LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA SPOŁECZEŃSTWO
______________________________________________________________________


Recenzja: POD DOBRĄ GWIAZDĄ opowiadania.

Autor: Wioletta Sobieraj


Wydawnictwo Znak przygotowało dla czytelników „znakomity prezent na Święta” – antologię opowiadań 17 „najlepszych polskich pisarzy”, jak czytamy z tyłu na okładce, co od razu obudziło mojego ducha przekory, ale i skłoniło do lektury, tym bardziej że lubię antologie, których ostatnio na naszym rynku nie brakuje. Lubię je, ponieważ mam możliwość porównania warsztatu, wyobraźni, sposobu widzenia świata, prowadzenia narracji, kreowania bohaterów przez różnych autorów. Z dostępnych recenzji wynika, że nie tylko ja przejawiam taką skłonność, która nierzadko prowadzi do klasyfikowania pisarzy na tych z pierwszej ligi, drugiej, czy poza ligą, jakby literatura ze sportem miała dużo wspólnego. Utwory literackie potrzebują czasu, żeby ich pozycja się uwiarygodniła, poza tym ich twórcy – często im starsi, tym lepsi, a w sporcie, w którym królują młodzi, wyniki uzyskujemy natychmiast i są zasadniczo niepodważalne. Inna rzecz, że po przeczytaniu antologii z ciekawością sięgam po książki tych autorów, którzy wywarli na mnie największe wrażenie, a innych zaczynam omijać, chociaż, było nie było, w każdym przypadku jest to sprawa bardzo indywidualna.

Święta Bożego Narodzenia to dobry moment na dawanie prezentów, które przecież mogą cieszyć przez cały rok, więc nie ma powodu, żeby ta antologia zbyt szybko zakończyła swój żywot, zwłaszcza że zamieszczone w niej utwory w przeważającej mierze w ogóle nie nawiązują do tej świątecznej daty. To, co według wydawcy miało je łączyć, to danie czytelnikowi pretekstu do zajrzenia w głąb ludzkiej duszy i zastanowienia się nad tym, co w życiu najważniejsze, a święta, zbliżający się koniec roku, rodzinne wigilijne spotkania albo, wręcz odwrotnie, dokuczliwie uzewnętrzniająca się w tym czasie samotność sprzyjają takim przemyśleniom. Jedno trzeba tej antologii przyznać, że mimochodem niesie pociechę tym wszystkim, którzy w okresie świąt z różnych powodów nie mogą cieszyć się ciepłem rodzinnej atmosfery, bo pokazuje, że gdzie indziej jest równie źle albo jeszcze gorzej. Rozpad więzi rodzinnych, mroczne tajemnice bliskich, niemożność porozumienia się, strach przed światem, samotność, starzenie się, śmierć to tematy, które dominują w tomie opowiadań „Pod dobrą gwiazdą”, chociaż tytuł mógłby sugerować coś przeciwnego, ale na tyle długo żyjemy w tym kraju, żeby wiedzieć, że to byłoby zbyt proste, żeby nie rzec – banalne. Dlatego autorzy jak ognia unikają pomówienia o banalność (nawiasem mówiąc, trzeba mieć odwagę, żeby przed nią nie uciekać, tylko się z nią zmierzyć, czego dowodem jest opowiadanie Joanny Bator, której „Odlot” uważam za jeden z najlepszych utworów w tej antologii, i bohater Krzysztofa Vargi, który często łapie się na tym, że nachodzą go banalne myśli), dowodząc, że to, co dobre, już minęło, a teraz nieuchronnie zmierzamy w przepaść, czego bardzo sugestywną metaforę zawarł w swoim opowiadaniu „Do kresu” Paweł Huelle: „Zawleczka! Wielka oceaniczna tarcza na dnie. Wskutek trzęsienia ziemi podniesie się i wody ruszą w dół. Rozumie pan? Jak korek wyciągnięty z wanny. Tyle że absolutnie gigantyczny. Co się stanie? Najpierw morza, potem oceany zaczną wysychać. (…) Setki milionów ryb i wszelkich stworzeń wodnych zaczną zdychać. A nad tym błotnistym bajorem, nad tą galaretą drgającego ścierwa – miliardy much! Setki miliardów larw. Biliony bakterii roznoszonych wiatrem na wszystkie wyschnięte kontynenty! (…) Może w najwyższych górach garstka się ostanie przy resztkach lodowca! Święci jacyś mnisi. Nie na długo jednak. Natury nie da się oszukać.” Tak jedna z postaci prorokowała w tym opowiadaniu koniec świata, który w ogólnym wymiarze jednak nie następuje, za to autor z właściwym sobie dystansem do rzeczywistości igra z bohaterem, rzucając go w przeróżne mniej lub bardziej fantastyczne sytuacje – ciekawa zabawa literacka, w której, niestety, dużo rozwiązań typu deus ex machina, co w finale zaczyna już drażnić.

Idąc tropem katastrofy natrafiamy na interesujące opowiadanie Eustachego Rylskiego pod niewinnym tytułem „Szara lotka”, w którym autor w metaforyczny sposób, w nawiązaniu do obrazu rzeki, to rozszerzającej, to zwężającej swój główny nurt, przedstawia losy niemieckiej rodziny Skode na przestrzeni kilkuset lat, od jej powstania do śmierci ostatniego potomka Jana Skode, uwiecznionego na starej fotografii z 1919 roku. Opowiadanie to jest gęste od znaczeń, ma charakter przypowieści, w której ludzkim losem rządzi przypadek, absurd wpisany w każde istnienie, mimo to wyraźnie widać kolejne etapy na drodze od mglistych początków, przez lata świetności, zanik życiowych ideałów, egoizm, osamotnienie, po chęć zemsty i samounicestwienie. Na przykładzie historii tej rodziny autor daje diagnozę współczesnego zachodniego świata, w którym brak woli działania prowadzi ku autoagresji i zagładzie. Jej członkowie „kurczowo trzymali się siebie, a jeżeli już jakaś opresja wymagała od nich deklaracji, pilnowali, by się nic za nią nie kryło.” Byli zwolennikami politycznej poprawności, konsekwentnie trzymali się z boku ważnych spraw, pogrążając się w swoistym letargu.

Rodzina została sportretowana również w opowiadaniach: „Restauracja” Mikołaja Łozińskiego, „Ludek” Kazimierza Orłosia, „Jedna krótka historia” Joanny Szczepkowskiej, „Jezioro” Anny Onimichowskiej – ani w nich porywająca treść, ani ujmująca forma. Moją uwagę zwróciła natomiast infantylna skłonność Anny Onimichowskiej do używania zdrobnień: Tadzik, szczapki, drewienka, stoliczek, komódka z szufladkami, oraz zdanie: „Ula zwykle nie posługiwała się metaforami, była zrównoważona i odpowiedzialna” – wzbudziło ono moją nieufność do poczynań narratora, a stwierdzenie, że „ratownicy odjechali, uwożąc Ulę”, dodam, że nieżyjącą, przekonało mnie, że narrator żyje w innej, niż polska, rzeczywistości. W finale dochodzimy do obcowania dusz małżonków po śmierci, co może tchnąć optymizmem w tych, którym za życia nie wyszło – więc nie wszystko stracone, proszę Państwa, tylko tytułowe jezioro z ciepłą wodą w pobliżu, dla potencjalnych topielców, byłoby mile widziane. Natomiast u Joanny Szczepkowskiej natrafiłam na istny korowód z oczami, bowiem kwestia, po kim główna bohaterka ma oczy, jest kluczowa dla rozwiązania pewnej rodzinnej tajemnicy, w czym pomocą służy bystrooki szwagier. Lektura tego opowiadania raczej skłania do tropienia logicznych błędów, niż do głębokiej zadumy nad kolejami losu polskich Żydów i nad ich zbawiennym wpływem na stan szczęśliwości polskich rodzin, czego sugestię otrzymujemy w zakończeniu. Na przykład o swoim ojcu – nieojcu bohaterka mówi, że nie wyróżniał się niczym szczególnym, chociaż wiemy, że nie miał jednej nogi, był gadatliwy, brylował przy wigilijnym stole i swoim tenorem śpiewał tak głośno, że słychać go było w całej dzielnicy – ot, zwyczajny gość, jakich wielu. Bohaterka zwierza się również, że została poczęta w czasie powstania warszawskiego, a urodziła się, mniemam że po 9 miesiącach, czyli najwcześniej w maju 1945 roku. Autorce nie przeszkadzało połączenie tego faktu z popowstaniową ucieczką ludności ze stolicy, która miała miejsce jesienią 1944 roku, bo w maju 1945 roku, kiedy podpisywano w Berlinie akt kapitulacji, bomby nad podwarszawskim kartoflisku (miejscu narodzin bohaterki) raczej nie „świstały” (od kiedy to bomby świszczą?). Niby drobiazg, ale przeszkadza, w końcu można by daty i lata w ogóle pominąć i nie byłoby tego zamieszania. Wiele tu potknięć, co może świadczyć albo o nonszalanckim traktowaniu szczegółów, albo o ogromnym pośpiechu w konstruowaniu tego opowiadania w myśl zasady, że cel uświęca środki, a w efekcie o braku szacunku dla czytelnika.

Obok problemów rodzinnych kilka opowiadań poświęconych jest samotnym kobietom. W „Che tienne longo verso” Jacka Podsiadły samotna Olga odbywa długą podróż samochodem z Łodzi do Przemyśla z zamiarem spotkania się po dziesięciu latach ze swoim byłym mężem, a po drodze zabiera dwoje autostopowiczów. W efekcie do męża nie dociera, bo ten stracił na spotkanie ochotę (wysyła wiadomość esemesem – nowe zdobycze techniczne zyskują swoje miejsce w literaturze), ale za to miło gawędzi z młodą pasażerką na temat muzyki, znajdując z nią międzypokoleniowe porozumienie, jednocześnie nie kryje poirytowania chłopakiem, który w swoim laptopie ma e-booki z książkami Sapkowskiego. Życzy mu w myślach, żeby, kiedy dowiezie ich na miejsce, „dostał kosza od dziewczyny”, a potem „poszedł w krzaki czytać Sapkowskiego”. Przez cały czas słychać płytę z utworami Josquina Desprez, o którym główna bohaterka chętnie i dużo opowiada. Dziewczynie muzyka bardzo się podoba w przeciwieństwie do utworów Beethovena i Mozarta, których nazywa „nadętymi ważniakami”, „nadymającymi się jak żaby”, żeby potem komponować, więc woli słuchać El grillo, niż, nie daj Boże, V Symfonii czy Requiem bo o radosnych trelach z opery Wesele Figara z pewnością jeszcze nie słyszała. W efekcie powstaje muzyczne opowiadanie drogi, utrzymane w optymistycznej atmosferze, podkreślonej przez słowa piosenki o tchórzliwym lekkoduchu Scaramelli idącym na wojnę.

Samotne kobiety to również bohaterki opowiadań Jana Grzegorczyka, Marka Bieńczyka i Wita Szostaka. Jan Grzegorczyk w „Makatce” konfrontuje po latach czterdziestoparoletnią kobietę ze swoim politycznym wrogiem sprzed ponad ćwierćwiecza, którzy teraz zdają się lgnąć do sobie. Zaczynają wracać wspomnienia i dowiadujemy się, że bohaterka w stanie wojennym chodziła do liceum i na lekcji historii ośmieliła się zapytać o zbrodnię katyńską – temat był jej znany ze wspomnień ukochanego wujka. I z tego powodu przez trzy(!) miesiące przesłuchiwano ją w Pałacu Mostowskich, tzn. rano po nią przyjeżdżała milicja, a wieczorem wypuszczała ją wolno, ale ona, uczennica drugiej klasy, dzielnie nie pisnęła ani słówka o wujku, o którym i tak wszystko wiedziano. Na koniec zakochał się w niej wspomniany wyżej młody esbek i najprawdopodobniej patriotycznie się naprostował. Widać milicja nie miała wtedy innych zajęć, jak kilkumiesięczne wożenie uczniów na wielogodzinne przesłuchania, uczniów, których jedynym przestępstwem nie była działalność wywrotowa, tylko daleki wujek, nawet nie krewny, który w tym czasie swobodnie przekracza granicę, bo mieszka gdzieś poza ojczyzną. Z powodu niewygodnych pytań, krewnych, znajomych, esbecy musieliby wtedy zamknąć niemal całą młodzież licealną, a z tego, co pamiętam, tak się nie stało. Po Katyniu i związanych z nim wspomnieniach przychodzi czas na kolejny patriotyczny element, pudełko z napisem „Popiełuszko” – tu bohaterka trzyma zdjęcia grobu księdza Jerzego, których wujek Zygmunt zrobił setki (sic!), chcąc uchwycić „coś, czego nie rejestrowało oko”. Zdesperowana samotnością bohaterka w wigilijną noc postanawia zapalić Bogu świeczkę, czyli złożyć bez pod tablicą ofiar Katynia w kościele, a diabłu ogarek, czyli rzucić się w ramiona byłego esbeka. To kolejne opowiadanie z cyklu „Cel uświęca środki”, w którym tak zgrabnie udało się połączyć elementy patriotyczne z czysto ludzkimi potrzebami serca i ciała, a przy okazji z tytułowej makatki, pozbawionej wcześniej słowa Bóg, wyparowują dwa kolejne, czyli Honor i Ojczyzna, za to pozostaje pytanie – czy rzeczywiście trzeba było przywoływać tak wiele tragicznych wydarzeń z historii Polski – Katyń, stan wojenny, Jerzego Popiełuszkę, żeby zafundować czterdziestoletniej kobiecie kilka przyjemnych chwil w ramionach mężczyzny?

Tak jak opowiadanie Grzegorczyka wprawia w lekki niesmak grą na nucie rozdętego patriotyzmu, tak „Klinika nad jeziorem” Marka Bieńczyka pobudza do śmiechu. Tutaj główną bohaterką jest samotna lekarka; pracuje w uzdrowisku nad jeziorem, tęskni za miłością i zaczyna obserwować tajemniczego wioślarza, który co wieczór przybija do jej brzegu, a potem zawraca. Postanawia, że „będzie udawała, że żyje, aby żyć, i tak jak sen w końcu przychodzi, gdy się go udaje, tak też przychodzić będzie życie.” Udawanie idzie jej tak dobrze, że w nagrodę na przystani czeka na nią Mickey Rourke – to jakby realizacja przepisu z książki pt. „Sekret”, która podobno zrobiła na świecie w pewnych kręgach zawrotną karierę. Jednak mnie bliższy jest sposób myślenia Stefanii Grodzieńskiej z krótkiego humorystycznego tekstu pt. „Kuracja” w „Kłania się PRL'. „Kurację”, która bawi zamierzenie, traktuję poważnie, a opowiadanie Marka Bieńczyka odwrotnie. W tym odbiorze dodatkowo upewniły mnie niektóre językowe rozwiązania autora, wskazujące na zabawę językiem, albo raczej na brak panowania nad nim, np.: „Poprzesuwał ją po deskach przez dwa kolejne utwory (…)” – tzn. tańczył z nią; „Wyprowadziła swoją felicję z mroku jak ciotkę idiotkę(…); „zapach świeżej farby miał w sobie coś mobilizującego, jak makijaż przed wyjściem”; „(…)ludzie (w sklepie – W.S.) ocierali się o siebie jak dżonki w delcie Mekongu. Zapomniała już jak wyglądają dżonki.” Roi się tu od zadziwiających sformułowań i ludowych mądrości, typu „Wiadomo, że kto nie ma roleksa po pięćdziesiątce, zmarnował jednak życie.”

Natomiast „Plac w Iraklionie” Wita Szostaka to dobry pomysł na opowiadanie o relacjach między dwojgiem nieznajomych, niestety, realizacja mnie nie zachwyciła. Autora, moim zdaniem, zawiódł zmysł obserwacji, przez co staje się niewiarygodny. Patrzy i nie widzi, albo inaczej – patrzy i widzi, co chce, a wraz z nim jego bohaterowie. Na przykład kelner w oślepiającym słońcu z odległości wielu metrów dostrzega u starszej kobiety (pomiędzy nimi rozpościerał się plac otoczony trzema kościołami), skrytej pod platanem, z chmarą gołębi u stóp, zdarte czubki jej butów. Konia z rzędem, komu w tej sytuacji udałoby się dostrzeć jakiekolwiek szczegóły, nawet nie przesłonięte gołębiami. Ona dla odmiany widzi u niego długopis schowany w tylnej kieszeni spodni, ale obrączki na palcu wypatrzeć już nie potrafi, za to potrafi rzucać „z nieoczekiwaną siłą drobne kawałki chleba na wiele metrów przed siebie” – z wrażenia zapiera aż dech w piersiach; rzucanie okruchów chleba na wiele metrów to zadanie godne supermana, a tu proszę – staruszka. Pewnie dawna oszczepniczka albo kulomiotka. Gdyby to było opowiadanie fantasy czy na poły oniryczne, to proszę bardzo, ale opowiadanie realistyczne stawia przed pisarzem szereg wymagań, m.in. zmusza do rzetelnego podejścia do detalu, a Wit Szostak sięga po ów detal z wyjątkowym upodobaniem, co przejawia się również w nadmiernej skłonności do prowadzenia wyliczeń, np. tego, co kelner stawia na stole, a potem, co z niego zabiera, chociaż niczego nowego do opowiadania to nie wnosi, no, może poza czytelniczym znużeniem. Na szczęście, mimochodem, chwilowe ożywienie wprowadzają rozważania kelnera o pochodzeniu pary turystów. Nie jest pewny, czy są Polakami, czy Czechami, bo piękna kobieta i to, jak rozmawia z „zupełnie zwyczajnym” towarzyszem, wskazywałoby na Polaków, ale jej śmiech brzmiał już jakoś po czesku. Do tego słowa „turysta”, „turystka”, „turyści”, padające w tym fragmencie nazbyt często, obnażają językową nieudolność autora. Geografia i biologia też chyba nie należą do jego mocnych stron i być może dlatego odważnie odebrał kościołowi cień, chociaż na tej szerokości geograficznej o żadnej porze dnia i roku promienie nie padają pod kątem prostym, a to warunek konieczny braku cienia, a gołębiom na początku lata przypisał „miłosne gruchanie tworzące pulsujący chór”, mimo że w świecie ptaków dawno już po okresie godowym. Ale tu wchodzimy na grząski teren metafory, która w owych gołębiach pozwala dostrzec zmarłych mieszkańców miasta; ich dusze muszą oczyścić się przed spotkaniem z Bogiem: „Te niemal czarne (gołębie – W.S.) mają najtrudniejszą drogę, białe niedługo ulecą do nieba, oczyszczone.” Zupełnie jak w baśniach dla dzieci – kobieta z czarnymi włosami to czarownica, a blond piękność to dobra wróżka. W efekcie wyszło schematyczne szkolne wypracowanie, złożone z 12 krótkich sekwencji, w których na zmianę autor przybliża nam raz punkt widzenia kelnera, raz punkt widzenia staruszki, można więc poczuć się jak na meczu tenisowym: chłopak – staruszka , chłopak – staruszka …

Za to, opowiadanie Joanny Bator „Odlot” nie daje powodu do narzekania i szukania w nim niedociągnięć, autorka jest wiarygodna w tym, co pisze, więc bez problemu czytelnik daje się unieść sprawnej narracji, naśladującej potoczny język wewnętrznych monologów dwóch bohaterek. Los przypadkowo styka je ze sobą, a choć obie przynależą do różnych światów, zarówno społecznie, jak i pokoleniowo, stają się sobie potrzebne, mając wiele do zaoferowania, bez przymusu, nakazów społecznych, zwyczajnie. Tak się czasem zdarza, że pomagamy innym zupełnie bezinteresownie, a nie potrafimy wyciągnąć ręki do najbliższych. Poznajemy przyczyny, które sprowadziły je do małych mieszkanek w pewnym wieżowcu – trudne relacje między matką i córką, naiwność matki wychowującej samotnie syna, poszukiwanie własnej tożsamości. Historia jednej i drugiej bohaterki została opowiedziana z werwą i prawdziwym znawstwem kobiecej natury, a w finale czeka nas „odlotowy” prezent, od którego ryby w pobliskiej rzece zaświeciły wszystkimi kolorami tęczy i przez moment stały się rybami latającymi.

„Oblubieniec” i „Celtyckie Wdowy” – w obu opowiadaniach mamy dwoje młodych ludzi, o przyszłości których, w jakimś sensie, decydują starsi. I tak, jak „Oblubieniec” sprawia wrażenie fragmentu wyrwanego z szerszego kontekstu, to opowiadanie Kazimierza Kutza stanowi integralną całość, w której autor sportretował śląskie matki: „U nas każdy ród od zawsze był hodowlą pod władaniem matek. One były boginiami naszej codzienności – od tego są. Nie mieć ojca jest źle – ale nie mieć matki?” To jakby hołd złożony tym kobietom, literacki zapis świata odchodzącego w przeszłość, dający chwilę wytchnienia przed często bełkotliwym, chaotycznym, nierzadko wulgarnym zapisem rzeczywistości tak charakterystycznym dla młodego pokolenia literatów.

Wśród utworów znalazło się jedno opowiadanie fantastyczne – „Rzeka” Anny Brzezińskiej. Z pewnością autorka ma swoich wiernych czytelników, ale ja po kilku próbach przeczytania tego tekstu poddałam się. Ten kod językowy, stylistyka, pole skojarzeń są mi tak obce, że nie umiem czerpać przyjemności z literatury fantasy.

I na końcu dwa bardzo dobre opowiadania, „Róża zbawienia” Stefana Chwina i „Sindbad się starzeje” Krzysztofa Vargi. W pierwszym autor oswaja może siebie, ale przede wszystkim czytelników, ze śmiercią. W dobie pogoni za wieczną młodością, odsuwania od siebie problemu starzenia się, śmierć jawi się jako wydarzenie fantastyczne, a przecież jest nieodłącznym elementem życia. „Upadek to konkret, a powstawanie – mglista najczęściej iluzja”, jak dowodzi w „Szarej lotce” Eustachy Rylski. U niego czytamy również: „Czy zaczęliśmy się na początku, obojętnieje wobec pytania, czy skończymy na końcu – śmierć ważniejsza jest od narodzin (…)” A mimo to nie chcemy o niej ani myśleć, ani mówić. Stefan Chwin na przykładzie swojego bohatera, profesora literatury, pokazuje kolejne etapy przechodzenia na stronę śmierci. Nie ma darcia szat, kurczowego trzymania się życia, tylko poddanie się biegowi zdarzeń w dążeniu ku… być może Bogu. Rzeczywistość coraz bardziej się kurczy, powracają wspomnienia z dzieciństwa, a myśli krążą wokół spraw ostatecznych, ale bohater ma swojego przewodnika, bezgranicznie mu ufa – jest nim ksiądz Jerzy, który bezpiecznie prowadzi go na drugi brzeg. Nawet trzecioosobowe zwroty pielęgniarek w hospicjum: „niech zdejmie piżamę”, „co tak stoi”, „co, wstydzi się”, nie ranią, nie odbierają godności, bo przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. No cóż, chciałoby się rzec, że każdy ma taką śmierć, na jaką sobie zasłużył. W całym opowiadaniu panuje pogoda, świeci słońce, w hospicjum jest czysto, a na samym końcu (a może początku?) składa mu wizytę Krzysztof Kamil Baczyński, piszący na zaparowanej szybie okna wiersze Juliusza Słowackiego. Do tego prosty, czysty, logiczny język, świadczący o dużej kulturze literackiej.

I żeby jednak czytelnik mógł swobodniej odetchnąć, w finale otrzymuje lekkostrawne, zabawne, nie pozbawione ironii, opowiadanie „Sindbad się starzeje”. Znajdziemy w nim kilka celnych komentarzy do naszej współczesności. Bohater, mężczyzna po czterdziestce, lata naiwności ma już dawno za sobą, więc nie boi się banalnych rozwiązań, nie goni za pretensjonalnymi nowościami i potrafi z dystansem spojrzeć na proces starzenia się, a przy tym przedkłada dobrą kuchnię nad przypadkowy seks. Mimo to podejmuje próbę poderwania młodej dziewczyny – świetny satyryczny obrazek, zwłaszcza jeśli umiemy śmiać się z siebie; można by go dedykować starzejącym się mężczyznom, którzy w związkach z dziewczętami poszukują eliksiru młodości.

Nie jest więc może z naszą literaturą tak źle, jeśli na 17 opowiadań „najlepszych polskich pisarzy” kilka jest bardzo dobrych, zarówno ze względu na tematykę, jak i formę. Dla każdego mogą to być oczywiście inne utwory, chociaż w przypadku Joanny Bator, Eustachego Rylskiego, Stefana Chwina i Krzysztofa Vargi trudno polemizować. Dla nich warto po tę książkę sięgnąć i może w tym sensie, rzeczywiście, cel uświęca środki. Chyba że zawierzycie Państwo słowom bohaterów Jerzego Pilcha z opowiadania „Tysiąc przeszkód”, znajdującego się w tym tomie. „Drugorzędni pisarze piszą drugorzędne opowieści wigilijne. (…) W końcu nawet nieudacznicy mają prawo inspirować się Narodzeniem Pańskim.” – mówi jeden z bohaterów, a drugi mu odpowiada: „Pierwsze słyszę, żeby Boże Narodzenie oznaczało zielone światło dla miernot. Czy może przy żłóbku Dzieciątka w Betlejem byli jacyś nowożytni rymotwórcy? (…) Wielkość Ewangelii polega także na tym, że nie odnotowuje ona w stajence betlejemskiej obecności grafomanów.” Zamieszczenie takiej wewnętrznej quasi-recenzji w antologii dowodzi wielkiej odwagi wydawcy, to jak strzelanie do własnej bramki – fakt, niebanalny to sposób na wygranie meczu i niewątpliwie widowiskowy.


Pod dobrą gwiazdą, antologia opowiadań, Wydawnictwo Znak, Kraków 2009

Autorzy: Kazimierz Kutz, Pawł Huelle, Jacek Podsiadło, Jan Grzegorczyk, Anna Onimichowska, Joanna Bator, Jerzy Pilch, Eustachy Rylski, Marek Bieńczyk, Mikołaj Łoziński, Wojciech Bonowicz, Kazimierz Orłoś, Wit Szostak, Anna Brzezińska, Joanna Szczepkowska, Stefan Chwin, Krzysztof Varga.

Recenzja: Mariusz Grzebalski NIEPIOSENKI (czyli 2+2=22).

Autor: Marek Trojanowski HISTORIAMOICHNIEDOLI.PL


Współcześni polscy poeci przyzwyczaili naród do przekazów poetyckich, które ogłaszają w formie kilkudziesięciostronicowych tomików. Przyzwyczaili naród także do tego, że ze współczesną poezją nie jest taka prosta sprawa. Że jej zrozumienie zależy przede wszystkim od prawidłowego odszyfrowania niezwykle skomplikowanych metafor.

Małżonka pewnego współczesnego poety indagowana na salonach o profesję małżonka odpowiada:

– Mój mąż? Mąż jest z zawodu redaktorem.

(fragment żywcem zerżnięty ze scenariusza pewnego filmu Stanisława Barei)

Redaktor Mariusz Grzebalski od czasu do czasu wydaje swoje wiersze, które pisze w przerwach między redaktorowaniem. Kiedy inni maja przerwę na lunch Mariusz nie je, nie pije, nie pali – z poświęceniem notuje na serwetkach drobnym maczkiem kolejne dzieła. Wszystko dla dobra ludzkości. I całe szczęście, że ludzkość doczekała się takiego poety, który się dla niej poświęca.

Mariusz swoje dzieła wydaje w innych wydawnictwach niż tych, w których redaktoruje, za co należą mu się wyrazy najwyższego uznania. To, że się kryguje, że może jest mu głupio przekraczać cienką granicę przyzwoitości dobrze świadczy o Grzebalskim jako o człowieku. Całe szczęście, że ludzkość doczekała się takiego prawego człowieka.

Poświęcenie i prawość – oto cnoty prawdziwego redaktora, który po śmierci na pewno zasili grono skrzydlatych istot ubranych na biało.

Zanim Mariusz Grzebalski przejdzie do historii, ludzkość doświadczy na własnej skórze tego wszystkiego, co niesie ze sobą jego przekaz poetycki. A należy wiedzieć, że testament duchowy jaki przygotowuje Mariusz dla świata to żadna kpina czy żart nastolatka, który przyłapany na masturbacji przez ojca przekonuje, że nie wie do czego służy siusiak.

Kolejny fragment swojej spuścizny duchowej Mariusz opublikował u Artura Burszty. Tomik „Niepiosenki” ukazał się Biurze Literackim. Tych bardziej obeznanych w roszadach personalnych w światku wydawniczym może ta publikacja dziwić. Przyjęło się uważać, że przyzwoitość nie jest kategorią „literacką” – lub jak to mówił Roman Honet po publikacji „Cosinus salsa” w Zielonej Sowie czy Edward Pasewicz po ostatnim posiedzeniu jury konkursu im. J. Bierezina:

– Nie takie numery się w życiu robiło.

W każdym razie dzieło o wymownym tytule „Niepiosenki” w 2009 r. zostało utrwalone na dobrej jakości papierze. Okładce też nie można niczego zarzucić. Twardy, kredowany karton. Szkic wiosłującej pary. Imię i nazwisko autora oraz tytuł „Niepiosenki” z poucinanymi literami, jakby były podmyte przez fale.

Oczywiście jest to świadomy i konsultowany z redaktorem Grzebalskim zabieg artystyczny. Wszak mówiące i wieloznaczne tytuły to specjalność polskich poetów współczesnych. Warto tu wspomnieć chociażby o tak wybitnych tytułach jak:

„Słynne i świetne” (M. Grzebalski, 2004)
„Pocałunek na wstecznym” (M. Grzebalski, 2007)

Dziwić nie może, że autorem najbardziej oryginalnych i najbardziej wieloznacznych tytułów jest ten sam człowiek. Grzebalski jako redaktor wie jaki tytuł wybrać, by książka się sprzedała, a jako poeta potrafi wykorzystać wiedzę redakcyjną do wymyślenia najbardziej wieloznacznego i zarazem najbardziej hermetycznego tytułu.

Analizując jego ewolucję twórczą od debiutu aż do chwili obecnej widać jak daleką drogę duchową przebył ów intelektualny wędrowiec. Najpierw był „negatyw” (1994), później „Widoki”(1998) oraz „Drugie dotknięcie” (2001) następnie „Słynne i świetne” (2004) o skrzywieniu neolingwistycznym. Później były jakże wieloznaczne i popartowskie jak tylna kanapa w cadillacu deville „Pocałunki na wstecznym” (2007). A w roku 2009. naród doczekał się „Niepiosenek” – czegoś, czego nigdy nie zapisano nawet w brudnopisie słownika języka polskiego.

Unikalność a przez to wyjątkowość tytułu najnowszego tomiku redaktora Grzebalskiego czyni dzieło wybitnym. Lektura wydaje się zbędna a inwestycja Ministra Kultury, który przez pół roku przelewał na rachunek bankowy utalentowanego redaktora pewną sumę, sądząc po samym tylko tytule zwróciła się z nawiązką. Cóż bowiem może znaczyć rzeczownik „niepiosenka”? W tym przypadku jest tylko jedna odpowiedź prawidłowa, tylko jedna interpretacja możliwa, tylko jedna jest prawda: oto naród doczekał się wreszcie potomka Jana Pietrzaka – objawił się poeta, bard i przewodnik duchowy kultury zachodu, Mariusz Grzebalski.

Skoro już wszystko sobie wyjaśniliśmy, skoro wszystko zostało ustalone i każdy wie who is who warto poddać analizie teksty redaktora Grzebalskiego, by odkryć ów ponadczasowy i jakże ważny z perspektywy ducha kultury rodzaju ludzkiego przekaz poety.

Przekaz pierwszy dla świata redaktor Grzebalski sformułował następująco:

Słucham beznadziejnego techno,
tak beznadziejnego, że nie potrafię się oderwać –
ten sam kawałek dwadzieścia dwa razy

[Nowa mała proza]

Czytając ową strofę nie sposób oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z treścią istotną ukrytą w znaczeniu liczby dwadzieścia i dwa. Należy zaufać redaktorowi-poecie i przyjąć jego słowa tak jak przyjmuje się monety bite z najcenniejszego kruszcu. Zatem bagatelizowanie treści zawartej w semantyce liczby 22. byłoby wielce nierozsądne i tylko bóg jeden raczy wiedzieć jakie to skutki przyniosłoby dla świata, który znamy.

22 x 2 = 44 (tak, tak czterdzieści i cztery. Żarty się skończyły.)

22. znaki alfabetu hebrajskiego wystarczyły, by spisać Talmud, Apokalipsa ma 22 rozdziały a w okrąg można wpisać tylko 22 wielokąty foremne. Skoro jesteśmy przy geometrii, to spróbuj podzielić 22 przez niezwykle szczęśliwą supercyfrę siedem. Zobaczysz co się stanie.

Albo inaczej, zrób tak:

22 to w linearnym zapisie 2 i 2 – czyli: (2+2)
I teraz:

22 + (2+2) = 26
26 = 10 + 6 + 5 + 6

To zaś zapisane w innej nomenklaturze wygląda następująco:
26 = Jod + Heh + Waw + Heh

Prawdopodobnie istnieje na świecie jeden sceptyk-matematyk, który zwątpi w treść przekazu, który redaktor Mariusz zafundował cywilizowanemu światu. Wprowadzając do powyższych rozważań znak mnożenia łatwo przerobi 26 na 28 czyniąc tym samym interpretację kabalistyczną wiersza fałszywą.

Jemu oraz innym zawistnikom i zazdrośnikom talentu poety-redaktora kabała mówi NIE.

Liczba 28 jest bowiem liczbą doskonałą – sumą wszystkich swoich dzielników. W świecie matematyki takie liczby są bardziej unikalne niż kulturowe wyobrażenia na temat stwórcy świata.

Weźmy inny tekst wrażliwego Mariusza – fragment o równie złożonej symbolice:

Bulterier ciągnie małolatę w trampkach
i kusej różowej kiecce w kierunku łysych
ciągnących browar na murku

[układ]

Ów tekst nie wymaga specjalistycznych analiz, by rozpoznać intencję autora. Podwójny błąd – brak podwójnego „l” i podwójnego „r” w nazwie rodzajowej: bullterrier jest tego rodzaju wskazówka, którą Indiana Jones odczytywał w notesie swojego ojca w trakcie poszukiwań Świętego Graala.

Redaktor Mariusz pomny zasad zabawy w tzw. „podchody” pozostawił wszystkim szukającym poetycką strzałkę, wskazującą kierunek interpretacji:

2 x (l)

2 x (r)

2 x (literówka)

Czyli:

2 x 2 x 2

Analogia do „beznadziejnego techno” słuchanego „dwadzieścia dwa razy” jest tu oczywista. Bo jeżeli podmiot liryczny cierpiał „dwadzieścia dwa razy” słuchając tego samego nagrania i przeżył, to równie dobrze mógł słuchać marnej jakości utworu 2 x 22 razy bez szkody dla substancji szarej i trąbki Eustachiusza.

Kolejny niezwykle istotny fragment z tomiku „Niepiosenki” redaktora Grzebalskiego pochodzi z wiersza pt. „Parapet”:

Siedziałem na parapecie w kuchni,
padał śnieg, noc była przeźroczysta.
Potem w tej samej kuchni smażyliśmy
cebulę, kiełbasę, pomidory.

[parapet]

Na pozór fragment ten wydaje się być zaledwie biograficzną stopklatką, bez żadnego znaczenia dla dziejów świata. Jednak polscy poeci współcześni przyzwyczaili czytelników do tego rodzaju pozorów. Wyrobieni smakosze poezji wiedzą, że najlepsi z najlepszych poetów w pozorze banału przemycają prawdy ostateczne. Tak jest i w tym przypadku. Gdyby zastanowić się co robił podmiot liryczny „siedząc na parapecie w kuchni”, to odpowiedź może być tylko jedna:

– liczył do dwudziestu dwóch.

Dlaczego do dwudziestu dwóch a nie dwudziestu czterech czy dwudziestu sześciu, siedmiu, ośmiu czy dziewięciu? Ano dlatego, że suma wszystkich liter użytych w ostatnim wersie strofy równa się dokładnie dwadzieścia dwa.

cebulę = 6
kiełbasę = 8
pomidory = 8

6 + 8 + 8 = 22

Czy to przypadek? Nie! Jeżeli chodzi o wiersze redaktora Mariusza o przypadkach nie może być mowy.

Abstrahując od numerologii i semantyki związanej z liczbą 22., wiersze Mariusza Grzebalskiego to prawdziwa skarbnica, w której roi się od filozoficznych refleksji, od diagnoz dotyczących kondycji człowieka we współczesnym świecie, od treści ważnych i od tego wszystkiego, co dla człowieka niezależnie od epoki ważne. Talent Mariusza Grzebalskiego pozwala mu na przeniknięcie skorupy obyczajowości i dotarcie do istoty tego, co określa się w różnych teoriach jako „człowieczeństwo”.

Dla przykładu. W wybitnym tekście pt. „Koniec wakacji” redaktor-poeta pisze o Harcerzach, a pisze tak:

Leżą w milczeniu na podłodze biura.
Za oknami Poznań zachodzi mgłą.
Młoda instruktorka harcerstwa
chowa kolorowe kredki do szuflady biurka.
Trochę im zazdrości –
te dzikie harce w ciągu dnia.

[ Koniec wakacji]

Zanim przejdziemy do drugiej i zarazem ostatniej strony tego jakże wspaniałego, jakże wybitnego i jakże wysublimowanego tekstu warto poświęcić kilka chwil na interpretację owego fragmentu.

Ktoś – tutaj liczba mnoga odgrywa niebagatelną rolę – sobie leży na podłodze. Nie jest to zwykła podłoga, ale podłoga biura. Forma „Leżą” wzmocniona antropomorficznym dopełnieniem: „w milczeniu” sugeruje, że mamy do czynienia z parą humanoidalną. Okoliczności czyli miejsce owego spoczynku: „podłoga biura” wskazuje, że relacja, która łączy ową humanoidalną parę jest podstawową relacją, którą pojawia się w każdej społeczności a mianowicie relacją „pan i niewolnik”. Kategoria biura związana jest przede wszystkim z kategorią pana-szefa i niewolnika-sekretarki w seksi nylonkach.

Uwaga dla czytelnika:

Trop interpretacyjny, w którym pojawia się kategoria „nylon secretary” wynika z preferencji estetycznych interpretatora.

Biuro, w którym harcuje sobie szef z sekretarką znajduje się w miejscu pracy Autora-Poety-Redaktora. Poznań wydaje się być naturalnym miejscem dla poczynienia tego rodzaju obserwacji. Z tego powodu w tym tekście wyczuwalna jest pewna wtórność, brak świeżości w recepcji pomysłu z szefem i sekretarką. Po tak utalentowanym poecie należałoby się spodziewać przeniesienia akcji jeżeli nie w czasie, to przynajmniej w przestrzeni. Chciałoby się poznawać perypetie sekretarki na drugim końcu Drogi Mlecznej. Miejmy nadzieję, że ową sugestię Mariusz Grzebalski rozważy redagując swoje kolejne wybitne dzieło.

A propos dzieła. W cytowanym fragmencie uderza sprawność poety w poruszaniu się w obrębie języka oraz umiejętność w redefiniowaniu ustalonych sensów. Jakiegoż geniuszu potrzeba by wykombinować:

1) harcującą harcerkę
2) harce z harcerką
3) hufiec harcerski harcujący z harcerką
4) harcerkę harcującą z hufcem harcerskim

Tomik „Niepiosenki” Mariusza Grzebalskiego to bez wątpienia dzieło wybitne. Doskonałe pod każdym względem. Dzięki tego typu produkcjom literackim, które niestrudzenie serwuje konsumentom kultury Redaktor Mariusz Grzebalski, czerwone znaki STOP na skrzyżowaniach nabierają wręcz mistycznego znaczenia.


Mariusz Grzebalski, Niepiosenki, Biuro Literackie, Wrocław, 2009.

Riposta: Jan Siwmir, Tomasz Sobieraj WIESZCZE I WYZNAWCY


Odpowiedź na komentarze do rozmowy z cyklu DWAJ PANOWIE S, część pierwsza: Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki i PIOSENKA O ZALEŻNOŚCIACH I UZALEŻNIENIACH.


Jan Siwmir: Kiedy zdecydowaliśmy się na opublikowanie pierwszej rozmowy (dotyczącej pana Dyckiego) w Internecie, zdawaliśmy sobie sprawę, że będą próbowały „rozdziobać nas kruki i wrony”, że apologeci literackiego guru dla językowo sprawnych inaczej rzucą się na nas z orczykami i sztachetami ze sponiewieranych po pijackiej burdzie płotów, plując zajadle i pokrywając nas każdego rodzaju wydzieliną, nie tylko słowną. Ale nie spodziewaliśmy się, że zrobią to tak nieudolnie i po sztubacku. Trochę ich nam żal, dlatego miłosiernie nie będziemy polemizować z tymi, którzy tylko potrafią wypowiedzieć dwa słowa: idiota i kretyn. Nie dziwi nas, że na tym wyczerpuje się ich słownictwo, jacy bowiem wieszcze, tacy ich wyznawcy.

Widać jednak, jak niewiele dotarło z artykułu do szarych członków sekty rynsztokowej. Cóż, czytanie ze zrozumieniem to przywilej ludzi inteligentnych. Ktoś tam zarzuca, że „Dom Nadzoru” Tomka Sobieraja ma stanowić jakiś wzorzec literatury, podczas gdy tytuł ten pojawia się tylko i wyłącznie w kontekście relatywizmu wartości stosowanego przez krytyków. Jakaś panna zrozumiała wyłącznie, że zarzucamy komuś chorobę psychiczną. Kobieto, zarzucanie komuś choroby a zarzucanie nieudolnego nią epatowania to dwie różne sprawy! Ale widać zajęcia z języka polskiego, na których poznaje się składnię zdania i konotację nazw, były kiedyś za nudne i lepiej było pójść na wagary. Co teraz widać, słychać i czuć. Inny delikwent twierdzi, że „dopieprzamy skamandrytom”. Tu już mocno się zdziwiliśmy, bo nam się wydawało, że właśnie ich postawiliśmy na tym drugim, przeciwnym mizerocie, krańcu literatury. Jak widać, tylko nam się wydawało. Cały czas przewija się zarzut o braku merytorycznych odniesień, braku cytatów. Faktycznie, jeśli pominie się te pół strony A4 wypowiedzi Tomasza Sobieraja dotyczącej cytowanych ustępów, brak cytatów aż bije w oczy. Natomiast słowo „merytorycznie” sztubacka gawiedź myli najwyraźniej ze słowem „psychodelicznie”, bo przyzwyczajona do nonsensownych odlotów, nie rozumie, jak można o czymś napisać logicznie, z sensem i na temat. A poważnie: jeśli ktoś zdejmie gacie i narobi na środku sali kinowej, to czy wzywacie biegłego z laboratorium, by pobrał próbkę i jednoznacznie określił, co to jest, skoro na węch, wzrok i rozmaźliwość wygląda jak odchody? I gdy w dodatku sprawca się przyznaje, że narobił? No, on wprawdzie twierdzi, że jest to świadoma kreacja, pełna wieloznaczności i podtekstów i takie usprawiedliwienie na ogół wystarcza niewymagającym, ale faktu to jednak nie zmienia. Jeśli natomiast ktoś ma ochotę przekonać nas, że rozumie słowo merytorycznie, niech w punktach wymieni, jakie cechy chciałby mieć omówione w przypadku czyjejś twórczości, zważywszy że nie jest to recenzja, a jedynie asumpt do dialogu. Ale zastrzegamy, podejmiemy temat tylko wtedy, gdy te cechy pojawią się w danych wierszach!

Inny forumowicz rozróżnia czyje są wiersze po używaniu przez autorów małych i dużych liter, tudzież po interpunkcji. Gratulacje! Grunt to przyjecie jakiegoś kryterium. Sugeruję jeszcze popatrzeć na czcionkę, jakiej autor używa, i rodzaj papieru.

Pojawia się także zdanie, iż do historii przechodzą ci, którzy są najlepsi wśród jakiegoś nurtu piszących. Hm, niby tak, Peiper przeszedł, ale generalnie, moim zdaniem, przechodzą do historii tacy ludzie, którzy potrafią wyjść poza schemat ogólnie obowiązujący. O ile oczywiście zależy komuś na zapisaniu się w annałach.

Kolejna sprawa: zarzuca nam się lenistwo i brak wyczerpania tematu. Niby dlatego, że nie wszystkie stosowne nazwiska przytoczyliśmy. To jest właśnie piękne w takich zarzutach, odwracanie kota ogonem. Napisane jest jak wół: rozmowa I. Co oznacza, że będą następne! Poza tym, jak widać, nie można zbyt dużo na raz niektórym podsunąć pod nos, bo nawet minimum nie rozumieją. Nie wszyscy też przeczytali omawianą przez nas pozycję, a zabrali głos i to już trąci nie tylko głupotą, ale i skłonnościami samobójczymi. Uprzejmie informuję, że po przeczytaniu „Piosenki...” samo się wyjaśni, skąd używanie przez nas zdrobnień Dycio i Wicio. To Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki sprowadza nas wszystkich do przedszkola, a my tylko podchwytujemy konwencję „wieszcza”. Właśnie, kolejny zarzut o świeczkę w pupie. Jakże to tak, największe laury zbiera ten co spuszcza się do ust, puszcza pawia, ślimakowi każe wypierdalać, a jak się dołoży coś dokładnie w tej konwencji, to od razu larum grają? Co nie znaczy, że ze świeczką nie daliśmy ciała, produkują już bowiem niekapiące.

Podobno nie dorośliśmy do wierszy Dyckiego. Taaak. Nas uczono, że rośnie się w górę, ewentualnie w bok. Nie wiem, czy dorastanie do dna szamba (czyli w dół) jest zgodne z dotychczasowymi ustaleniami biologicznymi. Obawiam się, że nie. Ale nie takie ekwilibrystyki umysłowe (hmm) stosują przeróżni guru, żeby wyprać mózgi, toteż tu zdziwienia zgodnie nie prezentujemy. Wyznawcy giną potem w aktach samospalenia za tych, którzy im namieszali w głowach. I dobrze. Za coś przecież trzeba przyznawać nagrody Darwina.

P. Matusz twierdzi, że są zawarte w poezji Dyckiego jakieś istotne treści. Bolesne doświadczenia z pogranicza polsko - ukraińskiego? Znowu przypomina się sytuacja z warsztatów w Piszu. Jeden z prowadzących warsztaty przez 15 minut omawiał, co chciał zawrzeć w swoim wierszu, a dopiero potem go przeczytał. Słusznie omawiał, bo bez tego wiersz byłby jedynie nudnym, przeciętnym bełkotem. Jeżeli pan Dycki chciał cokolwiek ważnego powiedzieć na temat Polski i Ukrainy, to najwyraźniej nie udźwignął tematu. Samo przeżycie czegoś nie tworzy z nikogo poety. Ta myśl jest zawarta w naszym artykule, ale trzeba jeszcze ją zrozumieć. A o możliwościach ludzi, którzy ani pisać, ani czytać nie umieją, pisaliśmy na początku tego artykułu. Czytelnik nie czyta opracowań, sięga po tomik i nie interesuje go, co autor chciał, czy mu wyszło, czy nie wyszło, interesuje go, co sam dla siebie może znaleźć. A w tomiku „Piosenka o...” nie ma niczego, co mogłoby się bronić samo. Tak na marginesie, trudno się dziwić, że „tfurcy” tak usilnie zabiegają o dobre recenzje, o opracowania, do których dają materiały, albo po prostu tłumaczą kolegom, co chcieli bełkotem powiedzieć. Po czym koledzy i koledzy kolegów piszą, że wszystko to widzą w danych utworach. Potem można się na nich powołać, odesłać do Internetu. Pokazać paluchem - o, ta pani pochlebnie o mnie napisała. A my napisaliśmy niepochlebnie. Też można znaleźć w Internecie. I co?

Nie należymy do osób, które można posądzić o globalny puryzm językowy w literaturze, ale jeśli posługujemy się wulgaryzmami, to chyba w jakimś celu, prawda? Bez sensu i niejako „zamiast” używa ich jedynie menel czy żul spod budki z piwem. Do tego akurat żadnego talentu nie potrzeba. To taki ma być obecnie obowiązujący model literatury? Sprowadzony do poziomu nawet nie ulicy, lecz kanałów ściekowych? Podobno to my siedzimy w rynsztoku. Może i tak, ale po pierwsze kto ten rynsztok wyprodukował (?!) a po drugie – my przynajmniej usiłujemy sięgać po gwiazdy.

Stary łaciński postulat „de gustibus non est disputandum”, zacytowany na forum, powinien obowiązywać. Ale obowiązywać w obie strony! Dopóki zatem wiersze sensowne, logiczne i zgodne ze starożytnym ideałem piękna będą spychane na margines, dezawuowane przez obszczymurskie wyczyny półanalfabetów, którzy słowo talent kojarzą wyłącznie z kupą krowich odchodów, dopóki nie będzie miejsca na rzeczywistą różnorodność, a lansowane będą popłuczyny po pawiach Świetlickiego, dopóty nie będzie można powiedzieć „de gustibus...”. Bo barbarzyńcy nas zaleją i zanim się obejrzymy, zastaniemy własną rękę w czyimś nocniku.

Śmiech pusty ogarnia, gdy czytamy, jakie utwory zostają nagradzane na konkursach im. Norwida, Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Poświatowskiej czy Herberta. W/w autorzy przewracają się w grobach. Ustanówcie sobie, braci rynsztokowa, własne konkursy im. np. Maliszewskiego czy Dyckiego i raz, że będzie jasność w temacie, dwa, nie będziecie szargać Bogu ducha winnych zasłużonych dla kultury polskiej literatów.

Sprawa ostatnia: nie, nie chcemy Nike! Jest zbyt mocno sprofanowana, byłoby dla nas dyshonorem, gdyby ustawiono nas obok Dyckiego czy Masłowskiej.

Tomasz Sobieraj: Trudna, jeśli nie niemożliwa jest dyskusja w sytuacji, gdy przeciwnik nie rozumie, co czyta, i z bezsilności używa argumentu ostatecznego, ale bynajmniej nie merytorycznego, jakim jest pokazanie języka. Tragikomiczny to widok, gdy apologeci wynoszonej i marnej literatury, do której zaliczam twórczość m.in. pana Dyckiego, usiłują bronić swojego mistrza, czyniąc mu w istocie niedźwiedzią przysługę - jak bowiem inaczej nazwać żałosne czy raczej śmieszne apokryfy autorstwa pana Matusza czy emocjonalne i egzaltowane wypowiedzi pomniejszych apostołów nieudolności i wulgarności - tych dwóch cech polskiej literatury, które pod sztandarami awangardy zdominowały jej dzisiejszy obraz. Cóż, jaki kraj, taka literatura, i tacy jej apologeci.

Chciałbym zaznaczyć, że nie atakujemy pana Dyckiego, bo każdy pisać może, i każdy znajdzie, jak pisał Ballester, klienta na swoje literackie produkty. Zasadniczo nie atakujemy piszących, tylko krytyków, usiłujących wmówić niesamodzielnym umysłowo masom, że dmuchane balony to spiżowe pomniki.

Istnienie i uznanie dla takich jak pan Dycki niewprawnych kuglarzy są nierozerwalnie związane z upadkiem edukacji, odwróconą aksjologią, zanikiem myślowej suwerenności, swoistą, właściwą polskiej naturze skłonnością do gloryfikacji tego, co nieudane, bezsensowne, uczuciowe, płaczliwe, alogiczne, nieracjonalne. My występujemy przeciwko tym cechom i ich emanacjom, poszukujemy w literaturze tego, co dla nas stanowi jej istotę: intelektualizmu, piękna, wagi słowa i paru innych, wzgardzonych przez barbarzyńców wartości. I mamy do tego prawo, tak jak inni mają prawo do poszukiwania swoich ulubionych wartości. Nawet chętnie byśmy o tym porozmawiali, stąd pomysł na cykl rozmów „o literaturze i nie tylko”. Problem taki, co wnoszę po większości komentarzy, że „nie ma z kim, nie ma o czym, nie ma nawet po co” – podpieram się tu cytatem z Witkacego, który stał w obliczu podobnie patowej sytuacji. Nie tylko on, zresztą.



Zainteresowanych rozmową Jana Siwmira i Tomasza Sobieraja oraz komentarzami do niej, odsyłam do portalu „Poezja Polska” – www.poezja-polska.art.pl/fusion/viewpage.php?page_id=113 oraz do tygodnika „Myśl Polska” nr 17 – 18/2010. (W.E.)

Recenzja: Tomasz Sobieraj OGÓLNA TEORIA JESIENI

Autor: Janusz Najder


Konwencją dzisiejszej epoki literackiej stał się antykonwencjonalizm, polegający na odrzuceniu wartości intelektualnych, estetycznych i moralnych. Szanujący się pisarze, a szczególnie poeci, za punkt honoru stawiają sobie, aby ich wytwory były napisane nieudolnie i niejasno, co, jak sądzę, nie przychodzi im z trudnością. Dlatego za każdym razem, gdy biorę do ręki nową książkę Tomasza Sobieraja, zdumiewa mnie i cieszy jednocześnie, że nie podąża on za wszystkimi w jedynie słusznym kierunku, ale z uporem trwa przy wartościach dzisiaj niemodnych, i zamiast zachwycić krytykę fajerwerkiem egzystencjalnych banałów ułożonych w zdania proste i nieporadne imitujące intelektualną głębię, pisze kolejny utwór, który z powodu wysokiej kultury literackiej najpewniej zostanie usunięty poza nawias współczesnej literatury i skazany tym samym na byt endemiczny.

Najnowsza książka Sobieraja, pod zagadkowym i nieco chłodnym, przez co mylącym tytułem „Ogólna teoria jesieni”, jest zbiorem opowieści, miniatur układających się w chronologiczny (jeśli nie liczyć antecedencji „Babiego Lata”) i logiczny ciąg. Każda z tych historii może być samodzielnym utworem literackim – mikropowieścią czy krótkim opowiadaniem, ale zebrane w jednym tomie stanowią powieść (w końcu gatunek to otwarty, tworzący wciąż nowe odmiany), w której bohater, widziany oczami narratora, przechodzi wszystkie etapy życia, od narodzin po śmierć. I jak to w życiu przyzwoitych literackich bohaterów bywa, mamy tutaj do czynienia z erotyką, podróżami w miejsca tajemnicze i mało znane, sztuką, filozoficzną refleksją, historią i wieloma innymi, właściwymi powieści jako pojemnemu gatunkowi tematami, przedstawionymi w formie osobnych, często poetyckich obrazów. Poza tą nowatorską formą, można by rzec – zwyczajnie, jak u innych pisarzy. Ale czy aby na pewno? Gdzie bowiem jest różnica pomiędzy grafomanią a dziełem, pospolitością a błyskotliwością, nudziarstwem a pasją? Co czyni z Sobieraja jednego z najciekawszych pisarzy? Odpowiedź jest prosta: to talent i nieskrępowana wyobraźnia autora „Ogólnej teorii jesieni”, dzięki którym z banalnej rzeczywistości tworzy byty fantastyczne, pospolitą fizyczność zamienia w metafizyczność, budując współczesny mit. A czyni to z niezwykłą dbałością o formę i szczegół.

Znakomity poeta i prozaik Józef Baran dostrzegł w „Ogólnej teorii jesieni” oprócz indywidualnego tonu jej autora, pokrewieństwo z Rilkem, Schulzem i Zagajewskim; podkreśłił też, że „jest w tej wysmakowanej prozie mnóstwo poezji”, poezji „zagęszczonej i tajemniczej”. Rzeczywiście, więcej jest poezji w prozie Sobieraja niż w jego wierszach, jak pisał J. Baran „nastawionych na realizowanie myśli”.

Niewątpliwie, spośród muz nie tylko Kalliope patronuje tej książce.

Każda z miniatur w „Ogólnej teorii jesieni” jest literacką impresją i eleganckim rozwiązaniem artystycznego zadania. Im bardziej się zagłębiamy w te opowieści, tym jest lepiej, błyskotliwiej, swobodniej. Czujemy przestrzeń i zmysłowość. Plastyka opisu pobudza wyobraźnię, język iskrzy, cieszy bujnością, brakiem chropowatości i pospolitości. Nie ma tu eksperymentów ani stylizacji (z wyjątkiem jednego fragmentu w rozdziale „Attyla, Gniew Boży”), słowa płyną niczym rzeka, raz spokojnie, cicho, by za chwilę zamienić się w spienione katarakty, za którymi roztacza się nowy widok; rozlewa się leniwie, grzeje fale w słońcu, by po chwili runąć wodospadem i zadziwić mocą. Język Sobieraja to żywioł, z którym autor radzi sobie z lekkością, niekiedy wręcz brawurowo. Jednak, gdyby chcieć z nim popłynąć, trzeba pamiętać, że nie jest to wyprawa dla każdego, bowiem wymaga przygotowania – bez pewnej, także pozaliterackiej erudycji, umysłowej niezależności, smaku, ta egzotyczna podróż może przerosnąć siły przeciętnego czytelnika.

Wracając w spokojniejsze rejony, wolne od (usprawiedliwionej) egzaltacji krytyka można powiedzieć, że „Ogólna teoria jesieni” jest niczym pudełko wybornych wiedeńskich czekoladek. Każda o innym smaku, kształcie, wielkości, każda wywołująca inne skojarzenia, obrazy, myśli, a nawet skryte gdzieś głęboko w podświadomości instynkty. Stosując porównanie z jeszcze bliższej mi dziedziny, to opowieść skomponowana jak muzyczne dzieło. Bo wielka literatura jest jak wielka muzyka – za każdym razem, gdy nas uwodzi i pochłania, odkrywa nowe istności. A książki Tomasza Sobieraja podlegają prawom właściwym wszystkim wielkim dziełom – każdy do nich powrót to nowe odkrycie, to inaczej odczuwany smak, to kolejna odsłonięta warstwa znaczeń. Dlatego, by tę książkę zrozumieć, by móc ją w pełni poznać i, w konsekwencji, cieszyć się jej urodą, trzeba wracać do niej wielokrotnie. Tak jak wraca się do wszystkiego, co dobre. Jak do wiedeńskich czekoladek. Jak do Beethovena.



Tomasz Sobieraj, Ogólna teoria jesieni, Editions sur Ner, Łodź, 2010.

Recenzja: Sz. Weiss, T. Dostatni W DWÓCH ŚWIATACH

Autor: Jan Siwmir


Książka, która mnie rozzłościła. Lubię zadawać pytania, nawet jeśli nie prowadzą one do jednoznacznych odpowiedzi, ale jeśli już zadaje się pytania z gatunku fundamentalnych, to nie można zatrzymywać się w pół drogi, stanąć tam, gdzie po prostu jest wygodniej.

Szewach Weiss, były ambasador Izraela i Tomasz Dostatni, dominikanin rozmawiają o... właśnie o czym? O wszystkim po trochu. Chaotycznie i przeskakując z tematu na temat, zgodnie z logiką bardziej lub mniej luźnych skojarzeń. W dodatku momentami nieprecyzyjnie. Weźmy taki fragment:

„W religii żydowskiej nie można się rozejść, jeżeli mężczyzna nie chce się rozejść. Ale jednak to jest coś niesprawiedliwego. On może męczyć swoją żonę. On może być bandytą, złodziejem... Wstyd. Może powiedzieć: »Nie. Ona będzie moją do końca życia«. Mówi się w naszej modlitwie podczas wesela – ty jesteś mi poświęcona. To oznacza proces religijny, bardzo głęboki. To mężczyzna postanawia. To nie jest ślub cywilny. To jest ceremonia religijna. Dzisiaj w Izraelu nie mamy urzędów stanu cywilnego. Nasze prawo może takiego mężczyznę zmusić, aby dał get – rozwód swojej żonie. W każdym człowieku jest jakiś dualizm. Jest ten sprawiedliwy, dobry człowiek. I jest diabeł, szatan. A szatana możemy zmusić.

Zdaje mi się, że Jean Jacques Rousseau przyjął coś z tego, mówiąc o woli prywatnej i woli ogólnej. I w tym sposobie myślenia narodził się totalitaryzm, bo Jean Jacques Roosseau był źródłem Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Potem była interpretacja Robespierre'a i innych. Trzeba zmusić ludzi, żeby byli wolni. Wyobraź sobie! Zmusić ich! Bo w każdym człowieku jest ten negatywny, który chce być niewolnikiem, któremu nie zależy na wolności. I jest ten pozytywny, który wie, że wolność to jest największy skarb człowieka, najwyższa wartość, najważniejsze przykazanie”.

Od biedy można jeszcze pojąć analogię, ale czy mam rozumieć, że p. Weiss najpierw nazywa system totalitarnym, a potem go gloryfikuje? I jak to się ma do późniejszej krytyki systemu totalitarnego stworzonego przez Hitlera? Już nie wspomnę o dziwnej, delikatnie mówiąc, definicji wolności tudzież umieszczeniu jej na wierzchołku piramidy wartości, bo nie jest rzeczą recenzenta polemizować z czyimiś poglądami, ale takich niejasności i niedopowiedzeń w książce jest więcej. W jaki zatem sposób można zorientować się w poglądach obu panów?

Formuła rozmowy zapowiadała się interesująco, niestety została zmarnowana przez dygresje, przemieszanie pojedynczych zdarzeń z bardziej ogólnymi spostrzeżeniami (tym bardziej, że jedne z drugich nie wypływały!), przez niepotrzebne dywagacje o drobiazgach, pośród których gubiła się myśl przewodnia. Jeżeli miał to być wyłącznie luźny zapis rozmów, promujący sylwetki obu panów, to szkoda na to 29.90 zł. Nic odkrywczego przecież w dziedzinę filozofii i etyki nie wnieśli. Jest to po prostu jeszcze jeden głos w sprawie Holocaustu, z pytaniami typu: ”Gdzie był wtedy Bóg?, Jak mógł do tego dopuścić? I jak teraz pogodzić wiarę w Niego z tym, co z tą wiarą się kłóci?” Wielu filozofów próbowało dać na to odpowiedź i ich karkołomne wyczyny do dziś są powielane. A dwie proste równoległe nigdy się nie przetną. Rzeczywistość jest jednym takim światem, myślenie życzeniowe człowieka (chcę żeby był ktoś nade mną, wszechmocny i sprawiedliwy) drugim. Najprościej można podsumować próby ożenienia faktów z religią w taki sposób: logika Boga nie jest logiką ludzką. Tak też wybrnęli z tego impasu obaj rozmówcy.

(...) my patrzymy w kategoriach ludzkich, mamy prawo do sprawiedliwości, domagamy się jej. A Pan Bóg widzi tego człowieka trochę inaczej...”.

Nihil novi sub sole. Od najmłodszych lat ojciec wpajał mi zasadę: jeśli teoria przeczy praktyce, to znaczy że coś jest nie tak z teorią. Zamiast zastanowić się czy w obliczu faktów, po czymś tak horrendalnie Złym jak Zagłada, idea Boga, takiego wszechmogącego, będącego źródłem Dobra, nadal może się sprawdzać, obaj panowie wymyślają setki pytań drugorzędnych i, jakby to ująć, na niższym szczeblu istotności. Nie kwestionują istnienia Boga, ale ponieważ jego wyobrażenie mocno w ich oczach podupadło, kwitują to jednym zdaniem: Panie Boże czekam na Twoją odpowiedź. I tak jak w przypadku każdego dysonansu poznawczego, w który wpadają ludzie wierzący chcący pogodzić naukę z wyobrażeniami, odsuwają na bok wszystko, co przeszkadza w wierze, skupiając się wyłącznie na tym, co wiarę wzmacnia. Gdzie był Bóg podczas wojny? W tysiącach drobnych gestów pomocy, w odruchach ratujących czyjeś życie, w bohaterstwie ludzi ginących w obronie innych ludzi. Można i tak. Dla mnie są to bezproduktywne rozważania, gdzie przyjmuje się jedną tezę a priori a potem dopiero szamoce się jak by ją obronić, jak by tu pogodzić w jej obrębie pewne sprzeczności i to najlepiej za pomocą logicznych argumentów.

Być może warto takie książki wydawać w katolickim bądź co bądź kraju, być może znajdą się ludzie, którzy wierząc w Boga stoją przed podobnymi dylematami i będą czuli się usprawiedliwieni widząc, że nie tylko oni ale i mądrzejsi od nich nie znaleźli na nie odpowiedzi. Ta książka bowiem chyba już w zamierzeniach nie miała trafić do mózgu, lecz do serca, do emocji.

„... zdaje mi się, że jesteśmy tak wychowani, że serce jest wszystkim. I używamy tego: oj serce mnie boli – wszystko serce, dookoła serca. (...) Że duchowo to jest miejsce, w którym się spotykam z Bogiem”.

„Wolę ludzi, którzy patrzą sercem na drugiego człowieka, myślą sercem, niż takich czystych intelektualistów”.

Wydaje mi się, że patrząc od tej strony zamierzenie udało się całkowicie osiągnąć.

Teraz o lepszych stronach tej książki. Nie jest ich wiele ale są. Pochwała rodziny, taka solidna, ciepła, wyciskająca łzy w oczach. Opis bólu i rozpaczy jaki przechodzi każdy z nas po śmierci kogoś najbliższego i nie zawsze może dać sobie z nim radę. Interesujące rozważania o ciągłości pamięci, nie tylko jednostkowej ale pamięci zbiorowej, pamięci narodowej. Problematyka określenia czyjejś złożonej i wielorakiej tożsamości. A całość obrazowana anegdotami i ploteczkami o kulisach polityki, o jej obliczu, na które nakłada się twarze poszczególnych polityków a nie tylko ich decyzje. I jedno świetne zdanie o chaosie kulturowym, o tym że po II wojnie cały świat stał się absurdalny i surrealistyczny. I jeszcze, że nie można bojkotować wszystkich pokoleń bez końca za coś, co zrobili ich ojcowie i dziadkowie, choćby nie wiadomo jak było to okrutne.

Podsumowując: to miała być pewnie książka o dwóch kulturach, żydowskiej i katolickiej, z podtekstami osobistymi Szewacha Weissa, który z racji swoich funkcji egzystuje zarówno w jednej jak i w drugiej. Wyszła zaś rozmowa o dwóch światach równoległych, z których jednego obaj panowie rozpaczliwie nie chcą przyjąć do wiadomości.



Szewach Weiss, Tomasz Dostatni, W dwóch światach, wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2010.

Rozważania: Józef Baran CZARODZIEJE SŁOWA I „SZMIRUSY”.



Zdarzali się w dziejach literatury pisarze na pokaz, fałszywi magowie, ot, chociażby Stanisław Przybyszewski, którego czar towarzyski zniewolił przez jakis czas nawet trzeźwego Boya-Żeleńskiego. Wypisywał peany na jego temat, zamykając z początku oczy na szmirowatość literacką. Po Przybyszewskim została dzięki Boyowi legenda. Utwory „smutnego szatana” przyprawione gęstym młodopolskim sosem mogą być dziś tylko przykładem najczystszej grafomanii, choć kiedyś były przez jego „dzieci” wynoszone pod niebo.

Ja sam znam kilku co najmniej fałszywych magów: pozerów, tupeciarzy, ewidentnych hochsztaplerów, którzy znakomicie sobie radzą, „robiąc za poetów”, ba, sprawiając wrażenie, że są nie tylko więksi od siebie, ale w ogóle najwięksi. Jeden z nich, mieszkający we Wrocławiu (skądinąd bardzo go lubię), ma czar nie mniejszy od Przybyszewskiego. Jest zapraszany na różne imprezy, bo świetnie gra na organkach, bawi towarzystwo, recytuje jedne i te same wiersze napisane w latach siedemdziesiątych i jest uroczym kompanem. Aparycja, broda, teatralny głos – wypisz, wymaluj prawdziwy poeta. Ostatnio uwiódł swoim czarem pewnego biznesmena, wytwórcę wódek, który wyprodukował „Wódkę Poetów i Szwoleżerów” nazywającą się tak jak mój znajomy. Na reklamówkach wódki jest imponująca podobizna Mistrza z siwą brodą i wiersz: „Po co te słówka/ po co te gesty/ Chcesz być szczęśliwy/ spróbuj...” (tu następuje nazwisko rymotwórcy). Poszło na razie 20 tys. egzemplarzy (butelek), co prawie dziesięciokrotnie przewyższa wszystkie jego nakłady książkowe (wydał w sumie dwa cieniutkie zbiorki) i dało już niemałe tantiemy.

Inny mag literatury z tego samego miasta, znany z przebojowości, był już wszędzie: w Izraelu, w Watykanie, w całej Polsce, założył parę rodzin, wslizgnął się do któregoś z biur przy prezydencie. Śmieszy, tumani, przestrasza – z dużym powodzeniem zresztą. Wiersze pisze bardzo średnie, ale nadrabia wszędobylstwem.

Osobna kategoria fałszywych pisarzy to znakomicie funkcjonujący w Peerelu dygnitarze literatury, których zadaniem było sprawianie dobrego wrażenia. Krasomówcy, uczestnicy biesiad, delegaci na zjazdy i festiwale, przedstawiciele związku, przemawiacze, redaktorzy naczelni pism literackich, prezesi stowarzyszeń. Mieli swoje przekłady w demoludach, decydowali, wpływali, czuli się jak ryba w wodzie. Literatura była dla nich tylko dodatkiem, pretekstem. Bo ich pryncypium to znalezienie się przy stole pańskim, wejście w układy, przypochlebienie się władzy. Żyli i nadal żyją lepiej od prawdziwych poetów, którzy kiepsko przemawiali, źle się prezentowali, rzeczywistości nie lakierowali, żadnym dyscyplinom partyjnym się nie podporządkowali, ba, nie znali się na polityce, a w dodatku nie byli ozdobą salonów.

Istnieje wreszcie u nas typ utytułowanego literata – znakomitego teoretyka i kiepskiego praktyka, za to uczenie komentującego swoje utwory. Kto naiwny, temu łatwo zamydlić oczy. Snobistyczna publiczność daje się niekiedy omamić sprawnemu marketingowi, reklamie. Talent poetycki jest jak wiadomo trudny do zmierzenia i zważenia. Poeci i krytycy w jednej osobie, robią wszystko, żeby zasugerować, że problematyka ich utworów jest otchłanna, a między metaforami kryją się Bóg wie jak odkrywcze treści. Takim poetą-krytykiem był w okresie międzywojennym Tadeusz Peiper, z którego nie zostało w poezji nic, choć dzięki swojej nadaktywności teoretyka sztuki nowoczesnej trafił do podręczników jako „papież awangardy”.

W jednym z wierszy Norwida jest taka strofa: „Ty powiadasz: śpiewam miłosny rym...”/ Myślisz? że mnie oszukasz: / Nie czuję strun, drżących pod palcem twym – / jesteś poezji drukarz”.

... Jakkolwiek przy stole biesiadnym trudno wskazać, kto „drukarz”, a kto prawdziwy liryk, kryteria rozróżniania wciąż jeszcze istnieją i da się rozpoznać, które utwory są ile warte, gdy znajdą się pod lupą wytrawnego znawcy poetyckiego słowa. „Daj mi metaforę, a powiem ci, kim jesteś” – w tym zawołaniu któregoś z klasyków literatury jest może zbyt duża śmiałość, lecz i ziarno racji. Mistrza rozpoznaje się po jego języku. W poezji liczy się odkrywcze wiązanie słowa ze słowem w przedziwny bukiet. Liczą się wiersze, które są w stanie poruszyć – oryginalnym ujęciem tematu, nowym zestawieniem słów, skojarzeń, obrazów, a przede wszystkim autentyzmem. Gdy zza słów wyłania się prawdziwa twarz, a nie konwencjonalna maska – wtedy czuję, że autor ma mi coś ciekawego, czyli nowego do powiedzenia. Docieram do jego prawdy wewnętrznej i przebiegają mi po plecach ciarki, bo jestem blisko czyjejś intymnej Tajemnicy życia; bólu, radości, olśnienia, zauroczenia, zdziwienia... W dodatku wyrażonej jego i tylko jego słowami, niezapożyczonymi od innych. Bo przecież – każde niepowtarzalne czyli mocne przeżycie domaga się niepowtarzalnej formy, dopiero wtedy staje się w poezji prawdziwe...



Tekst pochodzi z książki „Przystanek Marzenie”, Zysk i S-ka, Poznań 2008.

Poezja: Robert Rutkowski ŁOWIENIE SPOD LODU



kaliban

Pro. I pitied thee,
Took pains to make thee speak, taught thee each hour
One thing or other: when thou didst not, savage,
Know thine own meaning, but wouldst gabble like
A thing most brutish, I endow'd thy purposes
With words that made them known: but thy vile race
Though thou didst learn, had that in 't which good natures
Could not abide to be wth; therefore wast thou
Deservedly confin'd into this rock,
Who hadst deserv'd more than a prison.
Cal. You thought me language, and my profit on 't
Is, I know how to curse: the red plague rid you,
For learning me your language!

Shakespeare, The Tempest


1. drzewo

najtrudniej
nie widzieć drzewa
ale drzewo
rozumieć

kaliban spotyka swoją myśl
już wypowiedzianą
dawniej
była szczekaniem psa
dźwiękiem łamanych gałęzi

teraz kiedy umie nazwać wszystko
czego potrafi dotknąć
czuje się nieswojo
uboższy
o każde wypowiadane słowo

mówi mało i rzadko
jakby bał się że przestanie istnieć
oddając się przedmiotom
lub tej zdradliwej przestrzeni
między słowami
o której wie jedynie
że istnieje

czasem kiedy myśli
spadają na niego jak drapieżne ptaki
chciałby opuścić ręce
wzruszyć ramionami

ale patrząc na drzewo
rozumie
że powrotu nie ma

2. owoc

żyjąc wśród ludzi
kaliban stopniowo nabierał pewności
że nie różni się od nich
niczym

zwierzę które oswajał w sobie
pragnieniem człowieczeństwa
w istocie okazało się
człowiekiem

od tamtej pory
jego ulubionym zajęciem
stało się
udoskonalanie
własnych rozczarowań

słowa
które dawniej kusiły go przestrzenią
stawały się coraz bardziej duszne
i obce

przestrzeń wypełniła woda

najtrudniej
widzieć drzewo

3. angielskie wyjście

kultura cię oszpeca
— mówili —

pozwól myślom
rozpływać się w ustach
zanim słowem staną
w gardle

chodź po wodzie od drzewa do drzewa

w końcu
wszyscy jesteśmy
niewolnikami
między bogiem
a prawdą

— mówili —

after all
there's always someone
who introduces you
a red herring




strach

mój strach
rozwija się i dojrzewa
razem ze mną

w dzieciństwie
trzymałem go w pudełku
po zapałkach

nocą
nasłuchiwałem
jak rósł

bawiłem się nim
niezdarny szczeniak
nie odstępował mnie
na krok

był przy mnie
kiedy kradliśmy sąsiadowi jabłka z sadu
i kiedy biliśmy się z chłopakami
zza rzeki

później
jego pysk dorósł
do oczu

wyprowadzałem go na spacer
szedł cierpliwie przy nodze
na krótkiej smyczy

czasem uciekał
znikał za rogiem
znaczył teren

beze mnie nie istnieje
myślę że właśnie dlatego
zawsze wraca

nocą
nasłuchuję jak rozpycha ściany
mojego domu



telefon do przyjaciela

radosławowi chudzikowi

jak będziesz niegrzeczny to pójdziesz do piekła
a tam nie ma lekko
diabły są brzydkie i brudne
gotują ludzi w kotłach ze smołą
i kłują widłami
a gdyby tego jeszcze było mało to wszędzie śmierdzi siarką
i tak wyobraź sobie CAŁĄ WIECZNOŚĆ
no — chyba że jesteś niewierzący
to kiedy umrzesz zakopią cię w ziemi gdzie będziesz gnić
aż w końcu zjedzą cię robaki
i tyle twojego
co sobie pożyłeś

jak będziesz miał trochę szczęścia to może trafisz do czyśćca
a tam niewiele lepiej
co prawda nie ma diabłów
ale trochę zalatuje siarką
i męczysz się bracie cholernie
pocieszać może jedynie fakt że jak już swoje odsiedzisz
to mogą wypuścić cię do nieba
ale nikt nie wie kiedy jest to już
i to jest chyba w tym wszystkim najgorsze
no — chyba że jesteś niewierzący
to kiedy umrzesz zakopią cię w ziemi gdzie będziesz gnić
aż w końcu zjedzą cię robaki
i tyle twojego
co sobie pożyłeś

ale za to jak będziesz grzeczny — pójdziesz do nieba
a tam bajka
nic nie musisz robić
chyba że chcesz to możesz sobie trochę pośpiewać w chórze
wysypiasz się i nigdy nie jesteś głodny
ciuchy masz zawsze czyste i wyprasowane
chodzisz bracie rozanielony ze wszystkimi których kochałeś za życia
i w ogóle jest tak pięknie
że hej
no — chyba że jesteś niewierzący
to kiedy umrzesz zakopią cię w ziemi gdzie będziesz gnić
aż w końcu zjedzą cię robaki
i tyle twojego
co sobie pożyłeś

a teraz wybieraj
zostały ci dwa koła ratunkowe
pół na pół i pytanie do publiczności
tego drugiego nie polecam
publiczność może być podkupiona



Krzesło

Wierzę w Krzesło, w którym zawsze znajduję oparcie. Jego stałość jest pewna, a prostota, wolna od niedomówień, nie pozostawia miejsca na demagogię.

Odkąd wyszedłem do ludzi z dobrą nowiną, wyśmiewają i szydzą z mojej wiary. W czym jest gorsza od innych, pytam, jeśli dzięki niej nie odczuwam tak dotkliwie ciągłego bólu w krzyżu?

Na każdym kroku ludzie, których nawet nie znam obrażają moje uczucia religijne. Dość tego! — krzyczę. — Od tej pory ktokolwiek użyje słowa Krzesło nadaremno, odpowie za to przed sądem.

Jestem święcie przekonany, że każdego czeka Krzesło Ostateczne, na którym wszystko będzie mu policzone.

Ale, oczywiście, dla sądu to żaden dowód.



***

nie wierzę poezji
która zostawia po sobie
jedynie popiół
i puste butelki po wódce

nie wierzę
upozowanym rimbaudom
z ostrym makijażem
nieprzespanych nocy

nie wierzę tym
którzy chodząc po kruchej tafli lodu
mówią
że chodzą po wodzie

poezja
to łowienie spod lodu




Wiersze pochodzą ze zbioru Łowienie spod lodu, Stowarzyszenie Literacko-Artystyczne Fraza, Rzeszów 2008.

Recenzja: Bożena Keff UTWÓR O MATCE I OJCZYŹNIE

Autor: Marek Trojanowski HISTORIAMOICHNIEDOLI.PL


Bożena Keff zanim stała się publicystką, badaczką literatury w Żydowskim Instytucie Historycznym im. Emanuela Ringelbluma, krytyczką filmową, tłumaczką, poetką, działaczką społeczną była zapewne – jak każda kobieta – szczęśliwą mężatką. I trwałaby w szczęściu i miłości, gdyby nie ten dzień – jeden dzień, w którym to mąż na obiad zażyczył sobie bigos.

Zakochana i szczęśliwa żona kupiła wszystkie składniki. Te niezbędne, potrzebne oraz te, które do bigosu się nie nadają. Po kilku godzinach spędzonych przy garach powstał niezwykły bigos. Oprócz kapusty, mięsa w potrawie połyskiwały do połowy rozpuszczone landrynki owocowe, które świetnie kontrastowały z brokułami na tle gotowanych na twardo jaj, które kucharka także do potrawy dodała. Bigos ten, co może wydawać się niezwykłe zagęszczony został zasmażką z dodatkiem rodzynek i orzeszków ziemnych. Ta mieszanina miała w zamierzeniu złamać silny odór kokosu.

Reakcja męża upewniła kobietę, by rzuciła gary i oddała mniej ambitnym zajęciom tak jak pisanie wierszy. Okazało się jednak, że kobieta jest taką samą poetką jak kucharką.

Sztuka kulinarna jest sztuką wyobraźni. Smak i potrawę należy sobie najpierw wyobrazić. Aromat chilli i czekolady połączyły się najpierw w głowie geniusza, dopiero później w miedzianym kociołku podgrzewanym na parze. Podobnie rzecz ma się z wierszami.

W 2008 r., Bożena Keff przy współudziale Korporacji Ha!art wydała tomik pt. „Utwór o Matce i Ojczyźnie”. W dziele tym objawił się kunszt kucharsko-literacki Bożeny.

W celu ugotowania tomiku poetka wzięła wszystko, co znalazła w TV Polsat, TVN, na regale z książkami, na szafce z gazetami, w domowym zbiorze DVD.

Są tu m.in.:

Lara Croft, Żydowski Instytut Historyczny, biedna kobieta, rodzona matka, Frodo, Kora, Kronos, komuna, „Polityka”, Polański i jego „Pianista”, Żyd, Alien, Ripley, Adolf Hitler, Nosferatu, solidarność, KOR, Rakowski, Urban, internowany mąż, Werner Herzog, Klaus Kinsky.

Jak widać prawdziwe bogactwo, świadczące o wyjątkowości zaplecza intelektualno-estetycznego, z którego czerpie poetka Bożena Keff.

Poetka, by nadać tekstom pewien wyraz dodaje tu i ówdzie „kurwę” albo „kurwę flaka” [nie wiem co to, ale ufam doświadczonej kobiecie-artystce, że wie o czym pisze]. Czasami w tekście można przeczytać zwykłe: „pocałuj mnie w dupę”. Dla przykładu:


Ty zdrajczyni! Ty zbawicielsko Moja!
Czemu mnie opuszczasz w tej dolinie
Padlinie. Zamiast trwać tu przy mnie
I słuchać jak we mnie burczy flak, przelewa się moje życie wewnętrzne
Z nieszczęścia w nieszczęście, którego jesteś powołana być świadkiem
Korusiu srusiu!
I nie ma dla ciebie innych powołań
kurwa flak!

[pieśń Meter. Ty zdrajczyni]


Albo:

Struchlałe ze strachu stoi zamarłe z opuszczenia, jelita żołądek serce
ścięte w lodowaty supeł,
na twarzy krzywy uśmieszek ironii wobec tej kretynki
który już jej zostanie na lata jako znak wyższej inteligencji
i ogólnego pocałuj mnie w dupę

[przyszła pora, gdy córka]


Tomik ma osobliwy układ formalny. Podzielony został na kilka części. Każda opatrzona została tytułem. Ale próżno szukać w książce spisu treści, który ułatwiłby orientację w gmatwaninie różnej rangi nagłówków.

Mała uwaga dla wydawnictwa: natychmiast zwolnić osobę odpowiedzialną za typografię.

Wydawca zamiast spisu treści umieścił na końcu książki siedemnastostronicową analizę bigosu poetyckiego Bożeny Keff, pod którą podpisały się:

Maria Janion
Izabela Filipiak

Która z pań pisała a która dyktowała? – Tego się nie dowiadujemy z analizy. Dowiemy się natomiast, że:

„matka z Utworu o Matce i Ojczyźnie jest polską Żydówką, która jedyna z całej rodziny przeżyła Holokaust”.

Na tym poziomie interpretacji pojawia się pewna nieścisłość. Być może jest ona skutkiem nieuwagi, może prowokacją. Trudno o tym przesądzić. W każdym razie Janion & Filipiak pomijają motyw ósmego pasażera Nostromo. Motyw istoty obcej – kosmicznego szkodnika z wysuwaną szczęką i kwasem zamiast krwi nie może zostać pominięty w analizie poezji Bożeny Keff. W wierszu „Statek Nostromo” czytamy:


Dekadę później bunty zeszły głęboko pod glebę
rodzinnego życia, które zapanowało jako wybawienie od rodzinnego/
życia.
Ripley jest teraz dorosła, wiele się zmieniło lecz w sumie niewiele,
a poza tym świetnie
się toczy życie na pokładzie rodzinnego statku. Alien jest w składzie/
załogi.

[Statek Nostromo]


„Alien w składzie załogi” pojawia się na 26. stronie tomiku. Do końca książki, czyli przez pięćdziesiąt trzy strony nie zaatakuje on „matki z Utworu o Matce i Ojczyźnie”. Dlatego też uzasadnione będzie rozszerzenie interpretacji Janion & Filipiak:

matka z „Utworu o Matce i Ojczyźnie” jest polską Żydówką, która jedyna z całej rodziny przeżyła Holokaust oraz atak Aliena, ósmego pasażera Nostromo.

Panie Janion & Filipiak mimo podjętego trudu (częstotliwość używania fraz: „Żydówka matka, Holocaust” – jest w tej kilkunastostronicowej analizie imponująca), nie są wstanie przekonać czytelnika, że lektura tomiku Bożeny Keff to przygoda z literackim bigosem, do którego autorka wrzuciła wszystko co miała w swojej literackiej kuchni.

Połączenie na jednej przestrzeni literackiej – a tak jest przecież odbierany tomik – tolkienowskiego Hobbita z Mieczysławem Rakowskim jest piramidalnym głupstwem, z którym może się równać tylko koktajlowa kombinacja wędzonej szprotki z truskawkami i winem za 4,50 zł za butelkę.


Bożena Keff, Utwór o Matce i Ojczyźnie, Korporacja Ha!art, Kraków 2008.

Recenzja: Olga Tokarczuk PROWADŹ SWÓJ PŁUG PRZEZ KOŚCI UMARŁYCH


Autor: Wioletta Sobieraj


Znana i ceniona polska pisarka, najczęściej tłumaczona i wydawana za granicą, napisała kolejną powieść. Tym razem, jak sama ją nazywa, jest to thriller moralny. I rzeczywiście – trudno odmówić autorce racji, ale w zupełnie innym kontekście, niż by sobie tego sama życzyła. Z kartek jej książki, owszem, wieje grozą, niestety nie z powodu sprawnie poprowadzonej akcji, pełnej mrocznych meandrów i zwrotów, tajemniczej atmosfery, barwnych, pełnokrwistych postaci, bo te zdecydowanie wypadły blado, ale z powodu braku rzemieślniczych umiejętności w konstruowaniu takich powieści, a określenie „moralny” zakrawa na kpinę, zwłaszcza w odniesieniu do działań głównej bohaterki – Janiny Duszejko – obrończyni zwierząt i jedynej sprawiedliwej na całym Płaskowyżu w Kotlinie Kłodzkiej z licencją na…, ale na co – to zostawiamy już dociekliwemu czytelnikowi, który niezrażony tą recenzją postanowi przeorać się przez to kuriozalne dzieło.

W swojej powieści autorka postanowiła rozprawić się przede wszystkim z myśliwymi, którzy to osobnicy znajdują przyjemność w zabijaniu zwierząt. Uważam, że temat jest ważny i godny dobrego pióra. Doskonale pamiętamy świetne opowiadanie Bohumila Hrabala „Najpiękniejsze oczy” z tomu „Święto przebiśniegu” – kilkustronicowe, bezpretensjonalne i arcywzruszające, w którym poznajemy krótką historię życia sarny, z jej punktu widzenia. Nie jest to ani „thriller”, ani tym bardziej „moralny”, za to genialna miniatura literacka. Po przeczytaniu tego opowiadania los zwierząt na pewno staje się bliski, a wrogość do myśliwych rośnie – ich postępowanie podlega jednoznacznej ocenie. Natomiast w powieści Olgi Tokarczuk stykamy się ze zwierzętami już nieżyjącymi albo ogarniętymi żądzą zemsty – jedno i drugie w schematycznym ujęciu i nie robi wrażenia; bohaterce giną dwa psy, które do tej pory biegały bezpańsko po całej okolicy, co nie budziło jej obaw o życie dzikich zwierząt, a chyba nie trzeba wielkiego intelektu, żeby wiedzieć, jakie zagrożenie dla zwierzyny stanowią psie włóczęgi. Ta obrończyni zwierząt, niestety, niewiele o nich wie. Na przykład beztrosko wypuszcza hodowlane lisy na wolność. Tylko jak one na tej wolności mają przeżyć? Nie wiadomo. Zoologiczną ignorancję autorka próbuje zastąpić skrupulatnie zebranymi wiadomościami o procesach wytoczonych w przeszłości naszym braciom mniejszym. W jednym z listów do policji, jakie pisze główna bohaterka, czytamy m.in. o pszczołach, które w 846 roku w Wormacji zostały skazane na śmierć przez uduszenie, za to, że pozbawiły człowieka życia. W innym procesie pozwano szczury, które jednak uniewinniono z powodu niemożności zapewnienia im bezpieczeństwa przy doprowadzeniu na salę rozpraw. Ten ostatni precedens miałby przemawiać na korzyść saren, które, według bohaterki, zabijają bezdusznych myśliwych i, co więcej, mają do tego prawo! Szkoda, że tak ważny moralnie temat został potraktowany z jednej strony ze zbędną historyczną skrupulatnością, a z drugiej z brakiem elementarnej wiedzy o zwierzętach. Zdecydowanie zabrakło w powieści ducha, który ożywiłby zarówno wydarzenia, jak i papierowe postacie.

Teraz przyjrzyjmy się Janinie Duszejko – narratorce i bohaterce w jednym. W zamierzeniu Olgi Tokarczuk jest zapewne postacią pozytywną, a może nawet alter ego samej autorki. Janina Duszejko to kobieta pięćdziesięcioparoletnia, obarczona wieloma wadami, aż chciałoby się powiedzieć ludzki z niej człowiek – sam niedoskonały i tak pięknie rozgrzeszający innych. W pierwszym zdaniu dowiadujemy się, że bohaterka z powodu wieku powinna wieczorami porządnie myć nogi, na wypadek, gdyby w nocy miało zabrać ją pogotowie. Niestety, nie wiemy, czy to robi, ale poznając ją bliżej i jej głęboką niechęć do higieny (brudne paznokcie u rąk, niemycie zębów i nieprzebieranie się przed snem, bałagan w domu, w którym nie można nic znaleźć) dochodzimy do wniosku, że raczej chodzi spać brudna. Jedyne odstępstwo czyni raz w tygodniu na rzecz czystego ubrania (nie mylić z czystym ciałem), makijażu i staranniejszej fryzury – wtedy idzie do pracy do szkoły, gdzie z pełnym zaangażowaniem, w przeciwieństwie do innych nauczycieli, uczy języka angielskiego dzieci do lat dziesięciu – powyżej tego wieku są „bardziej obrzydliwe niż dorośli”, więc traci nimi zainteresowanie, a one z kolei tracą indywidualność, co dla bohaterki jest nie do przyjęcia. Nie bardzo wiadomo, jak to zamiłowanie do ludzkiej indywidualności ma się z inną jej teorią, że „trzeba mówić ludziom, co mają myśleć, nie mam innego wyjścia, inaczej zrobi to kto inny”. I tu ujawnia się kolejna cecha pani Duszejko, a może i całej powieści Olgi Tokarczuk – brak konsekwencji i nierozumienie rzeczywistości. Pierwszy z brzegu przykład: w jednej ze scen kobieta parzy czarną herbatę dla siebie i gościa (ortodoksyjnie pija tylko czarną, jakby inne szkodziły), ale w efekcie podaje kawę; mieszka na odludziu, w otoczeniu gór i lasów, i dziwi się, że sarny zimą podchodzą blisko pod ludzkie siedziby; według niej śnieg najszybciej topnieje w lesie (pani Duszejko, inżynier od budowy dróg i mostów, oprócz języka angielskiego, uczyła kiedyś również geografii), a zaorana ziemia zimą jest cieplejsza od tej porośniętej trawą. Wiele tam podobnych problemów, w sam raz dla czwartoklasisty. Prawda, że wieje grozą?

Olga Tokarczuk obdarza swoją bohaterkę „syndromem Leniwej Wenus” (pani Duszejko zaniedbuje się i ponoć nie wykorzystuje swoich możliwości) i jednocześnie każe jej działać pod wpływem Gniewu. Gniew to uczucie, które doczekało się w powieści teoretycznej wykładni. Dowiadujemy się, że dzięki niemu umysł staje się jasny i przenikliwy i widzi się więcej; z Gniewu bierze się wszelka mądrość, On zaprowadza porządek i przywraca dar Jasności Widzenia. Nic, tylko wynieść gniew jako kategorię moralną do rangi najwyższej wartości. Ale owa teoria gniewu dotyczy tylko głównej bohaterki, bo gniew innych bohaterów – jest niesłuszny. Jedynie wobec niej sprawdza się to, co mówi „nasz Blake” (kilkakrotnie czytamy o naszym Blake’u, tylko nie wiemy, jakiej części wtajemniczonych czytelników ta naszość dotyczy): „prawdą jest, że kto czuje gniew, a nie działa, szerzy zarazę”, więc Janina Duszejko, nie mając innego wyjścia, działa. Działa w imię obrony praw zwierząt, a właściwie przeistacza się w anioła zemsty, chociaż anioły nie cieszą się jej przychylnością, bo według niej, jeżeli istnieją, to albo zrywają z nas (ludzi) boki ze śmiechu, albo stoją po niewłaściwej stronie. Niestety, ten powieściowy Gniew ma wymiar jedynie teoretyczny, jest blady jak świeżo umyte nogi Janiny Duszejko. My czytelnicy zupełnie go nie czujemy.

Po niewłaściwej stronie, w świecie Janiny Duszejko, stoi również Bóg, bo świat nie został stworzony dla człowieka, ku jego wygodzie i przyjemności – jak stwierdza pani inżynier w pewien zimowy poranek. Poza tym Bóg nie byłby w stanie unieść takiego cierpienia (ta kategoria dotyczy w powieści jedynie zwierząt, ludzi pomijamy), „tylko maszyna byłaby w stanie udźwignąć cały ból świata. Tylko maszyneria prosta, efektywna, sprawiedliwa. Więc słowo »Bóg« biorę w cudzysłów” – odważnie wyznaje orędowniczka braci mniejszych, z pominięciem jednak żab. Żaby są paskudne – „obrzydliwa jest ta siła, która kazała wchodzić Żabom jedne na drugie i bez końca kopulować w stawie Matogi”. Czyżby ta obrzydliwa siła to cudzysłowowy Bóg? To z pewnością kolejny argument przemawiający za tym, że ta książka to swoiście pojmowany thriller moralny. Jeśli chodzi o akt kopulacji zwierząt, do których i człowiek się zalicza, to przychodzą mi do głowy jeszcze psy, tak bezczelnie uprawiające ten niecny proceder na oczach wszystkich. Ale Olga Tokarczuk w tej kwestii zachowuje daleko posuniętą czujność – w powieści swobodnie biegają tylko suki, a te, jak wiadomo, na siebie seksualnie nie nastają. Natomiast ludzie zabawiają się pod kołdrą, tak jak Janina Duszejko. Robiła to już z protestantem i z katolikiem, ale najwyraźniej ci mężczyźni się nie sprawdzili – szczęśliwie, kolejny okazał się ateistą, nie wiemy, czy żonatym. Zaprosiła go pod kołdrę, ale „ponieważ nie jestem Czułostkowa ani Sentymentalna” – mówi – „nie będę się nad tym dalej rozwodzić”. Pewnie dobrze było – zgadujemy, i cieszy czytelnika, że w sumie można dopuszczać się tych żabich „obrzydliwości”, byle nie z katolikiem czy protestantem (bo to marni kochankowie); grunt, żeby po cichutku i pod kołderką. Amen. Ot, thriller moralny rozgrywający się w łóżku emerytowanej pani inżynier.

Gniew, poparty cytatami z Williama Blake’a, przywodzącymi na myśl dawne makatki z ludowymi mądrościami (np.: „Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść”, albo – „Na świętego Hieronima jest śnieg albo go ni ma”, w powieści zaś czytamy: „Beczenie, Wycie, Ryk, Szczekanie/ To jak o pomoc łomotanie”, albo: „Wypytujący z chytrą miną siedzi. Sam jednak nigdy nie zna odpowiedzi”) miał usprawiedliwiać działania pani Duszejko. Natomiast Astrologia miała ją w tych działaniach wspierać. Astrologia, oczywiście pisana w powieści przez wielkie A, kładzie się cieniem na całym świecie przedstawionym, można nawet zaryzykować twierdzenie, że nie Janina Duszejko, nie bezbronne zwierzęta, słuszny czy niesłuszny Gniew, tylko właśnie Astrologia jest w tej powieści najważniejsza, że wszystko zostało jej podporządkowane – krótko mówiąc, jest to pean na jej cześć. Wyjątkowa nadgorliwość Olgi Tokarczuk w podejściu do astrologii powoduje, że owa pseudonauka przeradza się mimochodem we własną karykaturę. Na stronie 72 po długim wywodzie na temat astrologii, działającej narkotycznie na swoich adeptów, czytamy: (…) „najmniejszy nawet fragment świata związany jest z innym skomplikowanym Kosmosem korespondencji, które trudno jest przeniknąć zwykłemu umysłowi. Tak to działa. Niczym japońskie auto”. Prawda, że to japońskie auto chwyta za serce, zważywszy, że Janina Duszejko swój samochód (japoński!) nazywa pieszczotliwie Samurajem i czuje się z nim emocjonalnie bardzo związana? Ów samochód wie, kiedy się zatrzymać, co ominąć, kogo obryzgać błotem: „Jest to pewna lojalność. Jak się żyje razem tyle czasu i jest się na siebie nawzajem zdanym, rodzi się coś w rodzaju przyjaźni”. I tu uważnemu czytelnikowi przychodzi do głowy kolejna myśl. Jak to się dzieje, że bohaterka, która nienawidzi piły czy kosiarki do trawy, bo to zbrodnicze narzędzia, tak roztkliwia się nad samochodem? Przecież tyle zwierząt i ludzi (chociaż o ludzi w tym thrillerze moralnym mniejsza) ginie każdego dnia pod kołami samochodów. Ale widać ten aspekt moralny umknął uwadze autorki, zresztą nie pierwszy i nie ostatni.

Ustępów poświęconych astrologii w powieści jest bardzo dużo, więc zainteresowanych odsyłam bezpośrednio do książki, uprzedzając, że i tak miejscami albo są nudne, albo niewiele można z tego zrozumieć bez podstawowej wiedzy z tej dziedziny. Ufamy jednak, że Olga Tokarczuk wie, o czym pisze, bo konsultowała się z Leszkiem Weresem (informuje o tym na końcu książki), polskim autorytetem od czytania przyszłości w gwiazdach. A jeśli ktoś poczuje się zażenowany swoją ignorancją w tym zakresie, to proszę się nie martwić, i o to Olga Tokarczuk zadbała, przypominając czytelnikowi co jakiś czas o Najważniejszej Książce pod Słońcem, mianowicie o „Efemerydach planet. 1920 – 2020” (pozwalamy sobie złośliwie zauważyć, że pachnie to kryptoreklamą). Janina Duszejko wyznaje, że właśnie „Efemerydy” wzięłaby na bezludną wyspę i za pomocą suwaka logarytmicznego stawiałaby horoskopy na lewo i prawo. Pytanie – komu? – pozostaje bez odpowiedzi. Ale póki nie jest na bezludnej wyspie – uwaga: „bez dotacji unijnych”! prowadzi badania nad datami urodzin i śmierci, a że datę swojej śmierci zna, czuje się kobietą wolną. I korzysta z tej wolności, wulgaryzując swoimi działaniami w słusznej sprawie słynne Kantowskie zdanie: niebo gwiaździste nade mną, a prawo moralne we mnie. Drugi teren jej poważnych badań to analiza wpływu gwiazd na programy telewizyjne: „Tym razem uważnie analizowałam program telewizyjny możliwie największej liczby kanałów i badałam współzależności między treścią filmów wyświetlanych danego dnia a konfiguracją Planet. Wzajemne związki były bardzo wyraźne i wydawały się oczywiste. (…)Zauważyłam na przykład, że pewien film o tytule „Medium”, bardzo poruszający i dziwny, pojawiał się w telewizji, kiedy tranzytujące Słońce wchodziło w jakiś aspekt do Plutona i Planet w Skorpionie. (…) Podobne prawidłowości udało mi się zaobserwować w przypadku serii filmów o Obcym, tym statku kosmicznym. Tutaj wchodziły w grę subtelne zależności między Plutonem, Neptunem i Marsem. Gdy tylko Mars aspektował jednocześnie te dwie powolne Planety, telewizja powtarzała którąś część „Obcego’. Czy to nie fascynujące?” Aha, i jeszcze jedno – bohaterka postuluje wprowadzenie astrologii do szkół policyjnych! Co tak nieśmiało?! A może do szkół w ogóle! Taka astrologia mogłaby z powodzeniem zastąpić znienawidzoną historię, fizykę czy geografię. Jednak coś za coś – suwak logarytmiczny bezwzględnie do opanowania i na dodatek matematyka. Na szczęście o obowiązkową matematykę na maturze zadbały już władze oświatowe, więc pierwszy krok zrobiony.

Niestety, na drodze głównej bohaterki stoi znienawidzona Ironia; wydaje się groźniejsza nawet od myśliwych. Postacie negatywnie postrzegane przez Janinę Duszejko albo uśmiechają się ironicznie, albo ironicznie mrużą oczy (jak wredny kłusownik po śmierci), albo mówią sarkastycznie i od razu wiemy, że mamy do czynienia z wrogimi, demonicznymi siłami. „Tego najbardziej nie lubię u ludzi – zimnej ironii. To bardzo tchórzliwa postawa; wszystko można obśmiać, poniżyć, w nic się nigdy nie zaangażować, z niczym nie poczuć się związanym”. W tym miejscu pozwalamy sobie zauważyć, że pani Duszejko, alter ego(?) Olgi Tokarczuk, myli ironię z cynizmem. A potępiając w czambuł ironistów za ich podły język, za „triwia i banalia”, potępia niemałą część literatury, zarówno polskiej jak i światowej. Ot, pierwsze z brzegu przykłady: Słowacki, Norwid, Prus, Reymont, Witkacy, Gombrowicz, a nawet Szymborska (ale to jeszcze ciepła ironistka, więc może jest w porządku). W powieści słyszymy dużo o tym, jak to u naszych południowych sąsiadów jest dobrze, ludzie mili i przyjaźnie nastawieni. Tak, na szczęście tacy ironiści, jak Karel Čapek i Jarosław Hašek już nie żyją. I rzeczywiście, gdyby tak odchudzić historię literatury światowej o Arystofanesów, Horacych, Dickensów itd. gwiazda Olgi Tokarczuk zajaśniałaby pełnym blaskiem na literackim nieboskłonie.

Mimo to Olga Tokarczuk robi wyraźny ukłon w stronę ironistów – chociaż nie lubi, to do końca nie lekceważy. Więc żeby nie narzekali, że w jej thrillerze brakuje elementów prawdziwej grozy, wprowadza do swojej powieści demony, które Janina Duszejko bezbłędnie rozpoznaje po zarośniętych włosami stopach. Stopy także doczekały się gruntownych badań i równie gruntownej teorii: „Stopy są najbardziej intymną i osobistą częścią ciała, wcale nie genitalia, nie serce” – czytamy w książce – „nie mózg, narządy bez istotnego znaczenia” (sic!), „które zbyt wysoko się ceni. To w stopach kryje się cała wiedza na temat Człowieka, tam spływa z ciała ważki sens tego, kim naprawdę jesteśmy i jak odnosimy się do ziemi. Stopy to są nasze wtyczki do kontaktu. A teraz te nagie stopy były dla mnie dowodem jego innego pochodzenia. Nie mógł być Człowiekiem. Może był czymś w rodzaju demona. Istoty demoniczne inaczej pieczętują ziemię”. Pani Duszejko oczywiście ma znacznie większy pakiet „genialnych” teorii, którymi chętnie dzieli się z czytelnikiem, ale przecież naszym zadaniem nie jest psucie mu przyjemności w ich poznawaniu.

Na zakończenie pozwolimy sobie zrobić jeszcze kilka uwag. Postać Janiny Duszejko wydaje się być skrojona na wyraźne czytelnicze zamówienie – starsza kobieta, nie pozbawiona wad, ale i „cennych” zainteresowań astrologią, żyjąca za pan brat z telewizją. Telewizja ją uspokaja (oj, bałamutne stwierdzenie!), dzięki niej kobieta zna numer na policję (zgrabne podkreślenie misyjnej funkcji telewizji, zwłaszcza w okresie wzmożonej batalii o abonament), a do szczęścia potrzebuje jedynie, żeby uruchomiono kanał „TV Wpływy Kosmosu”. Kolorowych czasopism unika, bo wpędzają ją w kompleksy (najprawdopodobniej młodość okładkowych piękności), a poczucie niższości w kontaktach z ludźmi i tak ją prześladuje, więc po co je dodatkowo pogłębiać. My, ze swej strony, myślimy jednak, że z tym poczuciem niższości pani Duszejko trochę nas kokietuje. Przecież nie do każdego nauczyciela podstawówki byli uczniowie zwracają się – „pani profesor”, co, naszym skromnym zdaniem, i w odniesieniu do nauczycieli szkół średnich wypada śmiesznie, ale co tam. Jej słabością są zwierzęta, zwłaszcza psy, więc kiedy giną bez wieści, rozpoczyna się akcja tego pseudothrilleru moralnego, bo prawdziwy thriller moralny to co najwyżej rozgrywa się w głowie bohaterki, którą męczą senne koszmary. Ale i na to Janina Duszejko ma niezawodny patent i w tej jednej jedynej kwestii zupełnie się z nią zgadzamy, i polecamy go poważnej rozwadze wszystkim niezdecydowanym czytelnikom, którym talent Olgi Tokarczuk nie zrobił jeszcze wody sodowej z mózgu, jak telewizja – milionom oglądających ją kobiet (w pewnym wieku): „Stary sposób na senne koszmary jest taki, że trzeba je opowiedzieć na głos nad otworem ubikacji, a potem spuścić wodę”.

Z przykrością stwierdzamy, że na nic innego nie zasługuje również najnowsza powieść o karkołomnym tytule „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, która w naszej ocenie nie jest tworem nieskrępowanej wyobraźni, jak chciałaby autorka, tylko efektem telewizyjnej edukacji (gadające głowy), niedociągnięć warsztatowych i intelektualnej hochsztaplerki, ale to nie dziwi u kogoś, kto zdaje się mieć w pogardzie „głupie i sztywne reguły rozumu,” których niezbyt udany literacki „romans” z Williamem Blake’em nie zastąpi. Chyba, że Oldze Tokarczuk, poza paniami w pewnym wieku, które od urodzenia są przyzwyczajone przyjmować wszystko na wiarę, na innych czytelnikach nie zależy. I w ogóle nie ma większych ambicji, a to zamieszanie wokół niej i wynoszenie jej na szczyty współczesnej polskiej literatury jest jedynie dziełem krytyków, dla których na bezrybiu i rak ryba. Przecież każdemu wolno pisać. Z drugiej strony promowanie zabobonu, ciemnoty, lenistwa, niedouctwa jest zastanawiające – kiedyś z tym „cnotami” walczono. Teraz, w dobie upadającej oświaty, widać coraz śmielej wypływają na wierzch. Szkoda, że w przypadku tej powieści właśnie one mają decydować o czytelniczej atrakcyjności. Przecież nie można nie zauważyć negatywnych skutków takiego zabiegu. Bohaterka nad wyraz szczodrze wyposażona w owe „cnoty” nie jest przekonująca, a do tego, podobnie jak wspomniana wcześniej astrologia, wypada karykaturalnie, z wielką stratą dla tak ważnego społecznie problemu jak mordowanie zwierząt, a jesteśmy głęboko przekonani, że Oldze Tokarczuk na osiągnięciu takiego efektu nie zależało.


Olga Tokarczuk, Prowadź swój pług przez kości umarłych, Wydawnictwo Literackie, Kraków, 2009.

Poezja: Jan Siwmir WIERSZE SUBIEKTYWNIE WYBRANE




Troja

Tomaszowi Sobierajowi

O czym mam wam opowiedzieć,
kiedy tak siedzimy przy stole
pełnym wódki, zakąsek, sernika i tureckich delicji?

Czekacie na wrażenia z podróży,
a ja nie wiem, którą historię wybrać.
O królu Menelaosie, co naiwnie zaufał?
O kawałkach sznura na rękach Heleny?
Parys przecież musiał
skrępować ręce swojej ukochanej,
tak, dla niepoznaki, żeby świat nie mógł
nazwać jej dziwką.

A może chcecie usłyszeć o kolczykach całujących jej uszy,
zdumionych miękkością ciała, szeleszczących na wietrze
jak starożytne dzwoneczki?

Pragnąłem wziąć ją za rękę, zsunąć naszyjnik,
delikatnie dotykając ramion, splątać nasze włosy,
zastąpić słońce liżące rozgrzaną skórę szyi.
Przemknąć wśród jej niedomkniętych powiek
na drugą stronę naszych oddechów, upić się niedosytem
i spełnieniem.

Lecz tylko odwróciłem wzrok, schodząc ze wzgórza,
uciekając od samego siebie w bezpieczne,
sprawdzone marzenia.
Wybaczcie bogowie, stchórzyłem,
bo nie ma już Troi mogącej nas przygarnąć,
nie ma króla Priama.
Co gorsza,
objuczone kamieniami, dyszące zazdrością
greckie wojska zemsty
od wieków czają się w cynicznym uśmiechu
każdego z was.



Efez

W całym kraju powietrze drga echem minionych erupcji.
Pył unoszący się w słońcu zakrywa nagie ciała
zwalniając oddech,
a potem rytmicznie przyspiesza pomiędzy udami.

Falujące powietrze zaczyna rozmywać kształty ruin,
gdzieś słychać miauczenie kota, nawoływania przewodników,
podniesione z irytacji wielojęzyczne głosy .
Tysiące sandałów powtarza tu krok po kroku.

Słyszysz to, nie słysząc jednocześnie.
Otwierasz usta i czekasz aż wchłonie cię żar,
trzymając delikatnie za ramiona.
Przez chwilę czuć słony zapach spalonej w słońcu trawy,
ciepły powiew głodnej od pragnień ziemi.

Nieostrożnym ruchem strącasz
niedawno odkopany kawałek dzbana.
Delikatny stuk zabrzmiał jak dalekie,
antyczne dzwony .
Horyzont rozkołysał się rydwanem w galopie.
Zatrzęsło, zadrżało.

Lecz już po chwili nic nie ma. Odjechał.
Przyciskasz gliniane skorupy do twarzy, kalecząc dłonie
i szeptem dziękujesz za to,
że trzęsienia ziemi wciąż jeszcze są możliwe.


Jan Siwmir, 2009

Recenzja: ODESSA TRANSFER. Reportaże znad Morza Czarnego.

Autor: Tomasz Sobieraj PORTAL KSIĘGARSKI



Antologie, szczególnie te pojawiające się ostatnio na naszym rynku wydawniczym, to byty specyficzne. Wynika to już z samego na nie przepisu: należy zaprosić do udziału w przedsięwzięciu kilku pisarzy znanych, kilku znanych mniej albo nawet całkiem tajemniczych i zaproponować im napisanie tekstu na zadany temat, zwykle jakiś okolicznościowy albo aktualnie modny. Skutek zwykle jest taki, że ci „ważniejsi” – jeśli w ogóle łaskawie się zgodzą – piszą byle co i byle jak, bo przecież są wielcy i każde ich słowo jest jak uniesiona nad głową Mojżesza kamienna tablica. Natomiast pretendenci do sławy dają z siebie wszystko – i czasem ze skutkiem doskonałym. Następnie biorą się za taki produkt zaprzyjaźnieni z wydawcą krytycy, którzy, z właściwą swojej profesji krótkowzrocznością, dostrzegają tylko tych uznanych współautorów, milcząc na temat pozostałych, stanowiących jedynie tło i wypełniacz. Taka ignorancja i niechęć do wszystkiego, co nieznane, niepokojąca u ludzi, którzy podobno pracują umysłowo, prowadzi do skostnienia literatury i jej prowincjonalizacji. Ale to już temat na inną historię.

Istnieją jednak antologie, gdzie zarówno ci wielcy, jak i ci szerzej nieznani autorzy, przedstawiają bez wyjątku najwyższą literacką klasę. Należy do nich Odessa Transfer – zbiór reportaży, esejów i opowieści, których duchem przewodnim jest Morze Czarne i krainy do niego przylegające: miejsca dla Europejczyka z Zachodu, a nawet i dla nas odległe, tajemnicze i baśniowe, owiane legendą i spowite – niekiedy krwawą – przędzą historii i losu, snutą przez Homerowe Klothes bareiai, miejsca pamiętające Owidiusza i Rustawelego, Mickiewicza i Puszkina, a kto wie, może nawet Argonautów i pierwszego prawdziwego podróżnika – Jazona. Współcześni Argonauci, wybrani przez berlińskie wydawnictwo Suhrkamp do literackiej podróży przez Pontos Euksenios – Morze Gościnne, jak je nazywali Grecy w czasach starożytnej kolonizacji jego wybrzeży, to pisarze należący do różnych pokoleń, narodów, kultur, różniący się wykształceniem, bagażem życiowych doświadczeń i wiedzą. Łączy ich region Pontu, czy szerzej – Czarnomorza, dla jednych przyjazny i piękny, dla innych mniej gościnny, często budzący grozę i koszmary przeszłości. Wszyscy jednak ulegli jego magii, niektórzy zaś, co wyłania się z kart tej książki, zapałali do niego miłością, tą jedyną, silną i prawdziwą, jaka zdarza się w życiu tylko raz. I nawet jeśli jest to miłość tragiczna, niczym miłość Medei rzuconej w objęcia Jazona, to ślad, jaki zostawiła, nie jest jedynie blizną czy stygmatem. Jest także stymulującym artystycznie, skrytym – niekiedy głęboko w podświadomości – psychicznym tatuażem. Znakiem bolesnym, gdy powstaje, noszonym z dumą, gdy czas zagoi ranę.

Książkę otwiera przedmowa KATHARINY RAABE – niemieckiej muzykolożki (ach, ta polityczna poprawność i jej cudowne językowe degeneraty!) i historyczki filozofii, znawczyni literatury wschodnioeuropejskiej. Przedmowa ta, to w istocie esej i jednocześnie wnikliwa analiza toposu Morza Czarnego jako miejsca spotkania się Wschodu z Zachodem, Azji z Europą, przenikania się greckiego euksenios i auksenos – gościnności i niegościnności. AKA MORCHILADZE, gruziński historyk i publicysta, pisze o Batumi – nadmorskim mieście blisko granicy tureckiej, mieście pachnącym ucieczką z obozu, jakim była socjalistyczna Gruzja, mieście wielokulturowym, na granicy chrześcijaństwa i islamu; czyni to z pasją i erudycją, opowiada historie arcyciekawe i barwne, sięgając czasów starożytnych, średniowiecza, carskiej Rosji i przechodząc do radzieckiej Gruzji, odkrywa fakty i legendy szerzej nieznane, a porywajace i tajemnicze niczym niezbadane terytoria. EMINE SEUGI ÖZDAMAR, pochodząca z Turcji aktorka, reżyserka i pisarka, wstrząśnięta politycznym zabójstwem publicysty Hranta Dinka, tureckiego Ormianina, pisze w istocie na ten sam temat co on – temat bardzo niewygodny dla świata, zapomniany i ignorowany, a przecież nie mniej potworny niż holokaust – chodzi o ludobójstwo, a właściwie rzeź, jakiej dokonali Turcy na Ormianach, i o wysiedlenie Greków pontyjskich, a które to wydarzenia stały się inspiracją dla nieco późniejszych hitlerowskich poczynań. ANDRZEJ STASIUK, chyba jedyny prawdziwy polski eksportowy Pisarz (duże P użyte świadomie), podróżuje do Istambułu i rozczarowuje się, bo zamiast oczekiwanego Orientu, z jego atrybutami w postaci osiołków, kurzu, przypraw korzennych i burnusów, dostaje azjatycką wersję Okcydentu, z czystymi miasteczkami, nowoczesnymi autostradami i intensywnym rolnictwem. Stasiuk dostrzega to, co Polacy wypierają ze świadomości bądź do niej nie przyjmują – że kultura Bałkanów i Wschodu nie jest w niczym gorsza niż nasza własna, postrzegana przez mętne szkiełko pomniejszające polskiego nacjonalizmu, a wpływy tureckie i tatarskie są u nas większe, niż się to powszechnie wydaje. Mistrzowski reportaż, pisany z wrażliwością, nie pozbawiony erudycyjnych smaków. SIBYLLE LEWITSCHAROFF, pisarka o bułgarskich korzeniach, mieszkająca od urodzenia w Niemczech, zabiera nas w swoim opowiadaniu na Wyspę Szczęśliwców, leżącą gdzieś u brzegów Bułgarii wyimaginowaną utopię; liczne odwołania do Thomasa Pynchona, Michaela Carrougesa, Marcela Duchampa i Haralampiego Oroschakoffa, tworzą wraz ze zmyśloną historią filozoficzną baśń. TAKIS THEODOROPOULOS, grecki pisarz, eseista, tłumacz ze starogreckiego, robi to, co zwykle – bada wpływ literatury antycznej na współczesną kulturę. Tym razem przeciwstawia Odyseusza – zwykłego pechowca i ofiarę losu, Jazonowi – nietzscheańskiemu niemal nadczłowiekowi, kierowanemu wolą mocy zdobywcy, który podejmuje wyprawę po złote runo i kończy... no cóż, wszyscy wiedzą jak. Wyprawa Jazona to mitologiczne zdobycie Morza Czarnego, jednocześnie pretekst dla Theodoropoulosa, by na jej tle snuć interesujące rozważania na temat historii, literatury, ba, nawet psychologii społecznej – wszystko to w sposób błyskotliwy i interesujący, z wielką kulturą literacką. MIRCEA CÄRTÄRESCU, świetny rumuński pisarz, wykładowca literatury w Bukareszcie, zabiera nas w świat swojego dzieciństwa i morza mitycznego, widzianego po raz pierwszy, oraz w świat dorosłości i morza niegościnnego czasów dyktatury Geniusza Karpat. W te powroty wpisana jest postać najbardziej chyba znanego na świecie wygnańca, Owidiusza, zesłanego do Tomis, dzisiejszej Konstancy, przez cesarza Augusta. Cärtärescu, wielki erudyta, doskonale wiąże historię rzymskiego poety ze zmysłowym, soczystym, rzekłbym hemingwayowskim opisem. ATTILA BARTIS, węgierski fotografik, pisarz i felietonista, urodził się i pierwsze szesnaście lat życia spędził w Rumunii, w czasach reżimu Ceauşescu. To wystarczyło, by Morze Czarne stało się dla niego symbolem traumy, a budowa kanału łączącego je z Dunajem, zamieniła się we wstrząsającą historię o niewolnikach, w większości więźniach politycznych, którzy realizowali ambitne plany rumuńskiego przywódcy w warunkach bliskich obozom zagłady. Tytuł opowieści Bartisa, Przemiany, zapożyczony z dzieła Owidiusza, jest intrygującym tropem dla dociekliwego czytelnika. KATJA LANGE-MÜLLER, niemiecka pisarka, laureatka licznych nagród, to zdecydowanie najsłabszy element tej antologii – co nie znaczy, że zły, niemniej, na tak doskonałym tle, nieco razi jej urzędniczy język i logiczne potknięcia, jak np. wspomniane przez nią budki, w których sprzedawano napoje z eksportu (!) albo o mały włos potrącony koń, któremu w środku rumuńskiego nadmorskiego lata z chrap leciała para, do tego tak obficie, że szyby samochodu zaszły mgłą. Jednak sama historia romansu Niemki z Niemiec i Niemca z Rumunii a przede wszystkim tej historii werystyczna otoczka z początku lat dziewięćdziesiątych, ciekawe. NICOLETA ESINESCU, mołdawska, czyli właściwie rumuńska (jeśli wziąć pod uwagę język ojczysty) dramaturg (dla feministek i miłośników poprawności politycznej – dramaturżka); studiowała teatrologię i scenografię w Kiszyniowie. Można by rzec, że to rumuńska Masłowska, gdyby nie to, że wykształcenie, erudycja, wrażliwość, wyobraźnia a nade wszystko literacki warsztat Esinescu, stawiają ją lata świetlne przed naszą „genialną” pisarką. Poemat Odessa transfer to wyśmienity przykład poezji istotnej, walczącej, społecznie zaangażowanej, ukazującej ponury obraz dzisiejszej Mołdawii (Mołdowy), kraju o nieskrystalizowanej tożsamości narodowej, kraju równie pełnego paranoi i paradoksów jak Polska. Przeciwstawiony jest tej wizji świat dzieciństwa utraconego, mitu dziewczynki z radzieckiego miasta w Besarabii, marzącej o prawdziwych dżinsach. Niby banalne. Ale jak napisane! KARL-MARKUS GAUSS, austriacki pisarz i krytyk literacki, laureat licznych nagród, zabiera nas w podróż do Odessy, miasta wieloetnicznego, które, podobnie jak w Polsce Łódź, było imperialnym eksperymentem, kaprysem, przejawem woli zbudowanym właściwie od podstaw dzięki jednemu skinieniu władczej ręki, w przypadku Odessy była to ręka Katarzyny Wielkiej. Gauss zachwyca umiejętnością stworzenia klimatu opowieści, stylem, erudycją, reporterskim zmysłem obserwacji, ale przede wszystkim przedstawia niezwykle ciekawe fakty z przeszłości, które trudno byłoby znaleźć w opasłych tomach historii powszechnej. SERHIJ ŻADAN, ukraiński poeta i pisarz, absolwent germanistyki i ukrainistyki, proponuje wyprawę na wybrzeźe Półwyspu Krymskiego. Jednak jego opowieść to nie reportaż w ścisłym słowa tego znaczeniu, to przede wszystkim próba mityzacji banalnej rzeczywistości, to poetycka proza, piękna i do tego napisana z humorem, dowodząca wrażliwości, emanująca obrazami plastycznymi, raz sennymi, to znów realistycznymi, przywodzącymi niekiedy na myśl prozę Schulza. KATJA PETROWSKAJA, mieszkająca od 1999 roku w Berlinie publicystka, z wykształcenia slawistka i literaturoznawca, opowiada o dziecięcym, elitarnym obozie Orlonok koło Soczi. Wychowuje się tam młode rosyjskie lwy, przyszłą kadrę naukową, polityczną i kulturalną Rosji. Obraz znany i w Polsce, a także, jak sądzę, w innych krajach ze szkoleń w dużych firmach, gdzie nacisk kładzie się na budowanie zespołu i przezwyciężanie trudności. Różnica jednak jest zasadnicza, o czym Pietrowskaja zapomniała wspomnieć – dzieci w Orlonoku traktują pobyt na obozie jako wyróżnienie, bawią się i są tam z własnej woli, podczas gdy dorośli niewolnicy w korporacjach muszą – jeśli nie chcą stracić pracy – poddawać się indoktrynacji i upokorzeniom w imię przezwyciężania trudności, by łatwiej mogli osiągnąć cel, jakim jest zysk. Widać, że autorka nigdy też nie słyszała o elitarnych prywatnych szkołach na Zachodzie i podobnych w idei do Orlonoka tamtejszych obozach dla przyszłych elit, traktując obóz czarnomorski jako przypadek na świecie endemiczny. Niemniej, tekst napisany sprawnie, z ciekawymi migawkami z Soczi – rosyjskiego miasta palm, jachtów, pałaców i zimowej olimpiady w 2014 roku, położonego u stóp dumnego Kaukazu. Antologię kończy NEAL ASCHERSON, brytyjski historyk i dziennikarz. Pisze on o konfliktach wywołanych przez Gruzję z Abchazją i Osetią Pd. jako przejawach gruzińskiego „skrajnego nacjonalizmu” i imperialnych zapędów prezydenta Saakaszwilego, kolegi naszego prezydenta. W mądry i wyważony sposób Acherson przedstawia źródła konfliktów, wytyka błędy Unii Europejskiej, USA i Gruzji wobec tych krajów, ujawnia obraz, którego polski czytelnik nigdy by nie poznał ani nie zrozumiał, zdawszy się na krajowe, służalcze i niedouczone media. Temat konfliktów na Kaukazie jest w eseju brytyskiego znawcy regionu Czarnomorza naświetlony z wielu stron, chłodno i obiektywnie, jak na obywatela Albionu i uczciwego historyka przystało.

Specjalne wyrazy uznania należą się tłumaczom tej antologii: Agnieszce Nowakowskiej, Elżbiecie Kalinowskiej, Michałowi Petrykowi, Annie Góreckiej, Przemysławowi Kordosowi, Szymonowi Wcisło, Sławie Lisieckiej, Joannie Kornaś-Warwas i Dorocie Stroińskiej, którzy swoją pracą udowodnili, że przekład też jest sztuką, wymagającą zarówno znajomości rzemiosła, jak literackiego talentu, oraz, co wcale nie jest najmniej ważne, dyscypliny, która utrzyma w ryzach wyrywającą się chęć kreacji.

Wydawnictwo Czarne zrobiło tą książką wymagającemu czytelnikowi prezent wielokrotny: dostarczyło lektury na najwyższym poziomie; pokazało, jak bardzo twórczość polskich uznanych i nagradzanych pisarzy (i pisarek) tkwi w prowincjonalnym getcie i odbiega od europejskich standardów, opartych na intelektualizmie, wiedzy, warsztatowej sprawności, estetyzmie, wrażliwości, refleksji i umiejętności nawiązania dialogu z poprzednikami; umożliwiło zdobycie wcale niemałej wiedzy na temat ciekawego i mało znanego regionu Czarnomorza; zachęciło do bliższego zapoznania się z twórczością wszystkich autorów tej antologii. No i ta dyskretna, elegancka okładka autorstwa Agnieszki Pasierskiej z fotografią Elliotta Erwitta! Jak dla mnie ocena celująca.



Odessa transfer. Reportaże znad Morza Czarnego, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2009, pod redakcją Kathariny Raabe i Moniki Sznajderman.