LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA SPOŁECZEŃSTWO
______________________________________________________________________


Felieton: Igor Wieczorek SZCZĘŚLIWY ŻYWOT CYBORGA?


W miarę rozwoju technologii komputerowej coraz częstszym tematem medioznawczych i filozoficznych rozważań staje się ideologia transhumanizmu. Najogólniej rzecz biorąc, terminem „transhumanizm” określa się międzynarodowy ruch intelektualny i kulturowy, wspierający użycie nauki i zaawansowanych technologii w celu pokonania chorób, cierpienia i przedwczesnej śmierci. Jednym z wielu prekursorów tego ruchu był rosyjski filozof, Mikołaj Fiodorow, zwolennik osiągnięcia przy pomocy metod naukowych radykalnego przedłużenia ludzkiego życia, a nawet fizycznej nieśmiertelności i wskrzeszenia zmarłych.

Współcześni transhumaniści są przekonani o tym, że już w niedalekiej przyszłości staniemy wobec perspektywy narodzin sztucznej inteligencji, a molekularna nanotechnologia umożliwi nam nie tylko całkowite wyeliminowanie chorób, ale również niesłychane rozszerzenie możliwości fizycznych i umysłowych. Wydaje się oczywiste, że taka cyborgizacja stanowi poważne wyzwanie natury społeczno-etycznej, chociażby z tego powodu, ze nierówności społeczne na świecie są bardzo głębokie i nic nie wskazuje na to, by sztuczna inteligencja mogła ten stan rzeczy zmienić . Wydaje się, że wręcz przeciwnie – cybernetyczne mózgi mogą ten stan rzeczy pogłębić, bo będą bardzo kosztowne i nie wszystkich będzie na nie stać.

W opublikowanej w 1895r. powieści pt. „Wehikuł Czasu” Herbert George Wells snuł smutną wizję przyszłości, w której naszą planetę zamieszkują dwa gatunki zupełnie różnych pod względem fizycznym i umysłowym ludzi. Ta wizja jest przerażająca i byłoby bardzo niedobrze, gdyby miała się urzeczywistnić.

Doskonale zdaje sobie z tego sprawę Christine L.Peterson, założycielka i przewodnicząca Foresight Institute, kalifornijskiej organizacji typu non profit, pomagającej społeczeństwu przygotować się na następstwa nanotechnologii. – „Naszym celem jest pokojowe współistnienie tradycyjnych ludzi, ulepszonych ludzi oraz inteligencji maszynowej”- mówi. Chociaż nie mam pojęcia, w jaki sposób aktywiści z Foresight Institute zamierzają osiągnąć swój cel, to jednak z całego serca życzę im powodzenia. Mam nadzieję, że cyborgizacja ludzkości odbędzie się bezboleśnie, nie pogłębi nierówności społecznych, ale też nie ożywi wrażego ducha Pol Pota. Oby transhumanistom udało się stworzyć świat, w którym każdy, kto tylko zechce, będzie mógł zostać szczęśliwym, nieśmiertelnym cyborgiem.

Niepokoi mnie tylko pytanie: czy te wszystkie postludzkie istoty będą szczęśliwsze od nas? Pomimo usilnych starań nie potrafię wyobrazić sobie świata bez chorób, cierpienia i śmierci. Próbuję pocieszać się myślą, że mój brak wyobraźni nie jest niczym niezwykłym. Na przykład Leon Kass, amerykański bioetyk z University of Chicago, jest przekonany o tym, że „ w miarę jak nasze spotkanie ze śmiercią się oddala, ludzkie życie staje się coraz mniej ujmujące, znaczące, a nawet mniej piękne”. Kass twierdzi ponadto, że „śmiertelność nadaje życiu sens. Nieśmiertelność jest rodzajem zapomnienia – tak jak i sama śmierć”.

Jeśli wierzyć internetowej Wikipedii, a jakoś nie widzę powodów, dla których nie warto jej wierzyć, na świecie odnotowano dotąd cztery przypadki hipermnezji, bardzo dziwnej „dolegliwości” pamięciowej, która polega na tym, że dotknięte nią osoby mają nadzwyczaj dobrą pamięć. Najbardziej znaną z tych osób jest czterdziestopięcioletnia amerykanka, Jill Price, która z taką samą intensywnością pamięta wszystkie chwile swojego dotychczasowego życia. Jill Price nigdy nie kryła frustracji i nieustannego cierpienia, których przyczyną jest właśnie ta wybujała pamięć.

Rzecz jasna, dla transhumanistów argument o uciążliwości niewyczerpanej pamięci nie ma żadnego sensu, bo są przekonani o tym, że cybernetyczne umysły będą bez trudu usuwać wszystkie zbędne wspomnienia. Nasuwa się jednak pytanie: jakie właściwie pożytki przyniesie nam nieśmiertelność, skoro na własne życzenie i dla własnego dobra będziemy ją ograniczać? Odpowiedź na to pytanie leży poza zasięgiem biologicznego umysłu. Wybitny transhumanista, oksfordzki filozof, Nick Bostrom, ujmuje ten problem tak oto: „My, ludzie, nie potrafimy realistycznie i intuicyjnie zrozumieć, czym byłoby nasze życie jako postludzi – tak jak szympansy nie potrafią wyobrazić sobie ludzkich ambicji, filozofii, złożoności społeczeństw albo głębi relacji łączących nas z innymi”. Nick Bostrom z pewnością ma rację. Musimy cierpliwie poczekać na pierwszego szczęśliwego cyborga. Może ten przyjemniaczek odpowie nam na pytanie: „Po kiego diabła istniejesz”?


VII Ogólnopolski Konkurs Poetycki O WAWRZYN SĄDECCZYZNY


Grupa Literacka „Sądecczyzna”, Starostwo Powiatowe w Nowym Sączu oraz Sądecka Biblioteka Publiczna im. J. Szujskiego w Nowym Sączu ogłaszają konkurs poetycki pod hasłem:

Człowiek i miejsce

Utwory nawiązujące do tego bardzo wieloznacznego, dającego różne możliwości interpretacyjne tematu, należy nadsyłać do 14 maja 2011 roku na adres: Sądecka Biblioteka Publiczna, 33-300 Nowy Sącz, ul. Franciszkańska 11 - z dopiskiem na kopercie: Konkurs Poetycki.

Wiersze nigdzie niepublikowane, nienagradzane i niewysyłane na inne konkursy, w ilości od jednego do dwóch w czterech egzemplarzach, prosimy opatrzyć godłem słownym. Winno być ono powtórzone na zaklejonej kopercie zawierającej imię, nazwisko, adres, numer telefonu, e-mail autora i krótką informację o nim. Autorów, którzy nie ukończyli 20 lat, prosimy o podanie daty urodzenia, nazwy szkoły, uczelni, lub zakładu pracy. W konkursie mogą wziąć udział najwyżej dwa wiersze jednego autora, przy czym obowiązuje zasada, że nie zostały one przysłane oddzielnie.

Jury przyzna następujące nagrody:

I nagroda - 700 zł
II nagroda - 500 zł
III nagroda - 400 zł

2 statuetki Starosty Nowosądeckiego – „Srebrne Pióro Sądeckie” dla:

- najlepszego autora w kategorii młodzieży do lat 20
- najlepszego w tej edycji konkursu autora mieszkającego na Ziemi Sądeckiej

Pokłosie konkursu znajdzie się w almanachu pokonkursowym. Oprócz utworów nagrodzonych autorów, opublikowanych w nim zostanie kilkadziesiąt innych wartościowych wierszy nadesłanych na konkurs (wyróżnienia drukiem).

Nagrodzeni i wyróżnieni poeci otrzymają egzemplarze autorskie tej książki podczas ogłoszenia wyników konkursu i wręczenia nagród, które odbędzie się we wrześniu 2011 roku w Nowym Sączu.

Jury zastrzega sobie prawo innego podziału kwoty przeznaczonej na nagrody.

Dodatkowych informacji udziela sekretarz jury (Grupa Literacka „Sądecczyzna”) - tel. 606 957 138, e-mail: oksymoron2@gmail.com

Konkurs odbywa się pod patronatem Starosty Nowosądeckiego.


OD REDAKCJI (2)


Z powodu nieobecności Naczelnego Wodza na kilka dni przejąłem jego obowiązki, co zaowocowało lekką, chwilową zmianą w profilu Krytyki Literackiej – dlatego w styczniu, oprócz nowych autorów, pojawiają się tematy mniej z literaturą związane i swobodniejsze felietony.

***

A teraz trochę prywaty. Bo czemu nie? To tylko taki krótki wstęp, felietonik, literacka flintifluszka, ale nie mogłem inaczej podziękować za przyjemność, jaką zrobili mi moi wierni druhowie - J. Dehnel i W.A. Grzeszczyk w grudniowych Migotaniach Przejaśnieniach oraz w bieżącym wydaniu Krytyki Literackiej:

Kiedy Fryderyk Nietzsche pisał swoje słynne, pozytywnie zweryfikowane przez historię zdanie „skromność jest cechą miernot” z pewnością uśmiechał się pod sumiastym wąsem. Autor Zmierzchu Bożyszcz zapewne już wtedy przewidywał, że kiedyś, pośród trójmiejskich portowych żurawi, mazowieckich nieużytków, budek z falistej blachy i dziurawych dróg zakwili rumiane dziecię, przyszły interdyscyplinarny geniusz, którego skromność stanie się legendarna i wręcz jakby żywcem wykradziona z Sevres. Jak sądzę Szanowny Czytelnik już wie, kogo mam na myśli: tak, to Jacek Dehnel, niekiedy zwany Denel, czasem zaś von Dehnel. Ten posiadacz używanej pelisy i wielu talentów, kiedy odwali już literacką szychtę, z upodobaniem tropi wszelkie przejawy nieskromności. Czy to baraszkując na kanapie, czy odkurzając kolekcję meloników, czy stymulując się intelektualnie zasobami internetu, ta literacka Matka Teresa wyszukuje fanfaronów, po czym piętnuje ich z gorliwością Roberta Bougre i humorem Hanki Bielickiej. Oczywiście, jako indywiduum dobrze ułożone, p. Jacek nie zajmuje się pyszałkami znanymi z historii, jakimś Słowackim, Whitmanem, Haškiem, Witkacym czy Gombrowiczem, ale wyszukuje bufonów współczesnych, takich jak ja. I dobrze, bo moja megalomania zaczynała być dla mnie samego nieznośna, dlatego wysoko cenię sobie terapeutyczne właściwości p. Jacka i służących mu wiernie anonimowych literatów. Dzielne zuchy!

To tyle koleżeńskich duserów i przyjacielskich kuksańców. Co zatem w bieżącym wydaniu Krytyki Literackiej? Wiersze Przemysława Łośko ze zbioru I nie zamykaj oczu patrząc na pepika, Marek Trojanowski analizuje twórczość Andrzeja Sosnowskiego na przykładzie tomiku Po tęczy, W.A. Grzeszczyk pisze o przyjaźni dwóch znanych pisarzy, a panowie Wieczorek, Siwmir i Sobieraj w interesującym trójgłosie poruszają temat Republiki Książki, finansowania bibliotek, i nie tylko. Jako że tropienie zarozumialców przez J. Dehnela jest ściśle ukierunkowane w stronę jednego tylko przypadku, KL pozwala sobie wypełnić luki w wątłej edukacji p. Jacka i zacytować fragmenty dzieł innych bufonów: Juliusza Słowackiego i Jarosława Haška. Ponadto polecamy wizytę na stronie Internetowego Magazynu Kulturalnego www.poezja-polska.pl/fusion/viewpage.php?page_id=146 gdzie Józef Baran rozmawia z Karolem Maliszewskim o kondycji polskiej literatury.

***

Ostatniego dnia grudnia zakończył się plebiscyt na najlepszy tekst Krytyki Literackiej. Czytelnicy głosowali następująco:

1. SAJGON (listopad 2009) - 97 głosów
2. UTWÓR O MATCE I OJCZYŹNIE (marzec 2010) - 86 głosów
3. LATAWCE, CZYLI SANACJA POWIEŚCI SATYRYCZNEJ... (styczeń 2010) - 85 głosów
4. PIOSENKA O ZALEŻNOŚCIACH I UZALEŻNIENIACH (listopad 2010) - 83 głosy
5. TYTAN Z PLASTIKU (wrzesień 2010) - 79 głosów
6. PROWADŹ SWÓJ PŁUG PRZEZ KOŚCI UMARŁYCH (marzec 2010) - 78 głosów
7. CHORE DZIECKO EUROPY (grudzień 2010) - 75 głosów
8. DZIEJE RODZIN POLSKICH (październik 2010) - 70 głosów
9. PRZERWA W PRACY (lipiec 2010) - 69 głosów
10. SOBIERAJ ODPOWIADA DEHNELOWI (grudzień 2009) - 65 głosów

Wśród ponad tysiąca czytelników biorących udział w plebiscycie wylosowano nagrody - trzy czytniki książek elektronicznych iRiver Story. Urządzenia otrzymują:

Łukasz Górnicki z Krakowa
Monika Czernek z Katowic
Adam Nowakowski z Grudziądza


Kłaniam się i zapraszam do lektury,

Tomasz Sobieraj

Felieton: Tomasz Sobieraj NIEZNOŚNA LEKKOŚĆ TRWONIENIA CUDZYCH PIENIĘDZY


Inwestowanie w biblioteki (a może raczej bibloteki, jak to często mówią biblotekarze i ich wielbiciele) w dzisiejszych czasach można by porównać z inwestowaniem przez kolej w parowozy lub przez linie lotnicze w balony. Romantyczne to, efektowne, ale drogie, powolne, nieekonomiczne. Papierowe książki prędzej czy później zostaną zastąpione elektronicznymi – to nieuchronne, jak nieuchronne było wyparcie winylowej płyty przez CD, a CD już zastępują pliki ściągane z internetu. Maszynę do pisania pokonał komputer. Przykłady można by mnożyć. Są też zawody, które prawie całkowicie wyginęły – bednarze, kowale, zecerzy. Podobny los zapewne czeka bibliotekarzy. Szkoda, że nie polityków i wojskowych.

Milton Friedman, laureat nagrody Nobla z ekonomii pisał, że najgorszym gospodarzem jest państwo, bo roztrwoni każde pieniądze, dlatego powinny one pozostać w rękach obywateli, a państwu należy się jedynie to, co niezbędne do utrzymania porządku i bezpieczeństwa. Życie dowiodło, że miał rację: im więcej państwowej ingerencji, czyli na przykład socjalizmu, tym gorzej dla zwykłych obywateli, a lepiej dla profitariatu, to znaczy grupy osiągającej korzyści z nicnierobienia, pozorowania pracy lub wykonywania zajęć nieużytecznych. Niestety, partyjni aparatczycy zarządzający Polską, niezależnie od głoszonych poglądów, są socjalistami, co można poznać między innymi po tym, że najlepiej ze wszystkiego potrafią łamać obietnice i podnosić podatki, a wyszarpnięte z kieszeni ludzi pracy pieniądze przeznaczać na cele, które można zrealizować nie wydając złotówki, lub bez szkody nie realizować ich wcale.

Bogdan Zdrojewski, laureat nagrody Bączkowskiego, były prezydent Wrocławia, senator, poseł, oskarżony i skazany za niegospodarność na czternaście miesięcy w zawieszeniu (później uniewinniony), specjalista od budowy bloków na terenach zalewowych oraz niezgodnego z prawem i etyką zasiadania jednym zadkiem na dwóch publicznych stołkach, wybitny znawca problematyki obrony narodowej, obecnie minister kultury, człowiek jak widać wszechstronnie uzdolniony, by nie rzec geniusz, zapowiedział przeznaczenie w ciągu najbliższych trzech lat 150 mln zł na budowę i modernizację bibliotek gminnych, 15 mln na zaopatrzenie tych bibliotek, 6 mln rocznie na wspieranie wydawców, 8,5 mln rocznie na rzecz poprawy społecznego wizerunku książki i aż 35 mln na digitalizację zasobów bibliotecznych.

Nie są to prywatne pieniądze ministra Zdrojewskiego, tylko nasze, podatników, mieszkańców biednego kraju, w którym zamyka się szkoły i zabiera się ludziom oszczędności gromadzone na przyszłe emerytury, dlatego wymienione w rządowych planach kwoty skłaniają do refleksji i pytań. Skłaniają tym bardziej, że prywatnie minister jest chyba człowiekiem bardzo oszczędnym, zwykle bowiem chodzi nieogolony, co upodabnia go nieco do sympatycznych ministrów kultury Iranu i Afganistanu. Nagębne usierścienie naszego sługi (minister to po łacinie sługa) jest skromne w porównaniu z solidnymi brodami azjatyckich kolegów, ale jako że Polska to kraj rzeczy i przedsięwzięć nieudanych, poronionych i pozornych, więc w zasadzie ten nieurodzaj na twarzy nie dziwi.

Przejdźmy jednak do konkretów.

150 mln na budowę i modernizację bibliotek gminnych – w sytuacji, kiedy w każdej gminnej szkole jest komputer i biblioteka, a w niej ziewająca z nudów bibliotekarka, tudzież druga ziewajaca niewiasta (lub dwie i więcej) w zwykłej, skomputeryzowanej publicznej gminnej bibliotece, zasadność wydania tej kwoty wydaje się wątpliwa i na kilometr śmierdzi marnotrawstwem. Ciekawe, ile bibliotek za tę kwotę zostanie wybudowanych, a ile zmodernizowanych, i co znaczy słowo „modernizacja” w tym przypadku. Bo moja biblioteka rejonowa chyba została już „zmodernizowana” – pomalowano ściany i wstawiono komputer; teraz panie żądają 3 zł za godzinę korzystania z maszyny i żebrzą o datki na zakup książek. Prowadzą też gazetkę ścienną. Wszyscy aż się palą, żeby tam zaglądać.
15 mln na zaopatrzenie bibliotek – tylko w co? W trzeciorzędną literaturę à la Masłowska o życiu półgłówków, w romanse, fantasy, kryminały, czasopisma dla gospodyń czy inne ogłupiacze? Czy to aby tylko nie sprytne posunięcie wymyślone po to, by przyssani do państwowych dotacji prywatni wydawcy mogli zarobić jeszcze więcej na kontyngentach zadrukowanego papieru dla bibliotek? A co z wartościową literaturą, z klasyką, pismami popularnonaukowymi? Jaki odsetek w tych niejasnych zakupach stanowić będą dzieła literatury, a jaki makulatura? Którzy to pisarze znajdą się w bibliotekach, a którzy nie, i dlaczego.
6 mln na wsparcie wydawców – w tym zepsutym, zbudowanym z absurdów kraju niektórzy prywatni wydawcy dostają od państwa nasze, publiczne pieniądze na wydawanie i promocję książek pisarzy, których prawie nikt nie chce kupować i czytać bądź czyta wyłącznie dlatego, że zafundowano im medialną reklamę. Dlaczego w takim razie państwo nie wspiera producentów np. pacek na muchy czy jakichkolwiek innych wytwórców rzeczy zbędnych lub mało pożądanych albo w ogóle producentów czegokolwiek? Wszyscy powinni mieć równe szanse, w końcu podobno jest demokracja. Ciekawe też, którzy wydawcy dostają dotacje, a którzy nie, i, oczywiście, dlaczego.
8,5 mln na poprawę wizerunku książki – co to konkretnie znaczy? Wizerunek książki można poprawić porządnie edukując dzieci i młodzież a nawet dorosłych oraz promując prawdziwą literaturę. Dotychczasowa polityka państwa, polegająca na promocji nudy, bełkotu i nieudolności doprowadziła do tego, że w ciągu roku 62% obywateli nie miało w ręku książki, a pozostałe 38% to głównie uczniowie, studenci, nauczyciele i specjaliści różnych dziedzin, którzy muszą czytać podręczniki i literaturę fachową. Większość ludzi czytać nie będzie – jedni, bo to niemodne, niewidowiskowe i trudne zajęcie, inni, bo ich oszukano wmawiając, że literacka pasztetowa to szynka parmeńska. Do tego ten wprowadzany pięcioprocentowy VAT na i tak już zbyt drogie książki oraz podniesienie VAT-u na papier, usługi, energię, paliwo itd., co spowoduje wzrost cen książek o 10% – to, jak rozumiem, w ramach promocji czytelnictwa?
35 mln na digitalizację – czyli zwykłe skanowanie i ewentualnie zamiana na pliki PDF. Tę banalnie prostą czynność mogą wykonywać pracownicy bibliotek w ramach swoich obowiązków, posługując się śmiesznie tanimi urządzeniami i łatwo dostępnym darmowym oprogramowaniem. Zamiast zbijać bąki czy przysypiać między regałami, wykonaliby pożyteczną pracę i nauczyli się czegoś. Trzeba im to tylko zorganizować. Warto też przy tej okazji wspomnieć, że zaledwie 9% bibliotek w Polsce ma witrynę internetową, co jest wynikiem mizernym nawet jak na Środkowo-Wschodnią Europę i świadczy o dużej inercji bibliotekarzy, wynikającej zapewne z nadmiernej feminizacji tego zawodu.

Szarmanckie plany ministerstwa zdumiewają również dlatego, że nie uwzględniają twardych faktów dotyczących nawet polskiego zaścianka, mianowicie skomputeryzowania gospodarstw domowych, powszechnego dostępu do internetu – nawet w telefonie, błyskawicznie rosnącej popularności książek elektronicznych i liczby ich tytułów oraz powstawania coraz liczniejszych cyfrowych bibliotek (tylko w ramach polskiej platformy dLibra na koniec 2010 roku było ich 59 z 509 tys. tytułów). Również księgarnie sprzedające e-booki i specjalizujące się w nich wydawnictwa rozwijają się w szybkim tempie, podobnie jak prywatne niekomercyjne biblioteki cyfrowe i strony www umożliwiające nieodpłatne pobranie e-książki. Ba, niektórzy pisarze, szczególnie ci nie żyjący z pisania, udostępniają swoje dzieła w postaci elektronicznej, niekiedy za darmo, wychodząc z założenia, że lepiej pozyskać czytelnika, sprawić ludziom przyjemność i nie mieć z tego pieniędzy, niż żebrać o państwowy datek czy użerać się z wydawcą, który kręci i kombinuje, by nie wypłacić i tak śmiesznie niskiej należności. Nie wolno też zapominać o ekologii – naprawdę, szkoda drzew; tak powoli rosną, i piękniejsze są od większości książek. I last, but not least: cała światowa i polska klasyka dostępne są w internecie bez opłat. Na naszych oczach dokonuje się na rynku książki rewolucja na miarę wynalezienia druku, czego urzędnicy, z jakichś tajemniczych powodów, nie zauważają.

Utrzymanie małych, ospałych bibliotek dużo kosztuje – to są pensje, ZUS, ogrzewanie, prąd, czynsz, naprawy i remonty. W sytuacji, kiedy książkę można kupić w antykwariacie za cenę bochenka chleba, a nowości (w postaci elektronicznej) wypożyczyć w internecie za kilka złotych, utrzymywanie na dłuższą metę tych potrzebnych kiedyś instytucji dzisiaj wydaje się rozrzutnością (fakt, jedną z wielu w tym kraju i nie największą). Rozumiem lament i wściekłość bibliotekarzy, gdy przeczytają te słowa. Rozumiem, jednak postępu nie da się zatrzymać, nie da się też utrzymać przy życiu tego zawodu, tak jak nie udało się to z innymi profesjami. Nie tak dawno przecież, bo pod koniec XX wieku, gdy pojawił się elektroniczny skład tekstu, zniknęli zecerzy. Nikt nie ronił łez nad losem kilkuset tysięcy szwaczek, gdy padał w Polsce przemysł włókienniczy, czy nie przejmował się problemami kupców, gdy powstawały hipermarkety. Panta rhei. Na początku rewolucji przemysłowej robotnicy niszczyli maszyny, które zabierały im pracę, w końcu jednak musieli się pogodzić z rozwojem techniki i szukać innych zajęć. Teraz, w drugiej dekadzie XXI wieku nadszedł czas, by pomyśleć nad przekwalifikowaniem bibliotekarzy i sensem utrzymywania bibliotekoznawstwa jako osobnego kierunku na wyższych uczelniach. Warto też zastanowić się nad ewentualnym przekształceniem dużych bibliotek miejskich i dzielnicowych w nowoczesne multimedialne centra biblioteczno-edukacyjno-informacyjne oraz przeniesieniem do nich części księgozbiorów z bibliotek małych, niemrawych i martwych, generujących jedynie koszty. Drugą część ich zasobów książkowych powinny przejąć biblioteki szkolne, które w małych miejscowościach mogłyby stać się podobnymi centrami, dostępnymi dla całej lokalnej społeczności. Oczywiście, z takich rozwiązań nie byliby zadowoleni wielcy wydawcy, dla których blisko 9000 bibliotek i ich filii to setki tysięcy sprzedanych książek i milionowe dochody – ale o nich chyba nie trzeba się martwić, w końcu są rzutkimi ludźmi biznesu, tworzą silne lobby, dostają państwowe dotacje, więc sobie poradzą.

Jak nietrudno się domyślić, pieniądze od ministra Zdrojewskiego rozejdą się na premie, nagrody, dodatki motywacyjne, plany, projekty analizy, programy, szkolenia, drogie skanery, drogie komputery, drogie oprogramowanie; trafią do kieszeni urzędników, i na konta prywatnych wydawców, którzy nie muszą się starać o czytelnika, bo państwo im zapłaci za wydrukowane książki. Spore ochłapy trafią do co bardziej zaradnych pisarzy, czyli dobrze ustawionych cwaniaków wiedzących jak wyciągnąć publiczną kasę, mozolnie piszących swoje nudne stachanowskie produkcyjniaki (i pomyśleć, że kiedyś taki Gombrowicz, Kafka, Schulz i inni wielcy twórcy wielkiej literatury nie utrzymywali się z pisania, chodzili do prawdziwej pracy i pisali wiekopomne dzieła, wydając je później na własny koszt).

Można by powiedzieć, że wymienione kwoty to niewiele w porównaniu do rocznego budżetu Ministerstwa Kultury, przekraczającego 2,2 miliarda złotych. Biorąc pod uwagę sumy, jakie polskie karykaturalne państwo przepuszcza na obrzydliwe wojny, zbrojenia, rozdętą administrację, konferencje, zbędne zakupy, orliki, mistrzostwa w kopaniu piłki oraz inne idiotyczne i/lub cyrkowe przedsięwzięcia, to jeszcze mniej. Jednak każdy, kto żyje w realnym świecie, chodzi ulicami, rozmawia z ludźmi, był w zwykłym szpitalu, załatwia sprawy w urzędzie, każdy, kto myśli samodzielnie, wydaje własne ciężko zarobione pieniądze na coraz droższe życie, ten wie, że najpierw trzeba sfinansować to, co najważniejsze, bez czego trudno godnie żyć a nawet trudno godnie umrzeć, bez czego jesteśmy bezzębnymi pariasami neofeudalnej Europy, obywatelami polskiego smutnego pierdolnika. Dopiero później można się bawić. Lecz nowa arystokracja – czyli ci, którzy poznają świat na bankietach, sympozjach, posiedzeniach, zza szyb służbowych samochodów i z usłużnych reżimowych mediów – bawi się już teraz. Za tę zabawę płaci z zabranych nam pieniędzy. Nie martwi się o nic, bo liczne przywileje, wysokie dochody, emerytury, opiekę medyczną ma zapewnione, i pewnie dla jej rodzin i dziedziców też wystarczy. A gdy ci gardzący swoim ludem władcy jeszcze bardziej obniżą poziom i tak już nędznej edukacji, po cichu zamkną kolejne szkoły, gdy jeszcze głupsze programy i filmy pojawią się w publicznej misyjnej telewizji, gdy prawdziwe książki zostaną wyparte przez dzieła literackich neandertalczyków oraz błahe dreszczowce, romanse i fantasy, gdy poziom otumanienia narodu osiągnie apogeum, wtedy pracujący do siedemdziesiątki bezwolny szczerbaty półanalfabeta na pewno nie podniesie głowy. Wtedy też całkiem runie tekturowa fasada demokracji i zacznie się zabawa na całego.

Tak, łatwo jest sięgać do kieszeni obywatela, szczególnie gdy ten trwa w letargu przytruty miazmatami polityków i wiernych im dziennikarzy. Łatwo jest też wydawać cudze pieniądze. Znacznie trudniej wydaje się te zarobione własną porządną pracą – wie o tym każdy, kto naprawdę pracuje.

Recenzja: Andrzej Sosnowski PO TĘCZY


Autor: Marek Trojanowski


Na początek, zamiast wstępu ale za to w promocji i zupełnie za darmo przepis na wiersz à la Andrzej Sosnowski.

Składniki:

I) 3 tom „Historii Filozofii”, Tatarkiewicza;
II) kilka słów po angielsku – może być też jakieś śmieszne zdanko: cat, pussy, doll, big chicken without wings;
III) kilka słów po niemiecku – tu może być także jakieś zdanko – die weltanschauungskritik hat heute gar nichts zu tun, zeit, sonne, blume;
IV) literalny zapis pierwszego lepszego zdarzenia, którego było się świadkiem tuż po przebudzeniu np. „Kiedy wstałem z łóżka, poszedłem prosto do kuchni, by sobie przygotować kromkę chleba z pasztetem. Obok lodówki na ścianie zobaczyłem karalucha. Chciałem go pacnąć laczkiem, ale uciekł a mi się nie chciało przesuwać lodówki. O poranku jestem jeszcze zaspany i jakoś brak mi sił. Od kiedy wprowadziłem się do mieszkania obok zsypu mam ciagły problem z karaluchami. Muszę to komuś zgłosić”.

Sposób przygotowania:

3 tom Tatarkiewicza – otwórz skorowidz rzeczowy (na końcu tomu). Wybierz 2 dowolne uczone pojęcia (2 na 1 wiersz – nie więcej!). Ja dla przykładu wezmę dwa pierwsze: absolut, abstrakcja (wyd. z 1978 r.). Następnie weż literalny zapis pierwszego lepszego zdarzenia i wstaw do niego, w dowolne miejsca wynotowane wcześniej uczone słowa. Ja wstawię na początku i na końcu. Czyli:


Absolut. Kiedy wstałem z łóżka, poszedłem prosto do kuchni, by sobie przygotować kromkę chleba z pasztetem. Obok lodówki na ścianie zobaczyłem karalucha. Chciałem go pacnąć laczkiem, ale uciekł a mi się nie chciało przesuwać lodówki. O poranku jestem jeszcze zaspany i jakoś brak mi sił. Od kiedy wprowadziłem się do mieszkania obok zsypu mam ciagły problem z karaluchami. Musze to komuś zgłosić. Abstrakcja.


Następnie do powstałego tekstu wprowadź słowa i zdania niemiecko-angielskie (tu także masz wolną rękę). Ja zrobiłem to tak:


Absolut. big chicken without wings. Kiedy wstałem z łóżka, poszedłem prosto do kuchni, by sobie przygotować kromkę chleba z pasztetem. Obok lodówki na ścianie zobaczyłem karalucha. Chciałem go pacnąć laczkiem, ale uciekł a mi się nie chciało przesuwać lodówki. O poranku jestem jeszcze zaspany i jakoś brak mi sił. Od kiedy wprowadziłem się do mieszkania obok zsypu mam ciągły problem z karaluchami. die weltanschauungskritik hat heute gar nichts zu tun. Musze to komuś zgłosić. cat, pussy, doll Abstrakcja. zeit, sonne, blume.


W zasadzie wiersz już jest gotowy, już w tej chwili po przeczytaniu, Jacek Gutorow może napisać o tym tekście, że „Ta poezja dzieje się na naszych oczach - warto docenić wyjatkowość tego zdarzenia” (cyt. za GW, 2008-05-15). Ale jeżeli jesteś ambitny i chciałbyś pokombinować to masz teraz szerokie pole do popisu.

Treść jest dana jak na dłoni, teraz można to dowolnie poukładać. Pamiętaj, że szanujący się krytyk literacki będzie koncentrował się na formie, gdy nie dostrzeże żadnej istotnej treści w tekście. Dlatego forma w tym przypadku odgrywa niebagatelną rolę!

Zatem:

Pomysł pierwszy i ostatni:


Absolut. big chicken without wings. Kiedy
wstałem z łóżka, poszedłem prosto
do kuchni, by sobie przygotować kromkę chleba z pasztetem.

OboK
lOdówki
Na ścianie
zobAczyłem karalucha.
ChciałeM go pacnąć laczkiem,

ale uciekł a mi się nie chciało
przesuwać lodówkę. O poranku
jestem jeszcze zaspany i jakoś brak mi sił.
Od kiedy wprowadziłem się do mieszkania

obok zsypu mam ciagły problem z karaluchami.
die weltanschauungskritik hat heute gar nichts zu tun.
Muszę to komuś zgłosić.

cat, pussy, doll Abstrakcja. zeit, sonne, blume.


[pragnę zwrócić uwagę na potencjalną wielość interpretacji drugiej strofki!]


Podany przepis na wiersz à la Andrzej Sosnowski skonstruowany został na podstawie tomiku „Po tęczy”.

Właściwie trudno w tym tomiku dostrzec coś więcej aniżeli rozwodniony pic, do którego produkcji czuje się zobligowany uznany poeta. Sosnowski jest jednak zbyt inteligentny by nie dostrzec braku pomysłu na tomik. Ale ta sama inteligencja, która podpowiada mu, że nie ma pomysłu, stworzy sama ów pomysł. Sosnowski zatem przerobi Pawła i Gawła na autorskie Mihi i Tibi (i napisze kilka wierszyków), rozmnoży niczym Chrystus, Flauberta (czym zapełni kilka stronic w tomiku. I tu się dziwię poetom polskim. Niemal każdy z nich ma jakieś dziwne przekonanie, że książeczka poetycka musi mieć min. 40 str. Przypomina to nawyk studentów polonistyki – i nie tylko – że magisterkę pisze się na „trzy palce” grubości z bibliografią), wymyśli po drodze kilka dziwolagów-neologizmów na miarę mumiowskiego „czasowstrzymywacza”. U Sosnowskiego są to: „Samotwóóór. Czasowtwóóór” – swoją drogą chciałbym przeczytać, co Gutorow i inni mędrcy od krytyki literackiej, napiszą o tym dziwolągu Sosnowskiego. Oczywiście, gdyby autorem tego przecudownego potworka był Iksiński, natychmiast by go wyśmiano. Ale przecież „Samotwóóór. Czasowtwóóór” to nie byle wytwór byle kogo! Lecz „wytwóóór” samego Sosnowskiego! I to nie byle Sosnowskiego z książki telefonicznej, ale tego własnie, tego a nie innego Sosnowskiego Andrzeja, TEGO!

I tu po raz kolejny objawia się inteligencja Andrzeja „TEGO” Sosnowskiego, urodzonego 29 maja, 1959 r., w Warszawie. Podobnie jak Dieter Bohlen, Sosnowski wie, że jego nazwisko stało się wytrychem, pewnym logo, który umożliwi mu przemycenie nawet największego kitu do świata kultury. On jako Autor nie musi się troszczyć o sens, o to, co ma do powiedzenia w wierszach, bo nawet jeżeli nie będzie miał nic do powiedzenia, jeżeli jego wiersze będą przypadkowym zlepkiem słów, pozbawionym sensu (dla przykładu: Bo pan chce tylko cmokać, kończyć i zamykać./Zuzu robi „pa pa” i idzie się rzeźbić gdzie indziej. (Słowiczku mój! a / leć, a piej!) Daffy Duck jako Carmen Miranda.) to na pewno znajdzie się przynajmniej 19 gutorowów, którzy będą zachwycali się ową nieudolnością (bo to przecież nie jest bezpłodność – wiersze Sosnowski pisze już na sztuki), określając ją mianem poezji, która powstaje na żywo.

Gdyby jednak żaden Gutorow się nie pojawił, Andrzej Sosnowski ma jeszcze kilka technicznych asów w rękawie, którymi na pewno się posłuży, by ukryć jałowość tekstów. Główna sztuczka, której używa w „Po tęczy” to myk z „Pawłem i Gawłem”, oraz powtórzenia tych samych wersów, całych fraz w różnych wierszach. Sosnowski odwołuje się tu do starej jak świat przypadłości ludzkiej, a mianowicie: nikt dobrowolnie nie chce wyjść na durnia. W tym przypadku żaden czytelnik nie przyzna się do tego, że nie wie o co chodzi, że nie rozumie sensu tych powtórzeń, że nie widzi sensu w bezsensie. Będzie sobie powtarzał w duchu: „o co tu chodzi?” i nie dopuści do siebie myśli: „tu o nic nie chodzi”, bo to wiersze „TEGO” a nie innego Sosnowskiego.

Na zakończenie pozwolę sobie zacytować jeden z najlepszych tekstów Andrzeja Sosnowskiego, z tomiku „Po tęczy”:


leu leu / fel ko co / ia tea noe / freeze.


Reszta tego wybitnego tekstu, bez którego kultura śródziemnomorska jest już nie do wyobrażenia, jest wariacją na temat jednego z kawałków z płyty „Powstanie warszawskie” grupy Lao Che. „Do mnie należą tego miasta mury….”, za co należą się Sosnowskiemu wyrazy uznania.



Tekst pochodzi z książki Marka Trojanowskiego Etyka i poetyka, t.III, internet 2010.

Poezja: Przemysław Łośko I NIE ZAMYKAJ OCZU PATRZĄC NA PEPIKA


pepik spogląda w niebo

czy po zabiegu powiększania ust
można od razu całować? pepik spogląda w niebo
i duma nad zastosowaniami botoksu. wszystkie
wypełniacze ulegają degradacji, dlatego pepik
prezentuje poziome zmarszczki na czole, bruzdy
nosowo-wargowe z uporem godnym i gapi się
w punkciki na niebie przymierzając je do skroni -
a to koronę północną, a to laur wężownika -
wymyślając poemat dydaktyczny w dwóch tysiącach
heksametrów.

jeden z wielu przykładów dziedzicznej deformacji
dający się zaobserwować w 1800 pokoleniach rodu:
niech inni mają wojny, a dla pepika będą gwiazdy,
des knabes wunderhorn i wałek podatkowy,
no i wspomniane, powiększone usta, habsburskie wargi.



Pepiczek poznaje Cesarza Wszystkich Szadoków

Cesarz udzielił mi audiencji po wstawiennictwie
na właściwym szczeblu. Liczyłem na to, że Cesarz,
będąc magiem i pomazańcem zna odpowiedź
na dręczące mnie pytanie: jaka jest natura następnego kroku?

Wszak musiał Wielki N. objawić mu tę wiedzę,
żywiłem nadzieję, wszak każdy przekrój musi mieć
swoje źródło. Dywan puszył się na mnogich stopniach,
złapałem zadyszkę, a jeszcze nie dotarłem do wrót pałacu.

Usłyszałem: mój drogi, poczęstuj się cuksem, napij likieru.
Trzymaj na języku słodycz. Nie oblizuj warg, pozwól, aby cukier
zbierał się na ich powierzchni, żeby ściekał leniwą, słodką
strugą na brodę. Zgadnij, gdzie spadnie kropla, ciężka od słodyczy.



pepik wstępuje na wielką, pomarańczową drogę

i uśmiecha się, uśmiecha szeroko, przymierza
purpurowe kozaki, przymierza złote oko
i w pomarańczowe ubiera się loki

czy droga za nim jest złota, przed nim co wąskie
zatoka - któż wie, i czy w przystani
pomarańczową łodzią Pani, tego również

nikt nie wie, a przecież nie sposób, płotkiem,
latawcem, kapiszonem, kotkiem
zatrzymać pomarańczowej piosenki, odebrać
pomarańczowej panienki, nie, do jasnej anielki



fafik, pierwszy uczeń pepika

czyni nieopatrznie wyznanie, po czym zostaje
wezwany w charakterze świadka
na wieczór autorski plemienia Pulpów,
dla których delikt pióra i papieru (w skład
którego, jak wiadomo, wchodzą najczęściej
substancje klejące, wypełniające i barwiące
przypadkowo sprasowane włókna) stanowi
komentarz i samoistne źródło zobowiązania
do odszkodowań nadzwyczajnych: sławy,
poważania oraz więcej niż nadobnych
igraszek w parkach i ogrodach działkowych.

pepi, pan i dobroczyńca szorstkomordego koncypienta
nie mógł nie zażądać konfesaty. z duszą na ramieniu
przygotowuje zatem fafik raport w tabelach przestawnych,
korzy się ośmiokrotnie przed lustrem w przedpokoju
i rozmyślając nad wyznaniem drugim pisze skromną
prośbę do wszechwiedzących Pulpów o przypomnienie
treści swojego pierwszego wyznania, które równie
beztrosko jak poczynił - zapomniał



pepik kupuje pompkę, pulower i poduchę w desenia

pasożytom, dżdżownicom, biletom miesięcznym na okaziciela, a także Stronnictwu Wydmuszki

będąc adoratorem pjurnonsensu pepik zaopatrzył się
w pompkę do powiększania gadżetów. nabył natychmiast
od żabki chleb, masło roślinne, serek wiejski, pesto a z wykwintu -
nerkowce i sos vinegrette. na zebrze wyprzedził Mrocznego
w wersaczu, który jak fama niosła tworzył dla nadziei i piękna
uduchowione teksty o życiu porannym rencistów i licencjatu

pepik zrobił popas. wyjął poduchę z poliestrowego plecaczka,
fuf fuf i jeny! katedra! lecz owoż Mroczny minął to świadectwo
wiary obojętnie, przeto dzięki tobie składając pepik wziął chleb,
łamał i smarował masłem roślinnym, wiejskim serkiem i rozdawał
z pesto, wraz z uczniem swoim, szorstkowłosym fafikiem.
oni to dla nas, i dla naszego rozbawienia, wzięli pompkę
i rozmnażali wykwint wiktuału, iżby nikogo w głodzie nie zostawić

ale i temu świadectwu Mroczny nie dowierzył, atoli targały nim
sprzeczne uczucia, bo jego dramatycznie uformowane czoło
przecięła zalotnie bruzda intelektu, a kroki, dotąd chyże i nerwowe,
zyskały dostojeństwa i powagi. tymczasem pepik, przyznajmy
przypadkowo, pompnął jeszcze raz i wnet las drzew nerkowca
porósł Mostową, Groblę, gminę, powiat, a nawet województwo.

I otworzyło się przed fafikiem, pepikiem i Mrocznym, rencistami
oraz licencjatem Niebo Poznania. I runęli z jękiem śmiertelnym
na kolana dzięki Tobie składając, a Ty błogosławiłeś i rozdawałeś
pompki oraz uwagi o filozofii Wittgensteina w wydaniu podręcznym



pepik opowiada, a pepik słucha o rzece dobrych przepowiedni

i nie mogąc otrząsnąć się z wody mystic road
powraca w myślach do chwili pośrodku drogi.
głos, który miał za swój, wieszczy mu stając
na wysłużonym otoczaku, że wątpliwość
bez tożsamości jest ledwie liszajem jak
tamten ostatni, jasny wers: czy zwątpisz?
pepik słyszy swój głos, a potem poddaje się
złudzeniu, że głos dobiegnie go z jeszcze
starszego otworu na inkaust rondem nowalijki:

„obie strony królewskiego traktu porosną zaroślem
lawendy, błękitną, żółtą i różową cystą, makiem,
chabrem, bławatkiem. ty jednak dotknij, dotknij,
dotknij ciemnopurpurowej gądzieli, dotknij asfodeli”



pepik wychodzi z pieśni na opuszczenie żagli,

choć dopłynąwszy za wyspy zielone
do syren o najpiękniejszych brwiach,
lądów niebieskich, pepik już tańczył z jedną
dłonią otwartą ku Niemu, drugą spowitą w mgłach.

pepikowi znów się marzy, że przemierza
nieznane ligi wzdłuż i z dala od przylądków,
że studiuje portulany i przywraca wiatr
pomiędzy rumbami pewności i wielkiej

ciszy jaka rodzi się w nim samym -
nieważne w oku, czy poza okiem cyklonu

__________________________________________
i, że sześć cyklonów wtóruje w rozmarzeniu: oe, oe

Felieton: Igor Wieczorek KTO CZYTA, TEN BŁĄDZI?


8 grudnia 2010 roku w Bibliotece Narodowej w Warszawie odbył się kongres inaugurujący Republikę Książki, czyli niezwykle ambitny, długofalowy projekt, w ramach którego twórcy, politycy, bibliotekarze i biznesmeni zamierzają podjąć wspólne działania w celu przezwyciężenia głębokiego kryzysu czytelnictwa w Polsce.

„Wierzymy, że czytanie jest źródłem naszej wolności i niezależnego myślenia. Wierzymy, że czytanie stymuluje kreatywność i tworzy potencjał twórczy. Jesteśmy przekonani, że czytanie pobudza wyobraźnię, pomaga odnaleźć się we współczesnym, niejednoznacznym świecie, pozwala zrozumieć siebie i innych, uczy mądrze decydować, uniknąć konfliktu, pokonać strach. My, wspólnota ludzi czytających, pragniemy uczynić wszystko na rzecz promocji czytelnictwa” – oświadczyli zgodnym chórem uczestnicy kongresu i twórcy Republiki Książki.

Natomiast Minister Kultury Bogdan Zdrojewski zapowiedział przeznaczenie w ciągu najbliższych trzech lat 150 mln zł na budowę i modernizację bibliotek gminnych, 15 mln na zaopatrzenie tych bibliotek, 6 mln rocznie na wspieranie wydawców, 8,5 mln rocznie na rzecz poprawy społecznego wizerunku książki i aż 35 mln na digitalizację zasobów bibliotecznych.

Tylko ktoś niegodziwy lub kompletnie szalony mógłby krytycznie ocenić ten podziwu godny projekt i tylko ktoś bardzo naiwny może być przekonany o jego nieuniknionym, spektakularnym sukcesie. Problem polega na tym, że prawdziwe przyczyny głębokiego kryzysu czytelnictwa w Polsce mają nie tylko ekonomiczny, ale też nieco inny, kulturowy charakter. To jasne, że ktoś, kto bez grosza przy duszy wchodzi do upadającej księgarni, ma mniejsze szanse na przeczytanie dobrej książki niż ktoś, kto z wypchanym portfelem wchodzi do znakomicie zaopatrzonej księgarni. Lecz jasne jest również to, że poziom czytelnictwa w naszym kraju obniża się równocześnie ze wzrostem naszych dochodów, a wciąż malejący popyt idzie w parze z rozwojem rynku wydawniczego i wciąż rosnącą podażą. Książek ciągle przybywa, a czytelników ubywa.

Ten paradoksalny stan rzeczy świadczy niezbicie o tym, że nieczytanie książek zaczęło nam się opłacać. Długie lata transformacji ustrojowej nauczyły nas pragmatyzmu, sprytu i ostrożności, lecz nie uznania dla ludzi pokroju doktora Judyma, Hamleta, czy Don Kichota. Powiedzmy to sobie otwarcie: ani czytanie książek ani ich posiadanie nie stanowi już przepustki do wyższej klasy społecznej, a inteligenckie wyznaczniki statusu społecznego ustąpiły miejsca znacznie mniej inteligenckim wyznacznikom biznesowo-medialnym. Z wielu sondaży wynika, że w zastraszającym tempie wzrasta ilość osób, dla których czytanie książek jest równoznaczne ze stratą czasu.

Z licznych badań przeprowadzanych przez Instytut Książki i Czytelnictwa Biblioteki Narodowej wynika, że w ciągu ostatnich lat drastycznie zmienił się stosunek ludzi wykształconych do księgozbiorów domowych. Okazuje się, że w ostatnich latach to właśnie oni najchętniej likwidowali swoje prywatne biblioteczki. Zważywszy fakt, że według sondaży BN główną zawartość owych biblioteczek stanowiły różnego rodzaju poradniki, romanse i kryminały, trudno nie dojść do wniosku, że literatura piękna, literatura faktu, poezja i eseistyka nikogo już nie obchodzą.

W udzielonym nie tak dawno Gazecie Wyborczej wywiadzie Beata Stasińska, współzałożycielka znanego wydawnictwa W.A.B. zauważyła, że „U nas książka jest nieobecna w życiu publicznym. Celebryci, VIP-y niechętnie pokazują się z książką. Ile jest postaci w naszych serialach, które czytają książkę, żartują, spierają się na jej temat? Amerykanie robią zabawne filmy o klubach miłośniczek Jane Austen. W Polsce ten, kto czyta, stał się w medialno-ludowym odbiorze jakimś, za przeproszeniem, frajerem, który nie wie, na czym polega prawdziwe życie, gdzie są pieniądze i, jak to się teraz elegancko mówi, fun”.

No właśnie, nic dodać, nic ująć! I właśnie z tego powodu tylko ktoś niegodziwy lub kompletnie szalony może krytycznie oceniać godny podziwu projekt o nazwie Republika Książki i tylko ktoś bardzo naiwny może być przekonany o jego nieuniknionym, spektakularnym sukcesie.

Felieton: Jan Siwmir POWSTANIA, REWOLUCJE I REPUBLIKA KSIĄŻKI



Polska znana jest ze szlachetnych zrywów. Zero kalkulacji, kunktatorstwa, wyczekiwania czy taktycznych i strategicznych rozgrywek. Albo powstanie, albo bój do upadłego, albo Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy i szturm z bagnetami na czołgi. Nawet rozumiem ten sposób myślenia, bo sam niestety jestem Polakiem i gdzieś tam w duszy pokwikuje mi rycerz, a jego biały koń dopomina się o owies. Jak kompania wojska ze mną zadrze, to nie ma zmiłuj, rzucę się na kompanię z bronią jakiej naprędce dopadnę, choćby były to gołe widły... Że z góry wiadomo jak to się skończy? Cóż z tego? Rozum rozumem a ułańska fantazja ułańską fantazją. Dlaczego akurat u progu nowego roku przypomniał mi się Don Kichot? Z dwustu czterdziestu trzech i pół miliona powodów. Tyle właśnie obiecał nasz Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Bogdan Zdrojewski, na rozwój bibliotek i akcje wydawnicze w ciągu trzech lat. Wszystko niby wygląda, przynajmniej na pierwszy rzut oka, bardzo przyzwoicie. O katastrofalnym stanie czytelnictwa w Polsce wiemy od lat, można zatem powiedzieć, że nareszcie władze dostrzegły problem i chwała im za to, iż próbują na ten problem zareagować. Powstała Republika Książki, w której skład weszli, jak czytamy „twórcy kultury wysokiej i popularnej, działacze organizacji pozarządowych, czołowi dziennikarze, wydawcy, księgarze, naukowcy, przedstawiciele świata mediów i biznesu”, a patronat objęła małżonka prezydenta, Pani Anna Komorowska.

„Celem Republiki Książki jest stałe, intensywne wspieranie i koordynacja wszystkich działań na rzecz rozwoju czytelnictwa i bibliotek w najbliższych latach, tak, by dostęp do kultury i wiedzy był jak najszerszy. Republika Książki jest wyrazem wspólnej troski o losy polskiej kultury i polskiego państwa, dbałości o powodzenie przyszłych pokoleń. U podstaw Republiki Książki leży przekonanie, że biblioteki, szczególnie w małych miastach i wsiach, powinny stać się centrami lokalnych środowisk, bramami dostępu do wiedzy i kultury”.

Pięknie brzmi, prawda? A suma 243 500 000 działa na wyobraźnię. Dokładnie rozpisana na kwoty wygląda następująco: 150 mln zł na budowę i modernizację bibliotek gminnych rozłożone na trzy lata, 15 mln na zaopatrzenie tych bibliotek, 6 mln rocznie (!) na wspieranie wydawców, 8,5 mln rocznie (!) na rzecz poprawy społecznego wizerunku książki, 35 mln na digitalizację zasobów bibliotecznych. Jestem pod wrażeniem. Widzę tylko dwa maleńkie, jak najmniejsze śrubki w silniku samolotu, problemy. Po pierwsze o stanie czytelnictwa w Polsce wcale nie przesądza brak dostępu do słowa pisanego. Widać to najlepiej na przykładzie Warszawy. Na każdym osiedlu znajduje się kilka bibliotek. Ruch w nich jest, owszem, ale bez przesady. Po pierwszych kilku miesiącach od daty zakupu przez bibliotekę jakiegoś bestselleru (zazwyczaj zagranicznego), kiedy to do jednego egzemplarza tworzy się kolejka czytelników, zainteresowanie umiera śmiercią naturalną i bestseller spokojnie obrasta pajęczynką na półce. A przecież jest, i można po niego w każdej chwili sięgnąć. (Rodzime tzw. bestsellery czy książki kultowe pomijam, po nie w ogóle rzadko kto sięga, chyba że jest to Wiśniewski czy Grochola, ale ich książek żaden krytyk nie określa mianem „kultowej”). Dlaczego zatem przeciętny człowiek woli wydać 1,50 zł na kolorowe czasopismo, w którym więcej jest zdjęć celebrytów oraz gwiazd i gwiazdeczek znanych z telewizji i filmu niż słowa pisanego? Dobre pytanie. Zadałem je kilku znajomym paniom, z którymi pracuję. Przyciśnięte do muru zgodnie zeznają, że to, co oferuje rynek księgarski jest dla nich niestrawne (czytaj: za długie, niezrozumiałe, nudne i opowiadające o rzeczach ich niedotyczących, nieistotnych a przy tym nieatrakcyjnych). Kiedy nadmieniłem, że przecież istnieją takie, które są interesujące i podałem przykłady, kobiety odpowiedziały, że nie wiedziały że są, bo w recenzjach to „wszystko reklamują, że jest genialne i porywające, a potem jak się książkę bierze, to w ogóle nie wiadomo o co chodzi jak z tą, no, Masłowską na przykład”. Natomiast czytanie o gwiazdach poprawia samopoczucie, bo można obejrzeć ich pięknie ubrania i dowartościować się faktem, iż mają podobne problemy: miłość, zazdrość, dzieci, urządzanie domu etc. Pięknie wstrzeliła się w ten rynek Katarzyna Grochola, ze swoim cudownie jędrnym, żywym językiem i genialnym poczuciem humoru, ale za to ma ciągle pod górkę, ponieważ nasi rodzimi krytycy zamiast wyciągnąć wnioski, szczują ją wszystkimi możliwymi psami, a to co pisze nazywają „literaturą dla kucharek”. Generalnie większość osób utalentowanych jest w Polsce niszczona i musi przebijać się samodzielnie przez wrogie, zawistne środowisko. Talent w tym kraju jest jak trąd, który należy omijać, tępić i tłamsić jako zagrażający jedynie słusznym poglądom na literaturę.

Tak przechodzimy do drugiego problemu. Pomijam sposób przyznawania, rozdzielania i zagospodarowania pozostałych pieniędzy. Jeśli ktoś dla spokoju sumienia chce postawić kilka kapliczek... tfu... bibliotek, proszę bardzo. Wprawdzie odbywa się ta akcja za miedzy innymi moje pieniądze, ale i tak wpływu na podobne decyzje nie mam. Jednak 6 mln rocznie na wspieranie wydawców i 8.5 mln na rzecz poprawy wizerunku książki rocznie (czyli w sumie 43.5 mln w ciągu trzech lat) , ani chybi zostanie zawłaszczone przez obecnie „miłościwie” nam panujących guru od literatury. Środowisko pisarskie zamknięte jest w getcie, ustanowiło własne kryteria ocen literatury (takie, którym sami są w stanie podołać), własną hierarchię dziobania, powołało własnych królów, a właściwie królików. Za pomocą koneksji, wymiany dóbr i usług (pamiętacie te czasy?), a nierzadko prostego łapówkarstwa, panują oni na scenie literackiej i indoktrynują młode umysły. W dodatku panowie Maliszewski, Grzebalski, Świetlicki, Winiarski, panie Podgórnik, Wolny-Hamkało, Masłowska czy im podobni nie kryją, że jeśli społeczeństwo nie rozumie tego, co oni piszą, to... trzeba wymienić społeczeństwo. Gdzieś już na gruncie polityki słyszałem podobne hasła i gęsiej skóry dostaję, gdy mi się przypominają. Dzięki takim specjalistom od słowa pisanego panoszą się na półkach frazy typu:

heloł wagino, dzień dobry szyjko
zmieniwszy kosmiczną wyporność
znosisz dary małżonko – powiedział
Arnolfini – „a gdzie zanosisz dary?”

[jarek łukaszewicz „małżeństwo Arnolfinich”]

Potrafili z miernot uczynić osoby sławne, nie wątpię więc, że znajdą siły, by dobrać się do tych kilkudziesięciu milionów złotych, pachnących i kuszących jak pęto kiełbasy przed nosem psa. Nie chcę przesądzać, ale być może właśnie z ich inicjatywy cała akcja nabrała rozpędu.

W całym manifeście Republiki Książki jest tylko jedno krótkie zdanie:

„Pragniemy, aby polska szkoła kształtowała kompetentnych uczestników kultury, a nie biernych konsumentów informacji i wrażeń”.

Moim zdaniem od tego trzeba zacząć i na to wyłożyć większość pieniędzy! Biblioteki nie nauczą ludzi delektować się słowem pisanym. Szkoły powinny zadbać o edukację w tym zakresie na każdym etapie rozwoju dziecka i nastolatka, kontynuując swoją działalność poprzez instytucje kulturalne mające na celu rozwój dorosłego człowieka. Literatura zaś ma być dostosowana, tak jak każdy materiał edukacyjny, do wieku i percepcji człowieka. Od bajek czytanych dziecku, przez literaturę dla nastolatków, łatwą w odbiorze literaturę popularną, po pozycje ambitniejsze. Ponadto, jeśli szkoła od najmłodszych lat nie będzie uczyła, że słowami można bawić się jak puzzlami, układać z nich zamki i całe opowieści, żonglować ich znaczeniem, uczulać na dwuznaczność, którą za sobą niosą, wreszcie wydobywać z nich całą gamę uczuć, sprawiać, że ożywają w umysłach czytelników czy słuchaczy niczym najlepszy film, to kto to uczyni? Rodzice? Na pewno nie, ich pokolenie jest dla literatury stracone.

Przy okazji muszę napomknąć o jakże istotnej sprawie ściśle związanej z historią martyrologiczną Polski. Otóż u nas każda treść, która podana jest w sposób zrozumiały, ciekawy i przystępny uznawana jest za niepoważną. Pisarz musi immanentnie partycypować w transcendencie, używać wyszukanych słów, brzmieć patetycznie albo przynajmniej nudnie, wtedy może liczyć na ochy i achy krytyków. Tymczasem w USA nawet mowy prezydenta układane są w taki sposób, aby dotarły nie tylko do profesora, ale i do krawca, policjanta czy zecera. W dodatku jest w nich miejsce na dowcip, pointę czy odrobinę rubaszności. A o sukcesie książki decydują czytelnicy, nogami i kieszeniami. U nas o sukcesie decydują tzw. krytycy, którzy na zamówienie i zgodnie z wytycznymi zaprzyjaźnionego z nimi autora piszą recenzję i umieszczają w zaprzyjaźnionym piśmie. Książka ma świetne notowania, tylko nikt jej nie kupuje. Nijak się to zatem nie przekłada na pieniądze, stąd też w społecznym odbiorze pisarz to frajer. Dyskredytowanie osób z talentem przez tych samozwańczych królików literatury także nie pomaga. W rezultacie tworzy się błędne koło, efektem którego jest z jednej strony zalew bełkotliwej nudy, z drugiej lekceważenie dla osób parających się literaturą. Dzięki twórcom takim jak Tuwim czy Brzechwa książki dla dzieci trzymają poziom, potem jest już niestety z górki. A wśród naprawdę utalentowanych, żyjących pisarzy adresujących swoje książki do wyrobionego czytelnika i opisujących współczesną rzeczywistość znajdą się co najwyżej dwa, trzy nazwiska.

Dotkliwie brakuje w naszym kraju „literatury środka”. Takiej, która będzie ogniwem łączącym pomiędzy komiksem a dajmy na to powieściami Myśliwskiego. Brakuje programów oświatowych, nauczających, że słowo jest narzędziem, dzięki któremu można kształtować rzeczywistość. W Wielkiej Brytanii czy USA dużym uznaniem cieszą się kółka literackie, na uczelniach oblegane są przedmioty uczące kreatywnego pisania, prowadzone przez naprawdę najlepszych pisarzy. Czemu nie możemy brać przykładu z działań już sprawdzonych? Bo przecież nawet jeśli u nas gdzieś organizuje się warsztaty pisarskie, to kto je prowadzi? Znajomy dyrektora Domu Kultury, który jest akurat „w wielkiej finansowej potrzebie i trzeba mu dopomóc”. Czy Republika Książki raczy dostrzec powyższe problemy? Nie sądzę. Zerwaliśmy się do rewolucji zmieniającej świat a wyjdzie... jak zwykle. Znowu wydamy pieniądze na przysłowiowe „ obieranie ziemniaków w galerii”. Bo ktoś przekona decydentów, że to sztuka. I zainkasuje pokaźną część wielomilionowego tortu.

Felieton: W.A. Grzeszczyk ZGODA BUDUJE, NIEZGODA RUJNUJE


Kiedy młody, poszukujący swojej indywidualności pisarz wymienia często nazwisko pisarza dojrzałego i oryginalnego oraz poświęca mu uwagę na forum publicznym, można przypuszczać, że albo jest to przejaw młodzieńczej fascynacji męskością i talentem, albo wyraz zazdrości i nienawiści.

Jacek Dehnel, pisarz jeszcze młody, nie ukrywa swoich zainteresowań i fascynacji, także tych literackich. Jego ostatnim, poza internetem i guglami, odkryciem, by nie rzec obiektem westchnień, może nawet idolem, jest Tomasz Sobieraj, enfant terrible polskiej krytyki literackiej, pisarz, poeta i fotografik. Nie należy on do artystów, o których często mówią media, i tę niestosowność Jacek Dehnel stara się zatuszować, zresztą chyba nie sam, bo, wydaje się, wspierany przez swoich wielbicieli. Wysiłki tej grupy admiratorów osiągnęły swój cel, czego dowodzi rosnąca pozycja Sobieraja w literackim świecie i popularność jego książek.

Droga do tej literackiej i męskiej przyjaźni nie zawsze była usłana kwiatami. Był czas nienawiści i zazdrości, gdy internetowi poeci pod kierownictwem Dehnela usiłowali pomniejszyć znaczenie łódzkiego artysty, stosując metody, które trudno zaliczyć do dżentelmeńskich. Wpatrzone w komputerowe monitorki i natchnioną twarz swojego przewodnika dzieci internetu prowadziły szyderczą kampanię przeciwko Sobierajowi. Wtedy to właśnie Jacek Dehnel zyskał miano Dody literatury – nieprzypadkowo, bowiem podobnie jak owa popularna gwiazda estrady, ten młody pisarz łączy w sobie nieprzeciętną urodę, wdzięk, smak, inteligencję i cięty język. Jednak przyszło opamiętanie. Z czasem arogancję i złośliwość zastąpiły uczucia wyższe, i nawet fakt, że na spotania autorskie z Sobierajem przychodzi więcej osób niż na biblioteczne wieczorki z Dehnelem, nie był w stanie ochłodzić coraz cieplejszych uczuć pomiędzy dwoma artystami.

Jednak każda, nawet ta o podłożu erotycznym przyjaźń narażona jest na próby wytrzymałości. Mimo że w ostatnim numerze czasopisma literackiego Migotania Przejaśnienia z 2010 roku Jacek Dehnel dużo miejsca poświęca Tomaszowi Sobierajowi, niepokoi fakt, że stara się ten związek upolitycznić, a Tomasza Sobieraja ukrzyżować na Krakowskim Przedmieściu i to już po całej awanturze związanej z tamtym miejscem – takie podgrzewanie na siłę minionych waśni świadczyć może o kuriozalnym gorączkowym poszukiwaniu tematu do kolejnej książki, według własnej, nazbyt dosłownie rozumianej recepty, że „Literatura, jak przedsiębiorca pogrzebowy, żyje z bólu i rozpaczy”. Nie wiadomo tylko, czy chodzi bardziej o masochistyczne, czy o sadystyczne podejście do problemu, tak czy owak jedno i drugie mogłoby nieopatrznie stać się źródłem wyrafinowanych rozkoszy pozaliterackich i nie daj Boże utrącić Dehnela jako pisarza, dla którego, jak zwierzył się Markowi Doskoczowi, „samozadowolenie, sytość i radość rzadko kiedy jest dobrym tematem dla literatury”.

Ten króciutki felieton jest głosem przyjaciela obu panów, apelem o nienastawanie na siebie w imię męskiej przyjaźni i o walkę fair play o względy kapryśnej Pani Literatury. Aby więc nie dopuścić między nimi do kolejnego nieporozumienia, chciałbym zdementować fałszywą pogłoskę, jakoby p. Tomasz Sobieraj kiedykolwiek powiedział o p. Jacku Dehnelu „picka” – przecież nazywanie p. Dehnela picką nie dość, że byłoby wulgarne, to mijałoby się z anatomiczną prawdą.


APPENDIX, czyli wyrostek

Na koniec powinienem z całego serca podziękować panu Dehnelowi za to, że swoimi słowami powołał mnie do życia i utkał mnie, w co niezachwianie wierzę, z marzeń o prawdziwym człowieku (zawistnicy szepczą, że to zupełnie jak w socrealistycznej radzieckiej opowieści, ale przecież ta epoka była wyzuta z wszelkiej duchowości, nie to co teraz) oraz przyodział na zimę w ciepłą pelisę i chwali się mną „od lewej do prawej i z góry na dół” – w ten jakże niebanalny sposób narodziło się równolegle jego pisarstwo. Ale marzy mi się, jak każdej półsierocie, poznać jeszcze imię szanownej mamusi – anonimowej pisarki, z którą mój dobroczyńca, jak sam przyznaje się w wywiadzie, obcował na kanapie. Chyba że jestem tworem li tylko wirtualnym, na miarę naszej cywilizacji.

Co bym raczej nie wolał.

Grzeszczyk

Felieton: Jaroslav Hašek NAJWIĘKSZY PISARZ CZESKI JAROSLAV HAŠEK (fragmenty)


...czuję, że trzeba odłożyć na bok zbyteczną skromność i poddać się przed całą rzeszą czytelników bezstronnej, poważnej autokrytyce.

...muszę swoje postępowanie i własne czyny oceniać jak najbardziej obiektywnie, a jednocześnie na tyle jasno, by nikomu nie umknęła ani jedna ze wspaniałych cech mojego szlachetnego charakteru. Bywają oczywiście w moim życiu takie chwile, kiedy - będąc pod wrażeniem kolejnego własnego wyczynu - szepczę sam do siebie: „Mój Boże, ależ zuch ze mnie”. No dobrze, lecz co mi to da, jeśli świat o tym się nie dowie? Świat musi dojść do tego samego wniosku, a ludzkość musi należycie ocenić nie tylko moje wspaniałe predyspozycje i olbrzymie zdolności, ale przede wszystkim mój bajeczny talent i nieporównywalnie szczery charakter. Może ktoś mi zarzuci, dlaczego nie kazałem tego bałwochwalstwa napisać komuś innemu, bardziej do tego powołanemu; dlaczego popełniam gwałt na mojej skromności, chwaląc się samemu?

Odpowiadam: Dlatego, ponieważ sam siebie znam najlepiej, a zatem na pewno nie napiszę o sobie nic takiego, co by nie było zgodne z prawdą, ponieważ byłoby śmieszne, gdybym, pisząc o sobie, przesadzał. Dlatego, kiedykolwiek zachodzi potrzeba by siebie pochwalić, dobieram wyrazy najskromniejsze, ale zdecydowanie stoję na stanowisku, że skromność zdobi mężczyznę, lecz prawdziwy mężczyzna zdobić się nie powinien, dlatego też nie wolno być skromnym ponad miarę (...) Nie wstydźmy się publicznie podkreślać własne walory! Jakże to piękne, kiedy można śmiało oświadczyć: „Szanowni państwo, jestem geniusz”, podczas gdy taki zbytecznie skromny mąż oświadczyłby: „Szanowni państwo, jestem bydlę”.

Człowiek rozumny sprytnie się pcha do przodu, zabiegając gorliwie o sławę, gdy tymczasem taki gapcio siedzi w toalecie. Człowiek rozumny, oceniając siebie należycie, potrafi się wybić również w życiu publicznym. Gapiostwo to najgorsza cecha charakteru. To oszustwo, owinięte woalką skromności, a na mnie, męża tak wielce zasłużonego na polu czeskiej literatury, polityki i życia publicznego spadłaby hańba, byłby to z mojej strony grzech popełniony na narodzie czeskim, gdybym pozostawił go w niepewności co do tego, czy jestem lub nie jestem człowiekiem genialnym.

I dlatego właśnie powiem zupełnie jasno: w dziejach ludzkości pojawił się tylko jeden osobnik wszechstronnie doskonały, a jestem nim ja. Weźcie na ten przykład pierwsze z brzegu, niezwykle udane, opowiadanie mojego autorstwa. I co zobaczycie wertując strona po stronie? Że każde zdanie zawiera głęboki sens, że każde słowo jest na właściwym miejscu (...) Wspaniałym przeżyciem jest przeczytać choćby jedną linijkę mojego tekstu, a kto tak uczynił, doznał błogiego uczucia, jakby jakiś czar wypełniał jego duszę, jakby go coś grzało, więc z błogim uśmiechem postanawia nie rozstawać się z moją książką nigdy i od tego czasu nosi ją stale przy sobie. Kilkakrotnie byłem świadkiem, jak ludzie z niesmakiem odkładali jakieś czasopismo, bo nie było w nim nic mojego. To prawda, ja też tak czyniłem, należę bowiem także do moich wielbicieli i wcale się z tym nie kryję. Każdą z moich wydrukowanych prac każę sobie czytać na głos przez moją żonę Jarmilę, najmilszą i najinteligentniejszą kobietę na świecie, i po każdym zdaniu nie mogę się powstrzymać od zawołania: „Toć to pyszne, toć przepiękne! Co za głowa, ten pan Jaroslav Hašek!” - Wspominam o tym tylko tak na marginesie, gdyż jest to wspaniały przykład potwierdzający fakt, jaki niebywały entuzjazm budzą w kręgach czytelników moje prace literackie (...)

Dygresje: Julisz Słowacki BENIOWSKI (fragmenty)


Lecz widzę, że mię ten liryzm zabija,
Że na Parnasu szczyt prowadzi stromy,
Kiedy czytelnik tę górę omija
I woli prosty romans, polskie domy,
Pijące gardła, wąsy, psy, kontusze;
A nade wszystko szczere, polskie dusze.
(...)
Tu widzę, że mi się poemat uda,
Że mi już muza swoich łask użycza;
Więc dalej! Wieszczów galopem wyprzedźmy,
(...)
Lecz ten poemat będzie narodowy,
Poetów wszystkich mi uczyni braćmi,
Wszystkich - oprócz tych tylko - których zaćmi.
(...)
Wyjdę z dzisiejszej estetycznej cieśni
I skrzydeł mojej muzy rozpostarcie
Tęczowym blaskiem was oślepi wcześniej,
Niż miałem zamiar.
(...)
Nowi poeci rodzą sie jak grzyby.
(...)
Każdy ma język swój, co jest kulawym.
Szkoda, że wszyscy są okuci w dyby,
(...)
Był czas, żem lękał się pospolitości,
Jako święconej duch się lęka wody;
Lecz teraz często schodzę z wysokości
Dla własnej sławy, pokoju, wygody;
Krytykom jak psom rzucam kilka kości,
Gryzą, lecz przyjdzie czas, że te Herody,
Przez których teraz moje dzieci giną,
Będę gdzieś w piekle gryzł jak Ugolino.
(...)
Więc nie mieszajcie mi się tu, harfiarze,
Którym dziś klaska tłum! - precz mowo smętna,
(...)
Choć mi się oprzesz dzisiaj - przyszłość moja!
I moje będzie za grobem zwycięstwo!...
Legnie przede mną twych poetów Troja,
Twe hektorowe jej nie zbawi męstwo,
Bóg mi obronę przyszłości poruczył:
Zabiję - trupa twego będę włóczył! -
(...)
A sąd zostawiam wiekom. - Bądź zdrów, wieszczu!
Tobą się kończy ta pieśń, dawny boże.
Obmyłem twój laur w słów ognistych deszczu
I pokazałem, że na twojej korze
Pęknięcie serca znać - a w liści dreszczu
Widać, że ci coś próchno duszy porze.
Bądź zdrów! - A tak się żegnają nie wrogi,
Lecz dwa na słońcach swych przeciwnych - Bogi.

OD REDAKCJI



Napłynęły pierwsze 42 recenzje-nominacje książek do nagrody Krytyki Literackiej. Część z nich została odrzucona z przyczyn formalnych (były bez sensu, z błędami, za długie, za krótkie itd.) i w ten sposób w posiadaniu redakcji są 23 recenzje 14 książek. Przypominam, że regulamin nagrody znajduje się w listopadowej Krytyce Literackiej.

Jednocześnie ogłaszam plebiscyt na najlepszy tekst opublikowany w Krytyce Literackiej. Wystarczy do końca tego roku wysłać wybrany tytuł na adres w.egerth@wp.pl by w styczniu wziąć udział w losowaniu jednego z trzech czytników książek elektronicznych (zwanych po polsku e-bookami, a może ebukami?) iRiver Story - szczególy techniczne tego świetnego urządzena na stronie www.iriver.com/product/view.asp?pCode=002&pNo=72

Chciałbym również polecić dwa miejsca w internecie godne uwagi. Pierwsze to blog Krzysztofa Jureckiego – historyka sztuki, wykładowcy, współpracownika PWN i Instytutu Adama Mickiewicza, autora książek oraz wielu tekstów traktujących o fotografii. Jak sam pisze, ten blog to „lustro pamięci i notatnik (szkicownik). Poświęcony jest sztuce i fotografii oraz ich implikacjom, wynikającym z życia. Najczęściej piszę o fotografii, czasem o filmie i teatrze. Niekiedy publikuję własne prace. Ważny jest dla mnie potencjał krytyczny w stosunku do mass-mediów i oficjalnej polityki kulturalnej”. www.jureckifoto.blogspot.com/

Drugie miejsce na które chciałbym zwrócić uwagę to Internetowy Magazyn Kulturalny; w ostatnim wydaniu tego wideo-magazynu poeta, dziennikarz i eseista Józef Baran rozmawia z prof. Stanisławem Burkotem o kondycji polskiej współczesnej poezji.
www.poezja-polska.pl/fusion/viewpage.php?page_id=143

POD CHOINKĘ

Dla oszczędnych, proekologicznie nastawionych, idących z postępem, polecam darmowe książki elektroniczne (e-booki), które można wgrać do czytnika, komputera i jeszcze rozesłać dalej przyjaciołom, a nawet wrogom (niech zobaczą jak piszą najlepsi); można też sobie ściągniętą książkę wydrukować w pracy, jeśli ktoś nie lubi czytać z ekranu a szef nie liczy papieru.

Wioletta Sobieraj, ALEJA RÓŻ - http://www.wioletta-sobieraj.fmi.pl/ - doskonała, satyryczna powieść społeczno-obyczajowa z wątkiem kryminalnym i erotycznym (tradycjonaliści mogą również zamówić wersję papierową u wydawcy editionssurner@wp.pl za jedyne 35 zł i z autografem autorki).

Marek Trojanowski, ETYKA I POETYKA, t. I-IV - www.literator.pl/?page_id=171 - najbardziej obszerne i szczegółowe dzieło traktujące o współczesnej polskiej poezji; nowatorskie, krytyczne, pełne dygresji, ironii, erudycyjnych odniesień, stanowi równocześnie interesujący przykład literatury pięknej.

Natomiast dla miłośników celulozy, wrogów drzew, konserwatystów i bardziej zasobnych proponuję książki wyłącznie papierowe: antologię opowiadań WBREW NATURZE (z udziałem m.in. Anny Janko, Włodzimierza Kowalewskiego, Grażyny Plebanek, Tomasza Sobieraja); zbiór esejów i reportaży PODRÓZE Z TEJ I NIE Z TEJ ZIEMI Józefa Barana, wspaniałą opowieść Janusza Głowackiego GOOD NIGHT, DŻERZI oraz NIBY-DZIENNIK, czyli nie tylko intelektualną spowiedź Zygmunta Mycielskiego.

Z NAJLEPSZYMI ŻYCZENIAMI

Witold Egerth

Esej: ŚWIAT EMILA CIORANA


Od rumuńskiej mistyki do francuskiej gramatyki

Autorzy: Mariusz Bober, Dariusz Magier


Jesienią 1997 roku w Paryżu ukazał się gruby tom notatek Emila Ciorana. Zaskoczenie, bo wydawało się, że o pisarzu zostało już powiedziane i napisane wszystko. W „Cahiers”, czyli „Zeszytach”, poznajemy Ciorana innego. Zapiski z lat 1957-1972 to tysiąc stron znakomitej prozy rumuńskiego emigranta, z którymi polski czytelnik mógł zapoznać się w 2004 roku.

Wielki świat wygląda zza okienka, wysublimowana literacka myśl, przecież nieznana dla zwyczajnego zjadacza chleba, jakże odległego od wydarzeń z paryskich księgarń. Przedziwne, jak wąski jest krąg odbiorców, dla których pojawienie się „Zeszytów” Ciorana staje się wydarzeniem. Gdyby chcieć ująć w jedno zdanie, esencję, to zawsze zaskakujący staje się świat pisarza. Zaskakujący – wszak pisarz wiedzie tak odmienny styl życia, że przeciętny zjadacz chleba uzna go za społecznie nieprzydatny, wyobcowany. A przecież literackie podróże Ciorana skłaniają do refleksji, gdy obserwujemy jak krok po kroku stawał się wnikliwym myślicielem, któremu towarzyszyły muzyczne wspaniałości Bacha. Czyż nie jest tak, że dopiero polemika, czy też nawiązywanie do myśli innych pisarzy, w pewien sposób pomaga wniknąć w ich osobliwy świat, świat również intymny, w którym bohater opowiada o tym, co je na śniadanie, co czyta, kiedy nie tworzy, i jakie rozterki nim targają. Można ubolewać, że tak mało wnikamy w literacki świat twórców.

Cioran żyje w poczuciu porażki, zauważa, że jego pokolenie, pokolenie rumuńskich intelektualistów, poniosło klęskę. Mowa oczywiście o wydarzeniach sprzed wybuchu drugiej wojny światowej. „Co zawdzięczam Iron Guard?” – pyta i odpowiada – „Konsekwencje wynikające dla mnie ze zwykłego młodzieńczego uniesienia były i są tak ogromne, że w późniejszym czasie okazało się dla mnie niemożliwością orędowanie za jakąkolwiek sprawą, nawet zupełnie nieszkodliwą, nawet szlachetną, czy Bóg wie jaką. To dobrze, że przyszło nam drogo płacić za szaleństwo młodości; później oszczędzamy sobie niejednego rozczarowania” .

Międzywojenna Rumunia to niedowład ustrojowy, powszechne malwersacje, korupcja, nepotyzm, fałszerstwa wyborcze i chaos gospodarczy. W 1927 roku młody idealista nacjonalistyczny Corneliu Zelea Codreanu, zwany przez zwolenników Kapitanem, organizuje Legion Michała Archanioła, którego „zbrojnym ramieniem” była tzw. Żelazna Gwardia. Zaczął działalność z małą grupą studentów, w której wprowadził klasztorno-koszarową dyscyplinę stając się raczej prorokiem niźli przywódcą politycznym, a codziennością legionistów był religijny mistycyzm, poświęcenie, ascetyzm i kult śmierci. Wkrótce ruch rozrósł się do ponad 350-tysięcznej organizacji. Mieszkali we wspólnotach zwanych gniazdami, wędrowali po kraju z ikoną Michała Archanioła głosząc rychłe zwycięstwo nad szatanem i pomagali chłopom w pracach polowych. Legion Michała Archanioła zgromadził elitę młodego pokolenia Rumunów. Członkiem bukareszteńskiego gniazda „Axa” był Emil Cioran. Jako młodego eseistę pchnęła go tam fascynacja chrześcijańską mistyką śmierci, męczeństwa, obojętnym przyjmowaniem cierpienia, które wówczas pojmował jako dominujący składnik ludzkiej egzystencji. To wszystko znalazł w ruchu, na którego czele stał Codreanu. W 1933 roku członkowie Legionu tworzą Komando Śmierci, którego zadaniem jest jednak nie zabijanie, ale przyjęcie śmierci. Miała to być forma ideowego apostolstwa, kolejne w dziejach Europy krucjaty dziecięce – kolumny młodzieży legionowej uformowanej w znak krzyża (tzw. żywe krzyże). Grzegorz Górny pisze: „Po drodze śpiewali pieśni, wznosili legionowe hasła, piętnowali bezprawie władz. Zatrzymywani przez policję i żandarmerię (...) klękali i modlili się. Wkrótce cały kraj przemierzały kolejne grupy «krucjaty dziecięcej», gromadząc na swej trasie wielotysięczne tłumy. (...) Kiedy w miejscowości Teius żołnierze otworzyli ogień, Legion doczekał się pierwszego męczennika”.

Po latach Cioran określi Legion Michała Archanioła, w którym czynnie uczestniczył, mianem „obłąkańczej sekty”. „Był to ruch okrutny, mieszanka prehistorii i profesji, mistycyzmu, modlitwy i rewolweru, prześladowany przez władze i zabiegający o prześladowania” – napisze.

Nie przypomina w samokrytyce swej młodzieńczej postawy innego Rumuna, również popierającego w młodości Legion Michała Archanioła, Mircei Eliadego. Słynny religioznawca nie wspomina przeszłości, ale też nie przyłącza się do politycznie poprawnego chóru krytykującego międzywojennych młodych rumuńskich narodowców, zaś jego książkę zatytułowaną „Od Zalmoksisa do Czyngis-chana” można określić mianem apoteozy ojczyzny i własnego pokolenia, pokolenia legionistów – idealistów, którzy próbowali zmierzyć się z przeszłością i – jak to określi Przemysław Dulęba – ideą „mocnego dobra”.

Natomiast do Ciorana „grzechy młodości” wracają w postaci sennego koszmaru na jawie i nigdy nie kończą swojego nań wpływu. Przeszłość jest dlań przekleństwem, które zaważyło na dalszych jego losach, ale jednocześnie fascynuje go ona i nie pozwala na komfort innej niźli kontr-ideowa postawy.

W „Zeszytach” zauważamy głęboką ambiwalencję, klasyczną dwuznaczność właściwą każdemu dziennikowi – rozdarcie między refleksją filozoficzną a materią egzystencjalną zapisywaną in crudo. Autor przechodzi głęboką metamorfozę, od pochwały czynu do apoteozy ataraksji. W tej metamorfozie nurt miał swoich wybitnych przedstawicieli: Martina Heideggera, Gottfrieda Benna, Ernsta Jungera czy też Andre Malraux, a w świecie anglosaskim W. H. Audena. Jego metamorfoza to zmiana myśli filozoficznej na kontynencie orientującej się na młodość. Cioran należał do pokolenia, jakże licznego i spóźnionego, wielbicieli i uczniów Fryderyka Nietzschego – poszukujących innych „łatwopalnych idei”. Jednak dojrzewa: „Z biegiem czasu, coraz częściej stwierdzam, że w każdym punkcie stoję na antypodach myśli Nietzschego. Coraz mniej lubię myślicieli szalonych. Wolę mędrców i sceptyków, «nienatchnionych» par excellence, których żaden ból nie ekscytuje ani nie bulwersuje. Lubię myślicieli podobnych do wystygłych wulkanów”. Przypomina w tym trochę pięćdziesięcioletniego duchowego spaślucha, który – wspominając swoje życie – z odrazą dziwi się, że kiedyś mógł łazić po drzewach.

Z chwilą kiedy dokonuje zwrotu w stronę mistycznej pasywności, do tego dowcipnej, zamienia mistrzów niemieckich na francuskich. Dla znawców europejskiej topografii intelektualnej skok ten nie jest kwestią przeprowadzki z jednego miasta do drugiego, z jednej ulicy na inną. To skok nad Renem, nad przepaścią dzielącą dwie absolutnie inne koncepcje kultury i literatury, definiujące przez długi czas różne postawy i oczekiwania. W pewnym momencie porzuca pisanie po rumuńsku i niemiecku, by skupić się na języku francuskim, tym samym koniecznością stała się gramatyka francuska. Od tej chwili autor podziwia elegancki francuski sceptycyzm, w końcu wpisuje się w długą linię francuskich moralistów i prawdopodobnie staje się jednym z ostatnich przedstawicieli tejże. Studiuje dzieła Pascala czy Montaigne’a „wykradając” również z francuskich pamiętników inspiracje, „sól attycką”, francuskie esprit. Nie omija salonów. Zatracając transcendencję porzuca – jako posiadające w sobie ziarno zniszczenia – zaangażowanie ideowe. To prawda, wojna idei może niszczyć ludzkie ciała, jednakże apatia „nienatchnionych” niszczy ludzkie dusze.

Wartość „Zeszytów” bierze się również stąd, iż zwierają ogromny żal za tym, co autor porzucił. Jak się okazuje, łatwiej jest wertować strony jadłospisu, niż przerzucać stronice wielkich kultur. Dzieło od strony „archeologicznej” jest pasjonujące: zawiera niemiecką poezję, niemieckich mistyków, takich jak mistrz Eckhart, dalej muzyka niemiecka i – oczywiście – wielki Jan Sebastian. Przedziwne, że autor stylizuje się na wygasły wulkan, chwaląc chorobę, bezsenność, czy zmęczenie. Po co? Pozornie? Bo jednak odzywa się w nim tęsknota za „wulkanami czynnymi, za szczytami, nad którymi unoszą się oznaki aktywności”?

Obok konotacji rumuńskich, niemieckich, francuskich, Cioran, zaraża się Hiszpanią. Dlaczego miłość do Hiszpanii? Hiszpania to kraina honoru, rycerskości, pasji, mistyki, a przede wszystkim ojczyzna nostalgii. Znajduje zastępczą Rumunię, staje się Hiszpanem.

Czym jest dziennik intymny? Wynalazkiem pisarzy nowożytnych. Nigdy nie odnajdziemy dziennika Homera, Dantego czy Szekspira. Ci autorzy przedstawiali życie w walce, w doświadczeniu. Pisarz ciągnie nas wręcz za rękaw, by pokazać, co posiada w zakamarkach swojej pracowni. Niedojedzony pasztet, brudna kurtka, kotlet schabowy, sterta starych gazet, zabłocone buty, niezmyte naczynia – to również jego świat. W przypadku Ciorana nic takiego nie spotkamy, jakby zamykał akurat te podwoje swojego świata. Nic na temat prywatnego życia. Poznajemy jedynie filozofa i jego nastroje? Nie spotykamy też jego bliskich? Po „S.” domyślamy się jedynie, że chodzi o Simone Boue, towarzyszkę jego życia, która przygotowuje dzienniki do druku, sama jednak ginie tragicznie. Inni pojawiają się epizodycznie – Ionesco, Beckett, Celan czy Czapski.

Ucieczka od rumuńskiej mistyki w gramatykę francuską nie uwalnia go od „demonów”, które kierowały jego poczynaniami w młodości. Widzimy autora jako człowieka nerwowego, toczącego bój z własnym temperamentem, marzącego o buddyjskiej obojętności, a w rzeczywistości nie potrafiącego przeżyć choćby jednego dnia w spokoju. Awantury w urzędach to dlań rzecz normalna. Przedziwne, marząc o samotności prowadzi bogate życie towarzyskie, „kolacyjne”, gdzie spotyka kolegów literatów, którymi gardzi w swoich dziennikach. Rezygnując z idei zamienia aktywność na jałowość.

Cioran jest niezmiernie błyskotliwym pisarzem, suwerennym, nie podlegającym modom, skrzętnie szperającym w bibliotekach w poszukiwaniu dzieł zapomnianych. Zadziwia pochwała „cienia” w jego twórczości. Kłują w oczy paradoksalne stwierdzenia: „klęska jest lepsza od zwycięstwa”, „każdy sukces jest wulgarny”, które znowuż stanowią powrót do „złej” przeszłości eseisty. Jednakże w autowyrzutku Emilu Cioranie idea rumuńska zamienia się w swoją karykaturę. Mistyka śmierci ewoluuje w mistykę błahostek. Przedziwne przemianowanie pochwały życia. „Zeszyty” stają się wielkim hymnem na cześć dekadencji, upadku, impotencji życiowej.

Cioran to sceptyczny emigrant. Zagajewski twierdzi, że emigranci to ludzie szczęśliwi. Ludzie, którzy starannie ukrywają swoje szczęście. Osławiona nostalgia, lata dzieciństwa, dźwięki dzwonów, ośnieżone Karpaty. Balansowanie pomiędzy zaletami emigrowania, a pozostaniem w kraju, pomiędzy tym, co traci emigrant, a za czym tęskni człowiek wzorem Immanuela Kanta, który nigdy nie opuścił swojego miasta.

A co z Cioranem? Ponoć nie wrócił szczęśliwy do Rumunii tracąc pamięć w Paryżu na podobieństwo amnezyjnych starców. Powojenna Rumunia, naród komunistycznego cara Ceausescu, wywiera nań ciągle ogromny wpływ. To „naród nieszczęśliwy i nieuczciwy...”, „naród, w którym wszystko przekształca się w miniaturę”. A przecież w swojej intelektualnej układance zawiera istotne klocki teologów i myślicieli, mistyków i kompozytorów, w końcu poetów. On sam, jakby paradoksalny, kiedy mówi: „Prawdziwy pisarz trzyma się ojczystego języka, nie zamierza szperać w tej czy innej obcej mowie. Umie się ograniczyć – oto jego sekret”, łamie własną regułę.

Po co więc czytać „Zeszyty”? Choćby dla samej ich błyskotliwości, zaskakującej inteligencji, w końcu dla samego stylu. Cioran wypowiada ciekawe zdania, np.: „Niepodobieństwem jest napisać listu kondolencyjnego, nawet jeśli jest się szczerym. To gatunek najbardziej fałszywy; ciekawe, że nie został zniesiony za jednomyślnym postanowieniem”. Nie znajdujemy u niego dłoni złożonych do modlitwy, znajdujemy niemalże wściekłą ciekawość, która ma zastąpić modlitwę. Dociekliwość, która pcha go do bibliotek, do lektury, do innych ludzi. Modlitwa to ciekawość skierowana do samego siebie.

Czy czytelnika nie zniechęci lapidarny styl Ciorana? Ten styl zwodzi, pulsuje, irytuje. Wypowiada zdanie, a za chwilę mu zaprzecza. Jeden z recenzentów nazywa go „Beduinem myśli”, inny twierdzi, że bohater uprawia „najbardziej błyskotliwy irracjonalizm bałkańskiej beznadziejności”.

Ale też Cioran nie nabiera się na intelektualne mody. Absolutnie suchy przechodzi obok zmieniających się francuskich nastrojów, ba, wyszydza na dokładkę epokę strukturalizmu, kiedy wszyscy, jak jeden mąż, pisali o języku. Epatuje post-legionowymi wypaczeniami, takimi jak: „Jednostka, podobnie jak naród, jest coś warta tylko wtedy, gdy zostaje zwyciężona. (...) Ktoś, komu się udało, z punktu staje się nieinteresujący”. Świat nieudaczników i życiowych rozbitków staje się również światem osobnym, innym gettem wartym zainteresowania, miejscem, w którym również toczy się życie. Cywilizacja pomiędzy światem idei a kontr-idei.

Zagajewski określi jego literackie zmagania jako „snobizm rozpaczy”, ma wątpliwości, czy użyć określenia „nihilizm”. Cioran korzysta z własnej medycyny jako lekarstwa na „infekcję cienia”. Przeciwwaga to jego erudycja zdobywana w sposób chaotyczny, egzystencjalny i być może dlatego bardziej wyrafinowana. A przecież niejaki Constantin Noica, mistrz młodych intelektualistów, krytykował Ciorana za lekturę mistrzów drugorzędnych, nie tak jak on, który delektuje się Platonem, Arystotelesem, Heglem, Heideggerem. A Eckhart, Seneka – drugorzędni? Cioran unika modnych gigantów, boi się ich. Obawia się, że mogą na powrót rozpalić w nim ogień i pchnąć na powrotną drogę od kontr-idei do idei. Nie chce już iść za wielkimi, tak jak kiedyś poszedł za Codreanu. Strach przed złym wyborem obezwładnia go. Jednak w tej kontrowersji znajdujemy także dążenie do prawdziwego, wolnego wyrazu myśli, unikanie myślowej łatwizny, fascynację umysłami samotnymi i surowymi dla siebie. Wypowiada zdania, które intrygują, pompują do szarych komórek pytania.

W gruncie rzeczy w przeklinaniu przeszłości przez autora „Brewiarza zwyciężonych” możemy odczytać żal za utraconymi szansami, za porywami serca. Kontr-ideowość wydaje się być tu wyborem rozpaczy po upadku tego, co Eliade określi mianem „duchowej rewolucji” opisując zachowanie legionistów internowanych wraz z nim w obozie Miercurea-Ciucului: „Wieczorna modlitwa kończyła się potężnym «Bóg jest z nami», odśpiewanym przez trzysta głosów. Na ostatnim piętrze znajdowało się pomieszczenie na «nieustanną modlitwę». Dniem i nocą któryś z więźniów przez godzinę modlił się tam lub czytał Biblię, przerywając tylko wówczas, gdy ktoś inny przychodził go zluzować”. Postawę Ciorana mógłby przyjąć Leon Degrelle, Belg również obciążony ideowym „grzechem młodości”, gdyby (co się, na szczęście, nie stało) jego dusza przestała „płonąć”, a w jej miejscu pozostał zimny, bolący kamień. Tak jakby pisarz ubolewał nad tym, że ominął go chrzest krwi, który Żelaznej Gwardii zgotował królewski rząd Rumunii. 30 listopada 1938 roku Corneliu Zelea Codreanu oraz trzynastu jego dowódców Legionu Michała Archanioła zostało zamordowanych w więzieniu Doftana. Zabił ich ten sam Tron, o którym niespełna pięć lat wcześniej w „Podręczniku dowódcy gniazda” Kapitan pisał: „Legion stoi niezłomnie na straży wokół Tronu, na którym zasiadali Książęta i Królowie poświęcający się w obronie chwały i dla dobra Narodu”. Ciała przywódców Legionu wywieziono do lasu, wrzucono do głębokiego dołu, oblano kwasem, potem zasypano wapnem i zalano betonem. Technika zaangażowana w walkę z ideą. Na myśl przychodzi legenda związana ze śmiercią polskiego poety związanego z ruchem narodowym, Andrzeja Trzebińskiego, któremu przed rozstrzelaniem Niemcy mieli zalać ustawa wapnem. Jedenaście lat po zabiciu Codreanu Cioran oddał jednak swoisty hołd postawie legionistów pisząc mesjanistycznie: „Wszystkim wodzom pościnano głowy, a ich trupy wyrzucono na ulice: spotkało ich przeznaczenie, co zwalniało kraj ze spotkania z własnym”. Ale nie była to prawda, a jedynie refleksja emigranta, chwilowa słabość późniejszego przedstawiciela gramatyki francuskiej.

W „Zeszytach” czytelnik napotka przewrotność, która z jednej strony będzie przyciągać, z drugiej odpychać. Znajdzie zranionego człowieka w wiecznym ruchu pomiędzy smutkiem a ciekawością, życie i historię współczesnego intelektualisty, „podróżnika” po kulturach, którego powojenna reakcja demoliberalna uczyniła kreaturą podobną post-komunistycznym twórcom mającym w życiorysie – stokroć gorsze – „heglowskie ukąszenie”. Wyciągnij rękę, choć ta róża nie jest pozbawiona kolców. Taki jest kwiat, taki jest świat Emila Ciorana.


Bibliografia:

E. Cioran, Zeszyty 1957-1972, Warszawa 2004.
P. Dulęba, Dakowie, Zalmoksis i Legion Michała Archanioła. Rumuńskie dziedzictwo Mircei Eliadego, „Fronda”, nr 33.
M. Dylewski, Jedna Rumunia trzy „faszyzmy”, „Fronda”, nr 33.
M. Eliade, Od Zalmoksisa do Czyngis-chana, Warszawa 2002.
G. Górny, Rumuńska mistyka śmierci, [w:] idem, Demon Południa, Warszawa 2007.
A. Zagajewski, Gramatyka francuska, „Zeszyty Literackie”, 93, nr 1/2006.


Felieton: CHORE DZIECKO EUROPY


Autor: Tomasz Sobieraj


Gdy przyglądam się poczynaniom naszej krytyki artystycznej, szczególnie literackiej, przypomina mi się pewna historia.

Kilka lat temu na ścianie jednego z łódzkich bloków ukazała się Matka Boska. Tłumy wiernych ściągały, żeby ujrzeć Królową Polski i złożyć jej pokłon. Mówiono o tym niezwykłym, cudownym zjawisku w mediach, na ulicach, w domach. Euforia ludu wzrastała z dnia na dzień. Duchowni w czarnych sukienkach krzątali się dyskretnie dokoła budynku, podobnie jak sprzedawcy obwarzanków, świętych obrazków i różańców. Po jakimś czasie wybrałem się i ja w te obdarzone łaską okolice, bo chociaż jestem przyrodnikiem, to nie wykluczam istnienia zjawisk nadprzyrodzonych pomny tego, że i fizycy stają w obliczu zagadek trudnych do rozwiązania za pomocą rozumu.

Wysiadłem z autobusu i poszedłem tam, gdzie gromadził się tłum – falujący, rozmodlony, niemal w ekstazie. Jedni tylko chylili czoła, drudzy stali w półzgięciu, niektórzy klęczeli przed żółtą ścianą z numerem bloku i otworami wentylacyjnymi, w których przysiadały zdumione gołębie. Panowała atmosfera powagi, skupienia i oczekiwania. Jednak co jakiś czas masa ludzka ożywiała się, kołysała i przebiegały przez nią elektryzujące słowa: „Patrz! Jest! Widzisz! Najświętsza Panienka! Królowa Nasza! Pani Nasza! Módlmy się!” Stałem pomiędzy innymi, z zadartą głową, pełen dobrej woli, ba, nawet prawdziwej wiary w Najwyższą Istotę. Czekałem na widzenie, na znak, najmniejszy chociaż gest. I mimo że wytężałem wzrok, kierowałem go tam gdzie inni, niczego nie zauważyłem, poza liszajowatym zaciekiem i zapaskudzoną przez gołębie elewacją. Zdziwiony, że nie dostrzegam tego, co wszyscy, zacząłem się życzliwie dopytywać rumianych kapłanów i osób stojących obok, czy naprawdę coś widzą i jeśli tak, to gdzie, w którym miejscu tej ściany, niech mi w swej bezkresnej dobroci wskażą, bym miał dowód i zaznał łaski poznania. Patrzyli na mnie najpierw ze zdziwieniem, później z coraz większą niechęcią, na koniec przybrali właściwy wszystkim fanatykom zacięty wyraz twarzy. Ich oczy zrobiły się złe. Poczułem ziejącą w moją stronę nienawiść i odrazę. Jeszcze kilka głośno wyrażonych wątpliwości z mojej strony, i byłbym się przekonał, czy istnieje życie po śmierci. Ale zadziałał instynkt samozachowawczy – odwróciłem się i odszedłem. Do katedry.

Ich było więcej. Oni widzieli, a ja nie. Tylko czy większość ma rację? Logika mówi, że nie, historia uczy, że nie, życie na co dzień dowodzi, że nie.

Życie też uczy, że nie warto dyskutować z ludźmi, którzy nie mają własnego zdania.

Czasem jednak trzeba przełamać niechęć i lenistwo i napisać kilka słów, szczególnie gdy sprawa zatacza coraz szersze kręgi. Mam na myśli ogólny środowiskowy lament, który rozległ się po mojej z Janem Siwmirem rozmowie o tak zwanej twórczości Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego. Podsumowaniem tych histerycznych spazmów jest komentarz Jana Z. Brudnickiego, zamieszczony w pierwszym numerze kwartalnika InterMosty i w listopadowej Krytyce Literackiej.

To ładnie, że pan Brudnicki ujął się za słabszym kolegą i wystąpił w obronie jego dzieła. Jednak wzruszający tekst krytyka o ciężkim życiu i zasługach E. Tkaczyszyna-Dyckiego pachnie naiwną partyjną agitką z czasów gomułkowskich, a co najmniej przypomina głos aktywisty z zebrania zakładowego kolektywu partii w fabryce wieszaków – jest równie niemerytoryczny, alogiczny i niczego nie wnosi, poza jeszcze głębszym przekonaniem czytelnika, że o powodzeniu żyjącego twórcy decydują znajomości. Nie jest to żadna nowina, chociaż za każdym razem wywołuje niesmak, jak zjedzony z jabłkiem robak.

Rozpoznanie prawdziwego, do tego żyjącego talentu, czy nawet więcej – geniuszu, w polskich warunkach jest niemożliwe. Wymagałoby to od krytyka rzetelnej pracy, odwagi cywilnej, niezależnej myśli, wiedzy i niechęci do zakrapianych wódą bankietów, a to, jak wiemy, cechy zasadniczo rzadko tutaj spotykane. Dlatego polski krytyk mówi, a pewnie nawet myśli to, co mu zostało przez kolegów i autorów wgrane, a właściwie wlane, jest jedynie białkową maszyną do powielania bzdur i kłamstw, które, zgodnie z teorią doktora Goebbelsa, powtórzone sto razy stają się prawdą. Na szczęście nie prawdą uniwersalną, ogólnym prawem, tylko prawdą polską, lokalnym prawem zadupia, jak rozporządzenie sołtysa. Oczywiście od tej smutnej reguły zawsze jest wyjątek, jakieś brzydkie kaczątko, które czasem zamieni się w łabędzia, bywa, że i w orła, ale to przypadki rzadkie – jak wszystko, co dobre. W statystyce takie skrajne wartości się odrzuca, żeby nie zaciemniały obrazu zbioru, i podobnie odrzuca się je w krytyce, która lubi, żeby stado kwakało jednym głosem.

Typowe cechy polskiej krytyki widoczne po zbadaniu jej populacji na przestrzeni ostatnich dwóch wieków, to schylanie karku przed nadmuchanymi autorytetami, tchórzostwo, pańszczyźniana mentalność, lokajstwo, niesamodzielność intelektualna, brak logicznych i merytorycznych argumentów oraz ścisłych kryteriów. Ostatnimi laty do tej listy dołączyło jeszcze zwykłe nieuctwo. Przez taką krytykę i wynoszonych przez nią twórców tkwiliśmy i tkwimy w prowincjonalnym grajdole, stanowiąc pośmiewisko dla kulturalnego świata. Przez taką krytykę i politykę antykulturalną państwa, nasza sztuka i literatura nie ma pięknej, mądrej twarzy, delikatnych rąk i zgrabnych nóg, tylko swojską gębę, grube łapy i krzywe kulosy (dygresja: witkacowski cham dobrał się nawet do Szopena – na plakatach jakiś bęcwał ubrał go w dres!). Wyglądamy jak chore, opóźnione w rozwoju dziecko Europy. Tym bardziej, w tym zalewie barbarzyństwa, dziwię się panu Brudnickiemu, że broni literatury zaściankowej, do tego ewidentnie prymitywnej, bez śladu ducha i myśli. A podobno jest on znawcą twórczości i życia Juliusza Słowackiego. No nie wiem, jakoś mi to nie pasuje, widzę tutaj ewidentną logiczną sprzeczność. Ba, mam nawet przeczucie, że „Beniowskiego” to pan krytyk nie czytał, tudzież paru innych dzieł autora doktryny genezyjskiej. Albo też czytał bez zrozumienia, co nie wydaje się nieprawdopodobne.

Stwierdzenie krytyka, że „Dyckiego ogłoszono na salonach nowym trubadurem, jak niegdyś Stachura, wcześniej Norwid, Leśmian, Czechowicz – porzucających dom, zdających się na lęk samotności, wybierających psychiczną samotność, włóczęgę”, nie dość, że gramatycznie niepoprawne, to zakrawa na śmieszność – bynajmniej nie tylko dlatego, że w tych salonach słoma, która wypadła z gumofilców wala się po klepisku udającym parkiet, ale przede wszystkim z powodu zestawienia nazwisk (zgoda jest tylko na Stachurę). Miejcież umiar, wy tam, na salonach, uczcie się, nie wypisujcie bzdur. Przecież, jak mówią nie bez racji Rosjanie „słowa drukowanego siekierą nie wyrąbiesz”. Ono zostaje i daje świadectwo. O was.

Moje poglądy na sztukę nie stanowią tajemnicy. Wielokrotnie o nich pisałem, znajdują wyraz w mojej twórczości. Przypomnę jednak główną ideę swojego programu artystycznego: sztuka jest kreacją, nie relacją – tym bardziej więc nie może być prymitywnym obrazowaniem. Nie powinno zatem dziwić, że odrzucam wulgarność na korzyść dobrego smaku, że stawiam intelekt ponad fizjologię, umiejętności ponad nieudolność. Jednocześnie uważam, że każdy może tworzyć to, co chce, niezależnie od tego, czy zawodowo pasie gęsi, czy wymyśla tomograf – ważne, żeby był z tego zadowolony. Jednak nie mogę zgodzić się na to, żeby pozbawieni narzędzi i planów półhumaniści wyszli chwiejnym krokiem prosto z dworcowego bufetu i budowali z fragmentów pijackiego widzimisię gmach katedry, w której – zanim runie – mieszkałyby i paskudziły wróble. Jest to niebezpiecznie dla potencjalnych wiernych i przechodniów, obraźliwe dla Boga, demoralizujące dla wróbli.

Felieton: ŚWIĘTA NAIWNOŚĆ


Autor: Igor Wieczorek


Im głębiej się w coś angażuję, tym bardziej czuję się od tego czegoś zależny, a im bardziej czuję się od czegoś zależny, tym mniej chętnie się w to angażuję. Nie angażować się w nic nie potrafię, nie chcę i nawet nie mogę, bo człowiek niezaangażowany na nic nie zasługuje, a jego nieważkie istnienie ciąży wspólnocie ludzkiej. Być może jedynym obszarem rzeczywistości społecznej, na którym brak zaangażowania nie kończy się uzależnieniem i nikomu nie ciąży, jest obszar literatury, sztuki i filozofii. Jedynie na tym obszarze można nie tylko bezkarnie, ale i z jakimś konkretnym, ogólnospołecznym pożytkiem próbować przyjąć pozycję biernego obserwatora, wolnego komentatora, niezależnego autora. I chociaż samo przyjęcie tej godnej uwagi pozycji wymaga zaangażowania, to jednak nie uzależnia w złym tego słowa znaczeniu.

Dobrym tego przykładem jest literacka spuścizna tegorocznego noblisty Mario Vargasa Llosy. W przeciwieństwie do tych wszystkich pięknoduchów, którzy jak ognia unikają poruszania problematyki społecznej, i w odróżnieniu od wciąż licznych pisarzy-ideologów, wieszczów, mistrzów, mentorów, ten peruwiański prozaik idzie drogą środkową – drogą niezależnego podejmowania tematów niełatwych, piekielnie bolesnych. Nie jest ani mentorem ani reformatorem, który wyjmuje słowa spod prawa przyczyny i skutku. Jest jednocześnie estetą i nieubłaganym krytykiem opresyjnych mechanizmów społecznych. Nagrodę Nobla przyznano mu za „przedstawianie struktury władzy oraz wspaniałe zobrazowanie oporu, rewolty i przegranej jednostki”.

Zasłużony publicysta, Piotr Bratkowski, zauważył, że Llosa to „Balzak, który przeczytał Joyce’a”. Chodzi mu o to, że powieści Llosy łączą ambicje poznawcze powieści XIX-wiecznych z nowoczesną techniką narracji. P.Bratkowski zauważył też słusznie, że najlepsze powieści M.V.Lllosy są oskarżeniem kultury o brak szacunku dla indywidualizmu i o to, że wartość człowieka we współczesnym społeczeństwie sprowadzona została do pełnionych przezeń funkcji społecznych. Właśnie w tym sensie Llosa ma bardzo wiele wspólnego z naszym wybitnym Witkacym, prekursorem nowoczesnej kontrkultury.

Prawdopodobnie już wkrótce zacne wydawnictwo Znak wznowi głośną powieść Llosy pt. ”Raj tuż za rogiem”. Warto przeczytać tę polityczno - filozoficzną opowieść o poszukiwaniu prawdy, wolności i zbawienia. Jednym z jej głównych tematów jest życie Paula Gaugin’a, który, jak wiadomo, zerwał z życiem paryskiego mieszczucha i udał się na Tahiti w poszukiwaniu inspiracji. Ten niespokojny artysta był przekonany o tym, że wiodąc żywot „dzikusa” dotrze do źródła prawdy. Umarł w osamotnieniu, chory i potępiony. Choć poniósł klęskę za życia, to jednak jego obrazy wydają się nieśmiertelne. Oby powieśći Llosy też stały się nieśmiertelne.

Ciekawe, dlaczego mój kraj nie ma swojego Llosy? Witkacy już dawno nie żyje, Waldemar Łysiak zdziwaczał i niczym nie zaskakuje. Dlaczego nasza krytyka jest zgrzebna, nieestetyczna, pełna zjadliwych inwektyw lub akademickich pouczeń, a nasi mistrzowie słowa są ślepi na kwestie społeczne? Może po latach zaborów i politycznego horroru nagłe przyjęcie pozycji wolnych obserwatorów wydaje się nam niebezpieczne? Przywykliśmy chyba do tego, że wpływanie na losy świata poprzez literaturę kończy się uległością wobec partyjnych dyrektyw. Sądzimy, że niezależność to taka oaza spokoju, do której dotarliśmy w końcu po latach trudu i znoju, a artystyczne wyzwania w kraju demokratycznym są czymś w rodzaju dziecinnej, zupełnie niewinnej zabawy. W odróżnieniu od Llosy jesteśmy bardzo naiwni.

Recenzja: Przemysław Owczarek RDZA


Autor: Marek Trojanowski


W pewnych kręgach naukowych dyskutowana jest teza o tzw. kosmicznej wenie poetyckiej. Nie chodzi tu o debatę nad metafizycznym aspektem tego, co określa się ogólnie natchnieniem poetyckim, lecz o możliwość ingerencji w poetycki akt twórczy czynnika związanego z cywilizacją pozaziemską. Istotnym argumentem w tejże debacie, potwierdzajacym ową tezę miał być tomik poetycki Przemysława Owczarka pt. „Rdza”.

Polscy hermeneuci szkoleni w supertajnym ośrodku Area 51 i 1/8 w zakresie Demaskowania Utworów Pozaziemskich (DUP), odkryli, że Przemysław Owczarek musi być albo stęsknionym za rodzinną planetą kosmitą, który używajac tajnego, zrozumiałego tylko dla intelektów pozaziemskich kodu komunikacyjnego, stara się nawiazać kontakt z rodzinną planetą, albo szpiegiem kosmicznym, który przekazuje niezbędne dla kolonizacji niebieskiej planety informacje mocodawcom z innej planety.

Z przebadanych wg kryteriów DUP-y kolejnych utworów z tomu „Rdza” Przemysława Owczarka, polscy hermeneuci wynotowali i poddali odkodowaniu następujace fragmenty o pochodzeniu pozaziemskim:

rzeka grzebała na dnie obce imiona

[Zakole]

Naukowcy sa zdania, że Owczarek chce przekazać na rodzinną planete komunikat o tym, że tlenek wodoru występujący na Ziemi nie jest przyswajalny przez organizm obcych (sraczka i te sprawy). Dlatego w przypadku ewentualnej kolonizacji kosmici-rodacy muszą zabrać picie ze sobą.

sosny karmiły powietrze
mężczyźni tonęli w tranzystorowych unitra.
cień lizał łyżki i cicho rżało słońce,

[pójdź, pójdź]

Tutaj hermeneuci są podzieleni w ocenach. Jedni uważaja, że fragment ów dotyczy charakterystyki rytuałów godowych stymulowanych działaniem chlorofilu. Przeciwnicy tej interpretacji wskazują na jej zasadniczą słabość: odbiorniki produkowane przez zakłady UNITRA są wysoce awaryjne, co wyklucza kopulację. Co innego SONY.

siedział nad zupą, a jedzenie klepało za niego
pacierz

[maxim]

Wszyscy specjalisci DUP-y są zgodni, że Owczarek wysyła rodakom sygnał, że jedzenie ziemskie, nawet w postaci płynnej, nie ma żadnej wartosci odżywczej dla organizmów obcych.

Na drodze piasek łaskotał skórę.
Dęby stały syte od promieni
Brzeg wił się w stronę doliny

[inter secundo]

Dupolodzy są przekonani, że ten fragment przedstawia charakterystykę topografii terenu niebieskiej planety. Podanie dokładnych danych na temat ukształtowania terenu, jego pokrycia, nachylenia względem słońca itp. itd. jest niezbedne dla prawidłowego zaplanowania kolonizacji. I tak: „Dąb syty promieniem” ma robić za wieżę międzyplanetarnej kontroli lotów, a „wijący brzeg” za lądowisko i pas startowy. Zaś „łaskoczący piasek” ma być dorażną rozrywką dla obcych, zanim nie odkryją ziemskiego wynalazku jakim jest prostytucja. W kolejnych częściach tomiku „Rdza” Przemysława Owczarka badacze DUP-y natknęli się na bezpośrednią charakterystykę homo sapiens sapiens, którą sporządził Owczarek z zamiarem wysłania obcym. Oto:

Mama jak guziec ryje w ogrodzie

[sierpień]

Naukowcy polscy dzięki powyższemu fragmentowi odkryli, że Przemysław Owczarek nie jest jedynym agentem obcych na ziemi i że kolonizacja już się rozpoczęła.

Dupa mnie boli, mówi babcia.
Babcia to lubi czytać mitologię. A w rzece śmiesznie. Spódnicę musi podkasać. Widzę jej blade, chude łydki. Stoi w środku płycizny, małe rybki skubią jej pięty. Chichocze i prosi, żebym podał rękę.

[wrzesień]

Badacze DUP-y nie wiedzą jeszcze jaki jest sens takiej charakterystyki sposobu rozmnażania się Ziemian, jaki relacjonuje obcym Przemysław Owczarek.

Samochód połyka śnieg. W brzuchu ma wichurę.

[luty]

Ten fragment daje powód sądzić, że kolonizacja Ziemi nie zakończy się powodzeniem. Ziemianie nie opracowali jeszcze technologii silników samonapędzajacych się śniegiem, ale taka relacja, którą zdaje poeta-kosmita, może odstraszyć obcych, którzy nabiorą fałszywego mniemania na temat technologii ziemskich. W kolejnych kosmicznych wierszach z tomiku „Rdza”, badacze Area 51 i 1/8 odkryli opis Ziemi w erze pokolonizacyjnej, kiedy zostanie opanowana przez rasę obcych. W związku z tym, że ziemskie wyobrażenia na temat tego, co kosmici mogą zrobić z niebieskiej planety pozostaną zawsze obciażone błędem antropomorfizacji, badacze z DUP-y postuluja, by sens kolejnych fragmentów rozumieć literalnie. I tak: rzeki po kolonizacji nie będą rzekami, a spojrzenia spojrzeniami, ale:

rzeka napełni spojrzenie

[olcha]

Pojawią się także niezwykłe drzewa:

drzewa mają gęsią skórkę.

[santero]

Nawet dobowe cykle dnia i nocy zmienią się:

WIECZÓR SKRAPLA OPOWIESC W ZIARNISTY OSAD FOTOGRAFII

Czaple nie będą jadły ryb, tylko:

czapla przynosi /odrobinę świtu,

a:

z książek rosną grzyby na cienkich / nóżkach, owady mówią językiem / mlasków i jest piołun, ołów w łodygach

[łowy na żelaznego Jana]

W ogóle wszystko będzie inne na skutek promieniowania ze statków obcych. Najgorsze będą jednak temperatury ujemne:

przymrozek / skalpuje drzewa

[Głębiny]

Oczywiście można jeszcze długo wyłuskiwać kosmiczne zdania kosmicznego poety z kosmicznego tomu o kosmicznej rdzy, która w domyśle pokrywa statki kosmiczne eskadry Aliensów a następnie redukować je do absurdu. Wszak tu tylko absurd wydaje się być jedyną możliwa redukcją. Można też zadać pytanie: po co ten cały kosmos? Czy po to – jak dowodzą dupolodzy – by ułatwić pozaziemskim istotom kolonizację niebieskiej planety, a może przedstawione tu kody są desperacką próbą skontaktowania się Przemysława Owczarka z odbiorcą.

Owczarek jako poeta, który wyciąga żarzący się palec wskazujący w stronę czytelnika może jedynie bawić. I choćby nie wiem jak głośno wołał: „Przemek chce byś słuchał!”, to i tak tego poważnie brać nie sposób. Chyba że trafi na kogoś, kto nie tylko słyszy głosy z kosmosu, ale także złowieszcze, zwiastujace rychłą zagładę gatunku homo sapiens sapiens „łkanie tapicerek” [virgo]. W takim przypadku poeta może liczyc na 1000 % empatię.


Tekst pochodzi z książki Marka Trojanowskiego Etyka i poetyka, t. II, internet 2009.