Poezja: Robert Rutkowski ŁOWIENIE SPOD LODU
kaliban
Pro. I pitied thee,
Took pains to make thee speak, taught thee each hour
One thing or other: when thou didst not, savage,
Know thine own meaning, but wouldst gabble like
A thing most brutish, I endow'd thy purposes
With words that made them known: but thy vile race
Though thou didst learn, had that in 't which good natures
Could not abide to be wth; therefore wast thou
Deservedly confin'd into this rock,
Who hadst deserv'd more than a prison.
Cal. You thought me language, and my profit on 't
Is, I know how to curse: the red plague rid you,
For learning me your language!
Shakespeare, The Tempest
1. drzewo
najtrudniej
nie widzieć drzewa
ale drzewo
rozumieć
kaliban spotyka swoją myśl
już wypowiedzianą
dawniej
była szczekaniem psa
dźwiękiem łamanych gałęzi
teraz kiedy umie nazwać wszystko
czego potrafi dotknąć
czuje się nieswojo
uboższy
o każde wypowiadane słowo
mówi mało i rzadko
jakby bał się że przestanie istnieć
oddając się przedmiotom
lub tej zdradliwej przestrzeni
między słowami
o której wie jedynie
że istnieje
czasem kiedy myśli
spadają na niego jak drapieżne ptaki
chciałby opuścić ręce
wzruszyć ramionami
ale patrząc na drzewo
rozumie
że powrotu nie ma
2. owoc
żyjąc wśród ludzi
kaliban stopniowo nabierał pewności
że nie różni się od nich
niczym
zwierzę które oswajał w sobie
pragnieniem człowieczeństwa
w istocie okazało się
człowiekiem
od tamtej pory
jego ulubionym zajęciem
stało się
udoskonalanie
własnych rozczarowań
słowa
które dawniej kusiły go przestrzenią
stawały się coraz bardziej duszne
i obce
przestrzeń wypełniła woda
najtrudniej
widzieć drzewo
3. angielskie wyjście
kultura cię oszpeca
— mówili —
pozwól myślom
rozpływać się w ustach
zanim słowem staną
w gardle
chodź po wodzie od drzewa do drzewa
w końcu
wszyscy jesteśmy
niewolnikami
między bogiem
a prawdą
— mówili —
after all
there's always someone
who introduces you
a red herring
strach
mój strach
rozwija się i dojrzewa
razem ze mną
w dzieciństwie
trzymałem go w pudełku
po zapałkach
nocą
nasłuchiwałem
jak rósł
bawiłem się nim
niezdarny szczeniak
nie odstępował mnie
na krok
był przy mnie
kiedy kradliśmy sąsiadowi jabłka z sadu
i kiedy biliśmy się z chłopakami
zza rzeki
później
jego pysk dorósł
do oczu
wyprowadzałem go na spacer
szedł cierpliwie przy nodze
na krótkiej smyczy
czasem uciekał
znikał za rogiem
znaczył teren
beze mnie nie istnieje
myślę że właśnie dlatego
zawsze wraca
nocą
nasłuchuję jak rozpycha ściany
mojego domu
telefon do przyjaciela
radosławowi chudzikowi
jak będziesz niegrzeczny to pójdziesz do piekła
a tam nie ma lekko
diabły są brzydkie i brudne
gotują ludzi w kotłach ze smołą
i kłują widłami
a gdyby tego jeszcze było mało to wszędzie śmierdzi siarką
i tak wyobraź sobie CAŁĄ WIECZNOŚĆ
no — chyba że jesteś niewierzący
to kiedy umrzesz zakopią cię w ziemi gdzie będziesz gnić
aż w końcu zjedzą cię robaki
i tyle twojego
co sobie pożyłeś
jak będziesz miał trochę szczęścia to może trafisz do czyśćca
a tam niewiele lepiej
co prawda nie ma diabłów
ale trochę zalatuje siarką
i męczysz się bracie cholernie
pocieszać może jedynie fakt że jak już swoje odsiedzisz
to mogą wypuścić cię do nieba
ale nikt nie wie kiedy jest to już
i to jest chyba w tym wszystkim najgorsze
no — chyba że jesteś niewierzący
to kiedy umrzesz zakopią cię w ziemi gdzie będziesz gnić
aż w końcu zjedzą cię robaki
i tyle twojego
co sobie pożyłeś
ale za to jak będziesz grzeczny — pójdziesz do nieba
a tam bajka
nic nie musisz robić
chyba że chcesz to możesz sobie trochę pośpiewać w chórze
wysypiasz się i nigdy nie jesteś głodny
ciuchy masz zawsze czyste i wyprasowane
chodzisz bracie rozanielony ze wszystkimi których kochałeś za życia
i w ogóle jest tak pięknie
że hej
no — chyba że jesteś niewierzący
to kiedy umrzesz zakopią cię w ziemi gdzie będziesz gnić
aż w końcu zjedzą cię robaki
i tyle twojego
co sobie pożyłeś
a teraz wybieraj
zostały ci dwa koła ratunkowe
pół na pół i pytanie do publiczności
tego drugiego nie polecam
publiczność może być podkupiona
Krzesło
Wierzę w Krzesło, w którym zawsze znajduję oparcie. Jego stałość jest pewna, a prostota, wolna od niedomówień, nie pozostawia miejsca na demagogię.
Odkąd wyszedłem do ludzi z dobrą nowiną, wyśmiewają i szydzą z mojej wiary. W czym jest gorsza od innych, pytam, jeśli dzięki niej nie odczuwam tak dotkliwie ciągłego bólu w krzyżu?
Na każdym kroku ludzie, których nawet nie znam obrażają moje uczucia religijne. Dość tego! — krzyczę. — Od tej pory ktokolwiek użyje słowa Krzesło nadaremno, odpowie za to przed sądem.
Jestem święcie przekonany, że każdego czeka Krzesło Ostateczne, na którym wszystko będzie mu policzone.
Ale, oczywiście, dla sądu to żaden dowód.
***
nie wierzę poezji
która zostawia po sobie
jedynie popiół
i puste butelki po wódce
nie wierzę
upozowanym rimbaudom
z ostrym makijażem
nieprzespanych nocy
nie wierzę tym
którzy chodząc po kruchej tafli lodu
mówią
że chodzą po wodzie
poezja
to łowienie spod lodu
Wiersze pochodzą ze zbioru Łowienie spod lodu, Stowarzyszenie Literacko-Artystyczne Fraza, Rzeszów 2008.
Recenzja: Bożena Keff UTWÓR O MATCE I OJCZYŹNIE
Autor: Marek Trojanowski HISTORIAMOICHNIEDOLI.PL
Bożena Keff zanim stała się publicystką, badaczką literatury w Żydowskim Instytucie Historycznym im. Emanuela Ringelbluma, krytyczką filmową, tłumaczką, poetką, działaczką społeczną była zapewne – jak każda kobieta – szczęśliwą mężatką. I trwałaby w szczęściu i miłości, gdyby nie ten dzień – jeden dzień, w którym to mąż na obiad zażyczył sobie bigos.
Zakochana i szczęśliwa żona kupiła wszystkie składniki. Te niezbędne, potrzebne oraz te, które do bigosu się nie nadają. Po kilku godzinach spędzonych przy garach powstał niezwykły bigos. Oprócz kapusty, mięsa w potrawie połyskiwały do połowy rozpuszczone landrynki owocowe, które świetnie kontrastowały z brokułami na tle gotowanych na twardo jaj, które kucharka także do potrawy dodała. Bigos ten, co może wydawać się niezwykłe zagęszczony został zasmażką z dodatkiem rodzynek i orzeszków ziemnych. Ta mieszanina miała w zamierzeniu złamać silny odór kokosu.
Reakcja męża upewniła kobietę, by rzuciła gary i oddała mniej ambitnym zajęciom tak jak pisanie wierszy. Okazało się jednak, że kobieta jest taką samą poetką jak kucharką.
Sztuka kulinarna jest sztuką wyobraźni. Smak i potrawę należy sobie najpierw wyobrazić. Aromat chilli i czekolady połączyły się najpierw w głowie geniusza, dopiero później w miedzianym kociołku podgrzewanym na parze. Podobnie rzecz ma się z wierszami.
W 2008 r., Bożena Keff przy współudziale Korporacji Ha!art wydała tomik pt. „Utwór o Matce i Ojczyźnie”. W dziele tym objawił się kunszt kucharsko-literacki Bożeny.
W celu ugotowania tomiku poetka wzięła wszystko, co znalazła w TV Polsat, TVN, na regale z książkami, na szafce z gazetami, w domowym zbiorze DVD.
Są tu m.in.:
Lara Croft, Żydowski Instytut Historyczny, biedna kobieta, rodzona matka, Frodo, Kora, Kronos, komuna, „Polityka”, Polański i jego „Pianista”, Żyd, Alien, Ripley, Adolf Hitler, Nosferatu, solidarność, KOR, Rakowski, Urban, internowany mąż, Werner Herzog, Klaus Kinsky.
Jak widać prawdziwe bogactwo, świadczące o wyjątkowości zaplecza intelektualno-estetycznego, z którego czerpie poetka Bożena Keff.
Poetka, by nadać tekstom pewien wyraz dodaje tu i ówdzie „kurwę” albo „kurwę flaka” [nie wiem co to, ale ufam doświadczonej kobiecie-artystce, że wie o czym pisze]. Czasami w tekście można przeczytać zwykłe: „pocałuj mnie w dupę”. Dla przykładu:
Ty zdrajczyni! Ty zbawicielsko Moja!
Czemu mnie opuszczasz w tej dolinie
Padlinie. Zamiast trwać tu przy mnie
I słuchać jak we mnie burczy flak, przelewa się moje życie wewnętrzne
Z nieszczęścia w nieszczęście, którego jesteś powołana być świadkiem
Korusiu srusiu!
I nie ma dla ciebie innych powołań
kurwa flak!
[pieśń Meter. Ty zdrajczyni]
Albo:
Struchlałe ze strachu stoi zamarłe z opuszczenia, jelita żołądek serce
ścięte w lodowaty supeł,
na twarzy krzywy uśmieszek ironii wobec tej kretynki
który już jej zostanie na lata jako znak wyższej inteligencji
i ogólnego pocałuj mnie w dupę
[przyszła pora, gdy córka]
Tomik ma osobliwy układ formalny. Podzielony został na kilka części. Każda opatrzona została tytułem. Ale próżno szukać w książce spisu treści, który ułatwiłby orientację w gmatwaninie różnej rangi nagłówków.
Mała uwaga dla wydawnictwa: natychmiast zwolnić osobę odpowiedzialną za typografię.
Wydawca zamiast spisu treści umieścił na końcu książki siedemnastostronicową analizę bigosu poetyckiego Bożeny Keff, pod którą podpisały się:
Maria Janion
Izabela Filipiak
Która z pań pisała a która dyktowała? – Tego się nie dowiadujemy z analizy. Dowiemy się natomiast, że:
„matka z Utworu o Matce i Ojczyźnie jest polską Żydówką, która jedyna z całej rodziny przeżyła Holokaust”.
Na tym poziomie interpretacji pojawia się pewna nieścisłość. Być może jest ona skutkiem nieuwagi, może prowokacją. Trudno o tym przesądzić. W każdym razie Janion & Filipiak pomijają motyw ósmego pasażera Nostromo. Motyw istoty obcej – kosmicznego szkodnika z wysuwaną szczęką i kwasem zamiast krwi nie może zostać pominięty w analizie poezji Bożeny Keff. W wierszu „Statek Nostromo” czytamy:
Dekadę później bunty zeszły głęboko pod glebę
rodzinnego życia, które zapanowało jako wybawienie od rodzinnego/
życia.
Ripley jest teraz dorosła, wiele się zmieniło lecz w sumie niewiele,
a poza tym świetnie
się toczy życie na pokładzie rodzinnego statku. Alien jest w składzie/
załogi.
[Statek Nostromo]
„Alien w składzie załogi” pojawia się na 26. stronie tomiku. Do końca książki, czyli przez pięćdziesiąt trzy strony nie zaatakuje on „matki z Utworu o Matce i Ojczyźnie”. Dlatego też uzasadnione będzie rozszerzenie interpretacji Janion & Filipiak:
matka z „Utworu o Matce i Ojczyźnie” jest polską Żydówką, która jedyna z całej rodziny przeżyła Holokaust oraz atak Aliena, ósmego pasażera Nostromo.
Panie Janion & Filipiak mimo podjętego trudu (częstotliwość używania fraz: „Żydówka matka, Holocaust” – jest w tej kilkunastostronicowej analizie imponująca), nie są wstanie przekonać czytelnika, że lektura tomiku Bożeny Keff to przygoda z literackim bigosem, do którego autorka wrzuciła wszystko co miała w swojej literackiej kuchni.
Połączenie na jednej przestrzeni literackiej – a tak jest przecież odbierany tomik – tolkienowskiego Hobbita z Mieczysławem Rakowskim jest piramidalnym głupstwem, z którym może się równać tylko koktajlowa kombinacja wędzonej szprotki z truskawkami i winem za 4,50 zł za butelkę.
Bożena Keff, Utwór o Matce i Ojczyźnie, Korporacja Ha!art, Kraków 2008.
Bożena Keff zanim stała się publicystką, badaczką literatury w Żydowskim Instytucie Historycznym im. Emanuela Ringelbluma, krytyczką filmową, tłumaczką, poetką, działaczką społeczną była zapewne – jak każda kobieta – szczęśliwą mężatką. I trwałaby w szczęściu i miłości, gdyby nie ten dzień – jeden dzień, w którym to mąż na obiad zażyczył sobie bigos.
Zakochana i szczęśliwa żona kupiła wszystkie składniki. Te niezbędne, potrzebne oraz te, które do bigosu się nie nadają. Po kilku godzinach spędzonych przy garach powstał niezwykły bigos. Oprócz kapusty, mięsa w potrawie połyskiwały do połowy rozpuszczone landrynki owocowe, które świetnie kontrastowały z brokułami na tle gotowanych na twardo jaj, które kucharka także do potrawy dodała. Bigos ten, co może wydawać się niezwykłe zagęszczony został zasmażką z dodatkiem rodzynek i orzeszków ziemnych. Ta mieszanina miała w zamierzeniu złamać silny odór kokosu.
Reakcja męża upewniła kobietę, by rzuciła gary i oddała mniej ambitnym zajęciom tak jak pisanie wierszy. Okazało się jednak, że kobieta jest taką samą poetką jak kucharką.
Sztuka kulinarna jest sztuką wyobraźni. Smak i potrawę należy sobie najpierw wyobrazić. Aromat chilli i czekolady połączyły się najpierw w głowie geniusza, dopiero później w miedzianym kociołku podgrzewanym na parze. Podobnie rzecz ma się z wierszami.
W 2008 r., Bożena Keff przy współudziale Korporacji Ha!art wydała tomik pt. „Utwór o Matce i Ojczyźnie”. W dziele tym objawił się kunszt kucharsko-literacki Bożeny.
W celu ugotowania tomiku poetka wzięła wszystko, co znalazła w TV Polsat, TVN, na regale z książkami, na szafce z gazetami, w domowym zbiorze DVD.
Są tu m.in.:
Lara Croft, Żydowski Instytut Historyczny, biedna kobieta, rodzona matka, Frodo, Kora, Kronos, komuna, „Polityka”, Polański i jego „Pianista”, Żyd, Alien, Ripley, Adolf Hitler, Nosferatu, solidarność, KOR, Rakowski, Urban, internowany mąż, Werner Herzog, Klaus Kinsky.
Jak widać prawdziwe bogactwo, świadczące o wyjątkowości zaplecza intelektualno-estetycznego, z którego czerpie poetka Bożena Keff.
Poetka, by nadać tekstom pewien wyraz dodaje tu i ówdzie „kurwę” albo „kurwę flaka” [nie wiem co to, ale ufam doświadczonej kobiecie-artystce, że wie o czym pisze]. Czasami w tekście można przeczytać zwykłe: „pocałuj mnie w dupę”. Dla przykładu:
Ty zdrajczyni! Ty zbawicielsko Moja!
Czemu mnie opuszczasz w tej dolinie
Padlinie. Zamiast trwać tu przy mnie
I słuchać jak we mnie burczy flak, przelewa się moje życie wewnętrzne
Z nieszczęścia w nieszczęście, którego jesteś powołana być świadkiem
Korusiu srusiu!
I nie ma dla ciebie innych powołań
kurwa flak!
[pieśń Meter. Ty zdrajczyni]
Albo:
Struchlałe ze strachu stoi zamarłe z opuszczenia, jelita żołądek serce
ścięte w lodowaty supeł,
na twarzy krzywy uśmieszek ironii wobec tej kretynki
który już jej zostanie na lata jako znak wyższej inteligencji
i ogólnego pocałuj mnie w dupę
[przyszła pora, gdy córka]
Tomik ma osobliwy układ formalny. Podzielony został na kilka części. Każda opatrzona została tytułem. Ale próżno szukać w książce spisu treści, który ułatwiłby orientację w gmatwaninie różnej rangi nagłówków.
Mała uwaga dla wydawnictwa: natychmiast zwolnić osobę odpowiedzialną za typografię.
Wydawca zamiast spisu treści umieścił na końcu książki siedemnastostronicową analizę bigosu poetyckiego Bożeny Keff, pod którą podpisały się:
Maria Janion
Izabela Filipiak
Która z pań pisała a która dyktowała? – Tego się nie dowiadujemy z analizy. Dowiemy się natomiast, że:
„matka z Utworu o Matce i Ojczyźnie jest polską Żydówką, która jedyna z całej rodziny przeżyła Holokaust”.
Na tym poziomie interpretacji pojawia się pewna nieścisłość. Być może jest ona skutkiem nieuwagi, może prowokacją. Trudno o tym przesądzić. W każdym razie Janion & Filipiak pomijają motyw ósmego pasażera Nostromo. Motyw istoty obcej – kosmicznego szkodnika z wysuwaną szczęką i kwasem zamiast krwi nie może zostać pominięty w analizie poezji Bożeny Keff. W wierszu „Statek Nostromo” czytamy:
Dekadę później bunty zeszły głęboko pod glebę
rodzinnego życia, które zapanowało jako wybawienie od rodzinnego/
życia.
Ripley jest teraz dorosła, wiele się zmieniło lecz w sumie niewiele,
a poza tym świetnie
się toczy życie na pokładzie rodzinnego statku. Alien jest w składzie/
załogi.
[Statek Nostromo]
„Alien w składzie załogi” pojawia się na 26. stronie tomiku. Do końca książki, czyli przez pięćdziesiąt trzy strony nie zaatakuje on „matki z Utworu o Matce i Ojczyźnie”. Dlatego też uzasadnione będzie rozszerzenie interpretacji Janion & Filipiak:
matka z „Utworu o Matce i Ojczyźnie” jest polską Żydówką, która jedyna z całej rodziny przeżyła Holokaust oraz atak Aliena, ósmego pasażera Nostromo.
Panie Janion & Filipiak mimo podjętego trudu (częstotliwość używania fraz: „Żydówka matka, Holocaust” – jest w tej kilkunastostronicowej analizie imponująca), nie są wstanie przekonać czytelnika, że lektura tomiku Bożeny Keff to przygoda z literackim bigosem, do którego autorka wrzuciła wszystko co miała w swojej literackiej kuchni.
Połączenie na jednej przestrzeni literackiej – a tak jest przecież odbierany tomik – tolkienowskiego Hobbita z Mieczysławem Rakowskim jest piramidalnym głupstwem, z którym może się równać tylko koktajlowa kombinacja wędzonej szprotki z truskawkami i winem za 4,50 zł za butelkę.
Bożena Keff, Utwór o Matce i Ojczyźnie, Korporacja Ha!art, Kraków 2008.
Recenzja: Olga Tokarczuk PROWADŹ SWÓJ PŁUG PRZEZ KOŚCI UMARŁYCH
Autor: Wioletta Sobieraj
Znana i ceniona polska pisarka, najczęściej tłumaczona i wydawana za granicą, napisała kolejną powieść. Tym razem, jak sama ją nazywa, jest to thriller moralny. I rzeczywiście – trudno odmówić autorce racji, ale w zupełnie innym kontekście, niż by sobie tego sama życzyła. Z kartek jej książki, owszem, wieje grozą, niestety nie z powodu sprawnie poprowadzonej akcji, pełnej mrocznych meandrów i zwrotów, tajemniczej atmosfery, barwnych, pełnokrwistych postaci, bo te zdecydowanie wypadły blado, ale z powodu braku rzemieślniczych umiejętności w konstruowaniu takich powieści, a określenie „moralny” zakrawa na kpinę, zwłaszcza w odniesieniu do działań głównej bohaterki – Janiny Duszejko – obrończyni zwierząt i jedynej sprawiedliwej na całym Płaskowyżu w Kotlinie Kłodzkiej z licencją na…, ale na co – to zostawiamy już dociekliwemu czytelnikowi, który niezrażony tą recenzją postanowi przeorać się przez to kuriozalne dzieło.
W swojej powieści autorka postanowiła rozprawić się przede wszystkim z myśliwymi, którzy to osobnicy znajdują przyjemność w zabijaniu zwierząt. Uważam, że temat jest ważny i godny dobrego pióra. Doskonale pamiętamy świetne opowiadanie Bohumila Hrabala „Najpiękniejsze oczy” z tomu „Święto przebiśniegu” – kilkustronicowe, bezpretensjonalne i arcywzruszające, w którym poznajemy krótką historię życia sarny, z jej punktu widzenia. Nie jest to ani „thriller”, ani tym bardziej „moralny”, za to genialna miniatura literacka. Po przeczytaniu tego opowiadania los zwierząt na pewno staje się bliski, a wrogość do myśliwych rośnie – ich postępowanie podlega jednoznacznej ocenie. Natomiast w powieści Olgi Tokarczuk stykamy się ze zwierzętami już nieżyjącymi albo ogarniętymi żądzą zemsty – jedno i drugie w schematycznym ujęciu i nie robi wrażenia; bohaterce giną dwa psy, które do tej pory biegały bezpańsko po całej okolicy, co nie budziło jej obaw o życie dzikich zwierząt, a chyba nie trzeba wielkiego intelektu, żeby wiedzieć, jakie zagrożenie dla zwierzyny stanowią psie włóczęgi. Ta obrończyni zwierząt, niestety, niewiele o nich wie. Na przykład beztrosko wypuszcza hodowlane lisy na wolność. Tylko jak one na tej wolności mają przeżyć? Nie wiadomo. Zoologiczną ignorancję autorka próbuje zastąpić skrupulatnie zebranymi wiadomościami o procesach wytoczonych w przeszłości naszym braciom mniejszym. W jednym z listów do policji, jakie pisze główna bohaterka, czytamy m.in. o pszczołach, które w 846 roku w Wormacji zostały skazane na śmierć przez uduszenie, za to, że pozbawiły człowieka życia. W innym procesie pozwano szczury, które jednak uniewinniono z powodu niemożności zapewnienia im bezpieczeństwa przy doprowadzeniu na salę rozpraw. Ten ostatni precedens miałby przemawiać na korzyść saren, które, według bohaterki, zabijają bezdusznych myśliwych i, co więcej, mają do tego prawo! Szkoda, że tak ważny moralnie temat został potraktowany z jednej strony ze zbędną historyczną skrupulatnością, a z drugiej z brakiem elementarnej wiedzy o zwierzętach. Zdecydowanie zabrakło w powieści ducha, który ożywiłby zarówno wydarzenia, jak i papierowe postacie.
Teraz przyjrzyjmy się Janinie Duszejko – narratorce i bohaterce w jednym. W zamierzeniu Olgi Tokarczuk jest zapewne postacią pozytywną, a może nawet alter ego samej autorki. Janina Duszejko to kobieta pięćdziesięcioparoletnia, obarczona wieloma wadami, aż chciałoby się powiedzieć ludzki z niej człowiek – sam niedoskonały i tak pięknie rozgrzeszający innych. W pierwszym zdaniu dowiadujemy się, że bohaterka z powodu wieku powinna wieczorami porządnie myć nogi, na wypadek, gdyby w nocy miało zabrać ją pogotowie. Niestety, nie wiemy, czy to robi, ale poznając ją bliżej i jej głęboką niechęć do higieny (brudne paznokcie u rąk, niemycie zębów i nieprzebieranie się przed snem, bałagan w domu, w którym nie można nic znaleźć) dochodzimy do wniosku, że raczej chodzi spać brudna. Jedyne odstępstwo czyni raz w tygodniu na rzecz czystego ubrania (nie mylić z czystym ciałem), makijażu i staranniejszej fryzury – wtedy idzie do pracy do szkoły, gdzie z pełnym zaangażowaniem, w przeciwieństwie do innych nauczycieli, uczy języka angielskiego dzieci do lat dziesięciu – powyżej tego wieku są „bardziej obrzydliwe niż dorośli”, więc traci nimi zainteresowanie, a one z kolei tracą indywidualność, co dla bohaterki jest nie do przyjęcia. Nie bardzo wiadomo, jak to zamiłowanie do ludzkiej indywidualności ma się z inną jej teorią, że „trzeba mówić ludziom, co mają myśleć, nie mam innego wyjścia, inaczej zrobi to kto inny”. I tu ujawnia się kolejna cecha pani Duszejko, a może i całej powieści Olgi Tokarczuk – brak konsekwencji i nierozumienie rzeczywistości. Pierwszy z brzegu przykład: w jednej ze scen kobieta parzy czarną herbatę dla siebie i gościa (ortodoksyjnie pija tylko czarną, jakby inne szkodziły), ale w efekcie podaje kawę; mieszka na odludziu, w otoczeniu gór i lasów, i dziwi się, że sarny zimą podchodzą blisko pod ludzkie siedziby; według niej śnieg najszybciej topnieje w lesie (pani Duszejko, inżynier od budowy dróg i mostów, oprócz języka angielskiego, uczyła kiedyś również geografii), a zaorana ziemia zimą jest cieplejsza od tej porośniętej trawą. Wiele tam podobnych problemów, w sam raz dla czwartoklasisty. Prawda, że wieje grozą?
Olga Tokarczuk obdarza swoją bohaterkę „syndromem Leniwej Wenus” (pani Duszejko zaniedbuje się i ponoć nie wykorzystuje swoich możliwości) i jednocześnie każe jej działać pod wpływem Gniewu. Gniew to uczucie, które doczekało się w powieści teoretycznej wykładni. Dowiadujemy się, że dzięki niemu umysł staje się jasny i przenikliwy i widzi się więcej; z Gniewu bierze się wszelka mądrość, On zaprowadza porządek i przywraca dar Jasności Widzenia. Nic, tylko wynieść gniew jako kategorię moralną do rangi najwyższej wartości. Ale owa teoria gniewu dotyczy tylko głównej bohaterki, bo gniew innych bohaterów – jest niesłuszny. Jedynie wobec niej sprawdza się to, co mówi „nasz Blake” (kilkakrotnie czytamy o naszym Blake’u, tylko nie wiemy, jakiej części wtajemniczonych czytelników ta naszość dotyczy): „prawdą jest, że kto czuje gniew, a nie działa, szerzy zarazę”, więc Janina Duszejko, nie mając innego wyjścia, działa. Działa w imię obrony praw zwierząt, a właściwie przeistacza się w anioła zemsty, chociaż anioły nie cieszą się jej przychylnością, bo według niej, jeżeli istnieją, to albo zrywają z nas (ludzi) boki ze śmiechu, albo stoją po niewłaściwej stronie. Niestety, ten powieściowy Gniew ma wymiar jedynie teoretyczny, jest blady jak świeżo umyte nogi Janiny Duszejko. My czytelnicy zupełnie go nie czujemy.
Po niewłaściwej stronie, w świecie Janiny Duszejko, stoi również Bóg, bo świat nie został stworzony dla człowieka, ku jego wygodzie i przyjemności – jak stwierdza pani inżynier w pewien zimowy poranek. Poza tym Bóg nie byłby w stanie unieść takiego cierpienia (ta kategoria dotyczy w powieści jedynie zwierząt, ludzi pomijamy), „tylko maszyna byłaby w stanie udźwignąć cały ból świata. Tylko maszyneria prosta, efektywna, sprawiedliwa. Więc słowo »Bóg« biorę w cudzysłów” – odważnie wyznaje orędowniczka braci mniejszych, z pominięciem jednak żab. Żaby są paskudne – „obrzydliwa jest ta siła, która kazała wchodzić Żabom jedne na drugie i bez końca kopulować w stawie Matogi”. Czyżby ta obrzydliwa siła to cudzysłowowy Bóg? To z pewnością kolejny argument przemawiający za tym, że ta książka to swoiście pojmowany thriller moralny. Jeśli chodzi o akt kopulacji zwierząt, do których i człowiek się zalicza, to przychodzą mi do głowy jeszcze psy, tak bezczelnie uprawiające ten niecny proceder na oczach wszystkich. Ale Olga Tokarczuk w tej kwestii zachowuje daleko posuniętą czujność – w powieści swobodnie biegają tylko suki, a te, jak wiadomo, na siebie seksualnie nie nastają. Natomiast ludzie zabawiają się pod kołdrą, tak jak Janina Duszejko. Robiła to już z protestantem i z katolikiem, ale najwyraźniej ci mężczyźni się nie sprawdzili – szczęśliwie, kolejny okazał się ateistą, nie wiemy, czy żonatym. Zaprosiła go pod kołdrę, ale „ponieważ nie jestem Czułostkowa ani Sentymentalna” – mówi – „nie będę się nad tym dalej rozwodzić”. Pewnie dobrze było – zgadujemy, i cieszy czytelnika, że w sumie można dopuszczać się tych żabich „obrzydliwości”, byle nie z katolikiem czy protestantem (bo to marni kochankowie); grunt, żeby po cichutku i pod kołderką. Amen. Ot, thriller moralny rozgrywający się w łóżku emerytowanej pani inżynier.
Gniew, poparty cytatami z Williama Blake’a, przywodzącymi na myśl dawne makatki z ludowymi mądrościami (np.: „Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść”, albo – „Na świętego Hieronima jest śnieg albo go ni ma”, w powieści zaś czytamy: „Beczenie, Wycie, Ryk, Szczekanie/ To jak o pomoc łomotanie”, albo: „Wypytujący z chytrą miną siedzi. Sam jednak nigdy nie zna odpowiedzi”) miał usprawiedliwiać działania pani Duszejko. Natomiast Astrologia miała ją w tych działaniach wspierać. Astrologia, oczywiście pisana w powieści przez wielkie A, kładzie się cieniem na całym świecie przedstawionym, można nawet zaryzykować twierdzenie, że nie Janina Duszejko, nie bezbronne zwierzęta, słuszny czy niesłuszny Gniew, tylko właśnie Astrologia jest w tej powieści najważniejsza, że wszystko zostało jej podporządkowane – krótko mówiąc, jest to pean na jej cześć. Wyjątkowa nadgorliwość Olgi Tokarczuk w podejściu do astrologii powoduje, że owa pseudonauka przeradza się mimochodem we własną karykaturę. Na stronie 72 po długim wywodzie na temat astrologii, działającej narkotycznie na swoich adeptów, czytamy: (…) „najmniejszy nawet fragment świata związany jest z innym skomplikowanym Kosmosem korespondencji, które trudno jest przeniknąć zwykłemu umysłowi. Tak to działa. Niczym japońskie auto”. Prawda, że to japońskie auto chwyta za serce, zważywszy, że Janina Duszejko swój samochód (japoński!) nazywa pieszczotliwie Samurajem i czuje się z nim emocjonalnie bardzo związana? Ów samochód wie, kiedy się zatrzymać, co ominąć, kogo obryzgać błotem: „Jest to pewna lojalność. Jak się żyje razem tyle czasu i jest się na siebie nawzajem zdanym, rodzi się coś w rodzaju przyjaźni”. I tu uważnemu czytelnikowi przychodzi do głowy kolejna myśl. Jak to się dzieje, że bohaterka, która nienawidzi piły czy kosiarki do trawy, bo to zbrodnicze narzędzia, tak roztkliwia się nad samochodem? Przecież tyle zwierząt i ludzi (chociaż o ludzi w tym thrillerze moralnym mniejsza) ginie każdego dnia pod kołami samochodów. Ale widać ten aspekt moralny umknął uwadze autorki, zresztą nie pierwszy i nie ostatni.
Ustępów poświęconych astrologii w powieści jest bardzo dużo, więc zainteresowanych odsyłam bezpośrednio do książki, uprzedzając, że i tak miejscami albo są nudne, albo niewiele można z tego zrozumieć bez podstawowej wiedzy z tej dziedziny. Ufamy jednak, że Olga Tokarczuk wie, o czym pisze, bo konsultowała się z Leszkiem Weresem (informuje o tym na końcu książki), polskim autorytetem od czytania przyszłości w gwiazdach. A jeśli ktoś poczuje się zażenowany swoją ignorancją w tym zakresie, to proszę się nie martwić, i o to Olga Tokarczuk zadbała, przypominając czytelnikowi co jakiś czas o Najważniejszej Książce pod Słońcem, mianowicie o „Efemerydach planet. 1920 – 2020” (pozwalamy sobie złośliwie zauważyć, że pachnie to kryptoreklamą). Janina Duszejko wyznaje, że właśnie „Efemerydy” wzięłaby na bezludną wyspę i za pomocą suwaka logarytmicznego stawiałaby horoskopy na lewo i prawo. Pytanie – komu? – pozostaje bez odpowiedzi. Ale póki nie jest na bezludnej wyspie – uwaga: „bez dotacji unijnych”! prowadzi badania nad datami urodzin i śmierci, a że datę swojej śmierci zna, czuje się kobietą wolną. I korzysta z tej wolności, wulgaryzując swoimi działaniami w słusznej sprawie słynne Kantowskie zdanie: niebo gwiaździste nade mną, a prawo moralne we mnie. Drugi teren jej poważnych badań to analiza wpływu gwiazd na programy telewizyjne: „Tym razem uważnie analizowałam program telewizyjny możliwie największej liczby kanałów i badałam współzależności między treścią filmów wyświetlanych danego dnia a konfiguracją Planet. Wzajemne związki były bardzo wyraźne i wydawały się oczywiste. (…)Zauważyłam na przykład, że pewien film o tytule „Medium”, bardzo poruszający i dziwny, pojawiał się w telewizji, kiedy tranzytujące Słońce wchodziło w jakiś aspekt do Plutona i Planet w Skorpionie. (…) Podobne prawidłowości udało mi się zaobserwować w przypadku serii filmów o Obcym, tym statku kosmicznym. Tutaj wchodziły w grę subtelne zależności między Plutonem, Neptunem i Marsem. Gdy tylko Mars aspektował jednocześnie te dwie powolne Planety, telewizja powtarzała którąś część „Obcego’. Czy to nie fascynujące?” Aha, i jeszcze jedno – bohaterka postuluje wprowadzenie astrologii do szkół policyjnych! Co tak nieśmiało?! A może do szkół w ogóle! Taka astrologia mogłaby z powodzeniem zastąpić znienawidzoną historię, fizykę czy geografię. Jednak coś za coś – suwak logarytmiczny bezwzględnie do opanowania i na dodatek matematyka. Na szczęście o obowiązkową matematykę na maturze zadbały już władze oświatowe, więc pierwszy krok zrobiony.
Niestety, na drodze głównej bohaterki stoi znienawidzona Ironia; wydaje się groźniejsza nawet od myśliwych. Postacie negatywnie postrzegane przez Janinę Duszejko albo uśmiechają się ironicznie, albo ironicznie mrużą oczy (jak wredny kłusownik po śmierci), albo mówią sarkastycznie i od razu wiemy, że mamy do czynienia z wrogimi, demonicznymi siłami. „Tego najbardziej nie lubię u ludzi – zimnej ironii. To bardzo tchórzliwa postawa; wszystko można obśmiać, poniżyć, w nic się nigdy nie zaangażować, z niczym nie poczuć się związanym”. W tym miejscu pozwalamy sobie zauważyć, że pani Duszejko, alter ego(?) Olgi Tokarczuk, myli ironię z cynizmem. A potępiając w czambuł ironistów za ich podły język, za „triwia i banalia”, potępia niemałą część literatury, zarówno polskiej jak i światowej. Ot, pierwsze z brzegu przykłady: Słowacki, Norwid, Prus, Reymont, Witkacy, Gombrowicz, a nawet Szymborska (ale to jeszcze ciepła ironistka, więc może jest w porządku). W powieści słyszymy dużo o tym, jak to u naszych południowych sąsiadów jest dobrze, ludzie mili i przyjaźnie nastawieni. Tak, na szczęście tacy ironiści, jak Karel Čapek i Jarosław Hašek już nie żyją. I rzeczywiście, gdyby tak odchudzić historię literatury światowej o Arystofanesów, Horacych, Dickensów itd. gwiazda Olgi Tokarczuk zajaśniałaby pełnym blaskiem na literackim nieboskłonie.
Mimo to Olga Tokarczuk robi wyraźny ukłon w stronę ironistów – chociaż nie lubi, to do końca nie lekceważy. Więc żeby nie narzekali, że w jej thrillerze brakuje elementów prawdziwej grozy, wprowadza do swojej powieści demony, które Janina Duszejko bezbłędnie rozpoznaje po zarośniętych włosami stopach. Stopy także doczekały się gruntownych badań i równie gruntownej teorii: „Stopy są najbardziej intymną i osobistą częścią ciała, wcale nie genitalia, nie serce” – czytamy w książce – „nie mózg, narządy bez istotnego znaczenia” (sic!), „które zbyt wysoko się ceni. To w stopach kryje się cała wiedza na temat Człowieka, tam spływa z ciała ważki sens tego, kim naprawdę jesteśmy i jak odnosimy się do ziemi. Stopy to są nasze wtyczki do kontaktu. A teraz te nagie stopy były dla mnie dowodem jego innego pochodzenia. Nie mógł być Człowiekiem. Może był czymś w rodzaju demona. Istoty demoniczne inaczej pieczętują ziemię”. Pani Duszejko oczywiście ma znacznie większy pakiet „genialnych” teorii, którymi chętnie dzieli się z czytelnikiem, ale przecież naszym zadaniem nie jest psucie mu przyjemności w ich poznawaniu.
Na zakończenie pozwolimy sobie zrobić jeszcze kilka uwag. Postać Janiny Duszejko wydaje się być skrojona na wyraźne czytelnicze zamówienie – starsza kobieta, nie pozbawiona wad, ale i „cennych” zainteresowań astrologią, żyjąca za pan brat z telewizją. Telewizja ją uspokaja (oj, bałamutne stwierdzenie!), dzięki niej kobieta zna numer na policję (zgrabne podkreślenie misyjnej funkcji telewizji, zwłaszcza w okresie wzmożonej batalii o abonament), a do szczęścia potrzebuje jedynie, żeby uruchomiono kanał „TV Wpływy Kosmosu”. Kolorowych czasopism unika, bo wpędzają ją w kompleksy (najprawdopodobniej młodość okładkowych piękności), a poczucie niższości w kontaktach z ludźmi i tak ją prześladuje, więc po co je dodatkowo pogłębiać. My, ze swej strony, myślimy jednak, że z tym poczuciem niższości pani Duszejko trochę nas kokietuje. Przecież nie do każdego nauczyciela podstawówki byli uczniowie zwracają się – „pani profesor”, co, naszym skromnym zdaniem, i w odniesieniu do nauczycieli szkół średnich wypada śmiesznie, ale co tam. Jej słabością są zwierzęta, zwłaszcza psy, więc kiedy giną bez wieści, rozpoczyna się akcja tego pseudothrilleru moralnego, bo prawdziwy thriller moralny to co najwyżej rozgrywa się w głowie bohaterki, którą męczą senne koszmary. Ale i na to Janina Duszejko ma niezawodny patent i w tej jednej jedynej kwestii zupełnie się z nią zgadzamy, i polecamy go poważnej rozwadze wszystkim niezdecydowanym czytelnikom, którym talent Olgi Tokarczuk nie zrobił jeszcze wody sodowej z mózgu, jak telewizja – milionom oglądających ją kobiet (w pewnym wieku): „Stary sposób na senne koszmary jest taki, że trzeba je opowiedzieć na głos nad otworem ubikacji, a potem spuścić wodę”.
Z przykrością stwierdzamy, że na nic innego nie zasługuje również najnowsza powieść o karkołomnym tytule „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, która w naszej ocenie nie jest tworem nieskrępowanej wyobraźni, jak chciałaby autorka, tylko efektem telewizyjnej edukacji (gadające głowy), niedociągnięć warsztatowych i intelektualnej hochsztaplerki, ale to nie dziwi u kogoś, kto zdaje się mieć w pogardzie „głupie i sztywne reguły rozumu,” których niezbyt udany literacki „romans” z Williamem Blake’em nie zastąpi. Chyba, że Oldze Tokarczuk, poza paniami w pewnym wieku, które od urodzenia są przyzwyczajone przyjmować wszystko na wiarę, na innych czytelnikach nie zależy. I w ogóle nie ma większych ambicji, a to zamieszanie wokół niej i wynoszenie jej na szczyty współczesnej polskiej literatury jest jedynie dziełem krytyków, dla których na bezrybiu i rak ryba. Przecież każdemu wolno pisać. Z drugiej strony promowanie zabobonu, ciemnoty, lenistwa, niedouctwa jest zastanawiające – kiedyś z tym „cnotami” walczono. Teraz, w dobie upadającej oświaty, widać coraz śmielej wypływają na wierzch. Szkoda, że w przypadku tej powieści właśnie one mają decydować o czytelniczej atrakcyjności. Przecież nie można nie zauważyć negatywnych skutków takiego zabiegu. Bohaterka nad wyraz szczodrze wyposażona w owe „cnoty” nie jest przekonująca, a do tego, podobnie jak wspomniana wcześniej astrologia, wypada karykaturalnie, z wielką stratą dla tak ważnego społecznie problemu jak mordowanie zwierząt, a jesteśmy głęboko przekonani, że Oldze Tokarczuk na osiągnięciu takiego efektu nie zależało.
Olga Tokarczuk, Prowadź swój pług przez kości umarłych, Wydawnictwo Literackie, Kraków, 2009.
Poezja: Jan Siwmir WIERSZE SUBIEKTYWNIE WYBRANE
Troja
Tomaszowi Sobierajowi
O czym mam wam opowiedzieć,
kiedy tak siedzimy przy stole
pełnym wódki, zakąsek, sernika i tureckich delicji?
Czekacie na wrażenia z podróży,
a ja nie wiem, którą historię wybrać.
O królu Menelaosie, co naiwnie zaufał?
O kawałkach sznura na rękach Heleny?
Parys przecież musiał
skrępować ręce swojej ukochanej,
tak, dla niepoznaki, żeby świat nie mógł
nazwać jej dziwką.
A może chcecie usłyszeć o kolczykach całujących jej uszy,
zdumionych miękkością ciała, szeleszczących na wietrze
jak starożytne dzwoneczki?
Pragnąłem wziąć ją za rękę, zsunąć naszyjnik,
delikatnie dotykając ramion, splątać nasze włosy,
zastąpić słońce liżące rozgrzaną skórę szyi.
Przemknąć wśród jej niedomkniętych powiek
na drugą stronę naszych oddechów, upić się niedosytem
i spełnieniem.
Lecz tylko odwróciłem wzrok, schodząc ze wzgórza,
uciekając od samego siebie w bezpieczne,
sprawdzone marzenia.
Wybaczcie bogowie, stchórzyłem,
bo nie ma już Troi mogącej nas przygarnąć,
nie ma króla Priama.
Co gorsza,
objuczone kamieniami, dyszące zazdrością
greckie wojska zemsty
od wieków czają się w cynicznym uśmiechu
każdego z was.
Efez
W całym kraju powietrze drga echem minionych erupcji.
Pył unoszący się w słońcu zakrywa nagie ciała
zwalniając oddech,
a potem rytmicznie przyspiesza pomiędzy udami.
Falujące powietrze zaczyna rozmywać kształty ruin,
gdzieś słychać miauczenie kota, nawoływania przewodników,
podniesione z irytacji wielojęzyczne głosy .
Tysiące sandałów powtarza tu krok po kroku.
Słyszysz to, nie słysząc jednocześnie.
Otwierasz usta i czekasz aż wchłonie cię żar,
trzymając delikatnie za ramiona.
Przez chwilę czuć słony zapach spalonej w słońcu trawy,
ciepły powiew głodnej od pragnień ziemi.
Nieostrożnym ruchem strącasz
niedawno odkopany kawałek dzbana.
Delikatny stuk zabrzmiał jak dalekie,
antyczne dzwony .
Horyzont rozkołysał się rydwanem w galopie.
Zatrzęsło, zadrżało.
Lecz już po chwili nic nie ma. Odjechał.
Przyciskasz gliniane skorupy do twarzy, kalecząc dłonie
i szeptem dziękujesz za to,
że trzęsienia ziemi wciąż jeszcze są możliwe.
Jan Siwmir, 2009
Recenzja: ODESSA TRANSFER. Reportaże znad Morza Czarnego.
Autor: Tomasz Sobieraj PORTAL KSIĘGARSKI
Antologie, szczególnie te pojawiające się ostatnio na naszym rynku wydawniczym, to byty specyficzne. Wynika to już z samego na nie przepisu: należy zaprosić do udziału w przedsięwzięciu kilku pisarzy znanych, kilku znanych mniej albo nawet całkiem tajemniczych i zaproponować im napisanie tekstu na zadany temat, zwykle jakiś okolicznościowy albo aktualnie modny. Skutek zwykle jest taki, że ci „ważniejsi” – jeśli w ogóle łaskawie się zgodzą – piszą byle co i byle jak, bo przecież są wielcy i każde ich słowo jest jak uniesiona nad głową Mojżesza kamienna tablica. Natomiast pretendenci do sławy dają z siebie wszystko – i czasem ze skutkiem doskonałym. Następnie biorą się za taki produkt zaprzyjaźnieni z wydawcą krytycy, którzy, z właściwą swojej profesji krótkowzrocznością, dostrzegają tylko tych uznanych współautorów, milcząc na temat pozostałych, stanowiących jedynie tło i wypełniacz. Taka ignorancja i niechęć do wszystkiego, co nieznane, niepokojąca u ludzi, którzy podobno pracują umysłowo, prowadzi do skostnienia literatury i jej prowincjonalizacji. Ale to już temat na inną historię.
Istnieją jednak antologie, gdzie zarówno ci wielcy, jak i ci szerzej nieznani autorzy, przedstawiają bez wyjątku najwyższą literacką klasę. Należy do nich Odessa Transfer – zbiór reportaży, esejów i opowieści, których duchem przewodnim jest Morze Czarne i krainy do niego przylegające: miejsca dla Europejczyka z Zachodu, a nawet i dla nas odległe, tajemnicze i baśniowe, owiane legendą i spowite – niekiedy krwawą – przędzą historii i losu, snutą przez Homerowe Klothes bareiai, miejsca pamiętające Owidiusza i Rustawelego, Mickiewicza i Puszkina, a kto wie, może nawet Argonautów i pierwszego prawdziwego podróżnika – Jazona. Współcześni Argonauci, wybrani przez berlińskie wydawnictwo Suhrkamp do literackiej podróży przez Pontos Euksenios – Morze Gościnne, jak je nazywali Grecy w czasach starożytnej kolonizacji jego wybrzeży, to pisarze należący do różnych pokoleń, narodów, kultur, różniący się wykształceniem, bagażem życiowych doświadczeń i wiedzą. Łączy ich region Pontu, czy szerzej – Czarnomorza, dla jednych przyjazny i piękny, dla innych mniej gościnny, często budzący grozę i koszmary przeszłości. Wszyscy jednak ulegli jego magii, niektórzy zaś, co wyłania się z kart tej książki, zapałali do niego miłością, tą jedyną, silną i prawdziwą, jaka zdarza się w życiu tylko raz. I nawet jeśli jest to miłość tragiczna, niczym miłość Medei rzuconej w objęcia Jazona, to ślad, jaki zostawiła, nie jest jedynie blizną czy stygmatem. Jest także stymulującym artystycznie, skrytym – niekiedy głęboko w podświadomości – psychicznym tatuażem. Znakiem bolesnym, gdy powstaje, noszonym z dumą, gdy czas zagoi ranę.
Książkę otwiera przedmowa KATHARINY RAABE – niemieckiej muzykolożki (ach, ta polityczna poprawność i jej cudowne językowe degeneraty!) i historyczki filozofii, znawczyni literatury wschodnioeuropejskiej. Przedmowa ta, to w istocie esej i jednocześnie wnikliwa analiza toposu Morza Czarnego jako miejsca spotkania się Wschodu z Zachodem, Azji z Europą, przenikania się greckiego euksenios i auksenos – gościnności i niegościnności. AKA MORCHILADZE, gruziński historyk i publicysta, pisze o Batumi – nadmorskim mieście blisko granicy tureckiej, mieście pachnącym ucieczką z obozu, jakim była socjalistyczna Gruzja, mieście wielokulturowym, na granicy chrześcijaństwa i islamu; czyni to z pasją i erudycją, opowiada historie arcyciekawe i barwne, sięgając czasów starożytnych, średniowiecza, carskiej Rosji i przechodząc do radzieckiej Gruzji, odkrywa fakty i legendy szerzej nieznane, a porywajace i tajemnicze niczym niezbadane terytoria. EMINE SEUGI ÖZDAMAR, pochodząca z Turcji aktorka, reżyserka i pisarka, wstrząśnięta politycznym zabójstwem publicysty Hranta Dinka, tureckiego Ormianina, pisze w istocie na ten sam temat co on – temat bardzo niewygodny dla świata, zapomniany i ignorowany, a przecież nie mniej potworny niż holokaust – chodzi o ludobójstwo, a właściwie rzeź, jakiej dokonali Turcy na Ormianach, i o wysiedlenie Greków pontyjskich, a które to wydarzenia stały się inspiracją dla nieco późniejszych hitlerowskich poczynań. ANDRZEJ STASIUK, chyba jedyny prawdziwy polski eksportowy Pisarz (duże P użyte świadomie), podróżuje do Istambułu i rozczarowuje się, bo zamiast oczekiwanego Orientu, z jego atrybutami w postaci osiołków, kurzu, przypraw korzennych i burnusów, dostaje azjatycką wersję Okcydentu, z czystymi miasteczkami, nowoczesnymi autostradami i intensywnym rolnictwem. Stasiuk dostrzega to, co Polacy wypierają ze świadomości bądź do niej nie przyjmują – że kultura Bałkanów i Wschodu nie jest w niczym gorsza niż nasza własna, postrzegana przez mętne szkiełko pomniejszające polskiego nacjonalizmu, a wpływy tureckie i tatarskie są u nas większe, niż się to powszechnie wydaje. Mistrzowski reportaż, pisany z wrażliwością, nie pozbawiony erudycyjnych smaków. SIBYLLE LEWITSCHAROFF, pisarka o bułgarskich korzeniach, mieszkająca od urodzenia w Niemczech, zabiera nas w swoim opowiadaniu na Wyspę Szczęśliwców, leżącą gdzieś u brzegów Bułgarii wyimaginowaną utopię; liczne odwołania do Thomasa Pynchona, Michaela Carrougesa, Marcela Duchampa i Haralampiego Oroschakoffa, tworzą wraz ze zmyśloną historią filozoficzną baśń. TAKIS THEODOROPOULOS, grecki pisarz, eseista, tłumacz ze starogreckiego, robi to, co zwykle – bada wpływ literatury antycznej na współczesną kulturę. Tym razem przeciwstawia Odyseusza – zwykłego pechowca i ofiarę losu, Jazonowi – nietzscheańskiemu niemal nadczłowiekowi, kierowanemu wolą mocy zdobywcy, który podejmuje wyprawę po złote runo i kończy... no cóż, wszyscy wiedzą jak. Wyprawa Jazona to mitologiczne zdobycie Morza Czarnego, jednocześnie pretekst dla Theodoropoulosa, by na jej tle snuć interesujące rozważania na temat historii, literatury, ba, nawet psychologii społecznej – wszystko to w sposób błyskotliwy i interesujący, z wielką kulturą literacką. MIRCEA CÄRTÄRESCU, świetny rumuński pisarz, wykładowca literatury w Bukareszcie, zabiera nas w świat swojego dzieciństwa i morza mitycznego, widzianego po raz pierwszy, oraz w świat dorosłości i morza niegościnnego czasów dyktatury Geniusza Karpat. W te powroty wpisana jest postać najbardziej chyba znanego na świecie wygnańca, Owidiusza, zesłanego do Tomis, dzisiejszej Konstancy, przez cesarza Augusta. Cärtärescu, wielki erudyta, doskonale wiąże historię rzymskiego poety ze zmysłowym, soczystym, rzekłbym hemingwayowskim opisem. ATTILA BARTIS, węgierski fotografik, pisarz i felietonista, urodził się i pierwsze szesnaście lat życia spędził w Rumunii, w czasach reżimu Ceauşescu. To wystarczyło, by Morze Czarne stało się dla niego symbolem traumy, a budowa kanału łączącego je z Dunajem, zamieniła się we wstrząsającą historię o niewolnikach, w większości więźniach politycznych, którzy realizowali ambitne plany rumuńskiego przywódcy w warunkach bliskich obozom zagłady. Tytuł opowieści Bartisa, Przemiany, zapożyczony z dzieła Owidiusza, jest intrygującym tropem dla dociekliwego czytelnika. KATJA LANGE-MÜLLER, niemiecka pisarka, laureatka licznych nagród, to zdecydowanie najsłabszy element tej antologii – co nie znaczy, że zły, niemniej, na tak doskonałym tle, nieco razi jej urzędniczy język i logiczne potknięcia, jak np. wspomniane przez nią budki, w których sprzedawano napoje z eksportu (!) albo o mały włos potrącony koń, któremu w środku rumuńskiego nadmorskiego lata z chrap leciała para, do tego tak obficie, że szyby samochodu zaszły mgłą. Jednak sama historia romansu Niemki z Niemiec i Niemca z Rumunii a przede wszystkim tej historii werystyczna otoczka z początku lat dziewięćdziesiątych, ciekawe. NICOLETA ESINESCU, mołdawska, czyli właściwie rumuńska (jeśli wziąć pod uwagę język ojczysty) dramaturg (dla feministek i miłośników poprawności politycznej – dramaturżka); studiowała teatrologię i scenografię w Kiszyniowie. Można by rzec, że to rumuńska Masłowska, gdyby nie to, że wykształcenie, erudycja, wrażliwość, wyobraźnia a nade wszystko literacki warsztat Esinescu, stawiają ją lata świetlne przed naszą „genialną” pisarką. Poemat Odessa transfer to wyśmienity przykład poezji istotnej, walczącej, społecznie zaangażowanej, ukazującej ponury obraz dzisiejszej Mołdawii (Mołdowy), kraju o nieskrystalizowanej tożsamości narodowej, kraju równie pełnego paranoi i paradoksów jak Polska. Przeciwstawiony jest tej wizji świat dzieciństwa utraconego, mitu dziewczynki z radzieckiego miasta w Besarabii, marzącej o prawdziwych dżinsach. Niby banalne. Ale jak napisane! KARL-MARKUS GAUSS, austriacki pisarz i krytyk literacki, laureat licznych nagród, zabiera nas w podróż do Odessy, miasta wieloetnicznego, które, podobnie jak w Polsce Łódź, było imperialnym eksperymentem, kaprysem, przejawem woli zbudowanym właściwie od podstaw dzięki jednemu skinieniu władczej ręki, w przypadku Odessy była to ręka Katarzyny Wielkiej. Gauss zachwyca umiejętnością stworzenia klimatu opowieści, stylem, erudycją, reporterskim zmysłem obserwacji, ale przede wszystkim przedstawia niezwykle ciekawe fakty z przeszłości, które trudno byłoby znaleźć w opasłych tomach historii powszechnej. SERHIJ ŻADAN, ukraiński poeta i pisarz, absolwent germanistyki i ukrainistyki, proponuje wyprawę na wybrzeźe Półwyspu Krymskiego. Jednak jego opowieść to nie reportaż w ścisłym słowa tego znaczeniu, to przede wszystkim próba mityzacji banalnej rzeczywistości, to poetycka proza, piękna i do tego napisana z humorem, dowodząca wrażliwości, emanująca obrazami plastycznymi, raz sennymi, to znów realistycznymi, przywodzącymi niekiedy na myśl prozę Schulza. KATJA PETROWSKAJA, mieszkająca od 1999 roku w Berlinie publicystka, z wykształcenia slawistka i literaturoznawca, opowiada o dziecięcym, elitarnym obozie Orlonok koło Soczi. Wychowuje się tam młode rosyjskie lwy, przyszłą kadrę naukową, polityczną i kulturalną Rosji. Obraz znany i w Polsce, a także, jak sądzę, w innych krajach ze szkoleń w dużych firmach, gdzie nacisk kładzie się na budowanie zespołu i przezwyciężanie trudności. Różnica jednak jest zasadnicza, o czym Pietrowskaja zapomniała wspomnieć – dzieci w Orlonoku traktują pobyt na obozie jako wyróżnienie, bawią się i są tam z własnej woli, podczas gdy dorośli niewolnicy w korporacjach muszą – jeśli nie chcą stracić pracy – poddawać się indoktrynacji i upokorzeniom w imię przezwyciężania trudności, by łatwiej mogli osiągnąć cel, jakim jest zysk. Widać, że autorka nigdy też nie słyszała o elitarnych prywatnych szkołach na Zachodzie i podobnych w idei do Orlonoka tamtejszych obozach dla przyszłych elit, traktując obóz czarnomorski jako przypadek na świecie endemiczny. Niemniej, tekst napisany sprawnie, z ciekawymi migawkami z Soczi – rosyjskiego miasta palm, jachtów, pałaców i zimowej olimpiady w 2014 roku, położonego u stóp dumnego Kaukazu. Antologię kończy NEAL ASCHERSON, brytyjski historyk i dziennikarz. Pisze on o konfliktach wywołanych przez Gruzję z Abchazją i Osetią Pd. jako przejawach gruzińskiego „skrajnego nacjonalizmu” i imperialnych zapędów prezydenta Saakaszwilego, kolegi naszego prezydenta. W mądry i wyważony sposób Acherson przedstawia źródła konfliktów, wytyka błędy Unii Europejskiej, USA i Gruzji wobec tych krajów, ujawnia obraz, którego polski czytelnik nigdy by nie poznał ani nie zrozumiał, zdawszy się na krajowe, służalcze i niedouczone media. Temat konfliktów na Kaukazie jest w eseju brytyskiego znawcy regionu Czarnomorza naświetlony z wielu stron, chłodno i obiektywnie, jak na obywatela Albionu i uczciwego historyka przystało.
Specjalne wyrazy uznania należą się tłumaczom tej antologii: Agnieszce Nowakowskiej, Elżbiecie Kalinowskiej, Michałowi Petrykowi, Annie Góreckiej, Przemysławowi Kordosowi, Szymonowi Wcisło, Sławie Lisieckiej, Joannie Kornaś-Warwas i Dorocie Stroińskiej, którzy swoją pracą udowodnili, że przekład też jest sztuką, wymagającą zarówno znajomości rzemiosła, jak literackiego talentu, oraz, co wcale nie jest najmniej ważne, dyscypliny, która utrzyma w ryzach wyrywającą się chęć kreacji.
Wydawnictwo Czarne zrobiło tą książką wymagającemu czytelnikowi prezent wielokrotny: dostarczyło lektury na najwyższym poziomie; pokazało, jak bardzo twórczość polskich uznanych i nagradzanych pisarzy (i pisarek) tkwi w prowincjonalnym getcie i odbiega od europejskich standardów, opartych na intelektualizmie, wiedzy, warsztatowej sprawności, estetyzmie, wrażliwości, refleksji i umiejętności nawiązania dialogu z poprzednikami; umożliwiło zdobycie wcale niemałej wiedzy na temat ciekawego i mało znanego regionu Czarnomorza; zachęciło do bliższego zapoznania się z twórczością wszystkich autorów tej antologii. No i ta dyskretna, elegancka okładka autorstwa Agnieszki Pasierskiej z fotografią Elliotta Erwitta! Jak dla mnie ocena celująca.
Odessa transfer. Reportaże znad Morza Czarnego, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2009, pod redakcją Kathariny Raabe i Moniki Sznajderman.
Antologie, szczególnie te pojawiające się ostatnio na naszym rynku wydawniczym, to byty specyficzne. Wynika to już z samego na nie przepisu: należy zaprosić do udziału w przedsięwzięciu kilku pisarzy znanych, kilku znanych mniej albo nawet całkiem tajemniczych i zaproponować im napisanie tekstu na zadany temat, zwykle jakiś okolicznościowy albo aktualnie modny. Skutek zwykle jest taki, że ci „ważniejsi” – jeśli w ogóle łaskawie się zgodzą – piszą byle co i byle jak, bo przecież są wielcy i każde ich słowo jest jak uniesiona nad głową Mojżesza kamienna tablica. Natomiast pretendenci do sławy dają z siebie wszystko – i czasem ze skutkiem doskonałym. Następnie biorą się za taki produkt zaprzyjaźnieni z wydawcą krytycy, którzy, z właściwą swojej profesji krótkowzrocznością, dostrzegają tylko tych uznanych współautorów, milcząc na temat pozostałych, stanowiących jedynie tło i wypełniacz. Taka ignorancja i niechęć do wszystkiego, co nieznane, niepokojąca u ludzi, którzy podobno pracują umysłowo, prowadzi do skostnienia literatury i jej prowincjonalizacji. Ale to już temat na inną historię.
Istnieją jednak antologie, gdzie zarówno ci wielcy, jak i ci szerzej nieznani autorzy, przedstawiają bez wyjątku najwyższą literacką klasę. Należy do nich Odessa Transfer – zbiór reportaży, esejów i opowieści, których duchem przewodnim jest Morze Czarne i krainy do niego przylegające: miejsca dla Europejczyka z Zachodu, a nawet i dla nas odległe, tajemnicze i baśniowe, owiane legendą i spowite – niekiedy krwawą – przędzą historii i losu, snutą przez Homerowe Klothes bareiai, miejsca pamiętające Owidiusza i Rustawelego, Mickiewicza i Puszkina, a kto wie, może nawet Argonautów i pierwszego prawdziwego podróżnika – Jazona. Współcześni Argonauci, wybrani przez berlińskie wydawnictwo Suhrkamp do literackiej podróży przez Pontos Euksenios – Morze Gościnne, jak je nazywali Grecy w czasach starożytnej kolonizacji jego wybrzeży, to pisarze należący do różnych pokoleń, narodów, kultur, różniący się wykształceniem, bagażem życiowych doświadczeń i wiedzą. Łączy ich region Pontu, czy szerzej – Czarnomorza, dla jednych przyjazny i piękny, dla innych mniej gościnny, często budzący grozę i koszmary przeszłości. Wszyscy jednak ulegli jego magii, niektórzy zaś, co wyłania się z kart tej książki, zapałali do niego miłością, tą jedyną, silną i prawdziwą, jaka zdarza się w życiu tylko raz. I nawet jeśli jest to miłość tragiczna, niczym miłość Medei rzuconej w objęcia Jazona, to ślad, jaki zostawiła, nie jest jedynie blizną czy stygmatem. Jest także stymulującym artystycznie, skrytym – niekiedy głęboko w podświadomości – psychicznym tatuażem. Znakiem bolesnym, gdy powstaje, noszonym z dumą, gdy czas zagoi ranę.
Książkę otwiera przedmowa KATHARINY RAABE – niemieckiej muzykolożki (ach, ta polityczna poprawność i jej cudowne językowe degeneraty!) i historyczki filozofii, znawczyni literatury wschodnioeuropejskiej. Przedmowa ta, to w istocie esej i jednocześnie wnikliwa analiza toposu Morza Czarnego jako miejsca spotkania się Wschodu z Zachodem, Azji z Europą, przenikania się greckiego euksenios i auksenos – gościnności i niegościnności. AKA MORCHILADZE, gruziński historyk i publicysta, pisze o Batumi – nadmorskim mieście blisko granicy tureckiej, mieście pachnącym ucieczką z obozu, jakim była socjalistyczna Gruzja, mieście wielokulturowym, na granicy chrześcijaństwa i islamu; czyni to z pasją i erudycją, opowiada historie arcyciekawe i barwne, sięgając czasów starożytnych, średniowiecza, carskiej Rosji i przechodząc do radzieckiej Gruzji, odkrywa fakty i legendy szerzej nieznane, a porywajace i tajemnicze niczym niezbadane terytoria. EMINE SEUGI ÖZDAMAR, pochodząca z Turcji aktorka, reżyserka i pisarka, wstrząśnięta politycznym zabójstwem publicysty Hranta Dinka, tureckiego Ormianina, pisze w istocie na ten sam temat co on – temat bardzo niewygodny dla świata, zapomniany i ignorowany, a przecież nie mniej potworny niż holokaust – chodzi o ludobójstwo, a właściwie rzeź, jakiej dokonali Turcy na Ormianach, i o wysiedlenie Greków pontyjskich, a które to wydarzenia stały się inspiracją dla nieco późniejszych hitlerowskich poczynań. ANDRZEJ STASIUK, chyba jedyny prawdziwy polski eksportowy Pisarz (duże P użyte świadomie), podróżuje do Istambułu i rozczarowuje się, bo zamiast oczekiwanego Orientu, z jego atrybutami w postaci osiołków, kurzu, przypraw korzennych i burnusów, dostaje azjatycką wersję Okcydentu, z czystymi miasteczkami, nowoczesnymi autostradami i intensywnym rolnictwem. Stasiuk dostrzega to, co Polacy wypierają ze świadomości bądź do niej nie przyjmują – że kultura Bałkanów i Wschodu nie jest w niczym gorsza niż nasza własna, postrzegana przez mętne szkiełko pomniejszające polskiego nacjonalizmu, a wpływy tureckie i tatarskie są u nas większe, niż się to powszechnie wydaje. Mistrzowski reportaż, pisany z wrażliwością, nie pozbawiony erudycyjnych smaków. SIBYLLE LEWITSCHAROFF, pisarka o bułgarskich korzeniach, mieszkająca od urodzenia w Niemczech, zabiera nas w swoim opowiadaniu na Wyspę Szczęśliwców, leżącą gdzieś u brzegów Bułgarii wyimaginowaną utopię; liczne odwołania do Thomasa Pynchona, Michaela Carrougesa, Marcela Duchampa i Haralampiego Oroschakoffa, tworzą wraz ze zmyśloną historią filozoficzną baśń. TAKIS THEODOROPOULOS, grecki pisarz, eseista, tłumacz ze starogreckiego, robi to, co zwykle – bada wpływ literatury antycznej na współczesną kulturę. Tym razem przeciwstawia Odyseusza – zwykłego pechowca i ofiarę losu, Jazonowi – nietzscheańskiemu niemal nadczłowiekowi, kierowanemu wolą mocy zdobywcy, który podejmuje wyprawę po złote runo i kończy... no cóż, wszyscy wiedzą jak. Wyprawa Jazona to mitologiczne zdobycie Morza Czarnego, jednocześnie pretekst dla Theodoropoulosa, by na jej tle snuć interesujące rozważania na temat historii, literatury, ba, nawet psychologii społecznej – wszystko to w sposób błyskotliwy i interesujący, z wielką kulturą literacką. MIRCEA CÄRTÄRESCU, świetny rumuński pisarz, wykładowca literatury w Bukareszcie, zabiera nas w świat swojego dzieciństwa i morza mitycznego, widzianego po raz pierwszy, oraz w świat dorosłości i morza niegościnnego czasów dyktatury Geniusza Karpat. W te powroty wpisana jest postać najbardziej chyba znanego na świecie wygnańca, Owidiusza, zesłanego do Tomis, dzisiejszej Konstancy, przez cesarza Augusta. Cärtärescu, wielki erudyta, doskonale wiąże historię rzymskiego poety ze zmysłowym, soczystym, rzekłbym hemingwayowskim opisem. ATTILA BARTIS, węgierski fotografik, pisarz i felietonista, urodził się i pierwsze szesnaście lat życia spędził w Rumunii, w czasach reżimu Ceauşescu. To wystarczyło, by Morze Czarne stało się dla niego symbolem traumy, a budowa kanału łączącego je z Dunajem, zamieniła się we wstrząsającą historię o niewolnikach, w większości więźniach politycznych, którzy realizowali ambitne plany rumuńskiego przywódcy w warunkach bliskich obozom zagłady. Tytuł opowieści Bartisa, Przemiany, zapożyczony z dzieła Owidiusza, jest intrygującym tropem dla dociekliwego czytelnika. KATJA LANGE-MÜLLER, niemiecka pisarka, laureatka licznych nagród, to zdecydowanie najsłabszy element tej antologii – co nie znaczy, że zły, niemniej, na tak doskonałym tle, nieco razi jej urzędniczy język i logiczne potknięcia, jak np. wspomniane przez nią budki, w których sprzedawano napoje z eksportu (!) albo o mały włos potrącony koń, któremu w środku rumuńskiego nadmorskiego lata z chrap leciała para, do tego tak obficie, że szyby samochodu zaszły mgłą. Jednak sama historia romansu Niemki z Niemiec i Niemca z Rumunii a przede wszystkim tej historii werystyczna otoczka z początku lat dziewięćdziesiątych, ciekawe. NICOLETA ESINESCU, mołdawska, czyli właściwie rumuńska (jeśli wziąć pod uwagę język ojczysty) dramaturg (dla feministek i miłośników poprawności politycznej – dramaturżka); studiowała teatrologię i scenografię w Kiszyniowie. Można by rzec, że to rumuńska Masłowska, gdyby nie to, że wykształcenie, erudycja, wrażliwość, wyobraźnia a nade wszystko literacki warsztat Esinescu, stawiają ją lata świetlne przed naszą „genialną” pisarką. Poemat Odessa transfer to wyśmienity przykład poezji istotnej, walczącej, społecznie zaangażowanej, ukazującej ponury obraz dzisiejszej Mołdawii (Mołdowy), kraju o nieskrystalizowanej tożsamości narodowej, kraju równie pełnego paranoi i paradoksów jak Polska. Przeciwstawiony jest tej wizji świat dzieciństwa utraconego, mitu dziewczynki z radzieckiego miasta w Besarabii, marzącej o prawdziwych dżinsach. Niby banalne. Ale jak napisane! KARL-MARKUS GAUSS, austriacki pisarz i krytyk literacki, laureat licznych nagród, zabiera nas w podróż do Odessy, miasta wieloetnicznego, które, podobnie jak w Polsce Łódź, było imperialnym eksperymentem, kaprysem, przejawem woli zbudowanym właściwie od podstaw dzięki jednemu skinieniu władczej ręki, w przypadku Odessy była to ręka Katarzyny Wielkiej. Gauss zachwyca umiejętnością stworzenia klimatu opowieści, stylem, erudycją, reporterskim zmysłem obserwacji, ale przede wszystkim przedstawia niezwykle ciekawe fakty z przeszłości, które trudno byłoby znaleźć w opasłych tomach historii powszechnej. SERHIJ ŻADAN, ukraiński poeta i pisarz, absolwent germanistyki i ukrainistyki, proponuje wyprawę na wybrzeźe Półwyspu Krymskiego. Jednak jego opowieść to nie reportaż w ścisłym słowa tego znaczeniu, to przede wszystkim próba mityzacji banalnej rzeczywistości, to poetycka proza, piękna i do tego napisana z humorem, dowodząca wrażliwości, emanująca obrazami plastycznymi, raz sennymi, to znów realistycznymi, przywodzącymi niekiedy na myśl prozę Schulza. KATJA PETROWSKAJA, mieszkająca od 1999 roku w Berlinie publicystka, z wykształcenia slawistka i literaturoznawca, opowiada o dziecięcym, elitarnym obozie Orlonok koło Soczi. Wychowuje się tam młode rosyjskie lwy, przyszłą kadrę naukową, polityczną i kulturalną Rosji. Obraz znany i w Polsce, a także, jak sądzę, w innych krajach ze szkoleń w dużych firmach, gdzie nacisk kładzie się na budowanie zespołu i przezwyciężanie trudności. Różnica jednak jest zasadnicza, o czym Pietrowskaja zapomniała wspomnieć – dzieci w Orlonoku traktują pobyt na obozie jako wyróżnienie, bawią się i są tam z własnej woli, podczas gdy dorośli niewolnicy w korporacjach muszą – jeśli nie chcą stracić pracy – poddawać się indoktrynacji i upokorzeniom w imię przezwyciężania trudności, by łatwiej mogli osiągnąć cel, jakim jest zysk. Widać, że autorka nigdy też nie słyszała o elitarnych prywatnych szkołach na Zachodzie i podobnych w idei do Orlonoka tamtejszych obozach dla przyszłych elit, traktując obóz czarnomorski jako przypadek na świecie endemiczny. Niemniej, tekst napisany sprawnie, z ciekawymi migawkami z Soczi – rosyjskiego miasta palm, jachtów, pałaców i zimowej olimpiady w 2014 roku, położonego u stóp dumnego Kaukazu. Antologię kończy NEAL ASCHERSON, brytyjski historyk i dziennikarz. Pisze on o konfliktach wywołanych przez Gruzję z Abchazją i Osetią Pd. jako przejawach gruzińskiego „skrajnego nacjonalizmu” i imperialnych zapędów prezydenta Saakaszwilego, kolegi naszego prezydenta. W mądry i wyważony sposób Acherson przedstawia źródła konfliktów, wytyka błędy Unii Europejskiej, USA i Gruzji wobec tych krajów, ujawnia obraz, którego polski czytelnik nigdy by nie poznał ani nie zrozumiał, zdawszy się na krajowe, służalcze i niedouczone media. Temat konfliktów na Kaukazie jest w eseju brytyskiego znawcy regionu Czarnomorza naświetlony z wielu stron, chłodno i obiektywnie, jak na obywatela Albionu i uczciwego historyka przystało.
Specjalne wyrazy uznania należą się tłumaczom tej antologii: Agnieszce Nowakowskiej, Elżbiecie Kalinowskiej, Michałowi Petrykowi, Annie Góreckiej, Przemysławowi Kordosowi, Szymonowi Wcisło, Sławie Lisieckiej, Joannie Kornaś-Warwas i Dorocie Stroińskiej, którzy swoją pracą udowodnili, że przekład też jest sztuką, wymagającą zarówno znajomości rzemiosła, jak literackiego talentu, oraz, co wcale nie jest najmniej ważne, dyscypliny, która utrzyma w ryzach wyrywającą się chęć kreacji.
Wydawnictwo Czarne zrobiło tą książką wymagającemu czytelnikowi prezent wielokrotny: dostarczyło lektury na najwyższym poziomie; pokazało, jak bardzo twórczość polskich uznanych i nagradzanych pisarzy (i pisarek) tkwi w prowincjonalnym getcie i odbiega od europejskich standardów, opartych na intelektualizmie, wiedzy, warsztatowej sprawności, estetyzmie, wrażliwości, refleksji i umiejętności nawiązania dialogu z poprzednikami; umożliwiło zdobycie wcale niemałej wiedzy na temat ciekawego i mało znanego regionu Czarnomorza; zachęciło do bliższego zapoznania się z twórczością wszystkich autorów tej antologii. No i ta dyskretna, elegancka okładka autorstwa Agnieszki Pasierskiej z fotografią Elliotta Erwitta! Jak dla mnie ocena celująca.
Odessa transfer. Reportaże znad Morza Czarnego, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2009, pod redakcją Kathariny Raabe i Moniki Sznajderman.
Recenzja: Stefania Grodzieńska KŁANIA SIĘ PRL
Autor: Wioletta Sobieraj PORTAL KSIĘGARSKI
Kłania się PRL to zbiór felietonów, humoresek i skeczy Stefanii Grodzieńskiej z lat 40., 50. i 60., który ukazał się nakładem Instytutu Wydawniczego Latarnik. Stefanii Grodzieńskiej, nazywanej powszechnie Pierwszą Damą Polskiego Humoru, z pewnością nie trzeba ani przedstawiać, ani tym bardziej zachęcać do czytania jej książek. Pisze od kilkudziesięciu lat, ma swoich wiernych czytelników i mam nadzieję, że bez trudu zdobywa lub zdobędzie nowych. Dlatego z mieszanymi uczuciami odebrałam tytuł tego zbioru, który jakkolwiek chwytliwy (zważywszy na widoczne zapotrzebowanie starszych czytelników na sentymentalne podróże w przeszłość, do lat młodości, a ta wiąże się – było nie było – z PRL-em), niepotrzebnie szufladkuje twórczość Stefanii Grodzieńskiej. W przedmowie Marcina Szczygielskiego czytamy: (…) felietony Stefanii Grodzieńskiej to nie tylko dowód błyskotliwego poczucia humoru. Dziś nabierają już wartości historycznej. Z pierwszym stwierdzeniem się zgadzam, ale z drugim niekoniecznie. Rzeczywiście, tam, gdzie autorka bezpośrednio odnosi się do realiów ówczesnego życia codziennego (kolejki w sklepach, zmagania z urzędnikami, pracownikami poczty, perypetie w punktach usługowych, wczasy z FWP), obecnie unosi się duch historii, który starszym czytelnikom, zgodnie z tytułową obietnicą, zapewni oczekiwaną strawę. Jednak, moim zdaniem, są to słabsze teksty, w których autorka być może z braku pomysłów (w końcu systematyczne dostarczanie satyrycznych felietonów do kolejnych numerów Szpilek mogło być kłopotliwe) od czasu do czasu sięgała po tzw. tematy dyżurne, czyli poruszała kwestie wszystkim dobrze znane w sposób, do którego każdy zdążył się przyzwyczaić (zgromadzone w rozdziałach: Handlowe, Innowacyjne, Urlopowe). Na szczęście, według mnie, nie one stanowią o sile i urodzie tego zbioru. Większość z nich wolna jest od historycznego kontekstu.
Poruszane w kolejnych rozdziałach tematy, najczęściej obyczajowe, są nadal aktualne – ludzie w naszym kraju aż tak się nie zmienili: uwielbiają narzekać, mają kłopoty w pracy, towarzyszą im rozterki w kontaktach z przełożonymi, z komunikacją małżeńską też bywa nie najlepiej; przyjmują różne pozy, np. na uprzejmą, na niezaradną, na poddającego się chętnie samokrytyce; robią sobie świństwa, są obłudni, interesowni, bezmyślni, agresywni albo uprzedzająco grzeczni. A Grodzieńska to doskonały obserwator mniejszych i większych ludzkich ułomności, które wyraźnie widzi i z przymrużeniem oka, w doskonałym stylu wykpiwa. I tu ponownie budzi się mój przekorny sprzeciw wobec słów Marcina Szczygielskiego: Prawdziwy „smak” tamtych czasów uważny czytelnik odnajdzie jednak nie tyle w opisach, ile w samym języku, jakim posługuje się Stefania Grodzieńska – języku niedzisiejszym, bo dokładnym, celnym, czystym i eleganckim. Języku przedwojennej inteligentki, która, wtłoczona w świat rządzony przez proletariat, z tego języka uczyniła swoją broń. Owszem Stefania Grodzieńska pisze językiem dokładnym, celnym, czystym i eleganckim, bo tak po wojnie mówiła i pisała polska inteligencja, że przypomnę takich autorów, jak: Jeremi Przybora, Konstanty Gałczyński, Julian Tuwim, Antoni Słonimski. I dopóki ta polska inteligencja nie została zastąpiona ćwierćinteligencją, która zachwyciła się językiem proletariatu, a właściwie nie tyle proletariatu, co rynsztokowym językiem miejskiej żulerii, nadając mu wysoką rangę w polskiej literaturze, nie było problemu – wszystko znajdowało się na swoim miejscu. To w obecnych czasach po język Grodzieńskiej trzeba sięgać jak po broń do walki z zachwaszczoną polszczyzną, bo z pewnością działa oczyszczająco i ożywczo. I mam nadzieję, że to jej język przetrwa, ponieważ nie jest chwilowym kaprysem zdziecinniałych krytyków i modnych literatów, tylko wbrew pozorom żywym językiem niewymarłej do końca inteligencji i odpowiada społecznemu zapotrzebowaniu na czytelny, precyzyjny, poprawny przekaz, o czym zaświadcza ogromna popularność książek tej autorki. Więc nie godzę się na nazywanie go niedzisiejszym, zwłaszcza, że go rozumiemy, i nadal nas bawi! Nie godząc się – co tu ukrywać – mam jednocześnie nadzieję, że nie jest to jedynie moje pobożne życzenie.
Prawdą jest, że Stefania Grodzieńska dostrzegała pierwsze jaskółki psujące nasz język i reagowała na nie w swoich felietonach. Tylko, że za jej czasów to były pojedyncze jaskółki, których cała chmara nikogo dziś już nie dziwi, niemniej warto o tym poczytać i uświadomić sobie, na co bezwolnie się godzimy. Oto pierwszy z brzegu przykład: Na drzwiach tabliczka: – czytamy w Kłania się PRL – „Maria Stołek, artystka dramatyczna”. (Proszę zwrócić uwagę, że modne są teraz zgrzebne nazwiska na scenie). Podejrzewam, że nieraz są to pseudonimy, że – odwrotnie, niż dawniej bywało – Hermenegilda Kociubińska bierze sobie pseudonim „Maria Stołek”. Przy tym dzięki pięknemu zwyczajowi odrąbywania damskich końcówek recenzje brzmią: „wyróżnili się Majdan, Orzech, Stołek i Król”. Płeć artystów rozeznać można jedynie wtedy, kiedy w grę wchodzi inny przypadek, jak np.: „wyróżnić trzeba Majdan, Orzecha, Stołek i Króla”. Czy dzisiaj dostrzegamy śmieszność takich form? Myślę, że nie, a nawet gdyby, to mogłoby to zostać źle przyjęte. Na szczęście pani Grodzieńska nie musi się już liczyć z czyjąś opinią
Czytając teksty zamieszczone w tym zbiorze, do lektury których gorąco namawiam (rozdziały: Kulturalne, Zdrowotne, Małżeńskie, Prywatne, z drugiej części – wyśmienite), spotkamy się z przedstawicielami różnymi grup zawodowych i społecznych, z dorosłymi i z dziećmi, ale wszystkie sytuacje zostały przedstawione z punktu widzenia przedwojennego inteligenta, nie: dresiarza, żula, gangstera, różowej Barbie czy prymitywnej seksbomby, królujących w polskich proletariackich mediach, tylko kogoś obdarzonego kindersztubą, dobrym smakiem, ostrością widzenia, celnością spostrzeżeń, dystansem wobec opisywanej rzeczywistości, wdziękiem i poczuciem humoru, miejscami dotkliwym. Postaci, jak to w tekstach humorystycznych bywa – bo więcej tu beztroskiego humoru, chociaż nie brakuje i prześmiewczej satyry – Grodzieńska powołuje do życia kilkoma precyzyjnymi określeniami. Wśród barwnej galerii różnych typów spotykamy: panów o twarzy a’la „inteligent zawiedziony”, elegantkę w futrze ( Małpie futro ukarminowało sobie usta, zapaliło papierosa i wlepiło bezmyślnie oczy w swoje paznokcie.), wychowawców narodu, którzy nie potrafią zachować się ani w teatrze, ani w kinie, uzależnionych od telewizji (Wraca z pracy – o mężu – siada przy stole i wlepia niegdyś inteligentne oczy, a obecnie tępe gały, w okienko. Godzinami śledzę grę jego twarzy. Stały grymas niesmaku przeplata się na niej z wyrazem wstrętu.), rozlazłych blondynów, tłuste kobiety wbite w modne rozciągane kostiumy, które wyciskają cały tłuszcz na zewnątrz, chude (noszą bikini i wyglądają jak abstrakcyjne malarstwo: ani śladu kształtów), umięśnionego jak buldog, opalonego na brąz i ostrzyżonego na idiotę pana Czesia, dialektyczną idiotkę, rozwrzeszczane dzieciaki i wiele, wiele innych.
Trudno nie dostrzec krytycznego stosunku Stefanii Grodzieńskiej do swoich bohaterów i ich zachowań, ale przecież tego wymaga uprawiana przez nią satyra, której naturalnym żywiołem jest ośmieszająca negacja. Wypowiedź satyryczna wyrasta z poczucia niestosowności, szkodliwości czy absurdalności pewnych sytuacji. I to wszystko znajduje się w prezentowanym Państwu tomie Kłania się PRL. Dawniej utwory Grodzieńskiej wywoływały oburzenie u części społeczeństwa, o czym możemy przeczytać w tekście zatytułowanym Piersi, gdzie autorka przytacza fragmenty listów, które otrzymywała od niezadowolonych czytelników. Ponieważ ośmieliła się użyć słów „piersi” i „uda”, nazwano ją nawet seksualnym zboczeńcem, co z dzisiejszej perspektywy wydaje się niedorzeczne. Życie satyryka w naszej pięknej ojczyźnie nigdy nie było usłane różami, zwłaszcza jeśli ów satyryk dotyka spraw społecznych i obyczajowych – wcale nie politycznych, jakby się mogło wydawać. A pani Grodzieńska przez kilkadziesiąt lat jednych bawiła, a innych denerwowała, nie walcząc przecież z żadnym systemem komunistycznym, tylko z polską zaściankową mentalnością, co jest znacznie trudniejsze, bo bezpośrednio uderza się w czytelników. Jednak upływ czasu pozwala z dystansem spojrzeć na jej twórczość, dając jednocześnie złudną gwarancję, że nas to nie dotyczy.
Każdy powód wydaje się dobry, aby po tę książkę sięgnąć – czy to z chęci odbycia sentymentalnej podróży do czasów młodości, czy też z chęci powtórnego zmierzenia się z twórczością Stefanii Grodzieńskiej, czy też, żeby przekonać się, na ile jej teksty są aktualne, a język nadal żywy. W końcu nieczęsto mamy do czynienia z utworami satyrycznymi wysokiej próby, a Stefania Grodzieńska terminowała u najlepszych przedwojennych i powojennych polskich satyryków. I z pewnością warto przyjrzeć się jej warsztatowi, bo niejednego można się od niej nauczyć. A dodatkowym atutem tej książki, o czym muszę wspomnień na sam koniec, są rysunki Mariusza Szczygielskiego. Oszczędne w formie, świetnie wprowadzają w klimat kolejnych tekstów, stanowiąc ich niebanalne dopełnienie.
Stefania Grodzieńska, Kłania się PRL, Instytut Wydawniczy Latarnik, Michałów – Grabina 2008
Kłania się PRL to zbiór felietonów, humoresek i skeczy Stefanii Grodzieńskiej z lat 40., 50. i 60., który ukazał się nakładem Instytutu Wydawniczego Latarnik. Stefanii Grodzieńskiej, nazywanej powszechnie Pierwszą Damą Polskiego Humoru, z pewnością nie trzeba ani przedstawiać, ani tym bardziej zachęcać do czytania jej książek. Pisze od kilkudziesięciu lat, ma swoich wiernych czytelników i mam nadzieję, że bez trudu zdobywa lub zdobędzie nowych. Dlatego z mieszanymi uczuciami odebrałam tytuł tego zbioru, który jakkolwiek chwytliwy (zważywszy na widoczne zapotrzebowanie starszych czytelników na sentymentalne podróże w przeszłość, do lat młodości, a ta wiąże się – było nie było – z PRL-em), niepotrzebnie szufladkuje twórczość Stefanii Grodzieńskiej. W przedmowie Marcina Szczygielskiego czytamy: (…) felietony Stefanii Grodzieńskiej to nie tylko dowód błyskotliwego poczucia humoru. Dziś nabierają już wartości historycznej. Z pierwszym stwierdzeniem się zgadzam, ale z drugim niekoniecznie. Rzeczywiście, tam, gdzie autorka bezpośrednio odnosi się do realiów ówczesnego życia codziennego (kolejki w sklepach, zmagania z urzędnikami, pracownikami poczty, perypetie w punktach usługowych, wczasy z FWP), obecnie unosi się duch historii, który starszym czytelnikom, zgodnie z tytułową obietnicą, zapewni oczekiwaną strawę. Jednak, moim zdaniem, są to słabsze teksty, w których autorka być może z braku pomysłów (w końcu systematyczne dostarczanie satyrycznych felietonów do kolejnych numerów Szpilek mogło być kłopotliwe) od czasu do czasu sięgała po tzw. tematy dyżurne, czyli poruszała kwestie wszystkim dobrze znane w sposób, do którego każdy zdążył się przyzwyczaić (zgromadzone w rozdziałach: Handlowe, Innowacyjne, Urlopowe). Na szczęście, według mnie, nie one stanowią o sile i urodzie tego zbioru. Większość z nich wolna jest od historycznego kontekstu.
Poruszane w kolejnych rozdziałach tematy, najczęściej obyczajowe, są nadal aktualne – ludzie w naszym kraju aż tak się nie zmienili: uwielbiają narzekać, mają kłopoty w pracy, towarzyszą im rozterki w kontaktach z przełożonymi, z komunikacją małżeńską też bywa nie najlepiej; przyjmują różne pozy, np. na uprzejmą, na niezaradną, na poddającego się chętnie samokrytyce; robią sobie świństwa, są obłudni, interesowni, bezmyślni, agresywni albo uprzedzająco grzeczni. A Grodzieńska to doskonały obserwator mniejszych i większych ludzkich ułomności, które wyraźnie widzi i z przymrużeniem oka, w doskonałym stylu wykpiwa. I tu ponownie budzi się mój przekorny sprzeciw wobec słów Marcina Szczygielskiego: Prawdziwy „smak” tamtych czasów uważny czytelnik odnajdzie jednak nie tyle w opisach, ile w samym języku, jakim posługuje się Stefania Grodzieńska – języku niedzisiejszym, bo dokładnym, celnym, czystym i eleganckim. Języku przedwojennej inteligentki, która, wtłoczona w świat rządzony przez proletariat, z tego języka uczyniła swoją broń. Owszem Stefania Grodzieńska pisze językiem dokładnym, celnym, czystym i eleganckim, bo tak po wojnie mówiła i pisała polska inteligencja, że przypomnę takich autorów, jak: Jeremi Przybora, Konstanty Gałczyński, Julian Tuwim, Antoni Słonimski. I dopóki ta polska inteligencja nie została zastąpiona ćwierćinteligencją, która zachwyciła się językiem proletariatu, a właściwie nie tyle proletariatu, co rynsztokowym językiem miejskiej żulerii, nadając mu wysoką rangę w polskiej literaturze, nie było problemu – wszystko znajdowało się na swoim miejscu. To w obecnych czasach po język Grodzieńskiej trzeba sięgać jak po broń do walki z zachwaszczoną polszczyzną, bo z pewnością działa oczyszczająco i ożywczo. I mam nadzieję, że to jej język przetrwa, ponieważ nie jest chwilowym kaprysem zdziecinniałych krytyków i modnych literatów, tylko wbrew pozorom żywym językiem niewymarłej do końca inteligencji i odpowiada społecznemu zapotrzebowaniu na czytelny, precyzyjny, poprawny przekaz, o czym zaświadcza ogromna popularność książek tej autorki. Więc nie godzę się na nazywanie go niedzisiejszym, zwłaszcza, że go rozumiemy, i nadal nas bawi! Nie godząc się – co tu ukrywać – mam jednocześnie nadzieję, że nie jest to jedynie moje pobożne życzenie.
Prawdą jest, że Stefania Grodzieńska dostrzegała pierwsze jaskółki psujące nasz język i reagowała na nie w swoich felietonach. Tylko, że za jej czasów to były pojedyncze jaskółki, których cała chmara nikogo dziś już nie dziwi, niemniej warto o tym poczytać i uświadomić sobie, na co bezwolnie się godzimy. Oto pierwszy z brzegu przykład: Na drzwiach tabliczka: – czytamy w Kłania się PRL – „Maria Stołek, artystka dramatyczna”. (Proszę zwrócić uwagę, że modne są teraz zgrzebne nazwiska na scenie). Podejrzewam, że nieraz są to pseudonimy, że – odwrotnie, niż dawniej bywało – Hermenegilda Kociubińska bierze sobie pseudonim „Maria Stołek”. Przy tym dzięki pięknemu zwyczajowi odrąbywania damskich końcówek recenzje brzmią: „wyróżnili się Majdan, Orzech, Stołek i Król”. Płeć artystów rozeznać można jedynie wtedy, kiedy w grę wchodzi inny przypadek, jak np.: „wyróżnić trzeba Majdan, Orzecha, Stołek i Króla”. Czy dzisiaj dostrzegamy śmieszność takich form? Myślę, że nie, a nawet gdyby, to mogłoby to zostać źle przyjęte. Na szczęście pani Grodzieńska nie musi się już liczyć z czyjąś opinią
Czytając teksty zamieszczone w tym zbiorze, do lektury których gorąco namawiam (rozdziały: Kulturalne, Zdrowotne, Małżeńskie, Prywatne, z drugiej części – wyśmienite), spotkamy się z przedstawicielami różnymi grup zawodowych i społecznych, z dorosłymi i z dziećmi, ale wszystkie sytuacje zostały przedstawione z punktu widzenia przedwojennego inteligenta, nie: dresiarza, żula, gangstera, różowej Barbie czy prymitywnej seksbomby, królujących w polskich proletariackich mediach, tylko kogoś obdarzonego kindersztubą, dobrym smakiem, ostrością widzenia, celnością spostrzeżeń, dystansem wobec opisywanej rzeczywistości, wdziękiem i poczuciem humoru, miejscami dotkliwym. Postaci, jak to w tekstach humorystycznych bywa – bo więcej tu beztroskiego humoru, chociaż nie brakuje i prześmiewczej satyry – Grodzieńska powołuje do życia kilkoma precyzyjnymi określeniami. Wśród barwnej galerii różnych typów spotykamy: panów o twarzy a’la „inteligent zawiedziony”, elegantkę w futrze ( Małpie futro ukarminowało sobie usta, zapaliło papierosa i wlepiło bezmyślnie oczy w swoje paznokcie.), wychowawców narodu, którzy nie potrafią zachować się ani w teatrze, ani w kinie, uzależnionych od telewizji (Wraca z pracy – o mężu – siada przy stole i wlepia niegdyś inteligentne oczy, a obecnie tępe gały, w okienko. Godzinami śledzę grę jego twarzy. Stały grymas niesmaku przeplata się na niej z wyrazem wstrętu.), rozlazłych blondynów, tłuste kobiety wbite w modne rozciągane kostiumy, które wyciskają cały tłuszcz na zewnątrz, chude (noszą bikini i wyglądają jak abstrakcyjne malarstwo: ani śladu kształtów), umięśnionego jak buldog, opalonego na brąz i ostrzyżonego na idiotę pana Czesia, dialektyczną idiotkę, rozwrzeszczane dzieciaki i wiele, wiele innych.
Trudno nie dostrzec krytycznego stosunku Stefanii Grodzieńskiej do swoich bohaterów i ich zachowań, ale przecież tego wymaga uprawiana przez nią satyra, której naturalnym żywiołem jest ośmieszająca negacja. Wypowiedź satyryczna wyrasta z poczucia niestosowności, szkodliwości czy absurdalności pewnych sytuacji. I to wszystko znajduje się w prezentowanym Państwu tomie Kłania się PRL. Dawniej utwory Grodzieńskiej wywoływały oburzenie u części społeczeństwa, o czym możemy przeczytać w tekście zatytułowanym Piersi, gdzie autorka przytacza fragmenty listów, które otrzymywała od niezadowolonych czytelników. Ponieważ ośmieliła się użyć słów „piersi” i „uda”, nazwano ją nawet seksualnym zboczeńcem, co z dzisiejszej perspektywy wydaje się niedorzeczne. Życie satyryka w naszej pięknej ojczyźnie nigdy nie było usłane różami, zwłaszcza jeśli ów satyryk dotyka spraw społecznych i obyczajowych – wcale nie politycznych, jakby się mogło wydawać. A pani Grodzieńska przez kilkadziesiąt lat jednych bawiła, a innych denerwowała, nie walcząc przecież z żadnym systemem komunistycznym, tylko z polską zaściankową mentalnością, co jest znacznie trudniejsze, bo bezpośrednio uderza się w czytelników. Jednak upływ czasu pozwala z dystansem spojrzeć na jej twórczość, dając jednocześnie złudną gwarancję, że nas to nie dotyczy.
Każdy powód wydaje się dobry, aby po tę książkę sięgnąć – czy to z chęci odbycia sentymentalnej podróży do czasów młodości, czy też z chęci powtórnego zmierzenia się z twórczością Stefanii Grodzieńskiej, czy też, żeby przekonać się, na ile jej teksty są aktualne, a język nadal żywy. W końcu nieczęsto mamy do czynienia z utworami satyrycznymi wysokiej próby, a Stefania Grodzieńska terminowała u najlepszych przedwojennych i powojennych polskich satyryków. I z pewnością warto przyjrzeć się jej warsztatowi, bo niejednego można się od niej nauczyć. A dodatkowym atutem tej książki, o czym muszę wspomnień na sam koniec, są rysunki Mariusza Szczygielskiego. Oszczędne w formie, świetnie wprowadzają w klimat kolejnych tekstów, stanowiąc ich niebanalne dopełnienie.
Stefania Grodzieńska, Kłania się PRL, Instytut Wydawniczy Latarnik, Michałów – Grabina 2008
Recenzja: Jarek Łukaszewicz TRÓJMASZTOWIEC
Autor: Marek Trojanowski LITERATOR.PL, HISTORIAMOICHNIEDOLI.PL.
Dziesięć euro i osiemdziesiąt centów wystarczy by zaspokoić swoją estetyczną próżność. Za tę sumę można nabyć jedno ze zdjęć Jana Saudka (strona autorska: www.saudek.com) w rozmiarze 60 x 85 cm, oprawić w antyramę i powiesić na ścianie w salonie. Kiedy zaintrygowani i zachwyceni niezwykłą fotografią goście będą pytali o autora, należy zachować konieczne w takich przypadkach opanowanie graniczące z obojętnością - na zachwyt, i odpowiedzieć krótko:
– To? Aaa, to. To Saudek.
Oczywiście goście nie będą mogli oderwać wzroku od autorskiej reprodukcji. Będą nasycać się niezwykle zaaranżowaną estetyką. Po chwili milczenia któryś z gości zada pytanie:
– A kto to jest ten Saudek?
Teraz można dać upust swoim najbardziej krwiożerczym instynktom. Spoglądając z pogardą i politowaniem na ciekawskiego ignoranta, z artystyczno-pedalską manierą należy machnąć rączką i powiedzieć:
– Phi! Nie wiesz? No wiesz. Jak możesz nie wiedzieć? Phi!
Można też powiedzieć głośno:
– Nie wiesz kto to jest Saudek? Naprawdę?
A następnie zwracając się do pozostałych gości zakpić:
– On nie wie kto to jest Saudek? Niebywałe.
Kontemplując towarzysko-salonowy szmer, w którym przewijać się będą słowa: „niebywałe” „nie wie” „jak może? niebywałe”, „doprawdy niebywałe” można spokojnie rozsiąść się w swoim ulubionym, skórzanym chesterfieldzie i wpatrywać się w osobliwy proces wykluczania jednostki. Przyglądać się jak stado białych owiec dystansuje się od czarnej owcy, która jeszcze kilkanaście sekund wcześniej miała taki sam kolor runa co reszta.
Dziesięć euro i osiemdziesiąt centów można zagospodarować inaczej. Można wymienić w kantorze euro na złotówki i za dokładnie 43 złote i pięćdziesiąt groszy kupić sobie tomik Jarka Łukaszewicza pt. „Trójmasztowiec”. W cenę Jarek Łukaszewicz wliczył koszt opakowania (koperta z folią bąbelkową), przesyłki (pocztą poleconą) oraz własnego niezwykle cennego czasu, który poświęci na udzielenie wszelkich informacji drogą telefoniczną na temat stanu realizacji zamówienia. Jeżeli uświadomimy sobie, że długość przeciętnej rozmowy telefonicznej to minuta i jedenaście sekund oraz że w tym czasie zamiast informować Łukaszewicz mógłby napisać przynajmniej jeden wiersz, to dla dobra duchowej substancji narodu będzie lepiej jeżeli zniecierpliwieni opieszałością poczty polskiej nie wybierzemy numeru +48 602 535917 i nie będziemy nękać poety, który w tym czasie na pewno tworzy kolejne dzieła.
Karol Maliszewski tak napisał o „Trójmasztowcu” Łukaszewicza:
Oto tajemnica poezji po przełomie: pękła ta wysoka skała, ten jakiś Ajudah, i poeta spadł wprost na wielopasmową ulicę języka; teraz błąka się tu i tam, wybierając to i owo, by nałożyć na siebie, by spokrewnić to, co do tej pory nie spokrewniano. To coś więcej niż słowna gra, czyli grzebanie w pudle z napisem „puzzle informacyjnego chaosu”. To kategoryczne oddzielenie się od zbyt łatwo wypowiadanego świata. Oto tajemnica miary. Umiarkowanie w widzeniu i snuciu. Arnolfini, Łukaszewicz i to trzecie.
Nie mając dostępu do tych pokładów świadomości, które są zarezerwowane tylko dla Karola Maliszewskiego nie zamierzam wnikać w istotę kategorii: „poezji po przełomie”, „jakiegoś Ajudaha”, „pękniętej wysokiej skały”, „spadającego poety”, „języka jako trasy WZ” itp. Nie przeczę, że mądrości Maliszewskiego niczym kozaczki z futerkiem od Versace pięknie prezentują się na ostatniej stronie okładki, ale jak wyjaśnić sens odbitej pieczątki o treści „egzemplarz prawoskrętny” na jej pierwszej stronie?
Kserokopia.art.pl ma na swoim wydawniczym koncie takie produkcje jak m.in. „th” Edwarda Pasewicza czy „China Shipping” Justyny Bargielskiej. Zarówno w „th” jak i w „China Shipping” połączenie tekstu i grafiki było optymalne. Do tekstów Pasewicza zapis nutowy pasuje tak, jak nutacja diastematyczna do piętnastowiecznego „Graduału Łęczyckiego”. Zaś w kontekście „China Shipping” użycie czcionki z elementarzy dla dzieci także ma znaczenie. Innymi słowy wydawnictwo kserokopia.art.pl specjalizuje się w eksperymentach wydawniczych, w których próbuje się połączyć wrażliwy tekst – jakim jest poezja - z obrazem.
Ale jak to z eksperymentami bywa – jedne są udane inne mniej a jeszcze inne to kompletne fiaska. I do tej ostatniej kategorii zaliczyć można właśnie „Trójmasztowiec” Jarka Łukaszewicza.
Trójmasztowiec wydany został w nakładzie 500 egzemplarzy. Do każdego z nich dołączona została ulotka z informacją wydrukowaną złotą farbą na białym papierze o treści: „NAGRODA GŁÓWNA w II ogólnopolskim konkursie na autorską książkę literacką Świdnica 2009”. Oprócz Maliszewskiego są także wycinki z recenzji – Agnieszki Wolny-Hamkało, która informuje target rodzaju żeńskiego, że:
Było sobie życie. Widziało się w nim rzeczy niesłychane. Kochało się – z miłości, innym razem ze strachu, albo tylko tak sobie. Dla zabicia dnia. Brało się, co dają: sporo wściekłego piękna, niespodzianek w języku, zwykłego szarego chleba. Czasem mięso ostatnich żyjących przedstawicieli gatunku. Grzeszyło się i modliło.
Jest też notka Antoniego Matuszkiewicza o tym, że:
„Trójmasztowcem” wypływamy na głębię subiektywnej i kulturowej pamięci” oraz o „mroku przykrytym błyskotliwością odbić” i „oczywistości spływających w nieoczywistość horyzontu” i o „poszarpanej elipsami narracji”.
Na temat grafiki wykorzystanej dla celów tej publikacji, to są to zdjęcia z wycieczki do Izraela. Raz kotek. Raz dziewczynka z długimi nogami. Innym razem stolik w restauracji. Powtarzający się motyw to napisy w języku hebrajskim. Ale trafi się także jakaś dziewczyna z karabinem. Oprócz tego są wystawy sklepów z butami, z ciuszkami dla ciężarnych, fotki straganów, papci – czyli wszystkiego, co może wzbudzić we współczesnym czytelniku niepokój albo smutek egzystencjalny. Reasumując: są to najzwyklejsze zdjęcia, które jest w stanie zrobić każdy, kto ma aparat fotograficzny i potrafi go obsługiwać w trybie „automat”. Gdyby spróbować je porównać, to fotki strzelane przez Michała Kobylińskiego (Gila Gillinga) na spędach poetów, kiedy to odbywa się masowe skarmienie sałatką majonezową są gorsze od tych, które znalazły się w „Trójmasztowcu”. Gorsze, ale tylko odrobinę.
W sprawie wierszy. Jeżeli ktoś uwierzy Maliszewskiemu w to, że są to teksty „po przełomie”, że spotka tu „jakiegos Ajudaha” itp., to się zawiedzie. „Trójmasztowiec” to zbiór tekstów banalnych. Na przykład:
nieźle się urządziłeś - mówi
i wylicza nazwiska przedwojennych
fabrykantów – wskazuje lodówkę piecyk
i telefunken, więc gdy wyciąga
odkurzacz (posprzątam ci na wszelki
wypadek) mówi „hoover”, jak gdyby wiedziała
że on jest winien tej zawiei
[bifurkacja]
I teraz zgaduj zgadula. O czym jest ten wierszyk? Dodać należy, że na sąsiedniej stronie jest fotka z zachmurzonym niebem i pustą plażą, na której porozkładano leżaki i rozstawiono stoliki.
Kto zgadnie proszony jest o wysłanie e-majla z odpowiedzią na adres:
Nagrodą będzie nieskrywana radość poety, że ktoś zrozumiał bądź próbował zrozumieć jego przekaz.
Inny przykład kunsztu poetyckiego autora „Trójmasztowca”:
heloł wagino, dzień dobry szyjko
zmieniwszy kosmiczną wyporność
znosisz dary małżonko – powiedział
Arnolfini – „a gdzie zanosisz dary?”
do Pana dary zanoszę
że śmiercią mnie obdarzył
że mogę liznąwszy
palca wiatr stwierdzić
lub wywołać
i liście zzieleniawszy
też wydają się wilgotne
trochę
Arnolfini w fotelu pęcznieje
z radości i milknie kluczowa
nieufność pomiędzy Bogiem
i córką oraz jej synem jej bratem
[małżeństwo Arnolfinich]
Jak wyżej, także i ten tekst opatrzony został obrazkiem. Zamiast plaży jest niewyraźne – bo robione nocą – zdjęcie oświetlonej skąpo wystawy sklepu z sukniami ślubnymi. Łatwo się domyślić co będzie przedstawione na pierwszym, drugim, trzecim, czwartym a nawet piętnastym (gdyby takowy istniał) planie zdjęcia. Analogicznej łatwości w odgadywaniu brak, gdy chodzi o tekst i jego znaczenie. Ale zanim czytelnik porzuci nadzieję warto spojrzeć na ostatnią stronę okładki. Przeczytać jeszcze raz notkę Maliszewskiego i Matuszkiewicza o tym, że „od dawna tkwimy na mieliźnie” i że „jedyna głębia, to głębia pęknięcia wysychającego dna” a już nie czujemy się odosobnieni w otępieniu poznawczym. Prawda, że płytko?
Obok fotki wystawy piekarni znajduje się tekst pt. „galapagos”. Podobnie jak zdjęcia ten tekst także nie zaskakuje. Czytamy:
pod tamtym mostem Alma maher błagała
męża, żeby nie robił wiochy, potem kiwnęła
głową (na gropiusa i poszli), i tam taki ładny
piasek na brzegu szkli się w wieczornej latarni
że i punki sobie wydeptują miejsca na orgazmy
jak żółwie błyszczą skórzane kurtki nad szprewą
chrzęszczą nity, trzaskają martensom sznurówki
sypie się do butów
[galapagos]
Na pewno Łukaszewicz znajdzie kilkadziesiąt fanek (przynajmniej pięć w samej Świdnicy), które po przeczytaniu tekstu o „wydeptywaniu miejsc na orgazm” rozpłyną się w sosie własnym. Nie wątpię także, że „trzaskające sznurówki”, „błyszczące kurtki” oraz „chrzęszczące nity” utorują drogę do niejednego serca profesjonalnego krytyka literackiego. Mnie jednak zastanawia konsekwentne użycie wyrazów z języka obcego w zapisie fonetycznym. Zamiast Sprewa jest szprewa, zamiast Hello jest „heloł” a Michael Douglas to „majkel daglas” [frotka]. Czytając te fonetyzmy zastanawiam się, na którym to pasie tej wielopasmówki lingwistycznej, o której pisze Maliszewski, się znalazłem? Czy może jest to namacalny dowód domniemanego przełomu?
Na zakończenie.
„Trójmasztowiec” Łukaszewicza jest kolejną pozycją wydawniczą, która zalegać będzie na półkach magazynowych hurtowni. Winą za taki stan rzeczy obarczony zostanie – jak w każdym takim przypadku – system dystrybucji i marketingu. Nie można odmówić Maliszewskiemu, Wolny-Hamkało ani Matuszkiewiczowi dobrej woli. Zrobili wszystko, by „Trójmasztowiec” dobrze się sprzedał. Notki o „przełomach”, „pękających skałach”, „dnach” itp., dawno się zdewaluowały. Teraz niemal każdy tomik posiada na okładce standardową laurkę od Wolny-Hamkało, Maliszewskiego itp. Wszystkie tomiki wydawane w tym kraju przecież są dobre. Wszystkie są przełomowe, nadzwyczajne, odkrywcze, epokowe, wyjątkowe itp. W tym kontekście tomik Łukaszewicza także się nie wyróżnia, na co zwrócili uwagę zacni i szanowani krytycy.
jarek łukaszewicz (Jarosław Łukaszewicz?), trójmasztowiec, Miejska Biblioteka Publiczna w Świdnicy, 2009.
Dyskurs: Wioletta Sobieraj LATAWCE, czyli sanacja powieści satyrycznej i wynikające stąd nieporozumienia.
Autor: Witold Egerth
Szanse książek debiutantów na naszym rynku wydawniczym są najczęściej nikłe. Przebić się przez tysiące tytułów wydawanych rocznie wręcz nie sposób, chyba że wydawnictwo stanie murem za swoim autorem i wykona ogromną marketingową pracę, przy dużym zaangażowaniu sił i środków, albo znajdzie się wpływowy i opiniotwórczy ojciec namaściciel, który poprowadzi debiutanta za rękę wprost po prestiżowe nagrody. Jestem przekonany, że gdyby książkę kogoś zupełnie nieznanego reklamowano w mediach tak często, jak to się dzieje w przypadku najbardziej znanych polskich pisarzy, sprzedano by ją również w tysiącach egzemplarzy, a gdyby jeszcze zakupu dokonały biblioteki, można by mówić o sukcesie wydawniczym. Tak rodzą się z pewnością gwiazdy i gwiazdki na naszym literackim firmamencie.
Szanse książek debiutantów na naszym rynku wydawniczym są najczęściej nikłe. Przebić się przez tysiące tytułów wydawanych rocznie wręcz nie sposób, chyba że wydawnictwo stanie murem za swoim autorem i wykona ogromną marketingową pracę, przy dużym zaangażowaniu sił i środków, albo znajdzie się wpływowy i opiniotwórczy ojciec namaściciel, który poprowadzi debiutanta za rękę wprost po prestiżowe nagrody. Jestem przekonany, że gdyby książkę kogoś zupełnie nieznanego reklamowano w mediach tak często, jak to się dzieje w przypadku najbardziej znanych polskich pisarzy, sprzedano by ją również w tysiącach egzemplarzy, a gdyby jeszcze zakupu dokonały biblioteki, można by mówić o sukcesie wydawniczym. Tak rodzą się z pewnością gwiazdy i gwiazdki na naszym literackim firmamencie.
Drugim ważnym elementem w promowaniu książki, jak już ukaże się na rynku, są krytycy. I tak jak zdolny, utalentowany pisarz nie musi posiadać wykształcenia filologicznego ani żadnego innego, tak krytyk powinien dosyć dobrze poruszać się zarówno w teorii, jak i historii literatury oraz śledzić na bieżąco to, co dzieje się w literaturze w kraju i na świecie. Tymczasem, jak to możliwe jest chyba tylko u nas, wszyscy znają się na wszystkim, więc jeśli ktoś w młodości oglądał komiksy, z zapartym tchem śledził przygody Harry'ego Pottera, a jeszcze rzutem na taśmę zdał giertychowską maturę, na pewno nadaje się na krytyka. A że nie są to słowa bez pokrycia, spróbuję udowodnić na przykładzie Latawców Wioletty Sobieraj i wybranych internetowych recenzji.
Wydawca umieścił na skrzydełku informację, że Wioletta Sobieraj okiem satyryka przygląda się współczesnej polskiej rzeczywistości, tropiąc absurdy w jej oficjalnym wizerunku, tworzonym między innymi przez media. Z właściwym sobie poczuciem humoru, podszytym ironią, obnaża pozorność tzw. autorytetów, funkcjonujących w życiu publicznym. Uznałem więc, że mam do czynienia z powieścią satyryczną, co lektura tej książki w pełni potwierdziła. Autorka przedstawia rzeczywistość w „krzywym zwierciadle”, nikogo nie oszczędzając, niczym Mikołaj Gogol w swoim Rewizorze. Ostrze satyry kieruje w stronę przedstawicieli różnych grup zawodowych: lekarzy, policjantów, nauczycieli, dziennikarzy, polityków, duchowieństwo, a więc uderza w tych, z którymi każdy w swoim życiu ma okazję się zetknąć. Wioletta Sobieraj daje się poznać jako mistrzyni ironii, co wśród polskich pisarek należy do rzadkości i przyznam szczerze, że właśnie to najbardziej urzekło mnie w jej książce. A co na to krytycy?
Otóż Marek Szymaniak, lat 21, krytyk portalu internetowego Wiadomości24.pl pisze: Niby powinniśmy się śmiać i chichotać, tymczasem bliżej nam do smutnego rozczarowania niż do uśmiechów. Postacie wykreowane przez pisarkę są płytkie. Brak im różnorodności i wielowymiarowości. W stan rozdrażnienia autorka wprowadza czytelnika co chwila niebywale przerysowując postacie i generalizując środowiska. Ale przecież tak je widzi główna bohaterka! To jej oczami poznajemy pozostałe postacie – w powieści występuje subiektywna narracja pierwszosobowa, ze wszystkimi wynikającymi z tego faktu konsekwencjami. Poza tym w Latawcach, tak jak w przywołanym wcześniej przeze mnie Rewizorze, chodzi o SATYRĘ. A wystarczyłoby, gdyby pan Marek wcześniej zajrzał do słownika terminów literackich i zapoznał się ze znaczeniem tego terminu. Dowiedziałby się, że wypowiedź satyryczna wyraża krytyczny stosunek autora do określonych zjawisk życia, nie proponuje żadnych rozwiązań pozytywnych, jej naturalnym żywiołem jest ośmieszająca negacja, a w związku z jednostronnością satyry, zwykło się mówić, że przedstawia ona rzeczywistość w „krzywym zwierciadle”, zdeformowaną przez komiczne wyolbrzymienie lub pomniejszenie. W związku z tym zarzuty pana Szymaniaka są niedorzeczne. Oczywiście, utwory satyryczne nie muszą należeć do jego ulubionych, nie każdy musi je czytać, ale oczekiwać po nich, że zaoferują radosną zabawę?! Satyra nie jest po to, żeby się bezmyślnie chichotać jak na występach kabaretowych, tylko czasami gorzko się uśmiechnąć, dostrzegając labirynty absurdu. W przypadku kogoś, kto zajmuje się krytyką literacką, to niewybaczalny błąd. Do tego postacie ukazywane w satyrze, czy panu Szymaniakowi się to podoba, czy nie, SĄ jednowymiarowe, przerysowane, zupełnie jak w dobrej karykaturze.
Pisarzom utworów satyrycznych, którzy stają się obiektami niewybrednych ataków, warto przypomnieć Monachomachię i Antymonachomachię arcybiskupa gnieźnieńskiego Ignacego Krasickiego, znanego również z licznych satyr i bajek, znanego oczywiście tylko tym, którzy nie spali na lekcjach polskiego. Monachomacha, czyli Wojna mnichów pierwotnie ukazła się bezimiennie, dopiero po ponad 20 latach, a rok po śmierci autora wyszła pod jego nazwiskiem. Właściwie wszyscy pisarze o satyrycznym zacięciu nie mieli w naszym kraju łatwego życia. Ile lat musiał czekać Bolesław Prus, zanim uznano jego Lalkę – oj, niemało w niej ironii i satyry – za powieść wartościową i godną uwagi?! Władysław Reymont po napisaniu Ziemi obiecanej również dostawał cięgi od krytyków, bo za ostro pisał i ośmieszał przedstawicieli różnych środowisk – szczęśliwie w tym czasie przebywał w Paryżu.
Kolejny krytyk literacki, Magdalena Galiczek, studentka technologii chemicznej pisze w portalu internetowym Granice.pl, że: Książka Wioletty Sobieraj nie podnosi czytelnika na duchu, nie daje też recepty na naprawę. Prawda! Zgodnie z definicją satyry, że ta nie proponuje żadnych rozwiązań pozytywnych. Pani Galiczek zastanawia się, czy konieczne było zastosowanie przez autorkę tak drastycznych środków wyrazu, aby ukazać – jej zdaniem – prawdziwy obraz świata? Szkoda, że recenzentka nie precyzuje, o jakie drastyczne środki wyrazu chodzi, a poza tym ambicją Wioletty Sobieraj nie było chyba przedstawienie obrazu świata, tylko wycinka polskiej rzeczywistości. A jak ona wygląda? Jeśli ktoś w tym kraju przeżył na własny rachunek kilkadziesiąt lat, to chyba nie ma złudzeń. Oddajmy jednak głos Wioletcie Sobieraj i jej domniemanym drastycznym środkom wyrazu: Szara, liszajowata elewacja stanowiła doskonałe tło dla twórczych wypowiedzi wielu pokoleń uczniów. To najprawdziwsza kronika o dużym historycznym znaczeniu. Już wyobrażam sobie przyszłych archeologów, którzy z tych zapisków będą odtwarzać naszą rzeczywistość(…) Na szczęście nie przetrwają zapachy (…) – to o wyglądzie miejskiej szkoły; Pani od niemieckiego, najmłodszy narybek, spiorunowała mnie spojrzeniem i nic nie mówiąc, wyszła z pokoju – absolutnie wyprana z poczucia humoru, za to doskonale zorientowana w tym, co wypada lub nie. Po chwili weszła jej rówieśnica, absolwentka elitarnej szkoły, prywatnej uczelni, nie wiadomo skąd(…) – czyżby tego fragmentu młodzi znawcy literatury nie mogli darować Wioletcie Sobieraj? A może kilku krytycznych uwag pod adresem dyslektyków, które bohaterka kończy następującym wnioskiem: Już wiedziałam, skąd się biorą pomyłki, amputowanie lewej nogi zamiast prawej, wyrwanie górnej szóstki zamiast dolnej piątki… Ale to nic, bo ilu w Polsce może być lekarzy (dyslektyków – W.E.), znacznie wiecej jest kierowców na drogach i oczami wyobraźni ujrzałam tych szaleńców (jak oni zdobyli prawo jazdy?), którym plączą się strony; migacz w lewo – a skręca w prawo, żeby zahamaować – naciska pedał gazu, a zamiast przyśpieszyć – hamulec… Autorka równie niepochlebnie charakteryzuje mężczyzn: Pan Redaktor-Telewizja z piórami postawionymi na czubku – „w cipę”, wzorem ostatniej mody – może tak ujawnia się skrywany kompleks Elektry? Pan-Gazeta natomiast z właściwą sobie nonszalancją wodził podkrążonymi oczami onanisty po obecnych, jakby sprawdzał, czy jego nażelowane loki robią jedynie słuszne wrażenie. (…) Pan-Policjant to rasowy przedstawiciel tego zawodu – tęgi, pod sumiastym wąsem i z obowiązkową, jakby to był element umundurowania, acz delikatną solą pod pachami. Przy nich Pan-Psycholog, nikczemnego wzrostu, w znoszonej marynarce, wyglądał jak ubogi krewny(…) W innym miejscu natykamy się na opis wizyty bohaterki u lekarza ortopedy, z którego przytoczę tylko początek: Ręka bolała mnie jak diabli, a po ortopedzie ani śladu. Miał być od godziny, kolejka pacjentów wiła się i pęczniała z minuty na minutę. Wyglądaliśmy jak dziady proszalne pod kościołem w odpust – niektórzy z czapkami w dłoniach, jakby w oczekiwaniu na brzęczące monety. Bóg, zbawca, lekarz zajechał w końcu jakąś wypasioną furą i, potykając się o nas jak o irytujące zawalidrogi, dopadł drzwi gabinetu. Czy to drastyczne środki wyrazu? No cóż, według mnie nie, raczej życie bywa drastyczne, ale z drugiej strony każdy z czytelników ma prawo do własnej oceny. Pani Galiczek nie może zaakceptować wizji naszego kraju, jaki wyłania się z Latawców, czyli zakłamania, zawiści, dbania jedynie o własne interesy, braku sprawiedliwości, łapówkarstwa itd., o czym Sobieraj pisze z humorem, ironią, ale i sarkazmem, dlatego ta lektura wydaje się jej – młodej kobiecie, podobno nawet poetce – męcząca.
Uważam, że to dość typowa sytuacja, którą doskonale scharakteryzował Bolesław Prus w Lalce, słowami doktora Szumana, prowadzącego rozważania na temat wychowywania przez kobiety kolejnych pokoleń Polaków: Czy (dzieci – przyp. W.E.) uczą się poznawać ludzi, z którymi kiedyś żyć im przyjdzie?… Nie, uczą się im podobać za pomocą stosownych min i ukłonów. Czy uczą się realnych faktów, decydujących o naszym szczęściu i nieszczęściu?… Nie, uczą się zamykać oczy na fakty, a marzyć o ideałach. Nasza miękkość w życiu, nasza niepraktyczność, lenistwo, fagasostwo i te straszne pęta głupoty, które od wieków gniotą ludzkość, są rezultatem pedagogiki stworzonej przez kobiety. A nasze znowu kobiety są owocem klerykalno-feudalno-poetyckiej teorii miłości, która jest obelgą dla higieny i zdrowego rozsądku… To zamykanie oczu na fakty, ciche przyzwolenie na łamanie ogólnie przyjętych zasad etycznych, przy jednoczesnym nakazie milczenia – w najlepszym razie, a w wersji bardziej pożądanej – przy aplauzie dla nieocenionych zalet kogoś, kto jest ich zupełnie pozbawiony, jest nam doskonale znane. W tym kontekście cieszy próba satyrycznego ujęcia polskiej rzeczywistości, jaką podjęła Wioletta Sobieraj. Wydaje się kontynuatorką tradycji przedwojennych powieści, będących satyrą lub pamfletem na polską obyczajowość, takich jak Kariera Nikodema Dyzmy Tadeusza Dołęgi-Mostowicza czy zupełnie odmienne Zmory Emila Zegadłowicza. Zmory – o czym warto pamiętać – wywołały tak wielkie oburzenie społeczeństwa z powodu m.in. antyklerykalizmu, krytyki prowincjonalnej obyczajowości i systemu szkolnego, że odebrano autorowi honorowe obywatelstwo Wadowic. A przecież wszyscy wymienieni przeze mnie pisarze tworzyli i tworzą z pasją, z powodu niezgody na negatywne zjawiska w naszym życiu. Tylko oni je widzą i poddają krytyce, mając naiwną nadzieję na w sprowokowanie zmian, kiedy inni wolą zamykać oczy albo patrzeć na świat przez różowe okulary, zgodnie z propagowaną obecnie w mediach optymistyczną serialową optyką.
Sobieraj, zważywszy na jej wcześniejsze zawodowe zainteresowanie międzywojenną satyrą, chyba świadomie wpisuje się w ten niełatwy dla polskich autorów nurt w naszej literaturze i mam nadzieję, że jej kolejna powieść tę raz obraną drogę potwierdzi. Z pewnością jej wielkim atutem jest bogaty, żywy język, co niemal zgodnie potwierdzają i przeciwnicy, i entuzjaści jej powieści. Jedynym wyjątkiem jest niejaki „rednacz” z portalu internetowego „dużeKa”. Pisze on: Wioletta Sobieraj posłużyła się mocno przeintelektualizowaną i naciąganą polszczyzną, kładąc przy okazji wszystkie dowcipy po drodze (nie zauważyłem, a czytałem naprawdę uważnie, żeby ktokolwiek z bohaterów opowiadał dowcipy). Brak tu jakiegokolwiek gwoździa słownego, wszystko opowiedziane jest zbyt płynnie, po prostu za pięknie.(…) Czasem jedna k...a jest lepsza niż stado gładkich słówek. Rzeczywiście potoku przekleństw w Latawcach nie znajdziemy, ale słowa powszechnie uważane za wulgarne autorce nie są obce i występują w powieści tam, gdzie ich miejsce. W scenie nocnego spotkania bohaterki z nieletnimi mieszkańcami i stróżami prawa w centrum miasta słowo k...a akurat pada wielokrotnie, i trzeba przyznać, że Wioletta Sobieraj robi to koncertowo. Zaczynam podejrzewać, że rednacz z dużegoKa (człowiek bez nazwiska, więc może i bez wiedzy, jak wygląda porządna recenzja, bo to, co upublicznił, to jakaś niewydarzona karykatura tego gatunku) książki nie czytał, ale z jakichś sobie znanych powodów postanowił ją w oczach czytelników zdyskredytować. Ma również pretensje do Wioletty Sobieraj, że jako absolwentka polonistyki (studiująca kiedyś filozofię), stworzyła niezbyt mądrą bohaterkę, zamiast Robin Hooda normalności. I tu ponownie musimy wrócić do tego, czym jest, a czym nie jest satyra (na szczęście to proste, w przeciwieństwie do ustalania atrybutów normalności). Bohaterowie satyry to z reguły postacie obarczone wadami, inaczej by nimi nie zostali! Celem satyry jest ośmieszenie ludzkich zachowań! A główna bohaterka – Zuzanna – to wzór takiego antybohatera, jak Dyzma czy „wielebne głupstwo” w Monachomachii. Więc nie jest idealna, raczej przebiegła, taka, która dobrze wie, że na swoją fajtłapowatość, przybierając postawę sierotki Marysi, uzyska znacznie więcej, niż człowiek, który uczciwie zdąża do celu. Zuzanna doskonale widzi cudze wady, swoich nigdy – przecież to ludzkie! Tak skonstruowany bohater siłą rzeczy będzie prowokował zabawne sytuacje, kompromitując i siebie, i innych, i tak w Latawcach się dzieje. Nie jest to oczywiście powieść tej miary co Przygody dobrego wojaka Szwejka..., ale Zuzanna momentami to taki Szwejk w spódnicy i gdyby Sobieraj napisała kolejne przygody swojej bohaterki, myślę, że powinna podążać właśnie w tę stronę. A że nie wszystkich to bawi, nikogo dziwić nie powinno. Wszak nie od dziś wiadomo, że najtrudniej śmiać się z siebie, poza tym poczucie humoru to sprawa bardzo indywidualna – niektórzy nawet są go zupełnie pozbawieni. A w przypadku Wioletty Sobieraj zarówno język jak i specyficzny humor wskazują na przedstawicielkę polskiej autentycznej inteligencji, dlatego nie znajdzie czytelników wśród kobiet spragnionych prostych wzruszeń ani wśród mężczyzn identyfikujących się z superbohaterami.
Po lekturze licznych recenzji Latawców wniosek, że to książka nie dla każdego, nasuwa się sam. Zresztą dotyczy to wszystkich książek. Ważny jest wiek, doświadczenie, wyznawana religia, światopogląd, zainteresowania, wrażliwość, oczekiwania czytelnika – to oczywiste – co dla jednych jest sufitem, dla innych zaledwie podłogą, jak mieliśmy okazję usłyszeć w znanej polskiej komedii. Już wyobrażam sobie recenzję krwawego horroru pisaną przez zwolenniczkę banalnych romansów albo recenzję z koncertu symfonicznego w wykonaniu kogoś, kto poza muzyką disco-polo świata nie widzi, albo jeszcze lepiej – Hegla w rękach siedmiolatka – „Mamusiu, jaka nudna książka, i nie ma obrazków!” – moglibyśmy usłyszeć. „Prowincjonalna nauczycielka” (to kolejna strona internetowa, na której ukazała się recenzja Latawców) tak kończy omawianie tej powieści: Dla mnie to książka – mimo gorzkiego zabarwienia – szalenie prawdziwa. Ot, jakby lustro przystawione przed twarze tym, których autorka opisuje. Tylko czy każdy ma chęć się w nim przejrzeć? Ludzie identyfikujący się z postaciami z Latawców z pewnością – nie, ale myślę, że ci spośród czytelników, którzy np. spotkali się już z niekompetencją lekarzy, nie przepadają za reformatorami polskiej oświaty, do tego nie mają najlepszego zdania o policji i nie wierzą w celibat księży, a prezenterzy telewizyjni nie są ich idolami, bez obaw mogą sięgnąć po tę lekturę, chyba, że akurat kolekcjonują kompleksy – wtedy najlepiej nie budzić demonów, bo poziom agresji może im niepomiernie wzrosnąć.
Na zakończenie chciałbym się jeszcze odnieść do tytułowych latawców, które w finałowej, ciekawie poprowadzonej scenie odgrywają ważną symboliczną rolę. W nich skupia się sens całej powieści, która co prawda nie napawa optymizmem, zgodnie z tym, co pisze przywoływana już przeze mnie Magdalena Galiczek: powieść Wioletty Sobieraj zalicza się zdecydowanie do grona tych książek, które bez wątpienia zaspokoją potrzeby największych pesymistów, ale nim tak się stanie, czytelnika czeka dobra zabawa, jeśli oczywiście poczucie humoru mu na to pozwoli. Owe latawce, płonące – jeden z napisem „patriotyzm”, drugi „nauka”, trzeci „religia” – zostają wyrzucone przez okno podczas szkolnej uroczystości i przy radosnych okrzykach uczniów, robiących zakłady o to, który latawiec upadnie szybciej, oraz ciekawskich spojrzeniach dorosłych sięgają bruku.
W Latawcach odnajdziemy humor, gorycz, ironię, sarkazm i zadumę nad pozornością naszej rzeczywistości, tak jakby patronowały im słowa Witkacego z Nienasycenia: pozorni ludzie, pozorna praca, pozorny kraj. Wyszła z tego wcale poważna książka i dlatego dziwi ignorancja, z jaką potraktowało ją wydawnictwo. Przede wszystkim z powodu polonistycznego wykształcenia autorki, korektorka (Małgorzata Pośnik) chyba poczuła się zwolniona z obowiązku i nie zadała sobie trudu, żeby tekst sprawdzić i usunąć np. nawias tkwiący w środku wyrazu – drobiazg, ale razi. Kiedy ukazują się książki najpoczytniejszych polskich pisarzy, ze zdumieniem odkrywamy, że pracowało przy nich nierzadko po czterech korektorów, aż człowiek zaczyna się zastanawiać, kto te książki tak naprawdę pisze. I jeden, i drugi wariant zadziwia. Poza tym okładka wprowadza potencjalnego czytelnika w błąd – te fiolety, róże i krotochwilny nieład! Sugeruje lekturę lekką, łatwą i przyjemną, a rzecz okazuje się w efekcie poważna. Trudno oprzeć się wrażeniu, że nad wydaniem tej książki zaciążyło fatum pozorności działań i braku kompetencji, jakby w odwecie za ostrze satyry wymierzone w ich stronę. Mam jednak nadzieję, że Latawce odnajdą drogę do swoich czytelników, a o autorce Wioletcie Sobieraj jeszcze usłyszymy, bo pisze z pasją i porusza istotne społecznie kwestie. Potrafi być kontrowersyjna i bezkompromisowa, a nie – mdła, niewyraźna, co to Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek – żeby było miło.
Wioletta Sobieraj, Latawce, Philip Wilson, 2008.
Listy: SOBIERAJ ODPOWIADA DEHNELOWI
Szanowny Panie,
rzadko zaglądam do internetu, dlatego dopiero teraz mogę odpowiedzieć na Pański felieton o mojej nieskromnej osobie, który, przyznaję, sprawił mi ogromną przyjemność, przynosząc ze sobą tak konieczne dla megalomana mojego pokroju katharsis. Cóż, nie jestem idealny – ale kto jest? Zgódźmy się więc z tym, że jestem potworem – to pojęcie zawiera w sobie ładunek na tyle negatywny, że zadowoli moich wszystkich wrogów. Niemniej, Pańska zawoalowana teza, że pisarz (szerzej: artysta) nieznany za życia jest niejako a priori mierny, wydaje mi się pozbawiona podstaw, czego dowodzi historia, pełna nazwisk twórców swego czasu nieznanych. Bo przecież nie doraźna popularność jest miarą sztuki, nie postawa etyczna artysty, nie jego koneksje, pochodzenie ani nawet nie jego – jakże niekiedy barwne – cechy charakteru. Nie one czynią artystę wielkim. Czyni to jego wyjście poza modne konwencje epoki, wiedza, warsztatowa sprawność, umiejętność nawiązania dialogu z poprzednikami i kilka innych cech, wśród nich ta najsłabiej zdefiniowana, intuicyjna raczej, jaką jest talent. A Pan postanowił dać upust swoim frustracjom urażony moim stwierdzeniem, że nie jest Pan przystojny i męski, ale za to umie Pan pisać, tylko nie ma o czym, i że Pańska słynna pelisa jest po dziadku. Przyznaję, nie są to argumenty merytoryczne, co do przepięknej pelisy to nie znam jej pochodzenia, ale i rozmowa z Janem Siwmirem była dosyć swobodna, wielowątkowa, kpiarska i ironiczna, co niesie ze sobą dygresje, niekiedy godzące w próżność, w tym przypadku Pańską. A wiemy z psychologii, że im większa próżność, tym rana bardziej dotkliwa. Miał Pan, jak sądzę, zajęcia z psychologii? Czasem taką ranę leczy poczucie humoru. Jeśli go nie ma – to rzeczywiście, życie staje się trudniejsze. Przykro mi, ale w tej sprawie nie mogę Panu pomóc.
Postąpił Pan jednak nieładnie, nie po dżentelmeńsku, posługując się wyrwanymi z kontekstu zdaniami, zafałszowaniami, przemilczeniami i przeinaczeniami oraz innymi, typowymi dla propagandy pewnych przebrzmiałych formacji politycznych, zabiegami. Nie zadał Pan sobie trudu przeczytania moich książek i skonfrontowania ich treści z – przyznaję – entuzjastycznymi recenzjami. Pominął Pan milczeniem zawarty w moich esejach i felietonach program artystyczny i stopień jego zgodności z uprawianą przeze mnie twórczością. Uniknął Pan merytorycznej, logicznej i filozoficznej kontroli moich tekstów, uciekając się do sztubackich wygłupów, które, jak wiemy, potrafią ośmieszyć wszystko. Podobnie w złym guście jest nieinformowanie mnie o Pańskiej publikacji, co uniemożliwiło mi odpowiedź we właściwym czasie i miejscu. Cóż, widać po dziadku została Panu tylko pelisa – kindersztubę diabli wzięli. Bo co innego facecje w luźnej rozmowie, a co innego publikacja w dziale książki (co Pański felieton ma wspólnego z recenzją KSIĄŻKI?)
Jest Pan, w opinii niektórych, wielkim artystą wszechstronnym, polskim Leonardem, największym kolorowym balonem, planetą, ba, najjaśniejszą gwiazdą polskiego zaprzałego literackiego nieboskłonu, więc złość i jad Panu nie przystoją, tym bardziej nie przystoi nieelegancki atak ad personam przypuszczony na mnie z braku merytorycznych argumentów. Szczególnie on niesmaczny, bo sprowokowany błahostką, jednak przyznaję, tekst w sumie zabawny – chociaż nieuczciwy i zalatujący paszkwilem. Stąd moje mieszane uczucia, w których jednak kiełkuje nadzieja, że nareszcie mam godnego siebie przeciwnika – oczywiście, jeśli idzie o złośliwość, bo zasady dżentelmeńskiej walki powinien Pan sobie przyswoić. Rzecz jasna, jeśli uzna to Pan za konieczne – broń Boże, proszę nie łamać swojej natury.
Jak wspomniałem, Pański atak na mnie jest osobisty i nosi cechy pieniactwa, bowiem w całej długiej (25 str.) rozmowie z Janem Siwmirem poświęciliśmy Panu zaledwie dwa zdania. Rozumiem, że Pan i Towarzystwo uważacie, że tacy jak my powinniśmy jedynie płacić na Was podatki i siedzieć cicho, rozdziawiając gęby w niemym zachwycie, bo tacy jesteście wielcy – przecież mówią o Was w mediach, wydają Wam książki. Otóż te czasy, Panie Dehnel, się skończyły. To, kto jest naprawdę wielki, oceni historia, może co lepiej wykształceni czytelnicy, a nie Komitet Centralny, Radiokomitet czy inni koledzy. Proszę wspomnieć te dzisiaj zapomniane, a niegdyś wynoszone nazwiska. Kto pozostał z dawnych nadmuchanych balonów? Kto zostanie z dzisiejszych? Ja nie mam tyle pychy, by stwierdzić, że wiem. Mogę jedynie przypuszczać.
Panie Dehnel, dał się Pan nabrać na moją pozorną w istocie megalomanię, sprowokowaną tym, co dzieje się w dzisiejszej polskiej krytyce i literaturze – moja bufonada to tylko kopia z dystansem tego, co wyprawiają inni, ci znani i lubiani autorzy i ich apostołowie. Obnażył Pan za to megalomanię swoją, niestety prawdziwą. Czy uzasadnioną? Cóż, ponownie zostawmy głos historii.
Przy okazji, gorąco polecam Panu lekturę moich książek – nie tylko wstępów do nich. Bo może jednak zweryfikowałby Pan swoją, proszę wybaczyć, niemądrą tezę, że jedynie popularny pisarz to dobry pisarz. Bowiem jeśli to Pan ma rację, to, ach, aż się boję – te wszystkie Hölderliny i Schulze, Gombrowicze i Witkace, te zastępy za życia wyśmiewanych, niedocenianych i zwykle niewydawanych lub wydawanych późno i w niewielkim nakładzie pisarzy, są do dupy, a liczą się jedynie ci wydawani, medialni, nagradzani i wynoszeni przez sobie współczesnych krytyków, żerujący na stypendiach, tłumaczeniach, zagranicznych wojażach, za pieniądze podatnika?
Właściwie mógłbym wzruszyć na ten Pański atak ramionami, gdyby nie jedna, jedyna rzecz – wzbudził Pan w czytelnikach swojego felietonu błędne przekonanie, że pogardzam takimi ludźmi, jak: Szekspir, Bach, Mozart, Mickiewicz, Słowacki, Witkacy, uważając ich za „pozytywnych grafomanów”. Nie napisał Pan, przez niegodziwość lub niezrozumienie, że przez grafomanię, co wyjaśniam wyraźnie, rozumiem jedynie imperatyw pisania, który przynosi efekty pozytywne, doskonałe, jak u wyżej wymienionych, którym oddaję cześć niemal boską, albo mierne, zgodnie ze słownikowym wyjaśnieniem terminu grafomania.
Kłaniam się,
Tomasz Sobieraj
Odpowiedź na felieton Jacka Dehnela Po prostu: Sobieraj, książki.wp, wrzesień 2009.
Rozmowa: Jan Zumis ŚWIATŁOCIENIE
Autor: Jan Siwmir
Siwmir – Widziałeś obrazy Caravaggia?
Jan Siwmir – Widziałem. Nie jestem malarzem ani krytykiem sztuki, ale do mnie te obrazy przemawiają. Gracja i wdzięk postaci, perfekcyjny realizm, uczucia malujące się na twarzach, pasja i namiętność, które przekazuje cała sylwetka. Cóż, dziś trudno znaleźć takich gigantów pędzla.
Siwmir – Nie zapomnij o grze światła. Wielu pisarzy nawiązuje do tych obrazów właśnie ze względu na barwy i takie operowanie cieniem, które sprawia wrażenie trójwymiarowości postaci i przestrzeni. Weźmy chociażby najnowszy tomik Jana Zumisa zatytułowany Światłocienie. Na okładce fragment obrazu, w środku wiersz poświęcony temu genialnemu malarzowi...
Jan Siwmir – A tak. Jest tam i Caravaggio i Bocelli, Herbert, Kawafis, Platon, Arystoteles, Eros i Atlas. Oraz mnóstwo łaciny. Wydawałoby się, że wiersze będą ponadczasowe, czyste w formie, niebanalne w porównaniach, nawiązujące do antycznych korzeni.
Siwmir – Tymczsem, jak widzę, nie jesteś zachwycony.
Jan Siwmir – Nie tylko nie jestem zachwycony, ale wręcz wściekły. Co krok napotykam bowiem na osoby piszące od kilkunastu lub kilkudziesięciu lat, które przez taki okres czasu powinny opanować warsztat pisarski przynajmniej na tyle, by utwory były jasne, spójne, forma zaś adekwatna do treści. A patrz, co się dzieje. Wielki człowiek, erudyta, podróżnik, osoba, której nieobca jest zaduma filozoficzna i nie potrafi tej swojej wiedzy, tego ogromu doświadczenia przekazać. Większość wierszy jest przede wszystkim przegadana, skrócenie ich przynajmniej o połowę dałoby o wiele lepszy efekt.
Siwmir – Może to jest tak, że im większy ładunek emocjonalny, tym trudniej opanować go chłodnym okiem pióra? Bo przecież, żeby podzielić się z kimś jakąś myślą, należy ja ubrać w odpowiednie słowa, dobrać te słowa do poziomu odbiorcy, nie wdawać się w zbyt długie dygresje, gdyż wtedy sens wypowiedzi ucieka...
Jan Siwmir – Oczywiście, że tak jest. Jeśli jednak już ktoś chce się tą swoją myślą podzielić, niech ma świadomość, że nie może bełkotać.
Siwmir – Kiedy akurat bełkot od dłuższego czasu jest modny. Silnie promowane są wiersze, które ignorują wszelkie znaki przestankowe, interpunkcję...
Jan Siwmir – Nierzadko i ortografię...
Siwmir – Nie mają przewodniej myśli, są wyłącznie zapisem stanu nieświadomości autora, do czego autor albo dorabia jakąś filozofię (zazwyczaj z pomocą zaprzyjaźnionych krytyków), albo sam się beztrosko przyznaje, że nie wie, o co mu w wierszu chodziło, bo pisał dawno temu.
Jan Siwmir – Aż tak źle w tym przypadku nie jest, ale w wielu utworach, mam wrażenie, że autor zbyt głęboko wniknął w siebie, zbyt dużo tam znalazł i wszystkim od razu chciał się z ludźmi podzielić. A to się tak nie da. Literaturę trzeba selekcjonować, czasem ostro. Opowiedziana historia nie musi być prawdziwa, ona musi być wiarygodna i klarowna. Poza tym, jeżeli już wydaje się któryś z kolei tomik, nie można wrzucać do niego wszystkiego, co się ma na stanie. To przywilej wyłącznie debiutantów.
Siwmir – W każdym zbiorze znajdziemy wiersze lepsze i trochę gorsze. Niejednokrotnie te tzw. gorsze są bardziej cenione przez niektórych czytelników niż inne.
Jan Siwmir – Tak, ale i te gorsze muszą prezentować jakiś, choćby minimalny, poziom. No i nie można ożenić pod jednym dachem wierszy typowo felietonowych, rubasznych, satyrycznych z wierszami filozoficznymi nawiązującymi do hellenistycznych wzorów czy idei. Niewielu jest zwolenników jedzenia smalcu z dżemem. A już kompletnym nieporozumieniem jest wiersz Krzyk życia. Infantylny, żenująco dosłowny, bez pomysłu, bez smaku. Czy równie nieudany Wnukom i wnuczętom, rażący nachalnym dydaktyzmem.
Siwmir – Ty, po prostu, nie rozumiesz uczuć umownie nazywanych macierzyńskimi, które przesłaniają jakiekolwiek kryteria obowiązujące w literaturze, i które według większości ludzi usprawiedliwiają wszystko.
Jan Siwmir – One nie przesłaniają i nie usprawiedliwiają, one wylewają się i ulewają jak niestrawiona kaszka z zachłannego dzioba każdego, czy to zwierzęcego, czy to ludzkiego, oseska. Co tylko potwierdza, to co powiedziałeś na początku. Im silniejsze uczucie, tym trudniej opisać. Dlatego nie każdy może się za opisywanie zabierać.
Siwmir – Gdyby jednak wiersze Zumisa odpowiednio posegregować?
Jan Siwmir – Wtedy, po dołożeniu jeszcze kilkunastu, powstałyby trzy tomiki. I znalazłyby rację bytu trzy motta, widniejące na początku książki. O dwa za dużo jak na jeden tomik.
Siwmir – Ja zrobiłbym trzy części, wyraźnie oddzielone od siebie, kilka utworów bym wyrzucił i myślę, że wtedy dałoby się ten zbiór obronić.
Jan Siwmir – Obronić może tak, ale nie wybronić całkowicie. Nadal pozostaje kwestia wycięcia niektórych fragmentów i konieczność wyraźniejszych point. Tok narracji wiersza (zwłaszcza filozoficznego) musi do czegoś prowadzić, nawet jeśli byłby to skraj przepaści. Nie można tylko ot tak sobie podywagować. A żeby mądrzej brzmiało, pookraszać wtrętami z obcego języka. Odchwaścić z łaciny trzeba te wiersze obowiązkowo. Niekoniecznie dlatego, że niewielu ją rozumie, ona najzwyczajniej w świecie nie jest potrzebna w tych wierszach w takiej ilości.
Siwmir – Surowy dziś jesteś jak rzadko. Odetchnij głęboko i spójrz na wiersze takie jak Subiektywny ogląd, Nasyceni, Andrea Bocelli, Carte blanche. To bardzo dobre wiersze.
Jan Siwmir – W tym przypadku muszę być surowy. Nie chcę, żeby Jan Zumis był jednym z przeciętnych poetów niezauważalnych w tłumie. Jak sam zaznaczyłeś, są w tym zbiorku wiersze dobre i bardzo dobre. Są (nieliczne) ładne sformułowania, jak na przykład to z wiersza Coś z Kawafisa:
A gdy dzień się przetoczy
kłębem emocji
(własnych i cudzych)...
Urzekły mnie te „cudze emocje”. Zazwyczaj skupiamy się na własnych, a przecież uczucia innych też przechodzą przez nas jak nawałnica. I nie pozostają bez śladu.
Poeta musi szukać innego spojrzenia na świat. Jeśli widzi to samo i tak samo jak inni ludzie, trudno mi będzie nazwać go poetą.
Siwmir – Oprócz innego spojrzenia, musi też umieć tak zestawiać słowa, by nie brzmiały jak dysonans, ale układały się jak puzzle, które idealnie pasując do siebie, tworzą oryginalny obraz. Moim zdaniem Jan Zumis ma duży talent, potencjał i możliwości, przydałoby mu się natomiast trochę roztropności w selekcjonowaniu własnych utworów oraz znalezienie takiego przyjaciela, który dla jego dobra, ostro i krytycznie, a przede wszystkim chłodno recenzowałby każdy wiersz. Bogiem a prawdą każdemu z nas przydałby się taki przyjaciel.
Jan Siwmir – Dixi.
Siwmir – Widziałeś obrazy Caravaggia?
Jan Siwmir – Widziałem. Nie jestem malarzem ani krytykiem sztuki, ale do mnie te obrazy przemawiają. Gracja i wdzięk postaci, perfekcyjny realizm, uczucia malujące się na twarzach, pasja i namiętność, które przekazuje cała sylwetka. Cóż, dziś trudno znaleźć takich gigantów pędzla.
Siwmir – Nie zapomnij o grze światła. Wielu pisarzy nawiązuje do tych obrazów właśnie ze względu na barwy i takie operowanie cieniem, które sprawia wrażenie trójwymiarowości postaci i przestrzeni. Weźmy chociażby najnowszy tomik Jana Zumisa zatytułowany Światłocienie. Na okładce fragment obrazu, w środku wiersz poświęcony temu genialnemu malarzowi...
Jan Siwmir – A tak. Jest tam i Caravaggio i Bocelli, Herbert, Kawafis, Platon, Arystoteles, Eros i Atlas. Oraz mnóstwo łaciny. Wydawałoby się, że wiersze będą ponadczasowe, czyste w formie, niebanalne w porównaniach, nawiązujące do antycznych korzeni.
Siwmir – Tymczsem, jak widzę, nie jesteś zachwycony.
Jan Siwmir – Nie tylko nie jestem zachwycony, ale wręcz wściekły. Co krok napotykam bowiem na osoby piszące od kilkunastu lub kilkudziesięciu lat, które przez taki okres czasu powinny opanować warsztat pisarski przynajmniej na tyle, by utwory były jasne, spójne, forma zaś adekwatna do treści. A patrz, co się dzieje. Wielki człowiek, erudyta, podróżnik, osoba, której nieobca jest zaduma filozoficzna i nie potrafi tej swojej wiedzy, tego ogromu doświadczenia przekazać. Większość wierszy jest przede wszystkim przegadana, skrócenie ich przynajmniej o połowę dałoby o wiele lepszy efekt.
Siwmir – Może to jest tak, że im większy ładunek emocjonalny, tym trudniej opanować go chłodnym okiem pióra? Bo przecież, żeby podzielić się z kimś jakąś myślą, należy ja ubrać w odpowiednie słowa, dobrać te słowa do poziomu odbiorcy, nie wdawać się w zbyt długie dygresje, gdyż wtedy sens wypowiedzi ucieka...
Jan Siwmir – Oczywiście, że tak jest. Jeśli jednak już ktoś chce się tą swoją myślą podzielić, niech ma świadomość, że nie może bełkotać.
Siwmir – Kiedy akurat bełkot od dłuższego czasu jest modny. Silnie promowane są wiersze, które ignorują wszelkie znaki przestankowe, interpunkcję...
Jan Siwmir – Nierzadko i ortografię...
Siwmir – Nie mają przewodniej myśli, są wyłącznie zapisem stanu nieświadomości autora, do czego autor albo dorabia jakąś filozofię (zazwyczaj z pomocą zaprzyjaźnionych krytyków), albo sam się beztrosko przyznaje, że nie wie, o co mu w wierszu chodziło, bo pisał dawno temu.
Jan Siwmir – Aż tak źle w tym przypadku nie jest, ale w wielu utworach, mam wrażenie, że autor zbyt głęboko wniknął w siebie, zbyt dużo tam znalazł i wszystkim od razu chciał się z ludźmi podzielić. A to się tak nie da. Literaturę trzeba selekcjonować, czasem ostro. Opowiedziana historia nie musi być prawdziwa, ona musi być wiarygodna i klarowna. Poza tym, jeżeli już wydaje się któryś z kolei tomik, nie można wrzucać do niego wszystkiego, co się ma na stanie. To przywilej wyłącznie debiutantów.
Siwmir – W każdym zbiorze znajdziemy wiersze lepsze i trochę gorsze. Niejednokrotnie te tzw. gorsze są bardziej cenione przez niektórych czytelników niż inne.
Jan Siwmir – Tak, ale i te gorsze muszą prezentować jakiś, choćby minimalny, poziom. No i nie można ożenić pod jednym dachem wierszy typowo felietonowych, rubasznych, satyrycznych z wierszami filozoficznymi nawiązującymi do hellenistycznych wzorów czy idei. Niewielu jest zwolenników jedzenia smalcu z dżemem. A już kompletnym nieporozumieniem jest wiersz Krzyk życia. Infantylny, żenująco dosłowny, bez pomysłu, bez smaku. Czy równie nieudany Wnukom i wnuczętom, rażący nachalnym dydaktyzmem.
Siwmir – Ty, po prostu, nie rozumiesz uczuć umownie nazywanych macierzyńskimi, które przesłaniają jakiekolwiek kryteria obowiązujące w literaturze, i które według większości ludzi usprawiedliwiają wszystko.
Jan Siwmir – One nie przesłaniają i nie usprawiedliwiają, one wylewają się i ulewają jak niestrawiona kaszka z zachłannego dzioba każdego, czy to zwierzęcego, czy to ludzkiego, oseska. Co tylko potwierdza, to co powiedziałeś na początku. Im silniejsze uczucie, tym trudniej opisać. Dlatego nie każdy może się za opisywanie zabierać.
Siwmir – Gdyby jednak wiersze Zumisa odpowiednio posegregować?
Jan Siwmir – Wtedy, po dołożeniu jeszcze kilkunastu, powstałyby trzy tomiki. I znalazłyby rację bytu trzy motta, widniejące na początku książki. O dwa za dużo jak na jeden tomik.
Siwmir – Ja zrobiłbym trzy części, wyraźnie oddzielone od siebie, kilka utworów bym wyrzucił i myślę, że wtedy dałoby się ten zbiór obronić.
Jan Siwmir – Obronić może tak, ale nie wybronić całkowicie. Nadal pozostaje kwestia wycięcia niektórych fragmentów i konieczność wyraźniejszych point. Tok narracji wiersza (zwłaszcza filozoficznego) musi do czegoś prowadzić, nawet jeśli byłby to skraj przepaści. Nie można tylko ot tak sobie podywagować. A żeby mądrzej brzmiało, pookraszać wtrętami z obcego języka. Odchwaścić z łaciny trzeba te wiersze obowiązkowo. Niekoniecznie dlatego, że niewielu ją rozumie, ona najzwyczajniej w świecie nie jest potrzebna w tych wierszach w takiej ilości.
Siwmir – Surowy dziś jesteś jak rzadko. Odetchnij głęboko i spójrz na wiersze takie jak Subiektywny ogląd, Nasyceni, Andrea Bocelli, Carte blanche. To bardzo dobre wiersze.
Jan Siwmir – W tym przypadku muszę być surowy. Nie chcę, żeby Jan Zumis był jednym z przeciętnych poetów niezauważalnych w tłumie. Jak sam zaznaczyłeś, są w tym zbiorku wiersze dobre i bardzo dobre. Są (nieliczne) ładne sformułowania, jak na przykład to z wiersza Coś z Kawafisa:
A gdy dzień się przetoczy
kłębem emocji
(własnych i cudzych)...
Urzekły mnie te „cudze emocje”. Zazwyczaj skupiamy się na własnych, a przecież uczucia innych też przechodzą przez nas jak nawałnica. I nie pozostają bez śladu.
Poeta musi szukać innego spojrzenia na świat. Jeśli widzi to samo i tak samo jak inni ludzie, trudno mi będzie nazwać go poetą.
Siwmir – Oprócz innego spojrzenia, musi też umieć tak zestawiać słowa, by nie brzmiały jak dysonans, ale układały się jak puzzle, które idealnie pasując do siebie, tworzą oryginalny obraz. Moim zdaniem Jan Zumis ma duży talent, potencjał i możliwości, przydałoby mu się natomiast trochę roztropności w selekcjonowaniu własnych utworów oraz znalezienie takiego przyjaciela, który dla jego dobra, ostro i krytycznie, a przede wszystkim chłodno recenzowałby każdy wiersz. Bogiem a prawdą każdemu z nas przydałby się taki przyjaciel.
Jan Siwmir – Dixi.
Jan Zumis, Światłocienie, Wyd. Adam Marszałek,Toruń 2009, 88 str., wstęp Jan Zdzisław Brudnicki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)