LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA SPOŁECZEŃSTWO
______________________________________________________________________


KONKURS KRYTYKI LITERACKIEJ


WIELKI KONKURS MIŁOSZNY Z OKAZJI TRZYCZWARTOŚCI ROKU

Czytelnicy!

Trzy czwarte Roku Czesława Miłosza za nami. Z tej okazji postanowiliśmy urządzić konkurs. Aby wziąć w nim udział, należy przeczytać poniższe teksty źródłowe, których autorem jest Nasz Wielki Noblista, i napisać kilka zdań do rzeczy, bez błędów ortograficznych.

1.
Czesław Miłosz do Władysława Sebyły, red. nacz. dwutygodnika „Zet”; ze zbiorów Muzeum Literatury w Warszawie.

Suwałki, 30 marca 1932

„wyjeżdżając z Warszawy kupiłem »Z« - bardzo mi się podobał i nabrałem zupełnie poważnej ochoty, żeby się do tego pisma dostać. Jest to trochę po chamsku bić w oczy ze swojemi wierszami i Pana zanudzać. Ale mat' jego, dużo chyba trudu panu nie zabiorę, a mimo przyrodzonej skromności uważam swoje rzeczy za lepsze od całego szeregu utworów różnych zresztą sympatycznych chujów, którzy na pewno będą do »Z« szturmować”.

KL: Wyobraża sobie Czytelnik taki lub podobny w językowej swobodzie list napisany przez dzisiejszego lizusa-poetę do dzisiejszego nadętego redaktora pisemka? Nie? A dlaczego? Odpowiedzi na to pytanie, w formie krótkiego eseju, rozprawki, felietonu a nawet poematu, prosimy kierować na adres redakcji KL.

Dla wiadomości: „Zet” wydrukował wtedy wiersz Miłosza „Teatr pcheł”.

2.
Czesław Miłosz, Poufne i samolubne; Kurier Wileński z 21 lipca 1935 roku.

„Dla kogo mam pisać? Dla tej bandy jołopów w moim kraju, dla których jedynym kryterium sztuki jest moda? Oni nawet nie rozumieją, jak są pokraczni. Gdybym chciał powiedzieć, co o tym wszystkim myślę, nikt by mi tego nie wydrukował”.


KL: A jednak wydrukował. Dzisiaj byłoby to trudniejsze, bo piszących i drukujących obowiązuje polityczna poprawność, maminsynkowata grzeczność i brak jaj (nie zapomijajmy też o rzeczy podstawowej - braku solidnego wykształcenia). Oczywiście są wyjątki, do których należy redakcja KL, i dlatego jesteśmy tacy popularni wśród inteligencji ze starą maturą i po dziennych studiach na państwowych uczelniach. Gówniarstwo (niezależnie od metryki) nas nie lubi. Trudno. Będziemy z tym żyć, ale nie zamykamy drzwi przed mądrą młodzieżą, która dostrzega tępotę masłowszczyzny i bełkot upozowanych na poetów drobnych cwaniaczków. Perełki eseistyki na temat „Pokraczność jołopów, czyli polska poezja dzisiaj” prosimy nadsyłać na nasz adres.

3.
A oto fragment miłoszowego wiersza „Toast”:

Poezja polska dzisiaj bardzo jest słabiutka.
Pachnie - jakby karbidem zaprawiona wódka.
Czytając różne pisma, stale się rumienię,
Bo biedne jest naprawdę młode pokolenie
Wyzwolone z honoru uczciwej roboty.
Takimi poetami lepiej grodzić płoty,
Niż cieszyć się, że rośnie już gromada ciołków*
Politycznie pojętnych i skłonnych do hołdów.

*KL: Poeta zapewne nie miał na myśli pewnego wierszoklety ze Skierniewic i innych upadłych na żyzną polską glebę meteorów z galaktyki Wielkiego Bezsensu - ponieważ ci pojawili się stosunkowo niedawno - ale do końca nie możemy być tego pewni, bowiem znany literaturoznawcom profetyczny dar Czesława Miłosza mógł się również ujawnić w wierszu „Toast”. A właśnie, czy słowa Noblisty:

Ocknąłem się pod brązem skrzydlatych pomników,
Pod gryfami masońskiej świątyni,
Z dogasającym popiołem cygara.

nie są proroctwem zwiasującym powstanie „Krytyki Literackiej”, jedynego w tej chwili bastionu broniącego się jeszcze w literaturze Rozumu? Wszystkie odpowiedzi na TAK wraz z krótkim (bo nie chce nam się tyle czytać) uzasadnieniem, prosimy kierować na nasz adres.



Autorzy najlepszych tekstów zostaną nagrodzeni publikacją w KL, co jest pierwszym stopniem do sławy i pieniędzy. W konkursie, ze zrozumiałych względów, nie mogą brać udziału wrogowie „Krytyki Literackiej”, przedstawiciele lumpenliterariatu oraz Tomasz Cieplak, o, pardą, doktor Tomasz Cieplak, bo on jest grzecznym chłopcem, nosi zawsze wysoko podciągnięte spodenki i takich świństw, jakie wypisywał Miłosz, z pewnością nie czyta.


KL

Pożegnania: Joanna Turek WSPOMNIENIE O STANISŁAWIE WOSIU


11 września 2011 roku zmarł Stanisław J. Woś. Odszedł ten, który szukał światła...
Najwięcej inspiracji (...) znajduję jednak w pejzażu. Pejzażu jako ogromie przestrzeni i wolności, abstrakcji nieba i konkretu, który się rozpościera pod stopami.

Widzę urodę kamienia, widzę urodę drzewa, indywidualność drzewa i śladów na drodze, i pęknięcia muru... To wszystko mi się układa w jakąś taką barwną i czasami smutną, czasami egzystencjalną opowieść o kondycji człowieka.

Należę do tego kruchego i żyjącego tylko chwilę na tej ziemi (...) elementu Natury (…). I postrzegam też w kruchości rośliny jakby swoje odbicie, swój ślad, który za chwilę (…) zgaśnie, zniknie, a zostanie tylko fotografia.
Stanisław J. Woś


Czy zostanie tylko fotografia?

Przedmioty, których używali zmarli, nasiąkają nie tylko ich zapachem, ale i subtelną energią. Pochylamy się nad nimi z troską i przechowujemy je z pietyzmem, bo trwa w nich nadal jakaś cząstka tych, którzy odeszli. Pośród cennych pamiątek, które pozostawił po sobie mój zmarły dziadek, są zwłaszcza dwie, które mają dla mnie szczególne znaczenie - harmonijka ustna, na której często grywał, i przedwojenna fotografia, na której został uwieczniony w mundurze Strzelca Podhalańskiego. Harmonijka leży w szufladzie i od śmierci dziadka nikt na niej nie grał, bo jedna z blaszek pękła. Nie wiemy, kiedy do tego doszło, ale odkryliśmy to, gdy dziadka już nie było. Zdjęcie znajduje się na widocznym miejscu i to ono jest najcenniejszą z pamiątek. Poprzez nie i zarazem w nim dziadek jest wciąż obecny pośród nas. W obrazie tym została zaklęta cząstką Jego duszy.

Każda z fotografii jest takim łącznikiem ze światem minionym, którego ślad został na niej „utrwalony”. Każda fotografia jest dotykiem świat(ł)a zza grobu. Dla żywych jest to obecność wstrząsająca. Przywołuje bowiem obecność, ale jedynie imaginatywną, odartą z cielesności. Widzimy naszych bliskich, przyjaciół i znajomych, ale nie możemy ich objąć, podać im ręki ani dotknąć. Nie możemy, gdyż żywych od zmarłych oddziela „ściana” obrazu. Ta nieprzekraczalna bariera sprawia, że obecność tych, którzy odeszli staje się bolesna. Obecność ta natrętnie przypomina o nieobecności.

Istnieją zdjęcia, na których nie ma zmarłych, ale które również „promieniują” ich obecnością. To zdjęcia, które sami wykonali za życia. W nich także jest zaklęta cząstka ich duszy. Obrazy te pozwalają nam wyobraźnią dotykać przeszłości, odciśniętego na nich świata, i rozmawiać ze zmarłymi. Kiedy zatem umiera artysta, to nigdy nie pozostają po nim tylko dzieła - fotografie, książki, płótna, rzeźby... On nadal żyje w swojej sztuce i dzięki niej jest obecny pośród żywych - czasem bardziej niż za życia. Jest to obecność nienarzucająca się, subtelna i milcząca. Przypomina kręgi na wodzie, które pozostawia po sobie kamień zapadający się w otchłań głębiny - podobne do tych zapisanych na jednej z fotografii Stanisława J. Wosia: „Tatry – 2” z 2002 roku.


Cytat pochodzi z wywiadu przeprowadzonego z artystą w 2010 roku przez serwis internetowy Szeroki Kadr: http://www.szerokikadr.pl/fotograf_miesiaca/stanislaw_wos

Epistolografia: Andrzej Jerzy Lech i Roberto Michel


List Roberto Michela, tłumacza zamieszkałego w Paryżu, do Andrzeja Jerzego Lecha, fotografa zamieszkałego w Nowym Jorku.

Roberto Michel
35, Rue Geoffroy Saint-Hilaire
75005 Paris

Paryż, 19 marca 1989 roku

Drogi,

9 marca w Bostonie zmarł ten Twój Robert Mapplethorpe. To AIDS. Czy wiedziałeś o tym? Ostatni wernisaż w Whitney Museum of Art. Ostatni wywiad dla „Sterna”. Ostatnie fotografie… Pożegnalne audiencje niepokornego króla…

Wczoraj byłem fotografem. Fotografowalem księżyc. Zupełnie ten sam księżyc, który świeci Ci czasami w Nowym Jorku. Pierwsza kwadra, pięć godzin i dwie minuty po wschodzie. 18 marca 1989. 18:30. W moim starym aparacie fotograficznym KODAK T-Max. 100 ASA. A dalej, tak jak mówiłeś: Microdol-X i cała ta zupełnie śmieszna reszta. Wszystko „wyszło” jak było i do tego jak trzeba! Tak przynajmniej myślałem… To są oczywiście same kłamstwa i Ty o tym dobrze wiesz. Sam je przecież świetnie znasz („robisz” je codziennie). A więc było inaczej i w sumie „wyszło” też inaczej (nie tak w każdym razie, jak to sobie wcześniej wymyśliłem).

Fotografia. Fotografowie nadal nic nie wiedzą. To błogi stan niewiedzy. Wspaniale. Fotografowie mają być głupi. Poeci też mogą (jeśli potrafią). Czy znasz Heinera Millera „Gnijący brzeg”? „Hamleta-Maszynę”?, „Historię miłosną”? Lęk przed kobietami. A ja, chyba zawsze tak było, boję się fotografii (najbardziej jednak tych starych). Wszystkie są paroksyzmem bólu. Benjamin i teoria aury.

Ciągłość fotografii. To już tyle lat. Tyle lat światła… Spójrz proszę na bolesną „Isabelle” Francesco Paolo Michettiego. 1878 rok. Posepiowane prosektoria! Nienawidzę tych pięknych fotografii!

I ten „walnięty” Miles. „Sketches of Spain”. Rok 1967. Wspaniałe aranżacje (to też chyba sepia) Gila Evansa. CD (błyszczy ładnie) i ta niemożliwa, a jednak, aseptyka. Za „czysto”. Gdzie do diabla podziały się trzaski płyt zbyt dużo razy odgrywanych? Czy pamiętasz „Tango Nuveo” (Mulligan i Piazzolla) i za dużo herbat tych zaczarowanych? Było to chyba we wrześniu dwa lata temu. Warszawa, Hotel „Forum”. Pamiętasz? Nikotyna, teina, kofeina i alkohol. I ta dziewczyna… Powtarzałeś beznadziejnie i bez przerwy, że jak pieta… Tak… I ja pamiętam jej ręce… Pamiętam też jej spokój i wyrafinowany (a jednak subtelny) dotyk. Jej fotografia. Czy i to pamiętasz? Napisz mi o tym i o swojej muzyce. I napisz mi coś o tej Twojej małej (bo „styki”), nowej, pobrązowionej fotografii. I jej niezwykle duże oczy... Pamiętasz?

Tu przy 35, Rue Geoffroy Saint-Hilaire bywam i ja fotografem. Byłem fotografem też, wtedy pierwszy raz, kilka lat temu (1984?) w niedzielę, 7 listopada. Intuicja i przyjemność widzenia (haszysz) i (tak zwane) uchwycenie „tego” właściwego momentu. Czechow i Maupassant. A przecież zupełnie nie interesują mnie wytworne kobiety z Downing Street i ich delikatnie (a jakże!), miękko upadające (niby przypadkiem) biale (wiadomo!) długopisy. To „robota” dla zwykłych „pstrykaczy” (czyli dla fotoreporterów). A jednak…

Twoją chorobą jest brak umiejętności widzenia bez ramki (tej czarnej, fotograficznej). Światło zamknąłeś w przesłonie (najlepiej irysowej) i w czasie (najlepsza ponoć jest migawka tytanowa). Szaleństwo i co za bzdury! Ale Ty taki wlaśnie jesteś. I wtedy, 7 listopada (Paryż, słoneczny poranek), będąc zupełnie przypadkiem (teraz już wiem, że to nie był wcale przypadek!) przy Quai de Bourbon zobaczył to, co ułamek sekundy później (czy to możliwe?) sfotografowalem. Przynajmniej miałem takie wrażenie, że to, co widzialem, właśnie sfotografowałem. Oczywiście było, jak zwykle w takich przypadkach, inaczej! Ile razy tak jeszcze?

Ta intrygująca i pociągajaca fotograficznie scena („scena” – jak bardzo pasuje takie właśnie określenie sytuacji do Twojej fotografii, do Twojego fotograficznego „widzenia”) była przyczyną zrobienia zdjęcia („zdjąłem” ten obraz i zamieniłem na czarno-biały negatyw, którego chyba nigdy nie odważę się powiększyć). Tych dwoje ludzi, bezczelnie i zarozumiale, ułożyłem w formę: białe, czarne, duże, małe, szare, mniej szare i jeszcze mniej szare… I do tego ta zupełnie głupia czarna ramka, o której Ty piszesz, że definiuje… Paranoja… Zamiast Twojego „definiuje” proponuję „amputuje”. Co o tym sądzisz? Albo „amputujące” krawędzie. I żeby było lepiej (po prostu ładniej) to jeszcze do tego wszystkiego (złego?) pomyślałem o stojącym obok drzewie „umieszczając” je po lewej stronie poziomego prostokąta, tej przyszłej przecież, fotografii. „Dołożyłem” też trochę cieni (świeciło słońce). Całość ułożyła się tak jak bardzo chciałem… Fotograficznie…

Piszesz w ostatnim liście o sztuce realizatorskiej Yasujira Ozu i o szczególnej pozycji kamery w jego filmach. Zupełnie się z Tobą zgadzam. Znam wszystkie filmy Ozu i zawsze dla mnie te wszystkie filmy, to taki jeden film… Ciągłość Ozu…

Kilka Twoich fotografii to również jedna fotografia (ale tylko przy „Birds and Redflowered Trees” kiedy gra Saluzzi, w Paryżu i dobrze po zachodzie).

Twoja fotografia… Aware – smutek bardziej dotkliwy, nostalgia związana z jesienią. A inne Twoje nostalgie? Sabi – samotność i spokój. Wabi – smutek zwyczajny. A Twoje inne smutki? I jeszcze tylko yugen – piękne nazwane przeczucie nieosiągalnego nieznanego. Ach te Twoje nieosiągalne nieznane…

Pozycja kamery (może być fotograficznej). Przypominam sobie (Ty mi o tym mówiłeś i pokazywałeś fotografie) niektóre pozycje kamer. Atget, Evans, Henri Cartier-Bresson, Weege (urodzony w Złoczewie), Arbus, Sudek, Penn, Avedon i w końcu ten cały Weston (bez syna).

Pytasz o Cohena, o wiersze. Lubię deszcz i zapach „Cabochard” /Paryż, przecież nie Nowy Jork!/. „Cabochard” to tylko 3.2 mililitry. Ty w tym swoim zwariowaniu masz 118 mililitrow „Laurena” i 142 mililitry „Polo”. Tak też w końcu może być.

Już drugi raz wspominasz o amerykańskim projekcie refotografii z 1977 roku. Prosta, dobrze „zbudowana” i porażająco działająca fotografia. Obok michy (0.5 litra) z herbatą i rozpoczętej (dwa papierosy temu) nowej paczki „Cameli”, leży na moim biurku (tym z telefonem z guziczkami* i lampką) „Second View. The Rephotographic Survey Project” oglądany (zwłaszcza ostatnio) za dużo razy. Po co? Może dlatego, że w Paryżu od kilku dni nic ciekawego się nie dzieje. Może dlatego, że pada deszcz (i pada). A może dlatego, że nie lubię aktów Irvinga Penna. Są wyjątkowo wstrętne. Ale zupelnie inaczej wstrętne niż schizofreniczne, demoniczne, „brudne” wreszcie fotografie Joela-Petera Witkina. Może w końcu dlatego „Second View” jest przy mnie tak często, że Paco de Lucia /„One Summer Night”) zaczyna mnie już nieźle nudzić. Jest wspaniały i porywający jak „2nd Avenue Blue” Buddy Richa lub jak Central Park, po którym biegasz jak idiota ze swoim różowym bull terrierem; co za pomysł mieć różowego psa!

Wiem, wiem… Odbiegłem od tematu. Ostatnio (zauważyła to już kilka razy nawet Laura) zdarza mi się odbiegać od tematu zbyt często, za często. Wybacz…

„Second View”: Timothy O’Sullivan, 1872. Vermillion Creek Canon looking downstream, United States Geological Survey. To kiedyś. A teraz Mark Klett for the Reprophotographic Survey Project i 1979 rok. Vermillion Creek Canyon, Colorado. Wspaniała surowość i „odłożenie” czasu.

Kilka dni temu dostałem „The Contact Print: 1946-1982” (Carmel 1982). Sudek, Minor White, Brett Weston, Harry Callahan, Frederic Sommer, Emmet Gowin, M. A. Smith, Linda Connor, Nicholas Nixon i Olivia Parker. Przede wszystkim jednak Sudek i Callahan.

Kiedyś gdzieś (tylko gdzie?) czytałem, że aparaty fotograficzne są jak psy; nieme i nawet jeszcze wierniejsze. Bądź więc dalej przy swojej Super Ikoncie 6x9, wiernej jeszcze bardziej. „Rób” z nią brązowe obrazki w Nowym Jorku. Układajcie „rzeczy” w piękne formy...

Elementarna fotografia… Hmm… Proszę nie pisz do mnie więcej o tym. To staje się już nie tylko śmieszne, beznadziejnie chore, ale i nudne. Nadto, fotografia elementarna nie istnieje, nie ma jej, tak jak nie ma mnie teraz u Ciebie w tym Twoim Nowym Jorku. Zobacz, rozglądnij się. To przecież pewne…

Ostatnie „Interview” z Andy Warholem rzeczywiście wyjątkowe (zwłaszcza po nudnym, futurologicznym numerze ze stycznia).

Słuchaj! Wszystko, co ważne dla Ciebie i Twojej kamery dzieje się zaledwie o 5 metrów od Was. Ja już o tym wiem. A Ty?

Nadświatło. Wspominałeś o tym w Paryżu. To metafizyka. To pewnie też jest Twoje czarowanie. I to, i fotografie z St. Louis, z Santa Fe, z Carmel… Z tym wszystkim poczekajmy na nowe herbaty. Haiku z San Diego, lubię je, też musi poczekać…

Tymczasem wszystkiego dobrego,

Roberto

_______________________________________
* Och te „Czułe guziczki”… Uwielbiam Trudzię Stein…


Przełożył Andrzej Jerzy Lech

Felieton: Igor Wieczorek OCALIĆ ANTYUTOPIĘ


Jeszcze kilkanaście lat temu wydawało się oczywiste, że burzliwy romans literatury z nauką nigdy nie będzie związkiem równoprawnym. O ile literatura spod znaku „Science Fiction” większość swoich motywów czerpała z futurologii, o tyle futurologia i inne, bardziej praktyczne dziedziny nauki, stroniły od literatury. Nikt rozsądny nie zgodziłby się przecież z twierdzeniem, że lądowanie ludzi na księżycu było możliwe dzięki literackiej wizji Juliusza Verne’a, a powstanie humanoidalnych robotów zawdzięczamy wyobraźni Mary Shelley.

Wkład pisarzy w rozwój nauki ograniczał się wyłącznie do sfery terminologii. I tak na przykład funkcjonujący do dziś we wszystkich naukach technicznych termin Robot pochodzi od czeskiego słowa robota. Wymyślony i spopularyzowany został przez Karela Čapka, jednego z pionierów fantastyki naukowej. Natomiast termin Pozytron wprowadzony został do fizyki przez innego mistrza fantastyki, Isaaca Asimova. Zdecydowanym pionierem urzeczywistniania literackiej fantazji w naukowych badaniach aplikacyjnych okazał się dopiero Arthur C. Clarke, autor słynnej „Odyseji Kosmicznej”. Opracowane przez niego w 1945 r. studium na temat orbitalnego systemu łączności radiowej aż przez dwanaście lat spełniało wszelkie wymogi stawiane literaturze SF i zdecydowana większość naukowców uznawała je za utopię. Jednak w 1958r. wizja A. Clarka doczekała się praktycznej realizacji, a on sam uznany został za ojca techniki satelitarnej. W wielu opracowaniach technicznych wymyślona przez niego orbita geostacjonarna nosi nazwę „Orbity Clarka”.

W miarę upływu czasu wpływ literackich fantazji na praktykę naukową wyraźnie przybiera na sile. Kilka miesięcy temu cały świat obiegła informacja o tym, że specjaliści z amerykańskiej agencji ds. rozwoju nowych technologii DARPA opracowują prototyp cybernetycznego owada szpiegowskiego, którego pierwszym projektantem jest Thomas A. Eeaston, autor kilku głośnych powieści science fiction. Ponieważ konstruowane od dawna w wielu laboratoriach naukowych owadokształtne i wężokształtne roboty nie spełniają pokładanych w nich nadziei, specjaliści z DARPA postanowili „ożywić” cybernetycznego chrząszcza opisanego przez T.A.Eastona w powieści „Sparrowhawh”. Zamiast tracić czas i pieniądze na konstruowanie kosztownych robotów - węży, które potrafią wić się przez trawę i przepływać stawy, ale nie potrafią przemieszczać się wewnątrz rur, zamiast wzbijać w powietrze maleńkie roboty – muchy, które spadają na ziemię po kilku godzinach lotu, specjaliści z DARPA postanowili umieścić miniaturowy zespół elektronicznych elementów wewnątrz żywego owada, a następnie kierować jego ruchami za pomocą fal radiowych.

Wiele wskazuje na to, że ten śmiały eksperyment zakończy się pełnym sukcesem i cybernetyczny chrząszcz – szpieg już wkrótce wkroczy do akcji w Iraku i Afganistanie. Wyposażony w minikamerę i mikrofon będzie szpiegował talibów. Jego największą zaletą będzie umiejętność działania w miejscach szczególnie niebezpiecznych i niedostępnych dla człowieka, takich jak jaskinie, bunkry i miejsca skażone radioaktywnie.

Czy ten niewątpliwy sukces cybernetyki będzie również sukcesem literatury SF? Szczerze mówiąc, mocno w to wątpię. I to nie tylko dlatego, że - jak słusznie zauważył Arthur C. Clarke - „Fantastyka naukowa jest tym, co nie może się zdarzyć – na szczęście”. Chodzi o coś więcej. Chodzi o to, że jedną z największych zalet fantastyki naukowej jest jej antyutopijny charakter. Nie kochamy jej przecież za to, że pozwala nam snuć marzenia o nowym, wspaniałym świecie, ale za to, że pomaga nam demaskować absurdalny i okrutny charakter utopijnych projektów.

Ambicją Karela Čapka nie było przecież doprowadzenie do rozkwitu robotyki, ani – tym bardziej - wniesienie swojego wkładu w rozwój wojskowej cybernetyki, a wręcz przeciwnie – udzielenie srogiej przestrogi przed świadomym użyciem nauki i techniki w służbie wojny. Niektórzy twórcy najnowszej generacji robotów najwyraźniej zdają sobie z tego sprawę, czego dowodem jest fakt, że podczas oficjalnej wizyty premiera Japonii w Czechach towarzyszący mu humanoidalny robot Asimo przedstawił się jako ambasador dobrej woli wszystkich robotów i złożył pod pomnikiem K. Čapka bukiet kwiatów. To bardzo dobry prognostyk, bo gdyby społeczna funkcja literatury SF ograniczona została do funkcji czysto użytkowej, gdyby rola pisarza SF sprowadzona została do roli projektanta cybernetycznych owadów i węży, to świat zmieniłby się nie do poznania. I nie byłaby to zmiana na lepsze.

Jest Poezja! Józef Baran, wiersze najnowsze


Podróż
płynąć nad swoim życiem
w wielkim balonie podróży

i widzieć w dole
pod ławicami obłoków
rafy koralowe
plankton nocy i dni
mozaikę kolorowych szkiełek
z Wawelem i Wieżą Mariacką w tle
zmalały z nagła kraik
na morskim dnie

a wszystko
jak we mgle

za siódmą chmurą
za snem

Brasil, 2009



Formosa w niedzielne popołudnie

Henrykowi i Gosi Siewierskim
Miasteczko śliczne z nazwy
z wyglądu o wiele mniej
widocznie architekta
zmorzył z gorąca sen

i zasnął w trakcie szkicowania
miasteczka na mapkach
co jeszcze się nie zaczęło
zastygło w powijakach

zawieszone w bezczasie
rodzące się stale na nowo
nie może stać się ciałem
jak poronione słowo

przecięte szosą wpół
rozmazane w chaosie
zdjęcie co z prześwietlonej kliszy
nie umie się wykokosić

tandetne domki z gliny
i słońce słońce słońce
uliczki leniwo w miejscu
bez pomysłu drepczące

bo wszystko stapia się w końcu
w niemiłosiernym słońcu
ludzie koty na murkach
jak muchy w mazi brodzące

i tylko czasem miasteczko
rozbłyśnie jak w kurzu szkiełko
gdy przejdzie ulicą dziewczyna –
czyste wcielenie formosy

przebudzi się handlarz melonów
zatańczy przy straganie sambę
Formosa na chwilę się ożywia
przypomina sobie jak się nazywa


Formosa – miasteczko w centralnej Brazylii; nazwa pochodzi od starego, portugalskiego slowa oznaczającego: ładny, piękny.


Myśl przy wsysaniu się w owoc mango

dossać się do miąższu życia
wyssać z niego
smaki soki
słodkości

śmierci pozostawić
łupiny pestki
kości

niech sobie na nich połamie
zęby ze złości



Orzeł w kurniku

rozmawiając z nimi
poczuł się jak orzeł
zapędzony do
kurnika gdzie
nikomu niepotrzebne
jego wysokogórskie opowieści
o lotach

bo tu pasjonują się
przefruwaniem z grzędy na
grzędę
i stanowiskami zajmowanymi
w hierarchii kurnika

jego odstające
śmieszne skrzydła
zawadzają tu tylko
w kokoszeniu się na grzędzie

najlepiej gdyby je obciął
i udawał że jest jednym z nich
a grzebanie pazurami w ziemi
jest mu bliższe od lotów
po abstrakcyjnym Niebie



Wybiegi
niektórzy wierzą
że przyjdzie Ktoś
i da im wolność:
Napoleon Elvis Presley
Jan Paweł II

nie wiedzą
że z wolnością człowiek się rodzi
lub nie

są tacy
co nawet w więzieniu czują się wolni
spuszczają linkę wyobraźni
i mają wybieg na cały glob

i tacy
co żyją na
krótkim łańcuchu
jak wiejski burek przy budzie:
z kagańcem tresury
kneblem konwencji

bo jednym nie wystarcza
nawet wybieg
stąd do księżyca

gdy drugim droga
za las i z powrotem
starcza za całe życie

w końcu i tak
pogodzi wszystkich
ciasny horyzont
dwa na pół

(pod warunkiem
iż jesteśmy jednowymiarowi
i nie mamy duszy
rozciągliwej
Stąd-Do-Wieczności)

Jest Poezja! Tomasz Sobieraj GRA, WOJNA KWIATÓW


Czternaście minut

Wiem
Podróże kształcą
Nawet bliskie
Jak ta wycieczka do Chełmna
Nad Nerem

Szeroka dolina
Na skarpie biały kościół
„Stacja obnażenia”
Matka Boska Częstochowska
Na głównym ołtarzu
Spogląda dobrotliwie
Mały jar
Oddziela świątynię
Od miejsca zagłady
Dwustu tysięcy

Witano ich serdecznie
Przed pałacem
Później szatnia w sali balowej
Wąski korytarz do łaźni
Na ciężarówce
Zgrzyt zamykanych drzwi
Kierowca wyrzuca niedopałek papierosa
Przekręca kluczyk
Przestawia małą dźwignię
Czternaście minut
Kąpieli w spalinach
I odchodach
Czternaście minut
Krzyków i torsji
A potem spokój
Już na zawsze
W pobliskim lesie

Wieczorem
Po ciężkim dniu pracy
W Sonderkommando
Piwo
Śmiech i wspólna fotografia
Na pamiątkę
Normalnie
Jak to
Po robocie



Ucieczka

I stałem się sam ziemią jałową.
św. Augustyn, Wyznania (II 10)

Od kiedy zabiłem Boga
Uciekam przed sobą
W drugiego człowieka
Tak bardzo boję się wolności
Uciekam przed sobą
W drugą pustkę
Płynę i zastygam
Staję się i jestem
Ale tylko
Namiętnością
Nienasyconą



Katedra
Nie miałem na bilet
Do świątyni
Więc usiadłem u stóp
Kamiennego Jezusa
Wyjąłem nóż i chleb

Patrzyliśmy
Na radosny korowód
Wychodzący z katedry

A ona spała
Pod strażą strzelistej wieży
Wyniosła i silna
Pusta
Piękna forma
Bez Boga
I wiernych

Finał
Teatru
Krzyża
Dokonany



Satori
Dopiero ta jesień
Przyniosła zrozumienie
Widok kropli wody
Na żółtym liściu
Uspokoił
Już bez pośpiechu
Żyłem dalej
Jak obłok
Odbity w wodzie jeziora



Axios

Jaki jesteś piękny
Gdy stoisz nagi
Na brzegu Axios!
Zazdroszczę
Kroplom wody
Liżącym twoje ciało
Chciałbym chociaż
Nałożyć ci chlamidę
Którą zawsze nosisz
Z taką
Niedbałą elegancją
Chciałbym tylko
Dotknąć smukłych nóg
I ramion
Zanim Zefir
Nagłym tchnieniem
Zmieni lot
Twojego dysku



Łatwość
Jakie to łatwe!
Chwyciłem krzywą
Z gwiaździstego nieba
Taką zwykłą
y = ax2
Zawieszoną bezpańsko
Między Wenus
A nosem Wielkiej Niedźwiedzicy
I z gracją podzieliłem
Na nieskończoną liczbę
Zupełnie prostych odcinków
Idealne pochodne
Rozpierzchły się
Po nieboskłonie
Chichotały
Jak małe dziewczynki
Próbowałem je uporządkować
Siłą rozumu i woli
Ale tylko czasem
Udało mi się stworzyć piękno
Bryły o tysiącach ścian
Niekiedy regularne wieloboki
Jednak nic równie doskonałego
Jak ta krzywa
Nie powstało
Nawet filozofia mi nie pomogła
W tworzeniu
Musiałem
Poprosić Boga o pomoc
A on
Tylko skinął ręką
I już...
Wrócił porządek



Gra
Na skale czarnej
Przysiadły anioły
Zwinęły skrzydła
I wyjęły kanapki
Z niebiańskich chlebaków
Wesoło majtały nogami
Śmiejąc się i zajadając
Pszenne bułki z salcesonem

Dolina pod skałą
Była szczęśliwa
Żyzna ziemia rodziła kwiaty
I rzadkie owoce
Mężczyźni mieli silne ramiona
Kobiety nosiły warkocze
Właściwie
Nie było niczego nadzwyczajnego
W szczęśliwej dolinie
Życiu ludzi
Ani w nich samych

Anioły wytarły usta obłokami
(młodość nie zna dobrych manier)
I dla zabawy zalały dolinę
Wezbranymi wodami rzeki
Pokładały się ze śmiechu
Widząc jak ludzie walczą o życie
Swoje i bliskich
Żeby było zabawniej
Dorzuciły jeszcze choroby
I nieco ognia
Ocalonym nie było łatwo
Podnieść się z kolan

Bóg odsłonił rąbek błękitu
Sprytne chłopaki – powiedział
Jutro pogracie z drugiej strony Ziemi
W wybuchy wulkanów i huragany
A w przyszłym tygodniu
Zrobimy sobie jakąś wojenkę
Rzeź Ormian albo holokaust
Na dzisiaj wystarczy zabawy
Chyba że chcecie powrzucać sobie
Dusze do piekła
Za to są dodatkowe punkty

Jest Poezja! Roman Kaźmierski CIEŃ W CIEŃ


Ekloga z października

Jezioro, jedyne otwarte oko.
Światło połyka przynętę,
ale nie daje się złapać.
Liśćmi zajmują się specjaliści
od naprawy wspomnień.
Listy udają, że nadchodzą
z przyszłości. Ślina,
którą przełyka wędkarz,
ma smak kolacji. Na tapecie
komar siedzi i nie siedzi.
Opowiada się o sobie,
choć nie umie mówić.
Na drugim brzegu ktoś
w niebieskiej wiatrówce
wspina się ścieżką po zboczu.



Wakacje na okrągło

Długo spali, dom skurczył się w hotelowy pokój.
Odtąd podróżują bezszelestnie jak czas
w zegarku cyfrowym. Nowy kościół podobny
do banku lub supermarketu, wiara siwieje.
Od rana wieczór: odcinek serialu
o życiu, jakim ma być albo nie być.
Ona, on i automatyczne dziecko,
które umie już marzyć. Wrzuca do morza
prawie nienoszone buciki:
niech sobie tańczą, niech tańczą.



Łaźnia w M.

Poniemieckie kafelki holenderskie, kościoły
powielone, pacierze dróg, łąk i zagajników.
Kamieniczki: mężczyźni w oparach, mgłach.
Stać prosto, wciągnąć brzuch, osłonić genitalia.
Stworzeni na podobieństwo, obraz
radzi sobie sam. Z sitek woda, mydliny
do ścieku, gęste jak w czasie uboju.
Szarość tej krwi, biel tła,
niebieskość ruchliwego pędzelka.



Czytając L.G. i G. A.*

Dzień rośnie w trawie.
Życie nie ma końca,
ani początku. W koronie
starej lipy śpiew trzmieli.
Jak wierni w kościele:
bez słów, są zbyt znane.
Lipa stoi samotnie,
za nią ściana zarośli.
Z gąszczu słychać kosi
gwizdek pełen krwi.
Właśnie tu miał być
zbudowany dom.
Zaczyna się i kończy
z trudem jak budowa
na czarno. Bez winy
i kary miłosne przekręty.
Zieleń po horyzont,
trawa zarasta dzień.

*Lars Gustafsson, Genadij Ajgi



Odrostki

Skryta wśród korzeni, nie wiesz nic o drewnie
na opał, o deskach skrzyń i palet, o popiołach.
Niedzielne popołudnie, a grunt pod nogami
wciąż w ruchu, gadatliwe usta, wiatr.
Nie usłyszysz, siostro krzemu i wapnia,
żadnej odpowiedzi od pnia i konarów,
od kruchych gałązek, śmieci u podnóża.



Słowa i muzyka

Johann Sebastian Bach är min vän den bäste. Forr i världen
älskade jag honom för att han aldrig grät...
Eva Ström

(1)
Swoim spojrzeniem bierzesz mnie
w cudzysłów. Cytat. Autor i tytuł
nieznany. Może to było z listu,
ale zabrakło morza i butelki, gołębia,
komputera. Jestem krótką frazą.
Powtarzam się łatwo. Powtórz mnie.

(2)
Prześladuje nas tajna straż, piosenka,
którą nucą wszyscy. Trudno wytrzymać.
Trzymaj mnie mocno między udami
jak wiolonczelę, i graj coś.
Na przykład drugą lub piątą
suitę Bacha, z tych w moll.
Proszę się przesuwać
Władca metrów kwadratowych
umiera truchcikiem.
Wysyła bliskich daleko
i błaga, żeby podeszła bliżej,
jeszcze bliżej, aż jej włosy
zakryją mu twarz.

Jest Poezja! Zbigniew Joachimiak SEZON LOTÓW TRWA


Powrót do domu w Kentucky

Skręciłem z autostrady ostrym zjazdem
i nagle zalał mnie szeroki pas zapachu ciemnego
- drażniącego śluzówki nosa -
topiącego się asfaltu.

Po zjeździe w prawo sunąłem wyrzucany
siłą odśrodkową w piaski domków
jednorodzinnych i ich zielono-żółte ogródki.

Po tej stronie Ohio wszystkie zapachy
zmieniały barwę.
Zamiast czystej zieleni sałaty w pory skóry

wnikać mi zaczęły ciemne tonacje szpinaku,
a pomiędzy napływającymi falami gorąca
wpadały mi w oczy pieprze grubego piasku.

Niosło mnie wprost na ulicę Overview,
tam moja córka rozraszała w powietrze
mleko i zapach przetartych owoców.

W usta spływał mi pot słony i zarazem
słodki od radości, że dzień nie jest stracony,
że Sybilka, moja córka

podejdzie do mnie zmieniając niebieskie
niebo w granatowe, a mnie w ciastko
posmarowane grubo wczesnym miodem.

2005



Umiera mi ojciec
Śpi prawie spokojnie, oddycha,
w dzień złości się i głośno siorbie kawę.
Nosi za sobą cewnik - cienką rurkę
łączącą go z życiem.
Chyba jest bledszy.

Umiera mi ojciec

głośno stęka podnosząc się z fotela,
słucha radia, telewizja jest zbyt głośna,
waży się, ogląda skórę, ręce.
Szepce coś do telefonu,
pewnie, że wkrótce są święta.

Umiera mi ojciec

- śmierć to będzie czyja?
Jego, tego co odejdzie, czy moja
dla zbliżenia tego, co będzie mi odjęte?

Umiera mi ojciec

czuję, że się od niego oddalam,
a on z cewnikiem stoi w miejscu.
O śmierci nie mówi.
O śmierci on umiera.



Chickasaw Street

Długa perspektywa z nagłym zeskokiem o kilkaset metrów
w dół miasta. A na początku zapach małp.
Tak się Chickasaw zaczyna.
Niewielkie kapucynki krzyczą i smrodzą,
gnijące banany czernieją, a wszystko ogarnia aromatyczny bez.

Zapach bzu to tylko początek historii ulicy,
bo już niżej panoszą się słupy podmurszałych domów
niewielkich jednopiętrowych drewnianych budowli -
w których, w porze kolacji, z każdego kąta
roznosi się zapach grzanek, szynki i sera.

W moim mieszkaniu na piętrze pierwszym, zaraz przy wejściu,
pachnie Sybilka mlekiem i kremem Johnson&Johnson.
A półki przyciągnięte ze sklepu metalowego wciąż
nie mogą uzgodnić, jak mają pachnieć książki z Polski:
oliwą, hardweres storu, czy piaskiem z wrzeszczańskiej Zaspy.

Przez ścianę przebija się drobnymi skokami zapach chilli.
Sąsiedzi - afroamerykańska rodzina - od rana przygotowują ingrediencje.
W mojej kuchni też szał: rozlało się kwaśne kalifornijskie wino,
herbata roznosi się we wszystkie strony, dzisiaj będą ruskie pierogi,
na ogniu przygotowuje się farsz z podpiekaną cebulą.

Nie mogę odgadnąć czym pachnie wykładzina. Bo pachnie.
Może tym, co zostało z pobytu poprzednich lokatorów.
Pójdę teraz w dół ulicy, bliżej down town, tam rosną porzeczki.
A i pokrzywy. Mieszka tam też rodzina skunksów, na które jest tylko
jedna rada (zdradził mi ją Andrew Tietig):
dużo, dużo aromatycznego soku z pomidorów.

Jest lato. Leniwe powietrze donosi do moich okien krzyk małp.
I zapach ich śerści. I jeszcze coś, co mnie niepokoi: to rzeka Ohio?
To rzeka miasta. Całego stanu. Całej krainy.
Tu na skraju indiańskiej ulicy pachnie całym tym światem,
który drgać będzie do końca mojej skóry. W zapachu.



Jestem cicho, cichutko

Jestem cicho, cichutko,
tak jak wtedy, gdy po raz pierwszy
spostrzegłeś jasność i ciemność.

Jestem jak wtedy, gdy przyniosłeś mi
kwiaty i swój wiersz do szpitala
i przestraszone oczy w młodzieńczej twarzy.

Jestem cicho, cichutko,
gdy rano wstajesz do pracy
i gdy wracasz, i podlewasz kwiaty.

Jestem mała, twoja własna
skała, opoka dnia codziennego.

Jestem cicho, cichutko,
biję bezdźwięcznie ci brawa
i głaszczę po głowie, gdy upadasz w lęku.

Jestem twoją mamą,
od początku i poza koniec.

Cicho, cichutko
umarła.



Potem

To tylko na początku wiersze są
motylami, które licznie latają
w naszych wiosennych ogrodach.

To tylko, gdy po raz pierwszy stajesz
na jeszcze nie zdeptanej ścieżce
prowadzącej do tajemniczej owocarni...

To tylko na początku wiersze mają
skrzydła i pociagają cie do góry,
do blasku i ptaków.

Potem.

Potem słowa zaciskaja się w pięści,
w zatrzaśniętej obolałej dłoni,
w pocisku zawiniętych kostek.

Potem trzeba żmudnie odginać palec za palcem,
podważać je dłutem zakute w milczeniu,
powoli wydobywać upragnione słowa.

Trzeba mruczeć, szeptać i dreptać,
płakać, trwać godzinami w trwodze,
czekać, czy granat pięści się otworzy?
I słowa trzeba wyciągać ostroznie i powoli,
jedno, drugie, trzecie, jak ze słonecznika nasiona,
w lipcowy dzień.

Może choć jedna z tych wyschniętych pestek
pełna będzie nasieniem.

Jest Poezja! Andrzej Tchórzewski, poème en prose


Domysł

Jeszcze nie wiesz co zostało w przeczuciu!

Czy sowa śnieżna wzlatująca z odległych siedlisk nad łąki umorusane siąpiącym niespodziewanie
o tej porze deszczem. Szukająca opustoszałych komnat mysiego królestwa. Bo może zawieruszyła się jakaś istota; chora albo słaba, niezaproszona do tańca na płytach stygnących kuchni, rozgrzanych fajerek oddających w mroku pożyczoną wieczorem czerwień.

Czy – może - śmieszny owad nieporadnie zbłąkany w nieswoją porę roku. Gotów do zabicia jednym gestem ręki.

Nie wiesz i wierzysz w szczególną aurę szarości. Byt nie lśni tęczami, dźwiga w sobie skończoność jak modlitwę, którą obarczy Boga.

Znów zaczną się jałowe dysputy, znów ten brak szacunku do milczenia; jazgot, słowo, które unicestwia siebie. A z niego chaos; nieodłączne konie nomadów, parlamenty śliny, step.

Cóż przeczucie, gdy pewność nie jest naszym królestwem, a jej zaprzeczenie rozchodzi się, jak mgła po łąkach i pustych polach.



Rozstaje

Latem, zmęczony strumień dogorywa. I gdyby nie wilgoć omszałych kamieni, nierozpasanie wektorów promienia, byłby ustał.

Światło heraklitejskie nie mówi do nas, nie powierza nam swych skarbów oddanych w aporiach przez wędrownych filozofów.

Mają zdarte sandały i puste łysiejące głowy. Przypominają owady, których się boimy, bo według prognozy wkrótce zawładną światem.

Naturalnie to nie jest nasz świat, ale i nie ich.

Nie wiemy dokąd prowadzą drogi strumieni, gdzie przetną się z ludzkimi, gdzie wzejdą przypadkowe siedliska i którędy pójdą karawany przenoszące nadmiar cierpliwości.



Ślimak

Natura uzewnętrznia swoje przeciwieństwa. Daje nam Biblię i Koran i tysiące ksiąg spisanych niedokładną ręką. Wymusza na nas przypowieści, moralitety, ale sama pozostaje baśnią własnych ogrodów.

Śluz przykryty płytką. Pancerz i galaretka, żel ciągle używany przez wilgoć. Ciężar, który nas zgina, a jemu służy za schronienie. Dom wędrowny, cierpliwy.

Patrzę, jak opustoszał i nawet nie potrafię się domyślić adresu właściciela. Może odszedł. Ogarnia mnie lęk jak w obliczu wspaniałych grobowców.

Zapewne są już puste, ograbione. Nie słuchają szemrzących wód, ceramika odpada z nich
i ślady zniczy przywodzą wspomnienie pamięci.

Po ten jakoś nie sięga nikt. Chyba, że kazuar, który uciekł z zoo rozwaliłby dawną siedzibę ślimaka.
Czy żyje? Dość pytań! Głupio, w swoim języku pytać o ślad lotki ciśnięty przez Tajemnicę.



Okno

Zamknięty w szarości. Śledzisz krople bębniące w blachę parapetu. Gdzieś daleko - miliony lat świetlnych- jest Mauritius i Beniowski spowiadający się u Komendanta. Przypomnienie imperium, zarzut złych chęci wobec przegniłej Korony. Ponawiany, powtarzany z uporem, chociaż wszystkie imperia mijają.

Comte, comte.

Ty, ta z wakacyjnej opowieści, jedziesz korytami wyschniętych rzek i spotykasz dzieci malgaskie, znające dobrze mechanizmy jeepa i radość fotografii.

Festiwal odrębny. Na karaibskich beczkach po ropie. Otwarty na ocean. Festiwal bosych pięt
i rozognionej ziemi. „Zupełnie jak niedźwiedzie smorgońskie”. Ulubiona rozrywka arystokratów, strach politei podzielany przez Arystotelesa. Lęk, lęk!

A tu: monotonia. Blokowisko. Wytwór złej cywilizacji, produkt tablic demograficznych.

Jak dobrze, że nie podchodzisz do okna. Mając je w sobie.



Matura in vitro

Czytam i … nie przecieram oczu. Przywykła do wyskoków słowa. Przychodzą różni, nadając mu swoje znaczenia. Coraz bardziej wchodzimy w bezsens, w bezmiar nonsensu.

Mit wieży Babel sam się rozpowszechnia w sporych nakładach. Ludzie milczą lub plują (z lubością?)

„Matura in vitro i zapłodnienie z religii”.

„Poprzestawiały Ci się wersety albo przyjęłaś starą technikę dadaistów” - mówi partner, który jeszcze nie tak dawno był całkiem zagorzałym kochankiem, wielbicielem tej mojej etcetera.

„Panuję nad wersetami,montaż słów odbywa się we mnie, voodo morfemu. Patrz, czym nas karmią. Sieczka, obrok.

Tu, dwójka znanych w przededniu rozwodu, ona szuka mieszkania w eleganckiej dzielnicy - a może na odwrót - On jedzie na Bahamy - a może na odwrót - nie zaprzecza, że lubi windsurfing, a tam dwudziestoletnia matka wyskoczyła z okna prosto pod autobus. Z pewnością jeszcze żyła kiedy ją rozjechał”.

„Coś trzeba włożyć do tego garnka”.

Słowa nie zawsze kończą się myślą... Kto wie, może jesteśmy centaurami, wchłaniającymi ten bezduszny owies, rozciapaną Karmę.



Polowanie na żmije

Przykucnąć i nie zrywać jagód. Wbrew Elżbiecie Barret. Szukać róż dzikich, niezgodnych ze Słowackim. Wnosić do tej wonnej świątyni ducha modlitw. Szperać w zakamarkach słów.

A tam, pomiędzy paprociami przemknęła żmija. Las jej odszumiał na znak przyzwolenia. Rozścielił się wygodnym szlakiem; ucieczka. Przed rozdziawionym ze zdziwienia brezentowym workiem i rozdwojonym, kłamliwym kijem. Troska o potomstwo zostawione
w komyszach. Lekka bryza łagodzi ostrza traw, prostuje źdźbła schylone ku prawu ciążenia. Wszystko jak w tej wieży, gdzie Tycho de Brache śledził lot komet.

Właśnie przelatuje włóknista zapowiedź zagłady. A tu SĄ znaki, trafnie odczytane; to ludzie łowią żmije dla pieniędzy. Z niezrozumiałych powodów. Gdyby wszystkie istoty stosowały swój kod, powstałby chaos.

Na początku, więc, było przemykanie. Syk. Groźba. A później - pełnia chaosu.

I bóg żmij ładu nie zaprowadził, scedował wszystko na człowieka. Popłoch.

A cóż on potrafi? Niszczyć tam, gdzie godzi się ocalać. Tęsknić za gramem jadu, pisać na korze brzozy sokiem wyciśniętym z jagód.
Wznosić miasta, do których żmija nie ma dostępu, a zdrada - owszem.

Pożegnania: Krzysztof Jurecki WSPOMNIENIE O ANDRZEJU URBANOWICZU


Andrzej Urbanowicz był dla mnie bardzo ważnym artystą - niepokornym, poszukującym duchowości w neognozie i buddyzmie, związanej z uniwersalną prawdą o świecie. Każda rozmowa z nim była niesłychanym przeżyciem, każde Jego zdanie miało moc i siłę wyrazu. Miał w sobie coś z guru, choć w kwestii chrześcijaństwa się z Nim nie zgadzałem. W grudniu 2010 na prośbę Andrzeja napisałem krótki tekst o naszej znajomości w związku z przygotowywaną publikacją. Mieliśmy się spotkać w czerwcu 2011... Jak na razie jest artystą niedocenionym, ale jestem przekonany, że się to zmieni, gdyż stworzył wokół siebie nie tylko środowiskowo artystyczne, ale malował wyjątkowe obrazy od lat 60.

Żegnaj Przyjacielu! Twoja sztuka będzie wieczna, Twoja duchowość także.


Andrzeja Urbanowicza poznałem … nie pamiętam dokładnie w jaki sposób. Co dziwne wydaje mi, że odbyło się to bardzo dawno, choć faktycznie miało to miejsce z wraz przygotowywaniem wystawy Katowicki underground artystyczny po 1953 roku (2003). Do jej części fotograficznej zaprosił mnie prof. Janusz Zagrodzki, główny kurator tego udanego i potrzebnego pokazu. Czas, który jest pojęciem tak naprawdę względnym, jeśli nie podejrzanym, w moim życiu bardzo przyśpieszył po czterdziestym roku życia. Czy jest to smutne? Być może, ale zacierają się szybciej horyzonty wielu zdarzeń czy spotkań.

1. Nasze relacje z Andrzejem
Nasza współpraca przy organizacji wystawy o undergundzie udała się. Nie było żadnych problemów czy spięć. Przy okazji poznałem także Stasia Rukszę, który pracował w BWA. Następnie razem współpracowaliśmy przy bardzo dużej ekspozycji Jerzego Lewczyńskiego, który wielokrotnie już w latach 80. i 90. opowiadał mi o niezwykłej postaci Andrzeja – jego happeningach czy magii, wobec której Jurek nie wiedział, jak ma się ustosunkować. Nie mówiąc już o Zofii Rydet (z. 1997), która zdecydowanie bardziej podatna była na tego typu zabiegi hapeningowo-artystyczne, choć zdaję sobie sprawy z nieadekwatności tego określenia. Jerzy Lewczyński – wybitny polski artysta-fotograf - wielokrotnie potwierdzał i przyznawał wpływu filozofii bycia i twórczości Andrzeja. Niewielu artystów stać, aby przyznawać się do takich zależności, które tak naprawdę nie są niczym brzemiennym czy złym. Świadczą o zwykłej przyzwoitości określonego twórcy. Lewczyński też jest dla mnie autorytetem.

Pamiętam także nasz wspólny udział: Andrzeja, Jurka, także Adama Soboty na sesji teoretycznej o twórczości Beksińskiego w BWA Bielsu-Białej przy okazji jego wystawy fotograficznej tego ostatniego ze zbiorów Muzeum Narodowego we Wrocławiu. Pamiętam, jak Andrzej opowiadał o sile energetycznej czy duchowej rysunków Beksińskiego, które po przywiezieniu do Katowic w 1977 roku i ich rozpakowaniu spowodowały Jego niesamowity ból głowy. Mówił „ten ból pamiętam do tej pory”.

Andrzej zaprosił mnie także, abym dwukrotnie zaprezentował katowickiej publiczności swoje przemyślenia o fotografii. Raz mówiłem o fotografii surrealistycznej i znaczeniu w niej Hansa Bellmera, drugim razem przy okazji otwarcia drugiej wystawy Bellmera, co było wielkim wydarzeniem w skali całego kraju mówiłem o znaczeniu artysty i poszukiwaniu „pisma ciała”. Drugi z tekstów opublikowałem w książce „Oblicza fotografii” (Września, 2009).

2. Pracownia na ul. Piastowskiej
Bardzo cenię sobie rozmowy z Andrzejem. Jest bardzo świadomy tego, co tworzy, wnika w atmosferę swych prac niczym dawny alchemik poszukujący złota. Pamiętam nasze dyskusje na temat surrealizmu, sztuki gejowskiej, którą poznał w Nowym Jorku czy galerii Krzywe Koło. Andrzej dla mnie autorytetem w sprawach artystycznych, lubię z nim rozmawiać. Żałuję tylko, że nie wytrwał w buddyzmie, który uprawiał i współtworzył w Polsce na początku lat 70., gdyż to mogłoby go zbliżyć do poznania i zrozumienia świata, a jestem pewien, że poprzez religię, w mniejszym stopniu filozofię i sztukę można to uczynić sposób mniej lub bardziej doskonały, choć nigdy wpełni doskonały. Oczywiście wpływ buddyzmu był wielokrotnie interpretowany w kilku tekstach o Jego twórczości.

Czy pracownia jest tylko miejscem pracy? Pytanie banale. Odpowiedź brzmi nie! Jest i przez lata było, o czym też wielokrotnie pisano, miejscem, gdzie przyjeżdżali lub bywali czołowi czy wybitni intelektualiści polscy. Cenna jest biblioteka składająca się tysięcy książek i katalogów. Pewnie równie interesująca jest korespondencja.

Ale najważniejsze są prace Andrzeja tworzone od końca lat 50. Pamiętam do dziś obraz o dużym formacie, jaki pokazywany był na początku lat 60. w Krzywym Kole Mariana Bogusza. Równie dobrze pamiętam test, w którym udało się artyście wyjść poza ograniczenia konstruktywizmu Władysława Strzemińskiego poprzez powrót do ikony i poglądów filozoficzno-estetycznych św. Dionizego Aeropagity. Szkoda, że tego nie potrafił „pociągnąć” dalej, gdyż wydaje mi się, że ten problem jest w dalszym ciągu do rozwiązania.

Jednak przyszli historycy Jego tak ważnej dla mnie twórczości będą mieli problemy z interpretacją. W którym momencie buddyjskie symbole i znaki, a także wcześniejsze alchemiczne przestają znaczyć i stają się „znaczeniem pozbawionym znaczenia”, jak to miało miejsce w dojrzałej i późnej twórczości wspomnianego już Beksińskiego. Czy jest to już forma wyzuta znaczenia? Czy jest ona tylko ornamentem, ale wiemy też że sam ornament także może być znaczący, aby przywołać jego przejawy antyczne – groteskę czy manierystyczne – tzw. rollwerk.

Sylwetki: Krzysztof Jurecki ANDRZEJ URBANOWICZ


Malarz, grafik, twórca parateatralny. Urodził się w 1938 roku w Wilnie, zmarł 21 sierpnia 2011 roku w Szklarskiej Porębie.

Studiował na ASP w Krakowie w latach 1956-1958, w latach 1958-1962 w filii macierzystej uczelni - w Katowicach. W latach 1972-1991 mieszkał w USA. Eseista, krytyk sztuki, a także organizator wystaw i sympozjów na temat sztuki Hansa Bellmera w Katowicach (1995, 2002). Wraz z Henrykiem Wańkiem współtwórca Stowarzyszenia Twórczego Bellmer.

Debiutował na wystawie indywidualnej w Galerii Krzywe Koło w Warszawie w 1963 roku, gdzie pokazał obrazy nawiązujące do idei Władysława Strzemińskiego, ale inspirowane także mistycyzmem zawartym w tekstach Pseudo-Dionizego (V/VI wiek). W tym czasie rozpoczął studia nad okultyzmem. Z awangardowej pogoni za niedoścignionym ideałem linearności świata wycofał się już w latach 60. Przestrzeń twórcza artysty zbudowana została na podstawie jego inspiracji duchowych - buddyzmu zen, neognozy, okultyzmu, do którego zwrócił się już w 1963 roku (obraz „Wielka Garota czyli Splendor Solis”). Symbolika solarna zawarta w jego twórczości łączyła się także z odniesieniami do mitologii egipskiej i przede wszystkim z motywem Ouroborosa (symbolem wiecznej przemiany i odwiecznego chaosu).

W tekście „Okazanie” (1999) Urbanowicz stwierdził: „Najdosłowniej jesteśmy dziećmi światła, choć nie zawsze o tym pamiętamy. Nawet, gdy jest go całkiem niewiele, ono jest najważniejsze. Posłańcem uczuć światła jest barwa”.

Wczesne obrazy Urbanowicza z końca lat 60. należy porównywać z formalną, ale przede wszystkim duchową, atmosferą twórczości Zbigniewa Makowskiego. Można w nich jednak odnaleźć także reminiscencje pop-artu w jego odmianie nazywanej psychodelic-art, uderzającej kontrastem kolorystycznym. Już w tym czasie Urbanowicz tworzył jednak zadziwiające i dojrzałe prace.

Najważniejsza część jego twórczości związana jest z działaniami katowickiej grupy Oneiron (1967-1978), do której należeli m.in. Urszula Broll, Zygmunt Stuchlik, Antoni Halor i Henryk Waniek. Artyści tej grupy w twórczy sposób zgłębiali teorię Carla Gustava Junga, w tym znaczenie marzeń sennych, oraz ikonografię sztuki Dalekiego Wschodu. Istotne okazały się ich interdyscyplinarne dokonania artystyczne, np. wspólne dzieło składające się z trzydziestu plansz, „Leksykon (Encyklopedia symbolu)”, pokazane po raz pierwszy w 1969 roku, o wysublimowanej strukturze rysunkowej penetrującej wewnętrzne pojęcie symbolu, a nawet kosmogonii świata z różnych kultur. Wyrażało ono bardziej formułę chaosu, za którą opowiedział się później Urbanowicz, niż kategorię prawdy, choć była ona zasadniczym celem w tej realizacji, odwołującej się do koncepcji sakralności świata, wyrażającej się przez zmienne kulturowo i historycznie symbole, w których silnie manifestował się erotyzm, rozumiany jako energia twórcza.

Interpretowana głównie jako psychodeliczna twórczość Urbanowicza i w mniejszym stopniu Henryka Wańka z lat 70. (np. wspólny obraz poświęcony Janowi Palachowi), otwarcie manifestujących postawę antykomunistyczną, może być określona mianem katowickiego undergroundu. W odróżnieniu od prac Wańka malarstwo Urbanowicza przesycone było już wtedy perwersyjną erotyką. W jego twórczości zaznaczyły się: metoda cytatu dawnej sztuki (np. Hansa Holbeina Młodszego), wykorzystywanie motywów fotograficznych (w tym z kręgu low art) oraz silny kontrast kolorystyczny.

Grupa Oneiron dla kultury polskiej odkryła wiele światów artystycznych, w tym mit czeskiej Pragi oraz alchemii i wiedzy tajemnej, choć podlegającej artystycznej racjonalizacji. Po raz pierwszy w Polsce dogłębnie zainteresowała się buddyzmem zen.

Dla zrozumienia malarstwa Urbanowicza bardziej istotny jest jednak jego związek z życiem i poszukiwanie zrozumienia istoty świata. Wydatnie podkreślał wszelką biologiczność życia, w tym oczywiście człowieka, co było przedmiotem wielokrotnych penetracji artystycznych w XX wieku (np. Władysław Strzemiński). Widać to na przykładzie obrazu „Źrenica”, który mimo swej abstrakcyjnej pulsacyjnej formy traktuje o biologiczności życia.

Istota malarstwa Urbanowicza uwidacznia uporczywe drążenie określonych problemów. Podstawowym jest poszukiwanie obsesyjnych, wężowatych splotów („Tęczowanie”, „Serpemanita”), ukazywanie wyobrażenia słońca oraz przenikającego wszystko erotyzmu - potężnej siły ożywiającej świat.

Poszukiwanie miłości, czasami z jej ciemnymi odmianami, związanymi ze skrywanym w podświadomości sadomasochizmem z pewnością było jednym z celów artystycznej działalności artysty. Miłości przynajmniej w podwójnym znaczeniu: ziemskim jak i boskim, choć odróżnienie jednego od drugiego tylko teoretycznie jest jednoznaczne. Artysta prezentował postawę afirmatywną wobec życia, którego zasadniczym składnikiem jest chaos. Poszukiwał nowego paradygmatu dla rozwoju kultury. Z pewnością nie był on nowy, ale też nie był popularny, gdyż w historii kultury europejskiej przeważał zracjonalizowany antropocentryzm.

Jego obrazy to często wizualne buddyjskie koany przedstawiające różne historie, które mają w widzu wywołać określone uczucia, a przede wszystkim doprowadzić do otwarcia drzwi percepcji, zrozumienia lub przywołania określonego stanu psychicznego. Oczywiście nie jest to łatwe, ale artysta ma do takiego nauczania określone przygotowanie duchowe, będące wynikiem buddyjskich inicjacji i studiowania ezoterycznych pism. Jego sztuka jest ze swej natury głęboko symboliczna, ale podobnie jak w XIX wieku czyhają na nią różnego typu niebezpieczeństwa. Wielokrotnie jednak udawało się Urbanowiczowi poruszać dziwne stany rzeczywistości widzialnej oraz tej ukrytej, niedostrzeganej, ale odczuwanej, jak ma to miejsce np. w obrazach „Świecące” czy „Wschód”.

Obrazy Urbanowicza powinny być tłumaczone w poetycki sposób, tak jak to znakomicie czyni Urszula Benka. Inny klucz, poza duchowym, mija się z istotą przesłania zawartego w jego sztuce.

Twórczość artysty była bardzo konsekwentna. Już w latach 60. słońce stanowiło jeden z głównych jej wątków. Później okazało się, że wszystko zostało mu podporządkowane, stało się dla artysty zasadniczą manifestacją istoty życia jak i emanacją energii (bóstwa). Pomimo witalności determinującego życie chaosu, w którym musimy istnieć, nad wszystkim wznosi się konstytuujące go, tworzące podstawową zasadę bytu, słońce.

W 1992 roku w Galerii Sztuki Współczesnej BWA w Katowicach miała miejsce retrospektywna wystawa prac Andrzeja Urbanowicza. W latach 1992-1994 działał jego Teatr Oneiron 2 (spektakl „Więzy”), a w 1996 roku - Teatr Oneiron 3. Wszystkie oparte były na wizyjności i swobodzie interpretacyjnej, łączące się z „poetyką rytualnej anarchii, zacierające granicę między ceremoniałem a wydarzeniem mistycznym, pomiędzy erotyką a kosmiczną wzniosłością”. Kolejna ważna wystawa artysty, „Andrzej Urbanowicz. Splendor Solis”, odbyła się w BWA w Katowicach na przełomie lat 1999/2000.

Prace artysty posiadają w swoich zbiorach: Muzeum Narodowe w Warszawie, Muzeum Narodowe w Poznaniu, Muzeum Śląskie w Katowicach, Muzeum Górnośląskie w Bytomiu, Muzeum Sztuki w Łodzi, Muzeum Ziemi Lubuskiej w Zielonej Górze, BWA Katowice, Muzeum Historii Katowic, Muzeum Okręgowe w Koszalinie.

(2004)

Recenzja: Stanisław Esden-Tempski ŁOWCA ORCHIDEI


Instrukcja obsługi dzieła literackiego.


„Łowca orchidei” nie jest grzeczną książką to pewne! W pierwszym oglądzie rzucają się w oczy łajdackie tytuły rozdziałów. „Kiedy Sławkowi Baldowi robiło się niedobrze”, „Goła, dupa”, „Znów krocze tym razem Klemensa”, „Dziwna wielkość indyczych jaj”, „Nieprzyzwoita twarz Jacka”, „Opluty Jazon”... - można by długo cytować; do wyjątków należą tytuły, które można by bez tremy przeczytać w salonach literackich Warszawy czy Krakowa. Sto krótkich rozdziałów („pieśni”) pełnych smutnej treści opatrzonych tytułami pełnymi nonszalancji. Kogo lub co atakowałem tym estetycznym wyzwaniem?! W jakim celu tak wytrwale rozwijałem opisy tych wszystkich ludzkich „złych skłonności”?

Mój zamiar więc był ściśle realistyczny, podobny do intencji Balzakowskich. Szybko jednak zauważyłem, że realistyczne jedynie podejście do opowieści o podróży do Ameryki zaprowadzi mnie na grzęzawiska banalności. Na dodatek mój Jazon - Sławek Łysy (Bald) - przybywał do dzisiejszej Kolchidy z zupełnie innej Utopii, w której wszyscy z założenia mieli wszystkiego pod dostatkiem, więc nie było potrzeby uganiać się za złotym runem. Polska na dodatek jest krajem katolickim. Setki i tysiące razy w kościołach swego wyznania słyszeliśmy – ja i mój Bohater, że „pierwej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, zaczym bogacz trafi do królestwa niebieskiego”. Temu przekonaniu towarzyszą inne zdania z Biblii – o ptakach co nie sieją i nie orzą, a mają. Sławek wychowywany był w pogardzie dla „karierowiczostwa”, w umiłowaniu cnotliwej biedy i bohaterstwie „czynów społecznych”. USA do kraj protestancki, którego filozofia selfmademana ma swe biblijne źródło w opowieści o ukrytych talentach.

A przecież obaj Baldowie, Sławek - prawnuk i Szymon – pradziad, porzucili domy rodzinne i pojechali szukać swego szczęścia na antypodach? Dlaczego? Pomijając już względy martyrologiczne, paradoks ich wyborów tworzy podstawowa sprzeczność właściwa dla całej diaspory wykształconej na greckich i rzymskich mitach. Starożytni Grecy, tworząc mity w gruncie rzeczy opisywali życie, chrześcijaństwo opisując życie tworzyło niedościgłe mity. Bald był z góry niechętny materialistycznej hucpie kolchidyjskiego społeczeństwa. Na samą myśl o wyjeździe do Ameryki Sławkowi Baldowi robi się niedobrze. Za oceanem jeżdżą obraźliwie eleganckie samochody. Bald znalazłszy się tam za morzami – umarłby z poniżenia.

Sławek nie mogąc oddać się wyścigowi szczurów, gonitwie za szmalem na brudnych ulicach polskiego getta (ze względu na blokadę ideologiczną, którą zaszczepiło w nim chrześcijaństwo) musiał znaleźć sobie jakieś alibi. Wytłumaczenie dla swej abnegacji potrzebne mu było, aby czuć się (to zupełnie zapomniane słowo) g o d n i e . Spodziewał się, że znajdzie ową legitymację w książce swego pradziadka „The exile from Eldorado”. Książka ta miała pomóc mu odpowiedzieć sobie na pytanie, które także dręczyło historyków – dlaczego historyczny Bald, poszukiwacz złota i łowca orchidei, dokonał, jakbyśmy dzisiaj powiedzieli, aktu terrorystycznego, powodując wybuch w delcie rzeki San Juan (Nikaragua) i uniemożliwiając tym samym podróżowanie do Kalifornii. Dlaczego Szymon Bald uśmiercił gorączkę złota, Oto cała myślowa intryga mojej książki.

Szymon Bald – pradziad jest postacią koherentną. Nie zadawał sobie pytania jaki jest jego dekalog. Ten system był dla niego niezagrożony, jak dzisiejsze intelektualne mody, trwał i wydawał się być niezmienialny. Szymon zrozumiał, że w pogoni za złotem kultury ludzkie będą się niebezpiecznie mieszać. Zagrozi to człowiekowi utratą swej niepowtarzalności, własnego imienia. Dlatego Szymon z takim spokojnym sumieniem decydował zatkać rzekę San Juan, jak byle kran z piwem. To był akt na miarę Herostratesa, Szymon zniszczył w swoim mniemaniu świątynię Złotego Cielca!

Chociaż Sławek Bald prawnuk i Szymon Bald pradziad realizują to samo fatum losu – są uchodźcami politycznymi i wyjeżdżają do Kolchidy, jak Jazon, a także obaj zakochują się w córkach Arestesa. Różnią się jednak zasadniczo. Szymon jest postacią poważną. Mimo, że „kurdupel”, budzi grozę i zaufanie współczesnych. Sławek niegodzien jest swego pradziada. Co dnia odczuwa swoją śmieszność. To jest jego podstawowa tragedia. Chciałby być taki dzielny i wielki jak jego pradziad, ale jest tylko żałosny.

Daniel Bourne w „Artful Dodge” pisze o Sławku Baldzie, że to „a figure who seems to have just stepped from the pages of Joseph Conrad novel”. Jak wprowadzić do tekstu taką właśnie postać w czasach zdychającego postmodernizmu? To był problem nas obu - autora i mego Bohatera. W promieniowaniu postmodernizmu byliśmy wszyscy. Leslie Fiedler pisał: „mięsista, realistyczna powieść o wyraźnej fabule, z wyraźnymi postaciami, plus przyjemne, wzniosłe myśli o małżeństwie i płci, o społeczeństwie i rodzaju ludzkim... – taka powieść umarła”. Czytywaliśmy książki Bartha, Pynchona, Vonneguta, Wszyscy byliśmy dziećmi epoki wstydu narracyjnego.

Sławka Balda mógł wyrazić jedynie bunt. Bunt nie liczący się z żadną Formą Ja, jako autor byłem jedynie medium informującym o samym procesie. Forma nie przystawała do tego, co działo się w getcie polskim w Chicago. Postanowiłem więc obrazić się na Formę i lekce sobie ją ważyć. Potraktowałem zwyczaj literacki jak żywą osobę i mściłem się na stereotypach literackich, torturowałem je, jakby to Kultura była odpowiedzialna osobiście za to, że żadnej Formy dla mojego bohatera nie można było znaleźć. Za motto wziąłem cytat z Don Juana Byrona:

Cervantes prześmiał rycerstwo Hiszpanii
Jeden śmiech zdołał prawego pozbawić
Naród ramienia. Odtąd niewidziani
Tam bohaterzy. Aby powieść bawić
Mogła, świat glebę przygotował dla niej.

By wyrazić bunt mego bohatera i mój własny musiałem rozprząc się w sposób możliwie najbardziej opanowany i artystycznie skuteczny. Zrobiłem to na kilka sposobów

Powieść moja pozbawiona została narratora, jakbyśmy umówili się z moim bohaterem, że już żadnych osób trzecich między nami nie będzie. Trzeciosobowe formy gramatyczne są wynikiem założenia, iż Opowieść może się sama opowiedzieć - wystarczy popatrzyć i wszystko staje się jasne! W powieści więc przede wszystkim ważny jest obraz, ważniejszy od tego co się dzieje. Rolę oskarżyciela posiłkowego zagrały przymiotniki, niespodziewane związki syntaktyczne, metafory. To była nasza amunicja - Sławka i moja.

W rozdziale „Ebenezer Scrooge i jego śnieżna faktoria” podróż salesmana ogłoszeń jest podróżą przez Kulturę. Zwykły biznes kontraktorski jawi się nam jako biuro Ebenezera Scrooge’a wprost z prozy Dickensa. Mroczne cienie we wjeździe do hurtowni są rodem z gotyckiego zamku w Malborku, murarze są masonami i budowniczymi piramid, samo biuro staje się stacją bakunowego faktora (wprost z Bartha), opis ulicy jest echem zimowych widoków hanzeatyckiego Gdańska, na koniec słońce pojawiające się spomiędzy chmur jest jak kadr z serialu o gwiezdnych wojnach i wylania się niczym kolanko z nierdzewnej stali... Obrazy wirują i zmieniają się z szybkością montażu telewizyjnego. Taka jest bowiem świadomość Sławka, taki jest bałagan duchowy współczesnego człowieka. Dłużej psychika Sławka koncentruje się na zmyślonym liście Szymona Balda do brata. (Krąg V) To zrozumiałe – list opisuje czas miniony, koherentny i stabilny. Czas pożółkłych fotografii.

Powieść poprzez taką właśnie budowę siłą rzeczy przekształciła się w rodzaj poematu epickiego. Ta najstarsza, homerycka jeszcze forma podawcza była najwłaściwsza dla mitologicznych treści. Poemat ten jest jednak poematem „wkurwionym” na Formę, na czas, na okoliczności, Jest opisem świadomości człowieka wrzuconego w śmietnik współczesności („człowieka wpędzonego do raju”). Narracja staje się momentami wulgarna, jakbyśmy obaj – Sławek i ja, nie znieśli wreszcie czegoś, nie stawało nam opanowania Bo zasadniczym naszym konfliktem – jest walka realności z Mitem. Nabraliśmy w czasie tej podróży przez świat i Kulturę wrogiego stosunku do Formy w ogóle. Mój Sławek wędrując przez kręgi emigracyjnego Piekła poszukując wielkości (Tradycji) swego pradziada a także goniąc za cieniem swej Beatrycze, w istocie goni za cieniem, wymiarem ludzkiej godności.

W momencie, gdy Sławkowi prawie udaje się wejść do zaklętej dla niego Rzeczywistości, Forma poematu pęka, „załamuje się skutkiem zbyt silnych emocji i Bohater sam zabiera Głos w sprawie swego Romansu”. Stało się tak, bowiem Sławek tylko w niezgodzie z rzeczywistością mógł spełniać swe przeznaczenie: „Tacy jak ja mogą się utrzymać przy życiu tylko wówczas, gdy nikt nas nie chce” – mówił do stewardessy na lotnisku - Do życia potrzebne jest nam jakieś antypowietrze. Myślę, że to taka nasza przemijająca, motyla generacja... lecz póki tu jestem, taki jaki jestem, muszę sprawić, by wstręt, którym napełniam Amerykanów, nabrzmiał treścią. Przestał być tak głupio bezinteresowny? Poematy nie dają gotowych recept. Poezja nie jest od tego. Wystarczy głośno zadać pytanie! Choćby nawet Kultura nie miała uszu a w nosie nosiła złote kolczyki...


Stanisław Esden-Tempski, „Łowca orchidei”, Polnord - Wydawnictwo Oskar, Gdańsk 1994.

Felieton: Igor Wieczorek NAJGROŹNIEJSZE ZWIERZĘ ŚWIATA


„Bóg stworzył człowieka, ponieważ rozczarował się małpą. Z dalszych eksperymentów zrezygnował”, – zapewniał kiedyś Mark Twain. Bardzo możliwe, że miał rację. Jednak człowiek – w przeciwieństwie do Boga – nie potrafi zrezygnować z eksperymentów na małpach.

Według danych międzynarodowej organizacji Great Ape Project (Projekt Wielkich Małp) w samych tylko Stanach Zjednoczonych więzi się obecnie 3100 małp człekokształtnych, z czego 1280 poddawanych jest eksperymentom biomedycznym. Jeszcze gorzej wygląda sytuacja w Europie, w której każdego roku takim eksperymentom poddawanych jest ponad 10.000 małp. W tym niechlubnym procederze prowadzi Wielka Brytania, a tuż za nią plasują się Francja i Niemcy. I nie chodzi tu tylko o laboratoria, wykonujące testy dla koncernów farmaceutycznych czy kosmetycznych, lecz także o prestiżowe uczelnie, takie jak Oxford University.

Od wielu lat różne organizacje i środowiska europejskie apelują o wprowadzenie jakiejś nowej dyrektywy. Przy Komisji Europejskiej powstała nawet Akcja Dla Ochrony Zdrowia Zwierząt, której celem jest monitorowanie i propagowanie rozwoju alternatywnych metod badawczych. Już od dłuższego czasu Fundacja Dr.Hadwen prowadzi kampanię publiczną, mającą na celu wymuszenie na Unii Europejskiej przyśpieszenia prac nad nową dyrektywą. We wrześniu 2007 r. Parlament Europejski podpisał deklarację wprowadzenia całkowitego zakazu eksperymentów na naczelnych pozyskiwanych ze środowiska naturalnego, a w maju 2008 r. dr. Jane Godall, znana badaczka i miłośniczka szympansów, przedstawiła Komisji Europejskiej petycję podpisaną przez 150.000 obywateli Unii, którzy pragną jak najszybszego wprowadzenia nowej dyrektywy.

Niestety wszystkie te akcje, deklaracje, apele i petycje okazały się nieskuteczne. W przemówieniu wygłoszonym 17 czerwca 2008 r., Stavros Dimas, Komisarz Unii Europejskiej ds. Środowiska, oświadczył, że „Rozwój nauki nie pozwala jeszcze na całkowity zakaz eksperymentów na naczelnych i użycie pewnej, ograniczonej liczby naczelnych, jest obecnie nieuniknione w wielu kluczowych problemach badawczych”. Aktywiści Projektu Wielkich Małp nie pozostawili na Stavrosie Dimasie suchej nitki, ale niczego to nie zmieniło.

Godnym uwagi głosem w tej dramatycznej dyskusji na temat naszych relacji z małpami okazał się amerykański film pt.„Geneza Planety Małp”, który w odróżnieniu od głośnej powieści Pierre’a Boulle’a i wszystkich jej filmowych adaptacji, dotyczy sedna problemu, a nie tylko jego niezwykłych, hipotetycznych następstw. Mimo że akcja filmu rozgrywa się we współczesnym San Francisco, gdzie grupa naukowców prowadzi zaawansowane badania genetyczne, w wyniku których dochodzi do narodzin rasy wybitnie inteligentnych małp i wybuchu wojny o ich dominację nad ludźmi, to jednak prawdziwym tematem filmu wydaje się odwieczny kompleks Homo Sapiens, który za żadne skarby nie chce pogodzić się ze swoją małpią naturą i gotów jest zrobić wszystko, aby tylko nie być tym, kim jest.

Ewa Drab, autorka znakomitego szkicu krytycznego pt. „Z małpy powstałeś i w małpę się obrócisz” doszła do wniosku, że „Relacja człowiek-małpa przedstawiona w powieści Boulle’a mogłaby zostać odczytana w kategoriach każdej innej relacji społecznej, w której jedna grupa jest dyskryminowana, a druga wywiera nacisk społeczny, posługując się przy tym hasłem rzekomej wyższości”. To z całą pewnością prawda.

Warto jednak zauważyć, że w odróżnieniu od powieści Boulle’a i wszystkich jej ekranizacji, film Ruperta Wyatta kieruje naszą uwagę na niezwykle aktualne problemy, takie jak ryzyko związane z niekontrolowanym rozwojem bioinżynierii, niepotrzebne wykorzystywanie małp człekokształtnych w badaniach nad chorobami Alzheimera i Parkinsona, czy podporządkowanie badań naukowych interesom drapieżnych koncernów.

„Istoty ludzkie to jedyny gatunek zwierząt, których sczerze się obawiam” – powiadał George Bernard Shaw. Wcale mu się nie dziwię.

Esej: Stanley Devine OBOJĘTNI NA ŚMIERĆ... Z WYBORU


Coraz więcej usłyszeć można o głodzie w Somalii. Temat ten niewątpliwie staje się dla mediów atrakcyjną i tanią „pożywką”. W końcu nie co dzień możemy obserwować żniwo śmierci i dostrzec jej oblicze na twarzy drugiego człowieka. Szokujące są więc w mym odczuciu słowa wypowiadane przez sporą grupę osób, z których wysnuć można następującą konkluzję: nie warto pomagać „czarnym”, bo to nie nasz problem w dobie biedy panującej również w Polsce.

Już nie tyle szokuje, co przeraża podejście wielu „artystów” - i tutaj pozwolę sobie słowo to umieścić w cudzysłowie, by zwrócić uwagę na pewien paradoks. Otóż artysta to człowiek z natury obdarzony nieprzeniknioną duszą, wrażliwością oraz talentem i szerokim oglądem wszelakich płaszczyzn świata. Każdy, kto uchodzi we własnym mniemaniu za artystę, tak zwykł o sobie myśleć. Jednakże artysta urzeczywistniony „musi koniecznie umieścić się na pograniczu, gdzie sztuka styka się z życiem, tam gdzie powstają niemiłe pytania” na co zwracał uwagę w swych „Dziennikach” Gombrowicz. Jeszcze dalej posuwa się wszechstronny literacko Witkiewicz, pisząc, iż „prawdziwy artysta, a nie przeintelektualizowany młynek mielący automatycznie wszystkie możliwe wariacje i permutacje, nie powinien bać się cierpienia”. Tymczasem prowadząc osobistą korespondencję z wieloma - nazwijmy ich więc rzemieślnikami - wyłonił się już - nie jak wcześniej obraz szokujący - a wręcz wstrząsający.

Otóż rzemieślnicy ci zamykają się w świecie wykreowanym na własne potrzeby egzystencjalne. Świat ich jest ograniczony, gdyż albo oddalają od siebie istnienie zła, cierpienia... lub też - co gorsze - mając pełną świadomość istnienia tychże zjawisk, nie opuszczają wygodnego świata iluzji, otaczając się pięknem poezji, muzyki. Obojętność? Nie. To przejaw - użyję mocnego słowa - odczłowieczenia. Bo jak inaczej nazwać kogoś, kto świadom głodu oraz udręk dotykających miliony niewinnych ludzi, usprawiedliwia się rzekomym „realizmem” i pozostaje bierny. Wszak nie jest tajemnicą, że człowieczeństwo winno znamionować człowieka w każdej przestrzeni jego bytu.

Gdzie więc wśród tych rzemieślników głoszona w starożytności stoicka idea braterstwa? Gdzie wzniosłe natchnienia wielkich twórców? I wreszcie - gdzie pamięć o słowach Wojtyły - kapłana, stanowiącego w Polsce obiekt kultu? Stwierdził on przecież - bardzo mądrze zresztą - że „za cierpienie oraz wojnę odpowiedzialni są nie tylko ci, którzy ją bezpośrednio wywołują, ale również ci, którzy nie czynią wszystkiego co leży w ich mocy, by przeszkodzić temu złu”.

Wobec powyższego nie przemawia do mnie argument wskazujący za przyczynę głodu w Somalii „tylko i wyłącznie tak zwaną politykę władz oraz struktur somalijskich i międzynarodowych w sensie instytucjonalnym”. Teza ta jest w dużej mierze trafna, gdy poddać ją analizie geopolitycznej, jednak nie może ona usprawiedliwiać bierności. Nie powinna usprawiedliwiać, bo jak widać - może. Zapytam przewrotnie: czy milczenie cywilizowanego świata nie stanowi kolejnego paradoksu? My oczekiwaliśmy pomocy w trudnych latach wojny. W XXI wieku - ten cywilizowany świat - potrafi ofiarować miliardy na wsparcie upadłych systemów gospodarczych państw europejskich. Darowizna w postaci żywności o wartości 200 mln dolarów, a kwotę taką Polska przekazała na pomoc pochłoniętej w kryzysie Islandii, to setki tysięcy pełnych brzuchów... na Czarnym Lądzie, tam gdzie wyciągnięta ręka żebrzącego dziecka prędzej uschnie, niż ugnie się pod ciężarem ochłapu cywilizowanej Europy.

Osobom znanym, cieszącym się autorytetem oraz uznaniem powierzona została misja przewodzenia społeczeństwem. Pod wpływem ich charyzmatycznych działań, przyśpieszać można pozytywne - ludzkie - reakcje na dużą skalę. Nieliczni tę misję wypełniają. Lecz jeśli jest szansa, by uratować choć jedno istnienie, zawsze odpowiedź moja będzie brzmiała - warto. Gdy śmierć zagości przed oczyma tych, którzy dziś wybierają świat iluzji i piękna, staną oni być może twarzą w twarz z zagłodzonym somalijskim człowiekiem. Twarz, której wyraz mówi i skrywa w sobie więcej, niż największe nawet dzieło sztuki. Tę głębię dostrzegą właśnie nieliczni. Ludzie.

Rozmowa: Jan Siwmir, Tomasz Sobieraj JACEK DEHNEL


Jan Siwmir – Leszek Bugajski w swoim artykule pisał, że „Fotoplastikon” Jacka Dehnela „sprawia wrażenie typowej książki ratunkowej, jaką pisarz publikuje, gdy wyczuwa, że już czas na potwierdzenie swojej obecności, a nie ma żadnego świeżego pomysłu na to, co mógłby napisać. Dehnel ładnie więc skomentował kolekcję starych fotografii oraz widokówek i tak powstał zbiór miniesejów, z których nic nie wynika. To seria prozatorskich wprawek napisanych nie wiadomo po co”. Tak było w 2009 roku. Niedawno Dehnel wydał kolejną, tym razem poetycką książkę, której niecierpliwie wyczekiwałem, katastrofalna bowiem zapaść w literaturze najbardziej widoczna jest w utworach poetyckich. Ryba psuje się od głowy, a przecież, co by nie mówić, na przestrzeni wieków to właśnie przede wszystkim poezja wytyczała kierunki w literaturze, będąc na szczycie hierarchii utworów literackich. Dlatego należy jak najwcześniej zepsuty łeb obciąć, rybę wypatroszyć, dopieprzyć, dosolić i dopiero potem decydować się jak ją przyrządzić.

Tomasz Sobieraj – „Seria prozatorskich wprawek napisanych nie wiadomo po co” zastanawia się pan Bugajski nad „Fotoplastikonem”. A właśnie, że wiadomo – Dehnel dostał na napisanie tych wprawek pieniądze od Niemców, o czym uniżenie wieści w dziękczynnych słowach na końcu książki. A z kolei pewnie jakiś ich literat przyjechał sobie na stypendium do Polski. Mniej więcej tak to idzie: ulubieni przez reżim „zaczerniacze papieru” wymieniają się na luksusowych turnusach w kraju i za granicą, gdzie tłuką książeczki na zamówienie, wydawcy dostają dotacje na ich wydanie, ministrowie kultury i inni kierownicy podają sobie miękkie łapki i biorą diety; wszystko jest pięknie, tylko czytelnictwo sięga dna. Paradoks? Zastanawiające, że w tej powodzi wspaniałych pisarzy następuje katastrofalny spadek czytelnictwa... Więc Dehnel wykonał robotę, jak układacz kafelków czy hydraulik. Tylko ze takich kafelkarzy jest w Polsce mnóstwo. Trudno się jednak nie zgodzić z Leszkiem Bugajskim. Dehnelowi brak pomysłów, zresztą nigdy ich za wiele nie miał, i pewnie dlatego zdecydował się na noszenie pelisy i melonika – miały uwiarygodnić jego geniusz, którego najczystszym przejawem są rymowanki w stylu wierszyka „Przyjęcie”:

Stoją u okna strome ciemności,
ciemność przychodzi do okien w gości.

A za ciemnością idą zwierzęta,
żadne bestiarium ich nie spamięta.

Za zwierzętami śmierć biała kroczy,
śmierć sześcioskrzydła, na skrzydłach oczy.

Stają u okien. Patrzą do środka.
Bardzo się zmieni, kto je napotka.

W środku tłum, meble, książki i szklanki,
czyli szkło, drewno, papier i tkanki.

W zasadzie cała jego twórczość poetycka sprzed „Ekranu kontrolnego” to zestaw takich śmiesznych wierszyków, ładniutkich niczym ze sztambucha pensjonarki albo dożynkowego spotkania sekcji poetyckiej koła gospodyń wiejskich. Oczywiście, że Dehnel jest zjawiskiem ciekawszym niż upozowani na Wojaczków półanalfabeci, bo przynajmniej umie pisać, ale – co już niejednokrotnie podkreślałem – nie ma o czym. Jest jak wydmuszka, łowicka wielkanocna pisanka, pokolorowany z zewnątrz, w środku pusty; to pozbawiony własnego poetyckiego języka dobry uczeń, ulubieniec starszych pań i nauczycielek, układacz gładkich zdań, który jednak potrafi być arogancki, gdy wyczuje zagrożenie w postaci kogoś od siebie lepszego – jakkolwiek pojęcie „lepszego” rozumieć.

Jan Siwmir – Gdy czytasz wiersze Dehnela, to czy nie nasuwa Ci się skojarzenie z poezją Philipa Larkina? Dehnel momentami wydaje się być epigonem angielskiego poety, którego podobno nawet tłumaczył. Jest taki wiersz Larkina „Long lion days”, który zapewne wywarł na naszym młodym naśladowcy kolosalne wrażenie:

Long lion days
Start with white haze.
By midday you meet
A hummer of heat –
Whatever was sown
Now fully grown (...)

i tak dalej. Sporo tego typu rzeczy Larkin napisał; sporo też napisał rzeczy świetnych, nawet doskonałych, jednak Dehnela najwyraźniej zapłodniła kiczowata estetyka dla ciotek w krynolinach a nie na przykład „Heads in the women's ward” – poruszający wiersz o umierających w szpitalu samotnych kobietach.

Tomasz Sobieraj – Te częstochowskie rymowanki Larkina i Dehnela zalatują mi też nieco Williamem Blake'em, który w pewnych kręgach robi od wielu lat pośmiertną karierę jako poeta metafizyczny. Osobiście nie gustuję w tego typu poetyce, którą Platon nazwał bełkotliwą niczym delficka przepowiednia, a która z metafizyką ma w istocie tyle samo wspólnego co haftowana makatka na ścianie kuchni wiejskiej chałupy z tekstem „Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść” albo „Zimna woda to dobra ochłoda”. Dla mnie to nie jest metafizyka. Szkoda, że nasz przebrany w paletko z futrzanym kołnierzykiem geniusz rodem z Trójmiasta nie zainspirował się inną poetyką Larkina, taką jak np. w wierszu „This Be The Verse”; to świetny utwór, ale zdecydowanie nie dla grzecznych chłopców, nie nadaje się też do recytowania u cioci na imieninach. Mówisz, że Dehnel tłumaczył Larkina? Sam? Ciekawe. Bardzo ciekawe. To on zna angielski? Szkoda więc, że nie wziął sobie do serca wiersza „Good for you, Gavin”, zaczynającego się od bardzo mądrych słów, które w tym miejscu dedykuję wszystkim młodym i aroganckim „poetom”, i w ogóle wszystkim chłopcom i dziewczynkom pretendującym do miana artystów:

It's easy to write when you have nothing to write about
(That is, when you are young)

czyli:

Łatwo jest pisać, gdy nie masz o czym
(Czyli wtedy, gdy jesteś młody)

I, właściwie, na tym moglibyśmy skończyć rozmowę o poecie Jacku Dehnelu, prozaiku Jacku Dehnelu, felietoniście i recenzencie Jacku Dehnelu, tłumaczu Jacku Dehnelu, malarzu Jacku Dehnelu, i odłożyć ją do roku np. 2030, kiedy być może nasz bohater będzie już mężczyzną, pozna życie, przeczyta parę książek więcej, najdą go jakieś refleksje, a może nawet porzuci zbieranie literackich rupieci i znajdzie swój własny pisarski styl. Bo jakiś tam skromny potencjał to on posiada, ale to trochę tak, jak z samochodem, który ma silnik, ale brak w nim benzyny, więc nie pojedzie, świata się nim nie zwiedzi, horyzont wyobraźni ciągle będzie ten sam, wąski, ograniczony przednią szybką. Dehnel to takie wyremontowane autko, ale bez paliwa.

Jan Siwmir – Gdyby stosować terminologię Kobiety Pracującej z kultowego „Czterdziestolatka”, powinieneś powiedzieć „wypicowane” autko. Wracając do metafizyki – mam wrażenie, że jakaś pozaziemska siła zadziałała w przypadku Dehnela i uczyniła go laureatem nagród i beneficjentem stypendiów; za „Ekran kontrolny” dostał nominację do Nike 2010. Przed trzydziestką zgarnął wiele ważnych laurów, jest tłumaczony na obce języki, popularny...

Tomasz Sobieraj – ...popularna jest też Katarzyna Cichopek, Violetta Villas, bracia Mroczek, Mr. Muscle, Vanish, Żanet Kaleta, maść na hemoroidy, chrupki kartoflane. Jeden brat Mroczek zdobył nawet laurkę za pląsy a Villas robiła karierę za granicą. I co z tego? Laury, drogi Janie, szybko więdną, jak zauważył św. Augustyn, który też był za młodu poetą i nawet brał udział w poetyckich turniejach; uważny czytelnik jego „Wyznań” z pewnością znajdzie fragment, w którym przyszły Ojciec Kościoła i filozof uświadamia sobie, że te konkursy i nagrody to lipa, bo nie liczy się jakość utworu tylko coś zupełnie innego... a tak przy okazji Nike i pozaartystycznych mechanizmów nagradzania sztuki – w 2010 nagroda ta przypadła nie Dehnelowi, tylko dramatowi Tadeusza Słobodzianka „Nasza klasa” – książce powstałej jakby na zamówienie, pisanej na fali modnej polonofobii. Modnej szczególnie na Zachodzie, który tchórzliwą postawą wobec Hitlera i kolaboracją z nim przyczynił się do holokaustu. Tam każdy sygnał o okrucieństwie Polaków wobec Żydów jest odbierany z satysfakcją i medialnie rozdmuchiwany, bo zagłusza ich wyrzuty sumienia... to tyle o Nike... szczęśliwie Nobla dostał w tym roku Llosa, co nieco rehabilituje tę wielokrotnie ośmieszoną w przeszłości nagrodę.

Jan Siwmir – Oj, narażasz się Tomaszu wielu ludziom... ale rzeczywiście, kłopot z tymi honorami jest od zawsze. Boy-Zeleński w jednej z recenzji pisał, że niejaki hrabia de Latour-Latour wszedł do Akademii Francuskiej za pierwszym razem, a Wiktor Hugo dopiero za czwartym. A kto dzisiaj wie o jakimś Latour?

Tomasz Sobieraj – A o Boyu-Żeleńskim...? Natomiast tacy „przeciętni” pisarze jak Balzac, Stendahl, Baudelaire, Flaubert, Mallarme nigdy się do Akademii nie dostali. Podobnie przecież z nagrodą Nobla, której paru świetnych ludzi pióra nie otrzymało, a paru miernych owszem. Nagrody niczego nie dowodzą, poza koneksjami, a popularność nie idzie w parze z wielkością, wręcz ją wyklucza. Dlatego nie przejmowałbym się śmiesznym spektaklem pod tytułem „nagroda Nike” czy jakimkolwiek artystycznym wyróżnieniem, bo to historia rozstrzyga o wielkości i znaczeniu artysty a nie grupka opłaconych przez fundatora i pozbawionych własnego zdania jurorów. Cała ta hucpa z nagrodami w Polsce, i często na świecie, przypomina mi „Narrenschiff” – statek szaleńców. Statki szaleńców pływały po rzekach Europy u schyłku średniowiecza i na początku epoki klasycyzmu; ładowano na nie ludzi niespełna rozumu i powierzano ich opiece marynarzy; pływali tak od miasta do miasta, nikt ich nie chciał przyjąć; czasem uciekali z pokładu, łapano ich i z powrotem na łajbę. Brant napisał o tym w roku 1497 cykl pieśni a Bosch namalował obraz. Tak mi się ten statek kojarzy ze współczesną literaturą, całą sztuką właściwie, coraz bardziej przypominającą wyczyny szaleńców, których nikt, poza garstką opłaconych niby-specjalistów, nie chce oglądać.

Jan Siwmir – Tak, coś w tym jest... w korowodzie głupców Erazma jest wiele miejsca dla ludzi nauki... po gramatykach idą poeci, retorzy, pisarze, prawnicy, filozofowie..., jak pisał Michel Foucault „obłęd jest pokaraniem nauki rozprzężonej i nieużytecznej”.

Tomasz Sobieraj – Miał na myśli oczywiście nauki humanistyczne, a nie nauki konkretne, potrzebne, czyli matematyczno-przyrodnicze i medyczne. No i tak sobie siedzą na koszt pracującego społeczeństwa wszyscy ci artyści i humaniści na tych stateczkach, bezkarnie bredzą trzy po trzy, bo przecież konsekwencji bredzenia się nie ponosi, marynarze ich pilnują, żeby sobie krzywdy nie zrobili, a życie toczy się na brzegu rzeki; na brzegu powstają miasta i prawdziwa sztuka, katedry, obrazy, poematy. Ale mieliśmy mówić o Dehnelu, a tu widzę, że lekko zbaczamy z tematu...

Jan Siwmir – jest teoria, która mówi, że nic nie jest przypadkowe, nawet użycie takiego słowa jak „zbaczamy”... Ale, ale, wydaje mi się, że uważasz „Ekran kontrolny” za jakiś przełom w wierszoklectwie Dehnela.

Tomasz Sobieraj – Nie przełom, raczej przejaw zmiany kierunku, powolnego dojrzewania, samokształcenia a nawet dostrzegania własnych słabości. Pojawiają się tutaj wiersze noszące znamiona szczerości, mocno zawoalowanej, ale zawsze to progresja u takiego megalomana. Dla mnie wiersz otwierający ten zbiór jest utworem programowym Dehnela po liftingu; mam na myśli „Piosenkę o garstkach”:

Wychodzi Piotruś na dwuletnich nogach,
piach się rozpycha i droży się droga.

Po lewej mama a po prawej tata,
pomiędzy nimi duszny środek lata.

Idzie i idzie, rozrywka to nowa,
bardzo przydatna, łatwiejsza niż słowa.

A dookoła – świat. I świetne cuda.
Szyszka, patyczek, piórko, kamyk, huba,

wszystkiego w garstki. I zaraz zrozumie,
że garstki pełne, a chce brać; nie umie

odłożyć tego, zostawić tamtego,
wielkie żądanie stawia superego (...)

Piotruś to nasz poeta, który nie może się zdecydować, kogo teraz będzie udawał, kto mu się najbardziej podoba; chciałby być Szymborską i Zagajewskim, Larkinem i Puszkinem, Herbertem, Eliotem – ba, mam wrażenie, że nawet Sobierajem, a wnoszę to po dostrzeżeniu rzeczy dla mnie istotnych i w mojej poezji obecnych: przyrody, sztuki, historii, erudycyjnych aluzjach i śladach; nawet po przypisach w jego „Ekranie kontrolnym”, które ja stosuję od czasu „Wojny Kwiatów” (wyd. Editions sur Ner, luty 2009) po to, by czytelnik nie poszedł błędnym tropem i zrozumiał, że dobra poezja nie jest przypadkiem, wytworem młodopolskiego natchnienia czy pijackim skojarzeniem, ale skutkiem pracy i talentu, dziełem wiedzy i myśli. No i ten narcyzm, który tak mnie i Jacka łączy, to absolutne uwielbienie siebie przetransponowane na lirykę...

Jan Siwmir – ...coś tu jest na rzeczy, chociaż w przypadku Twojego narcyzmu podejrzewam maskę, z którą się zrosłeś... jednak Dehnelowi brakuje twojej swobody i wyobraźni, on ciągle mówi przez zaciśnięte usteczka. Wracając do jego nominowanej do Nike książeczki – mam wrażenie, że „Ekran kontrolny” to literacki antykwariat, zbiór tekstów odtwórczych, przypadkowych, wygrzebanych z literackiego panoptikonu, że to taka sama tratwa ratunkowa jak „Fotoplastikon”. W dodatku, o zgrozo, tak jawnie pasożytujący na uznanych pisarzach, że już po pierwszych paru wierszach zamarło we mnie życie wewnątrzjelitowe, a ręce, bez mojego w tym udziału, same otworzyły tomik wierszy Szymborskiej. Porównajmy:

O, drogi człekokształtny, z kółkiem od kluczyków
na przeciwstawnym kciuku i z potrójnym paskiem
wzdłuż pionowej postawy! Spojrzenie na kraski,
delfiny, antylopy przypomina zaraz...

(J. Dehnel)


(...) łatwy do utopienia w łyżce oceanu,
za mało nawet śmieszny, żeby pustkę śmieszyć
(...)
A jest – zawzięty.
Zawzięty, trzeba przyznać, bardzo.
Z tym kółkiem w nosie, w tej todze, w tym swetrze...
(W. Szymborska)


Dokąd idziesz, chłopczyku,
w czapeczce w szkocką kratę,
w ubranku z darów,
w wyblakłych kolorach...

(J. Dehnel)

Dziewczynka, która byłam -
znam ją oczywiście.
Mam kilka fotografii
z jej krótkiego życia.
(...)
Idź sobie, nie mam czasu.
No przecież widzisz
że światło zgaszone...

(W. Szymborska)

Takich przykładów jest więcej. Nie chodzi o to, że frazy się powtarzają, to byłby plagiat. Ale rytm, sposób ujęcia tematu, podobieństwo tematyki, niektóre wyliczanki (rys charakterystyczny p. Wisławy), sposób zwracania się nie tyle do czytelnika, ile bezpośrednio do bohatera ... nawet istnienie prozy poetyckiej à la przypowieść! Wygląda to tak, jakby Dehnel szedł krok w krok za Szymborską i malował na płótnie niby własne obrazy, ale po uprzednim naszkicowaniu konturów przez naszą noblistkę i po kilku lekcjach na temat: w jaki sposób należy trzymać pędzel i jak skomponować kadr. Nie we wszystkich wierszach, rzecz jasna. Zaledwie 59 stron, a mamy jeszcze Larkina, Puszkina czy Herberta albo Zagajewskiego etc. a nawet Dyckiego (ach te pieśni z motywem przewodnim ekranu kontrolnego) czy... Mickiewicza!


W oddali znać strukturę: kopuła Blue City,
bloki, szyby, anteny. Lecz z tej strony kolej
wchodzi w miasto szerokim klinem, dzikim polem,
porosłym szczawiem, perzem i krzewami, wbitym

w Dworzec Zachodni. Węzły torów jak rozeta
industrialnej katedry. Dojeżdżamy – widać
betonowe perony, z których się dziewczyna
rzuciła pod kolejkę w jakiś grudzień. Trzeba
(...)

Dehnel miota się, chcąc uzasadnić swój byt na literackiej mapie, ale tkwi w sieci własnych niemożności i plącze się coraz bardziej, traci siły, tonie, zamiast spokojnie napiąć mięśnie i zdobyć się na mocny, autonomiczny gest. Dlatego, z powodu paniki i słabości autora, zamiast spójnej książki dostajemy coś w rodzaju bigosu.

Tomasz Sobieraj – Czy może raczej poetyckiej zupy śmieciowej. Na przednówku wygłodzeni chłopi pańszczyźniani wrzucali do garnka wszystko, co im wpadło w ręce – to ziemniaczka, to korzonek, to cebulę, tu dodali jakiś zapomniany skwareczek, nieostrożną, otumanioną pierwszym na przedwiośniu deszczem dżdżownicę albo nawet zwinięty z pańskiego stołu ochłap wędzonego boczku czy serwetkę dla zagęszczenia. Efekt w sumie podobno bywał niezły, chociaż przypadkowy. Nie inaczej może być w poezji. Ale w „Ekranie kontrolnym”, tworze właśnie przypadkowym, pośpiesznym i ratunkowym, oprócz naiwnych i nieporadnych śmiesznostek jest kilka przyzwoitych wierszy, niektóre całkiem dobre; są pojedyncze frazy urzekające i doskonałe, a to niemało. W tej zupie znajdują się naprawdę pyszne kąski, pływają w niej tłuste smakowite skwarki i, szczerze mówiąc, uważam, że potrawę sporządzoną przez Dehnela dzieli intelektualna przepaść od wyrobów przytłaczającej większości innych poetów, szczególnie od tych nagradzanych, brylujących na salonach, sramach, domokulturowych wieczorkach i w literackich pisemkach. Oni tkwią na dnie Rowu Mariańskiego, w pełnych ciemnościach, przekonani, że to Parnas, a tymczasem Dehnel już dopływa do powierzchni Oceanu Spokojnego, kto wie, może nawet widzi wyspę Guam? Na szczyty droga jeszcze daleka, jeszcze go mogą wciągnąć niespokojne fale, nasiąknięta wodą pelisa ciąży, ale jest w jego przypadku jakaś nadzieja na istotne dzieło, której nie ma u tych literackich tandetnych paszteciarzy, których nazwisk przez litość nie wymienię. To, że Dehnel nie mówi jeszcze własnym głosem, że w poezji Dehnela prawie nie ma Dehnela, to jeszcze nic takiego, na to – mam nadzieję – nadejdzie czas. On teraz się uczy, i to od najlepszych, podczas gdy jego koledzy po piórze – także ci dużo starsi koledzy – puszczają bąki twierdząc, że to sztuka i najprzedniejsze ewaporaty głębokiej myśli.

Jan Siwmir – Jeżeli to zatem tylko wprawki kopiujące innych pisarzy, to może bardziej adekwatny byłby tytuł „Echo”, a nie „Ekran kontrolny”? Przy okazji, aż mnie korci, żebyś podał mi natychmiast, teraz i tutaj, twoją listę literackich paszteciarzy nadymających się i puszczających bąki na dnie Rowu Mariańskiego, ale jak rozumiem, wstrzymasz się do końca naszego cyklu...

Tomasz Sobieraj – ...moja lista będzie dosyć podobna do listy Marka Trojanowskiego – jednego z niewielu w tym kraju krytyków, którzy mają szare komórki, i to we właściwym miejscu. Różnimy się z Markiem w szczegółowym podejściu do poezji, ale w ogólnym często myślimy dosyć podobnie. Polecam wszystkim jego genialną „Etykę i poetykę”. Ale jeśli chcesz, to mogę wymienić trzech najlepszych współczesnych polskich poetów...

Jan Siwmir – ...jeśli żyjących, to proszę. Zatem, jaka jest kolejność?

Tomasz Sobieraj – Ja, Adam Zagajewski i ja.

Jan Siwmir – Jakoś nie jestem zdziwiony... Może jednak zmitygujesz się Waść trochę i przestaniesz używać ironii, szyderstwa i autoszyderstwa w ilościach, których nawet papier nie chce przyjąć? Zważ, że podczas pisania nie słychać tonu wypowiedzi, pozawerbalne sygnały nie istnieją, a przekaz do większości ludzi musi być jasny, jednoznaczny i na poziomie trzylatka. Prawa rozwoju są nieubłagane, jeśli trzylatkowi powiesz „no, pięknie, pięknie”, gdy nabroi, to utrwali się w nim przekonanie, że rzeczywiście pięknie zrobił i będzie tak czynił dalej. Nasz rodzimy parnas nie przekracza w porywach lat czterech, co oznacza wyłącznie samodzielne wytarcie chusteczką nosa. Poczucie humoru literatów także przypomina chudopachołka wbitego w pożyczony garnitur i starającego się o rękę córki sołtysa. Natomiast dziwią mnie twoje pienia nad „Ekranem kontrolnym”. Dehnel zapłacił ci za nie? Napisał list pochwalny o twojej ostatniej książce? Zaprosił cię do kina? Rewanżujesz mu się za coś? Przecież takich jak on poetów w każdym powiatowym mieście znajdzie się na pęczki, a pewnie do tego co najmniej kilku lepszych, tyle, że oni się nigdzie nie pchają, nie rozpychają się łokciami, nie puszą się i nie gdaczą, nie mają koneksji, nie należą do fanklubu Jerzego Illga, tylko spokojnie, po cichu, tworzą poezję, bo poezja, nie popularność, jest dla nich istotą życia. Dehnel jest przeciętny w swojej kategorii „klasycystów”, która to kategoria – tu się z tobą zgadzam – jest usytuowana znacznie wyżej niż taplający się w kaczym dole tak zwani awangardziści czy bardziej ogólnie i bliżej prawdy – półanalfabeci i tani prowokatorzy. To samo, co powiedziałem o jego poezji, dotyczy również prozy Dehnela i zapewne innych jego hobby, jak malowanie farbkami – ty Tomaszu pewnie możesz coś o tym powiedzieć, bo grzebiesz się w teorii i historii sztuki. Dehnel – pisarz, to paw, epigon i bufon, który sam jeszcze niczego nie zrobił, bo wszystko mu podano, wszystko robi się za niego samo. To taki „Golden Boy”, jak ten pusty dzieciak z jego wiersza o słynnej fotografii Watsona, tylko brzydszy. I niestety starszy. Idąc dalej rzekłbym, że Dehnel jest jak piłkarz polskiej reprezentacji: powszechnie znany, odszykowany i przebrany jak stróż w Boże Ciało albo Jacyków, ma kontrakt, kolegów, chodzi na panienki, nie musi nawet pracować, ale jak przychodzi do meczu, to gra jak patałach, ostatni szmaciarz i pierwszy lepszy zawodnik z gminnego klubu okazuje się od niego lepszy, i to taki zawodnik, który zwyczajnie pracuje w biurze czy fabryce, a popołudniami trenuje i gra, bo, po prostu to lubi.

Tomasz Sobieraj – O, przepraszam, Dehnel nie chodzi na panienki. Proszę bez takich tu wstrętnych insynuacji. Widziałem w telewizorze jak prowadza się po ekranie z niejakim Tymańskim, innym geniuszem, i z jakimś jeszcze niezidentyfikowanym osobnikiem o fizjonomii smutnej ryjówki.

Jan Siwmir – No fakt, przesadziłem, heteroseksualizm jest niemodny w kręgach artystycznych i skazuje na artystyczny niebyt. Artysta z rodziną, dziećmi, tak zwyczajnie? Tfu! Ohyda! Wrócę na chwilę do Jerzego Illga, podobno poety i redaktora „Znaku”. Myślisz, że miał jakiś wpływ na rozwój kariery Dehnela?

Tomasz Sobieraj – Zacytuję w tym miejscu mojego ulubionego krytyka, wybitnego znawcę poezji i ludzkiej natury, doktora nauk humanistycznych Marka Trojanowskiego: „Jak to się stało, że zapracowany i śmiertelnie zmęczony pod koniec swojego żywota Czesław Miłosz znalazł czas by przeczytać kilka wierszyków Jacka Dehnela i napisać o nich trzy zdania, które stały się przepustką do kariery autora »Lali«? Czy w promocji młodego talentu miał swój udział Jurek Illg – człowiek, który ma ten unikalny dar, że rozpoznaje bezbłędnie własny talent literacki dzięki czemu kultura polski doczekała się kolejnego filaru w postaci »Wierszy z Marcówki«. Czy to on podsunął dzieła młodego poety umierającemu Czesławowi? (...) Na temat tych i podobnych mechanizmów rządzących karierami poetyckimi młodych chłopców i dziewczynek można snuć najróżniejsze i najbardziej egzotyczne przypuszczenia”.

Jan Siwmir – A my znowu zboczyliśmy z tematu. W końcu czy to istotne, kto, komu i dlaczego?

Tomasz Sobieraj – Właśnie o tym rozmawiamy. Kto, komu i dlaczego. Nie powiesz mi przecież, że rozmawiamy o talencie, którego to słowa nasz rodzimy parnasik używa na wyrost.

Jan Siwmir – Istotnie, polscy pisarze, szczególnie poeci a osobliwie krytycy literaccy nie rozpoznaliby prawdziwego talentu, nawet gdyby rzeczony talent ugryzł ich w tylną część ciała. Wróćmy zatem po raz kolejny do „Ekranu kontrolnego”. Gdzie niby miałyby się znaleźć te tłuste skwarki? W zlepku wielojęzycznego ściemniania, w próbach uwiarygodnienia, że jest się poetą współczesnym za pomocą zapisu rodem z forum on-line? A może podoba Ci się wciśnięcie na siłę jakiejś gwary? O ile jest to zabieg przez niektórych wymagany w przypadku prozy, o tyle w poezji trzeba dla takich zabiegów naprawdę dobrego uzasadnienia. Na pierwszym planie przewaga formy nad treścią, potem długo, długo nic, w końcu parę trywialnych prawd typu: „Wszędzie, gdzie pójdziesz, będzie gorzej” albo „Nie masz słów na tę boleść, której nie przeżyłeś”. Jedynie coś w rodzaju fraszki udało się Dehnelowi:

Początek maja

Od siódmej rano pod samym oknem
dwaj z kosiarkami z Zieleni Miejskiej.

Do ósmej jestem trawą z uszami,
wrośniętą w pościel. Spylajcie trzmiele.

Przyznam się, że jak sobie wyobraziłem autora w postaci trawy z uszami, to spadłem z krzesła i jeszcze tarzam się ze śmiechu. Inna sprawa, że do tego tomiku podobny wiersz pasuje niczym pasiak łowicki do jednorożca albo pole kaktusów do spadającej z drzewa małpy. I stanowczo nie wystarczy do lansowania całego zbioru wierszy.

Tomasz Sobieraj – Może i masz trochę racji. W sumie, Dehnel to taka współczesna Halina Auderska – tylko czekać, aż zostanie posłem na Sejm, a pierś ozdobią mu ordery. Pomyślałem sobie, że gdyby tak zebrać dzieła Jacka Dehnela w jednym tomie, powstałoby coś w rodzaju „Ruhnamy” – zbioru poezji, prozy i mądrości niedawno zmarłego genialnego przywódcy Turkmenistanu, Ojca Turkmenów Saparmurata Nijazowa. Księgę tę przetłumaczono, podobnie jak dzieła Dehnela i Haliny Auderskiej, na wiele języków, a jej trzykrotne przeczytanie otwiera bramy raju. Co więcej, historycy turkmeńscy bezspornie udowodnili, że Nijazow pochodził w prostej linii od Aleksandra Wielkiego. Cóż, niektórzy nasi krytycy są jak turkmeńscy badacze dziejów – też wiele potrafią udowodnić. Tylko czy ktoś jeszcze poważnie traktuje ich brednie? No i co otwiera trzykrotne przeczytanie dzieł Dehnela? Furtkę do ogródka jordanowskiego? I na koniec jeszcze jedno spostrzeżenie: oglądałem filmik z Jackiem Dehnelem w roli głównej, wyświetlany podczas gali rozdania Nike – jako jedyny z nominowanych ani słowem nie zająknął się o swojej książce. Czyżby nie miał o niej nic do powiedzenia? Zastanawiające. Mówił natomiast dużo o swojej pasji kolekcjonerskiej, która wyrosła zapewne z chłopięcego zbierania resoraków, misiów i bohaterów kreskówek. Nazywał siebie kolekcjonerem. Twierdził, że teraz zbiera książki. Ja książek nie zbieram – ja je czytam. Może i on w końcu zacznie, zamiast tracić czas na internetową autopromocję i odkurzanie kolekcji meloników. Niemniej uznaję „Ekran kontrolny” za książkę ważną dla Dehnela – bo to jego pierwszy, chociaż niesamodzielny krok w stronę poezji, i ważną dla naszej współczesnej literatury – jako kolejny inhibitor wszechobecnej rynsztokowej produkcji. Dlatego biorę ją na półkę. A ty?

Jan Siwmir – Zdecydowanie do poczekalni. Obok Dąbrowskiego. Pewnie jeszcze kogoś do tych panów uda nam się znaleźć i będą mogli zawrzeć Triumwirat. A wtedy drżyjcie gwałcone lasy, uciekajcie Hiperborejczycy! Nic nas już nie uratuje.


Tekst ukazał się w numerze 1 (30) 2011 kwartalnika „Migotania” i jest rozdziałem przygotowywanej książki „Dwaj Panowie S - rozmowy o literaturze i nie tylko”.
KOMENTARZ REDAKCJI KRYTYKI LITERACKIEJ
Od tej rozmowy minął ponad rok. W tym czasie Jacek Dehnel, wyraźnie zauroczony stachanowskim współzawodnictwem pracy z czasów towarzysza Bieruta, w pocie czoła i niezdrowym pośpiechu napisał kolejny rozdział do swojej „Ruhnamy” - obszerne wypracowanie zatytułowane „Saturn”. Po wnikliwej lekturze i głębokiej analizie tej książeczki (skąd neo-neoromantyczny Geniusz w Tużurku miał pieniądze na jej wydanie i promocję - nie wiemy, a nie wierzymy, by jakikolwiek wydawca pozostający przy zdrowych zmysłach zaryzykował kolejną publikację, która pójdzie na przemiał) stwierdzamy, że nie odbiega ona poziomem od poprzednich, naiwno-anestezjologicznych i sentymentalnych wypocin „Dody literatury”, jak Jacka Dehnela nazywają niektórzy sympatycy. Polecamy natomiast tę książkę jako lekturę obowiązkową dla psychologów in spe i praktykujących, bowiem przedstawiona w niej historia jest niemal klinicznym przykładem konsekwencji wynikających z trudnych relacji rodzinnych, opisanych z zastanawiającym znawstwem.