razu machnąłem utwór polityczny ale mi wyszedł paw” – tylko jeden? To dobrze czy źle? Jeśli źle, to może trzeba było nie pić? Pisanie na trzeźwo ma jednak, wbrew powszechnej opinii, sporo zalet; „każdy poeta jest zbokiem pisząc wiersze z Bogiem i mimo Boga” – cóż, ja nie podzielam tego optymizmu pana Dyckiego, bowiem pisząc z Bogiem i mimo Boga czuję się poetą niezboczonym, aczkolwiek stawia mnie to poza dzisiaj obowiązującymi konwencjami; „choć na takiego co dał dupy nie wyglądam” – i znowu ten nieprzystojący nowoczesnemu poecie optymizm, panie Dycki; wiersz XLVIII opisuje za pomocą banalnej i cienkiej jak ciasto ryżowe metafory trzymanie męskiego przyrodzenia w garści, po czym pojawia się propozycja spuszczenia do ust przyjaciela, w konsekwencji jednak wytrysk następuje na sprzęty w pokoju a kończy Dycki radosnym „hej hej”; tomik zamyka wołanie do Boga „uczyń mnie uczyń poetą” – no, przynajmniej tyle rozumie nasz laureat, że poetą nie jest, chociaż podejrzewam, że to fałszywa skromność, poprawna politycznie i obliczona na zyskanie sympatii czytelnika. Nie wiadomo natomiast co z sympatią Boga, chociaż historia dowodzi, że wielu „zboków” Najwyższy obdarzył łaską talentu – Kawafis, Pessoa, Whitman, to pierwsi z brzegu. Cóż, pożyjemy, zobaczymy. Ja na razie nie jestem tak entuzjastycznie nastawiony do twórczości Dyckiego jak fundatorzy nagrody i, oczywiście, jury, ale też nie otrzymałem żadnej gratyfikacji, żeby mówić pochlebnie – bo, jak rozumiem, praca jury nie jest wolontariatem? Swoją drogą, to ciekawe, czy tym podpisującym się pod werdyktem ludziom nie jest głupio. A może oni naprawdę uważają, że Dyckiemu należy się nagroda? Trudno mi w to uwierzyć, bo podobno skończyli studia. Z dwojga złego chyba wolę wersję, że robią to z innych niż szczere przekonanie pobudek.
Jan Siwmir – W innej interpretacji to nie Boga prosi o uczynienie go poetą, ale woła: świecie uczyń mnie uczyń poetą. Świat w osobach kolegów, jak widać stanął na wysokości zadania. Czy to wystarczy Dyckiemu, żeby patrzeć bez bólu w lustro? Zapewne tak. Czy wystarczy, żeby przejść do historii? Ano, zobaczymy, bywa ona niepodatna na towarzyskie względy. Natomiast ja mam do Ciebie dwa pytania. Pierwsze brzmi: czy naprawdę sądzisz, że po krytycznej ocenie twórczości swojego kompana – jakiej dokonał chociażby Tomasz Jastrun w Przeglądzie – koledzy Dyckiego zaczną bić się publicznie w piersi, gromko wołając „tak, to prawda, wiersze ma mierne, ale daliśmy mu nagrodę, bo taki z niego fajny i nieszczęśliwy kolega”?
Tomasz Sobieraj – To się nie zdarzy. Koledzy są silni, mają poparcie ministerstwa kultury, mediów, są lojalni, i prędzej zjedzą Tomasza Jastruna, nawet dławiąc się guzikami jego marynarki, albo ponownie obrzucą mi śnieżkami okna, niż opuszczą towarzysza.
Jan Siwmir – A czy uważasz, że warto zajmować się tego rodzaju „literatami”? Czy nie szkoda na to czasu?
Tomasz Sobieraj – Mówi Pismo: „Jeśli nie my, to kto? Jeśli nie teraz, to kiedy?” – sprawa jest prosta: jeśli nasze, podatników pieniądze, idą na tych „tfurców” kultury, to musimy się tym zajmować i wskazywać ludziom, na co są przeznaczane ich podatki. Państwo, w tym ministerstwa i inne instytucje publiczne, mają służyć nam, a nie my im. Kolejna rzecz: partyzantka, jaką uprawiamy, może w dalszej perspektywie spowodować przywrócenie do literatury przynależnych jej wartości i odwrót barbarzyńców – tym bardziej, że robimy to już jakiś czas i są pierwsze jaskółki, pierwsze ważne głosy podobne do naszych – jak chociażby artykuł Leszka Bugajskiego Polska literatura jak PZPN. Wielu chętnych do tej roboty nie ma, bo potrzebna jest odwaga, a można wiele stracić.
Jan Siwmir – Chętnych nie ma, fakt. Dobrze, dajmy przykład innym, ciągnijmy tę autopsję środowiska literackiego. Poznajmy chore tkanki, zlokalizujmy zrakowaciałe guzy, wskażmy je studentom, niech się przyjrzą. Przynajmniej będziemy mieli świadomość dołożenia małej cegiełki do budowania zrębów poważnej krytyki literackiej, zbliżonej chociażby do jej najlepszych, międzywojennych wzorów. Takiej krytyki z prawdziwego zdarzenia, soczystej, konkretnej, bezwzględnej wobec artystycznej nędzy, a nie takiej, jaka obecnie króluje: wylizanej i ugrzecznionej wobec uznanych i popularnych autorów oraz piszących kolegów, głupawej i złośliwej wobec pisarzy i poetów szerzej nieznanych, wśród których najczęściej, czego dowodzi historia, znajdują się Schulze i Hölderliny.
Tomasz Sobieraj – A co z Dyckim? Do kosza?
Jan Siwmir – Do kosza.


Tekst z cyklu Dwaj Panowie S - rozmowy o literaturze i nie tylko z 2009 roku; przedruk za niezależnym kwartalnikiem społeczno-kulturalnym InterMosty, nr 1 październik-grudzień 2010.

Riposta: Jan Z. Brudnicki CZEMU PAN...


Autor: Jan Z. Brudnicki

Czemu Pan te brzydkie wyrazy wstawił do słownika? – A czemu Pani tam zaglądała?

W czasie moich studiów tę anegdotkę opowiadało się o prof. Witoldzie Doroszewskim.

Bardzo dobrze rozumiem Tomasza Sobieraja i Jana Siwmira, kiedy nie uznają dyktatu: dostał nagrodę to jest genialny, dostał Nike, to można o nim pisać tylko w superlatywach. Przecież to nagroda tylko jednego skupiska literackiego, które się wynosi do nieba, żeby inne zamilczeć na śmierć (ten termin wysłuchałem w radiu, bardzo dobrze oddaje atmosferę wykluczenia z literatury, strategii bojkotu i szantażu). Polemiści znaleźli taki właśnie – jak to się modnie mówi – projekt towarzyski i podskoczyli z uciechy. Krytyka środowiskowa bowiem orzekła, że tom Eugeniusza Tkaczyszyn-Dyckiego Piosenka o zależnościach i uzależnieniach (2009) oraz dziewięć innych tomów poezji, tom prozy, tom esejów (szkice o literaturze homoerotycznej), jego wykłady (na podobne tematy) to kategoria twórczości psycholi, to wierszoklectwo, hucpa, blaga, bełkot, wydzieliny słowne. Są zniesmaczeni niską lingwistyką (że tak powiem), niedojrzałością emocjonalną i myślową, homoerotyzmem i szmacianymi kukiełkami wypchanymi banałem.

Polemiści nie przyjmują do wiadomości, że ta twórczość została odczytana jako narracja elementarna, jako „opłakiwanie umierających”, jako afirmacja nicości. Dyckiego ogłoszono na salonach nowym trubadurem, jak niegdyś Stachura, wcześniej Norwid, Leśmian, Czechowicz – porzucających dom, zdających się na lęk samotności, wybierających psychiczną samotność, włóczęgę.

Sam poeta, pochodzący spod lubaczowskiej wsi, obarczony zmaganiem się z okrutną śmiercią chorej psychicznie matki, powiada, że jest skazany na poszukiwanie tożsamości najtrudniejszej z trudnych.

Pochodzi z polsko-ukraińskiej rodziny, w której się zdarzali i esesmani i upowcy i katowani przez nasze AK członkowie. Cóż, los? Cóż w takim wypadku historia? Pcha ku wynaturzeniu, pcha ku przeżyciu śmierci, grobów (jak to poeta mówi – jest to poezja nekrologowa). Zatem opowiadający zwrócił się ku rozliczeniu bluźnierstwa, nieczystości, złodziejstwa, uzależnienia, schizofrenii, cmentarzom, jako pamięci czasu nienawiści. Matka wiedźma, szpital psychiatryczny, koszary bez upiększeń – to tło. Filozofia rozpadu i dysharmonii – to esencja. Poezja, z którą autor zetknął się dopiero w wieku szesnastu lat – to kraina ocalenia.

A Kresy (był współzałożycielem grupy Kresy i pisma Kresy) są źródłem napoju miłości wynaturzonej i żalu, kiedy bliscy „umierają zostawiając nas samych”.

A jak to się dzieje? Naturalnie, ja bym nie komplikował tego zjawiska dziwacznymi przezwiskami, to po prostu solidny polski autentyzm. Proszę bardzo, otwieram na przykładowej stronie i czytam wiersz XLIV:

„powrót jest niemożliwy nie nie / powrót jest nazbyt skomplikowany / tym bardziej że matkę obiega / ktoś całkiem inny (śmierć ściga // się ze mną) a dookoła szpital psychiatryczny / na ulicy Kościuszki i czyjeś kroki / krzyki a dookoła jak okiem sięgnąć niewidzialna / materia izolatek dla naszych szurniętych // matek tak tak bez dwóch zdań świętych / i szurniętych trzyma się w grubych / murach a mury runą runą błękitne wieżowce / wyrosną w ich miejsce”.

No, solidny tekst. A całość układa się w kresową, ponurą balladę, co to (jak mówiono o Mickiewiczu: „ciemno wszędzie, głucho wszędzie”.

Zaraz, zaraz, a co Wy Rozmówcy cytujecie, że „ślimak, ślimak wystaw rogi dam ci sera na pierogi albo wypierdalaj”. A to jest zmyślenie, bo trzeba starszego bezzębnego krytyka, żeby mu się chciało sprawdzić i żeby odczytał prawidłowo, że na s. 30 jest „wypierniczaj”. Myślę, że za takie przekłamanie każdy sąd skazałby pamflecistów na zjedzenie swego tekstu. Czyżby anegdota – „Po co umieścił Pan w słowniku te brzydkie wyrazy?” miała wymowę zgoła inną: „Czyżby w podświadomości autorów roiło się od brzydkich wyrazów, które przysłaniają te zapisane w tekście przez poetę?”.


Przedruk za niezależnym kwartalnikiem społeczno-kulturalnym InterMosty, nr 1 październik-grudzień 2010.

Komentarz redakcji do tekstu Jana Z. Brudnickiego



Autor: Witold Egerth


Widocznie jednak brak uzębienia u krytyka wpływa na jego zdolność rozumienia tego, co czyta. Na szczęście pamfleciści wykorzystują do swojej pracy organ może nie tak efektowny jak zęby, nieco banalny i zdecydowanie już niemodny, ale za to skuteczny – mianowicie mózg.

Mózg, chociażby w szczątkowej formie, przydaje się także w pisaniu. Nie wiadomo bowiem, co ma wspólnego przytoczona przez pana Brudnickiego anegdotka o profesorze i głupiej studentce z błyskotliwą rozmową dwóch panów S – brzydkie wyrazy istnieją, powinny być w słownikach i mogą zdarzać się w literaturze; nie sądzę, żeby gorszyły one obu panów, podobnie jak z całą pewnością nie gorszy ich homoseksualizm ani nawet pederastia. Natomiast z pewnością gorszy ich uznawanie za sztukę, za największe osiągnięcie polskiej literatury wytwórczości idącej na łatwiznę, bylejakiej i fizjologicznej, wypranej z wyobraźni, wyzbytej myśli, pozbawionej językowej wynalazczości, skamlącej i ziejącej bezdenną nudą – nawet formalną. Z rozmów panów S wyraźnie widać, na czym im zależy – chcieliby, żeby Polska nie była postrzegana jedynie jako kraj flejtuchów, pijaków, złodziei i tanich dziwek, w którym za poezję uważa się nieudolny i powtarzający się jak czkawka opis zwyczajnych życiowych przypadków, a szczytem prozy jest pseudodresiarski bełkot.

Lament rozmaitych Janków Muzykantów może i powinien wzruszać, skłaniać do refleksji, ale nie powinien mieć wpływu na ocenę ich produkcji. Ani ciężkie życie, ani choroba, ani nawet preferencje seksualne nie mogą stanowić usprawiedliwienia dla grafomanii, czy szerzej – artystycznej nieudolności. Jest tylko jeden wyjątek – terapia; każda bowiem terapia jest dobra, jeśli przynosi poprawę, ale i wtedy trzeba rozważyć, czy zarządzona odgórnie afirmacja twórczości nieszczęśliwych jednostek nie okaże się inhibitorem rozwoju kultury dla bardziej wymagających. Tej kultury, która ma chronić przed zalewem barbarzyństwa.

Na zakończenie: Tomasz Sobieraj i Jan Siwmir nie popełnili przekłamania w kwestii pięknego skądinąd słowa „wypierdalaj”, o czym łatwo się przekonać sięgając do omawianego tomiku, zaś ich odczytanie wierszy pana Dyckiego jest tylko jedną z wielu możliwości, podobnie jak interpretacja twórczości poety dokonana przez doktora Marka Trojanowskiego. Natomiast powyższa, wyciskająca łzy apologia pióra pana Brudnickiego stanowi kolejny dowód słabości polskiej krytyki, o której już Stanisław Witkiewicz pisał: „Krytyka nasza okłamała opinię publiczną. Fałszywymi sądami potworzyła mnóstwu miernot sławę i stanowiska zaszczytne; w końcu zatraciwszy wszelkie poczucie prawdy, wszelką miarę sądu i zdolność odczuwania szczerych wrażeń, sprostytuowała język, tworząc w nim cudactwa, przy których nawet najdziksze potwory jezuickiego stylu zdają się mieć sens i logikę”.

Listy: Ławrynowicz do Sobieraja



Szanowny Panie,Przeczytałem pańska rozmowę z nijakim Siwmirem na temat poezji Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego. Uważam, że to gówniarstwo. Proszę mi więcej nie przysyłać żadnych zaproszeń.
Marek Ławrynowicz

Komentarz redakcji do listu




Autor: Witold Egerth


Po takim zabawnym liściku, pisanym w gniewie i z wypiekami na twarzy, aż się prosi zacytować Williama Blake'a:

Wysłuchaj zarzutów głupca, to tytuł królewski.

Albo, odnosząc się nie tylko do pana Ławrynowicza, ale ogólnie do wszystkich sympatyków nieudolności artystycznej:

Dureń widzi nie to samo drzewo, co mądry człowiek.

Ale to by było niegrzeczne, no i może za dużo trudnego Blake'a jak na jedną głowę redaktora Wyspy, więc odpowiem grzecznie i krótko:

Zaliczenie do grona gówniarzy w takim kontekście jest najwyższym zaszczytem. Bo czy nie jest honorem znaleźć się pośród innych „gówniarzy”, takich jak: Słowacki, Witkacy, Gombrowicz, Herbert a nawet Miłosz, którzy niezależnym swym głosem, odwagą, wiedzą, logiczną i merytoryczną argumentacją, postawą niezłomną wobec dziadostwa i przeciętności dali niezbite świadectwo, że właściwe gówniarstwo to w istocie niedouczeni, trwający w myślowej obstrukcji ludzie o mentalności dworskich pachołków, z którymi przyszło im walczyć i, ostatecznie, wygrać?


Recenzja: Jan Polkowski CANTUS



Autor: Marek Trojanowski, HISTORIAMOICHNIEDOLI.PL


Jako czytelnik mam określone oczekiwania w stosunku do współczesnej poezji. Kiedy sięgam po książeczkę z wierszami zaczynam w niej poszukiwać nonsensu, bełkotu czy też objawów literackiego ogłupienia. Zwykle znajduję to, czego szukam ale od czasu do czasu – czyli tak, jak to w bajkach bywa – nie znajduję nic. Popadam w takich sytuacjach w dziwną nerwowość gdyż wiem, że mam do czynienia z takim casusem, kiedy to muszę wykazać się powagą.

Cantus Jana Polkowskiego jest zbiorem tekstów, które ze wszech miar zasługują na powagę oraz uwagę. Ta publikacja, to bez wątpienia trafiona inwestycja redaktorów Wydawnictwa a5 – ale mimo, że Polkowskiemu udała się trudna sztuka pisania wierszy, to stwierdzam, że nie jest to poezja dla mnie.

Bo mi się podobają takie wiersze:

Dzisiaj wielki bal w Operze!
Sam Potężny Archikrator
Dał najwyższy protektorat
Wszelka dziwka majtki pierze

Jan Polkowski pisze inne wiersze. Pisze bardziej plastycznie – obrazowo:

(…)
Umarł diabelski wiek. Nie będzie zadośćuczynienia. Pokolenia
przesypują się przez dłonie kapłanów
nicości, przez nasiąkniętą śmiercią
klawiaturę Bacha.
Żaden alfabet nie ma w sobie dość sił by przebaczać.
Inaczej niż pięciolinie i niepodległe
nuty.
(…)

[podróż do Święcian]

Autor tomiku Cantus pisze swoje wiersze ładnie. Buduje zdania z taką samą finezją z jaką profesor matematyki zapisuje zdanie: 1 + 2 = 3. Jednak czy ktoś zna profesora matematyki, który napisał (lub napisałby) taki oto wiersz:

Przez ul. Zdobywców,
Przez Annasza, Kajfasza
Przez Siwą, przez św. Tekli
I Proroka Ezdrasza

Przez Krymską, Kociołebską
Przez Gnomów i przez Dziewic
Przez Mysią, Addis-Abebską
I Łukasza z Błażewicz

Przez Czterdziestego Kwietnia,
Przez Bulwary Misyjne –
Jadą za miasto wozy
Asenizacyjne.

Z facjatki budy drewnianej
Tłusta panna wygląda:
- Która godzina, gówniarzu?
- Piąta, kurwo, piąta…

Cantus jest zbiorem wierszy, do których – jak to mawiał mój kolega – nie można się przyjebać. Sporadycznie pojawią się tu i ówdzie perełki w stylu:

Splatają się: słone powietrze, szorstka rosa i chłodne dłonie [pragnienie]
Wiatr bezszelestnie wyrywa się z ust [***]
Strach sztywniejący od mrozu i dotknięty wstydem [powodzianie]
Ciemna, niema truskawka łopoce bezgłośnie [***]

Ale chociaż na temat „bezgłośnego łopotania” w polskiej poezji współczesnej można napisać przynajmniej 2093 doktoraty i tyle samo habilitacji, to wiersze Polkowskiego są faktycznie dobre. Oto przykład:

(…)
Budzę się z bólem serc moich dzieci
Wokół nieruchome oddechy woskowych figur podróżnych.
Blakną, majaczą na korytarzach, w przedziałach, nikną
w cieniu obok kolejowego nasypu.
Już nigdy nie wyruszymy dalej,
ani do W. ani gdziekolwiek.
Szary śnieg? piasek? przysypuje pociąg.
Ziemia przygasa, pokrywa się drżącym popiołem.
Zapamiętale, zawzięcie zapada się w sobie,
przemienia w wiatr, głuchy gwizd
drutów wysokiego napięcia, sen ciężkiego
dymu, zawodzenie zamkniętych dworców.

[mgły, ścierniska]

W tym momencie należałoby zebrać wszystkie superlatywy, którymi współczesna krytyka literacka zwykła obdarzać każde wydane dzieło poetyckie, zebrać i opatrzyć wspólnym mianownikiem: „Jan Polkowski, Cantus, wydawnictwo a5, Kraków 2009”. To pierwsza i historycznie niepowtarzalna okazja – zgodziłbym się z Maliszewskim, Winiarskim i innymi supermanami polskiej krytyki.

Ale mimo wszystko wiersze Polkowskiego mi się nie podobają (chociaż mimo czysto subiektywnego niepodobania się potrafię docenić ich obiektywną wartość jako wierszy bardzo dobrych).

Bo mi się podobają takie wiersze:

Bo patrzcie! Patrzcie, jaka sensacja!
Brawo dyrekcja! Co za atrakcja!
Gąsienicą hipopotamową,
Glistą, na miarę przedpotopową,
Na salę wpełza tłusty Jaszczur,
Czołg złotociekły, forsiasty praszczur:
Szczurząc i wsząc, i pchląc wspaniale,
Książę Karnawał wjeżdża na salę!
Tajniaki z tyłu, tajniaki na przedzie
Mlaskiem, człapem, wijąc się, jedzie,
Pełznie smoczysko – a na nim okrakiem
Goła, w pończochach, w cylinderku na bakier,
Z paznokciami purpurowymi,
Z wymionami malowanymi
Z szmaragdowym monoklem w oku
Z neonową reklamą w kroku
Skrzecząca szlagiera:
„Komu dziś dać?
Komu dziś dać?
Komu dziś dać!
Wierzga na gęstym pieniężnym potoku
Promieniejąca Kurwa Mać!

Człowiek czytający wiersze odkrywa przede wszystkim siebie samego. Poezja jest zaledwie pomostem, po którym się przechodzi na drugą stronę przepaści. Taka podróż można odbyć tylko jeden raz – pomost znika i człowiek jest skazany na dożywotnie spędzenie czasu z samym sobą. Wiersze Jana Polkowskiego to bardzo dobre wiersze, ale ten pomost, który zbudował mi autor zboru pt. Cantus zupełnie mi nie odpowiada. To dobra droga, ale nie dla mnie.


Poezja: Piotr Grobliński ULICA PRZEDWIOŚNIE



x x x

nasze życie jest obliczone
na cztery psy

pierwszy tak się składa
zdycha gdy jesteś na wakacjach
ojciec bierze na siebie
jego śmierć

drugi umiera sam
nie masz akurat czasu
by mu pomóc płaczesz
dopiero gdy go chowasz w ziemi

trzeciego długo wozisz po
weterynarzach choć wcześniej
raczej się śmiałeś z tanich
egzaltacji

z czwartym starzejecie się razem
spacerując coraz wolniej coraz
głośniej gadając do siebie
na ulicy

nasze życie jest obliczone
na cztery psy
nasze życie jest oblizane


Alien

obrazy wystawiane w galeriach
po wewnętrznej stronie skóry miasta
oglądają się bez udziału publiczności

w snach o samospełniającym się planie
przeczesywał kwartały ulic wybierał
ludzi z basenów parkingów i hipermarketów
wieczorami obcy oglądali inne panoramy
inne widzieli kosmosy i tańce z gwiazdami
inne mieli sprawy dla reportera on zaś jak Ikar
nie był z nimi ani przeciw nim
nie był też obojętny jego Tybet był wszędzie
a Chiny nigdzie współczuł miastu
zasiedlanemu niebiańskim spokojem klasy średniej
nowy archetyp zakupów siatki reklamujące nicość
wszędzie kostka i dużo kafelków

przy ogniskach rozpalonych obok latarni
mięso tańczy hip hop
neon jaskrawym światłem zachęca
do wstępowania w wody Styxu
zagraj jeszcze raz tę smutna muzykę
do naszego filmu


x x x

miło się w sobie
pobawić tkanką miejską
wstawić na weekend unijne implanty
podnieść podatki aniołom
wydłużyć czas pracy zwierząt

smutna podaż pytań
łapie równowagę z wesołym popytem
ale indeks optymizmu spada
w ujęciu rok do roku
nie jesteśmy wcale piękniejsi

serce klasy średniej
bije w nas po twarzy


x x x

podróżowanie jest tańcem przestrzeni gonitwą
ogrodów roślinnych komórek wyświetlanych
rzutnikiem słonecznej projekcji na plan miasta

wskroś lotniczych zdjęć pada śnieg na wyspy
na żwirownie na wypukłe druki
materia rozprasza się ku prawej w kosmosie
wszystko w ruchu nawet kamienie na ścieżce

ciągła zmiana perspektyw nagłe skoki pulsu
para działkowców z cieknącym wiaderkiem
spokojnie przechodzi na emeryturę czas gra
muzykę na wodzie


x x x

filmy które oglądają się same
lecą w kinach po drugiej stronie snu
dlatego musimy się pakować jutro
przesyłki wspomnień zostaną oclone na lotniskach
przez celników znikąd

spisek zawiązuje się na naszych oczach
początek z napisem fine
budzi sprzeciw jednoznacznością ocen
wartość wyrażona liczbą gwiazdek
przypomina o przesyłce zagubionej w szatni


x x x

wciągnęliśmy na maszt sztandar pogrzebu
pogrzeb ciotki to niewielkie państwo
graniczące z jednej strony z cudem
życia z pustką straty z drugiej

pozostałe przy życiu ciotki szeptały ksiądz
mówił miał pewne trudności w momencie
żegna ją syn z żonami i dziećmi
ja wybierałem jak zawsze swoją
miss pogrzebu myśląc o paniach
minionego czasu

obraz pogrzeb ciotki jest szary z żółtym
słońcem droga do kaplicy jak dym
z komina do urny
wrzucono wiele głosów przeciw

śmierć kandyduje z naszego okręgu


Wiersze pochodzą z przygotowywanego do druku zbioru Ulica Przedwiośnie.