LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA SPOŁECZEŃSTWO
______________________________________________________________________


Opowiadanie: Krzysztof Niemczycki NIECHCIANE DOMINO


1

Bełkotliwe uliczki, bękarty szerokich alei wysadzanych platanami, wrzące rozgrzanym powietrzem i kolejne przecinki w zabudowie. Ulica Faliasa, Portofino i Boliwara – wąskie rafy cieni, o które rozbija się przybój słońca. Wypełnione jazgotem audycji radiowych wydobywającym się z zimnych dziur okien i dalsze odnajdywanie szczegółów, które pozostawały niezauważone w wyeksploatowanych do końca krajobrazach.

Gorące powietrze nasycone wilgocią, plamy potu, na które nie ma sposobu i te fascynujące boczne ulice, z których domy wyrastają tak nagle, prosto z twardego, laterytowego podłoża, bez zbędnych chodników i krawężników, linii podziału i symetrii. Kolejny szczegół przerastający swoje obiektywne znaczenie – białe ściany domów stykające się z ziemistą czerwienią drogi, a wcześniej... powrotna podróż: stemple, pociągi, samoloty, horyzont nasycający się budynkami i na końcu tego łańcucha nagłe pojawienie się dobrze znanych barw i dobrze znanych problemów – tarmoszący się z wiatrem plakat z napisem Welcome to Maladeo.

Rozedrgane słońce i lepki pot. Pod pachami, na czole i między udami. Sprawdzalne dowody na ilość wody w ciele człowieka bezpowrotnie traconej podczas każdego kroku, taplania w ciepłokrwistych solankach, we wnętrzu pustynnej lizawki zwabiającej wciąż nową zwierzynę. I dalsze zapadanie się w dobrze znane zakamarki ulicy Cermento i Parmintosa. Kalekie ruchy Browna wśród demonstrujących studentów na Avenida de la Liberación i sennych robotników w Guardinie. Wystudiowane posunięcia na szachownicy światła i cieni krzyżujących się placów i ulic. Powolne zapełniane planu miasta własnymi szczegółami: najlepsze wino w kawiarni „El Sol", najlepsze filmy w Instytucie Amerykańskim lub British Council, najlepsze... „A jednak wróciłeś".

I spotkanie z Maite w mieszkaniu Alejandro podniszczonym przez wspomnienia oraz dziwne przeczucie zbiegania się wszystkich oczek sieci - wielopalczastych osi możliwości we wnętrzu małej zamkniętej całości, strzępie słów i nastrojów, w tym jednym punkcie, nieróżniącym się od innych niczym z wyjątkiem tego, że jest środkiem masy, bazy, układu... powodującym, że całe to pisanie i Alberto siedzący obok butelki wina, z którą znakomicie komponuje się są jedynie dopełnieniami bardziej lub mniej złożonych systemów...

A obok tego połączenie Maladeo z Europą cienką nitką ciekawości Maite i tymi słowami, które mają poruszyć jej wyobraźnię, odtrącić stany pośrednie pomiędzy dwoma fazami gzymsów, fasad, drewnianych framug, chodników lub ich braku, słów i znaczeń prowadzących do konkretyzujących się porównań i stwierdzeń, że Bulwar Króla jest podobny do Guardiny przesiąkniętej zapachem pieczonych ziemniaków i końca miasta. Do rozprzestrzenienia Guardiny. I wreszcie ulica Monteneiro. Niedorozwinięty płód Czerwonej Dzielnicy, z rachitycznymi rączkami przecznic i zacisznych podwórek ożywających nocą polucją baloników pożądania. Subtelny zapach perfum „Chanel No 5" i rzygowiny w ciemnych bramach. Obszar zmienności życia i efektów naszych pragnień. Zwiewne znaki, atomy, kuleczki, halucynogenne grzyby i dalsze szczegóły.

Przyjechał niedawno. Trzy dni temu znalazł tani hotelik, w którym życie miało coś z codziennego życia miasta, świeżych bułek i galaretowatych dżemów – przynajmniej tak, tę codzienność wyobrażał sobie w kraju, a tutaj nie chciało się sprawdzać pozostając przy dawnych ustaleniach i pewnikach.

Recepcjonista przeglądając paszport przypatrywał się kolorowym stemplom przekroczonych granic z zadowoleniem wsłuchując się w kaskady jego słów, które wyrzucał z siebie, aby ukryć zażenowanie i nie czuć się jak kobieta starająca się zakryć swoją nagość przed nieproszonym obserwatorem.

Głuchy łomot przejeżdżających tramwajów przeciskających się w gęstym powietrzu w stronę placu Cremintos wybijał się na pierwszy plan z innych odgłosów dochodzących z zewnątrz. Tramwaj zatrzymał się – rekonstruował ten obraz z dochodzących dźwięków patrząc na niego z innej perspektywy. Perspektywy osaczających zapytań, niedowierzań, prób zrozumienia i wytłumaczenia tych ogólnoświatowych procesów, których owocem było tamto miasto i czasy spokoju, gdy na placu Rewolucji powiewały szturmówki, tłum pochodu falował poniżej a dzieci uśmiechały się do przechodzących przegryzając obwarzanki nawleczone na papierowe sznurki.

Tramwaj zatrzymał się. Łatwo można było odróżnić pojedyncze słowa wypowiadane przez wysiadające osoby.

Czasy spokoju ograniczone były od przodu i tyłu pojawieniem się czołgów na ulicach. Czołgi na ulicach pojawiały się nie częściej niż w innych miastach będących owocem ogólnoświatowych tendencji.

- Jesteś komunistą? - zapytał recepcjonista oddając paszport. Are you a Communist?

To nie tak.

British Ariways we'll take care of you; are you communist; Datsun road is right outside your house; Hitachi is the best...

2

Obudził się i było to jak stworzenie świata. Na początku jasność, jasność przebudzenia i przyzwyczajania wzroku do wyłaniających się z niej przedmiotów: książek i opartych o ściany obrazów Malika Makulisa przedstawiających katedrę Świętego Ducha i park z prostytutkami przechadzającymi się po jego alejkach. Obudził się na dobre. Czuł wyraźnie spocone ciało i dochodzące skądś zapachy mieszające się ze sobą w jedną już rozpoznawalną woń tego placu. Czekał kilka minut na coś, co miało w trakcie ich trwania nastąpić i powoli, ale dopiero w czasie ich upływania zdał sobie sprawę, że na coś oczekuje, poszukując w każdym szczególe, nowy szczególe, tego, co powinno się zdarzyć: odgłosu odbijanej piłki, zapachu przypalonego mleka lub zupełnie czegoś innego, co dawałoby pretekst do nerwowego niezadowolenia. Ale tego nie będzie. Nie po to tu przyjechał.

Otworzył okno. Tramwaj z placów Cremintos przejechał poniżej. W ustach czuł nadal smak kolacji, efekt oszczędnego życia człowieka, który nie przyzwyczaił się jeszcze do wydawania tego typu banknotów.

Jeden frank równa się ...

Jeden frank to 0,1 paczki Marlboro.

Czuł nadal w ustach wczorajszą kolację - 15,5 franka.

Nie różnił się od innych, których spotykał na dworcach, gdy wysiadali z pociągów przywożących ich z jakiegoś innego krańca świata, roześmianych ponad stan własnych dowcipów, zachwyconych nowym powietrzem, nowymi reklamami, nowym winem, Doktorem Żywago w kinach, spokojną rzeką, Millerem leżącym na wystawie księgarni, metrem, koncertami, migającymi światłami i muzyką, muzyką-muzyką- muzyką – przyjechał Cyrk Radziecki. Dla których jedynym pewnikiem była informacja, że najtańsze hotele są na placu Campos; hotele z anglojęzycznymi reklamami i ciekawskimi recepcjonistami; hotele dla całej tej zbieraniny, „negros: Peruwiańczyków, Chilijczyków, Arabów, Polaków, Kubańczyków, Rosjan.

Każdy dzień miał podobny scenariusz. Był dokładnie uporządkowany jakby w ten sposób chciał odpędzić duszne przypomnienie przejściowości tej sytuacji. Zawierało się w nim kilka godzin wałęsania się, analizy obrazów Velázqueza, albo jakiegoś innego malarza w zależności od tego, do którego z muzeów wstęp był bezpłatny, tani obiad, tanie wino i na końcu jakieś przypadkowe spotkania kogoś, kto znał kogoś, a prowadzić to mogło jedynie do zakończenia dnia w mieszkaniu jakiegoś wspólnego znajomego. Ta jak choćby teraz.

To nie tak - powtórzył

– Dlaczego? Dlaczego, gdy ktoś zapyta was o jakiś szczegół z waszego życia odpowiadacie „to nie tak", „nie wiem" albo coś w tym stylu. Zamknęła okno i powróciła do zagubionych w plątaninie roślin ryb o wyłupiastych oczach i pięknych nazwach.

– Kogo „was"? – zapytał

– Ciebie, Josego, w ogóle was wszystkich z... stamtąd – uśmiechnęła się poprawiając białe kosmyki włosów i ocierając kropelki potu z czoła. Mógłby być Gutierezem albo Alesandro lub zupełnie kimś innym. Spotkali się dzięki wyczulonemu słuchowi na obco brzmiące słowa, inaczej obco brzmiące słowa w podobnej kawiarence, parku lub mieszkaniu, podobnym do innego mieszkania, parku lub kawiarni, choć mogło nie istnieć całe to prawo przechodniości podobieństw: jeżeli kawiarnia na placu Rewolucji jest podobna do kawiarnia na placu Campos a ta do kawiarni przy Piątej Avenue, to..., a był to efekt zwyczajnej ciekawości, poznania smaku czun-czun podawanego u Bregesa, większej odwagi, o którą łatwiej, gdy zrobi się kilka pierwszych kroków, pozostawiając za sobą pociągi do Certamento i samoloty zmieniających się linii a wraz z nimi zmieniające się tak samo mile uśmiechnięte stewardesy, czy chęci posłuchania muzyki w mieszkaniu Marcela i przy tej muzyce, wraz z Odą, wypatrywanie w głębi akwarium poruszających się w skłębionej zieleni aksolotów, które widzi się po raz pierwszy podobnie jak Odę.

– Jakby brakowało wam pewności, odwagi, własnego sądu. Alberto rozmawia z Karen. Przypomniał sobie rozmowę, w której pomocne były dłonie i całe bogactwo mimiki, tam, gdzie znajomość angielskiego przez Alberto i hiszpańskiego przez Karen nie pozwalała na sformułowanie w miarę poprawnego zdania.

Hablo - mówić. No hablo – nie. „I co ty na to?”

To nie tak. To są jedynie hasła, znaki, sygnały, barwy, herby, których własna heraldyka nie jest w stanie rozszerzyć pozostawiając je na poziomie lustrzanych odbić, a teraz z przodu, a teraz..., gdy chciałoby się ze wszystkich stron jednocześnie. Are you comunist, Datsun road its right outside your house; śmieszny kasownik z plastykową rączką i reklama przyczepiona do zewnętrznych ścian tramwaju jadącego w stronę placów Cremintos, czy to pomieszczenie będące daleko od innego pomieszczenia oddalonego o pociągi do Certamento oraz samoloty z drżącymi skrzydłami, które wydają się niezmiennie sztywne a w rzeczy samej, gdy przypatruje się im przez bulaj przy drugim silniku drżą, jakby i im udzielał się niepokój lecących osób.

Rozstali się niedaleko placu Campos. Zanim wszedł do hotelu przyglądał się, jak odchodzi. Starał się znaleźć właściwy rytm pasujący do tego gęstego, lepkiego powietrza i spoglądających na nią spod wielkich parasoli kawiarnianych ogródków ludzi, ale widział w jej ruchach, że nie jest w stanie tak jak on powoli przelewać się z miejsca na miejsce, wkładając w każdy ruch jak najmniej wysiłku. Szła nieskładnie, sprężyście, przez co nieświadomie ściągała spojrzenia mężczyzn, które rozdrażniały ją, bo w każdym doszukiwała się kolejnych dowodów swojej inności, tych przychylnie wybaczających uśmiechów pobłażania za to, że idzie środkiem bulwaru zmuszając do wzmożonej uwagi rowerzystów i tym podobne grzechy.

Zmierzchało.

Zamknął drzwi. Ocierając pot pod pachami zaczął szukać czystego kubka, z którego mógłby napić się wody. Zmierzchało. Tutaj mówią „ściemnia się" albo po ostu „wieczór". Tutaj nie piją tej lekko gorzkiej, zatęchłej wody. Pił łapczywie długimi haustami wiedząc, że około czwartej w nocy skręcając się z bólu będzie przyrzekał sobie, że nie weźmie jej więcej do ust a czerwone tabletki, prezent od znajomych będących w tej części życia, która jest ciągłym doskonaleniem wiedzy o działaniu sulfamidów i oleju rycynowego okażą się nieprzydatne jak kilka innych rzeczy, które przywiózł ze sobą.

Pot zbierał się w małe banieczki, spływał drobnymi kanalikami zmarszczek zatrzymując się na czarnych brwiach a stamtąd spadał deformując się w powietrzu i rozpryskując się na pierwszym napotkanym przedmiocie.

Rozebrał się i położył w najciemniejszym kącie, który wydał mu się głębią cienia rzucanego przez jakąś rzecz stojącą na drodze słońcu.

Zmierzchało. Leżał nagi na szerokim łóżku przykrytym cienką narzutą zdradzającą gusty właścicieli i pełną przetrwałych zapachów ostatnich mieszkańców. Mężczyzna częściej leżał od strony okna, ona obok otulona jego cieniem. Zamknął oczy i przewrócił się na drugi bok.

Poczuł na udzie czyjąś dłoń, subtelny dotyk kobiecego ciała. Miała długie, smukłe nogi, krótko ostrzyżone jasne włosy i dziwnie smutny uśmiech. Palce spokojnie posuwały się dalej bawiąc się kępkami włosów pojawiającymi się coraz częściej. Siedziała na podłodze przypatrując mu się z dziwnym napięciem. Skręcone kosmyki delikatne jak u dziecka prostowały i znikały pod dłonią. Położyła głowę na jego brzuchu i wtedy poczuł napływający z daleka zapach lawendy.

Zapach lawendy mieszał się z zapachem jej ciała. Zapach lawendy pamiętał jeszcze z dzieciństwa.

Duże flakony stojące w łazience wyłożonej błękitnymi kafelkami czyszczonymi co roku z okazji wielkich świąt.

Rozbierała się po woli. Wszystkie ruch wydawały się jakby zwolnione, można je było prześledzić w każdym szczególe. Podniesione ręce z dłońmi sunącymi po plecach wraz z odsłaniającą się nagością, osuwające się smukłe nogi, pomocna dłoń zatopiona w bliskości ciał, język wysuwający się z ust, słonawy smak morza i jej skóry i daleki zapach lawendy.

Pola lawendy są granatowymi płaszczyznami na pocztówce, na której utrwalono je nie wiedząc, że utrwalono i w jego pamięci taki a nie inny obraz na zawsze przypisując go polom lawendy. Miał jasne krótkie włosy.

Otworzył oczy. Szara ćma spokojnie wędrowała po spotniałej skórze przebierając wieloma delikatnymi odnóżami.

Leżał tak jeszcze przez kilka chwil przypatrując się włochatym nóżkom, po czym szybko ubrał się i wyszedł z hotelu.

Z placu Campos poszedł w kierunku centrum wpadając na kilka minut do małej kafejki z czerwono-białymi markizami, w której mógł napić się prawdziwej kolumbijskiej kawy, poczuć rozleniwiające ciepło i zapach Guardiny...

...a później starannie odmierzając każdy krok i tracone minuty, które powinien poświęcić na zwiedzanie muzeum czy badanie obrazów impresjonistów szedł gdziekolwiek, wspinał, jechał ocierając się o ludzi wychodzących z kina albo o pustkę zagubionych i omijanych przez turystów uliczek, aż gdzieś na placu, którego nazwy już nie pamięta ponownie spotkał Odę.

Razem poszli do „Combo" przelotnie rozmawiając o Maladeo, Uppsali albo o filmie rosyjskim i łatwości pisania u Fitzgeralda lub zupełnie o czymś innym bawiąc się słowami, tworząc palindromy z liter i znaczeń, ale były to działania maskujące. Chodziło im, a zwłaszcza jemu, o poddanie się czerwonym ścianom „Combo", ciepłemu światłu, nocnym motylom i ich cichym uderzeniom w siatki wstawione w otwarte okna oraz samotnej trąbce wyłaniającej się spokojnie z ciszy i znowu ciszy z głuchymi uderzeniami wytrwałych ciem.

Siedział wsłuchując się we frazy bosanovy wyjętej z lamusa przemijających mód, przypominanej po woli, wyciąganej z pamięci z pewnym oporem zapomnianych już przejść i nawrotów muzyki, szumu gitary, subtelnego śpiewu i leniwego rytmu zlewającego się z intymnymi rozmowami, zapadającego się w noc, atmosferę coraz bardziej podniecającą i niezdrową dla sercowców, plany dalekich podróży i całkiem bliskie ciepło rozgrzanego ciała Ody.

Wiedział jedynie, że właśnie w tej chwili, na początku czy może już we wnętrzu tej sekwencji nieśmiałości i osamotnienia nowego kraju trwającej od momentu przyjazdu musi poczuć to wzbierające ciepło, wyjść z dusznego kokom placu Campos i kilku otaczających go ulic i nawet nie zauważył, kiedy zaczął tańczyć. Kiedy pojawiły się obrazy nóg powtarzających lub wyprzedzających dobrze znane frazy, otaczających ludzi z ich uśmiechem zadowolenia, drugich i trzecich planów, przenikających krajobrazów, niepotrzebnych porównań, Piątej Avenue, hotelu, Maladeo Maladeomaladeomaladeo...

Silniej przycisną do siebie Maite, „mam na imię Oda", ODA!, chcąc złączyć się z tym ciałem ociekającym potem, tak bliskim a jednocześnie dalekim. Dalekim od niego, dalekim od smutnego uśmiechu ciotki Klary i powracającej wciąż myśli o nieuchronnym powrocie.

Silnie przycisną do siebie Maite, ale w pewnym momencie odwrócił się od niej. Odwrócił się zbyt spokojnie widząc przestraszone oczy, kocie ruch napiętego ciała, zmoczone kosmyki włosów i wiedział już, że jest to pierwszy krok ucieczki. Jej ucieczki? Kolorowa sukienka krępuje ją, nie pozwala – to on ucieka. Wpada w szerokie ulice z czasem osaczające go z trzech stron ścianami domów. Odwraca się czując rozgrzane dziennym ciepłem cegły i rozpoczyna wszystko od początku: urodziny i kilka lat dzieciństwa, z których nie pozostały prawie żadne wspomnienia, szary, zbyt duży dom, komunię i białe ubranie tracące z czasem ozdobne dodatki i status wyjściowego, rozwiewającą się młodość, podniecenie nagością, pisk hamulców, drobną bliznę na udzie, pociągi jadące za granicę kraju i codzienności, ponaglające spojrzenia, czerwone ściany, trąbkę...

...i ten drobne chwile zapomnienia przysługujące nowym miastom i ludziom, gdy są w nich po raz pierwszy. I to, że mógłby być Gutierezem albo Alesandro lub kimś zupełnie innym, ale...

...ale był Markusem, miał na imię Markus, Mar-kus. Istotny szczegół. Markus, Usa, Samuel, El Paso, Soho, Sobat, Adarama i znowu Markus lub tak

Markus

Usa

Samuel

El Paso

Soho

Sobat

Adarama

i znowu Markus. Klocki domina. Mydło do mydła, piątka do piątki, chciana lub niechciana ciągłość. Miał na imię Markus.

A może trzeba opowiedzieć inaczej?

Fascynować egzotyką, nazwami barów, ulic, mostów, adresami odwiedzanych mieszkań, sygnałami, znakami, odbiciami, próbą stworzenia pokracznych kopii tamtych miejsc i samego siebie, których pokraczność widzi się tylko samemu, bo...

...nie miało się szerokokątnego obiektywu Zeissa, właśnie w tym jednym momencie, na skrzyżowaniu ulic wysadzanych platanami i z tej jednej ważnej chwili pierwszych tygodni tułania się po nowym mieście, przenoszenia się z miejsca na miejsce i ciągłych powrotów na plac Campos, z tą samą pustą walizką i tak samo pustym portfelem, pozostały jedynie nazwy krzyżujących się ulic, barwne plamy i nic poza...

...bo pozostały słowa będące jedynie nazwami a nie samymi zdarzeniami...

bo...

A może?


Rozmowa: Michał Bąkowski, Dariusz Rohnka „ZWYCIĘSTWO PROWOKACJI” 50 LAT PÓŹNIEJ



Michał Bąkowski: Pod koniec 1961 roku bądź w początkach 1962, Józef Mackiewicz zdecydował się wydać książkę „na własny koszt i ryzyko, mając kredyt w pewnej zaprzyjaźnionej drukarni”. Tą książką było Zwycięstwo prowokacji, które ukazało się zapewne jesienią tegoż 1962 roku. W nowym tomie wykorzystał wiele artykułów pisanych w ciągu uprzednich 6 lat, ale pomimo to książka była rewelacyjną nowością. Dlaczego pisarz zmuszony był wydać Zwycięstwo prowokacji własnym nakładem, w czasach, gdy istniało wiele wydawnictw emigracyjnych? Na czym polegała niezwykłość i odkrywczość Zwycięstwa prowokacji? I wreszcie, w czym leży jej aktualność?

Dariusz Rohnka: Trzy obszerne pytania i jedna lapidarna odpowiedź zawarta w nieskromnym słowie – przenikliwość. To za jej sprawą Józef Mackiewicz dostrzegał to, czego inni nawet się nie domyślali, a nie domyślając się, nie mogli do końca zaakceptować (nie akceptując, nie chcieli rzecz prosta wydawać); przenikliwość oraz konsekwencja pozwoliły Mackiewiczowi na spisanie doskonałego elementarza wiedzy antybolszewickiej, który na przestrzeni ostatnich 50 lat nie stracił nic ze swojej aktualności – zasadniczo nie zmieniły się ani warunki (bolszewizm panoszy się na coraz większych połaciach Ziemi), ani poziom percepcji tego dzieła, które, podobnie jak to było 50 lat temu, nadal pozostaje niemal całkowicie niezrozumiane.

Dajmy jednak spokój niezgrabnym skrótom i pokuśmy się o możliwie wyczerpującą odpowiedź. Dlaczego to wybitne dzieło nie mogło znaleźć wydawcy? Chodziło przecież o książkę pisarza nie tylko bardzo cenionego przez krytykę (powieści Mackiewicza spotykały się z bardzo dobrym przyjęciem), także pisarza wyjątkowo poczytnego (oczywiście jak na skromne warunki emigracyjne). Nie istniały zatem w tym przypadku względy na komercyjne ryzyko. Wydaje się, że przyczyna mogła być tylko jedna, ideowa: niezależnie od reprezentowanej, czy tylko preferowanej opcji politycznej, przynależności i sympatii, potencjalni decydenci, wydawcy, przedstawiciele świata emigracyjnej kultury i polityki nie rozumieli Mackiewiczowskiego spojrzenia na współczesność. Najwięksi admiratorzy beletrystyki Mackiewicza, widzieli w jego publicystyce nie konsekwentne, spójne, logicznie umotywowane poglądy, a jedynie zacietrzewienie człowieka opanowanego dziwną manią walki z bolszewizmem. Jeden z nich, Marian Hemar, darzący twórczość powieściową Mackiewicza zasłużonym uwielbieniem, w jednej recenzji potrafił zawrzeć i hymn pochwalny nad jego pisarskim kunsztem i szczery żal nad tego pisarza niepoczytalnością:

„Na naszych oczach rozrasta się, ogromnieje, przybiera na mocy talent pisarski Józefa Mackiewicza. Jeśli nie wszyscy w pełni zdajemy sobie już dzisiaj sprawę z wagi i znaczenia tego pióra, winna temu bliskość, która zawsze jest wrogiem wielkości. […] Jestem pewny, że właśnie Józef Mackiewicz przyjmie i udźwignie ciężką i trudną buławę pierwszego naszego prozaika. […] Jeśli historia jest bohaterką powieści, sprężyną jej jest nienawiść Józefa Mackiewicza do bolszewizmu, nienawiść niczym nie zaspokojona. Są sprawy, których nie może i nie chce przebaczyć pewnym ludziom, pewnym wypadkom, losowi samemu. Nie pisze po to, aby wyjaśnić, ale by się prawować, dopominać o swoje, mścić…”

Tak pisał Hemar, bystry obserwator życia, pisał niewątpliwie szczerze, przy całej swojej inteligencji, talencie i – co najważniejsze – dobrej woli, nie rozumiejąc zupełnie nic z istoty Mackiewiczowskich poglądów, poczytując za fanatyzm to, co było jedynie prostą konsekwencją myśli. Hemar nie potrafił zrozumieć, że owa rzekoma „nienawiść” nie była w swojej istocie wyrazem negatywnych emocji, a jedynie skrupulatną krytyką działalności politycznej, wojennej i powojennej, określonego kręgu ludzi. Pisarska postawa Mackiewicza była wedle Hemara przesycona niepotrzebnym, zacietrzewionym niuansowaniem. W przypadku wielu innych krytyków Mackiewicza było podobnie, albo… znacznie gorzej.

M.B.: Obserwacje Mackiewicza były niewątpliwie równie przenikliwe, co świeże, ale Zwycięstwo prowokacji nie odkrywało przecież prawd nieznanych; powtarzał raczej autor rzeczy znane powszechnie, a jednak zapoznane. Mackiewicz nazywał rzeczy po imieniu, czego nikt nie czynił w roku 1962, zupełnie tak samo jak AD 2012. Nieliczenie się z pseudo-autorytetami, które dominowały horyzont myślowy Polaków przed półwieczem, było chyba główną przyczyną, że Mackiewicz nawet nie szukał wydawcy dla Zwycięstwa prowokacji. Wynika stąd jednak, że prawdziwy powód wydania książki własnym nakładem leżał poza jej treścią, tkwił w otaczającej autora rzeczywistości. Kategorie takie jak „tabu”, „zły to ptak, co swe gniazdo kala” i „świętości (w domyśle: narodowych) nie szargać!”, są typowe dla polskiego myślenia o polityce, a zatem książka, która występowała zdecydowanie przeciw wszystkim utartym kalkom tego myślenia, była skazana… ale czy rzeczywiście skazana na „zamilczenie”? Nikt nie chciałby jej wydać, to prawda, ponieważ wszyscy potencjalni wydawcy – aż do czasu pojawienia się londyńskiej Kontry – obawiali się ostrej krytyki ze strony emigracyjnych autorytetów, lecz przecież, jak słusznie podkreślasz, książka rozeszła się prędko, z czego wynika wyraźnie, że nikt nie chciał brać na siebie odpowiedzialności, choć czytali aż im się uszy trzęsły.

Drugi punkt jest chyba bardziej kontrowersyjny. Podejrzewam, że jesteś zbyt wyrozumiały, kiedy mówisz o tuzach emigracji (nie mam tu na myśli Hemara), że „nie rozumieli Mackiewiczowskiego spojrzenia na współczesność”. Oni je doskonale rozumieli i widzieli jasno, że konsekwencje powszechnego przyjęcia takiego punktu widzenia byłyby dla nich osobiście niemożliwe do zaakceptowania, oznaczałyby bowiem koniec ich kariery politycznej. I w tym także wypadku nic zasadniczo się nie zmieniło od owych lat: nie robi się kariery, nazywając rzeczy po imieniu, ani tkwiąc w podziemiu.

Wróćmy jednak do samej książki. W Zwycięstwie prowokacji Mackiewicz po raz pierwszy nadał swym analizom formę traktatu, konstrukcję wielkiej syntezy. Czy możemy się pokusić o przedstawienie podstawowych tez książki?

D.R.: Na marginesie przenikliwości, świeżości i zapoznania. Czy wiesz co pisała Zofia Kossak w związku ze swoim podbolszewickim doświadczeniem?

„Stąd więcej jeszcze niż terror uderza w rządach sowieckich, w bolszewictwie jałowość i nuda – nuda granicząca z obłąkaniem; nuda beznadziejna, bezlitosna, zabijająca powoli wszystko co żyje. Dotychczas w państwie sowietów istnieje silny bodziec życiowy, cel zasłaniający ludziom wszystko inne – jeść. Jeżeli jednak odejmiemy tę czysto zwierzęcą pobudkę, przed oczami osłupiałej z przerażenia duszy nie zostanie nic. Ani celu, ani nadziei, ani pragnienia, ani radości, ani chęci czegokolwiek. […] Nikt bezkarnie nie przestaje być człowiekiem.”

– to było pisane w roku 1922.

M.B.: Hmm, ta nuda jako cecha bolszewictwa, to jest bardzo dziwne zjawisko. Ja się nie nudziłem w prlu, a generalnie rzecz biorąc ludzie nudzą się dziś i tu (czyli poza prlem).

D.R.: Zwycięstwo prowokacji nie odkrywało prawd nieznanych, zgoda. Weźmy choćby ową nudę, której opis cytowałem za Zofią Kossak (z książki pod tytułem Pożoga). Ty się z tą myślą, z tą wspólną dla Kossakowej i Mackiewicza tezą o nudzie, nie całkiem zgadzasz, ja wręcz przeciwnie, ale nie wiem czy to dobry moment, żeby tę kwestię dyskutować. Weźmy inny przykład, tym razem z Mariana Zdziechowskiego, który mówił: Rosji dziś nie ma. To co jest – sowdepia – to zupełnie co innego, krwawa karykatura, krwawy absurd. Dokładnie nie pamiętam słów, jedynie ogromne wrażenie, które te słowa wywarły podczas czytania… Więc to niby prawda, że Mackiewicz nie mówi w Zwycięstwie prowokacji rzeczy nowych, jakoś szalenie rewelacyjnych, z drugiej nie sposób się wyzbyć wrażenia, że jednak trudno mu odebrać tytuł odkrywcy. Czy to będzie rok 39 czy 41, 44, 62, a także 1985, kiedy ja tę książkę czytałem po raz pierwszy, to co mówi Mackiewicz zdaje się nieodmiennie świeże, przenikliwe, odkrywcze. Być może jest tak, że każda prawda, podobnie jak każda ziemia, ma nie jednego, a wielu odkrywców. Kolumb nie był, jak wiemy, pierwszym, ale bodaj najważniejszym odkrywcą Ameryki. Być może podobną cechę trzeba przypisać Mackiewiczowi? Jeśli tak, to trzeba by zapytać dlaczego właściwie ten „odgrzewany kotlet” zapoznanej prawdy taki soczysty, jędrny i pikantny. Porzucając tę kretyńską metaforę zastanowić się, co takiego szczególnego tę książkę wyróżnia? Styl i konsekwencja? Uczciwość i upór?

Czy emigracyjne tuzy rozumiały Mackiewicza? Czy jednak zanadto nie ogarniały jego myśli? To oczywiście bardzo ważne pytanie, choćby dlatego, że ma bezpośrednie przełożenie na dzień dzisiejszy. Nie wiem dlaczego odrzucasz Hemara jako przykład niezrozumienia. Pasuje o tyle, że nieskażony bezpośrednio żadnym interesem, przynajmniej podczas pisania recenzji z Lewej wolnej. Gdyby było inaczej, gdyby – powiedzmy – bał się Nowaka, szefa Rozgłośni Wolna Europa, od którego mógł być zależny finansowo (Nowak, jak wiemy, darzył Mackiewicza szczerą nienawiścią), takiej recenzji nigdy by nie napisał. Coś mu jednak kazało pisać peany i krytykować za antykomunistyczną „nienawiść” jednocześnie. Wniosek dla mnie jest oczywisty – nie rozumiał. Pewne sprawy nie mieściły mu się w głowie. Przecież sam nie mógł się powstrzymać przed drobnym flirtem z peerelem w postaci licznych aktorek, tancerek, które z dość dużą częstotliwością zjeżdżały do emigracyjnego Londynu.

Czy taką zasadę można rozciągać na emigracyjnych polityków, publicystów? Mnie się zdaje, że tu jednej odpowiedzi po prostu nie ma. U części pewnie decydował konformizm, u większości rodzaj heglowskiego ukąszenia (w wersji nacjonalistycznej). Czy to można jakoś rozstrzygnąć? Obawiam się, że jedyny sposób to stać się na moment polrealistą i w tej pozycji przeczytać Zwycięstwo prowokacji. Poświęcisz się? Toć dla NAUKI!!!

Zwycięstwo prowokacji to wielka synteza i akt wojenny jednocześnie. Główna teza brzmi chyba następująco: bolszewizm stwarza nową jakość w dziejach ludzkości, a owa jakość jest narzędziem światowego podboju. Nowa jakość polega na podporządkowaniu każdego środka, każdego narzędzia głównemu celowi. Dwa podstawowe narzędzia to: prowokacja (przekonywanie, że diabeł nie istnieje) i nacjonalizm… poza tym… to co nie mniej charakterystyczne dla Zwycięstwa prowokacji (także w pierwszym wydaniu), to patos contra zaraza, programowy Mackiewiczowski optymizm, znajdujący najpełniejszy wyraz w pochodzącym już z lat 80-tych artykule pt. „Miejmy nadzieję…”

M.B.: Tak, to prawda: odkrywcze, ale nie w tym sensie w jakim Kolumb odkrył nowy kontynent, tylko odkrywcze tak jak odkrywanie Bacha wobec tych, którzy go dotąd nigdy nie słyszeli. Zasługą Mackiewicza jest więc nie odkrywanie nowych prawd, ale powtarzanie z uporem tej samej prawdy.

Jestem gotów zgodzić się co do Hemara. Konformizm i ukąszenie z pewnością wiele wyjaśniają, ale trzeba do tego dodać jeszcze agenturalność, której mnóstwo było na emigracji i poputniczestwo, a także tę dziwną zasadę dwudziestowiecznej polityki, że wróg może być tylko na prawicy – czyli „lewa wolna!” – oraz manierę pomijania milczeniem rzeczy ważnych, owych wspomnianych już tabu – czyli „nie trzeba głośno mówić!” Przypuszczam, że jeśli przeczytać raz jeszcze wszystkie recenzje na temat Zwycięstwa prowokacji w prasie emigracyjnej, to udałoby się odtworzyć polrealistyczny obraz tej książki – tylko pytanie: czy warto? (Zważywszy, że kiedyś je już czytałem, to jestem skłonny przypuszczać, że nie warto…)

Bardzo podoba mi się nazwanie Zwycięstwa prowokacji aktem wojny. Jest to jednoczesne wypowiedzenie wojny zarówno bolszewikom, jak i ich poputczikom, niezależnie od intencji jakimi się powodują w swym poputniczestwie. Mniej jestem przekonany – jak sam wiesz doskonale – co do rzekomego programowego optymizmu Mackiewicza, ale do tego pewnie wrócimy przy innej okazji.

Zgadzam się także co do podstawowej tezy Zwycięstwa prowokacji, ale – ach, ta zgoda! – spróbujmy sformułować jej konsekwencje. Pierwszą i najważniejszą jest polemika z tzw. „tezą rosyjską” czyli z utożsamianiem sowietów z Rosją, w czym niestety celują od 95 lat Polacy, choć w tym wypadku poszedł za nami cały świat, jak to zgrabnie zademonstrował na naszej witrynie Nyquist. Teza rosyjska jak w soczewce skupia wszystkie metody wykorzystywania nacjonalistycznych partykularyzmów na rzecz internacjonalistycznego bolszewizmu.

Przewodnią myśl Zwycięstwa prowokacji można sformułować jeszcze inaczej. Oto już na samym wstępie książki padają złowieszcze słowa: „Jakże więc doszło do tego, co jest w tej chwili?” Jak doszło do tej strasznej klęski wolnych ludzi i wolnego świata wobec bolszewickiego kłamstwa i niewoli? Cała książka jest próbą odpowiedzi na to pytanie i wyraża (w moim mniemaniu) przekonanie, że mogło stać się inaczej i że w przyszłości nie wolno popełniać tych samych błędów.

D.R.: Jeśli idzie o odkrywanie, mnie się zdaje, że może być miejsce i na odkrywanie Bacha (myślę tu o odkrywcach pokroju Mandelssohna, który praktycznie przywrócił dzieła tego geniusza, m.in. Pasję według św. Mateusza) i na odkrywcę z gatunku Kolumba, boć chyba „wszechkomunistyczna nuda”, która była dla Józefa Mackiewicza niezwykle istotną cechą podbolszewickiego nastroju, jest jego oryginalną myślą, nie zaś myślą zapożyczoną od Zofii Kossak.

Agentura oczywiście tak, jest ważnym elementem; agentura nowego typu, złożona niekiedy z najwybitniejszych jednostek drugiej, ideowej strony (ale to może jednak nic wyjątkowego, jeśli weźmie się pod uwagę tak szczególne przypadki agenturalności, jak Azef czy Gapon, działających przecież jeszcze w prebolszewickiej epoce?); również „lewa wolna”, poputniczestwo, czyli kąsanie równoległe także z drugiej, lewacko-progresywnej strony. Tabu to w tym przypadku maniera politycznego katzenjammera, ale tu znowu dochodzimy do pytania, na ile to było z premedytacji, na ile z głupoty? Czy na przykład kac może tkwić jedynie w podświadomości?

Czy akt wojny nie w sensie pustej deklaracji, ale realny, jaki tu mamy, nie zawiera z definicji atomu optymizmu? Sam napisałeś: nie wolno popełniać takich błędów, a więc… można wygrać?

Slogan „nic tylko Rosja” jako aksjomat nie jest zarezerwowany wyłącznie dla Polaków, tak jak nacjonalizm… ma zasięg globalny. Więc to jedna z największych zalet tej syntezy, że tak dobitnie wskazuje na nacjonalizm jako na podstawowe narzędzie bolszewickiego podboju. Poza tym „nic tylko Rosja” jest wykrzyknikiem znacznie bardziej uniwersalnym, aniżeli utarło się myśleć. Nie dotyczy wyłącznie nacjonalistów wielu odcieni (od Piłsudskiego po Dmowskiego, powiedzmy), ale także demokratów wszelkiej gradacji, w tym i chrześcijańskich, również (co może nieco zaskakuje) konserwatystów, monarchistów, praktycznie całego politycznego spektrum; za wyjątkiem może jednej, niezwykle rzadko występującej orientacji, której przedstawicielem klasycznym przed drugą wojną był nie kto inny jak Marian Zdziechowski.

Tak właśnie patrzył na te kwestie Józef Mackiewicz, gdy podawał swoją wyjątkową receptę na zwycięstwo z bolszewizmem. Mówił po prostu: odrzucić nacjonalizm, stare pojęcia w rodzaju państwowej suwerenności, a przyjąć liberalizm. „Nie własna droga ‘dla dobra narodu’, a wspólna droga dla dobra ludzkości.” Lokował zatem myśl zdecydowanie blisko idei oświeceniowych, od których rzekomo wziął się bolszewizm. Nie bał się tej bliskości. Identycznie jak Zdziechowski, głęboko wierzył w liberalizm.

M.B.: Dobrze. Zagraża nam zgoda, zupełna niemożność i kompletne upupienie, więc dość tej wiolinowej nijakości. Mamy kilka spraw, gdzie możemy z powodzeniem rzucić się sobie do gardeł (metaforycznie, tylko metaforycznie…)

Pierwsze i najważniejsze pytanie: czy kac może tkwić tylko w podświadomości? To znaczy niby jak? Głowa mnie boli, rzygać mi się chce, suszy mnie gorzej niż na pustyni Gobi, ale kaca mam tylko w podświadomości? Byłoby to możliwe, gdyby wcześniejsze nadużycie, za które przyszło płacić tę straszną cenę, także miało miejsce tylko w podświadomości. O ile jednak pamiętam, to znawca tych spraw, niejaki Wieniczka Jerofiejczyk, nawet wówczas, gdy zdarzyło mu się nadużyć podświadomie, kaca cierpiał jak najbardziej świadomie. Może rozpiszemy na ten temat ankietę? Trzecia Ankieta Wydawnictwa Podziemnego: Czy można cierpieć na (politycznego) kaca podświadomie? Czy zwrócimy się z tym do Nyquista?

I wreszcie liberalizm. Tu różnimy się zasadniczo. Ja na pewno nie widzę w liberalizmie sojusznika w walce z komunizmem. Wręcz przeciwnie. Zacznijmy może od Zdziechowskiego. Mam wrażenie, że irenizm zabarwił Twoje myślenie w tym punkcie, bo Zdziechowski i Mackiewicz nie dają się wcale tak łatwo pogodzić. Istnieje nawet tekst tego ostatniego, w którym zupełnie jednoznacznie występuje przeciw Zdziechowskiemu; mam na myśli artykuł pt. „Nie Bogu a ludziom”, który ukazał się w Wiadomościach pod zmienionym tytułem „Bolszewizm i Watykan” w 1949 roku. Mackiewicz występował przeciw ludziom starej daty „tak dalece tkwiącym w konserwatyzmie poglądów, powiedziałbym – szablonów myślowych (…), że źródeł prebolszewizmu doszukują się w epoce odrodzenia, ‘w jej humanistycznych, liberalnych ideach’”. Nazwał klasyczną koncepcję łańcucha wiodącego od odrodzenia przez oświeceniowe wolnomyślicielstwo do jakobinizmu, a dalej przez liberalizm do sowietów, „konstrukcją bogobojną” – nie bez oczywistej ironii. Naczelnym przedstawicielem tej „bogobojnej konstrukcji” w przedwojennej Polsce był Marian Zdziechowski.

Skąd więc się bierze u Ciebie przemożna ochota pogodzenia tych dwóch gigantów? Oni „nie wrogi, lecz dwa na słońcach swych przeciwnych bogi”.

D.R.: Ochota podąża wprost za przekonaniem, a irenizm nie ma tu nic do rzeczy. Zanim jednak zdradzę, w jaki to karkołomny sposób zamierzam, jak twierdzisz, pogodzić „dwóch gigantów”, zajmę stanowisko w sprawach nieco mniejszego kalibru, choć przecież także nader ważnych.

Zatem, do gardła!!! Do gardła w kwestii kaca oraz mentalnej kondycji emigracyjnych antagonistów Mackiewicza. Wbrew ironii, jaką da się posłyszeć w tonie Twojej wypowiedzi, kac bywa jednak szczególnym stanem świadomości (nie chodzi tu o jego stronę fizjologiczną, o ból głowy czy o rzygowiny). Bywa, że delikwent budzi się z takim kacem, albo i na kacu (tu zdaje się panuje dowolność), nie wiedząc w czyim łóżku, w czyim może i domu, w niekoniecznie własnej bieliźnie, albo zgoła bez, więc myśli sobie: „coś tu jest nie w porządku”, ale za diabła… nie wie dokładnie co. Czy nie do takiego stanu porównać można kondycję emigracyjnych elit? Musieli mieć poczucie partycypacji w czymś wyjątkowo haniebnym, a przynajmniej bezrozumnym, tylko że za cholerę nie chcieli uświadomić sobie, co to takiego było. Dlatego słusznie prawisz, że Zwycięstwo prowokacji to także przełamywanie niewygodnego tabu, drażniące. Zgoda!

M.B.: Nie rozpisujemy ankiety na temat kaca? To pech. Ale wróćmy do liberalizmu.

D.R.: Tak, to chyba jeden z najciekawszych tematów. Myślę, że Mackiewicz w cytowanym przez Ciebie artykule nie był po prostu dostatecznie precyzyjny, stąd pewnego rodzaju nieporozumienie, co – rzecz jasna – postaram się bezzwłocznie wykazać.

Otóż, cytowany przez Ciebie fragment artykułu Mackiewicza ma o tyle bezpośredni związek ze Zdziechowskim, że pochodzi z jednego z rozdziałów jego wielkiego dzieła W obliczu końca, rozdziału którego podtytuł brzmi (czy nie ironia) W obronie liberalizmu i w dużej części jest poświęcony, owszem, polemice, ale polemice Zdziechowskiego właśnie z cytowanym przez Mackiewicza profesorem Gonzaguem de Reynoldem. Mówiąc w uzasadnionym tu skrócie: Mackiewicz korzysta z krytyki pod adresem Reynolda, jaką wcześniej napisał Zdziechowski. Trudno zatem uznać Zdziechowskiego za „naczelnego przedstawiciela” „bogobojnej konstrukcji”, a co najwyżej za jej – naczelnego krytyka.

Zdziechowski pisał całkiem jasno: „Z innego jestem pokolenia, z innego świata: wyznaję wzgardzony dziś i ośmieszany prze obydwie strony, przez chrześcijan i przez satanistów – liberalizm. Inkwizytorowie wszyscy – katoliccy, prawosławni, protestanccy, którzy myśląc, że służą Bogu, służyli szatanowi, są mi równie wstrętni, jak bolszewicy, jak Lenin, Trocki czy Stalin.” A w odniesieniu do poglądów Reynolda stawiał retoryczne pytanie: Czy wolno rzucać kamieniem w liberalizm?

Mackiewicz krytykował Zdziechowskiego, choć w zdecydowanie innym zakresie argumentacji. Pisał, że Zdziechowski staje, co prawda, po stronie liberalizmu, ale robi to nazbyt ostrożnie, połowicznie, w sposób pełen zastrzeżeń. Bezpośrednim powodem tej krytyki było stosowane przez Zdziechowskiego rozróżnienie na „wolność myśli, oczywiście w granicach prawa moralnego”, którą uznawał Zdziechowski za najcenniejszą zdobycz liberalizmu oraz „wolnomyślicielstwo”, które „zamiast być synonimem wolności myśli, oznacza właśnie te jej ekscesy, które prawo moralne potępia”.

Muszę przyznać, że krytyka Mackiewicza dotycząca tej dokładnie definicji stanowiła dla mnie sporego kalibru niespodziankę. Cóż takiego drażnić mogło Mackiewicza w poglądach Zdziechowskiego na liberalizm i jego bolszewickie przeciwieństwo? Czyżby odrzucał „prawo moralne” jako warunek graniczny liberalizmu? Myślę, że takie przypuszczenie byłoby trudne do utrzymania. Co zatem? Odpowiedź, choć nie w stu procentach satysfakcjonującą, daje bodaj określenie celu, jaki – zdaniem obu autorów – postawił przed sobą bolszewizm: czy chodzi o walkę z Bogiem (Zdziechowski) czy o walkę z człowiekiem (Mackiewicz)? W tym punkcie, istotnie, różnili się obaj zdecydowanie. Nie wydaje mi się jednak, aby miało to wiele wspólnego z poglądem obu na liberalizm.

M.B.: Rzucać kamieniem oczywiście nie należy nigdy i w nikogo, nawet w liberalizm, bo sami przecież nie jesteśmy bez grzechu. Żeby jednak wybrnąć z trudności, nie możemy po prostu przyjąć, że Mackiewicz „był nieprecyzyjny” – nb. zgoda, był nieprecyzyjny – i przypisać mu wygodnie nasze własne rozumienie kwestii. Trudność, w jakiej się znaleźliśmy jest natury semantycznej: co masz na myśli, mówiąc „liberalizm”? Czy aby na pewno to samo, co miał na myśli Zdziechowski? „Liberalizm” w polityce Stanów Zjednoczonych oznacza tyle co socjalizm, gdy w Wielkiej Brytanii, jego przeciwieństwo, leseferyzm.

Znam książkę Zdziechowskiego, więc zdaje sobie sprawę z nieporozumień, nie wydaje mi się jednak wcale, że nazwanie go naczelnym reprezentantem bogobojnej konstrukcji było nadużyciem z mojej strony. Mało tego, to Zdziechowski, a nie Mackiewicz, miał w tym sporze rację. W moim przekonaniu, liberalizm jest częścią tego nieszczęsnego łańcucha i jedyną szansę odrodzenia klasycznego nurtu liberalizmu, widziałbym w rewizji tych jego elementów, które doprowadziły do klęski. Ale z drugiej strony, liberałem nie będąc, nie powinienem się w to wdawać.

Jeżeli Cię dobrze rozumiem, to Zdziechowskiego „bogobojny” pogląd – tzn. bolszewizm jest walką z Bogiem – nie leży Twoim zdaniem w samym sercu sporu, gdy z mojego punktu widzenia, to jest właśnie problem liberalizmu w ogóle, a w tym szczególnym przypadku jest to problem owego tekstu Józefa Mackiewicza. Liberalizm bowiem odwrócił się od Boga ku człowiekowi w imię wolności. Zdziechowski widział wszystkie konsekwencje tego kroku i w moim przekonaniu miał absolutnie rację. Ale nie o Zdziechowskim mieliśmy mówić.

D.R.: Zacznijmy od wyjaśnienia kwestii najdrobniejszych, na przykład od zgody, bo – jak widzę – zgadzasz się z moim przypuszczeniem o braku precyzji ze strony Mackiewicza. Zgoda ma oczywiście swoje dobre strony i byłbym pewnie (w przeciwieństwie do Ciebie) zachwycony, gdyby nie pewien szczegół, wybijający się w Twojej wypowiedzi – otóż, niby przytakując, odgradzasz się, jak możesz, od owej zgody konsekwencji, nadal nazywając Zdziechowskiego głównym reprezentantem „bogobojnej konstrukcji”. Dlaczego?

Zdziechowski niewątpliwie był człowiekiem bogobojnym, nie reprezentował jednak ani poglądów Reynolda, ani owej „klasycznej koncepcji”, bezwzględnie wplatającej liberalizm w łańcuch przyczyn od odrodzenia po bolszewizm. Nie może być uznany za takiego z tej prostej przyczyny, że osobiście stał na pozycji dokładnie przeciwstawnej – katolickiego liberała, i z tej pozycji bronił nie tylko własnych poglądów, ale liberalizmu w ogóle (w tym i poglądów liberalnych ateuszów), narażając się z tego powodu na bardzo nawet ostrą krytykę ze strony katolickich integrystów. Może błądził, może uznać należy takie stanowisko za głęboko niesłuszne, nie widzę jednak powodu, aby tę szczególną cechę liberalizmu Zdziechowskiego przykrywać jego niewątpliwą bogobojnością.

Pisałem, w kontekście Mackiewicza i jego oceny poglądów Zdziechowskiego, o braku precyzji ponieważ nie wydaje mi się, aby w gruncie rzeczy różnili się jakoś znacząco w poglądzie na liberalizm, który zresztą obaj definiowali wyjątkowo lapidarnie. Dla Mackiewicza liberalizm to po prostu wolność; Zdziechowski był nieco tylko bardziej wylewny, do wolności dodając jeszcze wolność myśli. Krótko i zwięźlę i, tak mi się zdaje, dostatecznie wyczerpująco.

Czy istotnie trzeba teraz drążyć semantyczną naturę tej idei? Rozważać kwestię, z jakiej to absurdalnej przyczyny Amerykanie nazywają swój socjalizm „liberalizmem”? Albo też czy liberalizm okrojony do zagadnień ekonomii, choćby w postaci leseferyzmu, może satysfakcjonować prawdziwego liberała? Zgadzam się, to są wszystko kwestie ważne, ale czy nie ma pilniejszych?

Powróćmy do Zdziechowskiego i Mackiewicza, do różnic albo i zbieżności w ich poglądach. Weźmy kwestię spojrzenia na liberalizm, demokrację i komunizm – co obaj mówili? Czy przypadkiem nie widać w ich poglądach zadziwiającej analogii? Mackiewicz mówił w Zwycięstwie prowokacji mnie więcej tak: należy pamiętać, że demokracja to nie wolność, a tylko równość. Liberalizm jest wolnością. Dopiero połączenie demokracji z liberalizmem może stworzyć ideał, do którego dążymy. I nieco dalej: „Ustrój komunistyczny liberalizm uważa za swego największego wroga”. Podkreślał zatem dwie kwestie: podrzędność demokracji oraz strach jaki wykazują komuniści w zetknięciu z liberalizmem. Co na to Zdziechowski?

„W zasadzie liberalizmu leży równość wszystkich przed prawem. Demokracja jest jego córą; niestety, demokratyczna równość wnet pożarła matkę swoją – wolność. [...] …nie z liberalizmu, lecz z demokracji wypłynęły bezpośrednio te wszystkie konsekwencje, które w końcu znalazły ujście swoje w bolszewizmie. [...] …komunizm jest krańcową fanatyczną negacją liberalizmu”. (Zabawne, że ten ostatni fragment zapożyczył Zdziechowski od Reynolda.)

Czy przypuszczenie, że więcej te „liberalizmy” łączy niż dzieli nie wydaje się prawdopodobne? Powiadasz, że źródłem rozbieżności pomiędzy nimi jest pogląd na cel, jaki stawia przed sobą komunizm. Nie przeczę, a wręcz żądam, aby wyraźnie zaprotokołowano moją w tym względzie ZGODĘ! Chciałbym jedynie określić przy tej sposobności wyraźnie, w jakim punkcie, w zetknięciu z komunizmem, obaj lokowali liberalizm: jako głównego wroga komunizmu; za takiego uchodził także w optyce komunistycznej, a przyznasz chyba chętnie, że w czym jak w czym, ale w definiowaniu celu, głównego wroga, czy taktycznego sojusznika, komunistom błędy zasadniczo się nie przytrafiają.

A skoro już ten liberalizm w zetknięciu z komunizmem taki ważny (czemu przecież Zdziechowski nie zaprzeczał), to może i Mackiewicz miał w swoim poglądzie nieco racji? Chyba że (ale tu już puszczam wodze fantazji) tylko liberalizm osadzony w katolicyzmie cokolwiek dla komunistów znaczy…

M.B.: Nie wiem doprawdy, dlaczego wprowadzasz element „pilności” kwestii wobec ich „ważności”. Pilne? Nie. Ale rozumienie liberalizmu przez Zdziechowskiego także do pilnych nie należy… Jak inaczej mamy rozumieć, o czym mówimy – i o czym mówili Mackiewicz i Zdziechowski – jeśli odmówimy żmudnego cyzelowania znaczeń? Kiedy Mackiewicz mówi, że „demokracja to nie wolność tylko równość”, to co naprawdę ma na myśli? Demokracja, to system wyłaniania władzy, forma rządów, a nie żadna „równość”. Połączenie równości i wolności, w pierwszym rzędzie pachnie jakobińskim liberté, égalité, fraternité, ale po drugie, jest niebezpieczną mrzonką. Ludzie nie są równi, więc jeżeli mają być wolni, to różnice między nimi zaznaczą się prędzej czy później. By zrównać wolnych, trzeba odebrać im wolność. Jesteśmy równi wobec Boga, który obdarzył nas różnymi talentami i będzie nas z tych darów rozliczał; odbiciem naszej równości w oczach Boga, jest równość wobec prawa i to wszystko. Odnoszę wrażenie, że Zdziechowski widział to z większą precyzją niż Mackiewicz, ale poglądy Mackiewicza z czasem – tzn. np. w książkach watykańskich – zbliżyły się do krytykowanego przez niego wcześniej Zdziechowskiego.

Zdziechowski należał do „bogobojnej tradycji” nie ze względu na swój niezachwiany katolicyzm i głęboką wiarę, ale dlatego, że patrzył na bolszewizm w perspektywy eschatologicznej. Widział w bolszewickim szaleństwie znak wejścia „ciemnych, apokaliptycznych potęg na widownię dziejów”.

D.R.: Pięknie! Spotkaliśmy się tu, w Termopilach, w godnym celu uczczenia 50 rocznicy Zwycięstwa prowokacji i co robimy? Niemiłosiernie jubilata obsmarowujemy. Co by o tym, wedle mnie, Józef Mackiewicz powiedział, to zaraz dopowiem, najpierw chciałbym Ci jednak odpowiedzieć. Jeśli idzie o Zdziechowskiego, bez wątpienia utrafiłeś w sedno. W odniesieniu do demokracji nie miał najmniejszych złudzeń – demokracja jako forma rządów to największa porażka liberalizmu, największa i wyjątkowo drastyczna w skutkach. Zdziechowski widział to precyzyjnie i tak też opisywał mechanikę funkcjonowania demokracji:

„Za powszechną równością idzie głosowanie powszechne. Jednostka, posiadająca jakąś wartość społeczną i polityczną, ma prawo żądać, aby tę jej wartość uwzględniono. Tylko nie wynika stąd, aby ludzie wszyscy jednaką mieli wartość i każde zdanie – jednaką wagę; powszechne zaś głosowanie, stawiając rozumnych i cnotliwych na jednej stopie z głupcami, rozpustnikami, degeneratami, wychodzi na korzyść wyłącznie tych ostatnich; ci głosy swoje dają oczywiście na demagogów i karjerowiczów; w ten sposób idea w zasadzie moralna staje się niemoralną w praktyce życia”.

Wyczerpująco, prawda? Ja w każdym razie nic bym tu już więcej nie chciał dodawać. Mackiewicz w Zwycięstwie prowokacji jest bardziej demokracji przychylny, nie odtrąca jej w równie apodyktyczny, ostateczny sposób. I tu znowu muszę pozwolić sobie na odwagę przypuszczenia, że ta jego wobec demokracji spolegliwość nie była do końca zamierzona. Bo czy Józef Mackiewicz mógł mieć poważniejsze złudzenia w odniesieniu do demokracji? Weźmy choćby jeden z jego przedwojennych tekstów, który Ty bodaj niedawno cytowałeś, Szabla i pałka gumowa, gdzie znaleźć można takie na przykład uwagi na temat demokracji:

„… ten powszechny pęd w ograniczaniu, w totalizowaniu, prześladowaniu, zglajchszaltowaniu swobód obywatelskich, indywidualnego romantyzmu, przybrał w nowej Europie znamiona piętna i zdecydowanego jarzma”.

Cała twórczość Mackiewicza naszpikowana jest po prostu tego rodzaju przemyśleniami. Zatem, podobnie jak w przypadku Zdziechowskiego, trudno podejrzewać Mackiewicza o najdrobniejsze nawet złudzenia. Co mu w takim razie kazało nazywać ideałem koniunkcję demokracji z liberalizmem? Może, przeżywszy w Anglii czy w Monachium kilkanaście lat, doszedł do wniosku, że demokracja w zestawieniu z totalitaryzmami, to jednak forma, w której da się żyć? Czy miał rację? Czy można mieć rację na „krótką metę”, czy raczej historiozofia nie wybacza krótkowzroczności?

Jak myślisz, cóż by o takim niespodziewanym krytykanctwie powiedział sam Mackiewicz? Czy byłby obrzucił nas gromami, czy raczej posłuchał z uwagą? Mnie się zdaje, że na tym dokładnie polega wielkość tego pisarstwa – nie musimy ani sekundy nawet drapać się po czerepach, aby sobie na to pytanie odpowiedzieć. Nie musimy, bo istota tej odpowiedzi siedzi głęboko w nas, przez nią w jakieś mierze zostaliśmy ukształtowani; przez niezwykłą formułę, stanowiącą credo Mistrza: leben und leben lassen – żyć i pozwolić żyć innym. W tych czterech słowach zawiera się cała droga życiowa Józefa Mackiewicza, filozofia jego dzieła, jego liberalizmu, metoda pisarska i sposób w jaki starał się dochodzić do nieosiągalnej prawdy.

Z niej wywodzi się także wielki walor Zwycięstwa prowokacji – jej otwartość, gotowość wsłuchiwania się w zdania odmienne i niebywała intelektualna pokora:

„Nie stawiam sobie za cel narzucania komuś moich poglądów. Z góry zakładam, że istnieją niewątpliwie poważne argumenty, mogące podważyć niejeden z moich własnych”.

M.B.: Jak każdy kulturalny człowiek, Józef Mackiewicz miał szacunek dla cudzych opinii, gdy były przemyślane i uzasadnione, niezależnie od tego, czy się z nimi zgadzał czy nie. Przykładów po temu było mnóstwo, od przyjaźni z lewicującym Michałem Chmielowcem do wielokrotnie wyrażanego szacunku dla Studnickiego czy Pragiera, z którymi nie zgadzał się prawie nigdy.

W moim przekonaniu, Mackiewicz doskonale zdawał sobie sprawę z istotnych wad demokracji. Wyrażał je zarówno w przedwojennej publicystyce, jak i w powojennej Sprawie pułkownika Miasojedowa, gdzie carska Rosja nazwana jest trafnie państwem niedemokratycznym, ale liberalnym.

Muszę tu także złożyć pewną deklarację: określanie Józefa Mackiewicza mianem „Mistrza” wydaje mi się zupełnie nie na miejscu i nieodmiennie razi mnie. On z pewnością nie czuł się żadnym „guru” i wydaje mi się, że powinniśmy zostawić ten termin wszystkim tym mackiewiczologom spod ciemnej gwiazdy, którzy „bronią Mistrza”, choć go nigdy nie czytali; którzy domagają się nielegalnego wydawania jego książek w prlu, wygodnie zapominając, co on sam miał na ten temat do powiedzenia.

Ale wróćmy do Zwycięstwa prowokacji. Wróćmy do Józefa Mackiewicza. Być może tak powinniśmy byli zatytułować tę rozmowę: „Wracajmy do Mackiewicza!”

Za: Wydawnictwo Podziemne http://wydawnictwopodziemne.com/


OD REDAKCJI 10/2012


Słowo na październik

„Cywilizacja nasza – wbrew pozorom – nie grzeszy tak bardzo uczynkiem. Grzeszy straszliwie myślą i mową. «Przeciwko głupocie mojej epoki odczuwam strumienie nienawiści, które mnie duszą. Gówno podchodzi mi do ust, jak przy zduszonych rupturach» - pisze w innym liście święty Flaubert. I tragiczne w tym jest to, że nie proletariat i plebs jest głupi, ale że tak zwane warstwy oświecone stają się coraz głupsze. «Należy oświecić warstwy oświecone – pisze jeszcze w innym liście Flaubert – Zacznijcie od głowy. Ta jest najbardziej chora, reszta przyjdzie sama»”.

Andrzej Bobkowski, „Szkice piórkiem”, zapis z 17 lipca 1944 r.



Polecamy:

Stowarzyszenie Empora zaprasza 13 października o godz. 18 na premierę książki poetyckiej Piotra Groblińskiego „Inne sprawy dla reportera” (Wydawnictwo Kusiński); Stacja Nowa Gdynia, ul. Sosnowa 1, Zgierz (na granicy z Łodzią).

Pozostałe spotkania promocyjne:

18 października godz. 19 Śródmiejskie Forum Kultury, Łódź, ul. Roosevelta 17

21 października godz. 19 sala przy kościele na Stokach w Łodzi

Piotr Grobliński urodził się 20 kwietnia 1966 roku w Łodzi. Jako poeta debiutował w prasie w 1987 roku. Dotychczas wydał cztery książki poetyckie: „Błękitne lustro aksjologii” (1990), „Filozoficzne aspekty tramwaju” (1995), „Zgodnie z regułą splotów” (1997), „Festiwale otwartych balkonów” (2005). Pracuje w Łódzkim Domu Kultury – kieruje wydawnictwem Kwadratura i redaguje serwis Reymont.pl. Prezes Stowarzyszenia Kulturalno-Społecznego „Empora”.



Wydawnictwo Amea zaprasza 25 października na Krakowskie Targi Książki, gdzie odbędzie się premiera książki Aidy Amer „Rantis”. http://www.amea.pl/Zapowiedzi/

Aida Amer (1968). Urodzona w Krakowie. Po mamie Polka, po tacie Arabka. Wychowała się na styku dwu kultur. Ukończyła archeologię klasyczną na UJ i szkołę aranżacji wnętrz. Projektowaniem wnętrz zajmuje się zawodowo, pisaniem - w wolnym czasie. Mieszka w Krakowie. Autorka m.in. opowiadania „Igor i Igor” opublikowanego przez Ameę w zbiorze „Wbrew naturze”.



XVI Festiwal Sztuki Najnowszej ZA, 13 października godz. 17 w siedzibie ZA w Rawce k. Skierniewic, ul. Berlinga 2; artyści uczestniczący: Wiesław Sokołowski, Agnieszka (Jaga) Sokołowska, Jan Masiak, Marian Bogusz, Grzegorz Winkler, Jacek Müldner-Nieckowski, Ewa Sokołowska.



Różewicz Open Festival, 7 - 15 października, Miejski Dom Kultury w Radomsku http://www.rozewiczopen.pl/

Esej: Ewa Thompson O KOLONIZACJI EUROPY ŚRODKOWEJ


O kolonializmie „białych przeciwko białym” można mówić od wieku XVIII. Rozbiory Polski zakończyły kolonizację Europy Środkowej przez Rosję, Prusy, Austrię oraz imperium otomańskie. Nieobecność krajów regionu na mapie politycznej świata przypieczętowała ich nieobecność w literaturze, nauce, zaowocowała zwyczajem pomijania ich w dyskursie. Sytuacja polepszyła się po upadku Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, ale daleko jej do normalności.

Amerykańska poetka Emily Dickinson tak pisała o prawdzie:

Powiedz całą Prawdę, ale okrąż ją na paluszkach
W swoim pełnym blasku Prawda poraża
Naszą wątłą zdolność do radości,
Bo Prawda jest wielką niespodzianką.

To tak jak mówić dzieciom o błyskawicy.
Trzeba to wytłumaczyć łagodnie,
Prawda musi zaistnieć bardzo powoli,
Bo inaczej wszystkich nas oślepi[1].

To poetyckie ostrzeżenie należy mieć na uwadze, wprowadzając perspektywę postkolonialną do studiów nad niegermańską Europą Środkową. Perspektywa ta postrzegana jest jako absurdalna przez narratorów państw imperialnych. Należy więc postkolonialny punkt widzenia przedstawić tak, aby nie powielał on kłótni o miedzę pomiędzy Rzędzianem a Jaworskimi, których tenże miał nadzieję z torbami puścić. Zacznijmy od rzeczy podstawowych i chyba niepodważalnych.

„Biali przeciwko białym”, czyli nałożenie czapki niewidki

O kolonializmie „białych przeciwko białym” można mówić od wieku XVIII. Zdefiniowałabym go jako militarny podbój terytorium i ludności, która już posiada swoją własną świadomość narodową, system polityczny, prawo, język i obyczaje społeczne. Najkrótsza definicja kolonializmu to przekształcenie (przy użyciu siły) nawet niewielkiej metropolii w peryferię. W wieku XVIII rozpoczął się na wielką skalę również kolonializm zamorski, uprawiany przez tych Europejczyków, którzy na ogół nie zajmowali się kolonizacją swoich sąsiadów. Kolonializm zamorski zdobył sobie lingwistyczny monopol, podważany w wieku XXI przez postkolonialnych badaczy Europy Środkowej – bo tam właśnie kolonializm „białych przeciwko białym” uprawiany był najczęściej. Łamał on postanowienia pokoju westfalskiego z 1648 roku, bo skierowany był na rugowanie i wchłanianie sąsiednich państw o długiej historii i jasnej tożsamości. W drugiej połowie XX wieku rozpoczął się demontaż zarówno kolonializmu zamorskiego, jak i europejskiego, ale w wieku XXI widać już jego powrotną falę.

Rozbiory Polski zakończyły kolonizację Europy Środkowej, kolonizację, w której uczestniczyły Rosja, Prusy, Austria oraz imperium otomańskie. W 1795 roku Polska przestała istnieć jako reprezentantka własnych interesów, a jej ziemie stały się peryferiami wrogich jej mocarstw. Państwa, takie jak Czechy, Bułgaria, Mołdawia, Serbia, Chorwacja, zostały połknięte przez imperia wcześniej. W rezultacie przy końcu wieku XVIII na niegermańską Europę Środkową nałożono czapkę niewidkę; stała się ona niewidzialna jako państwowość, czy raczej państwowości, jako podmiot i producent kultury.

Kolonializm w tej części świata miał swoje specyficzne cechy i unikatowe rezultaty. Po pierwsze, Europa Środkowa to w znacznej mierze terytorium kultury tomistycznej, której trwałość umocniła kolonizacja. Teoretyzowanie kolonializmu na tych ziemiach musi uwzględnić ten fakt; przykładanie miarek historycyzmu do Polski to trochę tak, jak tłumaczenie mitologii greckiej przy pomocy taksonomii Oświecenia[2]. Po drugie, państwo polskie było również krajem – okresowo przynajmniej – kolonizującym (mowa o Ukrainie, Litwie i Białorusi), który sam został skolonizowany. Stąd pomieszanie wartości i rozchwianie znaczeń w konstruowaniu sądów o Polsce, ułatwiające byłym kolonizatorom usprawiedliwienie swojej działalności. Ponieważ państwo polskie było kluczowym niegermańskim państwem w Europie Środkowej, błędy w jego interpretacji zdeformowały obraz całej Europy Środkowej w narracji świata[3].

Kolonizacja dyskursu

Mimo różnic pomiędzy kolonializmem zamorskim a środkowoeuropejskim, oba miały wspólne cechy. Przynosiły uzależnienie gospodarcze, hamowały rozwój społeczeństwa, wprowadzały patologie społeczne i kulturalne, przekształcały mapy mentalne świata i niwelowały prestiż[4]. Podobnie również tłumaczyły przyczyny podboju. W obu wypadkach podkreślano niezdolność podbijanego do samodzielnego sprawowania władzy oraz ucisk mniejszości. „W centrum europejskiej polityki na Bliskim Wschodzie stał problem mniejszości, których «interesy» wielkie mocarstwa rzekomo reprezentowały i ochraniały”, pisze Edward W. Said[5]. Katarzyna II użyła podobnej argumentacji w stosunku to Pierwszej Rzeczpospolitej, zaś Stalin i NKWD – w stosunku do Drugiej[6].Szerzenie nieprawdziwych informacji o Polsce m.in. przez takie ikony Oświecenia jak Wolter czy zachodni naukowcy pogrążyło w niepamięci polskie państwo szlacheckie i jego republikański ustrój. Niegermańska Europa Środkowa jest bodajże jedynym terytorium w Europie, gdzie wymazywanie historii odbyło się na tak wielką skalę i trwało tak długo.

Dyskurs o postkolonialnych cechach Europy Środkowej mógłby być sporem historyków i ekonomistów. Wtedy w centrum dyskusji byłyby takie twierdzenia, jak „kapitał gromadzi się w metropolii a nie na peryferiach imperium, stąd chroniczny niedorozwój terytoriów zniewolonych”. Tutaj ograniczę się jednak do problemu kolonizacji dyskursu. Bowiem studia postkolonialne to nie to samo, co studia historyczne. Nie wpisują się one w oświeceniowy harmonogram studiów humanistycznych. Rezultatów europejskiego kolonializmu „białych przeciwko białym” nie da się opisać, używając oświeceniowych formułek, gdyż są one rusztowaniem tego niwelującego tożsamość odbierana głosu, który Said nazywał orientalizmem. Argumentem w studiach postkolonialnych są nie tyle traktaty dotyczące podziału terytoriów pomiędzy kraje imperialne, ile struktury wpływów na dyskurs światowy, systemy opinii i rankingi prestiżu. Wizerunek Europy Środkowej, stworzony przez „obiektywnych obserwatorów” z zewnątrz, to środkowoeuropejski odpowiednik opisów Afryki przez dziewiętnastowiecznych podróżników europejskich.

Widzę dwa etapy dyskursywnego kolonizowania Europy Środkowej. Pierwszy rozpoczął się w wieku XVIII i zakończył po upadku Związku Sowieckiego. Z wyjątkiem okresu międzywojennego, były to czasy, gdy permanentne pozbawienie podmiotowości krajów Europy Środkowej było jeszcze możliwe. Drugie stadium to współczesna walka z bagażem dyskursów nagromadzonych w okresie pierwszym w nauce, polityce i mediach, włączając słownictwo i nazewnictwo, oraz próby skorygowania tych dyskursów.

Wymazywanie z pamięci

Przyjrzyjmy się teraz konstrukcji kolonizującego dyskursu. Rozbiory Polski były „grubą kreską”, po której zasób wiedzy nie tylko o Pierwszej Rzeczpospolitej, ale i o całej niegermańskiej Europie Środkowej i Wschodniej (poza Rosją) gwałtownie się skurczył w dyskursie europejskim, a nowej wiedzy zaczęli dostarczać hegemoni kolonialni. Charakterystyczne są tajne protokoły podpisane przez trzech kolonizatorów Polski w 1795 roku, zawierające decyzję, że „konieczne jest niszczenie wszystkiego, co może przypomnieć światu o istnieniu kiedyś Królestwa Polskiego”[7]. Jak zauważył Adam Zamoyski, Prusacy przetopili na złoto polskie królewskie korony, Austriacy urządzili koszary w pałacach polskich królów, zaś Rosjanie wywozili z Polski do Rosji co się dało – biblioteki, dzieła sztuki i ludzi. Wzmianki o polskich terytoriach pojawiały się w prasie europejskiej tylko wtedy, gdy miały tam miejsce jakieś rozruchy, podobnie jak dzisiaj Tamilowie w Sri Lance pojawiają się w prasie wtedy, gdy już mocno zajdą za skórę Syngalezom; ale o co tam chodzi, mało kto wie. Gdy w prasie amerykańskiej pojawiły się notki o rozruchach w Polsce w 1976 roku, mało kto wiedział lub interesował się tym, dlaczego Polacy wychodzili na ulicę.

W XIX wieku, z paroma wyjątkami[8], historycy europejscy i rosyjscy przyjęli bez protestów wirtualną nieobecność w dyskursie nie tylko Polski, ale i całej niegermanskiej Europy Środkowej, którą stopniowo przemianowano na „Europę Wschodnią”. Po II wojnie światowej to wyrażenie stało się w USA standardem desygnującym coś w rodzaju oddzielnego subkontynentu. Nie oznacza to oczywiście, że nikt z tej części świata nie mógł przebić się do światowej mównicy[9]. Brakowało jednak ciągłości narracyjnej, którą rozporządzają kraje i narody niepoddane kolonizacji.

Orientalizacja peryferii

Końcowym rezultatem była utrata kontroli nad własnym wizerunkiem, jego reifikacja i esencjalizacja porównywalna tylko do dziewiętnastowiecznych opisów czarnej Afryki. W XIX i XX wieku wizerunek Polaków formował się w tekstach pisanych przez intelektualistów reprezentujących niepolskie interesy; w opiniach, artykułach, wypowiedziach głoszonych poza granicami Polski, na które Polacy nie byli w stanie odpowiedzieć. Często o nich nawet nie wiedzieli, pochłonięci problemami przeżycia i obrony tożsamości w imperiach, w których mieszkali. To o tej skonstruowanej przez wyobraźnię zwycięzców Polsce traktują dziesiątki książek i artykułów naukowych, pisanych w Stanach Zjednoczonych po dzień dzisiejszy, niezmiennie przedstawiających Europę Środkową jako szowinistyczną, prymitywną i nietolerancyjną[10].

Takie są rezultaty intelektualnego ubezwłasnowolnienia, czyli kolonialnego odebrania głosu. Dlatego właśnie Kopernik stał się uczonym niemieckim, Włodzimierz Spasowicz prawnikiem rosyjskim, kod „Enigmy” został rozwiązany przez kryptografów brytyjskich, zaś klęska komunizmu rozpoczęła się w Niemczech od obalenia muru berlińskiego w listopadzie 1989 roku. Wprawdzie Jan Hus pozostał dysydentem czeskim, ale był to wyjątek. Gdy nie dało się wybitnych ludzi czy ważnych wydarzeń umieścić w panteonie mocarstw zaborczych, wrzucano ich do worka niepamięci. Tak się stało z polskimi prawnikami i pisarzami Średniowiecza – Stanisławem ze Skarbimierza czy Pawłem Włodkowicem. O Marco Polo z Wenecji słyszeli wszyscy Europejczycy, ale o tym, że był on Chorwatem z wyspy Korčula, bardzo niewielu. Zaś porażka Otomanów pod Wiedniem w roku 1683, autorstwa króla Jana Sobieskiego, została zredukowana przez Austriaków do małej i trudnej do znalezienia tabliczki na murze jednej z wiedeńskich piwiarni[11].

Kraje skolonizowane nie uczestniczą w tworzeniu swojego wizerunku, bo ich narracja do świata nie dociera. Nietrudno zgadnąć, że narracja hegemona uwypukla słabość, pasywność, brak sił twórczych i osiągnięć, niezdolność do samookreślenia się i samowiedzy członków narodów skolonizowanych. Postrzegani są oni jako ci, którzy muszą być opisani z zewnątrz, bo sami nie są w stanie siebie zdefiniować. Decyzja o tym, kim są, jest podejmowana jak gdyby „ponad ich głowami”, w innym wymiarze, do którego oni nie mają dostępu. Ostentacyjnie obiektywni badacze z Zachodu (finansowani przez różne fundacje i przyjeżdżający do Polski, aby oceniać i badać polskie społeczeństwo), to przykład aktu orientalizującego w stosunku do peryferii, aktu umożliwionego przez kolonialny status odwiedzanych terytoriów. Na peryferie się jeździ, peryferie się bada; ale one nie mogą jeździć do metropolii (rzeczywistej czy zastępczej), aby ją badać[12].

Gwałt na umysłach pokonanych

Ważnym krokiem w procesie kolonizacji Europy Środkowej było przekonanie pokonanych, że są narodami drugorzędnymi, które powinny szkolić się u hegemonów i potulnie zgadzać się na własną nieskuteczność. Narody podbite miały zinternalizować narzuconą im tożsamość: Polska miała się stać „Polszoj a nie zagranicoj”, zaś Litwa, Łotwa i Estonia „Pribaltikoj”, w której oficerowie rosyjscy mogliby się osiedlać po przejściu na emeryturę. Ten proces intelektualnego gwałtu nad zwyciężonymi jest bez trudu rozpoznawalny przez tych, którzy doświadczyli „woli władzy” kolonizatorów, ale jest zwykle uważany za fantazję przez tych, którzy ten proces uruchomili.

Warto prześledzić rolę literatury we wprowadzaniu tych zmian w dyskursie. Jeszcze Dzierżawin i Puszkin walczyli – już nie z Polską, której nie było, ale z duchem Polski – w swoich nieszlachetnych utworach „Na vziatije Warszawy” czy „Klewietnikam Rosiji”. Ale już w „Wojnie i pokoju” Lwa Tołstoja nawet z duchem nie trzeba było walczyć. Tołstoj, który pisał swoją powieść w latach 60. XIX wieku, przyczynił się walnie do nałożenia czapki niewidki na tożsamości centralnoeuropejskie. 70 lat wcześniej tego rodzaju portret Europy Środkowej – jako peryferii wielkich narodów, punkcie ich styku, miejscu, gdzie Austriacy, Prusacy i Rosjanie spotkali się, aby walczyć z Napoleonem – nie mógłby powstać, bo tożsamość obywateli Rzeczpospolitej była wciąż jeszcze częścią świadomości wykształconych Europejczyków. 220 lat temu prezentacja Europy Środkowej w „Wojnie i pokoju” byłaby uznana za wręcz kłamliwą; ale już 150 lat temu stała się normą, właśnie dzięki Tołstojowi. W wyobraźni studentów amerykańskich Polacy, Litwini, Ukraińcy nie istnieli w okresie wojen napoleońskich jako pełnoprawne narody. Tołstoj im powiedział, że pomiędzy Rosją a Prusami nie było żadnych państw, a więc i żadnych narodowości, jedynie gubernie rosyjskie i landy pruskie.

Niepotrzebnych walka o prestiż

Trudno więc się dziwić, że wychowani na podobnych pewnikach światowi politycy do dziś wierzą i do wiadomości podają, że traktat wersalski „upokorzył” Niemcy (i w domyśle Rosję)[13]. Krytyka traktatu wersalskiego jest wszechobecna w narracji historycznej Zachodu, zaś prezydent Woodrow Wilson jest jednym z najbardziej krytykowanych amerykańskich prezydentów. Oczywiście w Europie Środkowej poglądy są diametralnie przeciwne. To, że nie przedostały się one do narracji światowej jako standardowe, jest jednym z wielu konkretnych przykładów, że narracja ta jest zamknięta na argumenty i fakty wygenerowane w tej części świata. Ponieważ wyzwolenie Europy Środkowej w 1919 roku jest często uważane za błąd, wyzwolenie w roku 1989 też nie jest jednoznaczne dla wielu. Postkolonialne kraje Europy Środkowej otrzymały w prezencie od historii wizerunek krajów „niepotrzebnych”, których odrodzenie było „nieporozumieniem” albo przypadkiem. Jest to walka o prestiż; jak zauważyła politolog Nancy Fraser, w nowoczesnym świecie prestiż jest międzynarodowym pieniądzem, niezbędnym do utrzymywania stosunków pomiędzy państwami[14].

Wbrew temu, co twierdzili ideologowie Oświecenia, wiedza historyczna i wizerunek narodów nie są kumulatywne i nie powstają z ciągłego dodawania nowych opracowań do już istniejącego korpusu badań[15]. Proces gromadzenia wiedzy o danym narodzie jest selektywny: pewne rzeczy się usuwa, inne przestawia, dążąc jednocześnie do światowego konsensusu popartego autorytetem uniwersytetów i wydawnictw. Hegemoni dzisiejsi mają tendencję do cytowania hegemonów wczorajszych. Jeżeli się tak dzieje przez wiele pokoleń, wiedza o danej przestrzeni geograficznej ulega zniekształceniu, którego nie da się skorygować przy pomocy jednej książki czy wykładu. Dzisiaj nawet te naukowe pisma slawistyczne, które szczycą się swoją obiektywnością i fachowością, oddały metropoliom i „hegemonom zastępczym” monopol na tworzenie wizerunku Europy Środkowej. Można w nich znaleźć głównie dyskurs metropolii o peryferiach. W takich pismach pojawiają się autorytatywne komentarze o „polskim nacjonalizmie”, „ukraińskim szowinizmie”, czy „emigranckim braku obiektywizmu po II wojnie światowej”.Jak pisze Said, kształtowanie wiedzy o danym społeczeństwie to synonim dominacji. Zawładnięcie dyskursem przez hegemona, wyparcie ze światowego obiegu dyskursu skolonizowanych, jest jądrem kolonizatorskiego zniewolenia. Odzyskanie niepodległości nie anuluje automatycznie dyskursu kolonizacyjnego, ale pozwala o nim dyskutować, co jest pierwszym krokiem do zmiany sytuacji.

Odzyskać podmiotowość

Nieobecność krajów Europy Środkowej na mapie politycznej świata, przypieczętowana ich nieobecnością w wielkich dziełach literackich i naukowych, zaowocowała zwyczajem pomijania ich w dyskursie. Są one w nim reprezentowane przez swoich byłych kolonizatorów lub hegemonów zastępczych, raczej niż przez siebie samych. Sytuacja polepszyła się po upadku Związku Sowieckiego, ale daleko jej do normalności. Za normalną uważam sytuację, w której kraje Europy Środkowej odzyskują swoje miejsca przy stole międzynarodowego dialogu, miejsca,które dotychczas zajmują w ich imieniu, pośrednio lub bezpośrednio, przedstawiciele byłych kolonizatorów. Europa Środkowa utraciła w wyniku kolonizacji podmiotowość i dotychczas jej nie odzyskała. Dlatego jej głos jest często zgrzytliwy. Tej zgrzytliwości nie należy traktować jako dowodu, że nie potrafi sobie ona poradzić z niezawisłością i powinna być rządzona z zewnątrz. Wydobywanie się z zależności jest procesem powolnym i nieatrakcyjnym, alternatywą jednak jest nie jakiś stan idealny, lecz raczej obecna sytuacja na Kaukazie. Jeżeli mocarstwa będą odpowiadać swym byłym koloniom kolejną dawką imperialnych postaw, cofniemy się z powrotem do wieku dwudziestego. Doza wielkoduszności ze strony mocarstw przyczyniłaby się walnie do przyspieszenia „podmiotyzacji” państw Europy Środkowej, a więc i do wzmocnienia stabilności Europy.



Przypisy


[1] Tell all the Truth but tell it slant/Success in Cirrcuit lies/Too bright for our infirm Delight/The Truth’s superb surprise/As Lightening to the Children eased/With explanation kind/The Truth must dazzle gradually/Or every man be blind.

[2] O Polsce jako kraju tomistycznym często wspomina Jadwiga Staniszkis. Por. wywiad z nią Waldemara Zyszkiewicza, „Tygodnik Solidarność” nr 21, 22 maja 2009.Ja bym dodała, że całe terytorium Pierwszej Rzeczpospolitej w dalszym ciągu znajduje się pod wpływem tomizmu, lub przynajmniej arystotelesowskiego racjonalizmu.

[3] Standardowe potraktowanie Polski jako przedmiotu rozgrywek międzynarodowych w wieku XVIII (ale nigdy podmiotu produkującego swoją własną kulturę i spojrzenie na świat) można znaleźć w popularnej w amerykańskich college’ach historii świata pióra Craiga Brintona et al., „Modern Civilization: A History of the Last Five Centuries”, New York 1958, s. 302-303.

[4] A. Niewiara, „Kształty polskiej tożsamości. Potoczny dyskurs narodowy w perspektywie etnolingwistycznej (XVI-XX w.), Katowice 2009.

[5] E.W. Said, „Orientalism”, Nowy Jork 1987, s. 191.W czasie walk o wpływy w Libanie w latach 60. XIX wieku Francja popierała chrześcijan, zaś Anglia Druzow, i propaganda obu krajów starała się przekonać świat, że za objęcie władzy przez europejskiego rywala zapłacą mniejszości religijne.

[6] E. Thompson, „Nationalist Propaganda in the Soviet Russian Press, 1939-1941”, „Slavic Review”,t. 50, nr 2 (lato 1991), s. 385-399.

[7] A. Zamoyski, „The Polish Way”, Londyn 1987, s. 5.

[8] Wyjątkami byli Lord Acton, Jules Michelet, Edmund Burke i paru innych.

[9] Pamiętam lekceważące traktowanie Czesława Miłosza na konferencjach slawistycznych w USA w latach 70. XX wieku. Oczywiście po Noblu prestiż wzrósł, ale był to prestiż wyłącznie dla jednostki, a nie dla narodu.

[10] Jaskrawym przykładem jest dziełko Briana Portera-Szűcsa „When Nationalism Began to Hate”, Oxford 2002. Już sam nienaukowy tytuł, odzwierciedlający autorski osąd, zanim zostały przedstawione argumenty, jest próbą przemycia mózgu czytelnika przed zapoznaniem się z historycznymi faktami. Zapoznanie się z dziejami Pierwszej Rzeczpospolitej i porownanie ich do rosyjskiego czy niemieckiego nacjonalizmu doprowadziło tych uczonych, którzy się tym zajęli, do konkluzji, że polski nacjonalizm był niezwykle łagodny (Norman Davies). Rozciąganie wydarzeń w Europie Środkowej na łożu Prokrusta, skonstruowanym z niemieckich, rosyjskich czy angielskich nacjonalizmów, jest kardynalnym błędem badawczym. Porter-Szűcs nie został jednak za to przywołany na dywanik; wręcz przeciwnie, został uznany za znakomitego znawcę historii Polski przez slawistyczny establishment w USA. Innym przykładem wymazywania historii Europy Środkowej z pamięci świata jest artykuł Seumasa Milne’a, opublikowany w „The Guardian” 9 września 2009 i natychmiast przetłumaczony na rosyjski na stronie inosmi.ru jako potwierdzenie osądów sowieckich historyków. W artykule tym Milne oświadcza, że wschodni Europejczycy zakłamali historię, twierdząc, że sowiecka Rosja była współodpowiedzialna za wybuch II wojny światowej. Takie są rezultaty usunięcia paktu Ribbentrop-Mołotow z pola widzenia przez pół wieku. Popularna w USA „Historia Rosji” Nicholas’a Riasanowskiego (wydana przez Oxford i wielokrotnie przedrukowywana) w ogóle o nim nie wspomina w swojej dyskusji o II wojnie światowej. Kraje skolonizowane nie są więc nigdy podmiotem historii, zawsze przedmiotem.

[11] W podręczniku Crane’a Brintona „Modern Civilization: A History of the Last Five Centuries” o Janie Sobieskim nie ma ani słowa.

[12] Ameryka gra tu rolę hegemona zastępczego. Por. E. Thompson, „The Substitute Hegemon in Polish Postcolonial Discourse” (http://www.owlnet.rice.edu/~ethomp/The Surrogate Hegemon.pdf), forthcoming in Faces of Europe, edited by Anna Gasior-Niemiec; „W kolejce po aprobatę”, „Europa”, 14 września 2007.Przykład „jeżdżenia do peryferii” wzięłam z własnego doświadczenia. Parę lat temu, kolega z mojego uniwersytetu powiedział mi, że jedzie do Polski, aby badać tam przemoc w rodzinie i status dzieci w rodzinach, w których rządzi przemoc. Gdy zaproponowałam mu kontakt z osobami, które moim zdaniem mogłyby mu być pomocne, odrzucił to, bo kontakty z „zabobonnymi tubylcami” zaszkodziłyby obiektywizmowi jego badań. Według owego kolegi, jakiekolwiek rady czy kierownictwo polskich specjalistów byłoby nie tylko niepotrzebne, ale wręcz szkodliwe; prawdziwie obiektywne badania mogą być przeprowadzone tylko wtedy, gdy przybysz z oświeconej metropolii będzie pozostawiony sam na sam z obiektami badania (tzn. z patologicznymi rodzinami i dziećmi).

[13] Dlaczego czołowi teoretycy kolonializmu, tacy jak Said, Homi Bhabha, Gayatri Spivak, czy wcześniej Franz Fanon, nie zainteresowali się Rosją w okresie, gdy pisali swoje kluczowe prace? Po pierwsze, byli zafascynowani propozycją, że kolonializm był zawsze rasistowski i że wymagał zamorskich podbojów. Po drugie, po II wojnie światowej, gdy rozwinęły się studia postkolonialne, oskarżanie Rosji o kolonializm było co najmniej niezręczne. Sowiecka Rosja bowiem pomagała wielu krajom Azji i Afryki w ich walce z zachodnim hegemonem. Celem sowieckiej pomocy było zniszczenie kapitalizmu i opanowanie krajów postkolonialnych, ale to były cele długofalowe; na krótką metę liczyła się pomoc militarna i finansowa. Dlatego właśnie teoretycy postkolonializmu nie zajęli się Rosją. Wielu z nich pochodziło z krajów Afryki i Azji żywotnie zainteresowanych dekolonizacją, wielu wierzyło w marksizm. Dopiero po upadku sowieckiej Rosji sprawa rosyjskiego kolonializmu zaczęła być analizowana.

[14] N. Fraser, „Rethinking Recognition”, „New Left Review”, nr 3 (maj-czerwiec 2000).

[15] E.W. Said, dz. cyt.,176.

Felieton: Igor Wieczorek NARODOWE PUSTOSŁOWIE


W tym samym dniu, kiedy prezydent Bronisław Komorowski zainicjował w Ogrodzie Saskim „Narodowe czytanie Pana Tadeusza”, w opublikowanym w Gazecie Wyborczej felietonie pt. „W kraju Morloków” znakomity publicysta i prozaik, Krzysztof Varga, doszedł do wniosku, że „czas najwyższy pożegnać się wreszcie z mitem Polaków, jako narodu, dla którego kultura, nawet „kultura narodowa” stanowi jakąkolwiek wartość. Jesteśmy najwyraźniej stworzeni do innych rzeczy, spełniamy się w swoich biznesach, a nie w uniesieniach duchowych, no chyba, że są to uniesienia patriotyczne związane z traumatycznymi doświadczeniami historycznymi bądź wydarzeniami sportowymi, jak ostatnia Olimpiada czy Euro 2012”.

Ten obrazoburczy pogląd zasługuje na dogłębną analizę, a problem polega na tym, że większość analityków nie traktuje poważnie obrazoburczych poglądów. Bo jak można traktować poważnie zjawiska niezgodne z tradycją, która polega głównie na kultywowaniu świętości, a nie na krytycznym myśleniu? To właśnie z tego powodu, z powodu wszechobecnego twardego konserwatyzmu, uwodzi nas pustosłowie, a nie szorstkie słowo krytyczne.

A szkoda, bo słowo krytyczne dociera do sedna problemu, podczas gdy pustosłowie nie dociera do nikąd oprócz swej własnej pustki, jego łatwy charakter służy mydleniu oczu, a nie rozpraszaniu mroku szeroko pojętej niewiedzy. Gdyby było inaczej, to Polska byłaby krajem mlekiem i miodem płynącym, a książki naszych pisarzy byłyby wciąż wznawiane, czytane i pożądane przez wszystkie narody świata.

Choć nie ma niczego złego w „Narodowym czytaniu” naszej „narodowej epopei”, która jest dziełem wybitnym i zasługuje z pewnością na jeszcze bardziej donośne „Międzynarodowe czytanie”, to jednak całokształt polskiej polityki kulturalnej woła o pomstę do nieba.

Wystarczy tylko przypomnieć, że mimo usilnych starań wielu środowisk twórczych nasza klasa polityczna nie dostrzega potrzeby stworzenia narodowego wydawnictwa literackiego, które wydawałoby dzieła klasyczne i najwartościowsze książki pisarzy współczesnych. Nasza klasa polityczna nie widzi również potrzeby powołania ogólnopolskiego czasopisma literackiego.

Wiele wskazuje na to, że owe palące potrzeby budzą w niej jakąś awersję. Świadczy o tym chociażby sukcesywna eliminacja środowisk twórczych z komisji doradczych, jury nagród i innych ciał (np. nagrody Ministra Kultury), postępująca formalizacja wymagań dotyczących ubiegania się o dotacje, rosnące dygnitarstwo urzędów i jawnie niechętny stosunek do ustawowego uregulowania stosunków między autorami a wydawcami.

Chociaż symptomy owej awersji widoczne są gołym okiem, to jej prawdziwe przyczyny są bardzo głęboko ukryte i chyba niepoznawalne. We wspomnianym już na wstępie felietonie Krzysztof Varga postawił tezę, że najgłębszą przyczyną krachu polskiej polityki kulturalnej jest brak silnej tradycji mieszczańskiej i wynikający z tego faktu siermiężny, chłopski kult przedsiębiorczości.

- „Słowem, które zrobiło w ciągu ostatnich dwudziestu lat wielką karierę w Polsce, jest bowiem «przedsiębiorca». Wszystko powinno być tak skonstruowane, aby – jak tylko to możliwe – ułatwić funkcjonowanie «przedsiębiorcom». Człowiek przedsiębiorczy został w Polsce uwznioślony i wyniesiony na piedestał, ostatnie dwie dekady naszej historii to nieustanny pean nad «przedsiębiorcami», gdyż to oni napędzają rozwój naszego kraju. Pogarda dla mało przedsiębiorczych ludzi zajmujących się tak zbędną działalnością jak kultura stała się cechą całej klasy politycznej, a także dużej części mediów i publicystów”- napisał zjadliwie Krzysztof Varga.

Można się z nim nie zgodzić, bo przecież jest oczywiste, że etos przedsiębiorczości nie jest wynalazkiem polskich chłopów, a brak silnej tradycji mieszczańskiej nie koniecznie musi iść w parze z beznadziejną polityką kulturalną i w wielu krajach nie idzie. Nie można jednak zaprzeczyć, że obrazoburcze słowa tego świetnego pisarza są wymarzonym przyczynkiem do konstruktywnej dyskusji na temat obskurantyzmu naszych wysokich gremiów, a „Narodowe czytanie” kochanego „Pana Tadeusza” takim przyczynkiem nie jest

Esej: Kisiel GEOGRAFIA BRATERSTWA, GEOGRAFIA CIERPIENIA


skórą obcowałem z wami, skórą, gdy była geografią, pierwszą,
braterstwa, gdy była algorytmem, pierwszym, czułości

Aleksander Wat „Oda III”

... konanie ma swoje terytoria, swoje wyżyny, swoje horyzonty.
Opisać geografię konania - jedyne, co pozostało x...-owi do zrobienia...

Aleksander Wat „Moralia”


Epizod z dziejów pewnej przyjaźni

W grudniu 1963 roku, na kilka dni przed Bożym Narodzeniem, Aleksander Wat wyrusza za Ocean. Po jedenastu godzinach lotu na wysokości jedenastu tysięcy metrów dociera o jedenastej wieczór do swej Ziemi Obiecanej - do San Francisco. Wszystko, jak zawsze u Wata, jest znaczące. Poeta we wnętrzu nowoczesnego jumbo-jeta, niczym jeden z bliskich mu starotestamentowych bohaterów - Jonasz we wnętrzu wielkiej ryby, usiłuje wymknąć się przeznaczeniu; ściga uciekający czas: słońce przed nim za horyzontem, a on w Lewiatanie nocy, o dziwo - bezpieczny, po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat, od dzieciństwa, słodko śpi.

„Długo, może zawsze, będę chciał na nowo przeżywać w pamięci ten nocny przelot. Pasażerów było niewielu, każde z nas orzystało z całej ławy. Nigdy w żadnym sleepingu (...) nie spałem tak dobrze, tak spokojnie. Od bardzo dawna nie spałem tak spokojnie, może od najwcześniejszego dzieciństwa (...) Było w tym jakieś odczucie czasu i zgoda na niego, czasu bardziej intymnego i przychylnego, pory przychylniejszej.

... zdałem sobie sprawę, że ten lot przeciw wskazówkom zegara, przeciw czasowi, te pół doby, pół obrotu ziemi zbulwersowało cały rytm organiczny i w tym trzeba chyba szukać zagadki tego odczuwania szczęścia w jetcie...” („Dziennik bez samogłosek”, s. 178-179; dalej jako „Dbs”).

Poeta od lat cierpi na chroniczne bóle. Ich źródłem jest uszkodzenie naczyń krwionośnych w ośrodku bólowym mózgu. Według lekarzy skrzep wielkości łebka od szpilki uwiera tak zwany wzgórek thalamusowy. Medycyna przeciwbólowa tamtych lat nie potrafi poradzić sobie niestety z tego rodzaju cierpieniem. Stan zdrowia Wata poprawia się niekiedy przy okazji zmiany miejsca pobytu. Korzystny jest zwłaszcza klimat łagodny i ciepły, toteż lekarz Wata, prof. Stanisław Godlewski, uważa, że wyjazd do Kalifornii będzie zbawienny dla obolałego ciała i udręczonej cierpieniem duszy poety.

Pobyt w Ameryce związany jest z przyznanym Watowi stypendium The Center for Slavic and East European Studies Uniwersytetu Kalifornijskiego. Zapraszający polskiego poetę szef kalifornijskiego Ośrodka - prof. Gregory Grossman nie wymaga żadnych konkretnych prac, jednak Wat czuje się zobowiązany do jakiegoś wysiłku, do przygotowania wykładu, spotkania, a nie potrafiąc sprostać stawianym samemu sobie wymaganiom, popada w depresję, co z kolei wzmaga chorobę bólową. Na to nakłada się nie najlepszy, jak się wkrótce okazuje, klimat. Początkowy euforyczny nastrój mija bez śladu. Wat jest przygnębiony, przecież tak wiele obiecywał sobie po wyjeździe do Ameryki.

„Klimat okazał się dla mnie najfatalniejszy. Cykl czterech pór roku w każdej dobie, ciągła bryza od oceanu, słowem, skoki temperatury i wiatr, który zawsze działa na mnie jak ogień. (...) Dawano mi co miesiąc, owszem, duże czeki, ale nagle zrobiła się dookoła pustka, o tyleż dotkliwsza, że przyjęto nas (...) bardzo gorąco. Uniwersytet płacił, ale przestał na mnie liczyć, interesować się. (...)

Sute czeki, które dostawałem regularnie, teraz już za nic, były dodatkowym cierpieniem.” („Dbs”, Kartki na wietrze, s. 293)

Nieco inaczej naświetla tę sytuację Czesław Miłosz w Przedmowie do „Mojego wieku”:

„Obraz Ameryki, z jakim Wat wylądował w Berkeley (...), nie odpowiadał rzeczywistości. Mam na myśli ten nieprzetłumaczalny na słowa koloryt życia codziennego, o którym książki nie dadzą pojęcia. Podniecenie podróży posłużyło Wata zdrowiu, bóle ustąpiły, i przez kilka tygodni chodził w euforii. Wkrótce jednak przyszło załamanie i wolno podejrzewać, że rozpętała na nowo chorobę sama obcość środowiska, w jakim się znalazł.

Ludzi dobrych spotyka się, przynajmniej dzisiaj, w Ameryce więcej niż w Europie. Jest to jednak dobroć nieco szorstka i jakby niedbała, bo w złem, i w dobrem napięcie psychicznego sczepienia sie człowieka z człowiekiem jest niskie. Jeżeli Wat, typowy środkowoeuropejski intelektualista, oczekiwał dysput, atencji dla swojej osoby, uwagi wiernych słuchaczy, to mocno się mylił. Spostrzegł, że nikt nie ma tu czasu na długie rozmowy i że każdy jest zostawiony samemu sobie. Chcesz wygłosić odczyt, wygłaszaj, twoja rzecz. Chcesz pisać, pisz, nie chcesz, nie pisz. Wszystko to robi wrażenie obojętności, zniknięcia jednostki wśród krajobrazów nie na jej miarę i w tłumie nie na jej miarę. Wrażenie to może być często mylne, ale potrafi działać dostatecznie przygnębiająco.” („Mój wiek”, Przedmowa, s. 13)

Wat, jak wielu twórców, egotyczny, potrzebował zainteresowania i delikatności ze strony otoczenia, a tego niestety nie znalazł w Berkeley. Tak w każdym razie interpretował dystans, z jakim odnosili się do niego kalifornijczycy. W notatkach z tamtego okresu narzeka na obojętność i niezrozumienie ze strony bliskich mu osób, w tym i swego przyjaciela Miłosza, któremu tak naprawdę wiele zawdzięcza. Miłosz, zdaje się, miał do Wata o tę nadwrażliwość ukryty żal, bowiem jeszcze po latach w swoim dzienniku opublikowanym w 1991 roku pod tytułem „Rok myśliwego” nie potrafił powstrzymać się od nieco złośliwych uwag:

„Moje przyjazne uczucia wobec Wata nie przeszkadzały mi widzieć jego zabawnych cech, które nawet byłem skłonny rozciągać na siebie i w ogóle na klan poetów. Egotyczny, naiwny, nieco dziecinny. Co sobie nawyobrażał! Ze studenci będą siedzieć u jego stóp i pić z jego ust słowa wiedzy o komunizmie. Że przeczyta, co napisano na ten temat, i włączy do swojego podstawowego dzieła: a tu raptem tysiące tomów, i zapadł się. Żadnych rozmów europejskiej kawiarni, podstawowy brak zainteresowań osobą, gładkość powierzchownych międzyludzkich stosunków, przy dużej zresztą, powściągliwej dobroci. Po prostu nikt nie miał tutaj na niego czasu. I muszę przyznać, że kiedy przyjechaliśmy w kilka tygodni po nim, nie zachowałem się tak, jakbym powinien, biorąc pod uwagę jego nadwrażliwość. Czy tak wyładowała się podstępnie moja uraza o jego pośpiech w leceniu na Berkeley? Może. Chciałeś sam, no to sobie radź. W każdym razie, kiedy chciał wygłosić odczyt o futuryzmie (po rosyjsku, bo po angielsku nie mówił), powiedziałem: „Nic prostszego. Wybierz datę, daj tytuł i mały konspekt tematu”. Ta szorstko-życzliwa rada, chyba dość zwyczajna, ogromnie go zabolała, bo jakże - on ma proponować i uprzedzać, o czym będzie mówić?” („Rok myśliwego”, s. 232-233)

Miłosz miał rację, posądzając Wata o zbyt wygórowane oczekiwania związane z pobytem w Kalifornii, jednak wydaje się, że istotna przyczyna drażliwości Wata leżała gdzie indziej. W napisanym w Berkeley wierszu poświęconym Miłoszowi Wat pisze:

Tu przed kominkiem apokaliptyk przyjął apoplektyka,
by odczytać mu wyrok wygnania. Słodka pycha świeciła z oczu rodziny
pracującej zespołowo, jak pilne prząśniczki,
by ułożyć na dzień następny mądrą Oeconomię Domu.

(„Poezje zebrane”, s. 382)

Co przebija przez tę pochwałę życia ułożonego, zagospodarowanego? Podziw? Zazdrość? A może lęk lub rozpacz tego, który nie posiada od lat domu? Kto wie, może i złość ukrytą ktoś dostrzeże za tym obrazem spokoju i dostatku? Bo jakże to: apokaliptyk wieszczący zagładę ma się tak dobrze, wiedzie życie sybaryty, gdy tymczasem ja - powiada Wat - tonę, wciąż tonę. Przyjaźń przyjaźnią, ale Miłosz takie miał właśnie chyba podejrzenia, bowiem w artykule, który opublikował w 1992 roku z okazji wydania „Poezji zebranych” Wata, nie omieszkał zaznaczyć:

„sądzę, że obraz mój był w oczach Wata raczej wykrzywiony. Pewnie, że byłem godzien zazdrości, bo miałem tenurę, czyli dożywotnią profesurę, w czym, jak u mnie nieraz, więcej szczęścia niż rozumu. Ale od tego dość daleko do harmonijnego osadzenia w życiu, o co zdaje się Wat mnie posądzał, niepomny na to, że niektórzy z wielkim tylko wysiłkiem nie pozwalają sobie na załamanie, i to wszystko. Zapiski Wata z pobytu w Berkeley robią na mnie wrażenie nieco maniakalnych i jestem skłonny przypuszczać, że Ważyk miał trochę racji posądzając Wata o skłonność do sądów zbyt pochopnych”. („Poeta Aleksander Wat”, "Tygodnik Powszechny" 34/1992, s. 7)

Czyżby dzieje znajomości dwóch wielkich poetów – „apokaliptyka” i „apoplektyka”, miały świadczyć o tym, że ludzi zawsze dzielić będzie niezdolność/niemożność pełnego wejścia w sytuację drugiego człowieka? Przecież Miłosz znał stan, w jakim znajdował się Wat. Miał dla chorego przyjaciela wiele serdeczności i okazywał dużą pomoc, jednak lata mijały, a urazy zamiast odchodzić w zapomnienie, stawały się poprzez publikowane teksty jakby silniejsze, bo uwiecznione słowem.

Miłosz solidaryzujący się w znanym wierszu „Campo di Fiori” z samotnie ginącymi (Żydami w warszawskim getcie, spalonym na stosie włoskim uczonym doby renesansu) nie potrafi do końca, w pełni, pochylić się nad tajemnicą cierpienia swego przyjaciela-poety i bez zawahań objąć go współczującą uwagą. Jakby to było dla niego za wiele, jakby zawierała się w tym konieczność rezygnacji z czegoś osobistego, ważniejszego. Każdy ostatecznie jest samotną wyspą - taką formułą, będącą zaprzeczeniem tytułu książki amerykańskiego trapisty Thomasa Mertona, chciałoby się zamknąć powyższe uwagi. Nawet sympatia, koleżeńskie więzi, szacunek i bezinteresowna dobroć nie są, można przypuszczać, dostatecznym warunkiem powstania wspólnoty braterskiej. A tego właśnie pragnął - braterstwa, zamknięty „w czterech ścianach swego bólu” Aleksander Wat. Wiele razy dawał temu wyraz w życiu i w poezji:

skórą obcowałem z wami, skórą, gdy była geografią, pierwszą,
braterstwa, gdy była algorytmem, pierwszym, czułości;
(...)
Skórą w smrodniach tiurem i szpitali byłem wciąż z wami,
jeszcze skórą współ-czując, współbrzmiąc, współcierpiąc z cierpieniami waszych skór

pisał w „Odach”, przypominając swe przeżycia z sowieckich więzień i szpitali. Dopiero tożsamość losu („przeżycie na własnej skórze” lub lepiej – „własną skórą”) pozwala naprawdę zrozumieć drugiego człowieka. W wielu wierszach Wata „skóra prowadzi pracę poznawczą. Skóra staje się miarą rzeczy” zauważa Wojciech Ligęza w szkicu „Homo patiens” Aleksandra Wata. Z tej perspektywy dopiero widać, dlaczego osobom bliskim poecie, w tym Miłoszowi, tak trudno było pojąć, czego właściwie pragnie złożony tajemniczą chorobą poeta. Po prostu ich empatia nie sięgała tak głęboko, jak tego oczekiwał schorowany Wat.

„Jak trudnych i wielopostaciowo skomplikowanych operacji intelektualnych i psychicznych wymagałoby zatem prawdziwe rozumienie moich cierpień, tego miewam ciągle dowody: przyjaciele, którzy od lat słyszą o moich bólach twarzy, coraz to pytają mnie o moje migreny, mimo że tyle razy prostowałem tę gruboskórną pomyłkę, wywołującą we mnie gorycz („Ja tyle znoszę, a ty stchórzyłeś przed wyobrażeniem sobie przez chwilę natury moich bólów. Niczego innego od ciebie nie chcę, tylko tego jednego znaku przyjaźni: nie litości, ale współodczuwania bodaj przez chwilę”). I jeżeli doznaję na domiar od tego przyjaciela pomocy czynnej, tym gorzej, ta pomoc poniża mnie, chociaż przyjaciel był najdalszy od takiej intencji. Bo pomoc nie została dana cierpieniu, co z miejsca ją uszlachetnia (pocałunek Aloszy), ale nieszczęsnemu ammerduer`owi, który nie umie sobie sam urządzić życia, z powodów niegodnych”. („Dbs”, s. 224)

Ten fragment „Dziennika bez samogłosek” ujawnia drugie poza chorobą źródło cierpień. Wat czuje się zlekceważony powierzchownym traktowaniem, a niesioną pomoc uznaje za poniżającą jałmużnę, gdyż według niego jest to próba „załatwienia sprawy” bez dostrzeżenia człowieka. Cytowany juz kilkakrotnie Miłosz niewątpliwie zdawał sobie sprawę z tego, jak odbierane są przez Wata jego gesty solidarności, bowiem akapit w swym dzienniku poświęcony Watowi kończy następującymi wersami z jego utworu:

Którzy trzymają mnie pod ręce, czy aromat zatrzyma ich
winnic?
Którzy prowadzą pod ręce i wzrok mają kamienny.

Po czym dodaje: „Ten wiersz Wata mnie dedykowany”. („Rok myśliwego”, s. 233).

Istnieje więc taki rodzaj dobroci, który jest pomnażaniem bólu.

Felieton: Wojciech Wencel WSZECHŚWIAT Z ORZECHA KAUKASKIEGO


Nie wstydźmy się domowych bibliotek

Człowiek duchowy przez całe życie buduje wokół siebie miniaturę kosmosu. Robi to w różnych wymiarach: poszukując Boga, zakładając rodzinę, urządzając dom, uprawiając ziemię, zapuszczając korzenie w bliższym lub dalszym krajobrazie, studiując historię, filozofię czy literaturę. Jedną z najbardziej precyzyjnych map, które pozwalają nam orientować się w życiu, jest biblioteka wypełniona starannie dobranymi książkami. Takimi, które nie tylko poszerzają wiedzę czy rozwijają wyobraźnię, ale i tętnią życiem przeszłych pokoleń, przywracają sens biografiom wyklętym przez system kłamstwa, napędzają nasze serca, myśli i sumienia.

W kulturze cyfrowej konsekwentne kompletowanie księgozbioru wydaje się przeżytkiem. Biblioteka jako konkretna przestrzeń, niezbędna część domu, rodzinna instytucja, uchodzi za dziewiętnastowieczny relikt. – Jeśli potrzebuję jakiegoś tekstu, znajduję go w internecie – chwalą się młodzi humaniści. – Wystarczy mi to, co pamiętam ze studiów – dodają starsi. W ich nowoczesnych mieszkaniach walają się przypadkowe tytuły. Jedna dobra książka tonie wśród sezonowych powieści, komercyjnych katalogów i codziennych gazet. Nikt dziś nie ma przecież czasu na czytanie, a co dopiero na porządkowanie „papierów”. Tyle że porządkowanie książek jest zarazem ustalaniem hierarchii wartości. Odbywa się jednocześnie wśród regałów i w głowie.

Moja biblioteka powstała w latach 30. ubiegłego wieku. Wykonano ją z orzecha kaukaskiego, dwoje bocznych drzwi obłożono fornirem, w środkowe ramy wstawiono grubą szybę. Po niedawnej renowacji mebel połyskuje jak wszechświat w czwartym dniu stworzenia. Byłby jednak martwy, gdyby wewnątrz nie mieszkały istoty żywe. Na szczęście akt stworzenia dokonał się w całości. Moje książki żyją: przenoszą się z piętra na piętro, układają się w nowe konfiguracje, odsłaniając ukryte, niekiedy zaskakujące sensy. Przekładanie ich z półki na półkę przypomina pisanie rymowanego wiersza. Czasem jedna świeżo zakupiona pozycja, jak jedno słowo, zmienia wydźwięk całości. Wiem, że młodzi poeci gardzą rymami. Ich wiersze są podobne do wystroju ich mieszkań: na półce wersu sterczą pojedyncze woluminy. Są kartkowane, rozbierane na sylaby, ale z braku oparcia przewracają się. Dla mnie wiersz wciąż jest kompozycją muzyczną, podobnie jak biblioteka.

Zgrzyt kluczyka i grzbiety wystawione w witrynie stają się bliskie na wyciągnięcie ręki. Dwie najwyższe półki: XIX wiek. Wspomnienia z Sybiru, albumy malarstwa, Mochnacki, Mickiewicz, Słowacki, „Maria” Malczewskiego, Goszczyński, Norwid, Krasiński, Gaszyński, Ujejski, Gosławski, Pol, Zaleski, Garczyński, Siemieński, Romanowski, Anczyc, proza Michała Czajkowskiego, który w 1850 r. przechrzcił się na Sadyka Paszę. Nie ma Konopnickiej, Asnyka i Lenartowicza – przesłodzeni i nieco naiwni, kurzą się na regale w kącie obok kanonu przedromantycznego. Regał ten pełni funkcję czyśćca także dla prozy światowej, pism religijnych, filozoficznych i współczesnej poezji moich przyjaciół. To całkiem dobre miejsce, zważywszy, że istnieją strefy jeszcze odleglejsze od centrum: komoda pod telewizorem i szafa w korytarzu.

Ale wróćmy do wszechświata, który kojarzy mi się ze skałą Kaukazu i mękami przykutego do niej Prometeusza. Coś jest na rzeczy, bo wszystkie biografie moich ulubionych autorów znaczone są cierpieniem. Pod piętrami romantyzmu przechowuję prywatną historię poezji XX w., inną od tej oficjalnej: Leśmian, Czechowicz, Piętak, Iwaniuk, Trzebiński, Gajcy, Baczyński, Lechoń, Baliński, Łobodowski, Obertyńska, Wierzyński, Herbert, Rymkiewicz (łącznie z esejami ponad 20 pozycji), Polkowski, Liebert, Iłłakowiczówna, Twardowski, Bąk, Wojtyła, Reynek, Zahradníček, Miłosz. Dwaj katoliccy poeci z Wyżyny Czesko-Morawskiej mają za zadanie egzorcyzmować błąkającego się „po obrzeżach herezji” autora „Trzech zim”. Robią to bez inkwizytorskiego zapału, jak to Czesi, ale skutecznie. Niżej sporo książek o powstaniu styczniowym, XX-wieczna literatura łagrowa, działy poświęcone Kresom i zbrodni katyńskiej. Na parterze proza: Sienkiewicz, Prus, Orzeszkowa, Reymont, Żeromski, Dąbrowska, Mackiewicz, Goetel, Bobkowski, Wańkowicz, Czarnyszewicz, Małaczewski. I samotny jak palec dramaturg Wyspiański.

Nie mniej ważne książki ukryte są za fornirowanymi drzwiami. Romantyczne monografie, rozbudowany dział historii, Chesterton, Maritain, Bierdiajew, Zdziechowski, niepodległościowa publicystyka od „Prosto z mostu” po Jacka Trznadla, wydania emigracyjne, czeskojęzyczne, trochę krytyki literackiej stanowią dopełnienie arcydzieł umieszczonych w witrynie. Pamiątką młodzieńczych fascynacji pozostaje poezja obca z Rilkem i Eliotem w rolach głównych. Biblia, użytkowana przez całą rodzinę, zajmuje osobne miejsce w pokoju stołowym.

Masa jest tych książek i nie sposób o wszystkich wspomnieć. Do większości z nich wracam, by odnowić w sobie ducha polskości. „Zaprawdę z rozbitej nawy narodowej na jednej łodzi języka naszego możemy się ratować” – pisał mesjanista Karol Libelt. I dodawał, że dzieła „uprawiaczy i kształcicieli języka narodowego” powinny być im wkładane do trumny z napisem „pro patria”. Święta racja. Nie znaczy to jednak, że powinniśmy je w tych trumnach pożegnać na zawsze. Nie wstydźmy się domowych bibliotek, cokolwiek myślą o nich ludzie wyobcowani.