LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA SPOŁECZEŃSTWO
______________________________________________________________________


Rozprawa: Stefan Okołowicz „WITKACY RZUCIŁ SIĘ JAK SZCZERBATY NA SUCHARY" Witkiewicz w czasie pierwszej wojny światowej.



W katalogu wystawy fotografii Witkiewicza zatytułowanej Witkacy. Psychoholizm zorganizowanej przez Bunkier Sztuki w Krakowie w zeszłym roku, której byłem współkuratorem, Maria A. Potocka zamieściła tekst o naukowo brzmiącym tytule Antropologia sztuki. „Ja“ jako materiał twórczy[1]. Autorka w kilku zdaniach nakreśliła rosyjskie przygody Witkiewicza. Ograniczały się one do tego, że „W Petersburgu „udało się“ Witkacemu żyć przez kilka lat bez głodu sensu“[2] oraz że „udało mu się zagłuszyć zagubienie egzystencjalne oszołomieniem alkoholowym, perwersją seksualną, strachem na polu bitwy“[3]. Do ukrócenia tego bezsensownego rozwydrzenia przyczyniła się sama matka historia, która „na szczęście przerwała zażywanie tych egzystencjalnych narkotyków“[4]. A dalej: „Efektem tego eksperymentu było zrozumienie psychicznej tandety i odkrycie obrzydzenia, jakie niesie ze sobą życie bez wysiłku i wartości“[5].

Z kolei jego decyzja o wstąpieniu do rosyjskiej armii, aby bronić Polski została skomentowana następująco: „… kolejnym ważnym momentem kształtującym osobowość Witkacego był okres służby carskiej. Witkacy «rzucił» się na możliwość wzięcia udziału w wojnie „jak szczerbaty na suchary“[6].

„Cóż ci na to odpowiedzieć, nieszczęśniku? –– mógłby jeszcze raz powtórzyć Witkiewicz, gdyby żył – […] „… jest to gędziolenie kwalifikujace się wprost bez żadnych zmian do humorystycznego pisma“[7]. Ironia autorki dotyka samego człowieka-artysty i szczerze dokonanego wyboru w trosce o losy Ojczyzny, także transformacji wewnętrznej jaka dokonała się w nim w Rosji. Przemiana zaszła w jego świadomości w wyniku pozytywnego impulsu, w kontakcie z tamtejszym środowiskiem artystycznym, której „na szczęście nie przerwała historia“, a przebudowa światopoglądu na skutek negatywnych doświadczeń jakimi były: dekadencja tamtych czasów, wojna i niektóre aspekty rewolucji. Wątpić też należy czy kiedykolwiek Witkiewicz prowadził życie „bez wysiłku i wartości“, również w Rosji. Z kolei zrządzenie losu jakie stało się jego udziałem nazywa autorka „eksperymentem“, co jest z gruntu chybione, podobnie jak skwitowanie przeczucia końca cywilizacji i kultury, właściwe dla katastrofizmu Witkacego jako „niedoróbki filozoficznej“.

„Suchary“ Potockiej w kontekście wojny bardziej kojarzą się z relacją jednego z brytyjskich oficerów frontowych, który zapisał w swoim dzienniku: „Pod wpływem wysokich temperatur konserwa wołowa i ser stawały się niejadalne, herbatniki były tak twarde, że jeden z żołnierzy złamał na nich aż siedem zębów“, niż z faktami biografii Witkiewicza.

Autorka rozwija styl, polegający na intensywnym nagromadzeniu zarazem radykalnych, ryzykownych, jak i zupełnie nietrafionych konkluzji - powiedzmy – również szokujacych.

Pisze Potocka: „Zarówno powód znalezienia się w elitarnym oddziale armii carskiej, jak i wydarzenia związane z pobytem w Petersburgu kryją zawiłe przyczyny, trudne do zrozumienia i zaakceptowania przez „zdrowego“ interpretatora historii…“[8].

Otóż epizody petersburskiego życia Witkacego były tematem wspomnień wielu przyjaciół i znajomych Witkiewicza, zaś faktami związanymi z jego służbą wojskową, także działaniami artystycznymi i ich interpretacją zajmowali się liczni badacze twórczości artysty. O ile mi wiadomo Maria A. Potocka jest szczęśliwą posiadaczką wydanej w zeszłym roku książki Witkacego portret wielokrotny[9], autorstwa „zdrowego interpretatora“ biografii Witkiewicza Janusza Deglera, z zamieszczonym w niej najdokładniejszym opracowaniem rosyjskiego okresu artysty 1914 – 1918, opartym na wielu dokumentach z archiwów wojskowych, takich jak choćby Przebieg służby (Posłużnyj spisok) porucznika piechoty przynależnego do Lejb-Gwardii Pawłowkiego Pułku Witkiewicza[10], czy Curriculum Vitae[11] Stanisława Ignacego Witkiewicza, porucznika rezerwy i na innych nieocenionych wprost materiałach. Należy zwrócić uwagę także na zeszłoroczny, świetnie napisany artykuł Lecha Sokoła pt. Od traumy do samobójstwa. Stanisław Ignacy Witkiewicz (Witkacy) jako ofiara dwóch wojen światowych[12], którego już sam intyrygujący, wstrząsający tytuł zachęci do lektury.


Oko w oko ze śmiercią

Reakcja Witkiewicza na tle decyzji tysięcy ochotników, którzy na wieść o wybuchu wojny masowo wstępowali do wojska wydaje się oczywista i naturalna. Nic w niej karkołomnego, czy niedorzecznego, co kojarzyć by się mogło z „rzucaniem się szczerbatego na suchary“. Wybuch wojny wstrząsnął Witkacym od tego stopnia, że konkretnie spojrzał na swoje życie i szybko podjął decyzję co powinien zrobić w takiej sytuacji: „Przyszedł czas, że osobiste rzeczy trzeba odłożyć, wyrzec się myśli samobójczych, które są głupstwem wobec tego co się dzieje, i zrobić nareszcie coś ze swojego życia, z resztek sił, które zostały“[13].

Przytoczmy kilka zdań artysty z listów do rodziców:

„Pomyślcie, jak straszne jest to, co mnie jeszcze spotyka. W tak strasznej chwili, kiedy krajowi i Wam grozi niebezpieczeństwo, ja nie mogę się do Was dostać – o tysiące kilometrów od Was odległy w bezczynności i rozpaczy“[14].

„Oglądanie roślinek australijskich, kiedy tam wypadki tak straszne, żadnego sensu nie ma. Wobec takich rzeczy życie nabiera większego sensu“[15].

„Chciałbym teraz tam być i bić się, i zginąć przynajmniej godnie“[16].

„…uratować honor i nareszcie dokonać czegoś i zginąć razem z walczącymi…“[17].

„Może w ten sposób godniej zakończę życie niż w samobójstwie albo malowaniu pejzażyków na Nowej Gwinei…“[18].

„Wstrzymuję się z dalszym opisem Australii“[19].

„Oby moja śmierć nie była głupim przypadkiem i żebym zginął pożytecznie. Tej jednej rzeczy można mi życzyć“[20].

Na Antypodach Witkiewicz był tylko gościem. Dla porównania jego reakcji na wybuch wojny sięgnijmy do notatek Ellisa Luciano Silasa,[21] londyńskiego malarza, który urodził się w tym samym roku, co Witkacy, a który w 1907 roku wyemigrował do Australii. Znajdując się podobnie jak Witkiewicz o tysiące kilometrów od europoejskiego frontu mógłby nadal w sprzyjającym australijskim klimacie spokojnie malować obrazy. Ale po wybuchu wojny, choć długo rozważał czy powinien wstąpić do wojska, ostatecznie pełen oporów zaciągnął się jako sygnalista. W swoim dzienniku zanotował: „Nie cierpię powieści wojennych, żołnierzy i służby wojskowej. Nie czytałem
dotąd wiadomości z frontu i nadal nie mam zmiaru. Wiem tylko, że jest wojna i muszę odsłużyć swoje. Będę szczęśliwy kiedy to wszystko się skończy. Nienawidzę takiego życia“[22]. Prowadząc swój prywatny dziennik w czasie kilku tygodni uczestniczenia na brytyjsko-tureckim froncie opisał makabryczne sceny jakie działy się na pierwszej linii okopów. Ostatecznie na dwa dni przed ewakuowaniem go z powodu zaburzeń psychicznych i wielomiesięcznym pobycie w szpitalu na czym skończyła się jego kariera wojskowa, zdążył jeszcze zanotować: „Mało śpię, boję się zasnąć, bo mam przerażajace sny. Nie staram się rzetelnie prowadzić dziennika. Mam nadzieję, że uda mi się o tym wszystkim zapomnieć. Czuję skrajne zmęczenie. Byłoby fatalnie gdybym sknocił wpis i nie upamiętnił należycie swoich dzielnych kolegów“[23].

W tym miejscu należy przypomnieć, że Witkiewicz po kontuzji odniesionej 17 lipca 1916 roku również doznał urazów psychicznych i cierpiał „na objawy urazowej nerwicy, wskutek czego potrzebuje leczenia pozaszpitalnego hydroterapią, masażem i elektryzacją“[24]. A w liście do Bronisława Malinowskiego zwierza się przyjacielowi, że czuje się okropnie, a kiedy ten jego zły stan psychiczny przejdzie, to znowu pójdzie na front, ale w tej chwili nie chce umierać, ale i żyć też nie ma wielkiej ochoty[25].

Obecnie po doświadczeniach tylu wojen i konfliktów na całym świecie, próbach unicestwienia całych narodów, wojna w swej istocie jest nie do zaakceptowania. Udział w wojnie z dzisiejszej perspektywy mógłby ktoś ostatecznie nazwać „rzuceniem się szczerbatego na suchary“. Pamiętajmy jednak, że przed 1914 rokiem świat był odmienny, wyznawano inne wartości, panowało zupełnie różne poczucie honoru, obowiązku i patriotyzmu. Na wieść o wybuchu wojny zareagowało tysiące młodych ochotników po obu stronach frontu. Zwraca się też uwagę na histeryczną ksenofobię jaka opanowała wtedy Europę. Bertrand Russell, który czuł nieprzejednaną wrogość wobec wojny i prowadził kampanię przeciw poborowi, obserwując wiwatujace tłumy na Trafalgar Square opisał w autobiografii zdumiewające go odkrycie, że „przeciętnych mężczyzn i kobiety cieszy perspektywa wojny“, a nawet niektórzy z jego przyjaciół jak Alfred North Whitehead, porwani przez ten entuzjazm, byli „nastawieni bardzo wojowniczo“[26].

Ludwig Wittgenstein, przyjciel Rusella, przyszły adwersarz Witkiewicza, wstąpił na ochotnika do armii austriackiej nie tylko z powodów obrony ojczyzny. Wiązało się to z jego przeświadczeniem „by wziąć na siebie coś trudnego i zaangażować się w coś innego poza pracą czysto intelektualną“[27], oraz silnym pragnieniem, aby „stać się innym człowiekiem“[28]. „Wittgenstein czuł, że gdy stanie oko w oko ze śmiercią, doświadczenie to – w ten czy inny sposób uczyni go lepszym człowiekiem. Można powiedzieć, że poszedł na wojnę nie dla ojczyzny, lecz dla siebie“[29].

Również w decyzji Witkiewicza oprócz niepokoju o losy kraju występują podobne argumenty związane z przemianą wewnętrzną oraz dowartościowaniem siebie, a miewał on wiele razy poczucie, że jest niepotrzebny: „zrobić nareszcie coś ze swojego życia“[30], „uratować honor i nareszcie dokonać czegoś i zginąć razem z walczącym“[31], „wobec takich rzeczy życie nabiera większego sensu“[32]. „Jestem niepotrzebny“[33] – odczucie to, związane z brakiem wiary w sens życia i pracy na tle ogólnego zniechęcenia do wszystkiego, wywołanego depresją, stale powracało u Witkacego na przestrzeni całego życia, co zaznaczał w wielu listach do przyjaciół i osób bliskich.

Na początku wojny Wittgenstein został przydzielony do regimentu w Krakowie i m.in. pływał statkiem „Goplana“ po Wiśle, dopiero kiedy usilne jego prośby zostały wysłuchane i znalazł się na froncie na najniebezpieczniejszych stanowiskach, doświadczył przekonania, że żyje uczciwie i mógł wtedy napisać: „Teraz mam szansę stać się przyzwoitym człowiekiem, ponieważ stoję oko w oko ze śmiercią“[34], „Może bliskość śmierci obdarzy mnie światłem życia. Niech Bóg mnie oświeci. Jestem robakiem, lecz dzięki Bogu stanę się człowiekiem“[35], „Tylko śmierć nadaje sens życiu“[36].

Biograf Wittgensteina, Ray Monk, stwierdził, że zawarte w pisanej na froncie rozprawie Traktatus, uwagi dotyczące etyki, estetyki, duszy i sensu życia zrodziły się dzięki najsilniejszemu impulsowi pobudzającemu[37] „do refleksji filozoficznej i metafizycznego wyjaśnienia świata“, który w dziele Świat jako wola i przedstawienie opisuje Schopenhauer jako impuls zrodzony z kontaktu ze śmiercią, cierpieniem i udręką. Kiedy na froncie rosyjsko-austriackim na wiosnę 1916 roku nasiliły sie walki spowodowane ofensywą generała Brusiłowa i regiment do którego przypisany był Wittgenstein odniósł olbrzymie straty, dokładnie wtedy doświadczenia te zaczęły wpływać na charakter jego pracy. Na zadane sobie wtedy pytanie „Co wiem o Bogu i celu życia?“ Wittgenstein wypisał kilkunastopunktową listę, której ostatnie punkty dotyczą woli i losu.

„Nie mogę wedle mojej woli kierować zdarzeniami w świecie, jestem zupełnie bezsilny“.

„Tylko w ten sposób mogę się uniezależnić od świata – a tym samym w pewnym sensie nad nim zapanować – że zrezygnuję z wpływu na zdarzenia“[38].

Zagrożenie życia wywołało impuls nie tylko w umyśle Wittgensteina, ale i Witkiewicza. Mniej więcej w podobnym czasie w lipcu 1916 roku na tym samym froncie, tyle że po przeciwnej stronie, podczas obserwacji pękających na tle nieba szrapneli, w przed dzień bitwy pod Witonieżem, w której został ciężko ranny, zrodził się zarys jego filozoficznego systemu[39]. Witkiewicz został odznaczony orderem św. Anny IV klasy i awansowany na porucznika „za waleczność, męstwo i odwagę“[40] w tej właśnie bitwie. Jednak prawie wogóle nie znamy przekazu Witkiewicza odnośnie walk na froncie. Ani jego osobistych refleksji, co zmieniło się w nim, kiedy zajrzał śmierci w oczy. Bo to, że z Rosji wrócił zupełnie innym człowiekiem jest oczywiste. Koszmary z frontu, nie odcisnęły się na jego sztuce, nie znosił „pławienia się w naturalizmie“[41] i makabrze jak jego późniejszy przyjaciel Bronisław Linke. Ale szczególne wydarzenia musiały zapaść w nim i budzić jego lęk i stawać przed oczami do końca życia. To co pisał w 1921 roku o swojej kondycji psychicznej do Dowództwa V-go Baonu Wojsk Wartowniczych, że stan jego nerwów jest „zbliżony chwilami do lekkiej niepoczytalności“[42] mogło być specjalnie przesadzone. Wielokrotnie cytowane były już wspomnienia Rytarda o „paroksyzmach strachu, które przeżywał pod ogniem w pierwszej linii okopów“[43], albo to jak „pół przytomny ze zdenerwowania, roztrzęsiony jak galareta, prowadził swych ludzi do ataku“[44]. Ale Rytard wspomina również i to, że uważał za „najtrudniejszy wysiłek psychiczny, wyczyn najwyższej rangi i klasy“ - „opanowanie przerażenia, które ogarnia człowieka w bitwie i zwala prawie z nóg“[45]. Rytard podaje też, że już w Tatrach w czasie wycieczek, „nie krył się ze swoimi lękami, często bardzo nieprzyjemnymi“[46] i „Z nieodstępną mentolową fajeczką w zębach […] zaciskał wargi i hipnotyzując wzrokiem otaczające go potęgi górskie, parł naprzód przed siebie z pochyloną głową. Po prostu wyrywał się, wydzierał siłą woli ze szponów lęku“[47]. W takiej właśnie pozie Rytard uchwycił Witkacego na fotografii wykonanej w 1928. Szalony zjazd Witkacego na nartach został zainscenizowany do fotografii i jednocześnie inaczej opisany: „Przed łakomym okiem aparatu fotograficznego «wyczynia« nam Witkacy wspaniałą scenkę groźnego zjazdu narciarskiego. Chwytam ten cenny moment groteski witkiewiczowskiej, której tyle jest w jego obrazach i utworach“[48].

W sytuacji kiedy przekaz Witkacego jest nieznaczny, warto sięgnąć do biografii ludzi jemu podobnych. Opisy ich przeżyć frontowych charakterystycznych dla tamtych form prowadzenia wojny i widocznych, odczuwanych skutkach, mogą dać pewne wyobrażenie o tym, co mogło być i jego udziałem, czego mógł być świadkiem. Ofensywy, w których brali udział Witkiewicz i Wittgenstein i w których mogli nieprzeżyć, dla losów wojny okazały się nieistotne. Ich ewentualne śmierci, podobnie jak unicestwienie tysięcy żołnierzy na tych odcinkach frontu, nic by nie przyniosły. W pierwszych dniach wojny, mając zapewne inne wyobrażenie o walce i mając potrzebę nadania swojemu życiu sensu Witkacy wyraził nadzieję: „Oby moja śmierć nie była głupim przypadkiem i żebym zginął pożytecznie“[49]. Żołnierze, którzy na początku wojny rwali się do walki, a na koniec wychodzili z tego piekła psychicznie okaleczeni, odnotowywali w swoich dziennikach uwagi jak te: „Całe to natarcie było upiorna pomyłką. Jak wszystko“, „Przestańcie, dosyć już tej potwornej rzezi“[50].

W raportach wojskowych podkreślano również odwagę Wittgensteina. Pisano, że „Jego wyjątkowo odważne zachowanie, spokój, zimna krew i heroizm wzbudza powszechny zachwyt żołnierzy“[51]. Mianowany został na leutnanta i odznaczony. On sam w dzienniku pisał, że „Strach przed śmiercią jest najlepszą oznaką fałszywego, tzn. złego życia“[52]. Ale biograf Wittgensteina uważa, że nie jest to sformułowanie osobistego credo, ale wkład do myśli filozoficznej. Kiedy na froncie „strzelano do mnie […] …przy każdym strzale kurczyłem się całą mą istotą. Tak bardzo chcę żyć“[53]. „A trudno zrezygnować z życia, gdy już się w nim zasmakowało. Na tym dokładnie polega „grzech“, bezrozumne życie, fałszywy obraz życia. Od czasu do czasu staję sie zwierzęciem. Wtedy nie mogę myśleć o niczym prócz jedzenia, picia i spania. Straszne! A wówczas cierpię też jak zwierzę, bez możliwości wewnętrznego zbawienia. Zdany jestem wtedy na łaskę mych pragnień i niechęci. O prawdziwym życiu nie ma wtedy co myśleć“[54].

Makbaryczne sceny, wręcz surrealistyczne, które rozgrywały się na wszystkich frontach wojny przerażały i porażały podobnie. Żołnierze byli świadomi, że takie obrazy będą prześladować ich do końca życia, że wyjdą z tej wojny okrutnie poranieni. Przytoczone poniżej przykłady koszmarnych zdarzeń w okopach i na polach bitew, które żołnierze i oficerowie zapisywali w swoich dziennikach i listach do najbliższych, mogły wydarzyć się wszędzie, gdzie toczyły się walki. Dają pewne wyobrażenie o tym, jakie potworności mógł oglądać każdy, także Witkiewicz i Wittgenstein.

Podane poniże opisy dotyczą działań wojennych na półwyspie Gallipoli, które później nazwano „Kampanią nierozstrzygniętych
wątpliwości i straconych szans“.

„Zdaniem niektórych wynik kampanii przyczynił się do wybuchu Rewolucji Październikowej, inni uważali Gallipoli za jeden z epizodów Wielkiej Wojny. Bezsporne jest tylko to, że na tym niewielkim skrawku lądu zginęło ponad sto dwadzieścia tysięcy żołnierzy“.

„Gdy widzę żołnierzy schodzących do okopów często zastanawiam się, ilu z nich stamtąd wyjdzie. Zwykle po paru minutach rozlega się wrzask, a potem wołanie o sanitariuszy. Ci wywlekają na noszach krwawy befsztyk, pogruchotane ciało, które kiedyś było człowiekiem”.

„Dziś po południu spadły na nas z nieba strzępy ludzkiego ciała. Wróg wystrzelił z okrętu pocisk, ale nie słyszeliśmy odgłosu, który temu towarzyszy. Na wzgórzu koło plaży iskał się jakiś żołnierz, pocisk rozerwał mu ciało na kawałki i wyrzucił je wysoko w powietrze”.

„Spadające gęsto pociski eksplodowały jeden po drugim. Okopy, które miały ratowaćżołnierzom życie stały się ich grobem. Ci, którzy zdołali przetrwać chronili się w lejach i okopywali na nowo”.

„Część chłopaków ranna, wszędzie słychać jęki i wrzaski, wołanie o amunicję bądź nosze. Zastanawiam się, jak sanitariusze będą mnie nieść po tak stromych i piaszczystych zboczach. Teraz zaczynają wyciągać poległych z okopów, ciekawe, jak długo to zniosę”.

„Kochana Mamo, z pierwszych sześciu żołnierzy, którzy dotarli na górę jedynie ja nie zostałem trafiony. Miałem niesamowite szczęście, pocisk minął mnie o milimetr i utkwił w gardle człowieka siedzącego obok”.

„Droga Matko, oficerów zawodowych pozostało niewielu, większość z nich jest ze służby ochotniczej. Wczoraj jeden z nich został trafiony podczas obiadu i wpadł twarzą do zupy. Zrobił się niesamowity bałagan, wszyscy przy stole byli wstrząśnięci, więc obiad dokończyliśmy dopiero po zmroku”.

„Trupy naszych żołnierzy wydzielają straszny smród. Trudno sobie wyobrazić, że każdy z tych mężczyzn był czyimś synem. Musimy patrzeć na te okropieństwa, a niektóre gazety mają czelność pisać, że lubimy takie życie”.

„Jesteśmy śmiertelnie zmęczeni codziennym ostrzałem. żołnierze całkowicie zobojętniali przestali zwracać uwagę na to, że ktoś strzela i próbuje ich zabić. Kiedy pocisk lub granat rozerwie kogoś na kawałki ledwie raczą pochylić się nad szczątkami byłego towarzysza broni. Wojna to piekło. Nie mam nadziei na ocalenie”.

„Na ten widok nawet najłagodniejsi czują się barbarzyńcami, a najdziksi barbarzyńcy płaczą”.

„Baliśmy się, że spłoniemy żywcem, położyliśmy się na dnie okopu, w górze szalały płomienie. Całe to natarcie było upiorną pomyłką. Jak wszystko”.

„Wojna jest straszna. Zwłaszcza ta wojna. Więc tym, którzy szybko zginęli można tylko pozazdrościć”.

„Okazało się, że ta wojna to pomyłka: zamęt, śmierć i choroby”.

„Mam dwadzieścia jeden lat, ale moje włosy i broda są już siwe. Twarz jest poorana, a ciało gnije.Nie dam rady znosić tego dłużej”.

„Muchy buszowały w latrynach, wchodziły do ust poległych, siadały na otwartych ranach, a potem całą chmarą oblepiały dżem, który jedli zdrowi żołnierze. To one roznosiły choroby. Wszystko było niemal zawsze okraszone muchami“.

„To nie był zwykły rozstrój żołądka tylko szalejąca czerwonka. Ludzie mieli wrażenie, że za chwilę wydalą wnętrzności. Chodzili do latryny dwanaście, czternaście, a nawet szesnaście razy dziennie. Mieli podrażnione, obolałe odbyty. Ponieważ nie było papieru toaletowego podcierali się rękami, a potem wycierali je o trawę. To także sprzyjało rozpowszechnianiu się czerwonki, która w końcu stała się chorobą powszechną. Żołnierze byli tak osłabieni, że ledwo trzymali się na nogach. Niektórzy wpadali do latryn i tonęli we własnych ekstrementach”.

„Dzień minął nie wiadomo kiedy. Nad morzem i całą okolicą zapadła ciemność. Setki martwych Brytyjczyków leżały na naszej ziemi. Gładko ogoleni chłopcy o sympatycznych twarzach zawinięci w pokrwawione mundury. Ten widok budził w nas chęć zemsty, ale i współczucie”.

„Nasza taktyka opiera się na założeniu, że najlepiej nie mieć taktyki, że jedyny sposób to pędzić przed siebie bez wsparcia i rezerw, a na koniec również bez ręki lub nogi”.

„Można odnieść wrażenie, że ci ludzie, choć są światkami potworności i sami robią straszne rzeczy, nadal wierzą w sprawę, o którą walczą. Wyjdą z tej wojny niewyobrażalnie poranieni, ale nigdy nie zatraca człowieczeństwa”.

„Utknęliśmy w martwym punkcie i bardzo chciałbym zobaczyć, jak to się skończy. Ale raczej nie uda mi się ocaleć”.


Czy Witkacy zamierzał walczyć w carskiej armii?
Przeczą temu zdania Witkiewicza z Curriculum Vitae: „Początkowo zamierzałem dostać się do Galicji. Jednak technicznie okazało się to niemożliwem. Wskutek tego, a także z powodu zupełnie mylnych informacji co do tego, co się dzieje w Kraju (począwszy od gazet australijskich), postanowiłem wrócić do Rosji“[55]. Można więc konkludować, że Witkiewicz wyjechał tam, gdzie nie zamierzał zmylony niedokładnymi informacjami. Witkiewicz całą mocą chciał wierzyć, że wybiera słusznie. Ale wybranie opcji rosyjskiej na podstawie niepełnych czy nieprawdziwych informacji i niefortunnych zbiegów okoliczności należałoby rozpatrywać w kategoriach jego osobistej tragedii, niezależnie od tego, że obróciło się później na wartości o różnym znaczeniu. Korzyści również dla potomnych – odbiorców jego twórczości oraz zjawiska, które stanowiła jego osobowość naznaczona rosyjskimi przeżyciami okresu wojny. Jeżeli po powrocie do Polski, a może jeszcze w Petersburgu Witkiewicz doszedł do wniosku, że koncepcja Piłsudskiego była słuszna, bo to ona przyniosła Polsce niepodległość, to przecież mógł doznać uczucia rozgoryczenia, że historia z niego zakpiła.Tragedia ludzkiego losu – dobre intencje obracają się w negatywne. Uczucie frustracji mogła budzić także ewentualność własnej bezsensownej, nic nie przynoszącej śmierci, po niewłaściwej stronie okopów.

Często wyjazd Witkiewicza z Australii do Petersburga automatycznie łączony jest z jego zamiarem służby w carskiej armii. Jakby artysta już w Australii zdecydowany był na to wszytstko co miało zdarzyć się później, czyli po przyjeździe do Rosji. Czy jest to tylko lapsus? Bo przecież znamy przyszłą decyzję Witkacego, podjętą już w Petersburgu, jak i jego dalsze losy. Czy może niezauważone zostały dosyć istotne szczegóły zawarte w listach Witkiewicza napisanych w tym czasie?

Dodatkowo wybór opcji rosyjskiej Witkacego interpretowany bywa jako gest przeciwko ojcu świadome czy nieuświadomione „mordowanie“ ojca, co automatycznie wpisuje się w figurę dwóch antagonistów ojca i syna, czemu przeczy jednak pierwotny zamiar Witkacego wyjazdu do Galicji i wyrażona troska o rodziców. Naprzykład Irena Jakimowiczowa była zdania, że Witkacy znalazł się w Petersburgu „…zgodnie z własną koncepcją walki wolnościowej w szeregach armii rosyjskiej, koncepcją znów przekornie przeciwną orientacji ojca, sprzyjającego opartym o Austrię poczynaniom spokrewnionego z Witkiewiczami Józefa Piłsudskiego“[56]. Jest oczywiste, że Witkacy wcześniej nie miał żadnej koncepcji walki o wyzwolenie kraju w sensie osobistego udziału, bo jak sam mówił zapisywanie się do Związku Strzeleckiego w czasie pokoju wydawało mu się farsą. Co najwyżej mógł dyskutować z Tadeuszem Micińskim, note bene słowianofilem, o roli Rosji w przyszłym zjednoczeniu i wyswobodzeniu Polski.

Z analizy listów Witkiewicza napisanych w Australii, podobnie jak z Curriculum Vitae, wynika, że pierwszą jego naturalną reakcją była chęć powrotu do domu, do Zakopanego i prawdopodobnie wstąpienia do oddziałów Związku Strzeleckiego „Strzelec“. Kiedy u konsula austriackiego dowiedział się, że nie ma żadnej nadziei powrotu, może z powodu posiadanego przez niego rosyjskiego obywatelstwa, a raczej z braku połaczeń, nie chcąc zmieniać swojej decyzji walczenia musiał zdecydować się na wyjazd do Rosji do Petersburga, gdzie mieszkała zamężna siostra jego ojca Aniela Jałowiecka. Zaś absolutne przekonanie o udziale w wojnie przy boku Rosji podjął dopiero w oparciu o informacje o tym, jak Niemcy potraktowali polskie ziemie zaboru rosyjskiego i o niepowodzeniach działań zbrojnych Związku Strzeleckiego, o czym dowiedział się już po przyjeździe do Petersburga. Informacje – jak napisał – „nie blaga prasy, ale listów naocznych świadków“[57]. Skomentował je w liście do Malinowskiego: „Garstka strzelców walczących o kawałek Galicji razem z Niemcami, którzy spustoszyli w najokropniejszy sposób większą część Królestwa i pastwią się nad tamtejszymi Polakami jak zwierzęta, jest rzeczą tragiczną i potworną“[58]. Witkiewicz miał nadzieję, że w Rosji zostaną zorganizowane oddziały polskie. Dopiero, kiedy okazało się, że oddziały takie nie powstaną decyzja o wstąpieniu do carskiej armii okazała się jedynym możliwym wyjściem dla zdeterminowanego przymusem walki Witkiewicza. Doszedł do tego – jak pisał – sam, w opozycji do zdania rodziny, u której zatrzymał się. Witkiewicz płynął z Australii z niejakim Niczajewem, o czym wiedział wcześniej Malinowski. W liście do przyjaciela Witkacy wyraźnie zastrzega się: „Nie myśl, że to jazda z Nieczajewem przerobiła moje myśli. Sam doszedłem do tego wszystkiego przez straszne zwątpienia i mękę. I w moim sumieniu sprzeczności teraz nie ma. Chcę tylko, aby to nie było tanie, i chcę spełnić czyn, który by te myśli przypieczętował. […] Byłem sam w moich myślach o Rosji i konieczności walczenia z nią przeciw Niemcom i przeszedłem straszne chwile na ten temat. Teraz ruch strzelecki w Galicji klapną zupełnie i każdy Polak może z czystym sumieniem iść przeciw naszemu jedynemu istotnemu wrogowi, przeciw Niemcom. […] Straszne jest sumienie Polaka w tej chwili. Ale droga jest tylko jedna“[59]. Z całą pewnością Witkacy posiadał jedynie fragmentaryczne i nieścisłe wiadomości o oddziałach Związku Strzeleckiego i innych polskich formacjach, skoro był przekonany o ich totalnej klęsce. Ale zapewne musiał dowiedzieć się o niepowodzeniu wywołania przez Piłsudskiego antyrosyjskiego powstania narodowego w Królestwie Kongresowym i o rozwiązaniu we wrześniu 1914 roku Legionu Wschodniego z powodu zajęcia Lwowa przez wojska rosyjskie. Te klęski widać wywarły na nim duże wrażenie i uzasadniły z czystym sumieniem wybór jedynej drogi jaka w jego odczuciu została. Pewnie niestety nie znał pełnych informacji o pozostałych oddziałach i o Legionie Zachodnim, które nieprzerwanie brały udział w bitwach z wojskami rosyjskimi, zanim przekształcone zostały w trzy Brygady Legionów Polskich. Brygady te w liczbie około szesnastu i pół tysiąca żołnierzy walczyły nad rzeką Stochod w czasie ofensywy Brusiłowa, o którą to rzekę od czerwca 1916 do sierpnia 1917 opierała się linia frontu rosyjsko-austrowęgierskiego.

Ale w wielu listach, które pisał do Bronisława Malinowskiego po wybuchu wojny, również w tym z Petersburga, kiedy podjął już decyzję o wstąpieniu do armii, pojawiają się dwie równoległe refleksje – oprócz przymusu walki, pojawia się rozgoryczenie na siebie, że dał się namówić na wyjazd do Australii, bo w przeciwnym razie gdyby został w Zakopanem, inaczej potoczyłyby się jego losy. Rezygnacja z wyjazdu i pozostanie dotyczyło panny Z. [Jadwigi Zielińskiej], której miłość już po samobójstwie Jadwigi Janczewskiej będąc w stanie rozpaczy odrzucił. Żal, że jednak nie przyjął jej uczuć pojawia się w kilku listach z konkluzją, że gdyby jednak mógł kochać pannę Z., to może by zupełnie inaczej skończył[60]. Witkacy będąc już jedną nogą w carskim wojsku, stawiał jednocześnie zasadniczo brzmiące pytanie, uskarżając się tym samym na swój los: „Dla panny Z. zdaje się wróciłem wtedy z Berlina. Czyż to nie było przeczucie i ostatnia możliwość życia?“[61].


Petersburg – „łupina mojego ciała nie wytrzyma żaru mojego ducha“.
Wracajac do tekstu M. A. Potockiej. Trudno zgodzić się szczególnie z sugestiami co do kilkuletniego okresu egzystowania Witkiewicza w Petersburgu „bez głodu sensu“, zagłuszanym alkoholem i perwersja seksualną.

Już na początku 1915 roku, po trzech miesiącach od przyjazdu Witkacego do Petersburga jego ciotka Aniela Jałowiecka w liście do matki artysty z odczuciem ulgi opisała stan jego psychiki: „Według naszych obliczeń powinnaś była dostać jego list, w którym opisuje dzieje ostatnich swych miesięcy życia, kiedy to powziął nieodwołalną decyzję wstąpienia do rosyjskiej armi, aby bronić Polski. […] Takim, jakim jest teraz, nie był nigdy dotąd. Spokojny, można by rzec – wesoły, trzymający się prosto, z wysoko podniesioną głową, otrząsnął się zupełnie z rozpaczliwego stanu apatii i inercji, w jakim zobaczyliśmy go po powrocie. Przygotowuje się znakomicie do egzaminów teoretycznych i świetnie znosi wojskowe rygory. Zdrowie jego jest doskonałe. W mundurze wygląda bardzo dobrze…“[62]. Aniela Jałowiecka, pod której opieką znalazł się Stanisław Ignacy w Petersburgu nie mogła pogodzić się z tym, że jedyny syn jej brata Stanisława Witkiewicza chce wstąpić jako ochotnik do wojska, a ona nie jest w stanie odwieść go od tej ryzykownej i nie do zaakceptowania ze względów politycznych decyzji. Ale jak napisała dalej w liście: „Żadne perswazje ni niczyj wpływ nie były w stanie zmienić jego postanowienia. […] Być może u końca wojskowej kariery syn Twój odzyska równowagę duszy i powróci do Ciebie zupełnie już przystosowany do normalnego życia“[63]. Z kolei o tym samym konflikcie z wujostwem pisał Witkacy do Bronisława Malinowskiego dużo wcześniej, w liście z połowy października 1914 roku, a więc niedługo po przybyciu do Petersburga: „Ada Żukowska [córka ciotki Anieli] zajmuje się moją protekcją, może coś z tego będzie. Jedyna osoba, która jest ze mną. Wytrzymałem straszne wymyślanie ciotki Jałowieckiej za to wszystko. Im się śni jakaś odpowiedzialność przed Rodzicami. Albo ta droga, albo zgnicie moralne. Nie na to jechałem z Australii, aby tu zgnić gdzieś w kącie, jeszcze raz minąwszy się z moim losem. Wszystko to jak sen jakiś okropny“[64].

Zauważmy, że Witkacy mówił tu o wyborze, jakiego dokonał, a więc w wyborze mieściła się możliwość niezgłoszenia się na ochotnika do wojska i przeczekania wojny. Takiego rozwiazania nie dopuszczał, ale jak widać było możliwe. Tymbardziej, że jego siostra cioteczna, Ada, podjęła się załatwienia jego wstąpienia najpierw do szkoły wojskowej przez protekcję.

Jednocześnie Witkacy jak wielu artystów i naukowców, którzy znaleźli się na frontach Wielkiej Wojny Światowej w większości przypadków jako ochotnicy, prowadził „podwójne życie“. Równolegle do obowiązków wynikających ze służby wojskowej i w czasie urlopów kontynuował i rozwijał swoje założenia artystyczne, biorąc też udział w życiu artystycznym Polonii w Petersburgu. Tu – jak pisał Jarosław Iwaszkiewicz – Witkacy „poczuł się nie tylko artystą, ale i filozofem, znalazł swoje miejsce na ziemi […] znalazł w tym, co pisał Andriej Bieły potwierdzenie swoich teorii i lęków“[65]. W Petersburgu Witkiewicz stworzył prawdopodobnie ponad tysiąc prac plastycznych, czego tkwiąc w stanie „bez głodu sensu“ nie mógłby zapewne dokonać, wiodąc życie – jak chce Potocka - „bez wysiłku i wartości“. Irena Jakimowiczowa przywołuje zaginiony dzisiaj autoportret Witkiewicza z 22 lipca 1917 roku zatytułowany Sataniello opatrzony napisem; „Meines Körpers Schale wird nicht meines Geistes Glut aushalten“ – łupina mojego ciała nie wytrzyma żaru mojego ducha[66]. Jak pisze Jakimowiczowa: „Ale – jak zawsze przekorny – spełniwszy to, co uznał za swój obowiązek, Witakcy oddawał się pielęgnowaniu żarliwego ducha: pisał Nowe formy w malarstwie, a przede wszystkim malował“[67]. Witkiewicz opuściwszy ciasne mentalnie Zakopane tkwiące nadal w duchu modernistycznej sztuki, znalazł się w dużo bardziej różnorodnym i awangardowym środowisku, w atmosferze wolności i gruntownej odnowy sztuki. „Ważniejsze jest to – kontynuuje Jakimowiczowa – że Witkacy w Rosji po raz pierwszy przestał być turystą, jakim był nawet w Bretanii, gdzie pod okiem Ślewińskiego usiłował się zbliżyć do Gauguinowskiego ideału. Tu znalazł przede wszystkim bardzo żywe, pobudzające intelektualnie środowisko – poza petersburską Polonią – głównie rosyjskich malarzy, pisarzy, krytyków, filozofów, ludzi teatru, poetów. Po raz pierwszy znalazł się wewnątrz, jako współuczestnik dyskusji na wielka skalę, bo przecież Rosja już wcześnie stała się miejscem spotkania idei z Wiednia, Paryża i Monachium, a nieco później i z Włoch. Z dodatkiem miejscowej egzotyki i specyficznie rosyjskiej mentalności tworzyło się jedyne w swoim rodzaju intelektualne
środowisko o dużej sile działania…“[68].




Bibliografia


[1]Potocka A. M., Antropologia sztuki. „Ja" jako materiał twórczy, [w:] Witkacy. Psychoholizm, red. M. A. Potocka, Bunkier Sztuki, Kraków 2009.
[2]Ibidem, s. 297.
[3]Ibidem.
[4]Ibidem.
[5]Ibidem.
[6]Ibidem.
[7]Witkiewicz S. I., Rzecz o ciągłości bzdury malarsko-krytycznej. Głos „plastyka“ wołającego na puszczy, [w:] J. Degler, Stanisław Ignacy Witkiewicz. Pisma krytyczne i publicystyczne, zebrał i opracował J. Degler, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1976, s. 480-481.
[8]Potocka A. M. op.cit., s. 297.
[9]Degler J., Witkacego Portret Wielokrotny, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2009.
[10]Ibidem, s. 490.
[11]Ibidem, s. 514.
[12]Tekst Lecha Sokoła ma ukazać się w najbliższym czasie.
[13]Micińska A., Stanisław Ignacy Witkiewicz - listy do Bronisława Malinowskiego, [w:] Malinowski i Witkacy. Fotografia: między nauką a sztuką, „Konteksty“, Nr 1-4/2000, s. 267.
[14]Ibidem.
[15]Ibidem, s. 265-267.
[16]Ibidem, s. 267.
[17]Ibidem, s. 267.
[18]Ibidem, s. 265.
[19]Ibidem, s. 267.
[20]Ibidem, s. 275.
[21]Russell Julie, Ellis Silas, Geoffrey Serle, Australian Dictionary of Biography, Vol. 11, Melbourne 1988, s. 451-453.
[22]Wspomnienia z filmu Gallipoli na podstawie Silas Ellis, The Diary of Anzac, ML MSS 1840, Mitchell Library, State Library of New South Wales.
[23]Ibidiem.
[24]Degler J., O pobycie Witkacego w Rosji w świetle dokumentów. Aneks, [w:] tegoż, op.cit., s. 498.
[25]List napisany w Petersburgu między 12.09 i 23.11 1916 roku. Micińska A. op.cit., s. 279.
[26]Monk R., Ludwig Wittgenstein. Powinność geniusza, tłum. Adam Lipszyc i Łukasz Sommer, KR, Warszawa 2003, s. 131.
[27]Ibidem.
[28]Ibidem.
[29]Ibidem.
[30]Micińska A., op.cit., s. 267.
[31]Ibidem, s. 265-267.
[32]Ibidem, s. 267.
[33]Z dotychczas niepublikowanej widokówki do Jadwigi Janczewskiej z 20.12.1913r. Widokówka znajduje się w zbiorach Muzeum Tatrzańskiego.
[34]Monk R., op.cit., s. 132.
[35]Ibidem, s. 160.
[36]Ibidem, s. 161.
[37]Ibidem, s. 159.
[38]bidem, s. 162-163.
[39]Leszczyński J., Nieznany list Stanisława Ignacego Witkiewicza, [w:] „Pamiętnik literacki“, Rocznik LXXVI, Zeszyt IV, 1985, s. 177.
[40]Degler J., Witkacego portret…, s. 478.
[41]Malczewski R., Pępek świata. Wspomnienia z Zakopanego, LTW, Warszawa 1999, s. 70.
[42]Degler J., op.cit., s. 511.
[43]Rytard J. M., Witkacy, czyli o życiu po drugiej stronie rozpaczy, [w:] Stanisław Ignacy Witkiewicz, człowiek i twórca. Księga pamiątkowa, red. Tadeusz Kotarbiński i Jerzy Eugeniusz Płomieński, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1957, s. 281.
[44]Ibidem.
[45]Ibidem.
[46]Ibidem.
[47]Ibidem.
[48]Rytard J. M., Ósme niebo narciarskie, „Świat“, 7.01.1928.
[49]Micińska A., op.cit., 275.
[50]Cytaty z filmu Gallipoli.
[51]Monk R., op.cit., s. 176.
52]Ibidem, s. 163.
[53]Ibidem, s. 168.
[54]Ibidem.
[55]Degler J., Witkacego portret…, s. 114.
[56]Jakimowiczowa I., Witkacy w Rosji, [w:] tejże, System i wyobrażnia. Wokół malarstwa Witkacego, Wydawnictwo „Wiedza o Kulturze“ Fundacji dla Uniwersytetu Wrocławskiego, Wrocław 1995, s. 20.
[57]Micińska A., List z 17(?)10.1914, [w:] op.cit., s. 277.
[58]Ibidem.
[59]Ibidem.
[60]Ibidem.
[61]Micińska A., List do B. Malinowskiego z 10.08.1914, [w:] op.cit., s. 273.
[62]J.Degler, List z 13.02 (30.01), op.cit., s. 305.
[63]Ibidem.
[64]A. Micińska, List z 17(?)10. 1914, [w:], Stanisław Ignacy Witkiewicz…, dz.cyt., s. 277.
[65]Iwaszkiewicz J., Petersburg, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1981, s. 59, 61.
[66]Jakimowiczowa I., op.cit., s. 34.
[67]Ibidem.
[68]Ibidem, s. 23.


Źródło: PRZESTRZENIE TEORII, nr. 14 / 2010, Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań

Esej: Krzysztof Jurecki WSZYSTKO JEST GODNE POEZJI I FOTOGRAFII



W ramach przekroczenia oprogramowania aparatu według koncepcji Villema Flussera, fotograf może stwarzać różnego rodzaju eksperymenty, które mają „wyrwać” go, ale także i widza, z podstawowej zasady „tu i teraz”. Taką metodą posługuje się kilku polskich fotografów, którzy korzystają z zasady podwójnej ekspozycji. Najdłużej prace wywodzące się z konceptualizmu i minimal-artu wykonuje Grzegorz Zygier. Ale w innej tradycji działają od pewnego czasu Leszek Żurek i Tomasz Sobieraj. Ten pierwszy inspiruje się słynną koncepcją powidoku Władysława Strzemińskiego, która w dalszym ciągu może się rozwijać rezygnując z kolorystycznego nastawienia.

Jak przedstawia się koncepcja Obiektów banalnych Tomasza Sobieraja? Równoległą do fotografii, a czasami pierwszą formą pracy duchowej artysty jest poezja i proza. Dlatego interpretacji niektórych jego cykli fotograficznych można poszukiwać w literaturze. Nakładanie dwóch obrazów można łączyć z poetyką snu wraz z jego płynnością i nieokreślonością. Ale trzeba zaznaczyć, że sny mogą mieć także znaczenie archetypiczne i być wyraziste.

Poetyckie obrazy Tomasza Sobieraja przypominają oczywiście o zasadzie fotomontażu wraz z jego surrealistyczną stylistyką, która jest tu zaznaczona. Jest to łączenie dwóch realności, ale także iluzji i wyrafinowanego operowania zminimalizowaną perspektywą kulisową.

Obrazy mogą się przenikać w swej poetyce form, choć częściej dominuje jeden motyw o przesłaniu symbolicznym. Jest nim np. deska sedesowa, która przypuszczalnie pozostanie przez tysiące lat jako znak naszej cywilizacji. Można powiedzieć – niestety! Okulary, tarka do prania, fragment kapliczki z religijną figurą, trywialne narzędzie, jakim jest łopata. Zatem wszystko jest godne poezji i fotografii. Wola artystyczna połączona z siłą natury w formie zjawisk przyrodniczych, jak szron, powoduje, że praktycznie każdy trywialny motyw może stać się bytem artystycznym, świadczącym przede wszystkim o naszym marnym życiu postrzeganym z pozycji człowieka, nie zaś natury, która rządzi się własnymi prawami. Cykl Obiekty banalne nie jest dla mnie optymistyczny, gdyż nakładane obrazy wprowadzają poczucie chaosu. Zauważalna jest tylko niewielka doza boskiej symetrii.

Jaką filozofię sztuki reprezentuje ten cykl? A raczej jaka filozofia poprzez niego się wyraża? Jest to egzystencjalizm wraz z rozpadaniem się życia, a nawet jego upadkiem. Dla mnie, choć może się mylę, to egzystencjalizm według Jean Paul Satre’a, ale z odrobiną chrześcijańskiej melancholii, a może i nadziei, choć ta pojawia się niezwykle rzadko.

Cykl ten, poza ewidentnymi związkami z poezją, co interesujące, jest także malarski w swej strukturze. Niektóre zdjęcia są bardzo wyrafinowane, jeśli patrzeć na nie od strony operowania linią i gmatwaniną formy rozsadzającej ramy fotografii. Dzięki temu jest bardzo współczesny, pasujący do trafnego określenia Wolfganga Welscha „nasza postmodernistyczna moderna”. Nie widzimy w niej ani horyzontu zdarzeń, ani upływającej i zmiennej historii, a oglądamy tylko nakładające się nostalgiczne obrazy, które są oczywiście opowieścią o nas samych, posługującą się resztkami po naszej cywilizacji pokazywanymi na zasadzie surrealistycznego „obiektu znalezionego” (objet trouvé). W tym melancholijnym nastawieniu, kiedy oglądamy banalne okruchy naszej egzystencji, nie słychać krzyku rozpaczy. Nie ma też nadziei. Wszystko ulega dyfuzji i ostatecznemu rozpadowi lub czasowemu zamrożeniu. Jedynym zwycięzcą może okazać się natura! Ona pozostanie jako świadectwo po naszej cywilizacji – o ile przeżyje!


Tekst pochodzi z katalogu wystawy Tomasza Sobieraja Banal Objects; Fotoseptiembre USA - SAFOTO, Instituto Cultural de México, San Antonio, USA, 2011.

Jest Poezja! Bohdan Wrocławski



Inny smak księżyca

Którejś nocy światło księżyca ominęło naszą planetę
oceany odfrunęły w głąb własnego sumienia
wszyscy myśleli że teraz ziemia
zacznie szybciej obracać się wokół własnej rozpaczy

wieczorami błądziły kłęby pary
jakieś nieczytelne hieroglify
bezdomne znaki w śniegu
obłoki wypełnione melancholią

wszystko to przypominało
że powoli kończy się czas modlitwy
zasną świerszcze ich oddech przestanie plamić ciszę

i tylko nasze natchnienie kruche przecież
wciąż jeszcze jest obecne

jednak pozbawiane wiecznego ognia sprawia
że coraz częściej odczuwamy lęk
granice które przekraczamy
mają w sobie coś ze świątecznej majówki

kiedy z naszej radości płatami łuszczy się kora
pada deszcz
nagie kikuty wilgotnych ramion
w bezbrzeżnym zdumieniu wiszą
wzdłuż miejskich murów obronnych

jak ostatni sen skazańca

nad ranem place odwiedza stukot kopyt końskich
parujący zapach łajna

wtedy śpią jeszcze wszystkie sumienia
kopiaste pierzyny unosi oddech
wydaje się spokojny i bezpieczny

tylko czasem jakiś fragment wiersza podrażni pejzaż
odbierze mu nadzieję kolor i symetrię

wyglądasz wtedy przez oszronione okno
twoje czoło stygnie dotykasz nim szklanej powierzchni
palcem wypisujesz wszystkie zapamiętane grzechy dzieciństwa
zaczynasz bać się ich samotności
przerażającej potrzeby bycia z tobą

nadal trudno ci uwierzyć że jesteś już dorosły

a wszystkie zamki które budowałeś na plażach
stały się większe niż czubki okolicznych sosen
boisz się ich cienia
odczuwasz że jest tam ból
twardy jak śmiech drwala ostrzącego zęby piły

to dobrze zawołasz z pustych komnat muzealnych
już dawno rozsypały się wszystkie eksponaty
ten pył który spotykamy każdego upalnego poranka
ten kosmiczny pył to rozkruszone drobiny
umierającej cywilizacji

resztki wysychającej wyobraźni

już nie broni nas sztuka
w mroku widzisz jej ledwie zarysowaną twarz
miękki podbródek
wyłupiaste oczy czerwieniejące niczym ślepia wilka
chytry chichot losu łup w kłach mrozu

paleta barw nie zmienia się dawno zamilkła w niej radość
między złożonymi palcami czujesz jej resztki
przemykają się tam gdzie wszystko staje się bezrozumne

dostrzegłeś to mój Cyprianie Kamilu
obraz pełen niedokładności
skrzypiące kuchenne schody
którymi wprowadzano ciebie na górę
abyś omijając salon mógł dotrzeć w tumult kuchni
brzęk garów
woń przypalenizny i jedzenia

tak nasyca się wiersz słowo po słowie

reszta to nieomal drobiazgi szczegóły scenografii
przerysowane ostrą fakturalną kreską
i tylko nikomu niepotrzebne pragnienie
wiecznie przywołuje nas w coraz inne miejsca

zapamiętajmy siebie zagubionych w zieleniach bezradnej
młodości głodnych
zbiegających w dół po drabinie pragnień i nawyków


naszego ciała trzyma się mróz
chrońmy go jak bezcenną relikwię

gasną ognie zapalane na brzegach chmur w czasie sztormu
myśli pełne fascynacji i destrukcji
wciąż niżej bukiety wyschniętych traw oddychające
w śladach czyichś stóp

to twój dzień ten sam
który obudził cię przerażonego spadały fragmenty skał
źrenice ciężkie trawiące resztki nocy
powietrze w którego mięsiste podbrzusze
wbijały się ostre kawałki granitów

zapach szlachtunku

wszystko to wydawało się już za nami
przez zwisającą z okna brudną firankę przemknęło coś
refleks fragment ciężki jak kratki konfesjonału


zapewne z tamtej strony ktoś łkał przytykając
rozgorączkowane czoło paliły się jego powieki
szybciej niż lot jaskółki

wiedziałeś dobrze wiedziałeś
przyszedł Zalewski z butelką granatowego wina

to rozlewała się w nas
noc bezksiężycowa wyjęta z teatralnego plakatu

aż tu w chłód poddaszowych marzeń
wdzierał się stukot drewnianych kół powozów
uderzających w chropawy bruk
parskanie koni

śmiech dziewczyn kuchennych
dobiegający z pobliskiej jadłodajni

i ten zapach dochodzący z niej zakłócający milczenie poezji

w głuchowskim ogrodzie stado szerszeni rozbiło pszczeli ul
konała przestrzeń
nieczytelna pozbawiona krążenia

krwi i nadziei

znasz przecież obserwujesz ten cienki głos alarmu
w środku lata
kijanki miotające się w wysychającym stawie

wyparowują z nas początki zdania
interpunkcja staje się agresywna
wykrzykniki popychają myśli w nieokreślonym kierunku

wiemy już
najtrudniejsze odpowiedzi istnieją w samotności

wiatr zachłyśnięty własną śliną
przetrawia nas stojących z boku nie przygotowanych
niemiłosiernie w twarz praży słońce
usychają w nim rozpoczęte myśli
plecy oświetla pełne dobrotliwej łagodności światło księżyca

ponieważ zabłądziłeś w pustynnych piaskach
czytasz wszelkie miraże okolicy
szczyty palm kokosowych jakąś karawanę
której towarzyszą gardłowe okrzyki poganiaczy wielbłądów,
kwaśny wydech zwierząt zapach potu
plamy na białych burnusach

świst rzemiennego bata ciepły jak plecy niewolnika

czujesz przypadkowy liść opadający w dół
za wszelką cenę chcący przerysować zmarszczki twojej twarzy
poświata jego lotu dotyka krawędzi księżyca
w milczeniu oddycha

jakby inną mroczną stroną lustra
śpią tam wszyscy aniołowie
którym lód i drobiny śniegu pozlepiały skrzydła

i ja

oddzielany kartkami starych kalendarzy
powłóczący nogami
oparty o leszczynowy kijek
zwijający się niczym wyschnięta kromka chleba

z podniebieniem przepalonym od cudownych tabletek

ja

pozbierany z wszystkich ścieżek
które mnie kiedyś bolały
i z tych które obdarzałem bezrozumną przyjaźnią
błądzący od dzieciństwa po tych samych ugorach

bosy chłopak w krótkich spodenkach
biegnący przez jesienne rżyska
spokojny jak echo goniący z nim stada kuropatw
karmiący gołębie dziksze niż gruzy zniszczonego miasta

ja ekshumujący niespokojny zapach spalonych ciał

na pobrzeżu historii
więzień słów nawyków
interpunkcji
i w bezbarwnej przestrzeni ciągle tułających się
znaków zapytania

szukający azylu

otwieram usta aby przez chwilę
poczuć inny smak księżyca

Jest Poezja! Dariusz Pawlicki



Poezja, moim zdaniem, jest sztuką skrótu, kondensacji

- Pamiętaj o mnie -
szepcze kurz.

Peter Huchel
Napisał te słowa

Jest ich tylko pięć
A ile w nich treści

Chciałbym i ja
Być takim mistrzem
Słowa



Fragment listu do dawno niewidzianej żony

Okazało się
Że przechodziłem dzisiaj obok miejsca
Gdzie pewnego wieczoru
Z dwadzieścia dwa lata temu
Moje ciekawe Ciebie palce
Kolejny raz
Zaspokajały swą ciekawość

Nie pamiętałem o tym
Ale pamiętały
Palce



A szkoda...

Nie rozumiem
Mowy Francuzów
Szumu trzcin
Również



Internet

Mój zmarły osiem lat temu Dziadek
Ni z tego, ni z owego
Poprosił bym mu wytłumaczył
Czym jest Internet

Po przebudzeniu się pomyślałem że
Zmarli, tam gdzie przebywają obecnie
Rozwijają się jednak
Skoro Dziadek za życia nie znał
Słowa „Internet” a teraz tak
I jeszcze chce wiedzieć
Co ono znaczy



Czuwanie
Pogorzelec, 27 stycznia 1999 r.


W wieczór poprzedzający pogrzeb
Ktoś z rodziny zaproponował aby Babcię
Ubrać w dodatkowy sweter:
„Jest przecież siarczysty mróz”

Miałem już powiedzieć
Żeby nie przesadzać –
Ciało które zostało opuszczone
Niczego już nie odczuwa

Ale osoba która akurat
Weszła do domu
Wpuściła przenikliwie zimne powietrze
I podszedłem do szafy
Z ubraniami



Chwila

Stado szpaków
Na tle słońca

Małe
Przesłoniło
Ogromne

Felieton: Igor Wieczorek SŁOWO I OKO


Dla sceptycznego krytyka, który na samą myśl o uświęconych wartościach dostaje gęsiej skórki, zrecenzowanie najnowszego filmu Agnieszki Holland jest nie lada wyzwaniem. Cóż bowiem można powiedzieć, a – tym bardziej napisać – na temat tak oczywisty, że aż bezdyskusyjny?

O tym, że film jest wybitny, nie trzeba nikogo przekonywać, wystarczy tylko zachęcić do pójścia do kina. A jednak sceptyczni krytycy zrecenzowali ten film i – co szczególnie ciekawe – zrobili to znakomicie.

Do najciekawszych recenzji zaliczyć można opublikowany w Gazecie Wyborczej tekst Tadeusza Sobolewskiego, który, porównawszy film Agnieszki Holland do „Listy Schindlera” Spielberga i „Pianisty” Polańskiego, doszedł do wniosku, że jedynie Agnieszce Holland udało się uniknąć pewnej stereotypowości w przedstawieniu konfliktu między dobrem a złem.

„Tamte filmy biorą widza w kleszcze wzruszenia. Najpierw konfrontują nas z orgią zła, aby potem chwycić za gardło obrazem triumfu dobra. U Holland – inaczej – już sama koncepcja wizualna, stworzona przez autorkę zdjęć Jolantę Dylewską, rozprasza w obrazie elementy dobra w sposób nienarzucający się, ale jednak stale obecny.” – pisze Tadeusz Sobolewski. I trudno nie przyznać mu racji.

Ciekawe, czy sukces „W ciemności” skłoni literackich malkontentów i zapalonych kinomaniaków do zrewidowania poglądów na temat rzekomo nieprzekraczalnej granicy między kulturą obrazu a kulturą słowa. Nietrudno bowiem zauważyć, że w miarę rozwoju mediów wizualnych i w miarę obniżania się poziomu czytelnictwa obserwatorzy kultury coraz wyraźniej dzielą się na smętnych misjonarzy słowa i beztroskich propagatorów obrazu. Ci pierwsi twierdzą niezmiennie, że rozwój mediów wizualnych prędzej czy później doprowadzi ludzkość do apokalipsy, ponieważ kultura obrazu nie jest kompatybilna z gospodarką opartą na wiedzy naukowej, a pomiędzy obrazami i wiedzą istnieje sprzeczność, która już teraz owocuje coraz większą irracjonalizacją życia społecznego i gospodarczego.

Propagatorzy obrazu widzą ten problem inaczej. Ich zdaniem jest oczywiste, że skoro z badań naukowych wynika, że ponad 80% informacji dociera do ludzkiego mózgu za pośrednictwem zmysłu wzroku, to rozwój mediów wizualnych jest po prostu wyraźnym przejawem przyśpieszenia tempa ewolucji.

„Co z tego – pytają zazwyczaj - że za pomocą obrazu nie można wyartykułować takich kategorii jak równość czy wolność? Co z tego, że obraz nie daje nam wglądu w obszar metalogiki i uniemożliwia zanegowanie sensu przedstawionej treści, skoro słowa zawierają tylko niewielki procent informacji przekazywanej w rozmowie, a zdecydowana większość informacji przekazywana jest przez mimikę, ton głosu, gesty i inne niewerbalne czynniki, takie jak chociażby. kojarzenie pamięciowe?”

Uderzające jest to, że propagatorzy obrazu i misjonarze słowa nie dyskutują o tym, że słowo też jest obrazem - tyle, że zakodowanym w nieco odmienny sposób.

Czyż nie jest aż zbyt oczywiste, że sukces filmu „W ciemności” jest w dużym stopniu sukcesem książki „W kanałach Lwowa” autorstwa Roberta Marshalla i bestsellerowej autobiografii Krystyny Chiger pt. „Dziewczynka w zielonym sweterku”?

Wymownym dowodem na to, że obraz wzbogaca słowo są właśnie filmowe adaptacje utworów literackich. Słowo wynika z obrazu, a obraz wzbogaca słowo. Współistnienie tych zjawisk jest czymś tak naturalnym, nieuniknionym i dobrym, że przerażająca wizja cyfrowej apokalipsy wydaje się równie nadęta jak wizja świata wolnego od radia i telewizji, a zamieszkałego wyłącznie przez czytelników książek.

Recenzja: Władysław Zdanowicz MISJONARZE Z DYWANOWA, t. I, PINKY


G - JAK GROTESKA RZECZYWISTOŚCI

Autor: Jan Siwmir



Irak. Polskie władze jak zwykle po ułańsku oferują pomoc w nie swojej wojnie. Po ułańsku, bo z honorem, na ochotnika i z wielkimi hasłami na wysoko zawieszonych werbalnych sztandarach. Nie bardzo wiadomo, o co się biją (jeśli o demokrację taką jak u nas, to niech Allalch ma w swojej opiece wszystkich poniewieranych tubylców), ale się biją.

O, przepraszam, wyjeżdżają na misję stabilizacyjną.

Bez sensu transportowany, bez broni i podstawowego wyposażenia, bez konkretnych rozkazów zjawia się kolejny rzut żołnierzy w kraju, który rzekomo posiada broń masowej zagłady. A z tym transportem, na skutek nieporozumienia znanego nam już z musicalu Hair, pojawia się szeregowiec Piotr Leńczyk, filozof z domulu. I od tego momentu zaczynamy poznawać realia wojskowe przefiltrowane przez zdrowy, chłopski rozum. Widzieliście kiedyś czołowe zderzenie mrówki ze słoniem? Tak, to właśnie rozsądek mrówki rozchlapuje się na twardym czerepie systemowego słonia. I za każdym razem, niczym w kreskówkach, powstaje, aby dalej mierzyć się z gigantem. Zdarzają mu się drobne zwycięstwa, okruchy satysfakcji, lecz z góry wiadomo, że jeśli nawet wygra bitwę, jego klęska jest nieuchronna.

Chciałoby się powiedzieć, że Władysław Zdanowicz nakreślił nam jeszcze jeden groteskowy obraz, który widzieliśmy w Paragrafie 22, czy w M.A.S.H. Jak inaczej bowiem odebrać absurdalne posiedzenie komisji sądzącej Leńczyka, albo poczynania plutonu rotacyjnego? Rajd rowerowy głównego bohatera spokojnie zaś można porównać do niosących popłoch poczynań jednego z kadetów Akademii Policyjnej, nieuchronne są także aluzje do przygód Szwejka, o którym wspomina sam autor.

Mimo tych konotacji, mamy do czynienia z zupełnie inną historią. Yossarian czy Mahoney są bohaterami, z których mogę się śmiać do upojenia. Nie moje kulturowe realia, nie mój czas. Zasady, moralność, działania i brak działań mogę opisywać i wyciągać z nich wnioski. Ale, podkreślam, to nie moje doświadczenie. Więc nawet jeśli boli, to inaczej.

Misjonarze z Dywanowa sprawiają, że owszem śmieję się, jednak po krótkotrwałej radości przychodzi refleksja: skąd ja to wszystko znam? Niefrasobliwość, intryganctwo, ogólne rozmemłanie, tumiwisizm, korupcja, malwersacje, spychologia stosowana, głupota ocierająca się o śmiertelne zbrodnie. I wyjątkowa wredota ludzi teoretycznie mających służyć społeczeństwu. Wystarczy, że przejdę się do byle jakiego urzędu, instytucji, sklepu, czy punktu usługowego, o służbie zdrowia nie wspominając. Tu, w cywilu, gdzie nie ma aż takiego zagrożenia, gdzie odpowiedzialność jest nieporównywalnie mniejsza, życie wygląda niemal dokładnie tak samo, jak w historii opowiedzianej przez Zdanowicza. Zamieńmy chociażby mundur na kitel lekarski, pobranie odpowiedniej ilości amunicji na wyegzekwowanie podstawowych badań, próbę przedstawienia swoich racji przed komisją wojskową na taką samą próbę przed sądem w Polsce.

I ta wszechobecna butelczyna z kopertą.

Dlatego niestety wierzę w każde słowo, sytuację i aluzję.

Nie jest to wiara, z którą chciałbym umierać...




Misjonarze z Dywanowa, czyli Polski Szwejk na misji w Iraku

Tom pierwszy PINKY

Wydawca : Księgarnia Zdanowicz

ISBN 978-83-925232-0-8

kontakt: ksiegarnia.zdanowicz@pro.onet.pl


Konkursy: O WAWRZYN SĄDECCZYZNY


VIII Ogólnopolski Konkurs Poetycki
„O Wawrzyn Sądecczyzny”

Grupa Literacka „Sądecczyzna”, Starostwo Powiatowe w Nowym Sączu oraz Sądecka Biblioteka Publiczna im. J. Szujskiego w Nowym Sączu ogłaszają konkurs poetycki pod hasłem:

Człowiek przed lustrem

Zasady:

1. Konkurs ma charakter otwarty, mogą w nim wziąć udział wszyscy piszący po polsku autorzy.
2. Na konkurs należy nadesłać nawiązujące do hasła wiersze, w ilości od jednego do dwóch w czterech egzemplarzach. Powinny to być teksty nigdzie niepublikowane, nienagradzane i niewysyłane na inne konkursy.
3. Utwory prosimy opatrzyć godłem słownym. Winno być ono powtórzone na zaklejonej kopercie zawierającej imię, nazwisko, adres, numer telefonu, e-mail autora i krótką informację o nim.
4. Autorów, którzy nie ukończyli 20 lat, prosimy o podanie obok tych danych, również daty urodzenia, nazwy szkoły, uczelni, lub zakładu pracy oraz oznaczenie swoich wierszy literą „M” (pod godłem).
5. Autorów mieszkających na Ziemi Sądeckiej prosimy o napisanie na pracach konkursowych litery „S” (pod godłem).
6. Mieszkańcy Sądecczyzny i młodzież rywalizują o statuetki oraz pozostałe nagrody i wyróżnienia.
7. Prace konkursowe należy nadsyłać do 15 maja 2012 roku na adres: Sądecka Biblioteka Publiczna, 33-300 Nowy Sącz, ul. Franciszkańska 11 - z dopiskiem na kopercie: Konkurs Poetycki.
8. Pokłosie konkursu znajdzie się w almanachu pokonkursowym. Oprócz utworów nagrodzonych autorów, opublikowanych w nim zostanie kilkadziesiąt innych wartościowych wierszy nadesłanych na konkurs. Ich autorzy nie otrzymują honorarium.
9. Ogłoszenie wyników konkursu i wręczenie nagród odbędzie się we wrześniu 2012 roku w Nowym Sączu. Nagrody należy odebrać osobiście w dniu finału. Nieobecność na tej uroczystości sprawia, iż nagroda staje się wyróżnieniem honorowym, a gratyfikacja pieniężna zostanie przeznaczona na wspieranie twórczości literackiej w regionie.
10. Udział w konkursie jest równoznaczny z akceptacją jego regulaminu.
11. Interpretacja niniejszego regulaminu należy do organizatorów.

Jury przyzna następujące nagrody i wyróżnienia:

I nagroda - 700 zł
II nagroda - 500 zł
III nagroda - 400 zł

2 statuetki Starosty Nowosądeckiego „Srebrne Pióro Sądeckie” dla:

- najlepszego autora w kategorii młodzieży do lat 20
- najlepszego w tej edycji konkursu autora mieszkającego na Ziemi Sądeckiej

Wyróżnienia drukiem w almanachu pokonkursowym.

Jury zastrzega sobie prawo innego podziału kwoty przeznaczonej na nagrody.
Dodatkowych informacji udziela sekretarz jury (Grupa Literacka „Sądecczyzna”) - tel. 606 957 138, e-mail: oksymoron2@gmail.com

Konkurs odbywa się pod patronatem Starosty Nowosądeckiego.

Esej: Tomasz Sobieraj RZECZ O „PODRÓŻACH Z TEJ I NIE Z TEJ ZIEMI” JÓZEFA BARANA I KILKA OKOŁOLITERACKICH DYGRESJI


W swojej autobiograficznej książce Rude Assignement Wyndham Lewis dzieli sztukę na tę dla wielkiej publiczności, narodową (Hugo, Dickens, Tołstoj) i na sztukę dla wąskiego grona koneserów (Flaubert, Baudelaire). Zauważa też wzrastającą obojętność tak zwanej szerokiej publiczności dla dokonań twórców sztuki uważanej za elitarną, którzy to twórcy – czy to z przekory, czy ze zwykłego braku umiejętności – wydają się brnąć coraz bardziej w niezrozumiałość. Dzisiaj, sześćdziesiąt lat po ukazaniu się znakomitej intelektualnej biografii angielskiego pisarza, eseisty i malarza można mieć pewność, że nieprzystępność tak zwanej sztuki elitarnej jest w przytłaczającej większości przypadków wynikiem braku umiejętności a często nawet możliwości jej autorów, zaś to, co Lewis nazwał sztuką dla wielkiej publiczności, w zasadzie nie powstaje, bo niewielu współczesnych ludzi pióra potrafi połączyć w dziele wyborny styl, czystą formę[1], wagę słów, istotny problem i zajmującą treść tak, jak czynili to – ograniczę się do polskiej literatury – na przykład Słowacki i Prus, a z bardziej współczesnych Herbert i Herling Grudziński. Oczywiście klasyfikacja Lewisa nie jest idealna – istnieli przecież tacy pisarze jak Hemingway czy Conrad, którzy z twórczością elitarną dotarli do szerokiej rzeszy czytelników, i tacy jak Hašek czy Čapek, piszący książki z pozoru popularne, a w istocie stanowiące arcyważne dzieła literatury, poddające ironicznej wiwisekcji jednostkę i społeczeństwo. Z kolei w Polsce pojawiło się ostatnimi laty zjawisko interesujące z powodu swojego endemicznego czy raczej swojskiego charakteru, mianowicie literatura nieporadna, nazywana przez krytyków wielką i elitarną a jednocześnie – popularna; przypadek ten dowodzi niezwykłej siły zarówno gorliwego marketingu jak i mętnej argumentacji, wspieranych przez system państwowych stypendiów dla wybranych i wiernych beneficjentów; niewątpliwie są to zabiegi wystarczające, by przekonać tych czytelników, którzy kierują się stadnym instynktem, jednak ludziom myślącym od razu nasuwa się podejrzenie, że w tym przypadku zamiana alternatywy wyłączającej: „wielkość albo popularność” w koniunkcję: „wielkość i popularność”, jest zabiegiem naiwnym lub hochsztaplerskim, więc albo wskazana wielkość jest fałszywa, albo głoszona popularność podejrzana i wątpliwa.

Zdarzają się jednak współcześni autorzy bezspornie dowodzący, że niekiedy logika formalna ustępuje przed artystyczną rzeczywistością, i że można połączyć cechy zwykle się wykluczające. Rozmiar tego zjawiska mierzony liczbą sprzedanych egzemplarzy jest rzecz jasna mniejszy niż w przypadku autorów uważanych za popularnych – czyli należących do koterii, i popularnych w ścisłym słowa tego znaczeniu – tzn. piszących kryminały, fantastykę i romanse, niemniej to właśnie ono zasługuje na baczną uwagę i analizę, bo jak uczy nas literaturoznawstwo, właśnie ci oryginalni, suwerenni twórcy, funkcjonujący poza obecnie modną konwencją, wraz z tymi, którzy tworzą drugi, ba, nawet trzeci obieg, ci zajmą – z dużym prawdopodobieństwem, prędzej czy później – ważne miejsce w dziejach literatury, obecnie okupowane (jakież to adekwatne i cudownie wieloznaczne słowo!) przez literackich modnisiów i prowincjonalnych dandysów.

Jednym z takich niezależnych, osobnych twórców, jednocześnie popularnych i wyrafinowanych, który w naszej współczesnej literaturze zajmuje, jak pisał Zbigniew Chojnowski, „niszę jedyną w swoim rodzaju, bardzo osobistą” jest Józef Baran. Zdobył uznanie zarówno pośród wybrednych znawców poezji, jak i między naznaczonymi wrażliwością, smakiem i wyobraźnią „zwykłymi” odbiorcami liryki. Jego utwory – sugestywne, czułe, emocjonalne, zabarwione świeżą metaforyką, łączą według Czesława Miłosza „tradycyjne polskie wartości z nowoczesną formą”, jednocześnie nie stronią od lekkiej, ciepłej ironii i mądrej refleksji; to wielowymiarowe wiersze bystrego obserwatora, stanowiące wyraz jego zachwytu nad światem, banałem, nawet marną istotą, ale też niekiedy pełne bólu i uniesienia, zwątpienia i wiary; według jednych są kontynuacją poetyki Twardowskiego, Harasymowicza a nawet Leśmiana, według innych brzmią głosem skrajnie osobistym[2]. Zapewne rację mają jedni i drudzy, bowiem prawdziwy, poważny człowiek pióra, choćby największym był indywidualistą, raczej nie żyje w próżni i dziwnym by było, gdyby w twórczości Barana nie dało się słyszeć dyskretnie brzmiących nut poetów najwyżej przez niego cenionych – i zapewne nie powinien też dziwić ten whitmanowski i frostowski ton, wyraźnie dla mnie obecny w „amerykańskich” wierszach poety, ton, który siłą rzeczy musi pojawić się u człowieka obdarzonego ogromną wrażliwością na przyrodę w sytuacji bliskiego, niemal intymnego z nią obcowania; to swoiste doświadczanie przez poetę komunii z naturą znajduje wyraz także w wierszach zainspirowanych polskim krajobrazem i wsią – utworach autonomicznych i świeżych, często przekształcających przestrzeń realną w pejzaż wewnętrzny, równocześnie przywołujących smaki, zapachy, nastroje z mocą, jaką w naszej literaturze prezentował kierunek impresjonistyczny Młodej Polski, a później arkadyjska twórczość Józefa Czechowicza.

Jednak Józef Baran to także prozaik, autor kilku książek[3] poświęconych „ludziom pióra i palety”, w tym wspomnień o Arturze Sandauerze i rozmów z tym równie świetnym jak kontrowersyjnym krytykiem i tłumaczem. W ostatnich latach ukazały się balansujące na granicy różnych gatunków literackich Koncert dla nosorożca, Przystanek Marzenie a jesienią 2010 roku Podróże z tej i nie z tej ziemi. Dwie pierwsze książki zdobyły należne im uznanie, pisali o nich profesor Bolesław Faron i Ryszard Kapuściński, podkreślając ich intelektualną samodzielność, szczerość i rzetelność, Anna Dymna zaś – wybitna interpretatorka poezji Barana – doceniła umiejętność poety zamieniania bolesnych przeżyć w czystą poezję i jego wspaniały zmysł obserwatora. Nie mniej istotne wydaje mi się w tych na poły dziennikach, na poły reportażach, umiejętne połączenie opisu mniej lub bardziej egzotycznej rzeczywistości z rzeczywistością swojską, liryki z anegdotą, humoru z refleksją, a wszystko to zaznacza dziennikarski pazur – jakże by zresztą inaczej, skoro pracy dziennikarskiej Józef Baran poświęcił znaczną część życia.

I to dziennikarskie doświadczenie, którego przejawami są między innymi umiejętność obserwacji i wyciągania wniosków oraz lekkość pióra, uwidacznia się w Podróżach z tej i nie z tej ziemi z dużą wyrazistością. Jeśli dodać do tego skłonność Barana do zabawy formą i właściwy poetom dar pozazmysłowego postrzegania rzeczywistości, otrzymamy właśnie tę „formę bardziej pojemną”, której poszukiwał (i, o ile wiem, nie znalazł) Czesław Miłosz. Każdy z rozdziałów tej książki to reportaż z innej części świata, części niekiedy nam bliskiej, niekiedy egzotycznej, bez wyjątku jednak opisanej interesująco, ze swadą, niemal gawędziarsko, ale zarazem rzetelnie i z Człowiekiem na pierwszym planie – istotą u Barana jednocześnie wzniosłą i tragiczną, piękną i szpetną, niczym w genialnych fotoreportażach Sebastiao Salgado, zawsze jednak, niezależnie od jej kondycji, stanowiącą dla autora Podróży centrum zainteresowań i źródło refleksji. Każdy z reportaży przedstawia wycinek świata gruntownie poznany: dotknięty, posmakowany, objęty, opisany z wrażliwością poety i ciekawością badacza sięgającego głęboko pod powierzchnię rzeczywistości; to nie popularny ostatnio naskórkowy reportaż telewizyjnego globtrotera, upudrowanej gwiazdy półgodzinnego one-man/woman show, której produktem ubocznym z zagranicznego wyjazdu jest pełna naiwnych zachwytów i spostrzeżeń książka, okraszona banalnymi zdjęciami imitującymi artystyczne czy reporterskie fotografie – to bezpretensjonalny, solidny, rzetelny obraz wybranych przez Barana miejsc na Ziemi – ale Ziemi przytulonej przez niego w tańcu, dlatego pomimo całej swojej solenności to równolegle obraz nie pozbawiony wdzięku subiektywności i intymności. W pierwszym rozdziale Podróży Józef Baran zabiera nas na dawne polskie kresy, leżące w dzisiejszej zachodniej Ukrainie; zagłębia się w złożoną i ciekawą historię oraz skomplikowaną, często bardzo trudną teraźniejszość tych ziem; opowiada o życiu zwykłych ludzi i o ludziach niezwykłych, jak np. Borys Woźnicki, Ukrainiec, dyrektor lwowskiego muzeum, który ocalił od zniszczenia setki znajdujących się na Kresach zabytkowych pomników nagrobnych, obrazów i innych dzieł sztuki polskiej, ukraińskiej a nawet włoskiej. W części drugiej trafiamy z autorem na Cypr, miejsce narodzin Afrodyty i wyspę o burzliwych dziejach, gdzie ścierały się kultury: fenicka i grecka, perska i rzymska, arabska i normańska, angielska i turecka, tworząc konglomerat jedyny w swoim rodzaju. I ponownie Baran z dziennikarskim zacięciem zanurza się w historię i współczesne problemy podzielonej na część grecką i turecką wyspy, często przytaczając fakty i spostrzeżenia, jakich nie znajdziemy w podręcznikach i przewodnikach. W kolejnym rozdziale, wraz z przyjacielem, poetą Adamem Ziemianinem, bawi w Toskanii, Ziemi Obiecanej wszelkiej maści artystów; autor wychodzi poza konwencję opisu toskańskich przygód i krajobrazów, przybliżając czytelnikowi klimat małych miasteczek, gdzie mieszka się w czternastowiecznych kamieniczkach i obcuje z dziełami największych mistrzów sztuki tak, jak w Polsce z bohomazami graficiarzy i kibiców; niezmiennie też wynajduje interesujące polonica. Rozdział czwarty i szósty to odkrywanie Ameryki, a konkretnie USA, kraju przemierzonego przez Barana parokrotnie, od Nowego Jorku, przez Idaho, Utah, Arizonę po Montanę, Oregon i Kalifornię; docieramy z nim do Yellowstone i Wielkiego Kanionu Kolorado, w Góry Skaliste i do Parku Yosemite, oglądamy metropolie i prowincjonalne miasteczka, wybieramy się na łososie i do rezerwatu Indian, poznajemy zwyczajnych Amerykanów, i amerykańską inteligencję – poetów, pisarzy, nauczycieli i pracowników naukowych, tłumaczy, wydawców (m.in. nieocenionego dla budowania międzykulturowych mostów Stanleya Barkana) – ludzi pełnych pasji, otwartych na innych, radosnych, wolnych, tolerancyjnych, jakże odmiennych od naszych przedstawicieli tychże profesji. Jak przystało na rasowego dziennikarza (rasowego, czyli obiektywnego), Baran naświetla przedstawiane zagadnienia z różnych stron, pokazuje więc także mniej ekscytujący obraz tego kraju: niepewność zatrudnienia, plagę otyłości i depresji, zadłużenie obywateli w bankach, powszechny stres, czyli zjawiska, z których nie bardzo zdajemy sobie sprawę, zapatrzeni w wizerunek kreowany przez seriale telewizyjne i hollywoodzkie kino klasy popularnej. Pozostałe rozdziały książki są podróżą równie ciekawą – to Australia, Singapur, Maroko i Brazylia, miejsca mimo globalizacji nadal egzotyczne, i odległe; Baran eksploruje je z zacięciem globtrotera i wręcz z chłopięcą ciekawością, trafiając to w głuszę interioru, to do małych miasteczek lub do wielkich aglomeracji, często odnajdując w czasie tych wypraw polskie akcenty. Ponownie siłą tych reportaży, esejów i dzienników poety jest wynajdywanie i opisywanie bytów (w szerokim znaczeniu tego terminu) mało znanych, tajemniczych, często endemicznych, niekiedy wręcz reliktowych, o których nie informują gazety, popularne programy i kolorowe książki, bytów takich, jakie można poznać jedynie zbaczając z utartych szlaków i zagłębiając się w tajemnicze wnętrze australijskiej pustyni, brazylijskiej selvy czy azjatyckiej metropolii; w Maroku trafiamy nawet na arabskie, muzułmańskie wesele – niepostrzeżenie staje się ono pretekstem zarówno do porównań z weselem polskim, jak i do ogólnokulturowych i historyczno-religijnych rozważań; także i w tych rozdziałach spotykamy poetów, pisarzy, tłumaczy, studentów oraz zwyczajnych ludzi: robotników, farmerów, urzędników, poznajemy fascynującą historię i piękną, ale groźną często przyrodę. W tym nawale egzotycznych miejsc urzeka powrót do Borzęcina, rodzinnej wsi poety, która w jego opowieściach i lirykach staje się ziemią dziewiczą, Rajem – jednak ani nie utraconym, ani nie odzyskanym, ale Rajem Objętym, przytulonym mocno niczym w tańcu prywatnym Edenem.

Wielowymiarowość i szeroko rozumianą niezależność tej książki podkreśla zawarta w niej poezja. Autor umieścił tutaj kilkadziesiąt wierszy, w dużej części niepublikowanych, powstałych w czasie podróży transpozycji aktu poznawania świata na język poetycki. Stanowią one interesujące, liryczne dopełnienie prozatorskiej części Podróży i nadają im niezwykły, bardzo osobisty klimat oraz potwierdzają znakomitą umiejętność Barana przełożenia impresji na poetycką frazę czy przekazania ważnej treści w słowach oszczędnych, mądrych i trafnych, bez ornamentów metaforyki, a to w poezji cenię najwyżej. Przykładem niech będzie żartobliwy i przekorny wiersz Chwila osobliwa z pieskiem preriowym:

ten piesek preriowy myśli sobie
że przyleciałem do niego
specjalnie po to
żeby go nakarmić jabłkiem

chrupie je w skupieniu
stojąc słupka
przed swoją norką
na dwóch łapkach
a ja pozuję mu do fotografii

(w tle Ameryka
Góry Skaliste
Ocean Spokojny
i takie inne
nieważne dla pieska
imponderabilia)

Wielkość poety można poznać nie tylko po jego poezji, ale także po jego prozie, po swobodzie poruszania się pomiędzy rodzajami i gatunkami literackimi. To ryzykowne z pozoru twierdzenie można łatwo udowodnić, podając za przykład pisma Cypriana Kamila Norwida, dziennikarskie wyczyny Walta Whitmana, artykuły i recenzje Józefa Czechowicza, eseje Zbigniewa Herberta, zapiski z podróży Tomasza Venclovy czy inne, niestety nieczęste przykłady szerokich intelektualnych horyzontów i doskonałych umiejętności pisarskich poetów, umiejętności, które w istocie stanowią potwierdzenie ich literackiej klasy, a których brak często dowodzi poważnych ograniczeń, tym samym zaś może wzbudzić nieufność co do twórczości wierszowanej. Bo czy może być dobrym, a tym bardziej wielkim poetą ktoś, kto nie potrafi jasnym, barwnym, logicznym a nade wszystko poprawnym językiem napisać relacji z podróży, dziennika, listów do ukochanej, politycznej polemiki? Czy jest poważnym i wiarygodnym poetą ktoś, kto nie ma przyrodniczych lub historycznych zainteresowań, kogo możliwości pisarskie i intelektualne przerasta filozoficzny dyskurs, esej o Atgecie lub chociażby interesujące opowiadanie, o powieści nie wspominając? Niby można odpowiedzieć „tak”, uzasadniają to nawet nieliczne przykłady (F. Villon, Rimbaud, Wojaczek) ale zasadniczo odpowiedzi na te pytania są przeczące (a wymienione wyjątki potwierdzają regułę). No, może Platon by się do końca nie zgodził z moją tezą, znany bowiem jest jego sąd o poetach i ich umysłowych niedoskonałościach oraz wynikających stąd konsekwencjach, ale już Arystoteles i Goethe zgodziliby się ze mną na pewno[4].

W dzisiejszych czasach ograniczonych specjalizacji (o zgrozo, nawet w humanistyce!; „witkacolog” niewiele powie o tematyce frapującej „orzeszkologa” i odwrotnie, a obaj nie będą zgodni, gdzie postawić przecinek) wydaje się nieco demode, że poeta, dziennikarz, prozaik, eseista Józef Baran należy do tej nielicznie reprezentowanej kategorii twórców uniwersalnych, to jest takich, którzy realizując się w różnych rodzajach pracy literackiej dali (i dają) rzecz rzadko spotykaną – świadectwo wszechstronnego talentu i wysokich umiejętności warsztatowych. I nawet jeśli każdy z tych twórców poruszał się w odmiennej estetyce, zajmowały go odmienne sprawy, cechował inny światopogląd i temperament, różniły marzenia i wartości, to wszyscy zachowali intelektualną i artystyczną suwerenność, nie ulegając konwencjom i tworząc w sumie dzieło pełne, jednolite w swej wielości, nie do podważenia w sensie artystycznym i intelektualnym.

Pośród całej masy modnych, ale szybko przelatujących meteorytów literatury, znajdują się spokojne (chociaż często tylko z pozoru) gwiazdy i planety (przypominam czytelnikom z nową maturą, a szczególnie tym z jej giertychowską odmianą, że pierwsze świecą światłem własnym, drugie odbitym, co nie jest bez znaczenia dla zrozumienia tej metafory). Niektóre można dostrzec gołym okiem, inne za pomocą teleskopu, istnienia wielu z nich dowodzi się wyłącznie metodą obliczeń. Jedną z takich gwiazd na firmamencie polskiej literatury jest Józef Baran. W zależności od dostępnych czytelnikowi narzędzi intelektualnych, może on być gwiazdą dobrze widoczną na nocnym niebie lub tą dostrzeganą z wysiłkiem, ale może też być niemożliwą do pojęcia matematyczną enigmą. Będą zapewne też i tacy, według których określenie planeta wydaje się bardziej właściwe; to już kwestia względna, niemożliwa do rozstrzygnięcia ani tym bardziej do ścisłego udowodnienia w jałowych humanistycznych dysputach i, w istocie, bez znaczenia, bo twórczość Józefa Barana, obfita i różnorodna, broni się sama, a każda następna jego książka, czy to prozatorska, czy poetycka, jest potwierdzeniem wysokiej klasy i indywidualności artysty.


Józef Baran, Podróże z tej i nie z tej ziemi, Zysk i S-ka, Poznań, 2010.
_____________________________________________________


[1] Nie mylić z „Czystą Formą” S.I. Witkiewicza.

[2] Zagadnienie twórczej suwerenności lub jej braku jest poważne, ciekawe i, niestety, bagatelizowane z podejrzaną wręcz nonszalancją; a przecież to pasjonujące odkrywać, kiedy mamy do czynienia np. z dialogiem, twórczą kontynuacją, polemiką, kiedy z inspiracją, erudycyjnym tropem, celową imitacją, a kiedy z zapożyczeniem lub, co najczęściej spotykane, ze zwykłym epigoństwem. Kwestia ta dotyczy nie tylko literatury – Szanowny Czytelnik zapewne zadał już sobie kiedyś pytanie, czy mielibyśmy Błękitną rapsodię Gershwina bez Koncertu a-moll Griega (szczególnie bez pierwszego Allegro) albo kubizm Picassa bez późnych obrazów Cezanne'a i sztuki afrykańskiej? Przykłady i omówienia takich, eufemistycznie rzecz nazywając, artystycznych stymulacji, mogłyby śmiało posłużyć za temat dla interesującej książki; tylko czy współczesny niby-edukowany i niby-myślący homo consumatus felix zniósłby taką dawkę upadających mitologii?

[3] Autor! Autor!: Rozmowy z ludźmi pióra i palety – Warszawa, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, 1986; Śnił mi się Artur Sandauer: rozmowy i wspomnienia, Kraków, Centrum Kultury Żydowskiej Na Kazimierzu, Hereditas Polono - Judaica, 1992; Tragarze wyobraźni – Podkarpacki Instytut Książki i Marketingu, 2006.

[4] Według Platona źródłem poezji jest Duch, dlatego poeci nie rozumieją, co piszą, sens ich słów jest często nieokreślony, są bełkotliwe niczym delficka przepowiednia; Arystoteles uważał, że źródłem poezji powinna być Myśl, za którą idą wiedza i umiejętności; natomiast Goethe pisał: „Platon nie tolerował w swojej szkole żadnego άγεωμέτρητον. Gdyby mnie stać było na założenie szkoły, nie tolerowałbym uczniów, którzy nie zajęliby się poważnie i wytrwale jakąś dziedziną przyrodoznawstwa”. Nic dodać, nic ująć. Wielostronny erudyta Herbert czy afirmator świata Zagajewski, ulubieńcy zarówno Kaliope jak Klio i Euterpe, to też wspaniałe kamienie do tego ogrodu.

Klasyka: Julian Tuwim


Wiersz, w którym autor grzecznie, acz stanowczo uprasza liczne zastępy bliźnich, aby go w dupę pocałowali


Absztyfikanci Grubej Berty
I katowickie węglokopy,
I borysławskie naftowierty,
I lodzermensche, bycze chłopy.
Warszawskie bubki, żygolaki
Z szajką wytwornych pind na kupę,
Rębajły, franty, zabijaki,
Całujcie mnie wszyscy w dupę.

Izraelitcy doktorkowie,
Widnia, żydowskiej Mekki, flance,
Co w Bochni, Stryju i Krakowie
Szerzycie kulturalną francę !
Którzy chlipiecie z “Naje Fraje”
Swą intelektualną zupę,
Mądrale, oczytane faje,
Całujcie mnie wszyscy w dupę.

Item aryjskie rzeczoznawce,
Wypierdy germańskiego ducha
(Gdy swoją krew i waszą sprawdzę,
Werzcie mi, jedna będzie jucha),
Karne pętaki i szturmowcy,
Zuchy z Makabi czy z Owupe,
I rekordziści, i sportowcy,
Całujcie mnie wszyscy w dupę.

Socjały nudne i ponure,
Pedeki, neokatoliki,
Podskakiwacze pod kulturę,
Czciciele radia i fizyki,
Uczone małpy, ścisłowiedy,
Co oglądacie świat przez lupę
I wszystko wiecie: co, jak, kiedy,
Całujcie mnie wszyscy w dupę.

Item ów belfer szkoły żeńskiej,
Co dużo chciałby, a nie może,
Item profesor Cy… wileński
(Pan wie już za co, profesorze !)

I ty za młodu nie dorżnięta
Megiero, co masz taki tupet,
Że szczujesz na mnie swe szczenięta;
Całujcie mnie wszyscy w dupę.

Item Syjontki palestyńskie,
Haluce, co lejecie tkliwie
Starozakonne łzy kretyńskie,
Że “szumią jodły w Tel-Avivie”,
I wszechsłowiańscy marzyciele,
Zebrani w malowniczą trupę
Z byle mistycznym kpem na czele,
Całujcie mnie wszyscy w dupę.

I ty fortuny skurwysynu,
Gówniarzu uperfumowany,
Co splendor oraz spleen Londynu
Nosisz na gębie zakazanej,
I ty, co mieszkasz dziś w pałacu,
A srać chodziłeś pod chałupę,
Ty, wypasiony na Ikacu,
Całujcie mnie wszyscy w dupę.

Item ględziarze i bajdury,
Ciągnący z nieba grubą rętę,
O, łapiduchy z Jasnej Góry,
Z Góry Kalwarii parchy święte,
I ty, księżuniu, co kutasa
Zawiązanego masz na supeł,
Żeby ci czasem nie pohasał,
Całujcie mnie wszyscy w dupę.

I wy, o których zapomniałem,
Lub pominąłem was przez litość,
Albo dlatego, że się bałem,
Albo, że taka was obfitość,
I ty, cenzorze, co za wiersz ten
Zapewne skarzesz mnie na ciupę,
Iżem się stał świntuchów hersztem,
Całujcie mnie wszyscy w dupę !…

Esej: Krzysztof Jurecki PRZESTRZENIE WEWNĘTRZNE. O ARCHETYPIE FOTOGRAFII. FROESE, MATSUBARA, PRZYBOREK.


Co powoduje, że trzej autorzy: Joachim Froese, Ken Matsuabra i Grzegorz Przyborek mieszkający w różnych części świata wykonują prace w podobnej materii artystycznej, dotyczące stanu kultury, w tym przestrzeni symbolicznej? Szczególnie ważny jest tu stan namysłu artystycznego. Nie jest łatwo znaleźć odpowiedź, być może nawet jest to niemożliwe. Przyjrzyjmy się koncepcji fotograficzno-fizoficznej poszczególnych autorów.

Froese - niemiecka kultura na nowym kontynencie
„Od końca lat 90. śmierć była dominującym tematem prac Joachima Froese, Niemca urodzonego w Kanadzie, który w 1991 wyemigrował do Australii. Jego seria Rhopography (1999-2003) ukazuje martwe natury jako tableaux vivants, gdzie nieżywe insekty oraz starzejące się owoce występują w zastępstwie ludzi” – jak pisał Gordon Craig[1]. Inspiracja w działaniach Froesego jest prosta do konstatacji – to przede wszystkim XVII-wieczne malarstwo holenderskie, w mniejszym stopniu flamandzkie, a w innym cyklu renesans włoski. Z wielką wnikliwością podchodzi do fotografowanego obiektu, przybliżając go, monumentalizując, ale przede wszystkim symbolizując. Poszukuje przestrzeni wewnętrznej, mentalnej między dawnymi czasami a obecnymi, w których pojęcie śmierci zniknęło się ze świadomości ponowoczesnego człowieka.


Propozycja Froesego jest bardzo ciekawa, ponieważ ukazuje to, jak kruche i znikome jest fizyczne życie ludzkie, odwołuje się także do starożytnego – greckiego znaczenia słowa rhopos oznaczająceo „zwykłe, trywailne rzeczy”. Czym różni się nasze życie od przemijania zwierząt i owadów? Odpowiedzi można poszukiwać w następnym cyklu.


W kolejnym cyklu Written in the Past (Napisane w przeszłości) (2007) artysta korzysta z innej estetyki, zdecydowanie dalekowschodniej, ale podobnie jak w innych cyklach nie korzysta z perspektywy matematycznej, ukazując wybrane sytuacje odnoszące się do głębokich pokładów pamięci - zmarłej matki i swego dzieciństwa. Listy, naczynia, ręczniki, krzyżówka są bohaterami skromnych prac, w których mamy albo spokój, porównywanie i analizowanie prostych przedmiotów, albo dynamizm, który świadczy o dramatyczności sytuacji.


Ten fotograf niemieckiego pochodzenia przywiązany do malarstwa renesansowego i barokowego poszukuje odpowiedzi na pytanie, czym jest życie, jak określić jego spokój lub przeciwnie dramatyzm! Jego prace zanurzone są w prywatnej pamięci, ale także w świadomości zbiorowej, archetypowej.


Matsubara – japońska formuła lunatyczności?


Ken Matsubara od lat 80. interesuje się inscenizacją w fotografii, która początkowo miała walor związany z rysunkiem i malarstwem (Vertical and Horizontal, 1993). Igrał z zasadami perspektywy, ukazując ich anachronizm czy wręcz iluzyjność. Kontynuacją były prace o charakterze instalacyjnym, w których wykorzystywał szklane naczynia z wodą. Ale z biegiem czasu stał się coraz bardziej fotograficzny (cykl Sleepwalker, 2006), o surrealistycznym rodowodzie, podobnie jak Froese, rezygnując z trójwymiarowego odwzorowania świata. Świadomie inspiruje się snem, tam poszukuje inspiracji i tłumaczenia obecnego życia. Prace odwołują się do poetyki marzeń sennych i wspomnień, poszukują metafizycznego symbolu a służą do wytyczania swego przyszłego życia. Fotografie sprawiają wrażenie nieruchomych obiektów na białym tle, ukazujących, jak w filozofii Zen i we śnie lunatycznym, że to, co niemożliwe, staje się tym, co realne lub jest na granicy tzw. świata racjonalnego. Prace są bardzo wyrafinowane, pokazują np. płonący okrąg ognia lub rozpadającą się szklankę z wodą.


Przyborek – śródziemnomorskie mity w wersji „fotografii inscenizowanej”


Twórczość fotograficzna Grzegorza Przyborka odnosi się do bardzo szerokiego repertuaru możliwości medialnych, z jakich obecnie korzysta artysta, łącząc za pomocą zapisu fotograficznego różne dyscypliny i techniki. Jego postawa od lat 80. XX wieku jest jednak rzadkością w najnowszej polskiej twórczości intermedialnej. Ważna jest w niej potencjalność odwoływania się do myślenia rzeźbiarskiego oraz korzystanie z możliwości, jakie stwarza rysunek.


Pod względem formalnym jego działalność artystyczna związana jest z kategorią „fotografii inscenizowanej”, ale zaznaczyć należy, że ideowo sytuuje się na odrębnej pozycji, ponieważ nie ma w niej aspektu nihilizmu oraz ataku na podstawowe wartości humanizmu, które zazwyczaj związane są z tym rodzajem fotografii. Z tego powodu jest to twórczość wyjątkowa, podbudowana klarowną myślą teoretyczną. Artysta powołuje się m.in. na przemyślenia Sandy Skoglund, należącej do ważniejszych przedstawicieli fotografii inscenizowanej w USA. W tym przypadku Przyborek podkreśla rolę marzenia sennego, będącego dla niego jednym z podstawowych odniesień i znaczeń.


Na ekspozycjach Przyborek wystawia fotografie, rysunki i rzeźby wykorzystywane przy powstawaniu skomplikowanych zazwyczaj aranżacji, których ostatecznym wyrazem jest zdjęcie. Odżywają mity śródziemnomorskie dotyczące podstawowych kwestii filozoficznych, odnoszących się zwłaszcza do dobra i zła w takich pracach jak: Madonna, Pielgrzym, Stwórca czy Demon. Różne rekwizyty poprzez ułożenie, odpowiednie usytuowanie nawiązują do konkretnych słynnych dzieł albo wyobrażeń i stereotypów kulturowych.


Podsumowanie


„Dziwne” ale w pozytywnym sensie tego słowa, prace trójki autorów: Joachima Froese, Kena Matsuabra i Grzegorza Przyborka, są podobne w stylu, który wyrasta z analogicznej konstrukcji duchowej, w tym z oceny dawnej sztuki wynikającej z humanistycznej postawy, co można określić mianem „archetypu fotografii”. Ich styl nie poddaje się żadnej modzie artystycznej, choć można wskazać inspiracje dadaizmem, surrealizmem i konceptualizmem. Minimalizując znaczenie perspektywy matematycznej podporządkowują ją swej skrajnie introwertycznej wizji, w której diagnozują stan umysłowości i duchowości z przełomu XX i XXI wieku.


[1] G. Craig, Joachim Froese, “Kwartlanik Fotografia“, 2007 nr 23, s. 44.


Tekst pochodzi z katalogu wystawy Archetyp fotografii. Joachim Froese, Grzegorz Przyborek, Ken Matsubara (CSW Łaźnia, Gdańsk, 2010)


Jest Poezja! Jan Siwmir, wiersze najnowsze


ptakom podobni

nad cichą wielką wodą przycupnęły ptaki

strojne

w niedostępne ludziom pióra
dwie pary oczu czujnie wpatrywały się w moją twarz
ignorując przestrzeń

przestałem oddychać

wtedy skała obok zbudziła się podniosła
i zjadła mnie i ptaki

życie ze śmiercią często zamieniają się rolami



szare plamy

powiecie że miałem zwyczajne proste życie odmierzone
od brzegu do brzegu
nic na miarę
nic do zazdrości
żadnych igrzysk

zapomniany przez zegary śpiące
w nogach żeliwnego łóżka

psom podobne

ale szarość czerń i biel
miały tysiące kolorów w moich oczach widocznych
tylko dla mnie
zbieranych garściami z ominiętych pól
przygarniętych z lasów które prześlepiliście
zawłaszczonych
zbyt ułomnych
dla tych co mnie nie zauważyli

miałem zwyczajne szare życie
po waszej stronie rzeczywistości



smutek

kiedy odwracasz się od szarugi przed szybą
wychodzisz w głąb ogrodu

tak wiem trzeba podlać kwiaty przyciąć gałęzie pomalować płot

powietrze gęstnieje jakby pierze było darte w ciasnej izbie
pamięć sięga dalekich krajobrazów

siedzieliśmy na brzegu
szare wino nasze ulubione nie wymagało kieliszków
nie trzeba było rozmów wystarczyło że patrzyliśmy
w tym samym kierunku
na bezmiar wyciętej z krzyku ciszy

dziś został tylko krzyk

i twoje milczenie bardziej twarde niż moje złożone
ze słów



pamięć

pamiętacie te chłodne twarze
wykute z brązu jedną emocją
ponad czasem

zastygłe pośród ludzi w muzeum
gdzie każdy przejaw życia jest profanacją

udaję kamień
w nim światło rozszczepia się na słońce i na deszcz
nie ma mgły a hałas tylko słowem budowany

galeria postaci
ten umarł nim odtrąciło go lustro
inny właśnie dostaje się w szarość dziecięcych wspomnień
a najlepsza w klasie pilnie wyciera gumką kolejne marzenie
i jeszcze Helena
ta ma najgorzej
wszyscy patrzą na nią szukając pocieszenia

niewidzialne słońce
zapowiedź deszczu
kamień

pamiętacie te twarze

ja nie pamiętam

Jest Poezja! Bohdan Wrocławski


Urodzony w nocy


Prawdopodobnie ktoś kto urodził się w środku nocy
w momencie w którym wiatr przyciska oddech do ziemi
a stada średniowiecznych czarownic
opuszczają nas

zrozumie

nadszedł czas sztormu
najbardziej intymne sny cofają się w głąb lądu
śpimy w zdumieniu które charakteryzuje
niemowlęta z zaciśniętymi koło głowy piąstkami

nikt nie grzeszy grzech pierworodny
został zmazany lub zaginął tak
jak ginie echo wśród oszalałych
piasków pustynnych

powoli wymijamy się z naszymi pragnieniami
potrzebą biegania na bosaka po porannych trawach
osypanych rosą
chęcią trzymania kobiecych dłoni
przy swoich wargach

oddechem
starszym niż groty skalne na obrzeżach Pienin

w gruncie rzeczy
wiecznie budzi się w nas to
co jest najbardziej kruche

jakieś gesty na peryferiach cywilizacji
imperium rzymskiego odłupane fragmenty ceramiki
na których nie zdążyliśmy zapisać własnego imienia
z nadzieją że odczytają je inni

klucze bocianów
w ciągłej wędrówce między kontynentami
cień nieuchwytnego natchnienia
które czasami odwiedza nas w dni świąteczne

ale przecież dostrzegamy to aż nazbyt wyraźnie
umierają wiersze
ich skrzydła trzepocą nerwowo
w poprzek naszej zadumy
i rozwieszonej w kącie pajęczyny

lub odwiedzają
pola bitew pełne rudych mchów
w ciszy tak skondensowanej
że nikt nie może jej odczytać

pragniemy powracać nawet wtedy
kiedy zamarzną w nas
wszystkie nieodczytane myśli

milczysz zafascynowany swoją obecnością
palce w głębinach odczytują ostrość wrzosów
traw nadbrzeżnych
pawich oczu na skrzydłach
schnącego od wiatru motyla

rdzy rozkładającej nasze wzruszenia

trzeszczą poszycia dachów pęka więźba
niczym bukiet rozlanego mleka
stygnie niebo osypane spróchniałym drewnem

w poprzek naszych ciał otwierają się autostrady
w upalne poranki wysycha krwioobieg
alfabet zbyt ciasny abyśmy mogli w nim
zapisywać nasze zdumienie

być może

tymczasem spadł pierwszy wiosenny deszcz
na krawędzi dachu starego domu usiadł anioł
ruchem pełnym zniecierpliwienia
poprawiał opadające pióra

był garbaty

coś szeptał zbyt jednak odległego
od czasu w który zabłądził
abyśmy stojący na poboczu jego westchnień
mogli to odczytać i zrozumieć

jego twarz rozkapryszonego dziecka
nieskoordynowane ruchy skrzydeł
krople uderzające w rynnę ich muzyka
w środku gwarnego miasta
dotarły do mnie w tym czasie
kiedy niebo spurpurowiało
od wysiłku zachodzącego słońca

zrozumiałem nigdy nie uda mi się odlecieć
skrzydła nasączone wodą i niespełnieniem
w czasie zamieci śnieżnej przemarzły
strzępią się
z nich kolorowe sny fantazyjne piaskowe wydmy
zamki

ołtarze
składające się do wewnątrz rozgorączkowanego ciała
szkwał oczyszczający maszty
z resztek żagli i naszej zadumy

cóż można czcić bardziej od własnego pogaństwa
i barbarzyństwa

milkną w nas pałace Rzymu
błagania gwałconych kobiet dym pożarów
oczyszczający ulice z zarazy
galerie pełne
wyobraźni starych mistrzów

cóż można czcić bardziej od własnej niechęci

być może nic nie znaczące skrzywienie warg Hamleta
kłus małych tatarskich koników
dochodzący do naszych pragnień
ze środka średniowiecza

stosy palonych przyzwyczajeń
cywilizacji osieroconej z naszej godności
ciał niebieskich wypalonych przerażonych
brakiem światła i tlenu

wiecznie krążących wokół obojętności wszechświata

jak my spadający ze szkolnych tablic
w głąb własnej dorosłości

wiecznie szukający miłości i spełnienia

Esej: Dariusz Pawlicki KRÓTKA ROZPRAWA O... PŁOTACH


Nie zrażaj się ewentualny czytelniku tematem tego szkicu. I daj szansę autorowi przedstawić nieco szerzej temat, którym jest płot, czyli „ogrodzenie, zwykle z wbitych w ziemię słupków połączonych żerdziami, do których przytwierdzone są deski, paliki itp.”[1]. Zgadzam się z opinią, że na pierwszy rzut oka temat wydaje się być bardzo prozaiczny. Ale z pewnością wielu z nas wie z własnego doświadczenia, iż na „drugi rzut” owego oka, wiele rzeczy ukazuje się już w zupełnie innym świetle. Może więc i w tym wypadku tak będzie.

Z powyższej, słownikowej definicji jednoznacznie wynika, że nie każde ogrodzenie jest płotem; nie jest nim na przykład palisada, murek. Pierwsze, prowizoryczne ogrodzenia wykonane z gałęzi, służyły ochronie przed groźnymi dzikimi zwierzętami. Ale płot miał już na celu odgrodzenie się jednego człowieka od drugiego, jednej rodziny od drugiej. Nie bez przyczyny termin „odgrodzić się” znaczy także (w przenośni): „odizolować się, odseparować się od czegoś (kogoś)”[2]. Po palikach, stertach kamieni, miedzach, płoty jak i inne rodzaje ogrodzenia, były kolejnym krokiem na drodze do wydzielenia prywatnej własności.

Pozwolę sobie w tym miejscu zauważyć, że mur zamkowy, bez względu na swą wysokość i grubość, nie jest niczym innym niż ogrodzeniem. Tyle tylko, że specjalnego rodzaju.

*

Jeśli płoty w naszej części świata, jednak znikną, to pozostaną po nich, przynajmniej przez pewien czas, ślady. Takie jak np. wyrażenia, przysłowia itd. w polszczyźnie, które Władysław Kopaliński podaje w Słowniku mitów i tradycji kultury:

„koło płotów chodzić (mówić nie na temat, dywagować, odbiegać od rzeczy, mówić nieszczerze), ktoś jest jak kołek w płocie (samotny, bez przyjaciół, rodziny); pierwsze koty za płoty (przysł. pierwsze niepowodzenia nie powinny zrażać, pierwsze próby zwykle bywają nieudane); płot trzy lata, kot trzy płoty, koń trzy koty, człek trzy konie (przeżyje); pod płotem umrzeć/zdechnąć (w nędzy, marną śmiercią); smaż, póki masz, pal płotem, zagrodzisz potem; stać płotem (dawniej: ciasnym szeregiem,, blisko siebie)”. Do powyższych przykładów można jeszcze dodać nst.:

„słowo się rzekło, kobyłka u płota/płotu (trzeba ponieść konsekwencje danego słowa); trafić jak kulą w płot (użyć nietrafnego argumentu); trzymać się, czepiać się czegoś jak pijany płotu; jak żerdź po płocie, Maciek Dorocie (przysłowie: dziesiąta woda po kisielu; o urojonym, zmyślonym albo dalekim pokrewieństwie); śmiały jak baba za płotem (o kimś kto udaje odważnego, kiedy wie, że nic mu nie grozi)”.

*

Czy można napisać historię płotu? Można. Z tym, że najpewniej będzie ona upstrzona wieloma białymi plamami. Ewentualny kandydat na jej autora napotka bowiem poważny problem w znalezieniu źródeł pisanych. Bo kogóż w epokach wcześniejszych interesował, tak pospolity i prosty element otoczenia człowieka, jakim niewątpliwie był płot. Nie inaczej zresztą jest obecnie. W porównaniu z pałacami, świątyniami bądź mostami, drewniane czy jakiekolwiek inne ogrodzenia, to nic. Ale najprawdopodobniej informacje o nich pojawiały się w dawnych dokumentach. Przykładowo w księgach sądowych, kiedy chodziło o rozgraniczenie spornej nieruchomości.

Ubóstwo źródeł pisanych, w których by choćby wspominano o płotach, to jeden związany z tym problem. Drugim jest brak źródeł materialnych. Owszem, na ślady budynków mieszkalnych i gospodarczych natrafimy. Lecz na pozostałości po którymś z płotów, absolutnie nie. Ogrodzenie tego typu, w porównaniu z innymi, szybko bowiem niszczeje. Zaś obecność w ziemi fragmentów zbutwiałego drewna i zardzewiałych gwoździ można rozmaicie interpretować. Do tego historia płotu z całą pewnością nie zaczyna się od zastosowania do ich wznoszenia gwoździ. Albowiem jest ona dłuższa. W tym miejscu zaznaczę, że jak podaje nieoceniony Władysław Kopaliński słowo „płot” pochodzi od słowa „pleść”. Z tego zaś wynikałoby, że pierwotnie płotem była „plecionka z wikliny łącząca z sobą wbite w ziemię kołki”. W późniejszym okresie, do wbitych lub wkopanych w ziemię kołków, przy użyciu sznurów bądź rzemieni, dowiązywano przynajmniej trzy poprzeczne źerdzie. I to między nie przeplatywano wspomnianą wiklinę, a także giętkie pieńki drzewek lub gałęzie. Następnym etapem było zastąpienie rzemieni i sznurów, właśnie gwoździami. Tak wykonane płoty, i to przy użyciu niewielu gwoździ, coraz rzadziej, ale wciąż jeszcze, można napotkać we wsiach wschodniej Polski.

*

Płot, jak i każdego innego rodzaju ogrodzenie, może zainteresować swoją estetyką (z pewnością jest coś takiego jak estetyka płotu), rodzajem materiałów użytych do jego wzniesienia, solidnością lub nie, wykonania. Gdy stoi od strony drogi bądź ulicy informuje również o tym, w jakim najprawdopodobniej stanie jest sam dom, a także cała posesja. Jeśli najpierw zauważymy, że zaczyna niszczeć ogrodzenie, a później, iż proces ten pogłębia się, możemy spodziewać się, że wkrótce proces niszczenia zacznie dotyczyć budynku mieszkalnego, albo już go dotyczy. Z pewnością każdy z czytających ten tekst, mógłby wywołać ze swej pamięci obraz płotu, w którym brakuje wielu sztachet, a pozostałe są spróchniałe, albo przegniłe. A samemu domowi, mimo że stojącemu w pewnym oddaleniu, wiele brakuje do miana zadbanego.

Ale nadeszła już pora, aby jednoznacznie i kategorycznie stwierdzić: płoty będące elementem naszego otoczenia, dotąd dosłownie napotykanym na każdym kroku, stają się rzadkością. I dzieje się to w tym samym czasie, kiedy szybko przybywa ogrodzeń, przede wszystkich czaso- i materiałochłonnych. Wynika to z potrzeby uniemożliwienia osobom postronnym dostania się na teren prywatny. Dużą rolę odgrywa też niejednokrotnie chęć podkreślenia: To moje! Stać mnie!

W miastach płotów już się nie widuje (no, może gdzieś na obrzeżach, gdzie miasto przenika się jeszcze ze wsią). Ale wbrew pozorom, niewiele lepiej jest pod tym względem we... wsiach. Płoty zostały w nich najczęściej zastąpione, mniej lub bardziej, solidnymi ogrodzeniami innych rodzajów: a to wykonanymi z płyt betonowych (niekiedy ażurowych), bądź z metalowych słupków i takiej siatki, a to z cegły.

Często obecność klasycznego płotu we wsi, związana jest z potrzebą zdecydowanego podkreślania, że wieś to nie... miasto. Szczególnie na takim uwydatnieniu zależy tym mieszkańcom wsi, którzy przybyli z... miasta; szczególnie, gdy nastąpiło to niedawno. To właśnie oni, chcąc wieść życie w pełni wiejskie, pragną obecności w swym nowym otoczeniu elementów jednoznacznie wskazujących na dokonany przez siebie wybór. A prosty płot, takim składnikiem niewątpliwie nadal jest (podobnie jak na przykład dom drewniany).

Na szczęście płoty wciąż są, a ich obecność nie tylko jest rezultatem powyższej mody. Najczęściej decyduje o tym ekonomia – jest on najtańszy (że nie jest najtrwalszy, to już inna sprawa). Napisałem: na szczęście, gdyż jestem przyzwyczajony do ich obecności w świecie, z którym jestem zżyty (jest on przy tym bardzo konkretny). W wioskach tego świata, płotów wciąż jest wiele. Natomiast znacznie rzadziej można natknąć się na nie poza terenami zabudowanymi. Te ogrodzenia, którymi otoczone są obecnie pastwiska, na których pasą się krowy i konie (chyba, że ogrodzeń nie ma w ogóle, a zwierzęta są uwiązane), prawie zawsze składają się z tkwiących w ziemi żerdzi i rozpiętego między nimi drutu (niekiedy jest on kolczasty). Nierzadko jest on podłączony do urządzenia elektryzującego. Takie ogrodzenie nazywa się płotem elektrycznym, albo „pastuchem” (w domyśle: elektrycznym). Jego dotknięcie każdorazowo działa odstraszająco. Natomiast dużo rzadziej można obecnie natknąć się na pospolity kiedyś, a równocześnie najprostszy z możliwych, płotów. Jego konstrukcja sprowadza się do dwóch kołków połączonych długą żerdzią; zużycie gwoździ jest przy tym minimalne.

Wędrując drogami polnymi można niekiedy dostrzec pozostałości płotów - tkwiące wciąż w ziemi, pojedyncze słupki. Są śladami po czyjejś pracy i związanych z nią nadziejach. Takie resztki, z dala od zabudowań, przyciągają każdorazowo uwagę. I to nie tylko pozostałości ogrodzeń, ale również resztki fundamentów widoczne w trawie, samotne zdziczałe drzewa owocowe. Wzbudzają one zainteresowanie szczególnie tam, gdzie nie ma innych atrakcji wzrokowych, albo jest ich niewiele. Gdy kogoś znuży już lustrowanie dziesiątków hektarów pól, łąk i pastwisk, ciągnącej się kilometrami ściany lasu, (nie wspominając o ruinie zamku), jego wzrok, choćby na chwilę, może zatrzymać się na wbitym lub wkopanym, kiedyś przez kogoś, pojedynczym kołku. Wykonany pewnie z odporniejszego drewna (może nawet jest to fragment pnia młodego dębu) ostał się, w przeciwieństwie do pozostałych, tworzących kiedyś ogrodzenie, a po których nie pozostał żaden ślad.

Płot wyznacza granicę obejścia. A w jego obrębie, niejednokrotnie kolejne ogrodzenie chroni na przykład przed zwierzętami (przede wszystkimi domowymi) ogród kwiatowy, jak i warzywny. Bywa, że ogranicza również dostęp do owoców tkwiących jeszcze na drzewach lub już opadłych. Ileż prób ich kradzieży, często uwieńczonych sukcesem, mają na sumieniu kolejne pokolenia dzieci (zresztą osób dorosłych również). A na przeszkodzie w konsumowaniu cudzych jabłek, gruszek lub śliwek, najczęściej stało ogrodzenie, którym bardzo często był płot. W tym, aby spełniło ono swoje zadanie, pomagał jeszcze pies (przysłowiowy „pies ogrodnika”).

Nie można pominąć też nieco innej roli ogrodzeń, szczególnie jednak płotów ze względu na tworzące je sztachety, ewentualnie druty lub drągi. Owa inna funkcja nie ma jednak absolutnie związków z dziećmi. Dotyczy bowiem „pomocy” w poruszaniu się osób będących w stanie zatrucia alkoholem. Niejednokrotnie tylko ogrodzenia bądź ściany budynków umożliwiają takim osobom przemieszczanie się, albo zachowanie jakiej takiej pozycji pionowej (bardzo często jest to „pion”, który cechuje wyraźna niestabilność). Kontynuując wątek alkoholowy należy stwierdzić, że to właśnie płoty pełniły rolę swoistego, ale bardzo realnego arsenału. I to jeszcze do niedawna. Z nich bowiem pochodziła „broń” tak bardzo charakterystyczna dla osławionych zabaw wiejskich (na szczęście odchodzących już w przeszłość). Ta ich zła sława była m. in. rezultatem bijatyk, do których dochodziło podczas ich trwania. Niektórzy twierdzili nawet, że nie ma dobrej zabawy bez bójki. Ich główną przyczyną, rzecz zrozumiała, był alkohol, jako że były to imprezy mocno zakrapiane. W takiej zaś sytuacji nie było trudno o nieporozumienie. I dochodziło do niego szybko, tym bardziej, że powodem do jego powstania mogło być, dosłownie, wszystko. Rychło zaprzestawano argumentacji słownej i zaczynano posługiwać się pięściami, albo rozglądano się za „odpowiedniejszym argumentem”. I prawie zawsze, jak to jeszcze niedawno miało miejsce na wsi, w pobliżu stał jakiś płot. Należało tylko wyrwać sztachetę. Silniejszy, popisując się przy tym swą siłą, mógł wyciągnąć z ziemi kołek (taka inscenizacja mogła podziałać odstraszająco na przeciwnika, a wzbudzić podziw, u niektórych kobiet, co było dodatkowym efektem). I tak zaopatrzony mógł niezwłącznie przystąpić do przekonywania do swoich racji oponenta, ewentualnie oponentów.

Należy koniecznie wspomnieć o roli, jaką podczas śnieżnych zim odgrywały płoty śródpolne, także pozostałości po nich. Podobnie zresztą jak drzewa, krzewy, krzyże przydrożne. Wyznaczały bowiem wędrowcom, woźnicom, kierowcom przebieg dróg we wszechobecnym morzu bieli. A były dla nich jeszcze istotniejsze podczas opadów śniegu i zamieci. Z pewnością przyczyniły się do uratowania niejednego życia.

*

Obecności płotów na stronach utworów literackich sprowadza się najczęściej do roli elementu przedstawianej scenerii, w której rozgrywa się zdarzenie opisywane przez poetę czy prozaika. Tak jak przykładowo ma to miejsce w poniższych, początkowych fragmentach dwóch wierszy[3]:

Chang Chi

Przybywając nocą do chaty rybaka

Chata rybaka przy ujściu rzeki.
Woda jeziora aż do chruścianego płotu.


Allen Ginsberg

Dziwny nowy domek w Berkeley

Całe popołudnie wycinałem jeżyny zarastające chwiejny
murszejący płot

Nie inaczej jest w Zaczarowych miejscach Christophera Milne’a, w których opisał świat swego dzieciństwa. Świat ten pojawia się, zresztą w znanych na całym świecie książkach dla dzieci, napisanych przez jego ojca Alana Aleksandra Milne’a: Kubuś Puchatek i Chatka Puchatka (nie wpominając o dwóch zbiorach wierszy). I w tych to Zaczarowanych miejscach płot jest, a jakże, wspominany. Chociażby w takim fragmencie: „Dwieście jardów mniej więcej od Smoczego Mostu idąc w górę rzeczki był płot, na granicy naszej ziemi”.

Wyznacznikiem roli płotów w życiu człowieka jest na przykład i to, że zostały utrwalone na niejednym obrazie. Trudno jednak wskazać jakąś pracę plastyczną, której główny temat stanowią właśnie one (stąd brak prac zatytułowanych Płot czy Płoty). Nie to, co mury chętnie utrwalane, najczęściej w stanie ruiny. Ale typ ogrodzenia stanowiący temat tego szkicu pojawia się na wielu pracach jako tło, element kompozycji. Przykładem może być namalowana w 1875 r. przez Józefa Chełmońskiego Jesień. Zdecydowanie ciemna kolorystyka tej pracy, z sinym niebem i czarnymi chmurami, bezlistnymi drzewami, nie zachęca oglądającego do przeniesienia się w świat utrwalony farbami olejnymi. Stojący tuż przy chacie, częściowo zniszczony płot i kilka wychudzonych psów wskazują jednoznacznie na biedę, z którą zmagają się mieszkańcy obejścia. Nad całą tą scenerią dominuje nastrój smutku, opuszczenia. Z kolei na olejnej pracy Władysława Podkowińskiego zatytułowanej Spotkanie, a namalowanej w 1892 r., płot stoi wzdłuż drogi. Z całą pewnością zasługuje na miano prostej konstrukcji: kołki, do których końców przybito długie żerdzie. Ogrodzenie otacza pastwisko. Nie widać wprawdzie ani jednego konia, jak też żadnego innego zwierzęcia, lecz siedzący na płocie młody mężczyzna (potwierdza w ten sposób dobry stan ogrodzenia) ma na sobie, prawie na pewno, strój do konnej jazdy. Obok niego stoją dwie młode kobiety, a kolejne trzy zbliżają się. Po ubiorach można zorientować się, iż osoby te należą do lepszych sfer. Nastrój tej pracy jest zdecydowanie pogodny. Utrwalone zostało na niej, prawdopodobnie, późne popołudnie. Z kolei obecność młodych ludzi obojga płci pozwala snuć domysły o rodzących się między nimi, a może już istniejących uczuciach, czyli nadziejach.

Na powstałej w 1791 r. akwareli Zygmunta Vogla Widok Poczajowa od przyjazdu Ledóchowskiego, na pierwszym planie widzimy fragment płotu przydrożnego, w całości drewnianego. Natomiast nieco dalej – ogrodzenie wykonane z witek, gałęzi przeplecionych pomiędzy kołkami. Otacza ono rozległe pole. Na drugim planie widać fragmenty poczajowskiego klasztoru i kościoła.

*

W malarskich wyobrażeniach Raju jakie powstały w kulturze Zachodu, nie ma miejsca dla płotów (jak również wszelkich innych ogrodzeń). Co można tłumaczyć tym, że w Raju nie istnieją wszystkie te przyczyny, które uzasadniają istnienie płotów na tzw. ziemskim padole. Znamienne jest jednak to, że także w wizjach Piekła nie pojawiają się ogrodzenia. Tymczasem gdzie jak gdzie, ale w nim moglibyśmy się ich spodziewać.


[1] Słownik języka polskiego, Warszawa: PWN, 1979.
[2] tamże.
[3] oba wiersze w tłumaczeniu Czesława Miłosza, Wypisy z ksiąg użytecznych, Kraków: Wyd. Znak,1994.


Pogranicza: Łukasz Jasiński FATUM



To jest tak bardzo straszne… Ludzka pogarda, nienawiść i mściwość jest niewiarygodna. Wielu wolałoby umrzeć, ale jak tak można – jest to przecież niezgodne z własnymi zasadami?


„Tam, gdzie ostatnia świeci szubienica,
Tam jest mój środek dziś – tam ma s t o l i c a,
Tam jest mój gród.”


To jest tak bardzo straszne, że człowiek mocno publicznie upokorzony zatraca instynkt samozachowawczy – jest jak mysz upolowana przez kota, który zamiast ją pożreć – znęca się nad nią. Jak można żyć w tym świecie? Zostałem kiedyś zmuszony ogromną siłą nacisku do przeprosin. Za co? Za niewinność! Za to, że mam tupet żyć!


„Od wschodu – m ą d r o ś ć-k ł a m s t w a i ciemnota,
Karności harap lub samotrzask z złota,
Trąd, jad i brud.”


To jest tak bardzo straszne, że podświadomie słyszysz rechot Lucyfera – nic nie możesz ze sobą zrobić: masz kompletnie związane ręce. Jesteś bezwolną kukłą w rękach, które robią z Tobą co chcą, a największą przyjemność mają wtedy, kiedy zadają Ci ogromny ból. Jest to tak wyjątkowo podłe i chore, że nie jesteś nawet zdolny płakać – wszystko w Tobie zamiera. Stajesz się wtedy kamieniem, na którym można wykuwać dłutem różne łatki – z przyzwyczajenia nie zwracasz już na to uwagi. Tak, to gorsze niż piekło – tam przynajmniej masz towarzyszy niedoli. A tutaj jesteś izolowany, ignorowany i odrzucany – tak jakbyś w nieskończoności gonił własny ogon. Zamęt, rozdwojenie i zawroty w umyśle – czujesz jak Twoja dusza jest rozrywana na pół.


„Na zachód – k ł a m s t w o-w i e d z y i błyskotność,
Formalizm prawdy – wnętrzna bez-istotność,
A pycha pych!”


To jest tak bardzo straszne, że wolałbyś, aby diabeł zabrał całą Twoją duszę. Tak było w szkole, a teraz w pracy – kolczaste cięgi zostają na całe życie. Trzeci raz człowiek mógłby coś takiego nie przeżyć – ten system zabija w ludziach nadzieję, godność, miłość, honor i wiarę. Tworzą z Ciebie hipokrytę na całe życie – tracisz najważniejsze cechy do przetrwania na ziemi: instynkt, intuicję i inteligencję. Stajesz się nieświadomym niewolnikiem tego systemu – nie ma już dla Ciebie żadnego ratunku prócz śmierci, ale oni zrobią wszystko, aby do tego nie doszło. Pomału, krok po kroku uświadamiasz sobie, że tacy ludzie jak Dariusz Ratajczak, Filip Adwent i Lech Kaczyński, a przede wszystkim bł. ks. Jerzy Popiełuszko – mieli po prostu szczęście.


„Na północ – Zachód z Wschodem w zespoleniu,
A na południe – n a d z i e j a w z w ą t p i e n i u
O z ł o ś c i z ł y c h!”



To jest tak bardzo straszne, że w końcu musiałem po raz kolejny dla poprawy humoru obejrzeć film „Lot nad kukułczym gniazdem” w reżyserii Miloša Formana. Tyle tylko o kraju tym, gdzie nie znajdziesz bez układów… Spokoju?