LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA SPOŁECZEŃSTWO
______________________________________________________________________


Felieton:Igor Wieczorek SZCZĘŚCIE LUB POTĘPIENIE


Z satysfakcją, ale bez entuzjazmu przeczytałem najnowszy bestseller Janusza Głowackiego. Cechą charakterystyczną bestsellerów są dobrze brzmiące tytuły, intrygujące tematy i efektowne okładki. Czasami zdarza się również, że za tą potrójną fasadą czai się jakaś głębsza, godna uwagi treść. Wiele wskazuje na to, że taka bardzo głęboka, godna uwagi treść czai się w bestsellerze, który wyszedł spod pióra pracowitego „Głowy”. Problem polega na tym, że ta przyczajona treść jest trudna i niepokojąca, a „Głowa” to celebryta, globtrotter i sprawozdawca, a nie przenikliwy krytyk.

Jego pisarstwo jest mocne, barwne, soczyste, odważne, ale nad wyraz rozwlekłe i dziwnie bezrefleksyjne. Ten autor wiele nie myśli. Ten autor po prostu pisze. Pisze o tym i owym, głównie o Nowym Jorku i swoich licznych znajomych.

Teoretycznie rzecz biorąc, jednym z głównych tematów powieści „Good night Dżersi” jest życie Jerzego Kosińskiego, ale praktycznie rzecz biorąc, ten temat jest tylko pretekstem do opisania świata, w którym nic nie jest łatwe, dobre i oczywiste. Fascynujący opis.

Sądziłem, że ten bestseller rzuca jakieś nowe światło na przyczyny samobójczej śmierci Kosińskiego, ale wcale tak nie jest. To światło jest bardzo stare, ma już dwadzieścia lat i pada na smugę cienia. A jednak warto pomyśleć o przyczynach samobójstwa Dżersiego w świetle przydługiej powieści, którą napisał Dżanus.

W tym świetle widać wyraźnie, że życie wielu mieszkańców dumnej „stolicy świata” upływa pod znakiem niewiary w ucieczkę z wyścigu szczurów, a słynne „american dreams” już dawno straciły swój blask i siłę oddziaływania. W tej dusznej i opresyjnej atmosferze niemocy, cynizmu i amoralności Dżersi szukał wytchnienia po długich latach wojennej i totalitarnej niewoli. Z podziwu godną zręcznością wspinał się po drabinie społecznego sukcesu, a kiedy dotarł wysoko, naprawdę bardzo wysoko, spojrzał w dół i zobaczył, że świat jest rozległym więzieniem, a wszystkie szczeble drabiny są ulepione ze złudzeń. Wtedy zeskoczył z drabiny i poszybował ku niebu, w którego cudowność nie wierzył, bo miał ku temu powody, nie byle jakie powody. Taki mniej więcej obraz wyłania się z bardzo rzetelnej, choć nieco nudnej powieści, którą uraczył nas „Głowa”.

W znakomitym eseju pt. „Skazani na radość” francuski pisarz, Pascal Bruckner, stawia ciekawą tezę, że współczesna kultura zachodnia opiera się na przymusie radości. Już nawet nie na kulcie szczęścia, ale na przymusie radości.

– „Smutek jest chorobą społeczeństwa, które z dobrego samopoczucia uczyniło obowiązek i które karze nieudaczników. Szczęście przestało być szansą czy darem niebios, rzadką łaską, która opromienia monotonne dni. Jesteśmy je winni sobie, mamy je okazywać wszem i wobec,” – zauważa posępnie P.Bruckner, a potem dochodzi do wniosku, że „ zachodni kult szczęścia to naprawdę dziwna przypadłość, coś jak zbiorowe zaczadzenie. Pozorując wyzwolenie, zamienia on piękny ideał w jego przeciwieństwo. Skazani na szczęście musimy być szczęśliwi pod groźbą utraty pozycji społecznej. Zmieniła się nasza koncepcja szczęścia – jesteśmy chyba pierwszą społecznością w dziejach unieszczęśliwiającą za to, że nie jest się szczęśliwym.”

Jeżeli ta smutna diagnoza jest chociaż częściowo prawdziwa, a myślę, że tak właśnie jest, to trudno nie dojść do wniosku, że samobójstwo Dżersiego było efektem tyranii, jakiejś bezosobowej, kulturowej tyranii. Ten człowiek miał być wesoły, bo był powołany do szczęścia..W bacznie śledzących go oczach krytyków i wielbicieli stał się symbolem sukcesu – nie tylko artystycznego, ale też osobistego i społecznego sukcesu. Szczęśliwie uniknął śmierci z rąk hitlerowskich bandytów i równie szczęśliwie przekroczył żelazną kurtynę. Szczęśliwie wspiął się na szczyty amerykańskiej kariery. Był zdolny, zdrowy, zamożny, sławny i kontrowersyjny. Niczego mu nie brakowało .Dlaczego tak często narzekał? Dlaczego bał się krytyków? Dlaczego nie był szczęśliwy? A może był ponurakiem, który w przebraniu jakiegoś egzotycznego artysty próbował zepsuć cudowną, amerykańską zabawę? Jedno wydaje się pewne – jego ponure grymasy szybko przestały być trendy, a tego się nie wybacza.

Galeria: Krzysztof Jurecki KEYMO - ARTYSTKA KOŃCA EPOKI


Autorka skrywająca się pod pseudonimem Keymo działa na polu fotografii portretowej, malarstwa i rysunku. Jest absolwentką ASP w Krakowie.

Pozostawmy na razie jej dokonania z zakresu tradycyjnych technik i zastanówmy się nad fotografią. Jaki uprawia styl? Dlaczego jest tak blisko fotografii mody, czego nie potrafię do końca zrozumieć. Chyba, że pragnie pokazać prawdziwe oblicze tego środowiska, jeśli jest to możliwe. Jej fotografia jest bardzo sugestywna i przypomina mi perwersyjną ekspresję w stylu Egona Schielego – wielkiego artysty ciała, który musiał zaistnieć, aby powstała twórczość Hansa Bellmera.

Jest to jednocześnie rodzaj narcystycznego fotografowania, w którym znajdziemy kilka wzajemnie uzupełniających się konwencji. Jest to trochę styl zbliżony do „lekkiego” („soft”) antyfeminizmu Helmuta Newtona. Kiedy indziej zbliża się do dokonań: Nobuyoshi Arakiego („znęcanie” się nad kobietą), ekshibicjonizmu Nan Goldin, amatorskości "prawdziwego" ujęcia Juergena Tellera. Jeszcze innym razem do surrealistki Claude Cahun, przełamującej dominujący schemat płci. Jest to także sugestywna fotografia portretowa o charakterze fetyszu, mocno erotyczna i niezwykle silnie przesiąknięta seksualnością. Niektórych widzów może odrzucać wątek sadomasochistyczny i perwersyjny. Całość wydaje się być na razie mocno eklektyczna i manieryczna, ale żyjemy w takich czasach. Czyżby była to dekadencka wersja końca pewnej epoki?

Jednak zdjęcia, szczególnie barwne, dzięki wykorzystaniu analogowych materiałów posiadają określoną temperaturę uczuciową i wielki potencjał malarskości, w tym tradycji Witolda Wojtkiewicza. Jestem pod ich wrażeniem! Wszystko to dzięki Rafałowi Piekarzowi - kuratorowi wystawy zbiorowej Pink Cube w krakowskiej Galerii Olympia (...).

Oto fragment maila Keymo do mnie (01.11.2010) na temat „pesymistycznej” według mnie wymowy jej prac: „Perwersja obecna w mojej fotografii nie jest pesymistyczna, to pewna estetyka ciała, która dla mnie pozostaje najciekawsza.... perwersja pozwala wydusić z ciała prawdziwe piękno, to trochę jak z owocem, trzeba go zgnieść, żeby uwolnić soki, poczuć zapach miąższ....tradycyjne akty patrzą na ciało, jakby głodny zaglądał przez witrynę do sklepu pełnego żarcia... a ja staram się raczej wejść do sklepu i coś podpierdolić :)”.

Mam jednak nadzieję, że ten czar szybko nie pryśnie. Ale muszę zaznaczyć, że przeszkadza mi w tych pracach pesymistyczne przesłanie. W latach 90., w podobnym „stanie” wizualnym powstawały zdjęcia Sławka Beliny, który praktycznie przestał już tworzyć. Czasami stać go tylko na żart. Ale to za mało, aby na dłużej przetrwać w ludzkiej pamięci!

Recenzja: Adam Zagajewski LEKKA PRZESADA


Autor: Joanna Mieszkowicz


Zazdroszczę starszym pokoleniom umiejętności wyważonego spojrzenia na otaczającą nas rzeczywistość. Rozmawiając ostatnio z jednym starszym panem o życiu i o czasach, w których przyszło jemu i mi żyć, zauważyłam różnicę w naszych spojrzeniach. On już się nie łudzi, nie próbuje naprawiać świata, wie, że pewnych mechanizmów nie da się ze świata wyeliminować. Ja wciąż się łudzę, że jednak warto walczyć o uczciwość, sprawiedliwość i lojalność wobec drugiego człowieka, o ponadczasowe wartości świadczące o dobrej naturze człowieka. Łudzę się i co jakiś czas ponoszę osobistą, sromotną klęskę. Dostrzegam nieprawidłowości i wciąż się nimi irytuję. Mój rozmówca powiedział mi, że niszczę w ten sposób swoje wnętrze, że mój upór, moja kontestacja, to piękne cechy, ale świat nie lubi takich ludzi. Rewolucjoniści nigdy nie byli w cenie. Historia pokazuje, jak marnie kończyli.

Dlatego zazdroszczę osobom z pokolenia, które powoli odchodzi z tego świata. Bije z nich olbrzymia pokora, spokój, akceptacja życia. Wędrują pamięcią do czasów dzieciństwa, młodości, jakby tamte, odległe czasy, miały jakiś inny zapach i kolor, dziś już niespotykany. Tęsknią za autentycznością, za naturalnym pięknem, czystym i niezniszczonym przez cyniczną cywilizację popkultury.

Czytając „Lekką przesadę” Adama Zagajewskiego czułam, jakbym dotykała innego świata, bardziej nastawionego na przeżycia duchowe. Świata, który już nie istnieje, został pożary przez czas. Został uwieczniony jedynie na fotografiach już nieco pożółkłych i w zdaniach, z których aż bije umiłowanie do pięknej składni i eleganckich figur retorycznych. Poeci starszego pokolenia są chyba stworzeni z innej gliny, bardziej szlachetnej. Im się wybacza poczucie wyjątkowości, dystyngowanie i pewną nonszalancję. Im się wybacza sentymentalizm i melancholię.

Adam Zagajewski w swojej najnowszej książce, na którą składają się krótkie refleksyjne eseje, układające się w obraz świata człowieka spełnionego, daje wyraz szalenie inteligentnym rozważaniom o naturze człowieka, o życiu, o sobie samym. Miałam wrażenie, że tą książkę napisał bardziej dla siebie, a dla czytelników przy okazji. Ale to właśnie czytelnikom zrobił przyjemność pozwalając poznać swoją rodzinę, mieszkająca przed drugą wojną światową we Lwowie. Lwów zresztą jest tu magiczną krainą, niemal symboliczną i istniejącą w wymiarze bardziej metafizycznym.

„Lekka przesada” jest bardzo intymna, stonowana, pełna zadumy, błyskotliwie drocząca się z czytelnikiem. Powoli odkrywa swoje uroki. Adam Zagajewski nie szokuje i nie polemizuje, on z mądrością prawdziwego poety mówi o tym, co ważne, i mówi to w taki sposób, że zaczęłam się zastanawiać, czy czegoś przypadkiem w życiu nie przegapiam. Bo we mnie wciąż tli się natura wojowniczki... Ale jeśli książka skłania mnie to osobistych rachunków sumienia, to chyba powinnam być usatysfakcjonowana. A jednak mam żal do samej siebie. Że wciąż się buntuję. Że wciąż nadstawiam karku. Że nie potrafię okiełznać swojego języka.

Jest w „Lekkiej przesadzie” pierwiastek poezji, choć książka nie jest tomikiem poezji. Poeta bierze na warsztat, o ile wolno mi użyć tak dosadnego porównania, poezję i sztukę w ogóle, a także przeszłość swojej rodziny, która nie będąc rodziną literatów wydała na świat poetę. I ta przypadłość, znów użyję może niezbyt fortunnego określenia, stała się łaską i niełaską. Łaską, ponieważ poeta inaczej odczuwa świat, dotyka tych sfer, które zwykłym szaraczkom są niedostępne. Niełaską, ponieważ jest to bagaż, który z biegiem lat staje się coraz większy. Zagajewski ma spory bagaż doświadczeń, tych swoich własnych, ale i ludzi, których na licznych ścieżkach życia spotykał. Stąd w „Lekkiej przesadzie” wspomnienia wielu poetów, filozofów, muzyków, którzy swoją sztuką wywarli trwały ślad w osobowości autora.

„Nie jestem wysiedlonym, ale od kiedy zrozumiałem, że moje drzewo genealogiczne jest drzewem wysiedlonych, zrozumiałem też, że to ziarno nierzeczywistości, na które nieraz natrafiam, właśnie stąd się bierze, z wędrówek, z niepewności jutra, z walizek o wielkich, otwartych, łakomych ustach.”

I tak myślę o Adamie Zagajewskim: jest on, mimo wszystko, obarczony tą łakomością świata. Jednakże nie o zwykły świat chodzi, nie o ten zwyczajny, dostępny każdemu. Ogromnie spodobał mi się fragment o pobycie w muzeum w Bolonii, w którym to nie obrazy wielkich mistrzów przykuły jego uwagę, lecz najzwyklejsze okno wychodzące na pobliskie domy. Podglądał życie ludzi i wtedy przyszło mu do głowy zdanie: „Oni tylko żyją”. A on czuł się kimś innym.

„Przez krótką chwilę czułem się solidarny bardziej z błyszczącymi płótnami, zabalsamowanymi w swojej muzealnej nieśmiertelności niż z żywymi ludźmi po drugiej stronie wąskiej ulicy”.

I mnie czasem nachodzą takie myśli… Że jestem elementem innej rzeczywistości. Że nie pasuję do tego pościgu, w którym biorę udział, wbrew swojej woli. Ja jednak nie potrafię tak pięknie pisać o życiu.

Jak już wspomniałam Zagajewski poświęca sporo miejsca poezji, jej znaczeniu, jej oddziaływaniu na człowieka. Mówi, że „poezja jest mistyką dla początkujących”. Zwraca też uwagę na sam proces pisania.

„Pisać – w najlepszych dniach pisanie, pełne energii, radości, jest nieomal stwarzaniem samego siebie, daje niezwykłe uczucie władzy nad własnym życiem, definiowaniem się od nowa, jakby prawie nic godnego uwagi dotąd nie istniało, jakbyśmy wytyczali zupełnie nową przyszłość dla siebie. W dniach nieco słabszych pisanie jest walką z depresją. W dniach zupełnie trudnych jest już tylko próbą ratowania siebie”.

Obok wielce refleksyjnych rozważań w „Lekkiej przesadzie” znajdziemy też fragmenty budzące radość, co potwierdza fakt, że poeta ma fantastyczne poczucie humoru, momentami nieco wyniosłe, ale też pobłażliwe w stosunku do samego siebie, do własnych błędów młodości, do dziwacznych pomysłów rodziny. Mój szeroki uśmiech wywołało przyznanie się do tematu pracy, bodajże magisterskiej, z filozofii: „O poznawaniu własnego ciała”. Temat budzący ironiczne uśmiechy, nieprawdaż?

Przytaczanie wszystkich nazwisk poetów/pisarzy, z którymi Zagajewski miał kontakt, czy muzyki „poważnej”, bez której poeta nie wyobraża sobie swojego istnienia, nie ma najmniejszego sensu. Ale z tego intymnego pamiętnika, jakim z pewnością jest „Lekka przesada”, wyłania się obraz człowieka doskonale wykształconego, traktującego sztukę, jako nieodłączny element życia. To się czuje. Niemal każdy krótki szkic jest odzwierciedleniem tego, co gra w duszy poety. I nie ma znaczenia, czy mówi o swojej rodzinie, czy o sobie samym, jego rozważania są naznaczone obecnością pierwiastka metafizycznego.

Sporo refleksji dotyczy podróży, jakie autor odbywał. Z nostalgią wspomina Paryż, Włochy, pobyt w USA. Ale i swój sentyment wyraża w opisach Krakowa czy Gliwic, do których trafiła wysiedlona ze Lwowa jego rodzina.

Jest też „Lekka przesada” pewnego rodzaju hołdem złożonym ojcu Adama Zagajewskiego, który powoli odchodził, leżąc w chorobie bez kontaktu z otaczającą go rzeczywistością. To zresztą ojciec Zagajewskiego jest autorem słów, które zostały użyte w tytule książki. Lekką przesadą nazywał ojciec poety poezję. Takie podejście mają tylko umysły ścisłe, pragmatyczne. Ale zastanawiając się nad nimi Adam Zagajewski odkrywa w nich prawdę i definiuje nimi poezję.

„Lekka przesada - to właściwie bardzo dobra definicja poezji. Doskonała definicja poezji na dni chłodne i mgliste, dni, kiedy poranek wstaje późno i na próżno obiecuje obecność słońca. Jest lekką przesadą, póki się w niej nie zadomowimy. Wtedy staje się prawdą. A potem, kiedy ponownie z niej wyjdziemy - bo nikt nie potrafi w niej zamieszkać na stałe - znowu staje się lekką przesadą”.

Esej: Marcin Królik GDY STARE I NOWE SIĘ MIESZA


W czwartek przyjechał do mnie przyjaciel humanista. Ponieważ jest dziennikarzem w jednym z ważniejszych obecnie tytułów, trochę sobie poplotkowaliśmy o matriksowych kulisach władzy, tudzież robienia medialnych niusów. Aż palce świerzbią, żeby co bardziej mięsiste kawałeczki tutaj posprzedawać, ale groziłoby to spaleniem źródła informacji, że o zerwaniu pięknej przyjaźni nie wspomnę. Zmęczeni brudem życia publicznego, na który i tak za wiele nie zaradzimy – przynajmniej nie w duecie – wybraliśmy się na sentymentalny spacer po Mińsku. Krążąc wśród niskich pokomunistycznych bloków, zaglądając do pałacu Dernałowiczów i podziwiając nieliczne rozsypujące się relikty epoki, gdy Mińsk był prawie wsią, doszliśmy do wniosku, że my, humaniści, jesteśmy genetycznie obciążeni słodką niewolą melancholii. Wciąż obsesyjnie poszukujemy śladów minionego pod połyskliwą skórą nowoczesności.

Taki, dajmy na to, inżynier czy architekt – pragmatyk. Widzi starą drewnianą ruderę z powybijanymi oknami, grożącą zawaleniem i myśli sobie: ile cennej przestrzeni pod inwestycje można by uzyskać, jakby się to siedlisko pleśni zburzyło! Widzący tę samą ruinę humanista pomyśli: Ech, czas, ta wiecznie płynąca rzeka i my wszyscy w niej, z pozoru tak różni, oderwani, a przecież tak z siebie wyrastający jak młode konary ze starych pni, jak pędy z nasion rozsiewanych po ziemi przez kapryśny wiatr historii.

Jakoś tak się porobiło, że oprócz wędrówki po zakątkach mojego dzieciństwa, gadaliśmy głównie o Żydach. Wszystkiemu winna powieść, nad którą teraz pracuje, i moje związane z tym swoiste zaczadzenie tematem. O, tu było getto! Tu, gdzie teraz biegnie asfalt, po jego likwidacji pewnie leżały ciała zastrzelonych. I my jakby trochę po nich depczemy. A tam, przy Nadrzecznej, stał dwór cadyka. W czasach swej świetności jedyny murowany budynek w mieście. Teraz sklep z asortymentem dziecięcym. No i te brylaste blokowiska. Jak czytam o dawnej niewiarygodnie gęstej zabudowie, o tym kotłującym się wśród niej tyglu gojów i żydów, w który pogrom z 1936 roku wszedł jak nóż w zjełczałe masło, doznaję poczucia melancholijno architektonicznej winy. Te malujące mityczny pejzaż moich dziecinnych lat dwuklatkowe klocki tak naprawdę są tu ciałami obcymi, znakiem triumfu niepamięci. Żydzi zostali wymazani zarówno z krajobrazu, jak i z głów. A jeśli nawet stare kobiety obsiadające ławki przez całe letnie dni aż do zmierzchu coś pamiętały, nie mówiły o tym. Dziś nawet już i ten świat blaknie. Ławki wymontowane, drzewa wycięte, drzwi mieszkań – kiedyś pootwierane na oścież – szczelnie zaryglowane. A dokoła żelazny płot, że trzeba kluczyć opłotkami. Wspólnota mieszkaniowa tworzy sobie getto na własne życzenie. Pusty śmiech.

Publikacja na blogu i na Liternecie fragmentu powieści okazała się klęską. W najlepszym razie chwalono, że piszę jak Segal, a w najgorszym miano do mnie żal, że już nie piszę o fryzjerach. A ja przecież pisałem tam o wiecznym niszczeniu Utopii, a zarazem o ustawicznym do niej dążeniu. Fakt, że nie mam semickich korzeni, co według jednej z moich sieciowych czytelniczek ogranicza, jeśli całkowicie nie neguje, moje prawo do zajmowania się tematyką żydowską. Ale ja nigdy bym w nią nie wszedł, gdybym nie odnalazł tam czegoś istotnego dla siebie. Wcale nie na poziomie historycznym, lecz w wymiarze alegorii. Zaginione światy opętują mnie jak rój dybuków. Nigdy się nie nadziwię, że całą kulturę, cały wszechświat, można tak po prostu wykasować z ludzkiej świadomości. Jak plik z komputera.

Tylko, że ślad zawsze zostaje. Nawet po hekatombie. Są specjaliści zajmujący się odzyskiwaniem utraconych danych. Usługa ponoć piekielnie droga. W przypadku zdeletowanego losu koszt – pieniężny również – ponosi przede wszystkim szaleniec podejmujący się karkołomnego dzieła rekonstrukcji. A minione zawsze gdzieś tam się czai, zawsze wywiera wpływ.

Widać to choćby w sieciowych polemikach. Tak łatwo zaszczuć człowieka z frazesami o wolności na klawiaturze. Wedle najlepszych ubeckich metod. Aż przeraża, jak bezproblemowo polskim internautom przychodzi stosowanie wielkich kwantyfikatorów w rodzaju „faszysta” czy „bandyta”. Tylko, gdzie leży ten trudno uchwytny punkt, za którym bezkompromisowa walka o lepszy świat, o uniwersalne wartości przeradza się w strzykanie jadem? To przecież też piętno historii – stygmat po zaborach, po okupacji, po komunie. Mamy wdrukowany ten skrypt, wypalony w zwojach mózgowych jak odruch chwytania.

Znów nachodzi mnie apetyt na stare filmy. I na stare książki. Czytam „Haunting of the Hill House” Shirley Jackson. Kiedy to pisała, motyw nawiedzonego domu nie był jeszcze do cna wyeksploatowany przez popkulturę. Dało się jeszcze coś za jego pomocą powiedzieć. Jackson użyła go do wykrzyczenia dramatu zaszczutej dziewczyny, która swoją ziemską przystań znalazła dopiero w upiornej posiadłości. Oto do czego inni mogą nas doprowadzić. A przecież na pewno nie chcieli źle. Ale po prostu tak zostali ukształtowani. I nie przeskoczą tego. Niż przyznać się do błędu, znacznie wygodniej (i bezpieczniej) jest utrzymywać fikcję, że się jest prześladowanym. Nieważne, że przy okazji wysyła się kogoś do nawiedzonego domu. A ja być może niebawem pokuszę się o sprawdzenie, czy z tej konwencji aby na pewno nie da się już nic wycisnąć.

Mój przyjaciel humanista opowiadał mi o pasjonacie dawnych dziejów ze swojego rodzinnego miasta. Staruszek wykopywał jakieś poniemieckie bunkry na prywatnych posesjach i pod hotelem. Wciągnął w to nawet gości hotelowych. Własnoręcznie porobił tabliczki informacyjne i uprzykrzał się lokalnym dziennikarzom, żeby pisali artykuły. A komendanta posterunku policji nagabywał o tablicę pamiątkową ku czci jakiegoś mundurowego zastrzelonego przez Niemców. Komendant – jakiś prosty facet po szkole w Szczytnie – pewnie łamał sobie głowę, skąd wziąć na paliwo do radiowozów, a tu ten dziadek jęczy o krawężnika sprzed lat. Chyba każde miasto i miasteczko ma takiego dziadunia. Śmieszni oni z jednej strony, a z drugiej budzą mój najgłębszy podziw.

Wieczorne słońce oślepiło mnie dziś tak, że nie mogłem dostrzec światła na przejściu. Ząb mi się kolebał, aż w końcu się ukruszył. Już nie odrośnie. Coś znów się zamknęło, odleciało w mrok przeszłości. Czas płynie. Czy o nas też kiedyś upomni się dziadek na rozklekotanym rowerze i z łopatą? Dopóki oni są, trwa ciągłość.

Opowiadanie: Krzysztof Niemczycki KRÓLOWA W KORONIE Z IGUANY


DZIEŃ. Żyjemy w hotelu na godziny. Ja i Maite. Maite i ja. Ja i „Ja” – w zapisie karcianym Maite podpisuje się ,,Ja". Siedzi oparta o ścianę wpatrując się w leżące przed nią karty, z których stara się odgadnąć naszą przyszłość. Starannie układa klocki znaczeń tworząc mnogość kombinacji, zestawień i zależności, w tej grze, w której przeszłość utrzymana jest w kolorze czerwieni, przyszłość zaś w zieleni, a między nimi znajdują się bezbarwne obrazy teraźniejszości: życia ponad stan w chwilach niekłamanego szczęścia, sączącego się wina, rytualnych gestów – fatamorgany tworzone na przekór rzeczywistości.


Żyjemy w hotelu na godziny – powtarza podczas siódmego rozłożenia. Ten układ słów wynika z tych trzech kart, które są już tak wytarte, iż tworzą poukładany z kawałków zielony prostokąt, w którym tylko ona może jeszcze coś zauważyć.

Żyjemy w hotelu na godziny, na które składa się sześćdziesiąt minut, pięć dni albo jedna noc – mówi cicho i wydaje się, że otwiera usta, nie po to, aby opowiadać o hotelu, dniach, upływającym czasie, lecz by zaśpiewać właśnie ten fragment „The Empty Bad Blues”: „I need you. Please stay near me”.

Fale głosowe przebijają się przez gęste, lepkie powietrze. Kuleczka uderza w kuleczkę, albo na niższym poziomie atom o atom, sylaba o sylabę – niczym w doświadczeniu szkolnym.

Kalekie atomy, kalekie sylaby, nocne plany z entuzjazmem do nich roztapiającym się w południowym słońcu i na dodatek „Please, stay near me" i to szerokie łóżko kupione w sklepie ze starzyzną przy Avenida de la Liberation. Łóżko, w którym kładąc się po raz pierwszy czuliśmy się dziwnie zagubieni i spłoszeni tak wielkim obszarem wolności, do którego należało przywyknąć.

Ten sam intymny ścisk, to samo oczekiwanie i takie same kuleczki zderzające się ze sobą: I-need-you-please-stay-near-me.

Żyjemy w hotelu na godziny, na które składa się sześćdziesiąt minut, pięć dni albo jedna noc. W hotelu, w którym chronimy się przed bezradnością w stosunku do siebie.

Jak choćby teraz wśród kropelek snu, kropelek mroku i wciąż mniejszych miast nanizanych na nitki coraz gorszych dróg – La Paz, Quito, Leoncion, Maladeo. We wnętrzu nowej chwilowej stabilizacji. Spokojnej frazy zmieszanej z powolnymi przyspieszeniami pełnymi niepokoju. Wśród sennych dni i bezsennych nocy, prób wydobycia się poza siebie, uwolnienia od ograniczeń dźwięków, barw i zdarzeń poukładanych w określone wzory, kody genetyczne przyzwyczajeń i upodobań lub upodobań i przyzwyczajeń, bo trudno jest rozstrzygnąć, co jest pierwsze. Uwikłani w oniryzm.

A między tym wszystkim spokojne nawroty muzyki albo nagłe, drapieżne „Every man wants a woman" – krótkie rwane dźwięki, rozchylone wilgotne usta, lepki ustnik trąbki, six, sax, sex i nowe powtórzenia. „Every man wants a woman and every woman wants a man". Duszne noce i nagie ciała, kropelki potu i takie samo lub zupełnie inne szerokie łóżko. Spokojne synkopy, onieśmielenie, nieśmiałe dotykanie, poszukiwanie zapomnianego ciepła i nagły wybuch zwierzęcego pragnienia. Zwolnione z uwięzi baloniki pożądania. Eksplozja panspermii tego mikrokosmosu.

A potem

powrót poza granicę osamotnienia. Słuchanie starych płyt Pink Floydów lub Theloniousa Monka i wyłapywanie nocnych głosów miasta, poddawanie się kodom i wzorom, bez walki spokojnie – sex, sax, six – wraz z wielką samotnością tej chwili wynikającą z prostej względności przestrzeni i czasu. Wśród spokojnych nawrotów muzyki.

La Paz, Quito, Leontion, Maladeo, ciepłe światła zachodu, tramwaje przeciskające się w stronę placu Rewolucji, placu Campos lub Piątej Avenue.

Parno. Lepki, duszny mrok.

1. Kiedy przypłynął do Maladeo dom wydał mu się mały, w porównaniu z tymi, które znał z San Jose, czy choćby z Leoncion. Jednak poza tym jednym szczegółem wszystko inne było takie same. Ten sam intymny ścisk ocierających się o siebie ciał, te same niezrozumiałe dźwięki i ten duszny, lepki mrok, w którym wyczuwało się niepokój kogutów oczekujących na swoją kolej.

Walki rozpoczynały się tuż po zachodzie słońca, lecz tak na prawdę ważnym momentem był ten, po którym ptaki stały już naprzeciw siebie z nisko opuszczonymi głowami i piórami nastroszonymi wokół szyi. Dopiero wtedy, zdecydowane na wszystko zaczynały na dobre. Znajdowały się na cienkiej nitce teraźniejszości, na której zawieszono ten jeszcze bezbarwny obraz zapełniając go kolorami i skomplikowanymi wzorami, z których tylko jeden miał jakiekolwiek znaczenie. Atakowały nagle i równie nagle odskakiwał od siebie powtarzając ten manewr za każdym razem z tą samą gwałtownością.

Wszystkie walki były podobne do siebie. Rozpoczynały się rytuałem wyzwalania agresji a kończyły prawie niewidocznym uderzeniem. Przegrywający nawet go nie dostrzegał. Kiedy upadał po raz ostatni, strużka krwi wsiąkająca w piasek tworzyła nową linie, którą bał się przekroczyć zwycięzca. Cienką linie odgradzającą wygraną od przegranej, optymizm od pesymizmu, świat kobiet od świata mężczyzn.

Już po pierwszej walce, jeszcze w San Jose, wiedział, że walki kogutów należą do zamkniętego, rządzącego się własnymi prawami świata mężczyzn. Są bardziej męskie aniżeli walki byków. W tej ocenie chodziło nie o to, że nie wpuszczano na nie kobiet, lecz o tę wszechistniejącą przegraną. O to, że matadorowi wchodzącemu na arenę dawano szansę, może tylko dlatego, że był człowiekiem, kogutowi zaś od początku przypisywano przegraną. Tak było w San Jose, Leoncion i tutaj, w Maladeo.

Kiedy wspominano koguty mówiono jedynie o tych, które przegrały. Te, które wygrały oceniano z punktu widzenia przegranej, w którejś z kolejnych walk. Od początku przegrana była im przypisana, bo poza nią nie było niczego. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że kogut stojący na arenie nie ma przed sobą przyszłości, a każde jego zwycięstwo jest odwlekaniem tego, co i tak zostało już przesądzone. Wierzono, że ptaki nie giną, dopełniają jedynie swojego losu – przeznaczenia, przed którym nie ma ucieczki. Wierzono, że świat jest żeński, zarodkowojajowaty, a jedynym jego przeciwieństwem jest kogut – Gallus gallus spadiceus.

Jeżeli prawdą było, że świat jest żeński, to tylko ptak mający w sobie coś z kobiety miał szansę na wygraną. Jeżeli istniał jakiś inny sposób na zwycięstwo, nie znał go. Wszystko do tej pory opierało się na tej dziwnej pewności, założeniu, które nie zawodziło.

Podobnie było z bokserami. Dziwiły go dłonie Romera, zbyt delikatne i subtelne, nie pasujące do zwalistej sylwetki boksera wagi półciężkiej. Romero wygrał jednak 75 walk. Walczył powoli, oszczędnie jakby zmagazynowana w nim energia miała wystarczyć na następne 75, z których żadnej nie może przegrać.

Do Maladeo przypłynął 12 stycznia, na trzy dnia przed rozpoczęciem karnawału.

2. Walki były przyczyną, którą można zastąpić każdą inną. Stanowiły raczej usprawiedliwienie bądź wytłumaczenie stworzone po fakcie aniżeli rzeczywisty powód. O tym, że przyjechał właśnie tu zdecydowała czerwona ciężarówka, która zatrzymała się za Atension i do której postanowił wsiąść, choć przez swoją barwę należała już do przeszłości. Do przeszłości należał także pierwszy ptak, na którego postawił. Wszystko prędzej czy później było przez nią przygarniane i dlatego wybrał właśnie tego czerwonego Dodge’a, rocznik 1978.

Z ciężarówki przesiadł się na prom przez Iguaranę. W San Luce kupił koguta i na pokładzie długo mu się przyglądał, lecz nie mógł przypomnieć sobie tego jednego szczegółu, który zdecydował, że wybrał właśnie tego. Może chodziło o żółte plamy za oczami nadające mu jakiegoś demonicznego wyrazu albo coś zupełnie innego, jak choćby wtedy w Cristobal, kiedy zdecydował się na najmniejszego i dziwnie przestraszonego.

Wszystko było tak jak być powinno. Podobnie jak w filmie, który obejrzał w przeddzień wyjazdu w małym dusznym kinie ze zrywającą się taśmą i przeżywanymi po kilkakroć scenami pożegnań i powrotów. Hotel z niezbyt skrupulatnie sprawdzanymi kartami meldunkowymi, uwiarygodnianymi przez kilka banknotów opłacających pokój na kilka dni z góry, ciężarówka przewożąca coca-colę na trasie Jacurbina - Manteneiri, bocznokołowy prom przez Iguaranę i gdzieś w środku tej wyliczanki dorodny ptak, dla którego nie wymyślił jeszcze imienia.

Gdy pracował w ogrodzie zoologicznym wszystkim zwierzętom narodzonym w jednym roku nadawano imiona na taką samą literę. L – 1983, R – 1958. Praca ta była czymś przelotnym, pozostało po niej jednak przyzwyczajenie z nazwami, nieco zmodyfikowane, przystosowane do sytuacji. Imiona rozpoczynały się od pierwszych liter nazwy miasta. Zgodnie z tą regułą parkinson powinien nazywać się na „M" – Mesjusz, Mich, Marco. Na żadne z nich nie mógł się zdecydować, bo wydawało mu się, że nie pasują do tego silnego koguta.

Wcześniej, gdy nie interesował się walkami nie potrafił odróżnić gatunków, jedynie chińskie kurki nie sprawiały mu kłopotu. Wtedy zadowoliłoby go „Maria" – coś pośredniego między imieniem żeńskim a męskim. Teraz jednak nazywał go Parkinsonem.

Kogut leżał spokojnie w wiklinowej klatce i przyglądał się ziarenkom pszenicy pozostałym po poprzednikach. Niekiedy dziobał je śmiesznie wykrzywiając łeb, gdy któregoś nie mógł dosięgnąć. Stanowił dobry materiał wyjściowy. Należało go tylko nauczyć zadziorności, zapalczywości i nieustępliwości, reszta zależała od szczęścia, znajdował się poza nim, w sferze zupełnie innych sił, na które nie miał wpływu.

Robiło się coraz ciszej. Z okna pokoju widział Iguaranę. Prom zbliżał się do przystani. Nadbrzeżne ptaki uspokajały się i słychać było jedynie cichy szum wody ocierającej się o burty statku. Od czasu do czasu od strony portu napływał duszny zapach butwiejących roślin. Zmierzchało. Iguarana zaczynała płonąć. Prom wpływał w te wyspy ognia, zanurzał się w nie a po chwili pozostawiał za sobą rozcięte białą linią kilwateru. Był prawie pusty. Jedynie na górnym pokładzie stała młoda kobieta. Miała takie same, jak Maite, kruczoczarne włosy i tak samo zadziwiająco smutnie uśmiechnęła się do niego, kiedy zobaczyła go w oknie. Była ubrana w cienką bawełnianą sukienkę, przez którą prześwitywało słońce i dla tego wydawała się naga. Podnosiła się z ławki falując w rozgrzanym powietrzu, rozpadając się na fragmenty, by po chwili powrócić do swego kształtu kilka centymetrów wyżej, opuszczając żagiel sukienki na uda.

Spokojnie pijąc wino obserwował ten rozpad-wznoszenie zdeformowany kulistością kielicha. Przypominała mu dziewczynę z placu Campos w Leoncion, opartą o rozgrzany mur, od którego starały się odpędzić ją podstarzałe kobiety, które, jeżeli im się to udało, przytulały się do kamieni wciągając w siebie całe zmagazynowane w nich ciepło. Przypominała Maite. Ćmy uderzały wytrwale w siatki wstawione w okna, na ulicach pojawiły się psy, kogut leżał spokojnie zmęczony wydłubywaniem ziarenek pszenicy.

Zamknął okno, przykrył klatkę lnianym workiem i wyszedł z hotelu. Miał trochę czasu. Walki zaczynały się dopiero za kilkanaście minut. Pod tym względem wszystkie domy były podobne do siebie. Od dnia, w którym zginął pierwszy kogut wszystkie rządziły się tymi samymi prawami.

Nie liczył na wielkie wygrane - takie zdarzały się w San Jose albo w innym dużym mieście, gdy fala podniecenia ogarniała wystarczająco dużo ludzi przekonanych o zwycięstwie swojego wybrańca. Nie zależało to od wielkości miasta, lecz od koguta, ale te najlepsze pojawiały się tam, gdzie można było najwięcej zyskać. Zamykało się samonapędzające koło, loteria bez pustych losów.

DZIEŃ. Odwracasz się i cicho mówisz: „powiedz mi coś miłego", a mnie do głowy przychodzi tylko ten fragment „Raju" Lezama Limy: „masz wrodzony talent i kiedy widzisz, że twoje siostry podglądają cię zza zasłony zapalasz papierosa w hołdzie jakimś bożkom".

Twoje siostry – Meche, Aleida i Ty siedzicie naprzeciw siebie w trzech rogach pokoju wyłożonego ciepłym, miękkim mrokiem i bawicie się ulatującym z uchylonych ust dymem. Pozwalacie wypalać się słowom. Dopalacie je do końca, powoli odpalając jedno od drugiego, starając się coś sobie nawzajem wytłumaczyć, na przykład różnicę w zapachach perfum. Dziś jest piątek. Różnicę pomiędzy Chanel a Blase, ignorując mężczyzn pojawiających się na chwilę jako wspomnienia, argumenty, przyszłość, tak samo nierzeczywistych, pozbawionych ciała, włosów, dłoni, ust, słów („powiedz mi coś miłego") jak butelka coca-coli, pierwszy papieros wypalony przez Meche w wieku siedemnastu lat czy huragan w maju 1967 roku.

Jestem zupełnie zignorowany – czwarty kąt pokoju.

3. W tej układance brakowało mu jeszcze jednego elementu. Ostatniego ogniwa w łańcuchu napędzającym tę maszynę – kogutów, które przegrały. Wraz z ostatnią walką wszystko kończyło się. Z wielkiego balona jakim był dom ulatywało powietrze a w raz z nim nocne podniecenie nie pozostawiając po sobie żadnego śladu.

Nigdy wcześniej nie zastanawiał się, co dzieje się z ptakami, które przegrały. Co prawda w Leoncion widział Bosego sprzedającego kapłony, lecz nie skojarzył ich z walkami. Dopiero tutaj zauważył, że te, które nie zostały zabrane przez właścicieli wyrzucano nocą na plac za domem, gdzie padały łupem wygłodniałych psów. W ciągu dnia zaduch placu wypełniał cały Dom i nie było przed nim ucieczki. Plac był niewielki. Nocą stawał się jeszcze mniejszy, jakby kurczył się a okalające ulice zbliżały do siebie, wysysały go albo też on wysysał je, tak że stojąc na środku wydawało się, że całkowicie nikną a jednocześnie, że nie ma nic innego: ulic Carmintos, Palivarda, Kordanga, całego Maladeo, jest jedynie czarna powierzchnia i psy wyczekujące na ciche skrzypnięcie drzwi. Psy, które traktowano jak zło konieczne, coś z czym nie da się walczyć, tak jak z mrówkami i muchami rządzącymi tym miejscem w ciągu dnia.

Na plac przyszedł, gdy było już ciemno. Psy ocierały się o jego nogi walcząc między sobą o lepsze kąski. Choć wzrok przyzwyczaił mu się do mroku, nie widział ich. Słyszał jedynie chrzęst przegryzanych kości i groźne warknięcia. Wydawało mu się, że przybywają wciąż nowe, że nie ma już skrawka ziemi. Jest jedynie dywan z ich sierści, kości, ścięgien, mięśni, w którym jakąś warstwą, grunt pod właściwy wzór tworzą koguty, którym się nie udało. Plac rósł, pęczniał, zaczynał żyć własnym życiem, niezależnym od okrzyków dochodzących z domu, mogących być jękiem zawodu lub radości, przegranej bądź rozkoszy. Zatapiał się w mrok, tracił dzienne szczegóły, rządził się własnymi prawami.

Kogutów nie wyrzucano wiele - dwa, trzy w ciągu nocy. Psy jednak przychodziły całymi stadami. Ściągały z przedmieści suki w okresie rui ze zniecierpliwionymi psami nieodstępującymi ich na krok. Inne psy i inne suki, cała menażeria.

Nie musiał tu przychodzić, aby się o tym przekonać.

Pomiędzy psami i kogutami istniała silna zażyłość, zażyłość na odległość, zażyłość strachu, twierdzenia połączone znakiem „wynika że”, w których koguty, psy i plac tworzyły logiczną całość. Jak niewierny Tomasz wkładał rękę w ranę, dotykał ciepłych, parujących w nocnym chłodzie ciał. Nie musiał pilnować tylnych drzwi, przynosić z sobą grubego kija i bić nim te, które znalazły się dostatecznie blisko. Nie musiał, bo było to tak samo bezsensowne jak wygładzanie zmarszczek na starzejącej się twarzy. Psy i tak nie reagowały na jego uderzenia. Odskakiwały z ostrzegawczym warknięciem, lecz na ich miejsce przychodziły nowe, zamykała się dziura powstała na chwilę i znów nie było ulic Carmintos, Palivarda, Kordanga tylko ten podrygujący, ciepły dywan o zmieniających się wzorach.

Kiedy zaczęło świtać same odeszły wyczuwając, że ich czas się kończy. Pozostało jedynie kilka wynędzniałych, które dopiero teraz mogły zdobyć coś dla siebie. Plac przypominał wysypisko śmieci w najnędzniejszej dzielnicy. Psy były wychudłe, poranione i nieufne. Omijały się z daleka a ich długi cienie wyłaniały się z ostatnich zakamarków mroku, mieszały się ze światłem i po chwili powracały do niego znajdując w mroku bezpieczne schronienie.

DZIEŃ. Tę historię znam dopiero od momentu, po którym rozebrałaś się i umyłaś a mokre ciało i mokre włosy powiedziały ci, że nie jesteś już dziewczynką.

Zamknęłaś drzwi na klucz. Pierwszy raz przyszło ci to do głowy i od razu to zrobiłaś.

Woda miała słonawy smak i zapach rozfalowanego morza: zielonej trawy, krabów chowających się w piasku, drobnych rybek uciekających przed każdym zbliżającym się do nich cieniem i ostryg lekko skropionych cytryną, które jadłaś w barze niedaleko portu.

Bar „La Salsa", szklaneczka białego wina i perłowe miseczki otwierane specjalnym nożem.

Bar „La Salsa" i małe ośmiorniczki jeszcze nie do końca pogodzone z swoim losem.

Woda miała słonawy smak, taki sam jak skóra, której dotykały delikatne palce słońca, a ty nie czułaś przed nimi wstydu i nie byłaś już małą dziewczynką.

4. Wrócił do pokoju. We wnętrzu było dziwnie cicho. Całe miasto zasypiało na kilka godzin w poobiedniej sjeście, lecz w tej ciszy było coś niepokojącego. Słońce przeświecało przez nieszczelne żaluzje tworząc prążkowany wzór na wytartym bezbarwnym dywanie. Szybko podszedł do drzwi łazienki. Na chwilę zatrzymał się przed nimi nasłuchując czy może oczekując na jakiś dobrze znany odgłos. Kiedy je otworzył do łazienki wtargnęło słońce odbijając się na kremowych płytkach. Kafelki zachlapane były małymi, już zakrzepłymi kroplami krwi. Kogut leżał na środku, pomiędzy porozrzucanymi stertami karmy i jakimiś innymi przedmiotami, które w dziwny sposób dotarły aż tu. Zmęczony, ciężko dyszał. Nie potrzebował długo zastanawiać się, by dojść do wniosku, że kogut zaatakował sam siebie. Początkowo walczył ze swoim cieniem, a gdy nie mógł dostatecznie zbliżyć się do niego, zadowolił się ogonem. Musiał walczyć dość długo, bo opadł z sił i teraz leżał prawie całkowicie wycieńczony wśród rozsypanej pszenicy i jakiegoś proszku śmierdzącego piżmem. Niewielkie pióra nadal przyklejone miał wokół dzioba. Cień atakował ostrogami. Świadczyły o tym podziurawione papierowe pudełka stojące na podłodze. Do ogona użył dzioba. Kręcił się wokół wyrywając pióra, aż upadł całkowicie wyczerpany. Widział to już kilka razy. Koguty szkolone zbyt długo i trzymane w odosobnieniu prędzej czy później obracały się przeciw sobie. Atakowały zapalczywie nic sobie nie robiąc z zadawanego bólu. Niektóre były tak zdesperowane, że ta walka okazywała się ich ostatnią.

Wsadził koguta do wiklinowej klatki i przykrył ją lnianym workiem. Od dłuższego czasu, krok po kroku, uczył go różnych sztuczek i wiedział, że jest dostatecznie silny, by to przetrzymać.
Teraz musiał postarać się o drugiego ptaka. Nieważne jakiego. Potrzebował, aby ten drugi znajdował się wszędzie tam gdzie Parkinson, robił to samo co on, irytował go zmuszając do ciągłej uwagi. Drugiego koguta żyjącego własnym życiem, do którego pierwszy nie mógł się zbliżyć, oddzielony przezroczystą szybą rozgradzającą te dwa światy. Niezniszczalną cezurą wzmagającą apetyt, pobudzającą jakieś reakcje biochemiczne, krążenie krwi, uśpione hormony i ciągłe niezadowolenie, które rozładować mogła jedynie walka.

W jednej z książek przeczytał opis doświadczenia Karola Merlinga. Książkę kupiła Maite zaintrygowana tytułem. „Miłość i nienawiść" Irenausa Eib-Eibesfeldta leżała podczas każdej przeprowadzki na wierzchu walizki lub worka, w które pakowała najważniejsze rzeczy. Na wierzchu tratwy ratunkowej, z której po kilku minutach poszukiwań potrafiła wyciągnąć porcelanowy kubek, by w nim zaparzyć kawę dla przyjaciela zjawiającego się, by „zobaczyć nowe śmieci", nowe mieszkanie, w którym nie zapuściło się jeszcze korzeni i nie odnalazło ulubionych miejsc. Funkcjonujące, lecz na razie na pół gwizdka, zawalone kartonami pełnymi rzeczy, dla których przeprowadzka się jeszcze nie zakończyła. Wyjmowała porcelanowy kubek i obok niego kładła książkę Ebestrasa powoli przekształcającą się w notatnik z telefonami znajomych, towarzyską biblię, w której rozdziały wczytywała się z takim samym zapałem jak w opisy doświadczeń.

Mariku opisywał koguty bojowe. Służyły mu one do udowodnienia jakiejś tezy.

DZIEŃ. Czas przecieka nam przez palce delikatnie łaskocząc przemijającymi dniami. Nurt rozdziela się tworząc wiry, zakola, płycizny: maj 1983, czerwiec 1995, zima 1993, nowy dom Alberto, smukłe ciało Maite – łachy piasku, odsypy, hieroglify, w których paleogeografowie odnajdują szczątki nieistniejących już krajobrazów. Pamięć. Wspomnienia.

Czas przecieka nam przez palce. Maite bawi się nim. Buduje nietrwałe tamy, na każdym zdjęciu, które wpadnie jej w ręce kaligrafując nazwy miast i daty, lecz delikatne łaskotanie nie ustaje. Uśmiecha się wtedy zrezygnowana, pogodzona z przegraną powtarzając: „żyjemy w hotelu na godziny” i bezradnie wpatrując się w płynące Iguaraną wianki rzucone w noc św. Jana, łączące się gdzieś z innymi wiankami...

W takie dni, jak ten, karty pozostawia w spokoju. Zieleń miesza się z czerwienią a ona...

5. To, że przyjechał właśnie tutaj nie było przypadkiem. Królowa w koronie z iguany od momentu, gdy zobaczył ją po raz pierwszy na fotografii Gracielii Iturbide, szła obok niego. Czuł jej ciepło, tak jak czuł ciepło ciała Maite nawet wtedy, gdy była daleko. Szła obok niego wraz z innymi kobietami z fotografii Iturbide – kobietami spokojnie skubiącymi koguty, opowiadającymi sobie najprzeróżniejsze historie w takt kołyszących się łbów i metodycznie wyrywanych piór; wraz z obrazami, normalnego miasta, pod skórą, którego żyły nadal obrzędy Indian Zapotec, żyły nie wiadomo czy dzięki potędze tej wiary, bezwładowi przyzwyczajeń czy też dla zwabienia turystów, którzy wpadając w tę, pułapkę zostawiali w niej kilka dolarów w kiosku Sancheza handlującego pamiątkami, albo w supermarkecie oferującym zimną coca-cole i małe buteleczki tequili.

Szły obok niego obrazy Maladeo, niedużego miasta przypominającego plaster miodu rzucony na niewielką wypukłość, spływającego ze wzgórza dzięki sile ciężkości, ciekawości ludzi i niższym cenom działek w dolinie. Miasta, o którym w pierwszej encyklopedii nie znalazł żadnej informacji i może nigdy by się o nim nie dowiedział, gdyby nie wystawa w San Francisco Museum of Modern Arts i katalog, który jakimś dziwnym trafem, dzięki prawu przechodniości, dotarł do niego i z którego spojrzała na niego królowa w koronie z iguany. Królowa Maladeo, o którym w przewodniku Bargesa przeczytać można, że to małe miasto zatopione w starych wierzeniach, rządzone przez kobiety, co Iturbide podsumowała jednym tylko zdaniem „robią to, na co mają ochotę”; kobiety o okrągłych indiańskich twarzach skubiące koguty bez żadnej zawiści, znęcania się czy brania odwetu.

Do Maladeo prędzej czy później i tak by przyjechał. Pewnego dnia usłyszał tę nazwę i od tamtej pory świszczało mu w uszach i nic nie pomagało przełykanie śliny dla wyrównani ciśnienia. Maite, Maladeo, musiał, matriarchat, miłość – M odbijające się w stojących naprzeciw siebie lustrach, powielane w nieskończoność, przenikające się bez wyraźnych granic tak, że nie wie się, czy oznacza ono Maite czy może Maladeo, na pierwszy rzut oka normalne miasto położone w pół drogi między górami i oceanem, w kotlinie spływającej wraz z Iguaraną w kierunku morza. M jak morze albo Maite lub musiał. Koguta nazwał Mefisto. Delikatnie wyjął go z klatki. Trzymając skrzydła ramieniem zaczął nakładać mu stalowe ostrogi.

Ptak był dziwnie spokojny, bez sprzeciwu znosząc wszelkie zabiegi, jakby długi trening przygotował go do każdej sytuacji i nic już nie mogło go zdziwić. Ostrogi nie pasowały do tego wielkiego parkinsona, ale na lepsze nie wystarczyło pieniędzy. Gdy uporał się z nimi wyjął duży czysty lniany worek i wsadził go do środka. Kogut był gotów.

Gdzieś we wnętrzu tej łamigłówki, puzzli, które wydają się łatwe, gdy jeszcze nie zabrało się do nich, znajdował się dom z niezamkniętymi drzwiami. Opustoszały, bez śladów mroku, balon, z którego uciekło powietrze, z wielką dziurą areny wysypanej czystym piskiem, zagrabionej i przygotowanej do nowych walk.

Ostatnie pieniądze jakie pozostały po kupieniu ostróg dał stróżowi, by wpuścił go do środka i zostawił samego. We wnętrzu, zanim wyjął koguta z worka, narysował cienką linię dzielącą arenę na dwie części. Pozostał na jednej drugą oddając Mefistofelesowi. Rzucił go w powietrze, tak, aby upadł właśnie tam, poza cienką nitką, którą w dziecięcych grach w poprzek ścieżki rysowała Juanita. Kogut zanim tam się znalazł zatrzymał się w powietrzu, jakby ktoś włączył olbrzymią stop-klatkę, a później zaczął powoli opadać, co przypomniało mu dziewczynę, którą widział na placu Campos w Leoncion. Co przypomniało mu, że walki były uświadomioną albo nieuświadomioną przyczyną, czymś do czego prędzej czy później i tak by doszedł. Co przypomniało mu....

Zrozumiał to, gdy zauważył ten moment, po którym wszystko było już wiadome, lecz kogut ostatkiem sił próbował jeszcze coś zmienić. Zrozumiał, że są jedynie kolejną odmianą gry Juanity, w której zawsze wybierał czerwień i przeszłość, gdzie jedynie ta niegłęboka bruzda na ścieżce utrzymywała go w tutaj-teraz-byciu, tworząc te dwa wzajemnie wykluczające i jednocześnie uzupełniające się światy, jego świat przeszłości i jej przyszłości. Opiłki żelaza układające się wzdłuż linii sił pola albo kolorowe szkiełka w kalejdoskopie mód.

Po pierwszym uderzeniu słaniał się na nogach, lecz szybko odzyskał siły. Po co tu przyjechał? Po co pozwolił kogutowi na to, co robi? Dlaczego fascynowały go walki? Nigdy nie chciał o tym rozmawiać, tak jak nigdy nie chciał wdawać się w dyskusje na temat polowań z biurkowymi intelektualistami, lub odpowiadać Maite na pytanie, czy ją kocha.

Czuł duszny mrok i każdy skurcz serca popychającego gęstą, oporną krew mieszającą się z tak samo gęstym powietrzem, tworzącą mikroeksplozje, niewielkie wiry wypełnione ciepłymi oddechami kogutów – wszystkich kogutów, które kiedykolwiek znajdowały się na środku areny.

Czuł bezsens tego co robi, lecz jednocześnie upajającą rozkosz nie pozwalającą zatrzymać się w pół kroku.

Esej: Igor Wieczorek DIABEŁ TKWI W SZCZEGÓŁACH


„Diabeł tkwi w szczegółach” – głosi polskie przysłowie, którego głęboka mądrość polega, między innymi, na tym, że nie można go jednoznacznie odczytać. Jeśli bowiem to, co z pozoru wydaje się jasne i proste, w gruncie rzeczy wcale takie nie jest, to skąd właściwie wiadomo, że diabeł jest taki zły, na jakiego wygląda?

Jednym z najpopularniejszych polskich wierszy dla dzieci jest „Murzynek Bambo” Juliana Tuwima. Przez kilkadziesiąt lat całe rzesze krytyków podkreślały wyjątkowo humanistyczny, antyrasistowski charakter tego wiersza. Jednak w ostatnim czasie sprawy wzięły zły obrót i wielu krytyków uważa, że ta bajeczka ma wyraźnie rasistowski charakter.

Autorzy opublikowanego w ramach programu Fundacji Edukacji dla Demokracji podręcznika pt. „Jak mówić polskim dzieciom o dzieciach Afryki” twierdzą, że „Murzynek Bambo” to bajka wysoce szkodliwa chociażby z tego powodu, że w uszach większości czarnoskórych mieszkańców świata słowo „Murzyn” brzmi obelżywie. Ten problem jest bardzo złożony i warto się nad nim pochylić.

Niektórzy badacze sądzą, że polskie słowo „Murzyn” pochodzi od staropolskiego czasownika „murzać”, czyli „brudzić”. Jeśli rzeczywiście tak jest, to znaczy, że słowo „Murzyn” jest synonimem słowa „Brudas”. A jeśli nawet tak nie jest, to i tak nie jest dobrze, bo pozostałe dwie teorie na temat pochodzenia tego słowa też mają złe konotacje. Według pierwszej teorii słowo „Murzyn” pochodzi od łacińskiego słowa „Niger” i powszechnie uchodzi za obraźliwe, bo kojarzy się z niewolnictwem. Według drugiej teorii słowo „Murzyn” pochodzi od łacińskiego słowa „Maurus”, które za sprawą Portugalczyków stało się synonimem zniewolonego muzułmanina.

Tak więc, niezależnie od tego, jaka jest etymologia słowa „Murzyn”, z punktu widzenia człowieka, którego się nim określa, jest ono jawną obelgą.

Są jeszcze inne powody, dla których wierszyk Tuwima budzi gwałtowne sprzeciwy. Aktywiści Fundacji Afryka Inaczej są przekonani o tym, że ta bajka zawiera rasistowskie stereotypy, bo dziki Murzynek Bambo nie chce się myć, wchodzi na drzewo, boi się mleka i - najogólniej rzecz biorąc - robi wrażenie głuptasa.

Natomiast Patrycja Piróg, autorka znakomitego eseju pt. „ Murzynek Bambo w Afryce mieszka”, czyli jak polska kultura stworzyła swojego Murzyna” doszła do wniosku, że „szkoła, kąpiel i mleko są symbolami cywilizacji, zmycia tego, co nieczyste i nieprzystające do wyższej kultury, do jej bieli i czystości. Bambo instynktownie przed tym ucieka. Podporządkowanie się zasadom Zachodu równa się utracie własnej tożsamości. Koleżka oznacza niedojrzałość kulturową i cywilizacyjną. Bambo charakteryzowany jest jako dobry, wesoły, czarny – oświeceniowy mit dobrego dzikusa, tworzy opozycję do białego i rozumnego”.

Możemy spierać się o to, czy krytycy bajki Tuwima nie są przewrażliwieni. Możemy bronić poglądu, że pejoratywne znaczenie staropolskiego słowa jest rezultatem pochopnej i nieuprawnionej projekcji z gruntu niepolskich problemów na obszar naszej kultury. Możemy bronić honoru, prawdy i literatury, ale musimy przestrzegać europejskich standardów, co nie zawsze przychodzi nam łatwo. Najlepszym tego przykładem są ordynarne wybryki Kuby Wojewódzkiego. W wyemitowanej 25-ego maja porannej audycji radia Eska Rock ten popularny showman zatelefonował do ciemnoskórego Alvina Gajadhura, rzecznika Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego, i poinformował go o tym, że audycja radia Eska Rock sponsorowana jest przez warszawski oddział Ku Klux Klanu.

Rada Etyki Mediów bardzo słusznie uznała ten jawny przejaw rasizmu za pogwałcenie zasady szacunku i tolerancji zapisanej w Karcie Etycznej Mediów, ale Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego oświadczył, że Kuba Wojewódzki należy do osób „niezwykle otwartych, niezwykle życzliwych, szanujących wrażliwość inność ludzi”. Jeśli rasistowski bełkot Kuby Wojewódzkiego rzeczywiście był przejawem szacunku dla wrażliwości Alvina Gajadhura, to sposób działania Ministra Kultury Bogdana Zdrojewskiego można śmiało porównać do sposobu działania Murzynka Bambo, który „Uczy się pilnie przez całe ranki ze swej murzyńskiej Pierwszej czytanki. A gdy do domu ze szkoły wraca, psoci, figluje – to jego praca”.

Felieton: Krzysztof Jurecki KUPIONA NIEZALEŻNOŚĆ


Problem niezależności, połączony z finansowaniem prywatnych galerii przez państwo polskie w dalszym ciągu należy do najbardziej dyskutowanych. Dlatego zdecydowałem się zamieścić swój archiwalny tekst z 2000 roku. Bardzo nie spodobał się on niektórym decydentom ówczesnej artystycznej sceny gdańskiej, którzy w dalszym ciągu starają się eliminować z niej Marka Rogulskiego i jego galerię. A więc mój artykuł sprzed jedenastu lat w dalszym ciągu jest aktualny.


KUPIONA NIEZALEŻNOŚĆ

Grzegorz Klaman jako kurator wystawy pt. Forum galerii i innych miejsc sztuki w Polsce, która odbyła się w X – XI 2000 roku w Gdańsku w Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia i Galerii Wyspa po raz kolejny w latach 90. poruszył temat niezależności. Można stawiać różne diagnozy i próbować rozwiązywać ten problem w oparciu o różne modele teoretyczne. W postmodernistycznej rozgrywce liczą się zupełnie inne kategorie rezygnujące z pojęcia niezależności i alternatywności ze względu na ich utopijność.

Ale w każdym pluralistycznym państwie potrzebni są artyści dworscy służący określonej władzy (prawicowej, lewicowej) za określone pieniądze. Dlatego potrzeba dodatkowych dowodów bycia niezależnym i alternatywnym, aby działać pod protektoratem nie tylko uczelni, ale i Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego i państwowych Urzędów .

Galeria Wyspa jest w takim samym stopniu niezależna jak np. warszawski Foksal, a Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia jak Zachęta, z tą różnicą, że Zachęta decyduje co jest ważne w najnowszej twórczości polskiej, a Łaźnia później to upowszechnia (potwierdziła ten fakt wystawa Negocjatorzy Sztuki).

Galeria Koło z Gdańska jest w takim samym stopniu niezależna jak krakowski Zderzak, który na tej wystawie został pominięty. Koło często pokazuje tych samych artystów co Zderzak, z tą różnicą, że to właśnie galeria krakowska wylansowała ich w II połowie lat 80. Przy okazji chciałbym zaznaczyć, że malarstwo Krzysztofa Gliszczyńskiego jest jednym z najważniejszych dokonań lat 90. w Polsce.

Łódzka Galeria Wymiany jest od lat galerią o charakterze konceptualnym (w latach 90. nie odbyły się w niej żadne wystawy), lansującą wygodną dla siebie teorię o „niepodległym ruchu artystycznym”. Owszem, prezentuje ważny zbiór kolekcjonerski (jakich nie brakuje w Łodzi) oraz dwoje artystów prowadzących obecnie tę placówkę. Jest ona w takim samym stopniu niezależna, jak np. Galeria FF czy Galeria Manhattan, które w latach 90. zorganizowały po kilkadziesiąt wystaw.

Takich wątpliwości i pytań można było znaleźć dużo więcej. Nasuwa się pytanie o wartości samej ekspozycji? Ciekawie, „demokratycznie” zaprezentowała się poznańska Galeria AT, z interesującymi realizacjami Piotra Kurki i Leszka Knaflewskiego. To samo można powiedzieć o konsekwentnej twórczości (dla niektórych będzie ona nudna) Jacka Mrozowicza z łódzkiego Muzeum Artystów, wiernej koncepcji Kazimierza Malewicza i Ad Reinhardta oraz Tomka Matuszaka z Galerii Wschodniej, próbującego być bliżej życia, ale używającego form minimal-artowskich.

Od wielu lat okazuje swą wrażliwość działając małymi, kruchymi formami Jan Gryka (Galeria Biała z Lublina). Największe wrażenie zrobiło na mnie malarstwo Doroty Podlaskiej, reprezentującej bydgoską Wieżę Ciśnień. Jest to rodzaj malarstwa wywodzącego się od Nowosielskiego, ale mówiącego wiele nt. religijności w ogóle. Prace fotograficzne Jacka Markiewicza są, co najwyżej bardzo kiepską formą artystyczną recepcji Jeffa Koonsa, w przeciwieństwie do rzeźby Pawła Althammera i studenckich aktów Katarzyny Kozyry. Markiewicz jest niestety epigonem w zakresie pornograficzności, podobnie jak nieudolne echo Toscaniego — Bruno Tode (szczecińska Amfilada), który w odpowiednim czasie przestał być „nowym dzikim” na rzecz kolejnej polskiej mody ukazującej problem wzwodu członka. Powstaje pytanie czy opisywana wystawa była aż tak zła? Nie, gdyż nie różniła się niczym in minus od ogólnego polskiego stanu wystawienniczego. Zresztą to prowadzący poszczególne galerie decydowali, co pokazać, a nie Klaman. Mało tego — ekspozycja prezentowała szereg nazwisk od lat obecnych na polskiej scenie artystycznej.

Na koniec zaznaczę, że ze zrozumiałych względów nie dano możliwości prezentacji, czyli nie zaproszono do omawianej wystawy gdańskiej Galerii Spiż 7 Marka Rogulskiego, która jest jedyną znaną mi galerią rzeczywiście niezależną, tj. działającą poza strukturami uczelni, układów towarzyskich i mecenatem miasta. Poza tym prowadzona jest za własne pieniądze artysty. Właśnie o nie, zgodnie z zasadami rynkowymi (a one już obowiązują) toczy się gra. Pojęcie alternatywności jest nie tyle anachroniczne, co zupełnie nieadekwatne do modelu artystycznego lat 90. jaki dominuje w Polsce. Warto dodać, że Galeria Wyspa wydała kolejny numer „Żywej Galerii” za... pieniądze MKiDN, poświęcony galeriom biorącym udział w tej wystawie.


Prezentowane były następujące galerie: Wyspa (Gdańsk), Amfilada (Szczecin), a.r.t. (Płock), AT (Poznań), Biała (Lublin), Entropia (Wrocław), Fort Sztuki (Kraków), Koło (Gdańsk), Moje Archiwum (Koszalin), Muzeum Artystów (Łódź), Otwarta Pracownia (Kraków), ON (Poznań), Potocka (Kraków), Prowincjonalna (Słubice), Wymiany (Łódź), Wieża Ciśnień (Bydgoszcz), Wschodnia (Łódź) i QQ (Kraków).

Recenzja: Tomasz Bocheński WITKACY I RESZTA ŚWIATA


Autorka: Joanna Mieszkowicz


„Lepiej jednak skończyć nawet w pięknym szaleństwie niż w szarej, nudnej banalności i marazmie."

S.I. Witkiewicz
Kim był Witkacy? Książka „Witkacy i reszta świata” Tomasza Bocheńskiego, cenionego literaturoznawcy, witkacologa, odpowiada na to pytanie w sposób wyczerpujący. Autor przybliża sylwetkę Witkacego i dotyka tych sfer życia, które kształtowały osobowość twórcy teorii Czystej Formy. Witkacy jawi się nam jako człowiek o nieprzeciętnej inteligencji, jako badacz i poszukiwacz metafizycznych stron życia. Jawi się również jako człowiek dostrzegający pospolitość czasów, w których przyszło mu żyć. Niezaspokojony tropiciel Tajemnicy Istnienia, którego życie rozczarowało.

Pierwsza, najdłuższa część tej publikacji skupia się na życiu Stanisława Ignacego Witkiewicza. Swoją opowieść Bocheński rozpoczyna od przybliżenia czytelnikowi rodziny Witkacego i jej wpływu na jego dorosłe życie. Nad rozwojem artystycznym syna czuwał ojciec, Stanisław Witkiewicz, malarz, pisarz i architekt, jeden z największych popularyzatorów stylu zakopiańskiego. W Stanisławie Ignacym widział zaspokojenie własnych ambicji artystycznych, jednakże, jak życie pokazało, syn wkroczył na odmienną ścieżkę i odnalazł się w zupełnie innej koncepcji sztuki. Choć wcale nie jest prosta odpowiedź na pytanie, czy odnalazł się w życiu i w sztuce... Jak wspomina w swojej książce Tomasz Bocheński, Witkacym „zawładnęły potwory” i „realność nadzwyczajna”. A te „pasje” nie mogły i nie pozwoliły Witkacemu na kontynuowanie koncepcji artystycznych ojca.

Dojrzały Witkacy narodził się w Rosji, gdzie służył w Armii Carskiej. Podczas I wojny światowej ten „ostatni wielki romantyk” opowiedział się po stronie Rosji. Nieobce były mu problemy natury politycznej i w wielkim ruchu społecznym upatrywał ustanowienia nowego ładu społecznego. Mierziła go rzeczywistość i istniejący porządek na arenie politycznej. Podziwiał Piłsudskiego. Był przeciwny niesprawiedliwości społecznej, nierówności klasowej, miernocie i stagnacji. Raziła go pospolitość. Rozpoczął poszukiwania Tajemnicy Istnienia, którą widział w stopieniu się ze światem, kosmosem. Dostrzegał Dziwność Istnienia, o czym wielokrotnie pisał w swoich rozprawach filozoficznych.

A więc był Witkacy filozofem. Badał „znikomość ludzkiego życia w nieskończoności wszechświata”. Ubolewał nad intelektualnymi ograniczeniami człowieka. Postanowił swoją sztukę traktować, jako broń w walce z „odtajemniczeniem”. Przeżywał notoryczny metafizyczny wstrząs. Dziwność Istnienia i Tajemnica Istnienia to pojęcia, które zawładnęły jego twórczością. Poszukiwał dróg, które wyzwolą człowieka z jarzma niedoskonałości. Odczuwał „potworność samotnego istnienia” twierdząc, że jedynym rozwiązaniem jest poczucie „jedności w wielości”. W sztuce widział złoty środek zbliżający człowieka do absolutu, do metafizycznego (albo i mistycznego) wstrząsu, który objawiłby sens życia.

Tomasz Bocheński przedstawia Mistrza również jako człowieka drwiącego z rzeczywistości, ze sztuki, z języka. Witkacy był autoironistą doskonałym, przytłoczonym ambicjami, by teoria Czystej Formy zyskała na znaczeniu. Wiedział on, że przez autoironię człowiek dąży do samodyscypliny; swoje ironiczne życie artysty zamienił w życie człowieka tragicznego. Bo jego celem było zostać dobroczyńcą ludzkości. Brzmi to szyderczo, ale w twórczości Witkacego, szczególnie tej wczesnej, tego typu wątki pojawiają się często. Ironia to odpowiedź na zawód, jaki spotkał go w życiu. Czując się jednostką wybitną, nie potrafił wykorzystać swoich umiejętności, by stać się tym dobroczyńcą ludzkości. Owa porażka, dość szybko uzmysłowiona, wpłynęła na dalsze życie twórcy „Szewców”.

Życie osobiste Stanisława Ignacego było wyjątkowo bujne. Liczne przyjaciółki/kochanki wypełniały mu czas pomiędzy malowaniem, portretowaniem, pisaniem i filozofowaniem. Aż dziw bierze, że żona Jadwiga wytrzymywała tę sytuację i przyzwalała na nią. Tak tolerancyjnej kobiety nie mógł Witkacy nie kochać. Z jego „Listów do żony” wyłania się bardzo interesujący obraz artysty. Już sam fakt, że Witkacy zaczął pisać regulamin małżeństwa budzi ciekawość i zdziwienie. Z pewnością nie traktował on małżeństwa jak obowiązku. Tomasz Bocheński w swej książce jedynie zaznacza ten osobliwy temat, odsyłając do źródła – książki, która ukazała się w 2007 roku.

Bocheński wprost pisze o tym, że Witkacy nie wierzył ani w Boga ani w piekło, choć to właśnie piekło staje się częstym tematem jego literackich wędrówek. Swoich bohaterów ubierał w kostiumy rodem z piekielnych otchłani. Pisze Bocheński również o amuzji Witkacego, który przecież wykształcenie muzyczne uzyskał od własnej matki i będąc młodym chłopcem komponował różne lepsze lub gorsze utwory. Muzyka w pewnym momencie życia zaczęła go drażnić, szczególnie popularny jazz i radiowe hity oscylujące wokół sentymentalnych tematów.

Witkacy był również wielkim polemizatorem, mówiąc potocznie „czepiającym się” sobie współczesnych artystów: Chwistka czy Boya-Żeleńskiego. Swoje osamotnienie celebrował, skupiając się na wyższych celach życia. Nie przeszkadzało mu jednak, by bohaterowie jego dzieł pojedynkowali się, jakby w jego imieniu.

Część drugą swojej książki poświęca Tomasz Bocheński trzem największym witkacologom, bez których poznanie Witkacego nie byłoby możliwe. Poświęca trzy rozdziały Konstantemu Puzynie, Janowi Błońskiemu i Januszowi Deglerowi. Omawiając ich wkład w historię literatury i opracowane przez nich dzieła poświęcone życiu i twórczości Witkacego, Bocheński składa im niejako hołd. Co bardziej zainteresowanych czytelników należy znów odesłać bezpośrednio do tekstów w/w postaci, bo te trzy szkice są jedynie wstępem. Ich lektura pozwala spojrzeć na Witkacego z różnych perspektyw. Co dla jednego w życiu Witkacego jest ważne, inny zupełnie pomija, lub konfrontuje opinie z własnymi spostrzeżeniami.

Trzecia część „Witkacego i reszty świata” dotyczy właśnie tej reszty świata, a ściślej mówiąc, trzech wielkich nazwisk polskiej literatury XX wieku: Aleksandra Wata, Bolesława Leśmiana i Zbigniewa Herberta. Tomasz Bocheński analizuje utwory wspomnianych literatów: „Ja z jednej strony i Ja z drugiej strony mego mopsożelaznego piecyka” A. Wata, wiersz B. Leśmiana o Don Żuanie oglądającym własny pogrzeb, tegoż „Dziejbę leśną” oraz eseje Zbigniewa Herberta.

Mamy tu rozważania nad szczęściem, śmiercią i nicością, nad ludzką niemożnością poznania Boga. Odniesienia do surrealizmu, szamańskich podróży do nieba, śmierci za życia. Bezradności poznania zaświatów (Wat, Leśmian). Czytamy o zachwycie Herberta nad malarstwem Piera Della Franceski oraz odkrywaniem muzeum, jako miejsca gromadzącego sztukę. Pozornie ta „reszta świata” nie ma związku z Witkacym, jednakże, gdy się dokładniej przyjrzymy, dostrzegamy pewne cech wspólne. Poszukiwania odpowiedniej formy w sztuce, tematyka dotykająca tych samych obszarów życia (i śmierci). I zauważamy, że Witkacy nie był odosobniony, choć swoją sztukę przeżywał inaczej.

Część czwarta książki Tomasza Bocheńskiego to jego osobisty ukłon w stronę Andrzeja Nowickiego, artysty drzeworytnika. Autor skupiając się na wystawie, która miała miejsce w 2009 roku w Muzeum Historii Miasta Łodzi, przybliża niezwykły warsztat Andrzeja Nowickiego, który w każdym swoim drzeworycie „pieczętuje swój głęboki, cielesny związek ze światem”. Dopiero ten krótki tekst pozwala dostrzec piękno i zrozumieć sens drzeworytów zdobiących strony tytułowe poszczególnych rozdziałów książki. Książkę zdobi również rozkładana ilustracja zamieszczona na końcu publikacji – drzeworyt Nowickiego „Łódzki tramwaj regionalny”. Dziewięć postaci stojących i siedzących w tramwaju nie patrzy w naszą stronę. Postaci wydają się groteskowe, nawet chimeryczne. Gdzie jadą, dokąd się udają? Każdy ma jakieś przeznaczenie. Nie nam zgadywać, co z nimi będzie…

Książka Tomasza Bocheńskiego jest kompendium wiedzy o Witkacym. Jest tym ciekawsza i warta polecenia, iż jest to publikacja wszechstronna. Można ją odczytać, jako lekturę naukową, bo poświęconą znakomitemu artyście. Ale uwagę zwraca nie tylko akademicki ton. Wśród tekstów książki znajdują się przecież szkice dotyczące innych poetów, jest też recenzja z wystawy drzeworytów. Po jej lekturze można się zastanawiać nad prekursorstwem Witkacego, nad kontynuatorami jego „dziwności”. Ale tak naprawdę sztuka w swojej wielowymiarowości i wielogatunkowości dotyka wciąż tego samego. Sensu życia i poszukiwaniu ukojenia w absolucie. A estetyczne doznania są jedynym właściwym środkiem, który w tych poszukiwaniach ma nam pomóc.

Opowiadanie: Tomasz Sobieraj OGÓLNA TEORIA JESIENI



And sit once more alone with sprawling papers,
Bitten-up letters, boxes of photographs,
And the case of butterflies so rich it looks
As if all summer settled there and died.

Philip Larkin, Autumn

Jesień jest dobra. To pora unoszącej się w powietrzu egzaltacji zapachów, roślinnych i owocowych ewaporatów, połączonych z anarchistyczną nonszalancją, która, jak wiadomo, przystoi jedynie bogom, i naturze. Jesień to czas burzenia skostniałych porządków, czas, gdy barwne liście, ci nadrzewni heretycy, odstępcy od zielonej, monotonnej dyktatury lata, występują otwarcie przeciwko jego pospolitej urodzie, zadziwiając niespożytą energią w odkrywaniu kolorów i zapierając dech tylko im właściwą swobodą lotów, dzięki której mieszają się w powietrzu i wymijają, zderzają i splatają w ekstazie, spoczywając w końcu na szmaragdowych trawnikach, sycąc się sobą i wprawiając w zdumienie tymi gorszącymi scenami zwierzęta, przyzwyczajone do bardziej konwencjonalnych zachowań w królestwie roślin.

Jesień wcale nie jest końcem – przeciwnie, jest początkiem, co łatwo sprawdzić, przyglądając się bezlistnym już drzewom i krzewom, które, wyposażone w gotowe do wystrzelenia pąki liści, czekają całą zimę niecierpliwie, jak dziewczynki marzące o dorosłości, by tak jak one, we właściwej chwili zaiskrzyć skrywaną urodą, zaskoczyć jasnozieloną młodzieńczą uwerturą, a po niej wprawić w oszołomienie radosną, wiosenną symfonią kwiatów, niepostrzeżenie zamieniającą się w porywającą, perwersyjną orgię z owadami. Niestety, trwa to krótko. Kolory i zapachy wiosny odchodzą jak kobiety – nagle i nieodwołalnie, zostawiając tylko bolesne wspomnienie i nudę prostackiego lata, z której wyzwala dopiero jesień.

W wierszu Philipa Larkina pudełko fotografii to jeden ze smaków odchodzącego lata, jego nostalgiczne residuum, podobnie jak spreparowane okazy motyli w gablocie czy nieuporządkowane notatki na luźnych kartkach papieru. U niego jesień jest złą siostrą jeszcze gorszej zimy. Tak to widać z okien biblioteki, zza grubych szkieł okularów, gdzieś w wilgotnym, wiecznie pochmurnym zakątku Albionu. Jednak w kontynentalnym ogrodzie wygląda to zupełnie inaczej – gorycz odejścia lata jest przystawką przed smakiem lekkim, wykwintnym i oczekiwanym, serwowanym na ciepło specialite de la maison, nieprzytomnym od czerwieni, żółci, brązu i zieleni oraz ich dowolnych kombinacji, zabarwionym dla kontrastu nutą błękitu nieba. Zaś gdy przyjdzie właściwa pora, danie główne zamienia się w wyrafinowany deser, kunsztownie inkrustowany kryształkami szronu, mieniącymi się wszelkimi odcieniami różu i brzoskwini. A nawet jeśli zdarzy się tak, że atmosferyczne niże znad oceanu przyniosą ze sobą zwały ociężałych od deszczu chmur i porywiste wiatry, wprawiając wszelkie istoty w nastrój melancholijny, zmuszając tym samym do rozpalenia w kominkach i sączenia wiśniówki, jest pewne, że nadejdzie dzień, gdy słońce wystrzeli ponad horyzont, i będzie można wyjść do ogrodu, cieszyć się smakiem zerwanych z drzewa gruszek, roześmianą beztrosko czerwienią owoców głogu, zapachem dojrzałych śliwek i szelestem rozgarnianych nogami liści.

Od lat odrzucał larkinowską koncepcję jesieni, uznając ją za nieobiektywną, wyrosłą z naiwnego, gabinetowego poznawania zjawiska, i w swoich polemikach z Larkinem zarzucał mu, że czerpie on swoją bezużyteczną wiedzę z książek i gazet, żyjąc tym samym złudzeniem kopisty, podobnie jak bohaterowie Flauberta – Bouvard i Pècuchet, dwaj głupcy zanurzeni w krynicy papierowej mądrości. Urażony Larkin bronił się twierdząc, że poznawał jesień organoleptycznie, i że jego materiał badawczy jest bardziej rzetelny, bo obejmuje większą serię obserwacji, z wielu lat. Zaciekły spór zakończył się dopiero wtedy, gdy opublikował pracę „Ostateczna krytyka jesieni Larkina”, w której dowiódł, że angielski poeta ograniczył się jedynie do zbadania powierzchownej fizyczności jesieni, tego, co można zobaczyć, natomiast pominął zupełnie badanie tego, czego nie widać. Słabością Larkina był również brak poznania przedmiotu drogą logiczno-matematyczną, znaną z nauk przyrodniczych, jak na przykład astronomia, gdzie odkrywa się nowe, niewidzialne gwiazdy za pomocą obliczeń, a nie obserwacji nieba. Pokonany Anglik przyznał też w jednym ze swoich ostatnich artykułów, że jego lato pachnie celulozą i fotograficzno-entomologicznym panoptikum, oraz że będąc zwykłym krótkowzrocznym bibliotekarzem, nigdy nie prowadził badań terenowych, ani nawet nie opracował metody analizy jesieni, więc w istocie może się mylić.

Wkrótce po tym, jak ustały ich brutalne intelektualne polemiki, jesień odzyskała należne jej miejsce w hierarchii pór roku. W niepamięć odeszły poglądy piewców dusznego proletariackiego lata – niewiele brakowało, by ich książki znalazły się na indeksie razem z hagiografiami zimy. Parlament nawet rozważał możliwość częściowej likwidacji lata oraz obłożenia go podatkiem, jednak zwyciężyła opcja umiarkowana i jedynie skrócono je do ośmiu tygodni, zmieniając przestarzałą ustawę o przesileniu letnim i równonocy jesiennej na nową, spełniającą wymagania nowoczesności. Pewien niepokój wzbudziły opornie zachodzące zmiany nachylenia osi ziemskiej do płaszczyzny ekliptyki, za co winą pierwotnie obarczano terrorystów, jednak okazało się, że to wynik niedoskonałości ustawy zasadniczej, bowiem po wprowadzeniu poprawek do konstytucji astronomiczne i klimatyczne pory roku wyrównały się i ustabilizowały. Natomiast koncepcje Larkina wylądowały na najdalszych półkach uniwersyteckich bibliotek, pokrywając się kurzem i pajęczyną, stając się jedynie ciekawostką dla wąskiego grona specjalistów, zajmujących się burzliwą i arcyciekawą historią poglądów na jesień.

Esej: Marcin Królik JAK NIE ZOSTAŁEM PSUJEM LITERATURY PRZEŁOMU WIEKÓW


Monografia Magdaleny Lachman „Gra z tandetą w prozie polskiej po 1989 roku” to dla mnie lektura przede wszystkim sentymentalna. Kiedy ją przerzucam – dość, przyznaję, wybiórczo – mam przyjemne wrażenie powrotu do domu. Po rocznym akademickim wygnaniu w Pułtusku w roku 2000 przeniosłem się na warszawską polonistykę i trafiłem w schyłkowy – co bynajmniej nie oznacza, że mniej gorący – etap literackich zjawisk, które w swej pracy Lachman ujmuje w syntetyczne klamry, niniejszym zamykając je w szufladzie z etykietką „historia literatury lat 90″. Odnajduję u niej całe passusy brzmiące mi nader znajomo, fragmenty tekstów krytycznych, które czytałem z rozpaloną głową nowicjusza usiłującego odnaleźć swoją ścieżkę dotarcia do pisarstwa, no i oczywiście omówienia książek, o jakich wtedy było głośno w naszym polonistycznym grajdołku. A niektóre z nich – jak choćby „Wojna polsko ruska” Masłowskiej, czy „Jak nie zostałem menelem” Klejnockiego – wtedy właśnie wyszły i narobiły trochę bałaganu. No, przynajmniej Masłowska narobiła.

Wszedłem w ten klimat jak nóż w masło – przypadkowa zbieżność z nazwiskiem pisarki z Wejherowa – właśnie dzięki Klejnockiemu. Jego zajęcia z teorii lektury, obowiązkowe dla studentów drugiego roku, były tak naprawdę inicjacyjnym misterium, dzięki któremu takie nazwiska jak Dunin-Wąsowicz, Varga, czy Stasiuk, oraz ich pomysły na literaturę – Lachman nazywa ją „literaturą popsutą” – w ogóle zaistniały w polu mojej czytelniczej percepcji.

Klejnocki nie był jedynym na wydziale nauczycielem rzeczonego przedmiotu, ale jego grupa funkcjonowała trochę jak krąg wtajemniczonych, trochę podobnie do seminarium prof. Janion. Być w grupie Klejnockiego, znaczyło posiąść klucz do alchemii literackiego tu i teraz. Trafiłem do niej zresztą zupełnie przypadkiem, wciskając się do sali bez uprzedniego zapisu wraz z około czterdziestką innych wagabundów, którzy przegapili termin zamykania list, z nadzieją, że się zlituje i przyjmie. Na jego liście było dwadzieścia osiem nazwisk, a miejsc w grupie dziekanat przewidział trzydzieści. Klejnocki kazał nadprogramowym napisać na karteczkach nazwiska, poskładać je i wrzucić do czapeczki, którą miał ze sobą. Wylosował dwa. Reszcie kategorycznie polecił wyjść i poszukać sobie innej grupy, co graniczyło z cudem, jeśli wziąć pod uwagę, że była połowa października. Znalazłem się w gronie wybranych szczęśliwców. Potem uznałem to za zrządzenie literackiej opatrzności.

Jednak ów nostalgiczno-afirmatywny ton, w którym to piszę, jest pozorny. Tak naprawdę – mimo całej wdzięczności, jaką odczuwam wobec Klejnockiego, także za to, że obdarzył mnie czymś w rodzaju zdystansowanej sympatii – wniknięcie w „popsuty” krwiobieg, który już niebawem miał radykalnie zmienić bieg, unaoczniło mi, jakim pisarzem z pewnością nie chcę zostać. Ale po kolei.

Co konkretnie oznacza przymiotnik „popsuty” często powtarzany przez Magdalenę Lachman w jej książce? Jest to bardzo trafna synteza kierunku artystycznego, jaki – najpierw intuicyjnie, a następnie z pełną premedytacją – obrali prozaicy i poeci (o nich Lachman nie pisze) debiutujący po 1989 roku. Oczywiście, jak zawsze bywa z tego typu całościowymi programami wpływającymi na kształt sztuki i determinującymi drogi obierane przez twórców chcących się liczyć, jego korzeni należy szukać wcześniej – w ruchu kontrkultury lat 80, w tworzonych na wpół chałupniczo zinach, w TotArcie, w Pomarańczowej Alternatywie, i wreszcie w ”BruLionie”, którego zeszyty (także ten słynny, ostatni, gdzie Robert Tekieli dokonał radykalnego odwrócenia kursu swojego flagowego okrętu ku religii, co doprowadziło do jego zatonięcia) także pokazywał nam Klejnocki. To właśnie tamten anarchistyczny prąd, w którym młodzi buntownicy niechętni wobec pustoszącej polską kulturę solidarnościowej tyrtejskości odrabiali zapóźnienia z postmodernizmu, oczyścił grunt pod późniejsze „psucie” literatury. A po upadku Żelaznej Kurtyny swoje dołożyła jeszcze powódź kultury masowej.

Tak jak „BruLion” miał – wedle deklaracji jego twórców – być brudnopisem kultury, przepuszczoną przez krzywe zwierciadło odpowiedzią na wysoki, wysmakowany ton „Zeszytów Literackich”, tak też cała „ważna” literatura po 1989 roku chciała widzieć siebie jako ersatz, składowisko odpadów poddawanych twórczemu recyclingowi i przetasowywaniu bez głębszego sensu. Celowo biorę tu ważność w cudzysłów. Literatura lat 90 straciła już bowiem złudzenia co do swojej społecznej i kulturowej rangi. Przeistoczyła się w – jak w jednym z przytaczanych przez Lachman tekstów ujął Krzysztof Varga – „cudaczny sposób zabijania wolnego czasu”, kumpelską zgrywę.

Stąd między innymi jej silnie eksponowana środowiskowość, ostentacyjna sztuczność, autotematyzm, szyderstwo i niemal kanoniczna wtórność, czyli świadoma tandeta. Magdalena Lachman stara się udowodnić, że tacy autorzy jak wczesna Gretkowska, Burzyńska, czy cała stajnia „Lampy” sięgali po formalny eklektyzm i narzędzia metafikcji bynajmniej nie po to, by wytyczać jakieś nowe drogi lub zmierzyć się z ważkimi problemami współczesnego świata, lecz by wykazać pustkę i zbędność pisarstwa zdegradowanego przez spluralizowaną rzeczywistość do poziomu zabawy czeredki znudzonych, sarkastycznych inteligentów przyklejających sobie – oczywiście też dla zgrywy – metki barbarzyńców, parnasistów, banalistów, katechetów i frustratów.

I właśnie to – mimo osobistej czułości względem kilku książek z tamtego okresu – usposobiło mnie do tej literatury negatywnie, kazało zająć ławę w jednoosobowej opozycji. Nie takiej literatury chciałem!

Kuriozalne wydawało mi się tracenie umysłowej energii, o prądzie do zasilania komputerów i papierze nie mówiąc, na to, by udowodnić, że pisanie na dłuższą metę nie ma sensu. Wkurzała mnie kumpelskość wpychająca pisarzy jeszcze głębiej do getta zbędności, w które wtrąciła ich ekspansja popkultury. Coraz bardziej hermetyczny język środowiskowych kodów, których nie sposób było rozszyfrować, jeśli się nie wpadało na jednego do Zwisu albo do Rastra, brzmiał mi obmierźle i pretensjonalnie. Zredukowanie procesu wydawniczego do koleżeńskiej wymiany usług – ty mi machnij przychylną recenzję powieści debiutanta, a ja ci puszczę tomik wierszy – pachniało zwykłym kunktatorstwem. A poza wszystkim innym nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego pisarze dobrowolnie dezerterują z placu boju, dlaczego nie chcą podjąć wysiłku przekroczenia siebie i wzięcia się za bary ze światem za drzwiami knajpy. Ale najbardziej dołujące było dla mnie zdanie sobie sprawy – a nastąpiło to po ekspansji „Masła” – że właśnie to, co sytuowało mnie w negatywie, było przepustką, dzięki której mógłbym się w końcu do literatury wedrzeć.

Nie chcę przez to dać do zrozumienia, że rżnąłem jakiegoś konserwatystę wkurwionego na gówniarskie hulanki. Ani bowiem obraz tamtej literatury przełomu wieków nie był aż tak jednorodny, jak go tu prawem kaduka odmalowuję, ani ja nie byłem aż tak na cztery nogi kuty, żeby stroić się w togę mędrca. Ja po prostu chciałem nic nie musieć, pisać o tym, co dla mnie ważne, przepracowywać kluczowe dla mnie problemy i nie zostać oszołomem, który nie nawija masłem i nie jest na „ty” z Duninem-Wąsowiczem.

O pisarstwie lat 90 często mówi się w dykcji rozczarowania. Podkreśla się jego bezideowość, tymczasowość, wyrzuca się zawiedzione nadzieje, że miało sportretować rzeczywistość, a zamiast tego ganiało radośnie własny ogon lub pławiło się w arkadiach małych ojczyzn. Takie głosy pojawiały się już wówczas, gdy uczęszczałem na zajęcia do Klejnockiego. Zresztą nawet on sam dokonał krytycznego i gorzkiego w tonie (auto?) rozliczenia z minioną dekadą w artykule „Pejzaż z wisielcem”. Tekst ów stanowił część dużej krytycznoliterackiej debaty przetaczającej się przez szpalty „Tygodnika Powszechnego” (tak, tak, wtedy jeszcze takie brewerie się w prasie zdarzały). Jej hasło „Coś się skończyło, nic się nie chce zacząć” dobrze wyrażało ten schyłkowy, abnegacki klimat literackiego czyśćca, w który wparowałem prosto z pułtuskiej czarodziejskiej góry. Powszechne było w tej naszej humanistycznej niszy oczekiwanie na jakiś przełom, na wyklarowanie się jakiejś nowej (duchowej?) jakości. Wiatr, który owiewał mi twarz, kiedy w piątek popołudniu, po odprawieniu misterium w sali numer 10, opuszczałem gmach polonistyki, niósł nieśmiałe przeczucie, że to nowe – jeszcze nienazwane i bezkształtne – czeka tuż za winklem, i że, jeśli mi się poszczęści, będę miał w tym swój udział.

Dalej więc kartkuję książkę Magdaleny Lachman i zastanawiam się, co z opisywanej przez nią międzyepoki mógłbym wziąć dla siebie, do czego się bez żenady przyznać. Na pewno galicyjski magiczny realizm Stasiuka. Jego zaczepna autobiografia niby trochę też, ale raczej w kategoriach ciekawostki, wesołego przerywnika. Na pewno opowiadania Nataszy Goerke – zwarte, tajemnicze, oszczędne w stylu, ale gęste od symboli. I oczywiście przyjaźń z nią samą, jej ciepły uśmiech i dobroć. Na pewno „Dom dzienny, dom nocny” i „Prawiek i inne czasy” Olgi Tokarczuk. „E E” czytałem jak protokół z sekcji zwłok, od jej wyrachowanego, prosektoryjnego chłodu szczękały mi zęby. Coś z wyrobów „Lampy” przed dziewczyną z Wejherowa? Nie, przynajmniej nic z tego, co zdołałem przeczytać. Jerzy Sosnowski? O tak, zdecydowanie tak – biorę wszystko hurtowo. Masłowska jako symboliczny kres ery tarotowego wisielca? Hm… no, muszę to jeszcze przetrawić.

Praca łódzkiej badaczki ukazała się siedem lat temu. Od tego czasu nowe zdążyło już stracić kilka włosów i nieco przybrać na wadze. Niedługo pewnie ktoś je stosownie podsumuje i też zamiecie do historycznej przegródki. Pewne jaskółki nad to pole już nadfrunęły, co niechybnie oznacza, że do tematu będę musiał powrócić. Oczywiście znów w konwencji bardzo osobistej.

Opowiadanie: Tomasz Sobieraj BABIE LATO


Najbardziej lubił wrzesień. Szczególnie jego ostatnie dni, należące już bezwzględnie do jesieni, całkowicie i niedemokratycznie przez nią zawładnięte, wtulone w jej bujną kobiecość, odurzone bezgraniczną anarchią kolorów. Dni o chłodnych porankach, przesycone niemal erotycznym zapachem przejrzałych owoców, leżących w ogrodach na trawie. Ten czas estetycznej obfitości i dojrzałości ciągnął się zwykle do połowy października, a gdy nie pojawiały się przymrozki i chłodne północno-zachodnie wiatry, trwał do początku listopada, pozwalając mu sycić się walką kolorów z zapachami. Walką, co zawsze stwierdzał z satysfakcją, nigdy nie rozstrzygniętą, bowiem nawet jeśli jedna ze stron wydawała się pokonana, to tylko na chwilę, kilka godzin, by po upozorowanym odwrocie powrócić ze wzmożoną siłą i toczyć niemy bój do ostatniego liścia, do ostatnich unoszących się w powietrzu atomów obezwładniającej woni. Dopiero nadejście atlantyckich niżów, niosących ze sobą kłęby ciemnoszarych chmur i strumienie gniewnych podmuchów, kończyło ten wyrównany i szlachetny pojedynek. Patrzył wtedy ze smutkiem, jak ostatni maruderzy porywani wiatrem z drzew kończyli krótki, barwny żywot heretyków w płomieniach stosów wznoszonych przez ponurych grabarzy i żegnał zapachy rozpływające się w eterycznej nicości, odchodzące dyskretnie i ostatecznie.

Zwykle od połowy września, gdy park prawie pustoszał i wakacyjny nastrój był już tylko wspomnieniem utrwalanym w szkolnych wypracowaniach, przychodził codziennie wczesnym popołudniem i siadał na ławce, stojącej tuż przy brzegu stawu, nazywanego stawem Babiego Lata. Nazwa wzięła się od wyjątkowego w tym miejscu natężenia srebrnych nitek, którego nie mogli wytłumaczyć najwięksi specjaliści od przyrodniczego obyczaju, zdumieni niezgodną z ich naukowym poglądem bezczelnością natury, mającej za nic ustalone przez nich porządki i z niezwykłą swobodą podchodzącej do statystycznie ustalonych praw. Oburzenie naukowców udzielało się również łabędziom, stałym lokatorom akwenu, zwykle pyszniącym się swoją urodą, w bezdennym podziwie przyglądającym się swoim odbiciom w zielonej wodzie. Właśnie we wrześniu ptaki stawały się niespokojne, jakby przeczuwały nadejście nieposkromionych hord babiego lata. Nerwowo pływały od chińskiego mostku nad kanałem do drewnianej przystani, wyczekując pajęczej awangardy. I zawsze były zaskoczone, bowiem lotne nitki pojawiały się znienacka, frunęły znad usypiających już łąk za miastem, urządzając nad stawem coś na wzór zgromadzenia wojsk. Wtedy łabędzie, początkowo oniemiałe ze zgorszenia, że ktoś próbuje pozbawić je hegemonii nad skrawkiem wody, usiłowały za pomocą trzepotania skrzydeł i przerażających dźwięków rozgromić błyszczącą w słońcu niespokojną armię. Po kilku dniach udawało im się, albo, jak twierdzą niektórzy znawcy entomologicznej etykiety, babie lato samo opuszczało przestrzeń powietrzną stawu, kierując się nad tereny bardziej sprzyjające niezakłóconej kontemplacji jesieni.

Siadywał na jedynej ławce w stylu wiedeńskim, zupełnie nie pasującej do pozostałych elementów parkowej architektury, utrzymanych w stylu chińskim. Zwykle czytał książki, co wydawało się w tych czasach czynnością tajemniczą, niemal metafizyczną – szczególnie gdy dzień był chłodniejszy, wtedy bowiem zakładał na garnitur długi za kolana, wełniany płaszcz, kapelusz, a na ręce cienkie skórzane rękawiczki – wszystko czarne, co podkreślało jego wygląd starego kruka albo kapłana mrocznej sekty wyznającej starodawną wiarę, że istnieją książki mające siłę dynamitu, ale wybuchającego nie raz, a tysiące razy. Czasem przerywał lekturę, wyjmował małą lornetkę i uważnie, niemal w napięciu obserwował spadające z drzew liście, pyszniące się przedśmiertnymi barwami, bezwolnie poddające się bezdusznej grawitacji i delikatnym tchnieniom wiatru. Wtedy wyglądał trochę jak hazardzista oglądający wyścigi koni, który postawił wszystko na szlachetną klacz, posiadającą na koncie tyle samo gonitw wygranych, co przegranych. W tych chwilach wydawał się szczęśliwy; mimowolnie przybierał wyraz twarzy, jakby wygrał najwyższą stawkę, niekiedy zaś okazywał niezadowolenie zaciskając usta. Zdarzało się też, że przynosił ze sobą stary aparat fotograficzny i krążył z nim wokół stawu. Podpierał się statywem, wyszukiwał, jak się wydawało, najbardziej funeralnych tonów jesieni i zainspirowanych nimi najniezwyklejszych przepoczwarzeń, rejestrując na kliszy wyłącznie degeneraty i nowotwory, skupiając się na wszelkich niedoskonałościach, jakby chciał z całą mocą zaprzeczyć własnej śmiałej wizji tej pory roku jako najbardziej dojrzałej, bujnej i kobiecej.

Felieton: Jan Siwmir LITERATURA I JĘZYK


Lubię kląć. Lubię okrągłą miękkość, włochatość i szorstką czepność brzydkich słów. Nawet ich zapach mi nie przeszkadza. Ludzka głupota, prymitywizm, zachłanność i zawiść ożeniona z bezinteresowną złośliwością przekroczyła już granice, które można opisywać zwykłymi, kulturalnymi słowami. Trzeba sięgnąć do arsenału słów zaczerpniętych ze słownictwa armii lub złapać za słowa powszechnie uważane za wulgarne. Co też pewnie w jakiś sposób łączy się z armią.

Niemniej jednak... O ile rozumiem, że czasami zarówno pięść jak i stół to zbyt mało, aby nas usłyszano, to przecież nie może być tak, że używamy słów w sposób niekontrolowany, bez sensu, li tylko dla ukrycia faktu, iż nie mamy nic do powiedzenia. Jeśli nie mamy nic interesującego do powiedzenia, to nie mówmy. Wulgaryzmy w charakterze protez czy osłonek dla ziejącej pustki, sprawiają karykaturalne wrażenie. Moim zdaniem język służy do tego, aby przekazywać pomiędzy ludźmi komunikaty. Informujemy o faktach, emocjach, o chęciach i niezgodzie na coś. Podobnych informacji wysłuchujemy.

Nie odbierzemy współczesnemu światu możliwości używania słów, co do których umówiliśmy się, że są nieprzyzwoite. Im bardziej będziemy zakazywać, tym większy opór będzie stawiał świat. Szczerze mówiąc sam bym protestował. Rozumiem bowiem ludzi, którzy od dawna nie wyobrażają sobie podzielenia się swoimi emocjami za pomocą jednego treściwego słowa. Co więcej, nawet takie autorytety jak profesor Miodek dopuszczają sytuacje, w których wulgaryzmy są najzupełniej zrozumiałe. Ba, sam kilka lat temu byłem świadkiem, kiedy użycie pewnego słowa okazało się wręcz niezbędne. Otóż idąc przez tzw. studnię, czyli plac, wokół którego wybudowane zostały bloki, zobaczyłem naprzeciwko siebie młodego mężczyznę trzymającego za rękę małe dziecko. Nagle na ostatnim piętrze jednego z bloków otworzyło się okno, wychyliło się z niego dwóch osiłków, krzycząc jeden przez drugiego coś, co po zamianie jednego z bardziej plastycznych epitetów na neutralnie brzmiący wyraz „korba”, brzmiałoby tak:

- Ty, Zenek, kiedy korba oddasz wiertarkę?
- Dzisiaj wieczorem – padła odpowiedź.
- Ty, pytam korba kiedy?
- Zaprowadzę syna do babci i przyniosę.
- E, no korba miałeś oddać, to oddaj.
- Ale mówię przecież, że oddam.
- Ale korba kiedy?
- No korba wieczorem – mężczyzna desperacko wyrzucił z siebie słowo-klucz, pomimo obecności synka.
- Aha – informacja poparta przecinkoprzerywnikiem w końcu dotarła do tego szczególnego gatunku odbiorców.

Siedziałem wtedy na chodniku i płakałem ze śmiechu. Dzisiaj zastanawiam się czy przypadkiem w naszej mowie przecinkoprzerywnikami nie są zwykłe słowa, a komunikatem właściwym wulgaryzmy?

Przytoczyłem tę historię, żeby zilustrować fakt, iż w pewnych środowiskach wulgaryzmy są swego rodzaju kodem językowym, bez którego nie jest zrozumiała treść wypowiadanych zdań. Opisując te środowiska, nie możemy sięgać lewą ręką do prawego ucha, bawiąc się w karkołomnie brzmiące opisy, będące synonimami wulgaryzmów. Jeśli chcemy skierować pewne treści do tychże odbiorców, chcąc nie chcąc musimy się do tego kodu dostosować. Jeżeli, rzecz jasna, chcemy osiągnąć jakiś efekt. Do takich jednak komunikatów służy proza. Po co mieszać w to poezję, z natury swojej elitarną? Zostawmy w literaturze choćby jeden bastion, który jak oaza na pustyni będzie dawał ukojenie spragnionym. Od długiego czasu ta dziedzina literatury zachwaszczana jest przez ludzi, dla których zbyt trudne jest namalowanie obrazu zwykłymi słowami. Nie potrafią, chcą mienić się artystami, więc szukają elementów, które zastąpiłyby talent. Cóż prostszego? Wystarczy kilka niecenzuralnych słów użytych wprawdzie bez sensu, ale wystarczająco skandalicznie, by ukryć niedostatek talentu. Odpowiednia promocja, nagłośnienie w mediach, zrzeszenie się w grupy podobnych sobie osób utalentowanych inaczej. Sukces gotowy.


A ja chciałbym w malarstwie wrócić do czasów Rembrandta, w literaturze zaś do czasów Skamandrytów i Szymborskiej. Wiersze tkane kiedyś były z sensu słów, nie z protez sens zastępujących, a jeśli pojawiały się wulgaryzmy, to w ściśle określonym celu i w precyzyjnie zaplanowanych momentach, nie „zamiast”. Szklanka wody zamiast życia seksualnego też by was zirytowała. I mówię to ja, który lubi pić wodę, kląć, walić pięścią w stół i nazywać rzeczy po imieniu. Więc może jednak przekroczyliśmy już ten próg oddzielający piękno od zbędnego odpadu w prozie życia, wodę od piasku?

Każdy z nas chciałby przecież choć na chwilę uciec od szarości, mdłych, rutynowych dni, gdzie nie ma na czym zawiesić wzroku. Dziwicie się, że ludzie oglądają łzawe seriale? Ja się nie dziwię. Skoro sięgnąwszy po tomik poezji mogą przeczytać tylko o „brudzie miast”, czy o „zalanych spermą kobietach”, bardziej drastycznych opisów nie wypominając, to wolą pstryknąć pilotem telewizora.

Sztuka umiaru w epatowaniu skandalem w poezji, arystotelesowski złoty środek w połączeniu z unikalnością talentu – oto recepta.

Problem w tym, że niewiele osób mogłoby wtedy nazwać się artystą.

Smutne.

Felieton: Igor Wieczorek CZEGO WIĘCEJ NAM TRZEBA?


Pewien znajomy filmowiec, którego usiłowałem skłonić do ekranizacji krótkiego opowiadania, wytłumaczył mi, że filmowców nie interesują opowiadania, ale ich scenariuszowe adaptacje, których autorami w żadnym razie nie mogą być literaci. Na moje pytanie o powód, dla którego literaci nie mogą pisać scenariuszy, filmowiec uprzejmie wyjaśnił, że literaci myślą za pomocą słów i – w przeciwieństwie do scenarzystów - nie potrafią nauczyć się myślenia za pomocą obrazów.

Ponieważ ta dziwna odpowiedź niewiele mi wyjaśniła, zacząłem zgłębiać teorie z dziedziny kognitywistyki. Szybko stało się jasne, że w jakimś bardzo ogólnym, a jednak konkretnym sensie, znajomy filmowiec ma rację. Ciągły proces poznawczy zwany powszechnie myśleniem polega, między innymi, na kojarzeniu obrazów i do pewnego stopnia może się toczyć bez słów. O tym, że tak jest w istocie, świadczy chociażby fakt, że wszystkie rodzaje pisma pochodzą od piktogramów, które są nieme i głuche, a jednak w pełni czytelne.

Wielu neurobiologów uważa, że słowo „film” jest niesłychanie plastyczną metaforą umysłu, czyli neuronalnej samoreprezentacji danych zmysłowych, docierających do mózgu za pomocą impulsów elektrycznych.. Profesor Antonio R. Damasio, jeden z największych autorytetów współczesnych badań nad funkcjami mózgu, twierdzi, że wielu neurobiologów używa słowa „film” jako metafory zintegrowanej i ujednoliconej mieszaniny rozmaitych wrażeń zmysłowych, tworzących multimedialny show nazywany umysłem. Tak rozumiany film nie jest więc niczym innym, jak właśnie procesem myślenia.

Jeden z najbardziej wpływowych filozofów dwudziestego wieku, miłośnik i badacz kina, Gilles Deluze, był przekonany o tym, że filmowcy to myśliciele, którzy myślą za pomocą obrazów, a kino jest manifestem czystej inteligencji. Jeśli Deluze miał rację, to znaczy, że obraz filmowy pod względem wartości poznawczej nie ustępuje nauce, mistyce, czy teologii.

Jako chroniczny sceptyk nie wierzę w istnienie obrazu, który jest manifestem czystej inteligencji i nie przypisywałbym filmom aż tak wielkiego znaczenia, ale nie mogę zaprzeczyć, że niektóre obrazy są bardzo pouczające.

Do takich obrazów zaliczam na przykład najnowszy film Petera Weira, który otworzył mi oczy na to, że sztywna konwencja i pełna swoboda twórcza nie muszą się wcale wykluczać, a tajemnica artyzmu jest z gruntu nieprzenikniona.

Dawno już nie widziałem tak sztampowego, prostego, a jednocześnie pięknego i budującego filmu. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Peter Weir to wizjoner, mag, szaman, czarodziej kina, a jego „Droga powrotna” jest jakąś niesamowitą aborygeńską mantrą, a nie tylko naiwnym ukłonem w stronę polskiej historii.

Bardzo dziwi mnie fakt, że zdecydowanej większości naszych wytrawnych krytyków ten obraz nie przypadł do gustu. Wydaje się to tym dziwniejsze, że ta filmowa opowieść jest uderzająco podobna do „Kanału” Andrzeja Wajdy. Oto historia ucieczki przed śmiercią z rąk okupantów, oto historia obłędnie niebezpiecznej podróży ku bardzo niepewnej wolności, oto historia ludzi, którzy w obliczu zagłady potrafią być niepokonani. Czego więcej nam trzeba? Jacek Szczerba uważa, że „Droga powrotna” jest nudna, banalna, plakatówkowa w warstwie czysto formalnej, a w warstwie światopoglądowej jest śmieszną łopatologią. J. Szczerba uważa ponadto, że trzeba nam wyjaśnienia, że Sławomir Rawicz, autor książki „Długi marsz”, na kanwie której Peter Weir nakręcił ten film, najprawdopodobniej przypisał sobie historię, która w rzeczywistości była udziałem Witolda Glińskiego.

Cóż, „koń jaki jest, każdy widzi, a koń widzi, jaki jest każdy”. Nudny i plakatówkowy jest besserwisseryzm krytyków, którzy nie wiedzą o tym, że ciągły proces poznawczy zwany powszechnie myśleniem polega, między innymi, na kojarzeniu obrazów i do pewnego stopnia może się toczyć bez słów, a dobry film to nie raport ani nie przewód sądowy.


Sztuka przekładu: Johann Wolfgang von Goethe NATURA I SZTUKA



Natura i sztuka

Natura ze sztuką wydają się być w sporze,
lecz zanim pomyślisz, już łączą się w czynie;
również i we mnie niepewność powstaje
gdy obie kuszą o tej samej porze.

Jednak uczciwość liczy się w utworze!
I dopiero gdy wybije natchnienia godzina
talent i wiedza sztuką wypłyną,
natura w sercu znów wolna żyć może.

Ta reguła wszelkiej dotyczy działalności:
na próżno wabi skończoność najczystsza
ducha, którego wędzidła nie wiodą.

Myśleć musi z precyzją, kto pragnie wielkości;
w ograniczeniu dopiero widać mistrza,
i tylko prawo nas uwalnia.


Natur und Kunst

Natur und Kunst, sie scheinen sich zu fliehen
und haben sich, eh’ man es denkt, gefunden;
der Widerwille ist auch mir verschwunden,
und beide scheinen gleich mich anzuziehen.

Es gilt wohl nur ein redliches Bemühen!
Und wenn wir erst in abgemessnen Stunden
mit Geist und Fleiß uns an die Kunst gebunden,
mag frei Natur im Herzen wieder glühen.

So ist’s mit aller Bildung auch beschaffen:
Vergebens werden ungebundne Geister
nach der Vollendung reiner Höhe streben.

Wer Großes will, muss sich zusammenraffen;
in der Beschränkung zeigt sich erst der Meister,
und das Gesetz nur kann uns Freiheit geben.



tłum. Tomasz M. Sobieraj