LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA SPOŁECZEŃSTWO
______________________________________________________________________


Jest Poezja! Józef Baran, wiersze najnowsze



Małżeństwo

Zosi
wyruszałem w tę podróż
jak na studencki piknik
bez niezbędnego ekwipunku
z plecaczkiem podszytym wiatrem

wybierałaś się na tę wyprawę
nie znając mnie prawie wcale

czy mogliśmy przewidzieć
ten wiatr w oczy
morza pustynie zasieki
czyhające w oddali

to prawda
morze rozstępowało się pod naszymi stopami
w takt marsza weselnego
ale zaraz potem
powróciło na stałe miejsce

40 lat
brnięcia przez pustynię
fatamorgana piasek w oczy
Sny o Ziemi Obiecanej
i o
odpoczynku
który nigdy nie następuje

wielbłądy
dźwigające na plecach
obok bukłaków szczęścia
tysiąc wzajemnych trosk
i urazów
od których nie zawsze udawało się
uwolnić

po drodze
tęcze
miriady
zwodnych gwiazd
i księżyców
gubienie się z oczu
i schodzenie na powrót

miałaś na głowie
dom z krzyczącymi dziećmi
i
zasłużyłaś
na niejeden order
anonimowa
jak wiele
cichych bohaterek
codzienności

cóż mogłem ci dać
za oparcie
akrobata cyrkowy
na dromaderze
zajęty zawsze na boku
cyrkowymi sztuczkami:
połykaniem ognia
ujeżdżaniem krnąbrnych słów
ściganiem się z własnym cieniem

błąd poganialiśmy błędem
bo wszystko zdarzało się
pierwszy raz

i nie było to zwykłe hop-siup
na pagórek
lecz
maratońska
burzliwa
wspinaczka

mieniłem się nastrojami
bardziej od zmiennych ustrojów
dziś prawie nie mam nic wspólnego
z tym kim byłem kiedyś

a jednak
dopisało nam
szczęście mimo że pisane
na chmurach i piasku
i większość z tego
co zamierzyliśmy
koniec końców się spełniało
a nawet o niebo więcej
choć wiele karawan
z pozoru szczęśliwszych
rozwiał dawno pustynny wiatr

wciąż brniemy razem
przez piaski Sahary
i
gdzie daleko w tyle za nami
choć w zasięgu serca
nasze dzieci
z wnukami
skaczącymi jak
koźlątka
co mają
w oczach tysiąc
wesołych
gwiazdek



Macierzyństwo

Ewie

Coś się od ciebie odrywa
Coś co jest tobą i nie-tobą
Coś się od ciebie oddala
Stając się osobną osobą

Chcąc nie chcąc się rozpoławiasz
Na siebie i na nie-siebie
Za tamtą tęsknisz tym mocniej
Im łatwiej obywa się bez ciebie

Podobnie księżyc w nowiu
Dzieli się na dwie części
Ta druga rośnie kosztem pierwszej
Zapadając się w mroku świecisz



Radość oczekiwania albo pieśń nad pieśniami
koguci heroldowie
na cztery strony świata
rozgłosili hejnał poranka
który niesie się
wysoko daleko

i gołębie wprost
nie mogą się w sobie
pomieścić z radości

zataczają
nad wielką równiną
srebrne koła

kwiaty
trawy
zioła
poobwieszane brzemiennymi rosami
przemienionymi
pod dotknięciem świtu
w kolie pereł

cała łąka
skrzy się
od uśmiechów
porannych ros
nadziewanych słońcem

gdy wszędzie
jak okiem sięgnąć
na horyzoncie
jawią się
oczekującej
słoneczne twarze
jej ukochanego
powracającego
po długiej rozłące

i gdy wszystkie
drogi
dróżki wybiegają mu
naprzeciw
i rozbiegają się
po nieboskłonach



Coranny lipcowy cud

zbudzić się by usłyszeć że kogut wypiał kolejny świt.
a jego pianie rozchodzi się kręgami po widnokręgach

prawie słyszeć plask brzasku o szybę

trzymać w ręku klucz poranka do Wszechświata
i do
najczystszej gamy istnienia
przez ptaki
wyśpiewanej

w hołdzie Najjaśniejszemu Słońcu
który ogrodzie zwiastuje znów

coranny cud

Borzęcin, 2011



Elegia późnego września

wrzesień. jeszcze się niesie trzepotliwy
chichot ważek nad tatarakami
lecz już po wystrzyżonych ścierniskach pól
ciągnie tren promieni słońce - paw ze złamanymi skrzydłami

wrzesień. z wolna skapuje z czereśni i jabłonek
złotolistna patoka
jesień wytacza armatnie kule dyń
szykując się do ostatniego ostrzału lata

wrzesień. pierwsze wiatry urwały się z łańcucha
i roznoszą między drzew wierzchołkami
niespokojne wieści o swych dalekich wojażach
jakby chciały wyprowadzić ogród z równowagi

wrzesień. jeszcze koguty pieją słoneczne hejnały
lecz już rzeki płynąc i płynąc
pluszczą o osamotnieniu

z zieleni na jaw wyszły zamaskowane cmentarze
przypominając coraz natarczywiej
o swym ISTNIENIU

Borzęcin, 2011

Jest Poezja! Maciej Cisło, wiersze najnowsze



Kos po chińsku wygina głos

Kos po chińsku wygina głos.
Leżę w trawie i robię nic.
W lustrach stawu – obłoków stos.
Kos po chińsku wygina głos.
Miast wykuwać ze spiżu los,
Żyję lekko: słuchacz i widz.
Kos po chińsku wygina głos.
Leżę w trawie i robię nic.



Łyżka i nóż

Kobieta to jest łyżka,
Ale mężczyzna to jest nóż!

Anna Janko


Kobieta to jest łyżka,
Ale mężczyzna to jest nóż!
Siedzi w nim kawał opryszka.
Kobieta to jest łyżka –
Lecz bywa, że i modliszka!
A wtedy oczka zmruż…
Kobieta to jest łyżka,
Ale mężczyzna to jest nóż!



Umówmy się na jakiś znak z tamtej strony

Umówmy się na jakiś znak z tamtej strony,
Gdyby jedno z nas miało umrzeć wcześniej.
Może to będzie mały listek zielony?
Umówmy się na jakiś znak z tamtej strony.
…Liść podpisany imieniem, wrzucony
Do skrzynki na listy (na jawie, czy we śnie).
Umówmy się na jakiś znak z tamtej strony,
Gdyby jedno z nas miało umrzeć wcześniej.

Jest Poezja! Roman Kaźmierski CIEŃ W CIEŃ (2)



Biała noc w Ö.

(1)
Z łokciami na parapecie w otwartym oknie
to sposób znalezienia dziury w całej
widzialności. Przez nią udaje się wydostać stąd,
poszybować między ludzi nad brzegiem
rzek i jezior, w obłoki pamiętane z dzieciństwa,
choć było cudze, każdego prócz siebie, niczyje.

(2)
Tam leży mój pies pogrzebany, w kącie
ogródka, co już nie jest mój, w miejscu
gdzie przedtem rósł bez, ale zmarniał,
więc go wyciąłem. A tam na miedzy,
wzdłuż pobliskiej łąki za więzieniem,
psim zwyczajem zagrzebał niejedną kość.
Gdy ją wykopie archeolog, będzie jedną
z moich, białą i gładką jak z plastiku.

(3)
Marginesy rosną. Często biorę je
za tekst główny, z czasem i miejscem.
O akcji zapominam, gdy w jasną noc
siedzę na balkonie, który też się powiększa.
Wprawdzie nie da się tutaj jeździć rowerem,
ale ze dwadzieścia osób pomieści:
my, wy, oni, zastępcy i następcy,
obecni bez użycia przemiłej przemocy.
Spokojnie popijamy, rozmawiamy
półgłosem o winach, szeptem
o zbawieniu chociaż jednej cząstki
elementarnej. Noc zwie się białą,
ale każdy odcień oddala się od bieli jak ty
od ja. Na zachodnim marginesie nieba
nie widać ciał niebieskich, ogniki
papierosów zastępują gwiazdy.
Żartujemy o tym, co różni kosmos od chaosu,
Czy pustka to wakacje od bycia sobą,
czy kimś innym? Gadamy o niczym
do białego dnia, przykładamy się do rana.



Czarny pies

(1)
Plastikowy worek na głowie: świat bez literatury
wygląda jak przez mgłę, w łazienkowym lustrze,
gdy rano szuka się twarzy, a znajduje folię
opakowania. Szelest, za plecami czarny pies,
tym bardziej realny, im trudniej go dotknąć.
Z tabletki powstałeś, w preparat się obrócisz,
wersja dla zbudzonych przez własnego demonka.
Próbuje się z tego wyjść, ale zewnętrza brak.
W worku miejsce na dobytek: sreberko
po zdziecinniałej pralinie, żałoba
po minionych dnach. Na papierze papier.
Małomówny psie, prowadź, prowadź.

(2)
Ponoć czmychnął ze średniowiecznych ksiąg,
Goethemu przemknął w „Fauście”. Ostatnio
widziano go, gdy krążył po Australii:
nie dawał żyć i nie pozwalał zbyt łatwo umierać.
Les Murray chce opowiedzieć, lecz tylko pisze
następny wiersz. Ślady na piasku, znaki z piasku
stary, papierowy śnieg. Zamiast leżeć
pod bezpańskim płotem, waruje przy mnie.
Wierny jak pies, czarny jak pies. Nie chce
być symboliczny, łasi się śmierdząca śmierć.



Rodzaj literacki

Najgorszy w dramacie jest wrzask
o umieraniu, a nawet o życiu,
wściekłe okrzyki cierpienia i inne
wyszlochane drobiazgi.
A tu stopy cierpną, tyłek boli
od siedzenia na miękkim.
Płonie biblioteka w głowie,
a przynajmniej niezapominajki.
Moim zdaniem, twoim zdaniem,
zdaniem państwa umierającego
z miłości do siebie, tyle zdań,
że aż chce się zdać na milczenie.
Wymień autora, a tytuł
zaskwierczy, jakby przy kominku
w zimowy zmierzch ogłaszano
popielate końcówkę.



Poranna modlitwa do Pana Bloga

Czy obudziły mnie gwizdy kosa, czy daleki
bełkot wypuszczonych z nocnego klubu,
czy jest wpół do piątej w mocy
przemienić koszmar senny w łagodność
drugiego boku? Ach, znowu ten dualizm!
Nie ma trzeciego lub trzeciej, nawet
samotność na rynku promują najwyżej
dwuosobową. Robienie sobie jaj
z jednego „ja” lub drugiego.
Późną mamy Wielkanoc w tym mroku.
Żeby tylko zdążyć ze zmartwychwstaniem
przed długim, majowym weekendem.

Jest Poezja! Tomasz Sobieraj WŚCIEKLI LUDZIE



nieznajomi
eugeniuszowi tkaczyszynowi - dyckiemu
ludzie przychodzą tacy piękni
jak matka zanim denaturat
zabrał jej urodę
dając chorobę w zamian
to nie był dobry interes z jej strony
rzecki by na to nie pozwolił
denaturat to kompania niegodna ust
kaliope najady także wolą
nektar dzwonków leśnych

a oni przychodzą
zostają tylko butelki
dzwony rurowe
wystarczy napełnić wodą
do różnej wysokości
powiesić na sznurku obok siebie
i dies irae zabrzmi jak u mozarta
requiem dla chorej matki
brzmi jednak fałszywie



wspomnienie

tutaj paśliśmy krowy z tym małym
antkiem od gwaderów co to wpadł
pod kombajn i ucięło mu nogi
wrzeszczał wtedy a po chwili głowa
opadła mu bezwładnie jak
zerwany mak na łące
krew czerwona z zieloną trawą
nie dały nowego koloru
antek zapił się na śmierć octem
i benzyną jak miał szesnaście lat
a my kąpaliśmy się w rzece
kiedy on umierał rżnęliśmy jego
siostrę na brzegu kaczeńce
pamiętam
wystawały jej spomiędzy nóg
śmialiśmy się i piliśmy wino czarnoksiężnik
umierał bez nóg samotnie
ona potem zwariowała była u sióstr
teraz podobno oddaje się na dworcu
w mieście za piwo albo trzy złote
a mnie dalej śnią się kaczeńce
zapach trawy i nogi leżące na
zielonych źdźbłach obok kombajnu
w takich
tanich trampkach



matka

dobra matka kocha swoje dzieci
nie posyła ich na wojnę
nie pozwala by umierały
w nędznych szpitalach
dobra matka uczy swoje dzieci
chroni przed złem
nie okrada mówiąc
że potrzebuje na chleb
a idzie na wódkę

moja matka
jest bardziej macochą niż matką
nosi suknię biało-czerwoną
i krzyżyk na piersiach
a powinna mieć czarną
z trupią czaszką
mówię do niej mamo
z przyzwyczajenia
chociaż mną gardzi
jak większością swoich
dzieci

moja matka okrada mnie
i kłamie
chodzi pijana
oddaje się obcym w bramach
za łyk taniej wódki i papierosa
moja matka niczego nie uczy
poza kłamstwem
jej smutne dzieci umierają chore
w zawszonych barłogach
ale zawsze znajdzie pieniądze
na wojny i igrzyska

moja matka to zwykła kurwa
ale i tak ją kocham jak pies
kopany i lżony
który nie ma innego pana



miłość w mieście wojewódzkim

stara kobieta w bramie z butelką
denaturatu
szczerzy bezzębne usta
w uśmiechu
zaprasza swojego romea podciąga
spódnicę gładzi
dłonią uschniętą
zwiotczałe wargi sromu
romeo rzyga obok przemyka
szczur wlokąc martwego kota
dziecko wbiega prosto pod tramwaj
zgrzytają stalowe koła
szyny
julia odwraca głowę straszny to widok
mały jest sąsiadki spod szóstki idą do nory
w oficynie zażywać miłości
tylko to zostało
oprócz denaturatu i emtiwi



po lekturze czarnego kwadratu

tadeuszowi dąbrowskiemu

martin heidegger powiedział kiedyś
wciągając na kuchenny fartuch
opaskę enesdeape
że zapewne istnieje możliwość
rzeczowego związku pomiędzy
jajkiem i jajecznicą
jajko może mianowicie wpaść
w przestrzeń patelni wyzwalając
skwierczenie grę masła i szczypiorku
nigdy jednak jajko nie tworzy
dopiero
jajecznicy – odwrotnie zakłada ją
jajecznica żółta przestrzeń
ograniczona krawędzią patelni
daje wolne pole nie tylko
smakowi i zapachowi
tu także dźwięk rozbrzmiewa
i cichnie
wybucha i ginie

droga do nieskrytości różna jest od traktu
po którym musi błądzić opinia śmiertelnych
dodał jeszcze martin
podsycając płomień
książką tomasza manna

Recenzja: Dawid Brykalski, Magdalena Zaleska TAXI, TAXI!



HOMEROWIE POLSKIEJ ULICY


Autor: Jan Siwmir


„Ludzie to dziwni som” – mówi mój znajomy kolega, Waldek, i trudno się z nim nie zgodzić. Wprawdzie wcześniej to samo wyśpiewywał Niemen, a tak w ogóle powyższe stwierdzenie bywa przecież punktem wyjścia wielu filozofów, ale Niemena ani żadnego filozofa osobiście nie miałem przyjemności spotkać, a Waldka i owszem. Spotykam go codziennie jak wychodzę o piątej rano robić zdjęcia pająkom, biedronkom i ślimakom. Waldek zbiera butelki i dziwi się za każdym razem tak samo, że ja o nieludzkiej porze usiłuję zastygnąć w powykręcanych pozach i na bezdechu nad jakimś zielskiem. Widzę w jego oczach natychmiastowe przeliczniki: plecak z akcesoriami okołofotograficznymi – miesiąc picia, kurtka i buty – miesiąc picia z kolegami, sprzęt i aparat fotograficzny – miesiąc picia z kolegami czegoś lepszego niż zwykła siara.

Jak tak się sobie poprzyglądamy nawzajem, to dzień mam wrażenie dla nas obu zaczyna się bardziej satysfakcjonująco, bo z poczuciem własnej, może małej, ale istotnej odrębności.

Podobne uczucie miałem czytając „Taxi, taxi”. Zetknięcie światów, trochę podobnych, bardzo podobnych, różnych, odrębnych. I świadomość tej odrębności. Filozofia dialogu, gdzie spotkanie z drugim człowiekiem to coś więcej niż relacja człowiek – stół, człowiek – drzewo. Spotkanie jako wstęp do poznania czegoś, czego nigdy sami nie mielibyśmy okazji przeżyć, a więc i zrozumieć czy zaakceptować.

Przyjrzyjmy się galerii postaci występujących w tekście. Bohaterami są tu nie tylko ci, którzy zetknęli się bezpośrednio (autorzy i taksówkarze), ale i ci, którzy występują niejako „z drugiej ręki”, o których się mówi długo, i których losy coś w nas poruszyły, zostawiły ślad. Oto matka trzynastoletniej dziewczyny; nie pozwala pić córce, ponieważ jest na to za młoda, lecz wiek w żaden sposób nie jest przeszkodą dla zaspokajania żądz tatusia czy jego kolegów, matka jest z niej dumna! Kilku mężczyzn przewożących trupa przez granicę, żeby zaoszczędzić sobie formalności, niedojadająca babcia przeznaczająca wszystkie pieniądze na ulubione radio, ksiądz potrącający przechodnia i tuszujący przestępstwo, alkoholiczka wzywająca taksówki, żeby „podwiozły” jej alkohol na ósme piętro, bo mąż ją zamknął w domu...

Mnie najbardziej urzekła historia zakochanego, wychodzącego dzień w dzień o tej samej porze na stację z kwiatami, gdzie czekał na ukochaną, która od dawna już do niego nie przyjeżdżała. A on ciągle miał nadzieję... Taki niewielki obrazek świadczący o tym, że nie wszystko da się wycenić, przeliczyć i przeznaczyć na handel. Choć wielu osobom tak właśnie się wydaje.

A ile pysznych typów wśród taksówkarzy! Wszystkowiedzący jenerał, mający o sobie mniemanie, że gdyby tylko postawić go na czele armii, jednostki komandosów, albo choćby dać mu możliwość dowodzenia odziałem szturmowym, to ho ho ho, od razu historia, a właściwie Historia pisana przez duże „H”, zmieniłaby swoje oblicze. Kontrowersyjne refleksje byłego kata, nostalgia za zadymami jakie się w młodości organizowało „na dzielnicy”, „chwyty psychologiczne” byłego ZOMOwca, czy opowieści o duchach na pewno metodą plotki już obiły się nam o uszy, lecz niewiele osób tak przejmująco potrafi je opowiedzieć jak Dawid Brykalski i Magdalena Zaleska. Bo język, moi Państwo, to osobna sprawa w tej książce; język żywy, uliczny, taki jakim posługują się taksówkarze, ze swoistymi naleciałościami, konstrukcją stylistyczną, przekręceniami, potocznymi słowami i słowotwórstwem charakterystycznym dla „dzielnic” w danym mieście i niejednokrotnie zrozumiałych tylko przez kontekst. Nie ukrywam, że lubię takie opowieści. Twardo zakorzenione w realiach i stanowiące asumpt do przemyślenia raz jeszcze niektórych tematów. Nawet jeśli refleksje nie są z gruntu optymistyczne. Autorzy bardzo rzadko dają się ponieść komentowaniu, w większości opowiadań nie ma podsumowania, moralizowania i pokazywania swej wyższości. Szanują czytelnika i jego zdanie. Przypomina mi to reportaże Hanny Krall, oczywiście inne w formie, ale równie „nieingerujące”. Tej opcji, na miejscu autorów, byłbym się trzymał na przyszłość. Stąd moja sugestia, by przekonstruować lub w ogóle zrezygnować z historii „Hitler wciąż nie kaput”. Lecz to rzecz jasna moje zdanie.

Z drugiej strony, ze względu na język, nieodparcie nasuwa się skojarzenie ze Stanisławem Wiecheckim „Wiechem”, nazwanym przez Tuwima „Homerem warszawskiej ulicy”.

Tylko jedną historię zamieniłbym miejscami z inną. „Nie lękajcie się” to opowieść zamykająca według mnie pierwszy cykl opowiadań. Wejście autora w rolę taksówkarza. Popatrzenie na otaczające nas zjawiska jego oczami, opuszczenie swojego wewnętrznego świata, przeniknięcie w skórę innego człowieka i zmierzenie się z problemami nowego typu. Nie tylko koniec jest tu ważny, nie tylko słowa Papieża, ale także to o czym mowa na początku, bo tylko po podobnym doświadczeniu na słowa „Dwadzieścia eurosów reszty się dla was należy” można odpowiedzieć „Nie ma tematu”.

Cieszę się, że powstają książki zbudowane jak warstwy Shreka, lekkie w formie i z pozoru rozrywkowe, ale dla wnikliwego czytelnika niosące przekaz, o którym niełatwo zapomnieć.



Dawid Brykalski, Magdalena Zaleska „Taxi, taxi! Albo o ludziach, taksówkach i innych zwierzętach” część 1.

Esej: Joanna Turek FILOZOFICZNOŚĆ FOTOGRAFII, FOTOGENICZNOŚĆ FILOZOFII


Banał uchodzi za zaprzeczenie sztuki i jest w tym wiele racji, bo jakie znaczenie może mieć dzieło, które nie skrywa jakiejś o nas tajemnicy, nie jest naznaczone niedopowiedzeniem albo nie zaskakuje formą. Jednak nie jest też odkryciem spostrzeżenie, że banał dość często przyciąga uwagę artystów. Trzeba wrażliwości i kunsztu, aby szarym i przeciętnym przedmiotom przydać smaku poezji i sprawić, by stały się dla nas wyrafinowane i nabrały nowych, nieoczekiwanych znaczeń. Obiekty banalne utrwalił na swoich fotografiach Tomasz Sobieraj, tak też zatytułował poświęcony im cykl. Jakiego istotnego dla nas doświadczenia może szukać poeta i artysta w codzienności i skończoności?

Przeciętne i pospolite zwykle nie uosabia twórczo, nie zapładnia naszej wrażliwości, wyobraźni ani naszego myślenia. Dlatego mówimy, że jest banalne i – jeżeli nie posiada dla nas żadnej wartości użytkowej - traktujemy z pogardą. Banalne można nadepnąć, kopnąć przechodząc, cisnąć gdzieś lub co najwyżej obojętnie minąć. Szyderstwo bądź łaskawa obojętność, na nic więcej banał nie zasługuje w naszych przeciętnych oczach, o ile w ogóle zostanie przez nas dostrzeżony.

Wiele chyba nie zaryzykuję stawiając tezę, że im bardziej nijaki staje się człowiek, tym banalniejszy staje się postrzegany przez niego świat. Tak jak u Heideggera, w którego wywodach znajduję potwierdzenie dla moich przypuszczeń, im bardziej pochłania nas użyteczna strona bytu, zamieniając nasze codzienne życie w przyzwyczajenie, które – będąc oczywistym „samo przez się” - nie stawia przed nami trudności, nie wymaga od nas żadnego zaangażowania ani wysiłku, tym mniej w nas podmiotowości, zdolności do przeżywania i zdziwienia, a tym samym banalniejszy staje się nasz świat. Przyzwyczajenie powoduje utratę przez nas autentyczności, zatracenie „ja” w anonimowym „się”, jest pseudożyciem czy też pseudoegzystencją.

Przyzwyczajenie, rutyna, banał przysłaniają sens, zaciemniają prawdę o człowieku. W ich poszukiwaniu musimy więc wyjść poza oczywistość. Filozof powie o przekroczeniu, transcendencji, o pragnieniu odkrycia racji wszelkich rzeczy, źródła, w którym wszystko ma swój początek. Lecz nie dajmy się przy tym zmylić wyobrażając sobie, że w tym poszukiwaniu chodzi o coś, co nie dotyczy naszego marnego i skończonego świata, co – jako doskonałe i nieskończone - tak dalece nas przekracza, że nie pozostaje nam nic innego, jak tylko przyjąć wyrok skazujący na pośledniość. Znów wrócę do Heideggera, dla którego tkwiąca w nas metafizyczność, zdolność transcendencji najistotniejsza dla naszego ja i naszego świata sensów bierze się z doświadczenia skończoności. Najlepiej jednak będzie, kiedy sami zaczniemy szukać odpowiedzi na pytanie o transcendencję, o sensowność bądź bezsensowność naszego skończonego świata i naszych w nim projektów. To pytanie, tak jak odpowiedź na nie wymagają od nas oderwania się od przyzwyczajenia, wymagają naszego osobistego zaangażowania.

Egzystencja wymaga przebudzenia, tak pisał Heidegger. Jego początkiem jest zdziwienie, zaś pierwszą konsekwencją zdziwienia jest oderwanie od banału, od oczywistości. Wiedział o tym już Platon, który twierdził, że zdziwienie jest warunkiem uwolnienia się od świata pozoru. Cała ludzka moc jest w zdziwieniu. Zdziwienia, o którym tu mowa, nie opisuje psychologia. Ma ono sens ontologiczny jako konieczność bycia w świecie, warunek egzystencji, czyli naszej odysei po świecie sensów, możliwości, naszej wolności.

Do takiej wędrówki zaprasza nas Tomasz Sobieraj - pisarz i fotografik, w którego twórczości filozofia jest stale obecna. W tym przypadku kieruje swój obiektyw na rzeczy banalne, bezwartościowe, nieistotne, przez wielu nawet niezauważalne. Wyostrza, powiększa, tak jak u Antonioniego, bądź zmniejsza lub rozmywa. Nadaje formę, która w przypadku dzieła artysty staje się też treścią, przywołuje obiekty przefiltrowane przez swoją świadomość, co sprawia, że nie ograniczają ich arystotelesowskie kategorie substancji i przypadłości, czyli tego, co jest i jakie jest. Zawłaszcza bycie narzucając swą poetycką moc kształtowania naszego oglądu. Sobieraj myśląc, przeżywając, wyobrażając sobie poszukuje sensu dla siebie, a jednocześnie dla nas. Czy oderwie nas od zwyczajności, od banału, od świata oglądanego z perspektywy „się”? Czy w rzeźbionych przez Sobieraja rysach w byciu rozpoznamy też samych siebie? Czy wystarczy po prostu, że nas zdziwi. Filozofia i sztuka nie lubią gotowych odpowiedzi.


Tekst pochodzi z katalogu wystawy Tomasza Sobieraja „Banal Objects”; Fotoseptiembre USA - SAFOTO, Instituto Cultural de México, San Antonio, USA, 2011.

Opowiadanie: Andrzej Tchórzewski POLETKO TOWARZYSZA DZIUNKA


Co tu dużo gadać; w nowej budzie zaczęło się źle. Trzy dwóje na okres i czwórka ze sprawowania. Niby nic wielkiego. Na półrocze z tego wyjdę. Mam taką pamięć, że każdą lekcję mogę powtórzyć. Co do przecinka. Przestanę się kłócić z biologicą; niech jej będzie ten Miczurin i Darwin. I euglena viritis i tysiące raczych odwłoków. Podobno; bezpartyjna. Wierzyć się nie chce; w takiej tepedowskiej szkole, do której chodzą dzieci różnych partyjniaków. No, i wielbiciele Miczurina. Nadprogramowo. Bo Miczurin powinien być dopiero w jedenastej klasie, a nie w dziesiątej. Ktoś musiał donieść, pewnie dziewczyny. Bardzo ją lubią, że taka elegancka i opanowana. Wychowawczyni! Na lekcjach wychowawczych, to albo trójki klasowe, żeby się zmieniały, albo znów Miczurin czy Łysenko, poszerzanie horyzontów. Pewno większość z was chce iść na medycynę. A tam jest egzamin z biologii. Jeszcze trochę za wcześnie, ale już musicie myśleć, zastanowić się. Biologia zawsze jest przydatna.
„Zwłaszcza w Zoo” – powiedziałem półgłosem. Chłopaki w śmiech. Chyba usłyszała. ZOO jeszcze nie mamy w naszym mieście…
Wkrótce będzie i zoo. Wtedy zaczniemy chodzić, prowadzić dzienniczki obserwacyjne, dyskutować. Tymczasem jestem w stałym kontakcie z naszą Akademią Medyczną. Dawniej był to wydział lekarski Uniwersytetu. Dziś samodzielna uczelnia przygotowująca wspaniałe kadry dla naszego kraju. Tak, mamy dużo do odrobienia. Poziom oświaty sanitarnej na wsi jest niski. Dziedzictwo sanacji. Teraz zachorowalność na gruźlicę spadła do zera. Nie ma już wszawicy, tyfusu. Zapewne, czytaliście na polskim jak wkładano dziecko do pieca na trzy zdrowaśki. A dziś? Proszę; leczy się nowocześnie, nie fideistycznie. Sanatoria, prewentoria, ultradźwięki.
I tak zazwyczaj biologiczka nawijała na lekcjach wychowawczych, chyba, że dziewczyny się ze sobą pokłóciły albo Józio z Wackiem pobili na przerwie. Z poważniejszych spraw, dłużej omawianych leciało: nieprzygotowanie codziennych prasówek, tarcze, mundurki, schludność uczniowska. Spóźnialscy i nieusprawiedliwiona nieobecność. Z tym, miałem spokój. Trener dzwonił albo z Klubu wędrowało pismo, żeby mnie zwolnili na zawody czy obóz kondycyjny. Z „pierwszej a” nie zrezygnowałem, przeciwnie, kupiłem sobie Ozolina „Trening lekkoatlety”. Pan Rysio obejrzał książkę.
- Że, ty, choroba, zawsze mi jakąś zagwozdkę przygotujesz. No, niezła, niezła. Wiesz z tymi wkładkami ołowianymi i biegiem po stromej ścieżce pod górę, to sam bym nie wpadł. Zastosuję, obowiązkowo. Trzymaj się tego ozolina. Wprawdzie w sprintach dobrzy są Amerykanie, zwłaszcza Murzyni, a nie Rosjanie. Ale gdzie jest powiedziane, że trener ma być dobrym zawodnikiem?
Pan Rysio był i dobrym trenerem, i dobrym zawodnikiem. Ostatecznie wicemistrz Polski zrzeszenia, to nie w kij dmuchał. A jaki skoczny! Wzrost 153 cm, jak się mówi, w kapeluszu, czyli normalny kurdupel, skakał 175 cm. I za to go podziwiałem. Jak chciał; kalifornijką, rollingiem, nawet nożycami. Podobno na pierwszej nowożytnej olimpiadzie był skok wzwyż z miejsca i skok w dal. Też z miejsca. Pan Rysio byłby w tym dobry. Cóż, za późno się urodził.
Zawarliśmy umowę. On mnie obroni przed szkołą, a ja będę przysparzał punktów klubowi. W de cię mogą pocałować.
Masz, chłopie, parę. Takie chucherko, a jaka para. Nabierzesz mięśni, wybiegasz się. Złapiesz trochę wytrzymałości. W zasadzie nie mam tylko zastrzeżeń do tempówek. Zwolnię cię z tych biegów po lesie. I z fińskich ćwiczeń, chociaż to wzmacnia stopy. Trenuj sobie nawet według Ozolina. Jak chcesz, byleby konsekwentnie. Ja się nie wtrącam. Wyniki mają być. Za rok mistrzostwa Polski Juniorów. Widzę ciebie na podium w paru konkurencjach. Kadrowe dostaniesz. Osiemset złotych, całe osiemset złotych albo i więcej. Ty zadbasz o wyniki, a Klub o ciebie. Na cale szczęście państwo popiera sport. A szkoły są państwowe, to też muszą popierać. Powiedz, ale tak szczerze; o co chodzi?
- Trenerze, mam w budzie przepały.
- Co!? Taki zdolny chłopak i jakieś trudności? Zadzwonię do Strycharza.
- Nie jestem już w Zamoju. Zmieniłem szkołę.
- Głupio zrobiłeś.
- Wiem.
- Strycharz to marka. Przedwojenny CIWF; znał Józefa Piłsudskiego, cyt. I szkoła zacna. Koszykówka, pływanie, siatkówka. Skok w dal, sztafeta szwedzka. Dwóch rekordzistów Polski. A tepedziak? „Ha, ha, ha, hi, zetempe pomaga wsi”. Krawaty, szturmówki, majówki, dużo bambusiarstwa. Gadka-szmatka. Oficjalnie nie są, chyba, przeciwko uprawianiu sportów. Mają przecież wychowanie fizyczne, przysposobienie sportowe, salę gimnastyczną. Podobno dużą., dobrze wyposażoną.
- Co z tego, panie Rysiu, co z tego. Sala – chyba największa w mieście, ale ciągle zajęta na ważne zebrania, narady, spotkania aktywu młodzieżowego. Lekcje wuefu, w klasie albo na korytarzu. Latem na boisku. Rypią w siatę lub kosza..
- Tam przecież są korty.
- Są. W tenisa nikt nie gra. A jak Skonecki wypieprzył za granicę…
- Cicho, cicho. Wiem o co chodzi. Trzeba przekonać kolegów-towarzyszy, żeby nauczyli się grać. Nie muszą zatrudniać chłopaków do podawania piłek. Mówisz, że szkoła się już robi na żeńską.
- No, tak. Chłopcy są tylko w dwóch ostatnich klasach. Niedobitki.
- Dla dziewcząt dobry sport; tenis.
- Twierdzą, że burżuazyjny.
- E, tam… A kto tego wuefu uczy?
- Dziunek, profesor Dziunek.
- Nie znam.
- I peesu, i peo.
- Nie znam. Kurna, znam z tysiąc sportowców, a o takim pierwszy raz słyszę. Dziunek, powiadasz.
- Mówią, że był oficerem w KBW.
- No tak. Kabewiak. Żołnierze – do czterech klas, oficerowie do siedmiu. Im głupszy, tym lepszy. Kadra z cenzusem. Ujemnym. To się nie dziwię.
- Ten Dziunek jest jeszcze sekretarzem Partii
- Ach tak. Nie będziemy rozmawiać o polityce. Jesteśmy sportowcami. To z nim masz przepały?
- Niii.
- A z kim? Tylko krótko.
- Z biologiczką, która jest jednocześnie wychowawczynią mojej klasy. Z polonistką
i matematykiem.
- Ho, ho.
- O co poszło?
- Nie chcę o tym mówić. Biologiczka się na mnie uwzięła.
- A polonistka i matematyk?
- Matematyk ten sam co w Zamoju. Kazio-Wykradnik.
- Kazio, co?
- Wykradnik. Tak go przezywali, bo czasem zamiast „r” mówi „ł”. Wykładnik. Znaczy się wykładnik potęgi.
- Nie potrafisz potęgować?
- Skądże, z matmy tam miałem solidną trójkę. A czwórka była rzadkością. Ze dwie, trzy. Tylko, że w Zamoju zabraniał używać tablic logarytmicznych. Mantysy na pamięć, a cechy to każdy łatwo obliczy. A w tepediaku trzeba mieć tablice.
- Słusznie. Prawie same dziewuchy. W głowach amory i westchnienia, nie będę sobie zawracać gitary jakimś zakuwaniem. Co kraj, to obyczaj. Dobrze robi ten wasz Wykradnik. Prawdziwy pedagog. Zmiana środowiska – zmiana wymagań. Zabaniaczył ciebie za brak tablic?
- Tak.
- Głupstwo. Sprawisz sobie tablice i po krzyku. Pamięta cię?
- Jako, w sumie, niezłego ucznia. Zawsze z murowaną trójką. On innych stopni nie uznaje. Wie pan, stara szkoła belfrów; na piątkę – Pan Bóg, na czwórkę on, a uczeń na trójkę, najwyżej trzy z plusem.
- Jedziemy dalej. Polonistka?
- Kazała przeczytać wypracowanie.
- I co?
- Przeczytałem, ale chciała sprawdzić, czy nie narobiłem błędów ortograficznych.
- Sporo było?
- Nic. Czytałem z głowy, a właściwie z pustych niezapisanych kartek. Z czystego zeszytu, rozumie pan. W Zamoju przywykłem do nieprowadzenia żadnych zeszytów. Miałem jeden. Przeważnie niezapisany. Z rożnymi rysunkami, wpisami kolegów, głupimi żartami. Jeden do wszystkiego.
Trener zaczął się śmiać.
- To takie ziółko z ciebie. Wiesz, co? Jeśli rzeczywiście czytałeś bez zająknięcia, to dałbym ci piątkę za improwizację. I dwójkę za oszustwo. Wychodzi trzy plus. Żaden problem. Pewno gorzej z tą biologią?
- Gorzej. Podpadłem sromotnie. Ona ma kota na punkcie Darwina i Miczurina.
- Do spraw nauki ja się nie wtrącam. Kot sympatyczne zwierzą, zwłaszcza u biolożki. Pewno udawałeś mądralę. Jak ze mną i tym ozolinem. A niech cię….
- Raz zapytałem, czy to prawda, że Darwin był księdzem, znaczy się anglikańskim pastorem. Powiedziała, że nieprawda. Twórca materialistycznego pojmowania przyrody, teorii ewolucji gatunków. Żadnego fideizmu. Udowodnił, że człowiek pochodzi od małpy. A ja na to, że każdy sobie wybiera przodków według uznania. Później jeszcze posprzeczaliśmy się trochę o lamarkizm. Biologię dobrze znam. Nawet klasyfikację Linneusza. Właściwie nie ma się o co do mnie przyczepić. Powinienem mieć piątkę.
- Kłócąc się z nauczycielką? U mnie możesz podskoczyć, bo wszystko jest wymierne, ale w nauce, bracie, liczy się teoria. Nastawienie, pomysł. Ja do gimnazjum chodziłem za okupacji. Maturę zrobiłem na tajnych kompletach. O Darwinie nas nie uczyli. Teraz widocznie taka moda. Coś ci powiem; daj sobie spokój z tym zapędzaniem nauczycieli do narożnika. Weź się za sport. Zrób jakiś rekord. Powiem prezesowi. Prezes zadzwoni, wyjaśni co trzeba. A on też partyjny. I liczą się z nim. Tylko tyle nabroiłeś? Głupstwo. A za co czwóreczka ze sprawowania? Pobiłeś się z kimś?
- Nie. Jak byliśmy w prosektorium z wycieczką szkolną. Niby podczas Dni Drzwi Otwartych to, trenerze, co tu gadać… Posmarowałem koleżankę tłuszczem z trupa. Ona zemdlała. Upadła na ropowaną podłogę. Przylecieli asystenci, jakiś profesor. Strasznie wrzeszczeli na biolożkę. A ona na mnie. I mam zakaz pokazywania się w prosektorium.
- Jeszcze nie musisz. Ale poważnie; wybierasz się na Akademie Medyczną?
- Nie! Na AWF, a później, kto wie. Raczej dziennikarstwo sportowe. I po to to zrobiłem. Bo matka chce, żebym został lekarzem. A co to za przyszły lekarz, który nie może chodzić do prosektorium.
- Nieźle to wykombinowałeś. Szkoda, że cudzym kosztem. Widzę, że z czwóreczką damy sobie radę. Prezes ugada dyrektorkę. Sprawisz sobie zeszyt do polskiego i tablice logarytmiczne. Nie będą jakieś głąby w nas wpierać, że nie dbamy o wychowanie młodzieży czy przechowujemy chuliganów tylko dlatego, że mają osiągnięcia w sporcie.
W złą godzinę było to wszystko powiedziane. Nie doceniłem tego sukinkota Dziunka. Teraz mogę sobie pośpiewać w kiblu:

„Krew zalewała skrwawiony jego szat,
Upadł kabewiak jak polny róży kwiat”.


Jednak to ja upadłem, a nie Dziunek. Na półrocze mam prawie same dwóje i trójkę ze sprawowania. Wiadomo, że stopnie liczą się już do przeciętnej przy dopuszczaniu do matury, a później w pisaniu opinii na studia. Baniaki można nadrobić, pies z nimi tańcował, ale z trójką najczęściej wywalają z budy i trzeba się sporo nachodzić, żeby dostać miejsce w wieczorówce dla pracujących, gdzie grasują same orły i etatowi opierdalacze. Jak do tego doszło? Opowiem później. Na razie to rekord tepedziaka. I wątpię, czy w przyszłości zostanie pobity. A tymczasem w domu trwają takie rozhowory!
- Nie szkodzi, przyjdzie do mnie do roboty. Nauczy się fachu – mówi ojciec.
A matka:
- Przed wojną za trójkę z zachowania dostawało się wilczy bilet. I do żadnej szkoły już by ciebie nie przyjęli. Z wilczym biletem? Za co dawali? Albo za przynależność do młodzieżówki komunistycznej, albo za systematyczne okradanie kolegów czy jawny rozbój.
Ojciec na to:
- Ma chłopak małą maturę? Ma. Do szkoły oficerskiej też przyjmują po małej maturze. Jeszcze nie wszystko stracone. Pójdzie w kamasze, nauczy się moresu. Zresztą, może ćwiczyć w jakimś CWKSie. Tylko listę musi podpisywać i awansować. Nawet na poligon może nie zaglądać. Będziemy mieli majora albo podpułkownika. Krzywda mu się nie stanie.
- Co to za kariera; biegać? Do ilu lat można biegać? Lekarzem powinien zostać. Ludzie zawsze chorują i będą chorować.
- Kiedy on nie chce być lekarzem. Może krwi się boi, może sikami brzydzi. A to sobie umyśliłaś; chłopak żywy, czyta dużo, myśleć potrafi.
- Jak chce. Ale na ogół postępuje bezmyślnie. Z jednej szkoły go wylali. Z drugiej…
- Jeszcze nie wylali. Poprawi się.
- Wierzysz mu?
- A nie powinienem?
- Żartujesz. Ma jednak coś z ciebie; te skłonność do drwin. Wykpiwania wszystkiego.
- Powiedz od razu; poczucie humoru. Jesteś za bardzo sierożna. Dziś trzeba mieć poczucie humoru. Czasy takie, więcej ponure. To i człowiek musi odpowiednio reagować.
Starałem się unikać słuchania tych rozmów. I dobrze mi szło. Ale czasami, jak na złość znów zaczynały się w mojej obecności. Jak to mówią; w najczarniejszych snach nie przewidywałem, że będzie gorzej. Dlaczego mnie jeszcze nie wywalili? Nie wiem. Mam parę domysłów.
Wypadałoby opowiedzieć wszystko po kolei. Licho mnie podkusiło. Zamiast jak dawniej spędzać całe dnie w bibliotece. Usprawiedliwiając się treningami odwiedziłem budę. I to w dzień, kiedy była gimnastyka, jak zawsze nie w sali zajętej na kolejne posiedzenie amatorów gadulstwa, ale w klasie. Po zaordynowaniu jakichś wyrzutów ramion, młynków i głupawych skłonów tułowia Dziunek kazał nam usiąść i zaczął opowiadać o sporcie w Związku Radzieckim, właściwie to ciągle była ta sama lekcja na temat przewag radzieckich sportowców nad resztą świata.
Dziunek jak się zapędzi to gestykuluje, wyciąga jakieś pisma sportowe, wypisuje na tablicy wyniki i nazwiska. Chłopaki gapią się za okno, szepczą sobie jakieś głupoty albo z gumek strzelają kartkami do dziewczyn. A jak Dziunek któregoś złapie, od razu stawia do kąta.
Po jakimś czasie w obu rogach panował ścisk niemożebny. Dwa ringi były zapełnione. W ławkach zostały tylko dziewuchy, więc puszczano do nich oko albo robiono głupie miny. A towarzysz psor, nigdy nie nazywano go „profesorem”, zawsze „psorem”, perorował o wyższości sportu radzieckiego nad amerykańskim. Niekiedy wtrącałem swoje trzy grosze, żeby go wkurzyć. A kto wygrał setkę w Helsinkach? A kto czterysta metrów? Ile zrobiła olimpijska sztafeta Jamajki?
„Murzyni to potęga. Mają więcej poprzecznych mięśni prążkowanych , co wspomaga elastyczność i zmniejsza wydzielanie kwasu mlekowego. Wydaje się, że biegną od niechcenia, lekko na pół pary. A oni już nie mogliby z siebie więcej wykrzesać. Chciałbym tak biegać; elegancko, bez zadyszki, z małą stratą na wirażach, przezwyciężając siłę odśrodkową i wchodząc na prostą lekko przechylonym w stronę wewnętrznego krawężnika bieżni”.
Tym razem nie zadawałem kłopotliwych pytań i towarzysz Dziunek mógł przekonywać nieusportowione dusze, pewno ziewające z nudów, że sport radziecki to potęga jeszcze większa niż ciężki przemysł i Armia Czerwona.
Czytałem. Pod ławką. Też w kącie. Od ściany. Ale, niestety z wolnym dostępem od środka, to mój kolega Józek jako jeden z pierwszych stanął obok tablicy, tuż pod samym portretem Bieruta.
I Dziunek mnie zaskoczył. Podszedł do mnie.
- A, czytamy. Na lekcji wychowania fizycznego urządzamy czytelnię. Zamiast słuchać, notować i brać udział, czytamy.
Z wrażenia, książka upadła mi na podłogę.
- Co czytamy? Można wiedzieć?
Miałem pod ławką, na wierzchu sterty zeszytów, nieotwarty „Trening lekkoatlety”. Wyciągnąłem tę książkę.
- Nie , z podłogi.
„Nie tąkajmy” przypomniałem sobie ulubione powiedzenie polonistki. Trudno. Schyliłem się. Podałem mu to czego chciał.
- A, ciekawe. Interesujący tytuł: „Poletko Pana Boga”. I takie książki wydają u nas? Fideistyczne. W socjalistycznym kraju?
Spojrzał na kartę tytułową. E… wydawali. Cukrowski. Prywatne wydawnictwo. Rok wydania 1948… Teraz nie ma w Polsce prywatnych wydawców.
- Nie ma – potwierdziłem.
- Znaczy się, książka zakazana.
- Wszystko co wydano po wojnie nie jest zakazane.
- Tak powiadasz. Jinteresujące. Uczeń świeckiej, tepedowskiej szkoły czyta „Poletko Pana Boga”. Amerykańskiego autora. Jakiegoś tam Caldwela.
- Nie Caldwela, tylko Koldłela. Dobra książka, polecam.
- Głupca ze mnie robisz! A po co to uczeń laickiej szkoły czyta „Poletko Pana Boga”?
A jakież to poletko może mieć nieistniejący pan bóg?
Już chciałem powiedzieć; „z pewnością niekołchozowe, fieju jeden”, ale ugryzłem się w język. Dziunek tymczasem przeglądał książkę.
- O, widzę, to i wyrazy nieodpowiednie dla ucznia są. Znaczy się; klątwy. Możesz mi wytłumaczyć dlaczego w tej książce klną, skoro wierzą w jakiegoś amerykańskiego Boga.
- To, nie tak…
- A jak? – Dziunek odwrócił stronę tytułową i wpatrywał się w pieczątkę. – O proszę. Biblioteka Uniwersytetu Katolickiego. Jinteresujące…. Czyja to książka?
- Jak już stwierdziliśmy Koldłela. Pisarza amerykańskiego urodzonego ….
Nie pozwolił mi dokończyć.
- Kpisz sobie ze mnie!?... Egzemplarz, znaczy, czyj?
- Chwilowo pana psora.
- Czyja to własność, pytam.
- Na razie moja.
- A ta pieczątka, skąd?
- Widocznie, ktoś ją przybił. Chyba, psor, nie wierzy w samodzielne przybijanie się pieczątek.
- Dość tej błazenady! Od kogo wziąłeś egzemplarz tego świństwa. Imię, nazwisko…
- Pożyczyłem od kolegi. Nazwiska nie znam. Wołają na niego Guma.
- A gdzie mieszka?
- Nie wiem. Zresztą, nie mam pewności, czy on też od kogoś nie pożyczył. Wie pan profesor, jak to jest. Pożycz, tak, nie. I po sprawie. Ja tam się nie rozpytuję: jego, nie jego. Czyja? Mógł sobie kupić.
- Takich książek nie ma w obrocie księgarskim.
- Są antykwariaty – powiedziałem i zacząłem intensywnie myśleć. Przelatywały mi przez głowę różne sposoby wybrnięcia z tej sytuacji. Niewątpliwie trzeba… Niczego nie trzeba. Powiadomię dyrektora biblioteki, a on coś wymyśli. Ojcu też warto powiedzieć. Ledwo dosłyszałem, jak Dziunek odezwał się dość krótko.
- W antykwariatach nie wolno sprzedawać książek z pieczątkami jeszcze istniejących bibliotek.
I to docierało do mnie powoli; szczególnie zaakcentowane słowo „jeszcze”. Lepiej będzie poczekać, aż do Miasteczka przyjedzie Guma, brat Krzyśka ośmiumetrowca, Guma z Awuefu, Guma – kolarz. Tam w Warszawie pewno mają więcej antykwariatów.
U nas są dwa; prywaciarz Owsiński i dział antykwaryczny w księgarni świętego Wojciecha. Oba znam dobrze. Jak mam pieniądze, to u nich kupuję… A jakby tak, przekonać…
- Czy wiesz dlaczego nie wolno sprzedawać, ani skupowywać książek z pieczątkami?
- N-n-ie.
- Bo to byłoby paserstwo. Ciężkie wykroczenie kryminalne. No nic; postaramy się wyświetlić sprawę. Jinteresujące; propaganda religianctwa i fideizmu w szkole świeckiej. Rzecz absolutnie zakazana. Tyle samo, co wroga działalność. Państwo jest świeckie, szkoła świecka, nie żaden tam biskupiak, a kolega do takiej szkoły książeczki o bogu przynosi. Trzeba zapytać, w jakim celu, po co czyta i komu pożycza?
- Jak dotąd - nikomu. Sam pożyczyłem, a rzeczy pożyczonych nie pożycza się dalej. Bez zgody właściciela.
- A właściciel to Biblioteka Uniwersytetu Katolickiego. Jinteresujące. W każdym bądź razie zatrzymuję tą książkę do wyjaśnienia.
„Co wyjaśniać? – pomyślałem sobie. – czytałem i kwita. Dziunek mnie złapał. Chce niech pisze w dzienniczku albo postawi mi gałę z Przedmiotu”. A on, jakby zgadując moje myśli powiedział:
-Zaręczam ci, kolego, że sprawa jest poważna. Bardzo po-waż-na. Dywersja ideologiczna w świeckiej szkole. Propaganda religianctwa w środowisku laickim.
Od tej rozmowy upłynęło dwa dni. W sobotę, na wielkiej przerwie zaczepiła mnie Agniecha.
- Chciałabym z tobą poważnie porozmawiać.
- Co to, oświadczyny? Zresztą i tak musimy poczekać do skończenia szkoły. Dzieciaka ci chyba nie zmachałem?
- Przestań się wygłupiać. Mówię poważnie.
- Poważnie o propozycji poważnej rozmowy, to brzmi, wybacz, dość śmiesznie.
- Nie pajacuj. Dziunek, towarzysz Dziunek – poprawiła się, – chce cię wyrzucić
z Organizacji.
- Jak można wyrzucać kogoś z czegoś, do czego nie należy?
- Rzeczywiście, na zebrania nie przychodzisz, nawet jeśli odbywają się w ramach lekcji wychowawczej.
- Nie przychodzę, bo się nie mieszczę w tych, jak to rzekłaś, ramach.
- A w ogóle to ten twój klub za często cię zwalnia z zajęć.
- I o tym też z Dziunkiem gadaliście.
- Skąd wiesz, że gadaliśmy?
- Bo inaczej nie chciałabyś ze mną rozmawiać poważnie. Wiesz, że tego nie lubię. Pożartować. Owszem. Zwłaszcza z dziewczynami.
- Przestań! – lekko wkurzyła się, ona Agnieszka Dudkówna, przewodnicząca ZMP, w naszej klasie, podobno uosobienie rozsądku i opanowania, polecany wzór cnót i właściwej postawy uczniowskiej.
- Dziunek kazał mi odszukać twoje papiery.
- I co w nich znalazłaś?
- Nic. Nie ma twoich papierów. Ale przecież, tam, w Zamojskim musiałeś należeć do ZMP.
- Nie było takiego obowiązku. Kto chciał, ten się zapisywał. Na ogół robili to frajerzy, pod koniec szkoły, żeby mieć dodatkową opinię i jakieś uwagi o dobrej pracy społecznej.
- A ty?
- Masz mnie za frajera! Ja i tak pracowałem społecznie. W SKS-ie, w radiowęźle szkolnym. Wydawaliśmy gazetkę tępiącą lenistwo, spóźnialstwo, noszenie tarczy na szpilkach, brak czapek, ślamazarność i takie tam przywary. Także niektórych nauczycieli. Ich charakterystyczne powiedzonka, stosunek do uczniów.
- Nauczycieli??? – aż ją zatkało.
- Ale życzliwie. W rubryce: „prawdziwa cnota krytyk się nie boi”.
- I nikt tego wam nie zabraniał? Nie zdejmował tych wypocin, kpinek.
- To się wszystkim podobało. Nauczycielom zwłaszcza. „Bukwa” wiedziała, że jest bukwą, „Zgaga”, że jest zgagą. Palacze, że „sporty” nie służą zdrowiu. Nawet przewodniczącego ZMP ze dwa razy skrytykowaliśmy.
- I co? – wyraźnie ożywiła się.
- Zaprzestał składania wniosków o zmianę patrona szkoły z hetmana Zamojskiego na Janka Krasickiego.
- Coś ty. Tak po prostu, zaprzestał?
- Zamilkł, wcześniej chciał zamknąć gazetkę i radiowęzeł. Dużo wrzeszczał. Ale go Rada Pedagogiczna usadziła. Nie pozwolili. „Niech młodzież uczy się samodzielności”.
A w Zarządzie Miejskim też go ochrzanili. Za trockizm. Że w sposób prymitywny walczy z postępową tradycją.
- U nas jest inaczej.
- Wiem.
- U nas obowiązuje uchwala, że wszyscy uczniowie muszą należeć do ZMP. A Dziunek, jak wiadomo, jest nie tylko sekretarzem POP, ale i opiekunem naszej organizacji. I naszego koła.

„Koła, ramy, bazy, odcinki, linie…. Niebawem miałem się przekonać, że ta zwariowana geometria jest w tepedziaku na pierwszym miejscu. Nie sport, nie samodzielność, nie życzliwość i ogólny spokój, a goła retoryka, rywalizacja przez glindzenie. A jak takie coś może wyglądać w szkole dla głuchoniemych albo jąkałów?” – zacząłem przypuszczać i uśmiechnąłem się.

Dudkówna pewno pomyślała, że to do niej.

1957
(niepublikowane)

OD REDAKCJI 10/2011


W październiku: Joanna Turek wspomina zmarłego we wrześniu wybitnego fotografika Stanisława Wosia; Igor Wieczorek przygląda się literaturze SF z innej strony; Andrzej Jerzy Lech i Roberto Michel – korespondencja artysty z tłumaczem; z cyklu Jest Poezja! wiersze Zbigniewa Joachimiaka, Tomasza Sobieraja, niepublikowane utwory Józefa Barana, Romana Kaźmierskiego i poème en prose Andrzeja Tchórzewskiego; konkurs KL z okazji Roku Czesława Miłosza.

Ponadto polecamy:

wizytę na Wyspie Muz
http://wyspamuz.blogspot.com/

rozmowę Jacka Trznadla ze Zbigniewem Herbertem
http://www.jacektrznadel.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=30&Itemid=31

artykuł o tym, jak szybko i bez wysiłku zarobić na kulturze
http://galeriabrowarna.blogspot.com/2011/09/ban-knoty-z-szopy-narodowej.html

KL

KONKURS KRYTYKI LITERACKIEJ


WIELKI KONKURS MIŁOSZNY Z OKAZJI TRZYCZWARTOŚCI ROKU

Czytelnicy!

Trzy czwarte Roku Czesława Miłosza za nami. Z tej okazji postanowiliśmy urządzić konkurs. Aby wziąć w nim udział, należy przeczytać poniższe teksty źródłowe, których autorem jest Nasz Wielki Noblista, i napisać kilka zdań do rzeczy, bez błędów ortograficznych.

1.
Czesław Miłosz do Władysława Sebyły, red. nacz. dwutygodnika „Zet”; ze zbiorów Muzeum Literatury w Warszawie.

Suwałki, 30 marca 1932

„wyjeżdżając z Warszawy kupiłem »Z« - bardzo mi się podobał i nabrałem zupełnie poważnej ochoty, żeby się do tego pisma dostać. Jest to trochę po chamsku bić w oczy ze swojemi wierszami i Pana zanudzać. Ale mat' jego, dużo chyba trudu panu nie zabiorę, a mimo przyrodzonej skromności uważam swoje rzeczy za lepsze od całego szeregu utworów różnych zresztą sympatycznych chujów, którzy na pewno będą do »Z« szturmować”.

KL: Wyobraża sobie Czytelnik taki lub podobny w językowej swobodzie list napisany przez dzisiejszego lizusa-poetę do dzisiejszego nadętego redaktora pisemka? Nie? A dlaczego? Odpowiedzi na to pytanie, w formie krótkiego eseju, rozprawki, felietonu a nawet poematu, prosimy kierować na adres redakcji KL.

Dla wiadomości: „Zet” wydrukował wtedy wiersz Miłosza „Teatr pcheł”.

2.
Czesław Miłosz, Poufne i samolubne; Kurier Wileński z 21 lipca 1935 roku.

„Dla kogo mam pisać? Dla tej bandy jołopów w moim kraju, dla których jedynym kryterium sztuki jest moda? Oni nawet nie rozumieją, jak są pokraczni. Gdybym chciał powiedzieć, co o tym wszystkim myślę, nikt by mi tego nie wydrukował”.


KL: A jednak wydrukował. Dzisiaj byłoby to trudniejsze, bo piszących i drukujących obowiązuje polityczna poprawność, maminsynkowata grzeczność i brak jaj (nie zapomijajmy też o rzeczy podstawowej - braku solidnego wykształcenia). Oczywiście są wyjątki, do których należy redakcja KL, i dlatego jesteśmy tacy popularni wśród inteligencji ze starą maturą i po dziennych studiach na państwowych uczelniach. Gówniarstwo (niezależnie od metryki) nas nie lubi. Trudno. Będziemy z tym żyć, ale nie zamykamy drzwi przed mądrą młodzieżą, która dostrzega tępotę masłowszczyzny i bełkot upozowanych na poetów drobnych cwaniaczków. Perełki eseistyki na temat „Pokraczność jołopów, czyli polska poezja dzisiaj” prosimy nadsyłać na nasz adres.

3.
A oto fragment miłoszowego wiersza „Toast”:

Poezja polska dzisiaj bardzo jest słabiutka.
Pachnie - jakby karbidem zaprawiona wódka.
Czytając różne pisma, stale się rumienię,
Bo biedne jest naprawdę młode pokolenie
Wyzwolone z honoru uczciwej roboty.
Takimi poetami lepiej grodzić płoty,
Niż cieszyć się, że rośnie już gromada ciołków*
Politycznie pojętnych i skłonnych do hołdów.

*KL: Poeta zapewne nie miał na myśli pewnego wierszoklety ze Skierniewic i innych upadłych na żyzną polską glebę meteorów z galaktyki Wielkiego Bezsensu - ponieważ ci pojawili się stosunkowo niedawno - ale do końca nie możemy być tego pewni, bowiem znany literaturoznawcom profetyczny dar Czesława Miłosza mógł się również ujawnić w wierszu „Toast”. A właśnie, czy słowa Noblisty:

Ocknąłem się pod brązem skrzydlatych pomników,
Pod gryfami masońskiej świątyni,
Z dogasającym popiołem cygara.

nie są proroctwem zwiasującym powstanie „Krytyki Literackiej”, jedynego w tej chwili bastionu broniącego się jeszcze w literaturze Rozumu? Wszystkie odpowiedzi na TAK wraz z krótkim (bo nie chce nam się tyle czytać) uzasadnieniem, prosimy kierować na nasz adres.



Autorzy najlepszych tekstów zostaną nagrodzeni publikacją w KL, co jest pierwszym stopniem do sławy i pieniędzy. W konkursie, ze zrozumiałych względów, nie mogą brać udziału wrogowie „Krytyki Literackiej”, przedstawiciele lumpenliterariatu oraz Tomasz Cieplak, o, pardą, doktor Tomasz Cieplak, bo on jest grzecznym chłopcem, nosi zawsze wysoko podciągnięte spodenki i takich świństw, jakie wypisywał Miłosz, z pewnością nie czyta.


KL

Pożegnania: Joanna Turek WSPOMNIENIE O STANISŁAWIE WOSIU


11 września 2011 roku zmarł Stanisław J. Woś. Odszedł ten, który szukał światła...
Najwięcej inspiracji (...) znajduję jednak w pejzażu. Pejzażu jako ogromie przestrzeni i wolności, abstrakcji nieba i konkretu, który się rozpościera pod stopami.

Widzę urodę kamienia, widzę urodę drzewa, indywidualność drzewa i śladów na drodze, i pęknięcia muru... To wszystko mi się układa w jakąś taką barwną i czasami smutną, czasami egzystencjalną opowieść o kondycji człowieka.

Należę do tego kruchego i żyjącego tylko chwilę na tej ziemi (...) elementu Natury (…). I postrzegam też w kruchości rośliny jakby swoje odbicie, swój ślad, który za chwilę (…) zgaśnie, zniknie, a zostanie tylko fotografia.
Stanisław J. Woś


Czy zostanie tylko fotografia?

Przedmioty, których używali zmarli, nasiąkają nie tylko ich zapachem, ale i subtelną energią. Pochylamy się nad nimi z troską i przechowujemy je z pietyzmem, bo trwa w nich nadal jakaś cząstka tych, którzy odeszli. Pośród cennych pamiątek, które pozostawił po sobie mój zmarły dziadek, są zwłaszcza dwie, które mają dla mnie szczególne znaczenie - harmonijka ustna, na której często grywał, i przedwojenna fotografia, na której został uwieczniony w mundurze Strzelca Podhalańskiego. Harmonijka leży w szufladzie i od śmierci dziadka nikt na niej nie grał, bo jedna z blaszek pękła. Nie wiemy, kiedy do tego doszło, ale odkryliśmy to, gdy dziadka już nie było. Zdjęcie znajduje się na widocznym miejscu i to ono jest najcenniejszą z pamiątek. Poprzez nie i zarazem w nim dziadek jest wciąż obecny pośród nas. W obrazie tym została zaklęta cząstką Jego duszy.

Każda z fotografii jest takim łącznikiem ze światem minionym, którego ślad został na niej „utrwalony”. Każda fotografia jest dotykiem świat(ł)a zza grobu. Dla żywych jest to obecność wstrząsająca. Przywołuje bowiem obecność, ale jedynie imaginatywną, odartą z cielesności. Widzimy naszych bliskich, przyjaciół i znajomych, ale nie możemy ich objąć, podać im ręki ani dotknąć. Nie możemy, gdyż żywych od zmarłych oddziela „ściana” obrazu. Ta nieprzekraczalna bariera sprawia, że obecność tych, którzy odeszli staje się bolesna. Obecność ta natrętnie przypomina o nieobecności.

Istnieją zdjęcia, na których nie ma zmarłych, ale które również „promieniują” ich obecnością. To zdjęcia, które sami wykonali za życia. W nich także jest zaklęta cząstka ich duszy. Obrazy te pozwalają nam wyobraźnią dotykać przeszłości, odciśniętego na nich świata, i rozmawiać ze zmarłymi. Kiedy zatem umiera artysta, to nigdy nie pozostają po nim tylko dzieła - fotografie, książki, płótna, rzeźby... On nadal żyje w swojej sztuce i dzięki niej jest obecny pośród żywych - czasem bardziej niż za życia. Jest to obecność nienarzucająca się, subtelna i milcząca. Przypomina kręgi na wodzie, które pozostawia po sobie kamień zapadający się w otchłań głębiny - podobne do tych zapisanych na jednej z fotografii Stanisława J. Wosia: „Tatry – 2” z 2002 roku.


Cytat pochodzi z wywiadu przeprowadzonego z artystą w 2010 roku przez serwis internetowy Szeroki Kadr: http://www.szerokikadr.pl/fotograf_miesiaca/stanislaw_wos

Epistolografia: Andrzej Jerzy Lech i Roberto Michel


List Roberto Michela, tłumacza zamieszkałego w Paryżu, do Andrzeja Jerzego Lecha, fotografa zamieszkałego w Nowym Jorku.

Roberto Michel
35, Rue Geoffroy Saint-Hilaire
75005 Paris

Paryż, 19 marca 1989 roku

Drogi,

9 marca w Bostonie zmarł ten Twój Robert Mapplethorpe. To AIDS. Czy wiedziałeś o tym? Ostatni wernisaż w Whitney Museum of Art. Ostatni wywiad dla „Sterna”. Ostatnie fotografie… Pożegnalne audiencje niepokornego króla…

Wczoraj byłem fotografem. Fotografowalem księżyc. Zupełnie ten sam księżyc, który świeci Ci czasami w Nowym Jorku. Pierwsza kwadra, pięć godzin i dwie minuty po wschodzie. 18 marca 1989. 18:30. W moim starym aparacie fotograficznym KODAK T-Max. 100 ASA. A dalej, tak jak mówiłeś: Microdol-X i cała ta zupełnie śmieszna reszta. Wszystko „wyszło” jak było i do tego jak trzeba! Tak przynajmniej myślałem… To są oczywiście same kłamstwa i Ty o tym dobrze wiesz. Sam je przecież świetnie znasz („robisz” je codziennie). A więc było inaczej i w sumie „wyszło” też inaczej (nie tak w każdym razie, jak to sobie wcześniej wymyśliłem).

Fotografia. Fotografowie nadal nic nie wiedzą. To błogi stan niewiedzy. Wspaniale. Fotografowie mają być głupi. Poeci też mogą (jeśli potrafią). Czy znasz Heinera Millera „Gnijący brzeg”? „Hamleta-Maszynę”?, „Historię miłosną”? Lęk przed kobietami. A ja, chyba zawsze tak było, boję się fotografii (najbardziej jednak tych starych). Wszystkie są paroksyzmem bólu. Benjamin i teoria aury.

Ciągłość fotografii. To już tyle lat. Tyle lat światła… Spójrz proszę na bolesną „Isabelle” Francesco Paolo Michettiego. 1878 rok. Posepiowane prosektoria! Nienawidzę tych pięknych fotografii!

I ten „walnięty” Miles. „Sketches of Spain”. Rok 1967. Wspaniałe aranżacje (to też chyba sepia) Gila Evansa. CD (błyszczy ładnie) i ta niemożliwa, a jednak, aseptyka. Za „czysto”. Gdzie do diabla podziały się trzaski płyt zbyt dużo razy odgrywanych? Czy pamiętasz „Tango Nuveo” (Mulligan i Piazzolla) i za dużo herbat tych zaczarowanych? Było to chyba we wrześniu dwa lata temu. Warszawa, Hotel „Forum”. Pamiętasz? Nikotyna, teina, kofeina i alkohol. I ta dziewczyna… Powtarzałeś beznadziejnie i bez przerwy, że jak pieta… Tak… I ja pamiętam jej ręce… Pamiętam też jej spokój i wyrafinowany (a jednak subtelny) dotyk. Jej fotografia. Czy i to pamiętasz? Napisz mi o tym i o swojej muzyce. I napisz mi coś o tej Twojej małej (bo „styki”), nowej, pobrązowionej fotografii. I jej niezwykle duże oczy... Pamiętasz?

Tu przy 35, Rue Geoffroy Saint-Hilaire bywam i ja fotografem. Byłem fotografem też, wtedy pierwszy raz, kilka lat temu (1984?) w niedzielę, 7 listopada. Intuicja i przyjemność widzenia (haszysz) i (tak zwane) uchwycenie „tego” właściwego momentu. Czechow i Maupassant. A przecież zupełnie nie interesują mnie wytworne kobiety z Downing Street i ich delikatnie (a jakże!), miękko upadające (niby przypadkiem) biale (wiadomo!) długopisy. To „robota” dla zwykłych „pstrykaczy” (czyli dla fotoreporterów). A jednak…

Twoją chorobą jest brak umiejętności widzenia bez ramki (tej czarnej, fotograficznej). Światło zamknąłeś w przesłonie (najlepiej irysowej) i w czasie (najlepsza ponoć jest migawka tytanowa). Szaleństwo i co za bzdury! Ale Ty taki wlaśnie jesteś. I wtedy, 7 listopada (Paryż, słoneczny poranek), będąc zupełnie przypadkiem (teraz już wiem, że to nie był wcale przypadek!) przy Quai de Bourbon zobaczył to, co ułamek sekundy później (czy to możliwe?) sfotografowalem. Przynajmniej miałem takie wrażenie, że to, co widzialem, właśnie sfotografowałem. Oczywiście było, jak zwykle w takich przypadkach, inaczej! Ile razy tak jeszcze?

Ta intrygująca i pociągajaca fotograficznie scena („scena” – jak bardzo pasuje takie właśnie określenie sytuacji do Twojej fotografii, do Twojego fotograficznego „widzenia”) była przyczyną zrobienia zdjęcia („zdjąłem” ten obraz i zamieniłem na czarno-biały negatyw, którego chyba nigdy nie odważę się powiększyć). Tych dwoje ludzi, bezczelnie i zarozumiale, ułożyłem w formę: białe, czarne, duże, małe, szare, mniej szare i jeszcze mniej szare… I do tego ta zupełnie głupia czarna ramka, o której Ty piszesz, że definiuje… Paranoja… Zamiast Twojego „definiuje” proponuję „amputuje”. Co o tym sądzisz? Albo „amputujące” krawędzie. I żeby było lepiej (po prostu ładniej) to jeszcze do tego wszystkiego (złego?) pomyślałem o stojącym obok drzewie „umieszczając” je po lewej stronie poziomego prostokąta, tej przyszłej przecież, fotografii. „Dołożyłem” też trochę cieni (świeciło słońce). Całość ułożyła się tak jak bardzo chciałem… Fotograficznie…

Piszesz w ostatnim liście o sztuce realizatorskiej Yasujira Ozu i o szczególnej pozycji kamery w jego filmach. Zupełnie się z Tobą zgadzam. Znam wszystkie filmy Ozu i zawsze dla mnie te wszystkie filmy, to taki jeden film… Ciągłość Ozu…

Kilka Twoich fotografii to również jedna fotografia (ale tylko przy „Birds and Redflowered Trees” kiedy gra Saluzzi, w Paryżu i dobrze po zachodzie).

Twoja fotografia… Aware – smutek bardziej dotkliwy, nostalgia związana z jesienią. A inne Twoje nostalgie? Sabi – samotność i spokój. Wabi – smutek zwyczajny. A Twoje inne smutki? I jeszcze tylko yugen – piękne nazwane przeczucie nieosiągalnego nieznanego. Ach te Twoje nieosiągalne nieznane…

Pozycja kamery (może być fotograficznej). Przypominam sobie (Ty mi o tym mówiłeś i pokazywałeś fotografie) niektóre pozycje kamer. Atget, Evans, Henri Cartier-Bresson, Weege (urodzony w Złoczewie), Arbus, Sudek, Penn, Avedon i w końcu ten cały Weston (bez syna).

Pytasz o Cohena, o wiersze. Lubię deszcz i zapach „Cabochard” /Paryż, przecież nie Nowy Jork!/. „Cabochard” to tylko 3.2 mililitry. Ty w tym swoim zwariowaniu masz 118 mililitrow „Laurena” i 142 mililitry „Polo”. Tak też w końcu może być.

Już drugi raz wspominasz o amerykańskim projekcie refotografii z 1977 roku. Prosta, dobrze „zbudowana” i porażająco działająca fotografia. Obok michy (0.5 litra) z herbatą i rozpoczętej (dwa papierosy temu) nowej paczki „Cameli”, leży na moim biurku (tym z telefonem z guziczkami* i lampką) „Second View. The Rephotographic Survey Project” oglądany (zwłaszcza ostatnio) za dużo razy. Po co? Może dlatego, że w Paryżu od kilku dni nic ciekawego się nie dzieje. Może dlatego, że pada deszcz (i pada). A może dlatego, że nie lubię aktów Irvinga Penna. Są wyjątkowo wstrętne. Ale zupelnie inaczej wstrętne niż schizofreniczne, demoniczne, „brudne” wreszcie fotografie Joela-Petera Witkina. Może w końcu dlatego „Second View” jest przy mnie tak często, że Paco de Lucia /„One Summer Night”) zaczyna mnie już nieźle nudzić. Jest wspaniały i porywający jak „2nd Avenue Blue” Buddy Richa lub jak Central Park, po którym biegasz jak idiota ze swoim różowym bull terrierem; co za pomysł mieć różowego psa!

Wiem, wiem… Odbiegłem od tematu. Ostatnio (zauważyła to już kilka razy nawet Laura) zdarza mi się odbiegać od tematu zbyt często, za często. Wybacz…

„Second View”: Timothy O’Sullivan, 1872. Vermillion Creek Canon looking downstream, United States Geological Survey. To kiedyś. A teraz Mark Klett for the Reprophotographic Survey Project i 1979 rok. Vermillion Creek Canyon, Colorado. Wspaniała surowość i „odłożenie” czasu.

Kilka dni temu dostałem „The Contact Print: 1946-1982” (Carmel 1982). Sudek, Minor White, Brett Weston, Harry Callahan, Frederic Sommer, Emmet Gowin, M. A. Smith, Linda Connor, Nicholas Nixon i Olivia Parker. Przede wszystkim jednak Sudek i Callahan.

Kiedyś gdzieś (tylko gdzie?) czytałem, że aparaty fotograficzne są jak psy; nieme i nawet jeszcze wierniejsze. Bądź więc dalej przy swojej Super Ikoncie 6x9, wiernej jeszcze bardziej. „Rób” z nią brązowe obrazki w Nowym Jorku. Układajcie „rzeczy” w piękne formy...

Elementarna fotografia… Hmm… Proszę nie pisz do mnie więcej o tym. To staje się już nie tylko śmieszne, beznadziejnie chore, ale i nudne. Nadto, fotografia elementarna nie istnieje, nie ma jej, tak jak nie ma mnie teraz u Ciebie w tym Twoim Nowym Jorku. Zobacz, rozglądnij się. To przecież pewne…

Ostatnie „Interview” z Andy Warholem rzeczywiście wyjątkowe (zwłaszcza po nudnym, futurologicznym numerze ze stycznia).

Słuchaj! Wszystko, co ważne dla Ciebie i Twojej kamery dzieje się zaledwie o 5 metrów od Was. Ja już o tym wiem. A Ty?

Nadświatło. Wspominałeś o tym w Paryżu. To metafizyka. To pewnie też jest Twoje czarowanie. I to, i fotografie z St. Louis, z Santa Fe, z Carmel… Z tym wszystkim poczekajmy na nowe herbaty. Haiku z San Diego, lubię je, też musi poczekać…

Tymczasem wszystkiego dobrego,

Roberto

_______________________________________
* Och te „Czułe guziczki”… Uwielbiam Trudzię Stein…


Przełożył Andrzej Jerzy Lech

Felieton: Igor Wieczorek OCALIĆ ANTYUTOPIĘ


Jeszcze kilkanaście lat temu wydawało się oczywiste, że burzliwy romans literatury z nauką nigdy nie będzie związkiem równoprawnym. O ile literatura spod znaku „Science Fiction” większość swoich motywów czerpała z futurologii, o tyle futurologia i inne, bardziej praktyczne dziedziny nauki, stroniły od literatury. Nikt rozsądny nie zgodziłby się przecież z twierdzeniem, że lądowanie ludzi na księżycu było możliwe dzięki literackiej wizji Juliusza Verne’a, a powstanie humanoidalnych robotów zawdzięczamy wyobraźni Mary Shelley.

Wkład pisarzy w rozwój nauki ograniczał się wyłącznie do sfery terminologii. I tak na przykład funkcjonujący do dziś we wszystkich naukach technicznych termin Robot pochodzi od czeskiego słowa robota. Wymyślony i spopularyzowany został przez Karela Čapka, jednego z pionierów fantastyki naukowej. Natomiast termin Pozytron wprowadzony został do fizyki przez innego mistrza fantastyki, Isaaca Asimova. Zdecydowanym pionierem urzeczywistniania literackiej fantazji w naukowych badaniach aplikacyjnych okazał się dopiero Arthur C. Clarke, autor słynnej „Odyseji Kosmicznej”. Opracowane przez niego w 1945 r. studium na temat orbitalnego systemu łączności radiowej aż przez dwanaście lat spełniało wszelkie wymogi stawiane literaturze SF i zdecydowana większość naukowców uznawała je za utopię. Jednak w 1958r. wizja A. Clarka doczekała się praktycznej realizacji, a on sam uznany został za ojca techniki satelitarnej. W wielu opracowaniach technicznych wymyślona przez niego orbita geostacjonarna nosi nazwę „Orbity Clarka”.

W miarę upływu czasu wpływ literackich fantazji na praktykę naukową wyraźnie przybiera na sile. Kilka miesięcy temu cały świat obiegła informacja o tym, że specjaliści z amerykańskiej agencji ds. rozwoju nowych technologii DARPA opracowują prototyp cybernetycznego owada szpiegowskiego, którego pierwszym projektantem jest Thomas A. Eeaston, autor kilku głośnych powieści science fiction. Ponieważ konstruowane od dawna w wielu laboratoriach naukowych owadokształtne i wężokształtne roboty nie spełniają pokładanych w nich nadziei, specjaliści z DARPA postanowili „ożywić” cybernetycznego chrząszcza opisanego przez T.A.Eastona w powieści „Sparrowhawh”. Zamiast tracić czas i pieniądze na konstruowanie kosztownych robotów - węży, które potrafią wić się przez trawę i przepływać stawy, ale nie potrafią przemieszczać się wewnątrz rur, zamiast wzbijać w powietrze maleńkie roboty – muchy, które spadają na ziemię po kilku godzinach lotu, specjaliści z DARPA postanowili umieścić miniaturowy zespół elektronicznych elementów wewnątrz żywego owada, a następnie kierować jego ruchami za pomocą fal radiowych.

Wiele wskazuje na to, że ten śmiały eksperyment zakończy się pełnym sukcesem i cybernetyczny chrząszcz – szpieg już wkrótce wkroczy do akcji w Iraku i Afganistanie. Wyposażony w minikamerę i mikrofon będzie szpiegował talibów. Jego największą zaletą będzie umiejętność działania w miejscach szczególnie niebezpiecznych i niedostępnych dla człowieka, takich jak jaskinie, bunkry i miejsca skażone radioaktywnie.

Czy ten niewątpliwy sukces cybernetyki będzie również sukcesem literatury SF? Szczerze mówiąc, mocno w to wątpię. I to nie tylko dlatego, że - jak słusznie zauważył Arthur C. Clarke - „Fantastyka naukowa jest tym, co nie może się zdarzyć – na szczęście”. Chodzi o coś więcej. Chodzi o to, że jedną z największych zalet fantastyki naukowej jest jej antyutopijny charakter. Nie kochamy jej przecież za to, że pozwala nam snuć marzenia o nowym, wspaniałym świecie, ale za to, że pomaga nam demaskować absurdalny i okrutny charakter utopijnych projektów.

Ambicją Karela Čapka nie było przecież doprowadzenie do rozkwitu robotyki, ani – tym bardziej - wniesienie swojego wkładu w rozwój wojskowej cybernetyki, a wręcz przeciwnie – udzielenie srogiej przestrogi przed świadomym użyciem nauki i techniki w służbie wojny. Niektórzy twórcy najnowszej generacji robotów najwyraźniej zdają sobie z tego sprawę, czego dowodem jest fakt, że podczas oficjalnej wizyty premiera Japonii w Czechach towarzyszący mu humanoidalny robot Asimo przedstawił się jako ambasador dobrej woli wszystkich robotów i złożył pod pomnikiem K. Čapka bukiet kwiatów. To bardzo dobry prognostyk, bo gdyby społeczna funkcja literatury SF ograniczona została do funkcji czysto użytkowej, gdyby rola pisarza SF sprowadzona została do roli projektanta cybernetycznych owadów i węży, to świat zmieniłby się nie do poznania. I nie byłaby to zmiana na lepsze.

Jest Poezja! Józef Baran, wiersze najnowsze


Podróż
płynąć nad swoim życiem
w wielkim balonie podróży

i widzieć w dole
pod ławicami obłoków
rafy koralowe
plankton nocy i dni
mozaikę kolorowych szkiełek
z Wawelem i Wieżą Mariacką w tle
zmalały z nagła kraik
na morskim dnie

a wszystko
jak we mgle

za siódmą chmurą
za snem

Brasil, 2009



Formosa w niedzielne popołudnie

Henrykowi i Gosi Siewierskim
Miasteczko śliczne z nazwy
z wyglądu o wiele mniej
widocznie architekta
zmorzył z gorąca sen

i zasnął w trakcie szkicowania
miasteczka na mapkach
co jeszcze się nie zaczęło
zastygło w powijakach

zawieszone w bezczasie
rodzące się stale na nowo
nie może stać się ciałem
jak poronione słowo

przecięte szosą wpół
rozmazane w chaosie
zdjęcie co z prześwietlonej kliszy
nie umie się wykokosić

tandetne domki z gliny
i słońce słońce słońce
uliczki leniwo w miejscu
bez pomysłu drepczące

bo wszystko stapia się w końcu
w niemiłosiernym słońcu
ludzie koty na murkach
jak muchy w mazi brodzące

i tylko czasem miasteczko
rozbłyśnie jak w kurzu szkiełko
gdy przejdzie ulicą dziewczyna –
czyste wcielenie formosy

przebudzi się handlarz melonów
zatańczy przy straganie sambę
Formosa na chwilę się ożywia
przypomina sobie jak się nazywa


Formosa – miasteczko w centralnej Brazylii; nazwa pochodzi od starego, portugalskiego slowa oznaczającego: ładny, piękny.


Myśl przy wsysaniu się w owoc mango

dossać się do miąższu życia
wyssać z niego
smaki soki
słodkości

śmierci pozostawić
łupiny pestki
kości

niech sobie na nich połamie
zęby ze złości



Orzeł w kurniku

rozmawiając z nimi
poczuł się jak orzeł
zapędzony do
kurnika gdzie
nikomu niepotrzebne
jego wysokogórskie opowieści
o lotach

bo tu pasjonują się
przefruwaniem z grzędy na
grzędę
i stanowiskami zajmowanymi
w hierarchii kurnika

jego odstające
śmieszne skrzydła
zawadzają tu tylko
w kokoszeniu się na grzędzie

najlepiej gdyby je obciął
i udawał że jest jednym z nich
a grzebanie pazurami w ziemi
jest mu bliższe od lotów
po abstrakcyjnym Niebie



Wybiegi
niektórzy wierzą
że przyjdzie Ktoś
i da im wolność:
Napoleon Elvis Presley
Jan Paweł II

nie wiedzą
że z wolnością człowiek się rodzi
lub nie

są tacy
co nawet w więzieniu czują się wolni
spuszczają linkę wyobraźni
i mają wybieg na cały glob

i tacy
co żyją na
krótkim łańcuchu
jak wiejski burek przy budzie:
z kagańcem tresury
kneblem konwencji

bo jednym nie wystarcza
nawet wybieg
stąd do księżyca

gdy drugim droga
za las i z powrotem
starcza za całe życie

w końcu i tak
pogodzi wszystkich
ciasny horyzont
dwa na pół

(pod warunkiem
iż jesteśmy jednowymiarowi
i nie mamy duszy
rozciągliwej
Stąd-Do-Wieczności)

Jest Poezja! Tomasz Sobieraj GRA, WOJNA KWIATÓW


Czternaście minut

Wiem
Podróże kształcą
Nawet bliskie
Jak ta wycieczka do Chełmna
Nad Nerem

Szeroka dolina
Na skarpie biały kościół
„Stacja obnażenia”
Matka Boska Częstochowska
Na głównym ołtarzu
Spogląda dobrotliwie
Mały jar
Oddziela świątynię
Od miejsca zagłady
Dwustu tysięcy

Witano ich serdecznie
Przed pałacem
Później szatnia w sali balowej
Wąski korytarz do łaźni
Na ciężarówce
Zgrzyt zamykanych drzwi
Kierowca wyrzuca niedopałek papierosa
Przekręca kluczyk
Przestawia małą dźwignię
Czternaście minut
Kąpieli w spalinach
I odchodach
Czternaście minut
Krzyków i torsji
A potem spokój
Już na zawsze
W pobliskim lesie

Wieczorem
Po ciężkim dniu pracy
W Sonderkommando
Piwo
Śmiech i wspólna fotografia
Na pamiątkę
Normalnie
Jak to
Po robocie



Ucieczka

I stałem się sam ziemią jałową.
św. Augustyn, Wyznania (II 10)

Od kiedy zabiłem Boga
Uciekam przed sobą
W drugiego człowieka
Tak bardzo boję się wolności
Uciekam przed sobą
W drugą pustkę
Płynę i zastygam
Staję się i jestem
Ale tylko
Namiętnością
Nienasyconą



Katedra
Nie miałem na bilet
Do świątyni
Więc usiadłem u stóp
Kamiennego Jezusa
Wyjąłem nóż i chleb

Patrzyliśmy
Na radosny korowód
Wychodzący z katedry

A ona spała
Pod strażą strzelistej wieży
Wyniosła i silna
Pusta
Piękna forma
Bez Boga
I wiernych

Finał
Teatru
Krzyża
Dokonany



Satori
Dopiero ta jesień
Przyniosła zrozumienie
Widok kropli wody
Na żółtym liściu
Uspokoił
Już bez pośpiechu
Żyłem dalej
Jak obłok
Odbity w wodzie jeziora



Axios

Jaki jesteś piękny
Gdy stoisz nagi
Na brzegu Axios!
Zazdroszczę
Kroplom wody
Liżącym twoje ciało
Chciałbym chociaż
Nałożyć ci chlamidę
Którą zawsze nosisz
Z taką
Niedbałą elegancją
Chciałbym tylko
Dotknąć smukłych nóg
I ramion
Zanim Zefir
Nagłym tchnieniem
Zmieni lot
Twojego dysku



Łatwość
Jakie to łatwe!
Chwyciłem krzywą
Z gwiaździstego nieba
Taką zwykłą
y = ax2
Zawieszoną bezpańsko
Między Wenus
A nosem Wielkiej Niedźwiedzicy
I z gracją podzieliłem
Na nieskończoną liczbę
Zupełnie prostych odcinków
Idealne pochodne
Rozpierzchły się
Po nieboskłonie
Chichotały
Jak małe dziewczynki
Próbowałem je uporządkować
Siłą rozumu i woli
Ale tylko czasem
Udało mi się stworzyć piękno
Bryły o tysiącach ścian
Niekiedy regularne wieloboki
Jednak nic równie doskonałego
Jak ta krzywa
Nie powstało
Nawet filozofia mi nie pomogła
W tworzeniu
Musiałem
Poprosić Boga o pomoc
A on
Tylko skinął ręką
I już...
Wrócił porządek



Gra
Na skale czarnej
Przysiadły anioły
Zwinęły skrzydła
I wyjęły kanapki
Z niebiańskich chlebaków
Wesoło majtały nogami
Śmiejąc się i zajadając
Pszenne bułki z salcesonem

Dolina pod skałą
Była szczęśliwa
Żyzna ziemia rodziła kwiaty
I rzadkie owoce
Mężczyźni mieli silne ramiona
Kobiety nosiły warkocze
Właściwie
Nie było niczego nadzwyczajnego
W szczęśliwej dolinie
Życiu ludzi
Ani w nich samych

Anioły wytarły usta obłokami
(młodość nie zna dobrych manier)
I dla zabawy zalały dolinę
Wezbranymi wodami rzeki
Pokładały się ze śmiechu
Widząc jak ludzie walczą o życie
Swoje i bliskich
Żeby było zabawniej
Dorzuciły jeszcze choroby
I nieco ognia
Ocalonym nie było łatwo
Podnieść się z kolan

Bóg odsłonił rąbek błękitu
Sprytne chłopaki – powiedział
Jutro pogracie z drugiej strony Ziemi
W wybuchy wulkanów i huragany
A w przyszłym tygodniu
Zrobimy sobie jakąś wojenkę
Rzeź Ormian albo holokaust
Na dzisiaj wystarczy zabawy
Chyba że chcecie powrzucać sobie
Dusze do piekła
Za to są dodatkowe punkty

Jest Poezja! Roman Kaźmierski CIEŃ W CIEŃ


Ekloga z października

Jezioro, jedyne otwarte oko.
Światło połyka przynętę,
ale nie daje się złapać.
Liśćmi zajmują się specjaliści
od naprawy wspomnień.
Listy udają, że nadchodzą
z przyszłości. Ślina,
którą przełyka wędkarz,
ma smak kolacji. Na tapecie
komar siedzi i nie siedzi.
Opowiada się o sobie,
choć nie umie mówić.
Na drugim brzegu ktoś
w niebieskiej wiatrówce
wspina się ścieżką po zboczu.



Wakacje na okrągło

Długo spali, dom skurczył się w hotelowy pokój.
Odtąd podróżują bezszelestnie jak czas
w zegarku cyfrowym. Nowy kościół podobny
do banku lub supermarketu, wiara siwieje.
Od rana wieczór: odcinek serialu
o życiu, jakim ma być albo nie być.
Ona, on i automatyczne dziecko,
które umie już marzyć. Wrzuca do morza
prawie nienoszone buciki:
niech sobie tańczą, niech tańczą.



Łaźnia w M.

Poniemieckie kafelki holenderskie, kościoły
powielone, pacierze dróg, łąk i zagajników.
Kamieniczki: mężczyźni w oparach, mgłach.
Stać prosto, wciągnąć brzuch, osłonić genitalia.
Stworzeni na podobieństwo, obraz
radzi sobie sam. Z sitek woda, mydliny
do ścieku, gęste jak w czasie uboju.
Szarość tej krwi, biel tła,
niebieskość ruchliwego pędzelka.



Czytając L.G. i G. A.*

Dzień rośnie w trawie.
Życie nie ma końca,
ani początku. W koronie
starej lipy śpiew trzmieli.
Jak wierni w kościele:
bez słów, są zbyt znane.
Lipa stoi samotnie,
za nią ściana zarośli.
Z gąszczu słychać kosi
gwizdek pełen krwi.
Właśnie tu miał być
zbudowany dom.
Zaczyna się i kończy
z trudem jak budowa
na czarno. Bez winy
i kary miłosne przekręty.
Zieleń po horyzont,
trawa zarasta dzień.

*Lars Gustafsson, Genadij Ajgi



Odrostki

Skryta wśród korzeni, nie wiesz nic o drewnie
na opał, o deskach skrzyń i palet, o popiołach.
Niedzielne popołudnie, a grunt pod nogami
wciąż w ruchu, gadatliwe usta, wiatr.
Nie usłyszysz, siostro krzemu i wapnia,
żadnej odpowiedzi od pnia i konarów,
od kruchych gałązek, śmieci u podnóża.



Słowa i muzyka

Johann Sebastian Bach är min vän den bäste. Forr i världen
älskade jag honom för att han aldrig grät...
Eva Ström

(1)
Swoim spojrzeniem bierzesz mnie
w cudzysłów. Cytat. Autor i tytuł
nieznany. Może to było z listu,
ale zabrakło morza i butelki, gołębia,
komputera. Jestem krótką frazą.
Powtarzam się łatwo. Powtórz mnie.

(2)
Prześladuje nas tajna straż, piosenka,
którą nucą wszyscy. Trudno wytrzymać.
Trzymaj mnie mocno między udami
jak wiolonczelę, i graj coś.
Na przykład drugą lub piątą
suitę Bacha, z tych w moll.
Proszę się przesuwać
Władca metrów kwadratowych
umiera truchcikiem.
Wysyła bliskich daleko
i błaga, żeby podeszła bliżej,
jeszcze bliżej, aż jej włosy
zakryją mu twarz.

Jest Poezja! Zbigniew Joachimiak SEZON LOTÓW TRWA


Powrót do domu w Kentucky

Skręciłem z autostrady ostrym zjazdem
i nagle zalał mnie szeroki pas zapachu ciemnego
- drażniącego śluzówki nosa -
topiącego się asfaltu.

Po zjeździe w prawo sunąłem wyrzucany
siłą odśrodkową w piaski domków
jednorodzinnych i ich zielono-żółte ogródki.

Po tej stronie Ohio wszystkie zapachy
zmieniały barwę.
Zamiast czystej zieleni sałaty w pory skóry

wnikać mi zaczęły ciemne tonacje szpinaku,
a pomiędzy napływającymi falami gorąca
wpadały mi w oczy pieprze grubego piasku.

Niosło mnie wprost na ulicę Overview,
tam moja córka rozraszała w powietrze
mleko i zapach przetartych owoców.

W usta spływał mi pot słony i zarazem
słodki od radości, że dzień nie jest stracony,
że Sybilka, moja córka

podejdzie do mnie zmieniając niebieskie
niebo w granatowe, a mnie w ciastko
posmarowane grubo wczesnym miodem.

2005



Umiera mi ojciec
Śpi prawie spokojnie, oddycha,
w dzień złości się i głośno siorbie kawę.
Nosi za sobą cewnik - cienką rurkę
łączącą go z życiem.
Chyba jest bledszy.

Umiera mi ojciec

głośno stęka podnosząc się z fotela,
słucha radia, telewizja jest zbyt głośna,
waży się, ogląda skórę, ręce.
Szepce coś do telefonu,
pewnie, że wkrótce są święta.

Umiera mi ojciec

- śmierć to będzie czyja?
Jego, tego co odejdzie, czy moja
dla zbliżenia tego, co będzie mi odjęte?

Umiera mi ojciec

czuję, że się od niego oddalam,
a on z cewnikiem stoi w miejscu.
O śmierci nie mówi.
O śmierci on umiera.



Chickasaw Street

Długa perspektywa z nagłym zeskokiem o kilkaset metrów
w dół miasta. A na początku zapach małp.
Tak się Chickasaw zaczyna.
Niewielkie kapucynki krzyczą i smrodzą,
gnijące banany czernieją, a wszystko ogarnia aromatyczny bez.

Zapach bzu to tylko początek historii ulicy,
bo już niżej panoszą się słupy podmurszałych domów
niewielkich jednopiętrowych drewnianych budowli -
w których, w porze kolacji, z każdego kąta
roznosi się zapach grzanek, szynki i sera.

W moim mieszkaniu na piętrze pierwszym, zaraz przy wejściu,
pachnie Sybilka mlekiem i kremem Johnson&Johnson.
A półki przyciągnięte ze sklepu metalowego wciąż
nie mogą uzgodnić, jak mają pachnieć książki z Polski:
oliwą, hardweres storu, czy piaskiem z wrzeszczańskiej Zaspy.

Przez ścianę przebija się drobnymi skokami zapach chilli.
Sąsiedzi - afroamerykańska rodzina - od rana przygotowują ingrediencje.
W mojej kuchni też szał: rozlało się kwaśne kalifornijskie wino,
herbata roznosi się we wszystkie strony, dzisiaj będą ruskie pierogi,
na ogniu przygotowuje się farsz z podpiekaną cebulą.

Nie mogę odgadnąć czym pachnie wykładzina. Bo pachnie.
Może tym, co zostało z pobytu poprzednich lokatorów.
Pójdę teraz w dół ulicy, bliżej down town, tam rosną porzeczki.
A i pokrzywy. Mieszka tam też rodzina skunksów, na które jest tylko
jedna rada (zdradził mi ją Andrew Tietig):
dużo, dużo aromatycznego soku z pomidorów.

Jest lato. Leniwe powietrze donosi do moich okien krzyk małp.
I zapach ich śerści. I jeszcze coś, co mnie niepokoi: to rzeka Ohio?
To rzeka miasta. Całego stanu. Całej krainy.
Tu na skraju indiańskiej ulicy pachnie całym tym światem,
który drgać będzie do końca mojej skóry. W zapachu.



Jestem cicho, cichutko

Jestem cicho, cichutko,
tak jak wtedy, gdy po raz pierwszy
spostrzegłeś jasność i ciemność.

Jestem jak wtedy, gdy przyniosłeś mi
kwiaty i swój wiersz do szpitala
i przestraszone oczy w młodzieńczej twarzy.

Jestem cicho, cichutko,
gdy rano wstajesz do pracy
i gdy wracasz, i podlewasz kwiaty.

Jestem mała, twoja własna
skała, opoka dnia codziennego.

Jestem cicho, cichutko,
biję bezdźwięcznie ci brawa
i głaszczę po głowie, gdy upadasz w lęku.

Jestem twoją mamą,
od początku i poza koniec.

Cicho, cichutko
umarła.



Potem

To tylko na początku wiersze są
motylami, które licznie latają
w naszych wiosennych ogrodach.

To tylko, gdy po raz pierwszy stajesz
na jeszcze nie zdeptanej ścieżce
prowadzącej do tajemniczej owocarni...

To tylko na początku wiersze mają
skrzydła i pociagają cie do góry,
do blasku i ptaków.

Potem.

Potem słowa zaciskaja się w pięści,
w zatrzaśniętej obolałej dłoni,
w pocisku zawiniętych kostek.

Potem trzeba żmudnie odginać palec za palcem,
podważać je dłutem zakute w milczeniu,
powoli wydobywać upragnione słowa.

Trzeba mruczeć, szeptać i dreptać,
płakać, trwać godzinami w trwodze,
czekać, czy granat pięści się otworzy?
I słowa trzeba wyciągać ostroznie i powoli,
jedno, drugie, trzecie, jak ze słonecznika nasiona,
w lipcowy dzień.

Może choć jedna z tych wyschniętych pestek
pełna będzie nasieniem.

Jest Poezja! Andrzej Tchórzewski, poème en prose


Domysł

Jeszcze nie wiesz co zostało w przeczuciu!

Czy sowa śnieżna wzlatująca z odległych siedlisk nad łąki umorusane siąpiącym niespodziewanie
o tej porze deszczem. Szukająca opustoszałych komnat mysiego królestwa. Bo może zawieruszyła się jakaś istota; chora albo słaba, niezaproszona do tańca na płytach stygnących kuchni, rozgrzanych fajerek oddających w mroku pożyczoną wieczorem czerwień.

Czy – może - śmieszny owad nieporadnie zbłąkany w nieswoją porę roku. Gotów do zabicia jednym gestem ręki.

Nie wiesz i wierzysz w szczególną aurę szarości. Byt nie lśni tęczami, dźwiga w sobie skończoność jak modlitwę, którą obarczy Boga.

Znów zaczną się jałowe dysputy, znów ten brak szacunku do milczenia; jazgot, słowo, które unicestwia siebie. A z niego chaos; nieodłączne konie nomadów, parlamenty śliny, step.

Cóż przeczucie, gdy pewność nie jest naszym królestwem, a jej zaprzeczenie rozchodzi się, jak mgła po łąkach i pustych polach.



Rozstaje

Latem, zmęczony strumień dogorywa. I gdyby nie wilgoć omszałych kamieni, nierozpasanie wektorów promienia, byłby ustał.

Światło heraklitejskie nie mówi do nas, nie powierza nam swych skarbów oddanych w aporiach przez wędrownych filozofów.

Mają zdarte sandały i puste łysiejące głowy. Przypominają owady, których się boimy, bo według prognozy wkrótce zawładną światem.

Naturalnie to nie jest nasz świat, ale i nie ich.

Nie wiemy dokąd prowadzą drogi strumieni, gdzie przetną się z ludzkimi, gdzie wzejdą przypadkowe siedliska i którędy pójdą karawany przenoszące nadmiar cierpliwości.



Ślimak

Natura uzewnętrznia swoje przeciwieństwa. Daje nam Biblię i Koran i tysiące ksiąg spisanych niedokładną ręką. Wymusza na nas przypowieści, moralitety, ale sama pozostaje baśnią własnych ogrodów.

Śluz przykryty płytką. Pancerz i galaretka, żel ciągle używany przez wilgoć. Ciężar, który nas zgina, a jemu służy za schronienie. Dom wędrowny, cierpliwy.

Patrzę, jak opustoszał i nawet nie potrafię się domyślić adresu właściciela. Może odszedł. Ogarnia mnie lęk jak w obliczu wspaniałych grobowców.

Zapewne są już puste, ograbione. Nie słuchają szemrzących wód, ceramika odpada z nich
i ślady zniczy przywodzą wspomnienie pamięci.

Po ten jakoś nie sięga nikt. Chyba, że kazuar, który uciekł z zoo rozwaliłby dawną siedzibę ślimaka.
Czy żyje? Dość pytań! Głupio, w swoim języku pytać o ślad lotki ciśnięty przez Tajemnicę.



Okno

Zamknięty w szarości. Śledzisz krople bębniące w blachę parapetu. Gdzieś daleko - miliony lat świetlnych- jest Mauritius i Beniowski spowiadający się u Komendanta. Przypomnienie imperium, zarzut złych chęci wobec przegniłej Korony. Ponawiany, powtarzany z uporem, chociaż wszystkie imperia mijają.

Comte, comte.

Ty, ta z wakacyjnej opowieści, jedziesz korytami wyschniętych rzek i spotykasz dzieci malgaskie, znające dobrze mechanizmy jeepa i radość fotografii.

Festiwal odrębny. Na karaibskich beczkach po ropie. Otwarty na ocean. Festiwal bosych pięt
i rozognionej ziemi. „Zupełnie jak niedźwiedzie smorgońskie”. Ulubiona rozrywka arystokratów, strach politei podzielany przez Arystotelesa. Lęk, lęk!

A tu: monotonia. Blokowisko. Wytwór złej cywilizacji, produkt tablic demograficznych.

Jak dobrze, że nie podchodzisz do okna. Mając je w sobie.



Matura in vitro

Czytam i … nie przecieram oczu. Przywykła do wyskoków słowa. Przychodzą różni, nadając mu swoje znaczenia. Coraz bardziej wchodzimy w bezsens, w bezmiar nonsensu.

Mit wieży Babel sam się rozpowszechnia w sporych nakładach. Ludzie milczą lub plują (z lubością?)

„Matura in vitro i zapłodnienie z religii”.

„Poprzestawiały Ci się wersety albo przyjęłaś starą technikę dadaistów” - mówi partner, który jeszcze nie tak dawno był całkiem zagorzałym kochankiem, wielbicielem tej mojej etcetera.

„Panuję nad wersetami,montaż słów odbywa się we mnie, voodo morfemu. Patrz, czym nas karmią. Sieczka, obrok.

Tu, dwójka znanych w przededniu rozwodu, ona szuka mieszkania w eleganckiej dzielnicy - a może na odwrót - On jedzie na Bahamy - a może na odwrót - nie zaprzecza, że lubi windsurfing, a tam dwudziestoletnia matka wyskoczyła z okna prosto pod autobus. Z pewnością jeszcze żyła kiedy ją rozjechał”.

„Coś trzeba włożyć do tego garnka”.

Słowa nie zawsze kończą się myślą... Kto wie, może jesteśmy centaurami, wchłaniającymi ten bezduszny owies, rozciapaną Karmę.



Polowanie na żmije

Przykucnąć i nie zrywać jagód. Wbrew Elżbiecie Barret. Szukać róż dzikich, niezgodnych ze Słowackim. Wnosić do tej wonnej świątyni ducha modlitw. Szperać w zakamarkach słów.

A tam, pomiędzy paprociami przemknęła żmija. Las jej odszumiał na znak przyzwolenia. Rozścielił się wygodnym szlakiem; ucieczka. Przed rozdziawionym ze zdziwienia brezentowym workiem i rozdwojonym, kłamliwym kijem. Troska o potomstwo zostawione
w komyszach. Lekka bryza łagodzi ostrza traw, prostuje źdźbła schylone ku prawu ciążenia. Wszystko jak w tej wieży, gdzie Tycho de Brache śledził lot komet.

Właśnie przelatuje włóknista zapowiedź zagłady. A tu SĄ znaki, trafnie odczytane; to ludzie łowią żmije dla pieniędzy. Z niezrozumiałych powodów. Gdyby wszystkie istoty stosowały swój kod, powstałby chaos.

Na początku, więc, było przemykanie. Syk. Groźba. A później - pełnia chaosu.

I bóg żmij ładu nie zaprowadził, scedował wszystko na człowieka. Popłoch.

A cóż on potrafi? Niszczyć tam, gdzie godzi się ocalać. Tęsknić za gramem jadu, pisać na korze brzozy sokiem wyciśniętym z jagód.
Wznosić miasta, do których żmija nie ma dostępu, a zdrada - owszem.

Pożegnania: Krzysztof Jurecki WSPOMNIENIE O ANDRZEJU URBANOWICZU


Andrzej Urbanowicz był dla mnie bardzo ważnym artystą - niepokornym, poszukującym duchowości w neognozie i buddyzmie, związanej z uniwersalną prawdą o świecie. Każda rozmowa z nim była niesłychanym przeżyciem, każde Jego zdanie miało moc i siłę wyrazu. Miał w sobie coś z guru, choć w kwestii chrześcijaństwa się z Nim nie zgadzałem. W grudniu 2010 na prośbę Andrzeja napisałem krótki tekst o naszej znajomości w związku z przygotowywaną publikacją. Mieliśmy się spotkać w czerwcu 2011... Jak na razie jest artystą niedocenionym, ale jestem przekonany, że się to zmieni, gdyż stworzył wokół siebie nie tylko środowiskowo artystyczne, ale malował wyjątkowe obrazy od lat 60.

Żegnaj Przyjacielu! Twoja sztuka będzie wieczna, Twoja duchowość także.


Andrzeja Urbanowicza poznałem … nie pamiętam dokładnie w jaki sposób. Co dziwne wydaje mi, że odbyło się to bardzo dawno, choć faktycznie miało to miejsce z wraz przygotowywaniem wystawy Katowicki underground artystyczny po 1953 roku (2003). Do jej części fotograficznej zaprosił mnie prof. Janusz Zagrodzki, główny kurator tego udanego i potrzebnego pokazu. Czas, który jest pojęciem tak naprawdę względnym, jeśli nie podejrzanym, w moim życiu bardzo przyśpieszył po czterdziestym roku życia. Czy jest to smutne? Być może, ale zacierają się szybciej horyzonty wielu zdarzeń czy spotkań.

1. Nasze relacje z Andrzejem
Nasza współpraca przy organizacji wystawy o undergundzie udała się. Nie było żadnych problemów czy spięć. Przy okazji poznałem także Stasia Rukszę, który pracował w BWA. Następnie razem współpracowaliśmy przy bardzo dużej ekspozycji Jerzego Lewczyńskiego, który wielokrotnie już w latach 80. i 90. opowiadał mi o niezwykłej postaci Andrzeja – jego happeningach czy magii, wobec której Jurek nie wiedział, jak ma się ustosunkować. Nie mówiąc już o Zofii Rydet (z. 1997), która zdecydowanie bardziej podatna była na tego typu zabiegi hapeningowo-artystyczne, choć zdaję sobie sprawy z nieadekwatności tego określenia. Jerzy Lewczyński – wybitny polski artysta-fotograf - wielokrotnie potwierdzał i przyznawał wpływu filozofii bycia i twórczości Andrzeja. Niewielu artystów stać, aby przyznawać się do takich zależności, które tak naprawdę nie są niczym brzemiennym czy złym. Świadczą o zwykłej przyzwoitości określonego twórcy. Lewczyński też jest dla mnie autorytetem.

Pamiętam także nasz wspólny udział: Andrzeja, Jurka, także Adama Soboty na sesji teoretycznej o twórczości Beksińskiego w BWA Bielsu-Białej przy okazji jego wystawy fotograficznej tego ostatniego ze zbiorów Muzeum Narodowego we Wrocławiu. Pamiętam, jak Andrzej opowiadał o sile energetycznej czy duchowej rysunków Beksińskiego, które po przywiezieniu do Katowic w 1977 roku i ich rozpakowaniu spowodowały Jego niesamowity ból głowy. Mówił „ten ból pamiętam do tej pory”.

Andrzej zaprosił mnie także, abym dwukrotnie zaprezentował katowickiej publiczności swoje przemyślenia o fotografii. Raz mówiłem o fotografii surrealistycznej i znaczeniu w niej Hansa Bellmera, drugim razem przy okazji otwarcia drugiej wystawy Bellmera, co było wielkim wydarzeniem w skali całego kraju mówiłem o znaczeniu artysty i poszukiwaniu „pisma ciała”. Drugi z tekstów opublikowałem w książce „Oblicza fotografii” (Września, 2009).

2. Pracownia na ul. Piastowskiej
Bardzo cenię sobie rozmowy z Andrzejem. Jest bardzo świadomy tego, co tworzy, wnika w atmosferę swych prac niczym dawny alchemik poszukujący złota. Pamiętam nasze dyskusje na temat surrealizmu, sztuki gejowskiej, którą poznał w Nowym Jorku czy galerii Krzywe Koło. Andrzej dla mnie autorytetem w sprawach artystycznych, lubię z nim rozmawiać. Żałuję tylko, że nie wytrwał w buddyzmie, który uprawiał i współtworzył w Polsce na początku lat 70., gdyż to mogłoby go zbliżyć do poznania i zrozumienia świata, a jestem pewien, że poprzez religię, w mniejszym stopniu filozofię i sztukę można to uczynić sposób mniej lub bardziej doskonały, choć nigdy wpełni doskonały. Oczywiście wpływ buddyzmu był wielokrotnie interpretowany w kilku tekstach o Jego twórczości.

Czy pracownia jest tylko miejscem pracy? Pytanie banale. Odpowiedź brzmi nie! Jest i przez lata było, o czym też wielokrotnie pisano, miejscem, gdzie przyjeżdżali lub bywali czołowi czy wybitni intelektualiści polscy. Cenna jest biblioteka składająca się tysięcy książek i katalogów. Pewnie równie interesująca jest korespondencja.

Ale najważniejsze są prace Andrzeja tworzone od końca lat 50. Pamiętam do dziś obraz o dużym formacie, jaki pokazywany był na początku lat 60. w Krzywym Kole Mariana Bogusza. Równie dobrze pamiętam test, w którym udało się artyście wyjść poza ograniczenia konstruktywizmu Władysława Strzemińskiego poprzez powrót do ikony i poglądów filozoficzno-estetycznych św. Dionizego Aeropagity. Szkoda, że tego nie potrafił „pociągnąć” dalej, gdyż wydaje mi się, że ten problem jest w dalszym ciągu do rozwiązania.

Jednak przyszli historycy Jego tak ważnej dla mnie twórczości będą mieli problemy z interpretacją. W którym momencie buddyjskie symbole i znaki, a także wcześniejsze alchemiczne przestają znaczyć i stają się „znaczeniem pozbawionym znaczenia”, jak to miało miejsce w dojrzałej i późnej twórczości wspomnianego już Beksińskiego. Czy jest to już forma wyzuta znaczenia? Czy jest ona tylko ornamentem, ale wiemy też że sam ornament także może być znaczący, aby przywołać jego przejawy antyczne – groteskę czy manierystyczne – tzw. rollwerk.

Sylwetki: Krzysztof Jurecki ANDRZEJ URBANOWICZ


Malarz, grafik, twórca parateatralny. Urodził się w 1938 roku w Wilnie, zmarł 21 sierpnia 2011 roku w Szklarskiej Porębie.

Studiował na ASP w Krakowie w latach 1956-1958, w latach 1958-1962 w filii macierzystej uczelni - w Katowicach. W latach 1972-1991 mieszkał w USA. Eseista, krytyk sztuki, a także organizator wystaw i sympozjów na temat sztuki Hansa Bellmera w Katowicach (1995, 2002). Wraz z Henrykiem Wańkiem współtwórca Stowarzyszenia Twórczego Bellmer.

Debiutował na wystawie indywidualnej w Galerii Krzywe Koło w Warszawie w 1963 roku, gdzie pokazał obrazy nawiązujące do idei Władysława Strzemińskiego, ale inspirowane także mistycyzmem zawartym w tekstach Pseudo-Dionizego (V/VI wiek). W tym czasie rozpoczął studia nad okultyzmem. Z awangardowej pogoni za niedoścignionym ideałem linearności świata wycofał się już w latach 60. Przestrzeń twórcza artysty zbudowana została na podstawie jego inspiracji duchowych - buddyzmu zen, neognozy, okultyzmu, do którego zwrócił się już w 1963 roku (obraz „Wielka Garota czyli Splendor Solis”). Symbolika solarna zawarta w jego twórczości łączyła się także z odniesieniami do mitologii egipskiej i przede wszystkim z motywem Ouroborosa (symbolem wiecznej przemiany i odwiecznego chaosu).

W tekście „Okazanie” (1999) Urbanowicz stwierdził: „Najdosłowniej jesteśmy dziećmi światła, choć nie zawsze o tym pamiętamy. Nawet, gdy jest go całkiem niewiele, ono jest najważniejsze. Posłańcem uczuć światła jest barwa”.

Wczesne obrazy Urbanowicza z końca lat 60. należy porównywać z formalną, ale przede wszystkim duchową, atmosferą twórczości Zbigniewa Makowskiego. Można w nich jednak odnaleźć także reminiscencje pop-artu w jego odmianie nazywanej psychodelic-art, uderzającej kontrastem kolorystycznym. Już w tym czasie Urbanowicz tworzył jednak zadziwiające i dojrzałe prace.

Najważniejsza część jego twórczości związana jest z działaniami katowickiej grupy Oneiron (1967-1978), do której należeli m.in. Urszula Broll, Zygmunt Stuchlik, Antoni Halor i Henryk Waniek. Artyści tej grupy w twórczy sposób zgłębiali teorię Carla Gustava Junga, w tym znaczenie marzeń sennych, oraz ikonografię sztuki Dalekiego Wschodu. Istotne okazały się ich interdyscyplinarne dokonania artystyczne, np. wspólne dzieło składające się z trzydziestu plansz, „Leksykon (Encyklopedia symbolu)”, pokazane po raz pierwszy w 1969 roku, o wysublimowanej strukturze rysunkowej penetrującej wewnętrzne pojęcie symbolu, a nawet kosmogonii świata z różnych kultur. Wyrażało ono bardziej formułę chaosu, za którą opowiedział się później Urbanowicz, niż kategorię prawdy, choć była ona zasadniczym celem w tej realizacji, odwołującej się do koncepcji sakralności świata, wyrażającej się przez zmienne kulturowo i historycznie symbole, w których silnie manifestował się erotyzm, rozumiany jako energia twórcza.

Interpretowana głównie jako psychodeliczna twórczość Urbanowicza i w mniejszym stopniu Henryka Wańka z lat 70. (np. wspólny obraz poświęcony Janowi Palachowi), otwarcie manifestujących postawę antykomunistyczną, może być określona mianem katowickiego undergroundu. W odróżnieniu od prac Wańka malarstwo Urbanowicza przesycone było już wtedy perwersyjną erotyką. W jego twórczości zaznaczyły się: metoda cytatu dawnej sztuki (np. Hansa Holbeina Młodszego), wykorzystywanie motywów fotograficznych (w tym z kręgu low art) oraz silny kontrast kolorystyczny.

Grupa Oneiron dla kultury polskiej odkryła wiele światów artystycznych, w tym mit czeskiej Pragi oraz alchemii i wiedzy tajemnej, choć podlegającej artystycznej racjonalizacji. Po raz pierwszy w Polsce dogłębnie zainteresowała się buddyzmem zen.

Dla zrozumienia malarstwa Urbanowicza bardziej istotny jest jednak jego związek z życiem i poszukiwanie zrozumienia istoty świata. Wydatnie podkreślał wszelką biologiczność życia, w tym oczywiście człowieka, co było przedmiotem wielokrotnych penetracji artystycznych w XX wieku (np. Władysław Strzemiński). Widać to na przykładzie obrazu „Źrenica”, który mimo swej abstrakcyjnej pulsacyjnej formy traktuje o biologiczności życia.

Istota malarstwa Urbanowicza uwidacznia uporczywe drążenie określonych problemów. Podstawowym jest poszukiwanie obsesyjnych, wężowatych splotów („Tęczowanie”, „Serpemanita”), ukazywanie wyobrażenia słońca oraz przenikającego wszystko erotyzmu - potężnej siły ożywiającej świat.

Poszukiwanie miłości, czasami z jej ciemnymi odmianami, związanymi ze skrywanym w podświadomości sadomasochizmem z pewnością było jednym z celów artystycznej działalności artysty. Miłości przynajmniej w podwójnym znaczeniu: ziemskim jak i boskim, choć odróżnienie jednego od drugiego tylko teoretycznie jest jednoznaczne. Artysta prezentował postawę afirmatywną wobec życia, którego zasadniczym składnikiem jest chaos. Poszukiwał nowego paradygmatu dla rozwoju kultury. Z pewnością nie był on nowy, ale też nie był popularny, gdyż w historii kultury europejskiej przeważał zracjonalizowany antropocentryzm.

Jego obrazy to często wizualne buddyjskie koany przedstawiające różne historie, które mają w widzu wywołać określone uczucia, a przede wszystkim doprowadzić do otwarcia drzwi percepcji, zrozumienia lub przywołania określonego stanu psychicznego. Oczywiście nie jest to łatwe, ale artysta ma do takiego nauczania określone przygotowanie duchowe, będące wynikiem buddyjskich inicjacji i studiowania ezoterycznych pism. Jego sztuka jest ze swej natury głęboko symboliczna, ale podobnie jak w XIX wieku czyhają na nią różnego typu niebezpieczeństwa. Wielokrotnie jednak udawało się Urbanowiczowi poruszać dziwne stany rzeczywistości widzialnej oraz tej ukrytej, niedostrzeganej, ale odczuwanej, jak ma to miejsce np. w obrazach „Świecące” czy „Wschód”.

Obrazy Urbanowicza powinny być tłumaczone w poetycki sposób, tak jak to znakomicie czyni Urszula Benka. Inny klucz, poza duchowym, mija się z istotą przesłania zawartego w jego sztuce.

Twórczość artysty była bardzo konsekwentna. Już w latach 60. słońce stanowiło jeden z głównych jej wątków. Później okazało się, że wszystko zostało mu podporządkowane, stało się dla artysty zasadniczą manifestacją istoty życia jak i emanacją energii (bóstwa). Pomimo witalności determinującego życie chaosu, w którym musimy istnieć, nad wszystkim wznosi się konstytuujące go, tworzące podstawową zasadę bytu, słońce.

W 1992 roku w Galerii Sztuki Współczesnej BWA w Katowicach miała miejsce retrospektywna wystawa prac Andrzeja Urbanowicza. W latach 1992-1994 działał jego Teatr Oneiron 2 (spektakl „Więzy”), a w 1996 roku - Teatr Oneiron 3. Wszystkie oparte były na wizyjności i swobodzie interpretacyjnej, łączące się z „poetyką rytualnej anarchii, zacierające granicę między ceremoniałem a wydarzeniem mistycznym, pomiędzy erotyką a kosmiczną wzniosłością”. Kolejna ważna wystawa artysty, „Andrzej Urbanowicz. Splendor Solis”, odbyła się w BWA w Katowicach na przełomie lat 1999/2000.

Prace artysty posiadają w swoich zbiorach: Muzeum Narodowe w Warszawie, Muzeum Narodowe w Poznaniu, Muzeum Śląskie w Katowicach, Muzeum Górnośląskie w Bytomiu, Muzeum Sztuki w Łodzi, Muzeum Ziemi Lubuskiej w Zielonej Górze, BWA Katowice, Muzeum Historii Katowic, Muzeum Okręgowe w Koszalinie.

(2004)