LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA SPOŁECZEŃSTWO
______________________________________________________________________


Esej: Tomasz Sobieraj KRÓTKI ESEJ NIE TYLKO O SZTUCE


Wszystko, cały świat rzeczywisty czy świat wyobraźni, mieści się w sztuce. Nie ma takiego stworzenia ani takiego zjawiska w naturze, ani takich uczuć, ani takich myśli, które by niegodne były artystycznej twórczości. Cały człowiek i cała przyroda może się objawić w sztuce pod jednym jedynym warunkiem, żeby całe dzieło nosiło piętno geniusza albo przynajmniej talentu.


Stanisław Witkiewicz, Malarstwo i krytyka u nas




Jeśli na scenę Carnegie Hall wyjdzie facet i zwymiotuje, to zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że to sztuka.



Woody Allen, Życie i cała reszta

Operari sequitur esse – jaki byt, takie działanie, twierdzili scholastycy. Stąd już tylko krok do marksistowsko-leninowskiego bytu określającego świadomość. Dwa ideologiczne bieguny, ale wnioski bliskoznaczne i jednak sensowne, czego dowodzi historia, a nawet zwykła obserwacja konsumpcyjnego stylu życia współczesnej tak zwanej ludzkości oraz jej „intelektualnych” czy „artystycznych” produktów. I chociaż jest wiele dowodów na prawdziwość twierdzenia przeciwnego, zgodnie z którym to świadomość określa byt, w przypadku mas bez wątpienia rację mają klasycy.

Już blisko sto lat temu Witkacy przepowiadał, że sztuka zginie, stanie się zbędna dla szczęśliwych i tępych mas ludzkich. Rzeczywiście, sztuka w jego pojęciu to relikt, niczym miłorząb albo skrzelopływka bagienna, zaś to, co się sztuką powszechnie nazywa, niewiele ma z nią wspólnego. Fakt, że dziś nadaje się miano dzieła wytworom intelektualnej i warsztatowej mizerii, do tego pozbawionym ducha, dowodzi lenistwa, głupoty oraz tęsknoty przeciętniaków do elitarności (która to elitarność jest przecież kwestią intelektu, a nie umowy niedouków czy wydanych na promocję pieniędzy). W mojej filozofii sztuka nie jest możliwa, póki przeciwstawieniem rozumu, konstrukcji, wiedzy, systemu pojęciowego jest przypadek, nieuctwo, łatwizna, geściarstwo. Niestety, fakty są, jakie są – współcześni twórcy, krytycy, odbiorcy tak zwanej sztuki, w przytłaczającej większości już nie myślą, nie uczą się, nie czytają, tylko bezrozumnie przyjmują w swym umysłowym zaparciu absurdalną tezę, że wszystko jest sztuką, szczególnie, gdy powie się o tym w telewizji, skarbnicy mądrości współczesnego Homo consumatus felix.

W latach sześćdziesiątych XX wieku ideologowie rozruchów studenckich bredzili o rewolucyjnej nauce, czyli takiej, w której można głosić wszystko i niczego nie uzasadniać. Patrząc na dokonania wielu humanistów z końca XX i początku XXI wieku – szczególnie zaś krytyków sztuki i literaturoznawców – można stwierdzić, że słowo stało się ciałem. Niektórzy z nich poszli nawet dalej w przekraczaniu barier śmieszności. Zazdroszcząc przyrodnikom i matematykom pewności ich twierdzeń oraz ścisłości metod badawczych, niefrasobliwie wygłaszają i naiwnie uzasadniają własne sądy, których nikt, kto posiada elementarną wiedzę i zdrowy rozsądek, nie może traktować poważnie. Specyficzna materia wymaga specyficznej metodologii, ale zawsze opartej na wiedzy, logice i pracy, o czym współcześni humaniści często zapominają, pławiąc się w bezużytecznym, niespójnym gadulstwie i wzajemnie się cytując dla poprawy samopoczucia i dodania sobie pewności. Ten rak nieodpowiedzialności i bezsensu rozwinął się i dał już przerzuty, toczy różne istotne dziedziny ludzkiej aktywności, a pośród nich sztukę, którą z postmodernistyczną niefrasobliwością nazywa się dzisiaj wszystko, co jest lub się dzieje dookoła, i która często nabiera charakteru wygłupu, idiotycznego gestu lub wulgarnej rozrywki ‒ oczywiście w oparach nadętej i mętnej interpretacji, niezbędnej by pustce nadać znaczenie. Gwoli ścisłości: jeśli nie jest to za moje – podatnika, pieniądze, nie funkcjonuje w (tutaj niezwykle modne określenie) przestrzeni publicznej, narażając mnie na niechciany i zwykle niemiły kontakt, nie mam nic przeciwko przybijaniu genitaliów do krzyża albo gwiazdy Dawida, malowaniu płótna na szaro, sikaniu czy obieraniu ziemniaków w „poważnej” galerii, okaleczaniu się w „artystycznym” geście, rzempoleniu, wyciu, stękaniu, wygibasom, obnażaniu się, głupim wierszom o niczym oraz innym odchodom i ewaporatom wątłej myśli i infantylnej eskpresji. Ale dlaczego nazywać to sztuką? Po co gloryfikować nicość?

Dzięki temu, co czynimy, dowiadujemy się, czym jesteśmy – to bodajże G. W. Leibniz. Aż strach pomyśleć, że ma rację.

Współcześnie termin sztuka i dzieło sztuki są w zasadzie równoznaczne, ale, wbrew powszechnemu mniemaniu, już nie tożsame z pojęciem piękna – i w ogólnych rozważaniach można to uznać. Precyzując jednak nieco tę myśl, należy stwierdzić, że sztuka to składowa kultury, zmierzająca do stworzenia dzieła sztuki, oraz, że dzieło sztuki nie musi być piękne – czasem przecież jego potworność wywołuje wrażenie estetyczne czy metafizyczny niepokój. Ale co właściwie pojęcia „sztuka”, „dzieło sztuki” oraz „piękno” znaczyły i znaczą? W ujęciu antycznym za sztukę uważano każdy przejaw rzemieślniczej sprawności i umiejętności. Szewc, rzeźbiarz, wojskowy strateg, cieśla, dramatopisarz, garncarz czy architekt, wszyscy uprawiali sztukę w równym stopniu, opartą na harmonii układu i proporcjach, czyli pięknie. Sztuki natomiast nie uprawiali poeci – oni byli na wyższym szczeblu wtajemniczenia, wieścili, ich miejsce znajdowało się bliżej filozofii, szczególnie etyki, co w końcu zrozumiał nawet Platon, wzorem swojego Nauczyciela dosyć poezji niechętny. W średniowieczu dzielono sztuki na wyzwolone, których uprawianie wymaga wysiłku umysłowego, i które ze sztuką w naszym pojęciu nie miały nic wspólnego (były to nauki: logika, geometria, muzykologia, gramatyka, retoryka, astronomia) i pospolite (vulgaris), mechaniczne, do których zaliczano np. sztukę handlu, leczenia, ubierania, zaś na samym końcu, i to niechętnie, sztuki plastyczne. Poeci nadal byli natchnionymi wieszczami i filozofami. U schyłku starożytności i w czasach nowożytnych wprowadzono do sztuki pojęcie piękna jako zjawiska czysto estetycznego – wąskie, subiektywne i względne, z którym, już w odrodzeniu, właściwie sztukę utożsamiano. W połowie wieku XV we Włoszech odrodzenie było w pełnym rozkwicie, nastapiło wyodrębnienie sztuk pięknych i wyeliminowanie ze sztuki rzemiosła oraz nauki; poezja ciągle jeszcze zajmowała uprzywilejowane miejsce. Pod koniec XVII i w XVIII wieku wielkiego znaczenia w sztuce nabrało przeżycie estetyczne – pojęcie równie nieścisłe jak piękno. W wieku XVIII stosowano już powszechne pojęcie „sztuki piękne”, do których zaliczano malarstwo, rzeźbę, muzykę, poezję, taniec, nieco później dodano jeszcze architekturę i wymowę. Wiek XIX i początek XX to (z wyjątkami, np. dadaizmu, futuryzmu itp. żartów) sztuka oparta na smaku, wyobraźni, przeżyciu, ale i na racjonalnym myśleniu; pojęcie „sztuki piękne” stało się równoznaczne z pojęciem „sztuka”. Współcześnie za sztukę uważa się dowolny przedmiot, gest, literacki bełkot, nawet życie z jego fizjologicznymi przejawami. Nie potrzeba wiedzy, umiejętności, nawet talentu – wystarczy chcieć i wszystko, niestety, może być sztuką. Jest to jedynie kwestia umowy tzw. krytyków i tzw. twórców, rzecz jasna niepoparta jakimkolwiek logicznym systemem pojęciowym. To już nawet nie kwestia smaku, który wymaga jednak pewnej wiedzy i obycia. A skąd wiedza i obycie w czworakach, które nazywa się teraz salonami, pośród pozornych elit, które czytają co najwyżej napisy na metkach od ubrań? Demokracja, relatywizm, nieuctwo i lenistwo sprawiły, że słowa nie określają rzeczywistości, tylko ją zaczarowują. Ale czary są dobre dla umysłowości infantylnych, rozdziawiających w zachwycie gęby na widok jarmarcznego kuglarza. Ja uparcie pozostaję wierny zdrowemu rozsądkowi i kulturowemu dziedzictwu, dlatego stosuję własną arbitralną definicję, według której dziełem sztuki jest dowolny celowy wytwór człowieka o pierwotnym przeznaczeniu nieużytkowym, posiadający wartości estetyczne i intelektualne oraz etyczne, zaspokajający odpowiadające im potrzeby, powstały w wyniku syntezy wiedzy, zdolności i umiejętności, który jest przejawem intelektualnej niezależności twórcy, jego wolnej woli, nietzscheańskiej „Wille zur Macht” i chęci ich zaspokojenia. Warunkiem koniecznym jest, aby wystąpiły przynajmniej dwie pierwsze z powyższych wartości, w sposób wyraźny i jednoznaczny (chociaż wydaje się niemożliwym rozdzielenie estetyki i etyki, zatem w praktyce dzieło sztuki posiada wszystkie trzy wartości). W ten sposób mocno zawężam pojęcie dzieła sztuki wyłącznie do prac istotnych i elitarnych, nadając mu charakter znacznie bardziej obiektywny i precyzyjny niż w dotychczasowym szerokim znaczeniu, zarówno klasycznym, jak i współczesnym; tym samym eliminuję z pojęcia sztuki wszelki balast i burzyny, pozostawiając to, co najcenniejsze – sztukę czystą.

Nieużytkowe w założeniu przeznaczenie i wymienione powyżej wartości odróżniają dzieło sztuki od innych wytworów pretendujących do tego miana. Pierwotna w zamyśle nieużytkowość jest pojęciem zrozumiałym – prawdziwe dzieło powstaje w celu zaspokojenia potrzeb wyższych i z tego w naturalny sposób wynikają konsekwencje, jakimi są wartości. I tak, wartości intelektualne, ze wszystkich jeszcze najbardziej obiektywne i bezwzględne, pojawiają się zawsze, gdy mamy do czynienia z najsłabiej choćby przemyślaną konstrukcją i ideą – różna może być tylko ich jakość oraz niezbędny wkład umysłu odbiorcy w poznanie. Nawet chlapanie farbami czy słowne wyziewy mają swoje skromne piętno szczątkowego intelektu, sytuując się nieco powyżej przypadkowych plam oleju na wodzie i baranich bobków a blisko już stękania ludożerców przy ognisku; nie znaczy to jednak, że są w pełni sztuką – tak jak jajko, szczególnie zepsute, nie jest jeszcze sufletem. Za dziełem musi stać warsztat i filozofia jego twórcy, myśl powinna w sposób oczywisty odzwierciedlać się w dziele, ono ma stać na mocnym fundamencie teoretycznym – najpełniejszą realizacją tego postulatu są na przykład prace Wagnera czy Witkacego, w których wkład umysłu w formę i treść jest bezsporny. Nieco trudniejsza do rozstrzygnięcia jest kwestia wartości estetycznych i etycznych dzieła sztuki, bowiem piękno i brzydota w estetyce są równie względne i subiektywne jak dobro i zło w etyce, i równie zmienne. Nie ma rzeczy, zjawisk, idei bezwzględnie i obiektywnie pięknych lub brzydkich, dobrych lub złych. Mogą posiadać powyższe wartości w danym czasie, okolicznościach, dla kogoś, ale w innym czasie, innych okolicznościach i dla kogoś innego, mogą te wartości utracić. Rzecz piękna w jednych okolicznościach, w innych może stać się brzydką, podobnie jak dobra może zostać złą. Można zatem stwierdzić, że piękno i brzydota występują łącznie, są cechami jednego fenomenu, podobnie jak dobro i zło, czyli, to co jest piękne, jednocześnie jest brzydkie, to co dobre, jednocześnie jest złe. Wenus z Willendorfu była piękna dla swojego paleolitycznego twórcy i zapewne dla wielu mu współczesnych, ale dla starożytnych Greków z pewnością nie stanowiłaby wzoru urody, podobnie jak wzorem moralnym nie może być postawa kolaborujących ze stalinowskim systemem naszych uznanych dzisiaj, wielkich literatów. Cała rzeczywistość to układ niezwykle względny, zależny od świadomości, która nie jest jednakowa u wszystkich. Dlatego nie ma rzeczy i zjawisk bezwzględnie i obiektywnie pięknych lub brzydkich, tak jak nie ma bezwzględnie i obiektywnie dobrych lub złych idei, myśli i czynów. Wartość wszystkiemu nadaje podmiot – ona nie występuje sama z siebie, z natury rzeczy. Można zatem twierdzić, że wartości estetyczne i etyczne są subiektywne, relatywne i zmienne, dlatego bezwzględna ocena dzieła dokonana tylko na ich podstawie, z pominięciem jego idei i konstrukcji, jest fałszywa; wartości te muszą natomiast, razem z wartościami intelektualnymi, stanowić składowe dzieła, by było pełne i różniło się od przypadku, geściarstwa, pospolitej ładności, artystycznego rzemiosła czy czystego zdobnictwa. Natomiast, gdy wszystkie trzy wartości występują łącznie, do tego poparte są spójnym systemem pojęć, wiedzą, doświadczeniem, umiejętnościami, filozofią, logiką, to mamy do czynienia z geniuszem – twórczość da Vinci, Wagnera, Witkacego, a w dużej części Beethovena, Chwistka i van Gogha jest tego oczywistym przykładem.

Wielokrotnie w tym tekście użyłem pojęcia piękna. Jest ono na tyle wadliwe – subiektywne i względne, składa się na nie tyle kategorii, występujących samodzielnie lub łącznie, że niepodobna budować jego ścisłej teorii. Dla jednych istotą piękna jest doskonałość i umiar, dla innych wdzięk lub odpowiedniość, dla jeszcze innych nadmiar czy bogaty ornament. Petrarka stwierdził z rozbrajającą szczerością, że piękno „jest nie wiem czym”. Święty Tomasz z Akwinu podał definicję prostą i celną, mianowicie, że „Pięknem jest to, co się podoba, gdy jest postrzegane”, stwierdził także, iż obraz jest piękny, jeśli doskonale odtwarza rzecz, choćby była brzydka. W moim ujęciu, zbliżonym do poglądu Św. Tomasza, pięknem jest to, co podoba się, gdy jest odbierane przez zmysły i/lub badane przez umysł. Piękne zatem mogą być nie tylko przedmioty, ale również słowa, dźwięki, zapachy, smaki, myśli, czyny, idee słowem – wszystko. Należy jednak pamiętać, że jest to zawsze pojęcie subiektywne i – co najważniejsze, że nie wszystko co piękne jest sztuką, z kolei sztuka nie musi być pięknem.

Sztukę odbieramy za pomocą intelektu i zmysłów. Stąd dwa sposoby percepcji dzieła: pierwszy to skupienie się na nim, kontemplacja, myśl, analiza, wysiłek umysłowy, poznanie; drugi to przeżywanie, marzenie, wprowadzenie się w nastrój. Są to sposoby rozłączne, nie można bowiem używać ich jednocześnie, ale można naprzemiennie, dlatego też są równoprawne i nie podlegają wartościowaniu – istnieją przecież ludzie pozbawieni wrażliwości, ale jednostronnie sprawni intelektualnie, potrafiący zrozumieć zamysł i konstrukcję dzieła, oraz ludzie niezwykle wrażliwi, z ogromną wyobraźnią, marzyciele, ale pozbawieni większych zdolności do analitycznego i syntetycznego myślenia. Oba te niedostatki można jednak nadrabiać wiedzą. Natomiast w przypadku najbardziej pożądanym, niezwykle rzadkim, odbieramy dzieło na oba sposoby, na zmianę zmysłami i intelektem, wtedy dopiero w pełni doznając rozkoszy obcowania ze sztuką. Wielokrotnie też zdarza się, że za każdym razem, gdy mamy z dziełem styczność, odkrywamy w nim nowe jakości. Odkrywamy je również, gdy zdobywamy wiedzę i rozwijamy wrażliwość poprzez kontakt z różnymi dziedzinami sztuki i z naturą.

Nie wątpię, że moje spojrzenie na sztukę (i nie tylko na nią) nie przypadnie do gustu tym, którzy nie lubią się uczyć, są myślowo niesamodzielni, politycznie poprawni, wystraszeni, pielęgnują w sobie stadny instynkt i w konsekwencji, jeśli akurat mają artystyczne aspiracje, bezkrytycznie zalewają świat swoimi (tutaj eufemizm) produktami, mniej lub bardziej przypadkowymi, wtórnymi i pozbawionymi wkładu umysłu i ducha. Faktem jest, że to oni stanowią większość, przeżywającą teraz swoją rewolucję bylejakości i nonsensu, ulotne chwile świetności. Jednak, jak wiemy z historii, masy mają siłę, ale nie mają rozumu, czyli podstawowego narzędzia każdego prawdziwego twórcy. Przecież rozum zbiorowy nie istnieje – wbrew arytmetyce rozumki się nie sumują w jeden nadrozum, co widać chociażby po rządach parlamentarnych, szczególnie w Polsce; również ich średnia nie przytłacza ogromem. Rzecz jest w jakości, nie w ilości czy różnorodności. Kupa żwiru, choćby złożona z różnorodnych kamieni, nie przyćmi urodą Kooh-i-Noora, banda senatorów nie zastąpi woli czynu i umysłu Cezara, a wszyscy dadaiści (nawet z futurystami tudzież współczesnymi poetami niedoukami i dyslektykami) nie są warci jednego Herberta. W historii masy zostają na zawsze anonimową zbiorowością, co najwyżej mniej lub bardziej użytecznym narzędziem. Jak pisał francuski filozof epoki pozytywizmu i sceptyk Ernest Renan, gdy masy dochodzą do głosu, racjonalność życia obniża się, jednocześnie te upośledzone masy to gleba, na której wyrastają geniusze. Według niego, jedynym celem, do którego warto zmierzać, jest panowanie rozumu, przynależnego prawdziwym elitom. Tyle Renan. Ja tylko dodam, że w ostatecznym rozrachunku zawsze zwycięży indywidualność. Historię – także w sztuce, tworzą jednostki. I jest w tym jakaś nadzieja, pocieszenie i sprawiedliwość.

APPENDIX

Istotne wyjaśnienie do tego tekstu i innych przeze mnie napisanych: używając terminów „filozofia” i „filozof”, nie mam na myśli podręcznikowej wiedzy, uniwersyteckiego dyplomu ani nawet znajomości poszczególnych systemów, bo to należy przede wszystkim do historyków i nauczycieli filozofii, kształconych na kierunku zwanym niesłusznie i na wyrost filozofią, a który w istocie jest jedynie jej historią. Przez filozofię rozumiem, podobnie jak chińscy mędrcy, refleksyjne i systematyczne rozmyślanie o życiu – czyli też o sztuce, która życiu towarzyszy. Wyznaję również tradycyjny pogląd, że celem filozofii nie jest znalezienie prawdy, rozwiązanie zagadek świata, bo to przecież byłby cel idealny, przez co niemożliwy do osiągnięcia – za istotę filozofii, jej największą wartość i cel realny uważam poszukiwanie prawdy, nieskończoną drogę do rozwiązania odwiecznych zagadek: natury istnienia i rzeczywistości, poznawalności prawdy, natury i hierarchii wartości. Ostatecznym zadaniem filozofa jest próba ujęcia zagadnień metafizycznych, epistemologicznych i aksjologicznych w spójny i logiczny system, a w konsekwencji zbliżenie filozofii do nauki. Zadanie potężne i trudne, niewykonalne – nawet jako próba – bez rozległej wiedzy matematyczno-przyrodniczej, bez znajomości semantyki i logiki, zadanie, którego ewentualną krytyką winni zajmować się inni filozofowie, zaś opisem historycy filozofii. Zatem, wbrew powszechnemu i akademickiemu mniemaniu twierdzę uparcie, że filozof różni się od historyka filozofii w takim samym stopniu jak Juliusz Cezar od historyka starożytności, van Gogh od historyka sztuki, a Szekspir od historyka literatury. Stosując dalej to jakże logiczne i błyskotliwe rozumowanie, absolwenta geografii nie uważam za podróżnika i odkrywcę, a absolwenta polonistyki za poetę czy pisarza. Jest oczywiste, że jedni ludzie działają, drudzy to jedynie opisują, niewielu potrafi jedno i drugie.

Rozmowa: Anna Szczepanek z Jackiem Trznadlem o książce Z POPIOŁU CZY WSTANIESZ?


A.S. Pierwszym literackim skojarzeniem, jakie nasuwa się po przeczytaniu kilku czy kilkunastu stron książki Z popiołu czy wstaniesz?, jest oczywiście słynne zdanie „Ludzie ludziom zgotowali ten los”. Sięgnęłam więc po Medaliony Zofii Nałkowskiej i stwierdziłam ze zdziwieniem, że dziś nie zrobiły już na mnie takiego wrażenia jak niegdyś, jakby odpłynęło z nich to życie, które pulsuje chociażby w Innym świecie Gustawa Herlinga-Grudzińskiego czy w książce Beaty Obertyńskiej W domu niewoli i które jest również obecne na kartach twoich opowiadań.Bardzo wiele już przeczytaliśmy na temat zbrodni nazizmu i może to, co 50 lat temu, dla Nałkowskiej i jej współczesnych, było wstrząsającym odkryciem, jest obecnie zbyt dobrze znane, by mogło poruszać z taką samą siłą? A może nie bez znaczenia jest fakt, że autorka nie doświadczyła bezpośrednio opisywanych przez siebie zdarzeń?

J.T. Nałkowska uczestniczyła jednak w pracach Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich, tam były przesłuchania świadków. Przeżyła hitlerowską okupację. Ja prowadziłem swoje własne badanie zbrodni rosyjskiej w wydaniu sowieckim. Po wojnie były doświadczenia sowieckiego terroru; stykałem się z ludźmi spod okupacji sowieckiej na kresach. Typ tego doświadczenia jest jakby zbliżony. Ja w dokumentach zanurzyłem się głęboko i na dłużej niż Nałkowska zaraz po wojnie w sprawy niemieckie.Ale powiedziałaś jeszcze, że być może oswoiliśmy się ze sprawami ludobójstwa w wydaniu niemieckim, hitlerowskim. Pytanie, czy to tylko oswojenie, czy także pewnego typu znużenie. Na pewno w Polsce celowo starano się pokazywać tylko zbrodnie hitlerowskie, nie było mowy o tym, co stało się na Wschodzie. Książki przez ciebie wymienione: Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, Beaty Obertyńskiej, a można by jeszcze trochę tytułów i autorów dorzucić – np. nowele-wspomnienia Herminii Naglerowej, pamiętnik Wacława Grubińskiego z sowieckiej celi śmierci (tego wyroku w końcu nie wykonano) – do ostatnich prawie lat dostępne były tylko na Zachodzie.Prawda o Rosji musiała być zapisywana poza granicami Polski. Ale przede wszystkim powielana była wszędzie literatura antyhitlerowska, często niewysokiego lotu. Utwory antyhitlerowskie na dodatek nieraz opierały się na tezach kłamliwych. Tu już dotykamy naszego tematu. Sprawa Katynia. Adolf Rudnicki napisał swoją wczesną nowelę Major Hubert z Armii Andersa (1945), w której oskarżył Józefa Czapskiego – bo to była nowela z kluczem – o propagandę antysowiecką w sprawie Katynia (bo według Rudnickiego zrobili to Niemcy), co na dodatek, jako skutek moralny, miało pociągnąć – tak jest w noweli – załamanie się możliwości twórczych Huberta-Czapskiego. Inny przykład: Tadeusz Borowski pisze swoją nowelę Muzyka w Herzenburgu, w której zaprzecza zabijaniu jeńców, istnieniu łagrów i ludobójstwa w Związku Sowieckim. Jednak ginęły tam miliony ludzi, także jeńców.

A.S. Rzeczywistość, którą opisujesz, pozostawała poza kręgiem twoich bezpośrednich doświadczeń, a jednak kreowane przez ciebie postaci są niezwykle sugestywne.

J.T. Starałem się, by postaci tych Rosjan były konkretne. Nie byłem świadkiem tamtych wydarzeń, ale jednak było ważne, że należałem do pokolenia okupacyjnego, które znało różne fakty ze słyszenia od osób najbliższych. Że to nie były tylko dawne wydarzenia historyczne na papierze. Nie znałem oczywiście żadnej z ofiar, ani żadnego z katów nie widziałem osobiście na własne oczy, jedynie Tokariewa i Soprunienkę na kasecie wideo. Odczucie postaci, podtekst emocjonalny to była sprawa intuicji. Natomiast zetknąłem się z dokumentami odnoszącymi się właśnie do pracy tej biurokratycznej machiny mordu, tych urzędów, gdzie działania przygotowywano i utrwalano na papierze. Sporo tego miałem w swoim ręku. Natomiast nie ma wiarygodnych dokumentów z samych rozstrzeliwań, poza relacją Tokariewa o Twerze i ułamkami wspomnienia Syromiatnikowa o Charkowie. Ale to może zostawiało mi swoisty obszar wolny, który nazywam obszarem apokryfu. Relację z rozstrzeliwań w zeznaniu Tokariewa przeżyłem bardzo silnie. Bez tego moje pisanie byłoby zupełnie inne. Mam poczucie, że zacząłem pisać we właściwym momencie, po wchłonięciu tego wszystkiego.

A.S. Jakie szczegóły zawarte w tych dokumentach zrobiły na tobie największe wrażenie? Czy pewne informacje posłużyły ci jako punkt wyjścia do skonstruowania fabuły niektórych opowiadań?

J.T. Wziąłem pewne pomysły i realia nowel z tych materiałów. Weźmy przesłuchanie Tokariewa, który był szefem NKWD w Kalininie (Twer). Tokariew kłamliwie negował swój udział w zbrodni, wspominał, że raz tylko rozmawiał z młodziutkim skazańcem, blisko tej „kamery”, czyli pomieszczenia do rozstrzeliwań. Ta wzmianka zainspirowała moją nowelę Prawie dziecko. Tokariew wychodził chwilami z odgrywanej roli – tylko świadka, używając czasem zaimka „my”, gdy mowa o rozstrzeliwaniach, ale zaraz poprawiał się. Z tego nurtu rozważań Tokariewa wysnułem też nowelę Arytmetyka. Mówił, że z początku nie nadążali z rozstrzeliwaniem przed wschodem słońca. Tokariew w czasie przesłuchania popija czaj i parokrotnie się śmieje. Tak z taśmy dźwiękowej wyłaniał mi się obraz zła, wdrażanego jako codzienne zajęcie.Ludzie-kaci dożyli do naszych czasów jako zasłużeni. Protest przeciwko temu też skłaniał mnie do pisania. Tak byłoby i w Niemczech, gdyby nie proces norymberski i denazyfikacja. Dekomunizacji nie dokonano w Rosji nigdy.

A.S. Okruchy rzeczywistości, którymi dysponowałeś, pozwoliły ci na dokonanie pewnych uogólnień. Nakreślone przez ciebie postaci nie były przecież zawieszone w próżni.

J.T. Próbowałem paroma kreskami ukazać typy psychologiczne, ale i środowisko. Chyba większość ludzi z aparatu była pochodzenia chłopskiego. Dając im pozorny moralnie awans, wykorzeniono ich jednocześnie z ich tradycyjnej moralności, odcięto od korzeni religijnych. Żyli namiastką nowej wiary. Przyzwyczaili się od dziesiątków lat do terroru i fałszu. Jest w dokumentach rosyjskich mowa o planie, nie wykonanym, napisania książki wyjaśniającej powody psychologiczne, dla których jakoby właśnie Niemcy dokonali tej zbrodni. Dotykamy tutaj jakiejś monstrualnej obłudy. Ale jednocześnie doznawałem uczucia, że Rosjanie nie przyznają się do swoistego „współuczestnictwa rosyjskiego” w zbrodni. Zrobili to jacyś kaci, siepacze, jakiś Stalin, jakaś NKWD. Jakby jacyś Marsjanie w stosunku do narodu. Nazywam to wyrzucaniem sprawstwa zbrodni na zewnątrz. Jelcyn powiedział, że Rosja nie jest za to odpowiedzialna. Kiedy na początku lat 90 mówiłem Siergiejowi Stankiewiczowi, doradcy Jelcyna, że oni powinni płacić odszkodowania, tak jak płacili je Niemcy – to Stankiewicz odpowiedział: – Wy chcecie, żeby ofiary płaciły jeszcze odszkodowania? Tak więc nurt sprzeciwu wobec wyrzucania przez Rosjan odpowiedzialności na zewnątrz wzmacniał we mnie przekonanie, że powinienem pokazać takich zwykłych ludzi rosyjskich, realizujących zalecenia systemu.

A.S. Wspomniałeś wcześniej, że oprócz odnalezionych w rozmaitych źródłach faktów miałeś przed sobą pewien „obszar wolny”, który również domagał się zapełnienia. Czy mógłbyś powiedzieć o tym coś więcej?

J.T. O zbrodni w lesie katyńskim dowiedzieliśmy się najwcześniej, ale wciąż wiemy o tym najmniej. Nie ma dokumentów. Są tylko relacje mówiące o krążeniu między Gniezdowem, dokąd oni przyjeżdżali pociągiem, a lasem, a także daczą w lesie i dołami śmierci, karetek więziennych, zwanych czornymi woronami. Nie można spędzić całej grupy i strzelać po kolei, bo nastąpią ucieczki, bunt. Natomiast w czornym woronie każdy więzień siedział w osobnej celce, która była celą śmierci. Podobną tezę postawiłem wcześniej w trybie historycznym i stąd ten obraz w noweli Zginie, co z chmur. Już po opublikowaniu moich nowel, przeczytałem książkę Wiktora Suworowa Kontrola, gdzie jest scena rozstrzeliwania w lesie. Więźniowie są zamykani do pojedynczych metalowych celek. Potem ich stamtąd po jednemu wyciągają. Suworow tych scen z lat trzydziestych (czystki Jeżowa) sam nie doświadczył, ale zna historię swojego kraju. Ale oczywiście myślałem także o zagadce człowieka uczestniczącego w akcie ludobójstwa, o jego psychice. Jeżeli rozstrzeliwało się tak masowo i jednocześnie tak fachowo, to przecież musiały być jakieś instruktaże. W przesłuchaniu jeden ze świadków, a może i morderców, Syromiatnikow, wyraził pogląd, że takie instruktaże odbywały się. Próbuje to pokazać moja nowela Lekcja, czyli manekin. Inna zagadka łączy się ze śmiercią ważnego świadka zbrodni, Iwana Kriwoziercewa (Długie ręce). Tę nowelę z Kriwoziercewem wysnułem z podejrzanych okoliczności jego śmierci po wojnie, w Szkocji. Znaleziono go powieszonego w stodole. Najpewniej to był mord dokonany przez NKWD, wykonany wyrok, co sugeruje także Józef Mackiewicz, który dopominał się o śledztwo. Takie teksty, powtórzę, nazywam apokryfami. Apokryf to zapełnienie luki w relacji o prawdziwych wypadkach. Może zresztą nadużywam tego słowa, bo cała literatura odnosząca się do wypadków historycznych jest najczęściej takim apokryfem. Nowela Ju-jitsu wychodzi od motywu oficerskiej czapki, którą znalazł w lesie katyńskim Józef Mackiewicz w 1943 roku. Jednocześnie w zeznaniu Tokariewa jest mowa o tym, że jeden z oficerów próbował uciekać. Że go gonili. Połączyłem te fakty razem. Natomiast motyw walki metodą ju-jitsu wymyśliłem, żeby uprawdopodobnić ucieczkę i może wytłumaczyć szczególne krępowanie jeńców tylko w niektórych przypadkach. Brzytwa Solingen ma swe konkretne inspiracje w wiadomości, że któryś z rozstrzeliwujących ze Smoleńska – stało się to przed rozstrzeliwaniem Polaków – poderżnął sobie gardło na strychu. Tokariew wspomina jeszcze o trzech – choć daleko późniejszych – samobójstwach katów polskich oficerów.

A.S. Ważnym składnikiem tej prozy są znakomite dialogi, na przykład w noweli Zwykła warta. Z jakiego budulca powstają w umyśle piszącego zdania wypowiadane w sytuacjach, których nie było mu dane doświadczyć?

J.T. Czułem, że najbardziej odpowiedni będzie tu chyba splot naiwności związanej z pochodzeniem tych ludzi (chyba najczęściej można się domyślać pochodzenia chłopskiego), ze stosowaniem nowomowy, uproszczonego, fałszywego myślenia – typu ideologicznego. Ale chodziło też o coś więcej: żeby oddać jednocześnie grozę, ukrytą pod niefrasobliwą pozornie mową tych ludzi. Nie wiem, na ile się to udało. Czasem miga mi myśl, że może przydały się także lektury tych mistrzowskich krótkich nowel Antoniego Czechowa z ich niezwykłymi, ironicznymi dialogami. Natomiast chyba nie było wzorowania się na Aleksandrze Sołżenicynie czy nowelach Warłama Szałamowa. A jeśli, to przez jakieś takie bezwiedne odczucie tak zwanej „duszy rosyjskiej”.

A.S. Ciekawym elementem konstrukcyjnym tych dialogów jest obecny w nich często „duch języka rosyjskiego”. W jaki sposób wczułeś się w ten język, który nie jest ci szczególnie bliski?

J.T. Trochę uczyłem się, trochę czytałem po rosyjsku. W ostatnich latach stykałem się dużo z oryginalnymi dokumentami rosyjskimi. Były pewne rozmowy z Rosjanami, choć właściwie nie umiem mówić po rosyjsku. Z tym, że te moje dialogi nie są rozbudowane, więc może jest to nieświadome, skądś tam zaczerpnięte, odczucie prostych formacji języka rosyjskiego. Tutaj problem: jeśli kiedykolwiek tłumaczono by te nowele na język rosyjski, jak oddawać te wtręty rosyjskie? Cały koloryt widoczny dla polskiego czytelnika by się zatracił. To tak, jak ginie w przekładzie francuskim koloryt rozmów arystokracji rosyjskiej mówiącej u Tołstoja po francusku. Robiłem także świadome kalki językowe. Rosyjskie. One się pewnie pojawiały na kresach. Ale tu chodziło o to, żeby zabarwiać tekst rosyjskim, już nie cytując tyle po rosyjsku. No i w dialogach sposób myślenia jest właśnie taki, jak to sobie wyobrażałem, że oni mogli myśleć, a więc i mówić.

A.S. O oryginalności twojej książki stanowi w znacznej mierze fakt, że dramat katyński przedstawiony tu jest nie tylko od strony ofiar, lecz przede wszystkim – co zapowiada już okładka pierwszego wydania – od strony katów. Co zadecydowało o tym, że wybrałeś jako dominującą tę właśnie optykę?

J.T. Oficerowie polscy zachowali się przykładowo. Walczyli przecież często już w 1920 roku, odznaczano ich często za to Virtuti Militari, a później wszyscy zamordowani zasłużyli na to odznaczenie. Etos tych bohaterów znamy. Mówię bohaterów, bo gdyby oni chcieli iść na współpracę, nie zostaliby rozstrzelani. Natomiast banalne zło w wydaniu rosyjskim – o tym niewiele jest w literaturze polskiej. Napisałem te nowele myśląc o ofiarach, ale chciałem ujrzeć ludzi, którzy dokonywali eksterminacji, spojrzeć na machinę sowieckiego ludobójstwa. Ci ludzie sowieccy długo bowiem byli pod ochroną i u nas, i na świecie, obnażenie ich zła i zła systemu było powściągane ze względu na światowe lobby komunistyczne i rosyjskie. Właśnie psychologia zbrodni dokonywanej przez ludzi-instrumenty totalitarne interesowała mnie najbardziej.
Zależało mi, aby każda z nowel dorzucała do tych charakterystyk nowy rys. Starałem się urozmaicić postaci Rosjan, także przez ukazanie różnych szczebli i funkcji – od prostych wartowników poczynając, przez wykonujących wyroki, przez śledczych – do samego naczalstwa NKWD. Czasem próbowałem ten obraz Rosjan rozciągnąć w czasie, ukazać ich przeszłość, dzieciństwo, na przykład w noweli Lekcja czyli Manekin, czy Zginie, co z chmur, ale nie demonizując szczególnie tej przeszłości. Lekcja czyli manekin pokazuje tego samego kata w wiele dziesiątków lat po zbrodni, kiedy jest już siwy i ma wysokie szlify oficerskie. Pije. Zbrodnia została mu w pamięci, ale i jest z niej dumny. Więc to, co prezydent Reagan nazwał imperium zła – trwa jeszcze.

A.S. W tym zbiorowym portrecie Rosjan, wykonawców rozkazu zagłady polskich jeńców, najbardziej uderza, że wydają się tacy zwyczajni. Są wrażliwi na przyrodę: Klim z opowiadania Zginie, co z chmur – „lubi plamy słońca w lesie” i „gonitwy chmur”, a Sasza ze Spokojnego zachodu słońca obserwuje żuka, mrówki i z przyjemnością słucha śpiewu ptaków (tylko określenie kucia dzięcioła jako „mały kaliber” od razu przywołuje nas do rzeczywistości!). Są tacy, którzy reagują skrajną depresją (samobójca z opowiadania Brzytwa Solingen) i tacy, w których budzą się ludzkie uczucia (major T., któremu „prawie dziecko”, czyli Tadzio, przypomina nieżyjącego syna). Dlaczego nakreśliłeś taki właśnie portret psychologiczny tych postaci?

J.T. Myślę, że to byli także zwyczajni ludzie, mieli rodziny, dzieci, to jest lepiej rozeznane przykładami od strony niemieckiej. Filozof niemiecki, Hannah Arendt napisała po wojnie swoją słynną książkę Eichmann w Jerozolimie. Eichmann, szef i organizator transportów ludności żydowskiej do Oświęcimia, został po wojnie skazany na śmierć w Izraelu (jeśli chodzi o eksterminację polskich oficerów, odpowiednikiem Eichmanna w Rosji był Soprunienko, który dożył spokojnie naszych czasów). Ważna jest w książce Hannah Arendt pewna teza o zbrodni: że zło jest banalne. Mnie najbardziej interesowała ta zwykłość. I im niżej szło się w aparat wykonawczy, tym więcej musiało być banalnych, zwykłych ludzi. Najgorsze w doświadczeniu totalitaryzmu było to właśnie, że wszystko stawało się codzienne i masowe. Niemcy masowo poparli Hitlera,
Rosjanie Stalina. Społeczeństwo totalitarne nie składa się z psychopatów, ustrój represji podpierają zwykli ludzie. Są to często ludzie naiwni, których pułap intelektualny nie sięga wysoko, a tych jest większość. Ale nawet człowiek naiwny może mieć głęboko ugruntowaną moralność, dlatego te ustroje celowo i długotrwale niszczą moralność.

A.S. Najbardziej przerażający w tych ludziach jest fakt, że swój udział w zbrodni traktują nieomal jako najzwyklejszą w świecie pracę: „Pracujemy tylko w nocy” – tak jakby chodziło o nocną zmianę... Starają się, niczym sumienni rzemieślnicy, żeby praca ta była wykonana jak najstaranniej; stąd przeciwstawienie pojęcia „fuszerki” („partaczyć nie wolno”) i „dobrej roboty” („wypijemy po jednym, za dobrą robotę”). Chwilami ma się wrażenie, że chodzi o precyzyjnie wykonywaną operację chirurgiczną (studiowanie szczegółów anatomicznych w Lekcji) lub wielką inwestycję przemysłową (koparka w Arytmetyce). I to zauroczenie techniką: „technika musi być, jak należy”. Czy sądzisz, że takie właśnie potraktowanie zjawiska masowego zabijania było typowe tylko dla „ludzi sowieckich”?

J.T. To jest sposób myślenia typowy dla społeczeństwa zdemoralizowanego, które przyjęło nową, totalitarną moralność jako codzienną zwykłość. Kategoria pracy była bardzo ważna we wszystkich ustrojach totalitarnych, związanych z socjalizmem (niemiecka partia hitlerowska nazywała się Narodowo Socjalistyczną Niemiecką Partią Pracy). To miały być ustroje pracy wyzwolonych robotników. Do dzisiaj jeszcze można przeczytać na bramie obozu oświęcimskiego napis: ARBEIT MACHT FREI (PRACA WYZWALA). Podobnie było w rosyjskich gułagach, gdzie podnoszono zalety pracy, którą zresztą mordowano ludzi w skali ludobójstwa. Jakby podobnym czy mieszczącym się w przegródce pracy określeniem jest wymienione przez ciebie słowo „technika”. Tokariew mówi: „technika, jak należy”. A więc odpowiednio przygotowane pomieszczenie do rozstrzeliwania, drzwi dźwiękoszczelne wyścielone wojłokiem z wielbłądziej sierści. I oczywiście dobra broń to też technika, podobnie jak ta koparka „Komsomolec”, która wykopie kilkadziesiąt dołów śmierci. Pistolety niemieckie typu Walther miały spory kaliber 7,65, kule o stalowej powierzchni, które przebijały łatwo czaszkę dwa razy. Pistolet przy masowych rozstrzeliwaniach był „narzędziem pracy”. Przecież rozstrzeliwano kilkaset osób dziennie. Zbrodni dokonano
przy pomocy odpowiedniej technologii. Na ogół mówi się to tylko w stosunku do zbrodni hitlerowskich.

A.S. Ludzie ci bronili się przed poczuciem winy przerzucając odpowiedzialność za zbrodnię na ofiarę. W Zwykłej warcie jeden z wartowników wyraża swoją niechęć do Polaków wspominając, że są zawszeni, drugi nazywa ich darmozjadami. W opowiadaniu Gad jest to wręcz nienawiść: „Ja bym im głowy dziurawił na sito!” W Lekcji natomiast wykonujący wyrok zdejmuje z siebie odpowiedzialność za zabicie człowieka, gdyż w jego pojęciu został on uśmiercony już wcześniej rozkazem „z góry”: „bo skazany, on już nie żyje”. Czy dowiedziałeś się czegoś o poczuciu winy tych ludzi, z którymi zetknąłeś się pośrednio przez ich zeznania?

J.T. Nigdy i nigdzie nie zetknąłem się z deklarowaniem poczucia winy u Rosjan z tamtego okresu, odpowiedzialnych za zbrodnie. Pisałem także na podstawie intuicji czy uogólnienia tych postaw. Ale sama nienawiść była odgórnie wyuczana: że słusznie nienawidzą, bo tamci powinni być skazani na zagładę, bo tylko my reprezentujemy lepszy świat. U Niemców to była lepsza rasa, u Rosjan – rewolucja i lepsza klasa, która zmieni świat. Pytałaś o poczucie winy u konkretnych ludzi. Nie zauważyłem tego w zeznaniach Tokariewa ani Soprunienki. Byli zresztą przesłuchiwani nie jako oskarżeni, lecz tylko jako świadkowie.

A.S. Mówiliśmy dotychczas głównie o Rosjanach, ale i polscy oficerowie, choć pojawiają się jak gdyby w tle, ukazani są w sposób bardzo wyrazisty.

J.T. Oczywiście, chodziło o to, żeby – choć w przebłyskach – pojawili się ci polscy oficerowie. W ramach swojej ankiety, gdy pisałem książkę Powrót rozstrzelanej Armii, stykałem się z członkami rodzin katyńskich, oglądałem fotografie, wyobrażałem sobie tych oficerów, nim zostali rozstrzelani. Żyłem jakby w atmosferze ich życia. Podziwiałem jako dziecko ich mundury przed wojną. W Liście postać Polaka jest na pierwszym planie, konkretny enkawudysta pojawia się dopiero na końcu. Ta nowela próbuje przenieść akcję także na plan metafizyczny, porządku świata. Jakby problem manicheizmu, czy Boga-Cara z Mickiewiczowskiej improwizacji Konrada, zresztą wobec tego samego, rosyjskiego zła. Inne nazwy, ten sam problem. Dopiero na końcu ten oficer zdobywa się na modlitwę, która jest w połowie listem córeczki, a w połowie Ojcze nasz.

A.S. W moim doświadczeniu literackim jest to najbardziej przejmująca modlitwa, z jaką się zetknęłam.

J.T. Mam tu taki szczególny odsyłacz literacki, dopiero po napisaniu to sobie uświadomiłem. Chodzi o ostatnią modlitwę Longinusa Podbipięty w Ogniem i mieczem Sienkiewicza. Bohater stoi pod drzewem, otoczony przez wrogów, i Tatarzy strzelają do niego z łuków. Co świśnie strzała, on mówi kawałek modlitwy. To jest modlitwa podczas egzekucji, która jednak jest trochę rozłożona w czasie. Jest to podobne doświadczenie moralne i historyczne – „antemurale”, obrony cywilizacji śródziemnomorskiej i chrześcijańskiej przed światem azjatycko-totalitarnym.

A.S. Czy miałeś już jakieś sygnały, jak odbierają twoją książkę Rosjanie? Jaki będzie ich stosunek do takiego wizerunku ich rodaków? Czy powstanie rosyjski przekład, czy raczej będą chcieli się od tej książki odciąć? Choć oczywiście, jak mówiłeś, jakaś warstwa tej książki jest nieprzetłumaczalna.

J.T. Nic nie wiem, nawet czy jakiś Rosjanin już tę książkę przeczytał. Chyba należy z góry założyć, że byłyby tu reakcje różne. Docierają do mnie czasem echa od polskich czytelników, od rosyjskich nie było żadnego. Miałem jednak list od kogoś z Niemiec, ten ktoś znający rynek niemiecki zastanawia się, czy byłaby to książka pożądana, ze względu na panującą w Niemczech tak zwaną „poprawność polityczną” (political correctness) wobec Rosjan czy Rosji. Bo przecież jest to oskarżenie „duszy rosyjskiej”, sformułowane nie przez Rosjanina. Więc czy ktoś taki jak ja ma prawo to robić? Przy lekturze przekładu byłoby mi na pewno czegoś żal. Chciałem przekazać pewne treści uniwersalne, ważne dla wszystkich, ale to powstało w tym języku i tylko w tym języku zachowuje swój kształt właściwy. W ujęciach językowych dialogów zawarta jest szczególna ironia. Nie wiem, czy ktoś czytający w innym języku potrafiłby ją odczuć.

A.S. Twoje studia nad problematyką katyńską zostały nieco wcześniej uwieńczone książką szkiców historycznych Powrót rozstrzelanej Armii. Dlaczego zdecydowałeś się na jej artystyczne dopełnienie w postaci zbioru nowel?

J.T. Miałem poczucie, że utwór literacki może bardziej przemawiać i bardziej pozostać w pamięci niż rozprawy historyczne. W zasadzie jedynie tekst artystyczny może wywołać nie tylko obraz prawdy, ale i wstrząs emocjonalny, oczywiście pod warunkiem, że udało się wznieść utwór na pewien poziom. Nie możemy zapomnieć u Lwa Tołstoja tego fragmentu, kiedy książę Andrzej Bołkoński leży ranny po bitwie pod Austerlitz i widzi nad sobą wysokie niebo z sunącymi po nim obłokami.

A.S. To jest jeden z tych obrazów literackich, które zostają na długo w pamięci. Czytając te fragmenty twoich nowel, w których jest mowa o obłokach, wracałam myślą właśnie do księcia Andrzeja. A także do Henryka Sandomierskiego z Czerwonych tarcz Iwaszkiewicza. To właśnie obłoki, widziane przez otwarte okno, były ostatnim pomostem łączącym śmiertelnie chorego Henryka z „pięknością świata”. Przypominają się też Obłoki Czesława Miłosza i Obłoki nad Ferrarą Zbigniewa Herberta.

J.T. Motyw obłoków istnieje także w mojej poezji. Tutaj chodziło mi zresztą o coś szczególnego, może najwyraźniej występuje to w noweli Zginie co z chmur. Chciałem, żeby akcja utworu odbywała się na kilku planach. Jeden z tych planów, to byłby plan nieba. Jest takie powiedzenie Flauberta o Madame Bovary: że właściwie w tym utworze chciał tylko oddać pewien odcień szarości. To zdanie było dla mnie ważne, zapisane na kartce długo leżało na moim biurku. I może właśnie obłoki w tym pierwszym utworze uważałem za odpowiednik tego flaubertowskiego „odcienia szarości”. One odgrywają rolę w wyobraźni i tego oficera, i tego enkawudysty. Chciałem, aby przez skomplikowanie tego obrazu nieba, fakt, że kat zachwyca się obłokami – a dlaczego nie? – uczynić go bardziej ludzkim, a jego działanie – przez kontrast – jeszcze bardziej okrutnym.

A.S. Zwróciłam uwagę na jeszcze jeden element w twojej książce, związany z obrazem natury, mianowicie wiatr. Uderzyło mnie to w pierwszym opowiadaniu: „Było zimno, ale w lesie nie czuło się wiatru, szedł tylko wierzchołkami sosen”, a potem w noweli Gad: „górą sosen szedł chłodny wiatr” i dalej: „Było już cicho, cichuteńko, tylko wiatr szumiał”. Ten wiatr wydaje mi się tutaj ważny, zarówno sam wiatr, jak i fakt, że on szedł górą. Bo w dole działy się straszne rzeczy, zabijanie ludzi i tak dalej, natomiast natura „w górze” jest jakby ponad tym, trwa, i te dwie płaszczyzny nie mieszają się ze sobą.

J.T. Natura, którą odczuwamy jako dobrą – choćby czasem była groźna – pokazuje tym silniej okrucieństwo, jakie dzieje się za sprawą ludzi i z ludźmi. Byłem w lesie katyńskim, choć nie przy ekshumacjach, które widziałem tylko w lesie charkowskim. I pora roku była ta sama, i wiatr chłodny szedł wierzchołkami drzew, i odzywały się głosy ptaków, o których myślałem, że musiały milczeć przy wystrzałach. To był zupełnie normalny, kilkudziesięcioletni sosnowy las, czasem brzozy, olchy. Nie podobało mi się w filmie Marcela Łozińskiego, że pokazuje las katyński (lub udający katyński) poprzez szczególny efekt, jako silnie przemglony, powiedziałbym, groźnie romantyczny. Film grozy, mgła, zaraz zobaczymy zamczysko w Szkocji... A to już jest odejście od zwykłych, choćby strasznych spraw ludzkich, w jakąś metafizykę, która dla mnie byłaby tu zupełnie niestosowna. Ale w opisach pejzażu u mnie jest może nieraz jeszcze coś innego. Natura jest obojętna. Pisał o tym Pascal: „Wszechświat nic nie wie o tym”. O tragedii ludzkiej. Na tle przejmującego, obojętnego piękna natury uwydatnia się silniej okrucieństwo, jeśli ma miejsce, spraw ludzkich.


(Rozmowa z 12.XI.1995. Tekst skrócony, autoryzowany)

OD REDAKCJI 6/2012


Z przyjemnością informujemy, że ukazał się 9 numer pisma kulturalno-artystycznego „Lamus” zatytułowany „Degradacje”.

Sumienie – a właściwie jego brak, ściślej jeszcze: taktyka i technika jego usypiania, ogłuszania, odsuwania, oszukania albo wykpienia – to właściwy, podskórny temat dziewiątego tomu „Lamusa”, zatytułowanego Degradacje. Tytuł niedosłowny, bo nie o obniżenie jakiejkolwiek rangi czy pozbawianie funkcji idzie, a przenośny, stosowany jako synonim pomniejszania, umniejszania, obniżania, poniżania. Bliższy z pewnością „deprecjacji”, której ulegają kategorie, pojęcia i wartości, ale rzeczy materialne są – raczej i częściej – degradowane. O sensie ostatecznym decyduje tu intencja. W definicji słownikowej „degradacji” mowa jest też o „godności” (czyli honorze, dumie) i to jest właściwe tło dla rozważań o przejawach tego procesu, dokonujących się współcześnie na różnych polach, za naszym przyzwoleniem albo przeciw nam. Ale to już sprawa sumienia. (…)

Gabriela Balcerzak


W numerze: OD REDAKCJI. SUMIENIE

Bogdan Banasiak
DESTRUKCJA CZY DEKONSTRUKCJA?

Wojciech Józef Burszta
SHERLOCK HOLMES: WAŃKA-WSTAŃKA POPKULTURY

Adam Czabański
SAMOBÓJSTWO JAKO PRZYKŁAD AUTODEGRADACJI CZŁOWIEKA

Małgorzata Czabańska-Rosada
BYĆ OUTSIDEREM – DEGRADACJA CZY NOBILITACJA? ROZWAŻANIA Z PERSPEKTYWY LITERACKIEJ

Zbigniew Czarnuch
TAM WSZĘDY GDZIE PRZEMIJANIE, DEGRADACJA I WOLA PRZETRWANIA

Roman Doktór
OBLICZA DEGRADACJI LITERACKIEJ

Dorota Folga-Januszewska
ROZPAD WSPÓLNOT. IDĄ NOWE CZASY DLA MUZEÓW

Beata Frydryczak
O DEGRADACJI PRZYRODY W PRZESTRZENI MIEJSKIEJ DO „TERENÓW ZIELONYCH”

Andrzej Lis
DEGRADACJE I AFIRMACJE

Jerzy Madejski
POWABY PROWINCJI. LITERATURA LUBUSKA A LITERATURA GORZOWSKA

Jan Michalski
COLD WAR POP

Paweł Orzeł
MOCKUMENTARY UCIECZKA PRZED „KINEM ŁADNYM”

Cezary Zych
PRZEPIS NA SAMOZAGŁADĘ

Krzysztof Varga
POLSKI JĘZYK CZYLI LUBIĘ TO, KURWA...!

Krzysztof Jurecki
KOLOSALNA MORDA MIASTA TOMASZA SOBIERAJA

FOTOGRAFIE Tomasz Sobieraj

Pismo dostępne w salonach Empik. Więcej na http://www.klublamus.pl/pl/archive/390-wydawnictwo_lamus.html


Felieton: Igor Wieczorek EGZAMIN Z MAŁPIEJ ZRĘCZNOŚCI


I znów, jak co roku, egzamin maturalny z języka polskiego stał się przyczyną lamentu nad strasznym stanem oświaty. Małgorzata Niemczyńska, zasłużona polonistka i pisarka, ubolewała nad tym, że „Pytania sformułowane w konkretny, ograniczający sposób nie dawały żadnej furtki, by uciec od sztampowych odpowiedzi w samodzielne myślenie”.

Natomiast prof. Ewa Nawrocka, kierownik Katedry Teorii Literatury i Krytyki Artystycznej w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu Gdańskiego, powiedziała Gazecie Wyborczej, że „Bezmyślna, nieodpowiedzialna reforma szkolnictwa podstawowego i średniego doprowadziła do kompletnej zapaści edukacyjnej. Jej autorzy i orędownicy już gryzą ziemię, nauczyciele zmagają się z przeszkodami nie do przekroczenia, a my dostajemy studentów niedouczonych, niemyślących, intelektualnie leniwych i biernych, a do tego aroganckich. Przychodzą na uczelnie ludzie napakowani w szkole absurdalną wiedzą, by mogli z małpią zręcznością rozwiązywać testy. Twórczo korzystać z tego nie potrafią. Dosyć!”.

Zażarta dyskusja na temat „klucza maturalnego” z języka polskiego toczy się od momentu wprowadzenia tzw.”nowej matury”, czyli od siedmiu lat. Zważywszy fakt, że ten „klucz”, czyli schemat oceniania prac maturalnych, jest tajny, a egzaminatorzy w całym kraju podpisują zobowiązanie, że nikomu go nie pokażą, dyskusja jest bezprzedmiotowa. Jak można spierać się o coś, co jest z zasady nieznane? Trudno się oprzeć wrażeniu, że spór toczy się nie o „klucz”, ale o jego ideę. To właśnie idea klucza budzi tyle emocji. Z punktu widzenia obrońców światopoglądowej wolności i twórczego myślenia sztywne kryteria oceny w dziedzinie humanistyki są jakimś ograniczeniem, a z punktu widzenia obrońców jasnych, przejrzystych zasad, równości i efektywności edukacja bez klucza byłaby niemożliwa. Ten konflikt jest nieunikniony, bo jest sednem ludzkiej kultury. Od niepamiętnych czasów duch normy i skuteczności zmaga się z duchem buntu i rewolucji.

W przygotowanym kilka lat temu dla wiedeńskiego Instytutu Nauk o Człowieku wykładzie znany socjolog Zygmunt Bauman zauważył, że „W istocie stoimy w obliczu paradoksu. Lub błędnego koła. Nie da się pogodzić kultury z zarządzaniem, szczególnie zarządzaniem natrętnym i podstępnym, nie mówiąc już o sytuacji, gdy dąży ono do takiego wypaczenia przyrodzonej kulturze potrzeby poszukiwania i eksperymentowania, aby pasowała do wyznaczonych przez zarządzających ram racjonalności – tej samej racjonalności, którą chcą i muszą przekraczać artystyczne poszukiwania skoncentrowane na tym, czego jeszcze nie ma i na tym, co jest tylko możliwe”.

Artystom i maturzystom, podobnie jak nauczycielom, politykom i urzędnikom nie pozostaje więc nic innego, jak tylko zaakceptowanie tego paradoksu. Nawet najbardziej niszowa i kontrkulurowa twórczość musi mieć swoich odbiorców, sponsorów i recenzentów, a tylko administracja potrafi zarządzać przestrzenią między widownią a sceną. Dwie przeciwstawne prawdy w istocie są komplementarne. Miał rację Oscar Wilde, kiedy powiedział, że „ Kultura jest bezużyteczna, a przynajmniej taka się wydaje, dopóki zarządzający mają monopol na wyznaczanie granic między tym, co jest przydatne, a tym, co jest odpadem”.

Nie można jednak odmówić sensowności poglądom wybitnego kulturoznawcy T.W. Adorno, który uważał, że „Apel do twórców kultury, aby nie poddawali się procesowi administrowania i trzymali się od niego z daleka, brzmi fałszywie. Pozbawiłoby to ich nie tylko możliwości zarabiania na życie, ale również możliwości wywierania wpływu, zawiązywania jakichkolwiek więzi między dziełem sztuki a społeczeństwem, bez którego prawdziwie wielkie dzieło, jeśli nie chce zginąć, nie potrafi się obejść”.

Odnoszę krzepiące wrażenie, że spór o „klucz maturalny” będzie się toczył bez końca, bo jest dla oświaty niezbędny. Problemem nie jest więc spór, klucz ani jego idea, ale charakter relacji między państwem a szkołą, uczniem a nauczycielem, teorią a czystą praktyką. Szkoda, że nie kształtujemy tej relacji z taką małpią zręcznością, z jaką zdajemy maturę.

Esej: Dariusz Pawlicki O PEWNYM NIESTRUDZONYM WĘDROWCU


Po raz pierwszy z wierszami Charlesa Reznikoffa zetknąłem się na początku lat osiemdziesiątych XX w. I zrobiły one na mnie bardzo duże wrażenie, chociażby ten:

Jerozolima złota

Jeśli istnieje jakiś plan,
może i to się mieści w planie,
gdy wagon metra zakręca na zwrotnicy,
koła zgrzytają o szyny,
i gasną światła –
ale po chwili zapalają się na powrót.

(tł. Piotr Sommer)

Stopniowo poznawałem następne. Dowiadywałem się także kolejnych szczegółów z życia Charlesa Reznikoffa. Szczególnie jeden, już na samym wstępie, ustosunkował mnie do niego pozytywnie. Reznikoff został mianowicie poproszony, przez organizację działającą na rzecz upowszechniania poezji, o przeczytanie zestawu swych wierszy. Miał je czytać na ulicy, wraz z innymi poetami. Został jednak wprowadzony w błąd i w umówionym miejscu zjawił się... o dzień za wcześnie. Postawił na ławce zniszczoną teczkę i wyjął z niej plik kartek. Następnie, nie zrażony nieobecnością współuczestników, zaczął czytać swoje utwory. Ludzie początkowo go omijali. Ale stopniowo zaczęli gromadzić się wokół niego.

*

Charles Reznikoff urodził się na Brooklynie (wtedy jeszcze samodzielnym mieście) w 1894 r., w rodzinie Żydów przybyłych z Rosji.

Na Brooklynie spędził dzieciństwo i lata młodzieńcze. Ale na studia wybrał się na University of Missouri, gdzie niedawno utworzono wydział dziennikarstwa. Po roku stwierdził jednak zdecydowanie, że nie chce być dziennikarzem. Po powrocie do Nowego Jorku rozpoczął, za namową rodziny (chodziło o zdobycie solidnego zawodu), studia prawnicze na New York University. Skończył je zaś, z bardzo dobrym wynikiem, na Columbia University. Wkrótce podjął się obrony w sądzie swego krewnego. Niestety, sprawa ta zakończyła się jego całkowitą porażką. Nie miał bowiem w ogóle „temperamentu adwokackiego”. Następnie rozpoczął pracę w redakcji Encyklopedii dla prawników. Polegała ona na opracowywaniu haseł. Zwolniono go jednak, gdyż okazał się być nazbyt skrupulatny, a przez to mało wydajny. Jego przełożony skomentował to następująco:

„Myślałem że zatrudniam cieślę, ale ty okazałeś się być stolarzem”.

Podczas Wielkiego Kryzysu pracował w rodzinnej firmie – wyrób i sprzedaż kapeluszy. W 1930 r. ożenił się z pisarką i redaktorką Marie Syrkin.

Przez większość swego życia Reznikoff zarabiał na utrzymanie pisząc kroniki gmin żydowskich w USA, redagując książki, tłumacząc z niemieckiego. Współpracował także przez pewien czas, jako prawnik, z wytwórniami filmowymi. Problemy finansowe miał jednak często.

*

Wiersze zaczął pisać jako dwudziestolatek i pisał je przez przeszło pięćdziesiąt lat. Przez zdecydowaną większość tego okresu, niewielu jednak znało go jako poetę. Wydawcy nie byli bowiem zainteresowani jego poezją. Dlatego sam zajął się publikowaniem swoich tomików (nawet obsługiwał prostą maszynę drukarską). Ukazywały się one jednak w niewielkich nakładach.

Charles Reznikoff był agnostykiem. Ale przynależność do narodu żydowskiego była dla niego niezwykle ważną sprawą. Dlatego w jego wierszach (także w prozie), tak często pojawia się tematyka żydowska. Poniższy wiersz jest tego przykładem:

[Rabin wyczytywał nazwiska]

Rabin wyczytywał nazwiska członków swej dawnej kongregacji
i w trakcie czytania przy każdym nazwisku dodawał: „Nie żyje!”
W jego głosie słychać było ton satysfakcji
że sam jest ciągle wśród żywych –
słabowity na ciele i na umyśle jeszcze słabszy.

(tł. Piotr Sommer)

Codziennie wędrował po Nowym Jorku (5-7 kilometrów), głównie po Manhattanie. Uwielbiał bowiem to miasto. Te wędrówki były dla niego bardzo ważne. To dlatego, gdy rząd Izraela zaproponował Reznikoffowi (był już wtedy nieco bardziej znany) odwiedzenie kraju przodków, odpowiedział (podobno), że z zaproszenia nie skorzysta, gdyż jeszcze nie dość dobrze poznał Central Park.

Większość jego wierszy powstało podczas tych wędrówek. Bohaterem wielu spośród nich jest natura w wielkim mieście. Ale równie często - człowiek; nierzadko imigrant. Ale Charles Reznikoff jest także autorem cyklu utworów poetyckich opatrzonych wspólnym tytułem Holocaust, opartych na materiałach z procesu norymberskiego. Napisał także, na podstawie ksiąg i rejestrów sądowych, szereg wierszy wydanych następnie pod tytułem Testimony: The United States (1885-1915). Przedstawił w nich różne wydarzenia z historii Stanów Zjednoczonych.

Znaczna część twórczości poetyckiej Reznikoffa jest klasycznym przykładem kierunku nazywanego obiektywizmem. Według obiektywistycznych założeń, wiersz powinien zawierać jedynie fakty. Natomiast rola poety winna ograniczyć się do takiego przedstawienia tych faktów, aby one przemówiły do czytelnika. Czyli, innymi słowy, im w wierszu mniej jest poety, tym lepiej.

Ale dorobek literacki Charlesa Reznikoffa nie ogranicza się do poezji. Jest on bowiem także autorem kilku powieści m. in. Chronicle, opartej na pamiętnikach swych rodziców i Lionhearted, przedstawiającej tragiczne losy Żydów w średniowiecznej Anglii.

*

W 1962 r. w nowojorskim czasopiśmie „New Leader” ukazał się artykuł poświęcony twórczości poetyckiej Charlesa Reznikoffa. I był to tekst entuzjastyczny w swej wymowie. Jego autor Milton Hindus, krytyk literacki, eseista i poeta, był bowiem zafascynowany wierszami Reznikoffa. Ta publikacja sprawiła, że zaczęto interesować się Reznikoffską poezją i jej autorem. Wyrazem tego stały się zaproszenia na spotkania na uniwersytetach, wieczory autorskie. Kilka zbiorów jego wierszy ukazało się w znanych oficynach. Otrzymał również kilkakrotnie wyróżnienia. Nagrodę przyznał mu, na przykład, The National Institute of Arts and Letters (1971). Ale były to jedynie przejawy zainteresowania. O sławie nie można było bowiem mówić. I nadal nie można.

*

Charles Reznikoff zmarł w swoim manhattańskim mieszkaniu rankiem 22 stycznia 1976 r. Jego ciało zostało pochowane na Old Mount Carmel Cemetery na Queensie. Na nagrobku wykuty jest napis: „i jasność dni niknie w gwiazdach”.

*

Wędrując ulicami Manhattanu nie zastanawiałem się: Czy On tędy szedł? Wiedziałem, że szedł na pewno!

Jest Poezja! Dariusz Pawlicki



Nocą na małej stacji

W oddali światła
Zbliżającego się pociągu

Mogę do niego wsiąść
Mogę pozostać –
Do mnie należy wybór

- To pośpieszny –
Mówi siedzący na ławce
Starszy mężczyzna –
Tutaj nie staje

____

Prawie zawsze
Okrzyczane książki czytam
Z iluśletnim opóźnieniem
Ale to wychodzi mi na dobre:
Kiedy krzyki umilkną
Więcej słychać!
Można to też wyrazić tak:
Kiedy pył opadnie
Więcej widać!



Życzenia dla dziewięćdziesięciojednolatka
od trzech lat unieruchomionego
w łóżku

Na widokówce przedstawiającej
Zamglony brzeg morza
Napisałem:
Życzę Ci Dziadku
Aby spełniło się
Twoje największe marzenie

Wiedziałem że tym marzeniem
Jest śmierć



O tym, że być może
piekieł jest wiele

Podobno jeden z bohaterów „Zbrodni i kary”
Wyobraża sobie piekło jako
Małe zakopcone pomieszczenie
W którym pali się świeczka
A okno przesłaniają pajęczyny

Do tego obrazu idealnie pasuje
Dobrze mi znana z Suwalszczyzny
Łaźnia zwana banią –
Pamiątka po staroobrzędowcach:
Niewielki drewniany budynek
Z miniaturowym oknem
W pokrytym sadzą wnętrzu
Stoi kamienne palenisko
A wzdłuż ścian wąskie ławki

Oryginalna wizja piekła
Z tym że w każdej wsi
Takich łaźni
Jest kilka



Zainspirowany chińskim poetą
z VIII wieku

W swym wierszu Tu Fu
Wspomina o padającym śniegu

Podnoszę wzrok i widzę
Wirujące za oknem płatki

- Tu Fu
Dzieli nas coraz więcej
Śniegu

Recenzja: ZEMSTA JEST KOBIETĄ antologia opowiadań


Autor: Jan Siwmir


Zemsta jest kobietą. Ładny tytuł, mocny, sugestywny. Jako że jestem mściwy jak Tyzyfone, z przyjemnością zabrałem się do lektury antologii.

Na początku byłem lekko zawiedziony. Spodziewałem się prostych, wyrazistych sytuacji, kiedy to ktoś krzywdzi kobietę, a ona wymierza mu adekwatną i dotkliwą karę. Gdy zorientowałem się, że autorzy opowiadań bardziej kreatywnie podeszli do tematu, było już za późno; rozsmakowałem się w nietypowych opowieściach i jeszcze bardziej nieszablonowych zakończeniach.

Mity, religie, bajki, archetypy i skojarzenia z najbardziej znanymi lekturami świata tłumnie przewijały się przez moją głowę. Toksyczne związki ojca z córką, etykietyzacja, trudne wybory, decyzje determinujące całe życie. Miłość aż po zatracenie własnego jestestwa i granice odwetu. Wszystko to było, ale jakże inaczej.

Na dwa opowiadania szczególnie zwróciłem uwagę. Daniel Koziarki rozbawił mnie podwójną zemstą. Nie tylko tą, którą wymierza bohaterka, ale swoją własną, prywatną wendetą. Opis środowiska literatów przyznaję bardzo celny.

Najbardziej przypadło mi jednak do gustu opowiadanie Oczy wieprza. Może dlatego, że temat taki... wszechobecny. A może dlatego, że jestem szczególnie uczulony na hipokryzję. Każdy przecież ma mniemanie o sobie najlepsze z możliwych, niewielu potrafi spojrzeć w lustro, powiedzieć „jestem świnią” i w dodatku powiedzieć to tonem dalekim od satysfakcji.

Ale wiecie co? Po lekturze został mi pewien niedosyt. Kiedyś, dawno temu miałem żal do Aleksandra Dumasa, że jego Hrabia Monte Christo nie dokończył zemsty. Dziś, czytając kolejne historie, byłbym zadowolony choćby połową tego, co zrobił. No cóż, jak widać, nie można mieć wszystkiego. I może dobrze, istotą literatury jest jak wiemy łaskotanie, gra wstępna, potęgowanie napięcia, a nie łatwe zaspokajanie zachcianek. Dlatego z czystym sercem mogę polecić antologię.

Duże brawa dla autorów, którzy naprawdę dali z siebie wszystko! Jako czytelnik proszę o więcej podobnych inicjatyw, jako pisarz kłaniam się czapką z piórami, niewiele bowiem jest w stanie mnie zaskoczyć, a tu kilkakrotnie się udało.


Zemsta jest kobietą, wydawnictwo JanKa, Pruszków, 2011.

Recenzja: Zbigniew Joachimiak SEZON LOTÓW TRWA


Autor: Tomasz Sobieraj


Pojawienie się na rynku wydawniczym książki poetyckiej przekraczającej ramy przeciętnej produkcji literackiej – czyli nieobliczonej na medialny szum, zadziwienie lub, co najczęściej, zaspokojenie grafomańskich zapędów autora – jest wydarzeniem niecodziennym. Nie towarzyszą mu jednak nadprzyrodzone zjawiska, anomalie natury, nagrody wysokich gremiów, kosztowne kampanie promocyjne, bankiety i panele dyskusyjne z udziałem znanych krytyków oraz nauczycieli akademickich. To święto przebiega w życiodajnej ciszy, jest małą prywatną uroczystością stęsknionego za tradycyjnymi wartościami czytelnika – czyli takiego jak ja. I właśnie teraz mam swoje święto. Przyczynił się do tego wydany niedawno zbiór krótkiej prozy i utworów poetyckich Sezon lotów trwa Zbigniewa Joachimiaka.

Jestem krytycznym i bardzo wybrednym miłośnikiem literatury, trudno jest mnie zadowolić i zawsze szukam potwierdzenia swojej tezy, że po Herbercie niewiele może się wydarzyć, a przynajmniej nie za prędko. Przyznaję więc, że w czasie lektury książki Joachimiaka z właściwą swojemu charakterowi czujną i okrutną skrupulatnością wyławiałem niedociągnięcia autora (a kto, może poza nieustannie poprawiającym wiersze Kawafisem, ich uniknął?), jednak zostały one przysłonięte refleksjami ogólnej natury – a te przychodzą tylko wtedy, gdy są sprowokowane dobrą literaturą, która ma coś istotnego do przekazania i, oczywiście, gdy czytelnik jest do refleksji zdolny.

Jest taki wiersz Roberta Frosta The Road Not Taken – Droga nie wybrana, w którym podmiot liryczny – którym z całą pewnością jest tutaj autor – staje na rozdrożu w lesie, i żałując, że nie może jechać dwiema drogami naraz i być jednym podróżnym, wybiera tę mniej uczęszczaną. Życie codziennie nam przypomina, że nie każdy człowiek, a już szczególnie poeta, ma tę ciekawość świata i odwagę, by wybrać drogę „porośniętą trawą” – merkantylny zmysł przeciętnego, ale ambitnego poety drepczącego po swoją sławę podpowiada mu bowiem, że lepiej iść pokrytym kurzem, zatłoczonym gościńcem, by zyskać łaskawość stojącego nieruchomo na poboczu czytelnika, krytyka, wydawcy czy innego kapryśnego boga, lub raczej bożka. Oczywiście, może się okazać, że na końcu jednej, jak i drugiej drogi czeka rozczarowanie, że sława nie jest równoznaczna ze szczęściem, a ciekawsza droga skazuje na nieznośną samotność. Wtedy pozostaje już tylko satysfakcja z pieniędzy albo duma z zachowanej niepodległości. W obu jednak przypadkach zapomnienie przez potomnych jest równie realną możliwością.

Po wejściu w smugę cienia podróżnik w nieznane, czyli bohater wiersza Frosta, mimo że nie do końca pewien słuszności swojego wyboru mówi rzecz dla nas oczywistą, mianowicie że wszystko w życiu stanowi tego wyboru konsekwencję; ostatecznie jednak jest szczęśliwy i spełniony, co z pewnością jest optymistyczne. Czy Zbigniew Joachimiak cieszy się czy żałuje, że wybrał drogę, którą poszło tak niewielu – drogę artystycznej indywidualności, nieschlebiania tanim gustom a jednocześnie niepoddania się dyktatowi tzw. krytyki? Tego nie wiem, ale jako artysta-eremita i jednocześnie czytelnik jego najnowszych i tych nieco starszych wierszy mogę śmiało przypuszczać, że w momencie wyboru nie kierowała nim, jak większością poetów, wyrosła z kompleksów dzieciństwa chęć brylowania na literackich salonach, tylko ten metafizyczny z natury (tak, mam odwagę używać słów niemodnych) i kategoryczny w swej istocie imperatyw tworzenia. I zapewne dlatego nie jest Joachimiak laureatem środowiskowych nagród, literacką gwiazdą mediów czy łowcą państwowych stypendiów – jest za to Poetą.

Sezon lotów trwa to, wydaje mi się, najpełniejsza realizacja filozofii zapoczątkowanego w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku nurtu Nowej Prywatności. Poeta zabiera czytelnika w podróż intymną, lecz pozbawioną cech ekshibicjonizmu, śmiałą a jednocześnie z tą dyskretną atmosferą niepewności, jaka zwykle towarzyszy odległym wyprawom; proponuje powrót do krainy swojego dzieciństwa, młodości, wieku średniego i dojrzałości; to podróż refleksyjna przez domy i ogrody, zdarzenia prawdziwe i sny, eskapada w rzeczywistość i surrealizm, a także wypady w przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Co więcej, podróż ta nie jest, jak to zwykle we współczesnej polskiej poezji bywa, zaimprowizowanym wyskokiem zardzewiałym rowerem po piwo do najbliższego spożywczaka. Nie jest to także podróż dla samego podróżowania – autor nie tylko relacjonuje, opisuje zarejestrowane, przechwycone z rzeczywistości obrazy, nie tylko fantazjuje, ale także w równym stopniu analizuje to, co jest dla niego najważniejsze, czyli związki międzyludzkie i panujące w nich emocje, poddaje badaniom zdarzenia zwyczajne w ludzkim życiu – te odświętne i te codzienne, dobre i złe, bowiem celem jego peregrynacji jest synteza, ujęcie ludzkiego losu, z jednej strony w obrazy sugestywne i metaforyczne, z drugiej – w prawdziwe psychologicznie, jednocześnie stanowiące poetycką wizję naszej codzienności.

Na początku tych rozważań wspomniałem, że nie wszystko mi się podoba. Przeszkadza nadmiar imiesłowów przymiotnikowych, czy w ogóle epitetów, i pojawiająca się miejscami egzaltacja oraz kilka pomniejszych rys, widocznych dla uważnego czytelnika (szkoda, że nie dla korektorki i redaktorki). Nie umniejsza to jednak wartości tej książki jako zbioru utworów świadomego artystycznie, dojrzałego życiowo poety, który wie, o czym pisze, po co, i dla kogo.

Każdy w życiu wielokrotnie staje przed wyborem, jakiego doświadczył bohater Frosta. Dlatego piszący wiersze może być poetą lub Poetą – klaunem albo kapłanem, głupcem albo filozofem. Często jest trollem, rzadko herosem... W życiu gra rolę Narcyza, Midasa, Don Kiszota, Hamleta... Wybór jest szeroki i prawie nieograniczony, to jedynie kwestia możliwości a nade wszystko osobistych preferencji, herbertowska „sprawa smaku” i „odrobina koniecznej odwagi”. Sezon lotów trwa dowodzi, że Zbigniew Joachimiak idąc drogą mniej uczęszczaną znalazł na niej to, co zapowiadała u swego początku i umiał z tego skorzystać.


Zbigniew Joachimiak, Sezon lotów trwa, Fundacja Światło Literatury, Gdańsk, 2011

Archiwalia: Zygmunt Trziszka O TRZECIM OBIEGU I O MORDZIE PSYCHICZNYM


Wypowiedź spisana z taśmy magnetofonowej nagranej podczas wieczoru autorskiego Wiesława Sokołowskiego w klubie Związku Pisarzy Polskich w Warszawie, 1995 rok.


1.
Jestem dzisiaj zdeprymowany wyjątkowo, bo wszyscy chcą mi dokuczyć, ten się uwziął, że będzie nagrywał.

Taki ciąży obowiązek, że człowiek wspina się - potem skutki są odwrotne od zamierzeń, no ale trudno, trzeba jakoś pokonać inercję i potem dopiero radość z pokonanej przeszkody.

Zacznę od trzeciego obiegu. Nic nie zostało z drugiego obiegu, ponieważ w drugim obiegu występowali tacy agitatorzy, jak np. Szczypiorski, i do dzisiaj pozostał tylko Szczypiorskim - skazani jesteśmy na niego codziennie w telewizji, jakieś festiwale Szczypiorskiego, jakieś urodziny, jakieś święta, a po prostu jest to agitator, pod tytułem Notatnik Stanu Wojennego. Jak dziś pamiętam - pojawił się w trzeci czy w czwarty dzień Stanu Wojennego w „podziemiach literatury” na Krakowskim Przedmieściu, taka stołówka tam była, że można było zjeść placek za 10 zł. Jak sobie przypominam obecnie przebywający w Kanadzie Brycht powiedział: osiedlaj się w Warszawie, tam jadło słuchaj, tam obiad masz za dziesięć złotych. Tam, jak Państwo dzisiaj pójdą, to nawet przy milionie nie można się najeść, przy oficjalnej związkowej kulturze i przy oficjalnych związkach, które zawładnęły tym budynkiem i do dzisiaj nas tam nie wpuszczają ani na placek ani na te delicje, które sobie tam serwują.

Jak to się stało, że tylko ktoś taki jak tutaj siedzący Sokołowski, i ktoś taki jak Hugon Bukowski, bo o sobie tego powiedzieć nie mogę, chociaż o sobie też nic złego powiedzieć nie potrafię – napisałem około 30 książek, w tym (głos z publiczności: bardzo dobrych) podobno, tak, w tym w nurcie, którą reprezentuje Sokołowski większość. Nawet do tego doszło, że tylko właściwie po nas zostanie nurt, który reprezentuje Sokołowski, tak bym to nazwał.

2.
Naukowcy nazywają Sokołowskiego że on jest z performansu art - nigdy nie słyszałem, żeby on operował tym terminem. Otóż miej więcej w latach siedemdziesiątych, na początku, a mamy tu sztandarowych performanserów, oprócz Sokołowskiego jest na sali Geno Małkowski. Performans polega na tym także, że się dokonuje dokumentacji swego działania – i tak do końca nie wiadomo co jest najważniejsze - dokumentacja na wideo, w papierach czy w innej formie. Nie są to jakieś wymyślone „awangardowe” pomysły, rzeczywistość zmusza artystę prawdziwego do zachowania adekwatnego w stosunku do rzeczywistości w której mu przystało żyć, wypadło żyć czy został zmuszony żyć - że nie będąc wtórny, nie będąc kwaziartystą przybiera postawy takie, które wymaga od niego rzeczywistość - to nie znaczy, że poddał się tej rzeczywistości.

Dlatego zaczęliśmy od wystąpienia Pełczyńskiego - ci Państwo, którzy byli na tamtym spotkaniu, to się orientują, że wypadło nam żyć w rzeczywistości można powiedzieć koncentracyjnej. To jest określenie moje, może trochę źle się kojarzące, bo ktoś mówi, że straszność obozów koncentracyjnych, którym śmierć była głównym wyróżnikiem, nie jest nadużyciem kiedy ja mówię, że rzeczywistość, która nas spotkała w okresie w którym myśmy żyli i w dalszym ciągu żyjemy, że to jest zmutowany gnijący totalitaryzm chowu właśnie poskomunistycznego. Jego największym grzechem w stosunku do twórców jest to, że nie stosuje przemocy brutalniejszej niż stosuje. Proszę sobie wyobrazić literaturę rosyjską i narodów tych, które żyły pod całkowitą dominacją Rosji, że tam totalitaryzm w stosunku do twórców był tak dojmujący, że literatura była wybitna. Spójrzmy co się działo w pierwszym drugim obiegu Braunów i tych wszystkich kolaborantów, którzy poszli na wspólpracę przymilnie łechcąc Bieruta, potem no Gomółki się łechtać nie dało, bo Gomółka był jakiś taki nie czuły na nawet na wdzięki Sokorskiego; mówię tutaj w dosłownym znaczeniu, bo Sokorski to tzw. typ przyjemniaka przecież, mówiąc nawet nie złośliwie, człowiek który tego Gomólkę znał od dziecka i razem tego, ale tam nic nie dało się zrobić. No i jaką mamy literaturę po tym wszystkim, ja nie chciałbym nadużywać, bo może nadużyje tutaj niewiary mojej i waszej, naszego dzisiejszego bohatera, że może tylko trzeci obieg zostanie po nas. No tak się zapowiada – do trzeciego obiegu mogę zaliczyć jeszcze będące tutaj na vizji inne osoby – Hugon Bukowski jak znam jego życiorys jest właśnie trzecio obiegowcem do tego stopnia, że doznając wobitacji takich psychicznych na myśl o jakiejkolwiek współpracy z jakimkolwiek organem tamtejszego czasu uchował się jako tzw. prawiczka literacka. Mówię tak po prostu i tak brutalnie, ale tak można by powiedzieć – no ja do jego dziewictwa mam zastrzeżenie, bo wtedy moje rozdziewiczenie wychodzi mi na nieczyste - bo wydawałem w tym czasie książki.

3.
Pamiętam jak tzw. drugoobiegowcy, czyli ci wszyscy agitatorzy, łącznie z Nowakowskim, ale jeszcze to mała jest bieda taki Nowakowski, autor Stanu Wojennego, jaka to była straszna przemoc - no wiadomo, że ginęli ludzie i przemoc była, ale to było takie łechtanie większości społeczeństwa i tylko jakieś skrytobójcze prawda mordy, o których nie byliśmy pewni, czy one na pewno się odbyły, ponieważ własnej śmierci to przeważnie pacjent nie tylko w szpitalu jest winien prawda, ale tak samo na ulicy; no ostatnio zabili kogoś tam na Dworcu Centralnym - o czym pisze Gazeta Polska - że policjant tak wymierzył cios milicyjny, tzn. cios w zdrowego człowieka; o, leży tu jakiś to chyba zdrowy, no, a przeważnie pada na kogoś osłabionego albo, że ma lekarstwa, albo, albo, że ma swoje jakieś lata, jak mój kolega, sąsiad, przydusił raz jednego wybitnego pisarza nie spodziewając się, że ma coś on z tętnicami szyjnymi, to zaraz na dwa lata trafił do więzienia - bo w ogóle nie należy używać pięści, kiedy można użyć ciężkich słów. Wprawdzie żaden totalitaryzm od ciężkich słów się jeszcze nie przewrócił.

Nic nie zostało z drugiego obiegu, po prostu zostały agitki, wymieniam jeszcze raz Szczypiorskiego, wymienię pozostałych w dziedzinie poezji została tylko tzw. taka, no, postmiłoszowska poezja i ona ryta prawda na pomnikach w jednym czy drugim miejscu jakoś się ocala i nie jestem takim zazdrośnikiem, by komuś zazdrościć Nobla, chociaż raczej z politycznych względów mu przyznali.

4.
Ale wracajmy do naszego bohatera. Nasz bohater dzięki temu, że po prostu nie mógł się inaczej zachować - on właśnie w swojej twórczości bardzo często daje to do zrozumienia, że to nie jest jego zasługa. W pewnym momencie tak pisze - właśnie na potwierdzenie rozpoznań moich, że to jest koncentracyjny system - mówi tak, hitlerowcy (no to oczywiście prozą musze to powiedzieć - w wierszu miej więcej taka jest sytuacja przekazana), że hitlerowcy dla kapo czyli funkcjonariuszy mieli specjalne, lepsze jadło (nie przekręcam), że mieli łagodniejsze formy działania. My jesteśmy ciągle jakimś jadłem przekupywani w tych koncentracyjnych czasach, no coś tam przysługiwało czy przysługuje...

Człowiek zapisał się do ZLEPU. Ja już nie byłem zmuszany przez „wielką postać literatury” - pt. Kazimierz Brandys: nie posyłał nigdy do mnie, bo już nie załapałem jego okresu – to, co spotkało Buczkowskiego - chodziło o zawiadomienie, proszę się stawić na posiedzenie sekcji literatury pod rygorem wykluczenia z naszego grona. No mówi na to Buczkowski: nie mogłem się pojawić, bo nie miałem spodni. Byłem bez spodni, można tak powiedzieć, niby miałem spodnie, ale gdyby mnie w tych spodniach Bratny zobaczył – major Bratny mieszkał po sąsiedzku i nawet nie był wrogiem Buczkowskiego, obie Wahlówny tam posyłał do szkoły, żeby malować się uczyły. Ja przejdę do Buczkowskiego jako pierwszego performansera, ze względu na wiek - bo Polska miała nurty nowoczesne w twórczości, o tym nikt nie wie, ani nikt wiedzieć nie chce, bo kto o tym ma powiedzieć i gdzie, kiedy wiadomo, jaki garnitur występuje w telewizji i kogo pytają o nas, piszących, w poniewierce i często bez spodni. No więc Buczkowski - ja to odkryłem dopiero odkrywszy dla siebie Sokołowskiego, zorientowałem się, że mam alibi na swoje istnienie, że trwałem pomimo, przepraszam, że brzmi to jakoś tak patetycznie, ale ja muszę tak mówić, bo nie rozdziewiczony, dzięki uporowi wewnętrznemu Bukowski, często daje mi do zrozumienia, że my z Genem i z panią Kluzową, to nie jesteśmy tacy czyści i że w niektórych środowiskach to się mówi, no że nas tam nie powinno się poprosić - pisał kiedy myśmy nie pisali, prawda, malował kiedy było to hańbą, no nie wiem jeszcze jakby tu powiedzieć. Wprawdzie formuła rzymska brzmi, że jak armaty grają to należy nie malować, prawda, należy nie pisać. Więc jeśli ja coś mówię o sobie, że pańtwo mogą sobie pomyśleć, że się sadzę na jakąś wybitność, chociaż w literaturze można robić nie mając poczucia wybitności, albo w malarstwie.

5.
U nas się przywykło, że właśnie przychodził przedstawiciel, instruktor z KW czy z KC - mówię to jako anegdotę, tak brzmi to teraz, bo właściwie ja jestem anegdotczyk i bardzo mi nie do twarzy jak się sadzę na jakieś teorie, potem mam nieczyste sumienie. A cóż wynika z nieczystego sumienia to proszę pytać Sokołowskiego, on wie. Nieczyste sumienie to jest podstawowa historia prowadząca do sadyzmu, do nieszczęścia i td. Więc w tym momencie kiedy będę coś o sobie mówił proszę patrzeć tak jak na człowieka który nie wie czy ma prawo o tym mówić, więc jak myśli, że nie ma prawa, to zawsze przeszarżuje. Ale nic na swoje usprawiedliwienie nie mam oprócz tego, że poświęciłem się Buczkowskiemu, którego poznałem w okolicznościach dramatycznych, kiedy wydawało się, że on miał możliwości pisania, bo jakieś nagrody brał, bo coś tam prawda, ale to był człowiek absolutnie zaszczuty przez Brandysów i całą tę spółkę. Żadnych z nimi interesów nie miał, wybitna twórczość zawsze znajdowała jakieś ujście, co jakiś czas był jakiś przełom i wtedy ukazywał się Czarny potok, prawda, kolejny przełom, jakieś tam, no, PAX miał poczucie, że jest antysemicki, więc wydając Czarny potok znajdywał legitymację na swoją poprawność polityczną – bo w takich okolicznościach ukazał się Czarny potok w PAXIE.

Czyli - w tak zwanym zamieszaniu politycznym ktoś się tam ocalił, o kimś tam zapomnieli, komuś tam pozwolili żyć. A ile robił rzeczy wbrew sobie, żeby przybrać postać nieobecności, przy pomocy mimikry właśnie Sokołowski. Zorientowawszy się że, że totalitaryzm bezinteresownie czuje nienawiść do poety, no na takiej zasadzie, że jak to on poeta, to on może się bez nas obyć, prawda, no jak to się może obyć, bez, bez funkcjonariuszy, bez policji, poeta może się obyć, nie ma co do garnka włożyć, prawda, a on mówi, mówi, że jest autonomiczny. Więc udowodniono mu, kiedy wysunął czułki, pokazał, że trochę jest autonomiczny, bo tak jakoś było stać go na bilet z Warszawy do Rawki i jako parapatetyk, przechadzający się wokół „Hopfera” - bo od początku wiedział, że to nowoczesne formy sztuki, to jest parapatetyzm w sensie takim, no że jest się wędrowcą, że się jest w ruchu. No to zamknęli go do Białołęki, jako tzw. przedstawiciela klasy upadłej... Rosjanie mają specjalne określenie na takie sytuacje, ale teraz z głowy mi wyszło, bo jego tam coś tata, coś posiadał, coś i to już jest 76 rok, to trudno nawet sobie wyobrazić, bo jestem pod wrażeniem, jeszcze raz czytałem rozmowę Gierka i to naprawdę porządny człowiek, ale żyjący w totalitaryzmie, więc wiadomo jak taka porządność może wyglądać z punktu widzenia człowieka autonomicznego.

Wracając do Sokołowskiego - mamy do czynienia z prekursorem, mamy do czynienia z autorem, który nie pisze po to, żeby w ogóle pisać, tylko pisze dlatego że musi, że dyktat rzeczywistości go tak miażdży, maceruje, niszczy, że on się zachowuje adekwatnie do tej sytuacji, do tego położenia, że po pierwsze chce przetrwać ten okres, no, koncentracyjny. Przede wszystkim to wmawia sobie, że nie jest tak strasznie, bo przecież jak ktoś jedzie kolejką EKD, a jego kolejka w stronę Rawki podobna jest do EKD. To nie były warunki okupacyjne, że nagle ktoś leży, ktoś zabity, ktoś roztrzaskany – i właściwie mord psychiczny, to jest podstawowa forma morderstwa, która uprawiana jest w czasach wyspecjalizowanego, a bez mała skomputeryzowanego totalitaryzmu.

6.
Zlikwidowano ludzi myślących alternatywnie – znaczy to, że w jakimś sensie zlikwidowano nam przyszłość... Idąc dalej tropem tej wypowiedzi autora, jasne staje się, że każda ofiara Stanu Wojennego, to właściwie każdy sobie sam zaszkodził, prawda. Towarzysz Kiszczak czy eks towarzysz Kiszczak pytany o młodszego Bartoszcze udowaniał, że tak było, tak sobie jakoś zaszkodził, siadł nie tam gdzie trzeba, piwa się napił...

Wlewano alkohol w zwłoki jeszcze ciepłe, bo to zdaje się, że trzeba w ciepłe wlewać , nie znam się na tym, no po prostu groza, ale groza jaka – Nałkowska powiedziała: świat jest nam dany w ułankach grozy i wszystkiego w ogóle , no coś tam, coś tam człowiek przecież życie nocno - dzienne, senno - czuwające prowadzi i prawda coś mu się, że nie jest tak źle, prawda, gdzieś kogoś zabili i td., żyjemy sobie tak jak żyjemy i dzięki temu możemy trwać. Sokołowski wydawał w tym okresie pismo Trwanie, to jest takie pisemko, bardzo objętościowo nieduże i niepokaźne, dzięki temu mogło to istnieć, po prostu mówili, że co tam komu zaszkodzi, prawda, taki Sokołowski, ale na wszelki wypadek miejscowe władze miały go za narkomana, nadużywającego jakiś używek o których istnieniu on nie bardzo wiedział poza polską neureptyką, to wszyscy się tym ratowali i naród ocalał tylko dlatego ponieważ żył na podlewie neureptyki tej z niebieską kartką, albo czerwoną – i teraz kiedy człowiek tak się zastawania, to właśnie my się w ogóle nie wydobyli się z niczego, tylko jeszcze głębiej weszliśmy w te nieszczęścia.

7.
Masowa kultura liczy na masowego odbiorcę, no i może zarzucić Sokołowskiemu, że go nie było w ogóle. Wojaczek napisał takie wiersze: Wojaczek, którego nie było - nas też właściwie nie ma i można powiedzieć , że nas nie było, tak jak jeden z naszych kolegów, mianowicie Waldek Dąbrowski , którego jeszcze widziałem w zeszłym tygodniu, już go nie ma, bo go niemcy przejechali. Oczywiście nie można powiedzieć, że to wina niemców, wiadomo, że wina Dąbrowskiego, bo po co przechodził drogę po ciemku, czy coś w tym rodzaju. No więc sam sobie zaszkodził, jeszcze jeden przykład, że wszyscy tylko sami sobie szkodzimy, wszyscy chcą dla nas dobrze, wszyscy nam dobrze życzą, tylko, że my nie potrafimy się odnaleźć w tej rzeczywistości, która stawia na jednostkę wyzelowaną, a nie jakąś autonomiczną.

Jesteśmy planowo skazani do likwidacji, jeśli nie chcemy być wyzelowani prawda, tylko budujemy autonomię, a jeszcze na dodatek próbujemy się zbierać w jakieś grupy, co jest w ogóle niedopuszczalne - więc liczą na to, że nie mając ani grosza na papier, ni notatkę papieru, wyparowujemy z życia...

Najciekawsze jest to, że nawet nie wiemy w jakim kierunku i gdzie wskazać winnych naszego położenia. Nie ma winnych: bierzta, róbta, w swoje ręce...

Bardzo to mnie zdziwiło, że autor Trwania czynnie zajmuje się polityką. Właściwie to ja się cieszę, że on to robi, że nasza gazeta jest nastawiona na to, żeby się nami zainteresowały jakieś wschodzące gwiazdy polityczne, których absolutnie nie widać i trudno się dziwić, żeby się jakaś gwiazda uchowała pod takim cichym terrorem. Skoro jednak przetrwaliśmy do tej pory, to teraz będziemy dalej szli naszą drogą. Niech nam powie, opowie Sokołowski, niech się wytłumaczy co ma na myśli zadając się z polityką.

I tak już na koniec, żeby tego nie przedłużać - bo chyba nie w tę tonację uderzyłem, ale to jest wina dzisiejszego bohatera, bo on jakieś bardzo takie muzyki wywoływał, że to nawet by na szczury podziałało. A człowiek przeważnie słucha radia ZET, przyzwyczajony jest do lekkiej muzyki, która otumania go do reszty – to na koniec tylko takie uwagi: Jest to autor, mam na myśli Wiesława Sokołowskiego, z trzecioobiegowego nurtu, i to właśnie kiedy Staszek Stanik, jak to było z tym obiegiem, bo on do dzisiaj nic o tym nie wiedział. Ja mu się wcale nie dziwię, bo do kogo dodarł Sokołowski, dodarł do dziesięciu osób, ale okazuje się, czytałem teraz to niedawno, jak z tego okresu dekabrystów, albo jeszcze wcześniej, jak któryś z tych dekabrystów wydał jakąś książkę, to najpierw wydał pięć egzemplarzy i dotarło to do dziesięciu osób, prawda, potem jeszcze... i na tym się skończyło, że wystarczy nawet dziesięć egzemplarzy, wystarczy jedna osoba że się dowiedziała o Trwaniu, że można trwać pomimo.

Za: Trwanie, http://www.trwanie.com/

 

Felieton: Adam Tomasz Witczak NA COPYRIGHTOWYCH BEZDROŻACH


Jak donosi portal Interia.pl (w ślad za „Rzeczpospolitą”): Polska wciąż nie dostosowała przepisów do unijnych regulacji, zgodnie z którymi za każdą wypożyczoną z biblioteki książkę jej autorowi należy się honorarium. (…) Niekoniecznie musi to oznaczać, że po wdrożeniu unijnych regulacji każdy, kto wypożyczy książkę, będzie musiał za nią płacić. Ten ciężar może wziąć na siebie budżet państwa lub samorządy. Cóż za pocieszająca informacja! Całe szczęście, że zawartość budżetu państwowego lub samorządowego nie ma nic wspólnego z naszymi prywatnymi kieszeniami!

A tak poważnie: paranoja praw autorskich sięga zenitu. Jeśli czytamy coś takiego na temat bibliotek, to właściwie już teraz możemy zacząć wyciągać konsekwencję z takiego sposobu myślenia. Proponuję uznać każdego hydraulika za „posiadacza i właściciela własności intelektualnej w postaci wiedzy niezbędnej do naprawy kranu”. W zasadzie to przecież niesprawiedliwe: przychodzi hydraulik np. do firmy, która wykorzystuje wodę z kranu czy hydrantu w celach komercyjnych. Dokonuje naprawy za marne 50, 100 czy 300 złotych, po czym przedsiębiorstwo ma problem z głowy na następnych 10 lat, w czasie których zarabia (m.in. dzięki dostępowi do działającego kranu) grube tysiące czy miliony. W myśl logiki zwolenników własności intelektualnej coś takiego powinno być frontalnie nieuczciwe. Przecież hydraulik udostępnił im kawałek swojej ciężko zdobytej wiedzy! Czy nie byłoby rozsądnie wprowadzić tantiemy? Tak na przykład z każdym odkręceniem kranu 10 groszy (albo złotych) wędrowałoby na konto „magika”… Wracając do książek i gazet: zastanówmy się, czy wolno nam będzie pożyczyć gazetę koledze…

Czy to możliwe, że wkraczamy właśnie w przepowiadany przez niektórych Ciemny Wiek Własności Intelektualnej? Co prawda wizja masowych aresztowań tysięcy gimnazjalistów, licealistów i studentów pod zarzutem ściągania czy przesyłania kolegom plików .mp3 wciąż jeszcze wydaje się absurdem (przynajmniej logistycznym), ale władza ma przykry zwyczaj posuwania się nawet do rozwiązań niedorzecznych.

Nie ma sensu rozdrabniać się i tracić czasu na kolejne mdłe opowieści o tym, że „wszyscy chcemy zwalczać piractwo i chronić własność intelektualną, idzie tylko o to, jak to zrobić tak, żeby wszystkim było miło”. Pora po prostu porzucić szkodliwy (coraz szkodliwszy!) fantazmat „własności intelektualnej”, pora wytaczać przy każdej takiej okazji uniwersalne i ciężkie argumenty znane choćby z obszaru austriackiej szkoły ekonomii. Pora żądać od wyznawców mitologii WI, by wprost przyznawali, że ich „własność” nie jest własnością sensu stricto, bo nie dotyczy dóbr rzadkich — jest jedynie przywilejem, coraz bardziej kuriozalnym w dobie Internetu i digitalizacji informacji. Sprzeczności teorii WI widać szczególnie jaskrawo na przykładzie np. patentów na algorytmy programistyczne, których sensowność porównać można do sensowności patentowania twierdzenia Pitagorasa czy wzorów Viete’a.

Istotne są także kwestie praktyczne, codzienne, życiowe: żyjemy w świecie, którego kultura w dużej mierze bazuje na takich technikach jak sampling, remix, aluzja, cytat, pastisz i parodia. Widać to choćby w muzyce elektronicznej (industrial, hip-hop, plądrofonia) i na stronach z zabawnymi obrazkami (Demotywatory, Komixxy etc.). Widać to na Youtube, pierwszy z brzegu przykład to słynne przeróbki filmu „Upadek” z cyklu „Hitler o…” czy „Hitler i…”. Obrazki, próbki dźwiękowe, symbole, słowa, fragmenty — żyją własnym życiem, tracą kontekst, krążą w gigantycznym strumieniu informacji, nabierają nowych znaczeń. Korzystamy z tych elementów nieomal intuicyjnie, odruchowo – przesyłając komuś zasłyszaną piosenkę, wstawiając na nasz blog znalezione tu czy tam zdjęcie, wykorzystując fragmenty najrozmaitszych nagrań w naszych kompozycjach – i tak dalej.

Oczywiście, ktoś może powiedzieć, że taka kultura to w większości pozbawiona większej wartości szmira, natłok hałaśliwej i pstrokatej zbędności. To w dużej mierze prawda — dotarliśmy do czasów, w których główną cechą kultury popularnej jest chwilowość i ulotność, a treści rozmywają się i tracą na znaczeniu. Z drugiej jednak strony, nikt nie każe nam wykorzystywać wspomnianych wyżej technik i narzędzi w taki właśnie sposób. Co więcej, nawet jeśli nużą nas kolejne sezonowe „filmiki z jutuba”, remixy, covery i inne postmodernistyczne zagrywki, to czemuż mielibyśmy atakować je z powodu kultu praw autorskich?

Żyjemy w świecie, w którym cyfrowa informacja rozchodzi się jak powietrze. Już próby walki z magnetofonami czy magnetowidami były skazane na porażkę i brnięcie w kurioza. Rządowe działania mające na celu okiełznanie wymiany plików cechuje to samo. Mamy do czynienia z desperackimi próbami dopasowywania starych pojęć (ze świata „statycznego”, „powolnego”) do świata nowego — amorficznego, rozpędzonego i wielobarwnego.


Za: Organizacja Monarchistów Polskich - legitymizm.org