<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425</id><updated>2012-02-09T04:28:51.057-08:00</updated><title type='text'>KRYTYKA LITERACKA</title><subtitle type='html'>pod redakcją Witolda Egertha i Tomasza Marka Sobieraja ● ISSN 2084-1124</subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><link rel='next' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default?start-index=101&amp;max-results=100'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>139</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-8437412552869741605</id><published>2012-02-07T03:44:00.000-08:00</published><updated>2012-02-07T03:46:18.511-08:00</updated><title type='text'>Apel do Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Pana Bogdana Zdrojewskiego</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zwracamy się do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego o udzielenie dotacji dla gdańskiego kwartalnika „Migotania. Gazeta Literacka”. Dotacji, która została temu pismu odmówiona.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czasopismo istnieje od 2002 roku. Przez dziesięć lat nieustannego istnienia zyskało sobie wysokie uznanie. W swym głównym profilu – literackim – prezentowało czołówkę polskich nazwisk, przyciągało dobrych autorów, znakomite teksty, miało też odwagę promowania młodych i znakomitą intuicję w ich „odkrywaniu”. Promowało współczesną literaturę polską i europejską. Krytyka literacka, bieżące recenzje, poezja, proza... – wszystkie te rodzaje piśmiennictwa literackiego zawsze w tym kwartalniku przyciągały uwagę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Osobną wartością jest szata graficzna „Migotań” – unikatowa, rozpoznawalna, jedna z najciekawszych i najbardziej oryginalnych w całej historii prasy polskiej. Szata ta pozwalała przez całą dekadę prezentować wyjątkowe zjawiska w grafice i fotografii obecnych czasów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pismo od pierwszego numeru jest redagowane przez Zbigniewa Joachimiaka, jednego z najbardziej znanych poetów średniego pokolenia w środowisku gdańskim. Autora cenionego, cieszącego się autorytetem w całej Polsce. W utrzymywanie pisma na rynku od lat wkładał najlepsze swoje inwencje, jak również środki finansowe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dotychczasowe możliwości pozyskiwania środków na utrzymanie „Migotań” wyczerpują się. Kwartalnikowi grozi upadek, wycofanie z rynku, utracenie grona współpracowników i czytelników, a w lepszym wypadku rezygnacja z rozwoju i kontynuacji działań programowych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To poważna strata dla kultury polskiej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Apelujemy do komisji MKiDN o przyznanie „Migotaniom” dotacji, która pozwoli na kontynuację dzieła na rzecz literatury polskiej i jej autorów, na pozostanie pismu w łańcuchu dialogu pomiędzy twórcami i odbiorcami. Ta dotacja byłaby świadectwem, że instytucje państwowe chcą i w sposób świadomy uczestniczą w procesie żywego kształtowania dobra publicznego, jakim jest czasopiśmiennictwo kulturalne. Byłaby świadectwem, że Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego chcę bronić tych obszarów kultury szczególnie słabych, bo nie mających zaplecza komercyjnego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zapraszamy do składania podpisów pod apelem&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://www.pisarze.pl/publicystyka/2050-apel-do-ministra-kultury-i-dziedzictwa-narodowego-pana-bogdana-zdrojewskiego-.html"&gt;http://www.pisarze.pl/publicystyka/2050-apel-do-ministra-kultury-i-dziedzictwa-narodowego-pana-bogdana-zdrojewskiego-.html&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Informujemy, że dane osobowe – PESEL i adres – nie będą wyświetlane dla informacji publicznej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z poważaniem&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Pisarze.pl, Krytyka Literacka&lt;/em&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-8437412552869741605?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/8437412552869741605'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/8437412552869741605'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2012/02/apel-do-ministra-kultury-i-dziedzictwa_07.html' title='Apel do Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Pana Bogdana Zdrojewskiego'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-7659449406325605459</id><published>2012-02-07T02:59:00.000-08:00</published><updated>2012-02-07T05:15:04.379-08:00</updated><title type='text'>DOTACJE DLA CZASOPISM</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego ogłosiło kto dostanie granty na wydawanie czasopism w tym roku. Wśród szczęśliwców znalazły się tylko dwa prawicowe wydawnictwa, a więcej szczęścia miały m.in. czasopisma żydowskie i te związane z władzą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do wydawnictw które otrzymały wysokie dotacje, należą znowu „Krytyka Polityczna” (106,4 tysiąca złotych), „Res Publica Nowa” (105,9 tys), „Tygodnik Powszechny” (105 tys), „Więź” (105 tys) i „Znak” (103,3 tys.). Granty od ministra Zdrojewskiego dostaną również cztery żydowskie wydawnictwa: „Cwiszn. Żydowski kwartalnik o literaturze i sztuce” (89,5 tys), rocznik „Zagłada Żydów. Studia i Materiały” (41,65 tys), „Midrasz” (39 tys) i „Kwartalnik Historii Żydów” (17,92 tys). Wśród pism sprzyjających obecnemu systemowi, nie mogło zabraknąć oczywiście gdańskiego „Przeglądu Politycznego” który otrzyma 97,5 tysiąca złotych. Do grona jego założycieli i wieloletnich publicystów należą m.in. premier Donald Tusk, wojewoda mazowiecki Jacek Kozłowski, unijny komisarz Janusz Lewandowski, Jan Krzysztof Bielecki czy obecny naczelny i doradca premiera Wojciech Duda.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Lista dotowanych pism razi dysproporcją, bowiem niewiele jest wśród nich tytułów krytycznych wobec władzy i dominujących nurtów w polityce i kulturze. Kwartalniki tego typu mogą liczyć dodatkowo na dość niskie kwoty: „Christianitas” (56,8 tys.), „Pressje” (56,7 tys) i „Nowy Obywatel” (35,3 tys.).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najbardziej zastanawia sens przyznawania dotacji jak „Krytyce Politycznej”, która utrzymuje się z lokalu w luksusowym położeniu czy „Tygodnikowi Powszechnemu”, należącemu do medialnego potentata ITI. Na biedę nie powinni też narzekać fani „Przeglądu Politycznego”, będącego pod patronatem samego premiera Donalda Tuska i grupki jego podwładnych, czerpiących nie najmniejsze przecież korzyści z posad w administracji publicznej. Dyskryminacja tytułów konserwatywnych i narodowych nie jest nowością, bo rok temu minister Zdrojewski przyznał dotacje dla „Frondy” dopiero po medialnym szumie. W tym roku „Frondzie”, „Rzeczom Wspólnym” czy „44” ponownie się nie poszczęściło…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Źródło: Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Serwis Informacyjny BIBUŁA.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-7659449406325605459?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/7659449406325605459'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/7659449406325605459'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2012/02/felieton-dotacje-dla-czasopism.html' title='DOTACJE DLA CZASOPISM'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-9178968714726585268</id><published>2012-02-07T02:09:00.000-08:00</published><updated>2012-02-07T03:05:02.611-08:00</updated><title type='text'>Rozprawa: Stefan Okołowicz „WITKACY RZUCIŁ SIĘ JAK SZCZERBATY NA SUCHARY" Witkiewicz w czasie pierwszej wojny światowej.</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W katalogu wystawy fotografii Witkiewicza zatytułowanej Witkacy. Psychoholizm zorganizowanej przez Bunkier Sztuki w Krakowie w zeszłym roku, której byłem współkuratorem, Maria A. Potocka zamieściła tekst o naukowo brzmiącym tytule Antropologia sztuki. „Ja“ jako materiał twórczy[1]. Autorka w kilku zdaniach nakreśliła rosyjskie przygody Witkiewicza. Ograniczały się one do tego, że „W Petersburgu „udało się“ Witkacemu żyć przez kilka lat bez głodu sensu“[2] oraz że „udało mu się zagłuszyć zagubienie egzystencjalne oszołomieniem alkoholowym, perwersją seksualną, strachem na polu bitwy“[3]. Do ukrócenia tego bezsensownego rozwydrzenia przyczyniła się sama matka historia, która „na szczęście przerwała zażywanie tych egzystencjalnych narkotyków“[4]. A dalej: „Efektem tego eksperymentu było zrozumienie psychicznej tandety i odkrycie obrzydzenia, jakie niesie ze sobą życie bez wysiłku i wartości“[5].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z kolei jego decyzja o wstąpieniu do rosyjskiej armii, aby bronić Polski została skomentowana następująco: „… kolejnym ważnym momentem kształtującym osobowość Witkacego był okres służby carskiej. Witkacy «rzucił» się na możliwość wzięcia udziału w wojnie „jak szczerbaty na suchary“[6].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Cóż ci na to odpowiedzieć, nieszczęśniku? –– mógłby jeszcze raz powtórzyć Witkiewicz, gdyby żył – […] „… jest to gędziolenie kwalifikujace się wprost bez żadnych zmian do humorystycznego pisma“[7]. Ironia autorki dotyka samego człowieka-artysty i szczerze dokonanego wyboru w trosce o losy Ojczyzny, także transformacji wewnętrznej jaka dokonała się w nim w Rosji. Przemiana zaszła w jego świadomości w wyniku pozytywnego impulsu, w kontakcie z tamtejszym środowiskiem artystycznym, której „na szczęście nie przerwała historia“, a przebudowa światopoglądu na skutek negatywnych doświadczeń jakimi były: dekadencja tamtych czasów, wojna i niektóre aspekty rewolucji. Wątpić też należy czy kiedykolwiek Witkiewicz prowadził życie „bez wysiłku i wartości“, również w Rosji. Z kolei zrządzenie losu jakie stało się jego udziałem nazywa autorka „eksperymentem“, co jest z gruntu chybione, podobnie jak skwitowanie przeczucia końca cywilizacji i kultury, właściwe dla katastrofizmu Witkacego jako „niedoróbki filozoficznej“.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Suchary“ Potockiej w kontekście wojny bardziej kojarzą się z relacją jednego z brytyjskich oficerów frontowych, który zapisał w swoim dzienniku: „Pod wpływem wysokich temperatur konserwa wołowa i ser stawały się niejadalne, herbatniki były tak twarde, że jeden z żołnierzy złamał na nich aż siedem zębów“, niż z faktami biografii Witkiewicza.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Autorka rozwija styl, polegający na intensywnym nagromadzeniu zarazem radykalnych, ryzykownych, jak i zupełnie nietrafionych konkluzji - powiedzmy – również szokujacych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pisze Potocka: „Zarówno powód znalezienia się w elitarnym oddziale armii carskiej, jak i wydarzenia związane z pobytem w Petersburgu kryją zawiłe przyczyny, trudne do zrozumienia i zaakceptowania przez „zdrowego“ interpretatora historii…“[8].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Otóż epizody petersburskiego życia Witkacego były tematem wspomnień wielu przyjaciół i znajomych Witkiewicza, zaś faktami związanymi z jego służbą wojskową, także działaniami artystycznymi i ich interpretacją zajmowali się liczni badacze twórczości artysty. O ile mi wiadomo Maria A. Potocka jest szczęśliwą posiadaczką wydanej w zeszłym roku książki Witkacego portret wielokrotny[9], autorstwa „zdrowego interpretatora“ biografii Witkiewicza Janusza Deglera, z zamieszczonym w niej najdokładniejszym opracowaniem rosyjskiego okresu artysty 1914 – 1918, opartym na wielu dokumentach z archiwów wojskowych, takich jak choćby Przebieg służby (Posłużnyj spisok) porucznika piechoty przynależnego do Lejb-Gwardii Pawłowkiego Pułku Witkiewicza[10], czy Curriculum Vitae[11] Stanisława Ignacego Witkiewicza, porucznika rezerwy i na innych nieocenionych wprost materiałach. Należy zwrócić uwagę także na zeszłoroczny, świetnie napisany artykuł Lecha Sokoła pt. Od traumy do samobójstwa. Stanisław Ignacy Witkiewicz (Witkacy) jako ofiara dwóch wojen światowych[12], którego już sam intyrygujący, wstrząsający tytuł zachęci do lektury.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Oko w oko ze śmiercią&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Reakcja Witkiewicza na tle decyzji tysięcy ochotników, którzy na wieść o wybuchu wojny masowo wstępowali do wojska wydaje się oczywista i naturalna. Nic w niej karkołomnego, czy niedorzecznego, co kojarzyć by się mogło z „rzucaniem się szczerbatego na suchary“. Wybuch wojny wstrząsnął Witkacym od tego stopnia, że konkretnie spojrzał na swoje życie i szybko podjął decyzję co powinien zrobić w takiej sytuacji: „Przyszedł czas, że osobiste rzeczy trzeba odłożyć, wyrzec się myśli samobójczych, które są głupstwem wobec tego co się dzieje, i zrobić nareszcie coś ze swojego życia, z resztek sił, które zostały“[13].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przytoczmy kilka zdań artysty z listów do rodziców:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Pomyślcie, jak straszne jest to, co mnie jeszcze spotyka. W tak strasznej chwili, kiedy krajowi i Wam grozi niebezpieczeństwo, ja nie mogę się do Was dostać – o tysiące kilometrów od Was odległy w bezczynności i rozpaczy“[14].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Oglądanie roślinek australijskich, kiedy tam wypadki tak straszne, żadnego sensu nie ma. Wobec takich rzeczy życie nabiera większego sensu“[15].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Chciałbym teraz tam być i bić się, i zginąć przynajmniej godnie“[16].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„…uratować honor i nareszcie dokonać czegoś i zginąć razem z walczącymi…“[17].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Może w ten sposób godniej zakończę życie niż w samobójstwie albo malowaniu pejzażyków na Nowej Gwinei…“[18].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Wstrzymuję się z dalszym opisem Australii“[19].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Oby moja śmierć nie była głupim przypadkiem i żebym zginął pożytecznie. Tej jednej rzeczy można mi życzyć“[20].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na Antypodach Witkiewicz był tylko gościem. Dla porównania jego reakcji na wybuch wojny sięgnijmy do notatek Ellisa Luciano Silasa,[21] londyńskiego malarza, który urodził się w tym samym roku, co Witkacy, a który w 1907 roku wyemigrował do Australii. Znajdując się podobnie jak Witkiewicz o tysiące kilometrów od europoejskiego frontu mógłby nadal w sprzyjającym australijskim klimacie spokojnie malować obrazy. Ale po wybuchu wojny, choć długo rozważał czy powinien wstąpić do wojska, ostatecznie pełen oporów zaciągnął się jako sygnalista. W swoim dzienniku zanotował: „Nie cierpię powieści wojennych, żołnierzy i służby wojskowej. Nie czytałem&lt;br /&gt;dotąd wiadomości z frontu i nadal nie mam zmiaru. Wiem tylko, że jest wojna i muszę odsłużyć swoje. Będę szczęśliwy kiedy to wszystko się skończy. Nienawidzę takiego życia“[22]. Prowadząc swój prywatny dziennik w czasie kilku tygodni uczestniczenia na brytyjsko-tureckim froncie opisał makabryczne sceny jakie działy się na pierwszej linii okopów. Ostatecznie na dwa dni przed ewakuowaniem go z powodu zaburzeń psychicznych i wielomiesięcznym pobycie w szpitalu na czym skończyła się jego kariera wojskowa, zdążył jeszcze zanotować: „Mało śpię, boję się zasnąć, bo mam przerażajace sny. Nie staram się rzetelnie prowadzić dziennika. Mam nadzieję, że uda mi się o tym wszystkim zapomnieć. Czuję skrajne zmęczenie. Byłoby fatalnie gdybym sknocił wpis i nie upamiętnił należycie swoich dzielnych kolegów“[23].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W tym miejscu należy przypomnieć, że Witkiewicz po kontuzji odniesionej 17 lipca 1916 roku również doznał urazów psychicznych i cierpiał „na objawy urazowej nerwicy, wskutek czego potrzebuje leczenia pozaszpitalnego hydroterapią, masażem i elektryzacją“[24]. A w liście do Bronisława Malinowskiego zwierza się przyjacielowi, że czuje się okropnie, a kiedy ten jego zły stan psychiczny przejdzie, to znowu pójdzie na front, ale w tej chwili nie chce umierać, ale i żyć też nie ma wielkiej ochoty[25].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Obecnie po doświadczeniach tylu wojen i konfliktów na całym świecie, próbach unicestwienia całych narodów, wojna w swej istocie jest nie do zaakceptowania. Udział w wojnie z dzisiejszej perspektywy mógłby ktoś ostatecznie nazwać „rzuceniem się szczerbatego na suchary“. Pamiętajmy jednak, że przed 1914 rokiem świat był odmienny, wyznawano inne wartości, panowało zupełnie różne poczucie honoru, obowiązku i patriotyzmu. Na wieść o wybuchu wojny zareagowało tysiące młodych ochotników po obu stronach frontu. Zwraca się też uwagę na histeryczną ksenofobię jaka opanowała wtedy Europę. Bertrand Russell, który czuł nieprzejednaną wrogość wobec wojny i prowadził kampanię przeciw poborowi, obserwując wiwatujace tłumy na Trafalgar Square opisał w autobiografii zdumiewające go odkrycie, że „przeciętnych mężczyzn i kobiety cieszy perspektywa wojny“, a nawet niektórzy z jego przyjaciół jak Alfred North Whitehead, porwani przez ten entuzjazm, byli „nastawieni bardzo wojowniczo“[26].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ludwig Wittgenstein, przyjciel Rusella, przyszły adwersarz Witkiewicza, wstąpił na ochotnika do armii austriackiej nie tylko z powodów obrony ojczyzny. Wiązało się to z jego przeświadczeniem „by wziąć na siebie coś trudnego i zaangażować się w coś innego poza pracą czysto intelektualną“[27], oraz silnym pragnieniem, aby „stać się innym człowiekiem“[28]. „Wittgenstein czuł, że gdy stanie oko w oko ze śmiercią, doświadczenie to – w ten czy inny sposób uczyni go lepszym człowiekiem. Można powiedzieć, że poszedł na wojnę nie dla ojczyzny, lecz dla siebie“[29].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Również w decyzji Witkiewicza oprócz niepokoju o losy kraju występują podobne argumenty związane z przemianą wewnętrzną oraz dowartościowaniem siebie, a miewał on wiele razy poczucie, że jest niepotrzebny: „zrobić nareszcie coś ze swojego życia“[30], „uratować honor i nareszcie dokonać czegoś i zginąć razem z walczącym“[31], „wobec takich rzeczy życie nabiera większego sensu“[32]. „Jestem niepotrzebny“[33] – odczucie to, związane z brakiem wiary w sens życia i pracy na tle ogólnego zniechęcenia do wszystkiego, wywołanego depresją, stale powracało u Witkacego na przestrzeni całego życia, co zaznaczał w wielu listach do przyjaciół i osób bliskich.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na początku wojny Wittgenstein został przydzielony do regimentu w Krakowie i m.in. pływał statkiem „Goplana“ po Wiśle, dopiero kiedy usilne jego prośby zostały wysłuchane i znalazł się na froncie na najniebezpieczniejszych stanowiskach, doświadczył przekonania, że żyje uczciwie i mógł wtedy napisać: „Teraz mam szansę stać się przyzwoitym człowiekiem, ponieważ stoję oko w oko ze śmiercią“[34], „Może bliskość śmierci obdarzy mnie światłem życia. Niech Bóg mnie oświeci. Jestem robakiem, lecz dzięki Bogu stanę się człowiekiem“[35], „Tylko śmierć nadaje sens życiu“[36].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Biograf Wittgensteina, Ray Monk, stwierdził, że zawarte w pisanej na froncie rozprawie Traktatus, uwagi dotyczące etyki, estetyki, duszy i sensu życia zrodziły się dzięki najsilniejszemu impulsowi pobudzającemu[37] „do refleksji filozoficznej i metafizycznego wyjaśnienia świata“, który w dziele Świat jako wola i przedstawienie opisuje Schopenhauer jako impuls zrodzony z kontaktu ze śmiercią, cierpieniem i udręką. Kiedy na froncie rosyjsko-austriackim na wiosnę 1916 roku nasiliły sie walki spowodowane ofensywą generała Brusiłowa i regiment do którego przypisany był Wittgenstein odniósł olbrzymie straty, dokładnie wtedy doświadczenia te zaczęły wpływać na charakter jego pracy. Na zadane sobie wtedy pytanie „Co wiem o Bogu i celu życia?“ Wittgenstein wypisał kilkunastopunktową listę, której ostatnie punkty dotyczą woli i losu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Nie mogę wedle mojej woli kierować zdarzeniami w świecie, jestem zupełnie bezsilny“.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Tylko w ten sposób mogę się uniezależnić od świata – a tym samym w pewnym sensie nad nim zapanować – że zrezygnuję z wpływu na zdarzenia“[38].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zagrożenie życia wywołało impuls nie tylko w umyśle Wittgensteina, ale i Witkiewicza. Mniej więcej w podobnym czasie w lipcu 1916 roku na tym samym froncie, tyle że po przeciwnej stronie, podczas obserwacji pękających na tle nieba szrapneli, w przed dzień bitwy pod Witonieżem, w której został ciężko ranny, zrodził się zarys jego filozoficznego systemu[39]. Witkiewicz został odznaczony orderem św. Anny IV klasy i awansowany na porucznika „za waleczność, męstwo i odwagę“[40] w tej właśnie bitwie. Jednak prawie wogóle nie znamy przekazu Witkiewicza odnośnie walk na froncie. Ani jego osobistych refleksji, co zmieniło się w nim, kiedy zajrzał śmierci w oczy. Bo to, że z Rosji wrócił zupełnie innym człowiekiem jest oczywiste. Koszmary z frontu, nie odcisnęły się na jego sztuce, nie znosił „pławienia się w naturalizmie“[41] i makabrze jak jego późniejszy przyjaciel Bronisław Linke. Ale szczególne wydarzenia musiały zapaść w nim i budzić jego lęk i stawać przed oczami do końca życia. To co pisał w 1921 roku o swojej kondycji psychicznej do Dowództwa V-go Baonu Wojsk Wartowniczych, że stan jego nerwów jest „zbliżony chwilami do lekkiej niepoczytalności“[42] mogło być specjalnie przesadzone. Wielokrotnie cytowane były już wspomnienia Rytarda o „paroksyzmach strachu, które przeżywał pod ogniem w pierwszej linii okopów“[43], albo to jak „pół przytomny ze zdenerwowania, roztrzęsiony jak galareta, prowadził swych ludzi do ataku“[44]. Ale Rytard wspomina również i to, że uważał za „najtrudniejszy wysiłek psychiczny, wyczyn najwyższej rangi i klasy“ - „opanowanie przerażenia, które ogarnia człowieka w bitwie i zwala prawie z nóg“[45]. Rytard podaje też, że już w Tatrach w czasie wycieczek, „nie krył się ze swoimi lękami, często bardzo nieprzyjemnymi“[46] i „Z nieodstępną mentolową fajeczką w zębach […] zaciskał wargi i hipnotyzując wzrokiem otaczające go potęgi górskie, parł naprzód przed siebie z pochyloną głową. Po prostu wyrywał się, wydzierał siłą woli ze szponów lęku“[47]. W takiej właśnie pozie Rytard uchwycił Witkacego na fotografii wykonanej w 1928. Szalony zjazd Witkacego na nartach został zainscenizowany do fotografii i jednocześnie inaczej opisany: „Przed łakomym okiem aparatu fotograficznego «wyczynia« nam Witkacy wspaniałą scenkę groźnego zjazdu narciarskiego. Chwytam ten cenny moment groteski witkiewiczowskiej, której tyle jest w jego obrazach i utworach“[48].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W sytuacji kiedy przekaz Witkacego jest nieznaczny, warto sięgnąć do biografii ludzi jemu podobnych. Opisy ich przeżyć frontowych charakterystycznych dla tamtych form prowadzenia wojny i widocznych, odczuwanych skutkach, mogą dać pewne wyobrażenie o tym, co mogło być i jego udziałem, czego mógł być świadkiem. Ofensywy, w których brali udział Witkiewicz i Wittgenstein i w których mogli nieprzeżyć, dla losów wojny okazały się nieistotne. Ich ewentualne śmierci, podobnie jak unicestwienie tysięcy żołnierzy na tych odcinkach frontu, nic by nie przyniosły. W pierwszych dniach wojny, mając zapewne inne wyobrażenie o walce i mając potrzebę nadania swojemu życiu sensu Witkacy wyraził nadzieję: „Oby moja śmierć nie była głupim przypadkiem i żebym zginął pożytecznie“[49]. Żołnierze, którzy na początku wojny rwali się do walki, a na koniec wychodzili z tego piekła psychicznie okaleczeni, odnotowywali w swoich dziennikach uwagi jak te: „Całe to natarcie było upiorna pomyłką. Jak wszystko“, „Przestańcie, dosyć już tej potwornej rzezi“[50].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W raportach wojskowych podkreślano również odwagę Wittgensteina. Pisano, że „Jego wyjątkowo odważne zachowanie, spokój, zimna krew i heroizm wzbudza powszechny zachwyt żołnierzy“[51]. Mianowany został na leutnanta i odznaczony. On sam w dzienniku pisał, że „Strach przed śmiercią jest najlepszą oznaką fałszywego, tzn. złego życia“[52]. Ale biograf Wittgensteina uważa, że nie jest to sformułowanie osobistego credo, ale wkład do myśli filozoficznej. Kiedy na froncie „strzelano do mnie […] …przy każdym strzale kurczyłem się całą mą istotą. Tak bardzo chcę żyć“[53]. „A trudno zrezygnować z życia, gdy już się w nim zasmakowało. Na tym dokładnie polega „grzech“, bezrozumne życie, fałszywy obraz życia. Od czasu do czasu staję sie zwierzęciem. Wtedy nie mogę myśleć o niczym prócz jedzenia, picia i spania. Straszne! A wówczas cierpię też jak zwierzę, bez możliwości wewnętrznego zbawienia. Zdany jestem wtedy na łaskę mych pragnień i niechęci. O prawdziwym życiu nie ma wtedy co myśleć“[54].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Makbaryczne sceny, wręcz surrealistyczne, które rozgrywały się na wszystkich frontach wojny przerażały i porażały podobnie. Żołnierze byli świadomi, że takie obrazy będą prześladować ich do końca życia, że wyjdą z tej wojny okrutnie poranieni. Przytoczone poniżej przykłady koszmarnych zdarzeń w okopach i na polach bitew, które żołnierze i oficerowie zapisywali w swoich dziennikach i listach do najbliższych, mogły wydarzyć się wszędzie, gdzie toczyły się walki. Dają pewne wyobrażenie o tym, jakie potworności mógł oglądać każdy, także Witkiewicz i Wittgenstein.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podane poniże opisy dotyczą działań wojennych na półwyspie Gallipoli, które później nazwano „Kampanią nierozstrzygniętych&lt;br /&gt;wątpliwości i straconych szans“.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Zdaniem niektórych wynik kampanii przyczynił się do wybuchu Rewolucji Październikowej, inni uważali Gallipoli za jeden z epizodów Wielkiej Wojny. Bezsporne jest tylko to, że na tym niewielkim skrawku lądu zginęło ponad sto dwadzieścia tysięcy żołnierzy“.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Gdy widzę żołnierzy schodzących do okopów często zastanawiam się, ilu z nich stamtąd wyjdzie. Zwykle po paru minutach rozlega się wrzask, a potem wołanie o sanitariuszy. Ci wywlekają na noszach krwawy befsztyk, pogruchotane ciało, które kiedyś było człowiekiem”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Dziś po południu spadły na nas z nieba strzępy ludzkiego ciała. Wróg wystrzelił z okrętu pocisk, ale nie słyszeliśmy odgłosu, który temu towarzyszy. Na wzgórzu koło plaży iskał się jakiś żołnierz, pocisk rozerwał mu ciało na kawałki i wyrzucił je wysoko w powietrze”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Spadające gęsto pociski eksplodowały jeden po drugim. Okopy, które miały ratowaćżołnierzom życie stały się ich grobem. Ci, którzy zdołali przetrwać chronili się w lejach i okopywali na nowo”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Część chłopaków ranna, wszędzie słychać jęki i wrzaski, wołanie o amunicję bądź nosze. Zastanawiam się, jak sanitariusze będą mnie nieść po tak stromych i piaszczystych zboczach. Teraz zaczynają wyciągać poległych z okopów, ciekawe, jak długo to zniosę”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Kochana Mamo, z pierwszych sześciu żołnierzy, którzy dotarli na górę jedynie ja nie zostałem trafiony. Miałem niesamowite szczęście, pocisk minął mnie o milimetr i utkwił w gardle człowieka siedzącego obok”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Droga Matko, oficerów zawodowych pozostało niewielu, większość z nich jest ze służby ochotniczej. Wczoraj jeden z nich został trafiony podczas obiadu i wpadł twarzą do zupy. Zrobił się niesamowity bałagan, wszyscy przy stole byli wstrząśnięci, więc obiad dokończyliśmy dopiero po zmroku”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Trupy naszych żołnierzy wydzielają straszny smród. Trudno sobie wyobrazić, że każdy z tych mężczyzn był czyimś synem. Musimy patrzeć na te okropieństwa, a niektóre gazety mają czelność pisać, że lubimy takie życie”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Jesteśmy śmiertelnie zmęczeni codziennym ostrzałem. żołnierze całkowicie zobojętniali przestali zwracać uwagę na to, że ktoś strzela i próbuje ich zabić. Kiedy pocisk lub granat rozerwie kogoś na kawałki ledwie raczą pochylić się nad szczątkami byłego towarzysza broni. Wojna to piekło. Nie mam nadziei na ocalenie”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Na ten widok nawet najłagodniejsi czują się barbarzyńcami, a najdziksi barbarzyńcy płaczą”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Baliśmy się, że spłoniemy żywcem, położyliśmy się na dnie okopu, w górze szalały płomienie. Całe to natarcie było upiorną pomyłką. Jak wszystko”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Wojna jest straszna. Zwłaszcza ta wojna. Więc tym, którzy szybko zginęli można tylko pozazdrościć”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Okazało się, że ta wojna to pomyłka: zamęt, śmierć i choroby”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Mam dwadzieścia jeden lat, ale moje włosy i broda są już siwe. Twarz jest poorana, a ciało gnije.Nie dam rady znosić tego dłużej”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Muchy buszowały w latrynach, wchodziły do ust poległych, siadały na otwartych ranach, a potem całą chmarą oblepiały dżem, który jedli zdrowi żołnierze. To one roznosiły choroby. Wszystko było niemal zawsze okraszone muchami“.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„To nie był zwykły rozstrój żołądka tylko szalejąca czerwonka. Ludzie mieli wrażenie, że za chwilę wydalą wnętrzności. Chodzili do latryny dwanaście, czternaście, a nawet szesnaście razy dziennie. Mieli podrażnione, obolałe odbyty. Ponieważ nie było papieru toaletowego podcierali się rękami, a potem wycierali je o trawę. To także sprzyjało rozpowszechnianiu się czerwonki, która w końcu stała się chorobą powszechną. Żołnierze byli tak osłabieni, że ledwo trzymali się na nogach. Niektórzy wpadali do latryn i tonęli we własnych ekstrementach”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Dzień minął nie wiadomo kiedy. Nad morzem i całą okolicą zapadła ciemność. Setki martwych Brytyjczyków leżały na naszej ziemi. Gładko ogoleni chłopcy o sympatycznych twarzach zawinięci w pokrwawione mundury. Ten widok budził w nas chęć zemsty, ale i współczucie”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Nasza taktyka opiera się na założeniu, że najlepiej nie mieć taktyki, że jedyny sposób to pędzić przed siebie bez wsparcia i rezerw, a na koniec również bez ręki lub nogi”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Można odnieść wrażenie, że ci ludzie, choć są światkami potworności i sami robią straszne rzeczy, nadal wierzą w sprawę, o którą walczą. Wyjdą z tej wojny niewyobrażalnie poranieni, ale nigdy nie zatraca człowieczeństwa”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Utknęliśmy w martwym punkcie i bardzo chciałbym zobaczyć, jak to się skończy. Ale raczej nie uda mi się ocaleć”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Czy Witkacy zamierzał walczyć w carskiej armii?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;Przeczą temu zdania Witkiewicza z Curriculum Vitae: „Początkowo zamierzałem dostać się do Galicji. Jednak technicznie okazało się to niemożliwem. Wskutek tego, a także z powodu zupełnie mylnych informacji co do tego, co się dzieje w Kraju (począwszy od gazet australijskich), postanowiłem wrócić do Rosji“[55]. Można więc konkludować, że Witkiewicz wyjechał tam, gdzie nie zamierzał zmylony niedokładnymi informacjami. Witkiewicz całą mocą chciał wierzyć, że wybiera słusznie. Ale wybranie opcji rosyjskiej na podstawie niepełnych czy nieprawdziwych informacji i niefortunnych zbiegów okoliczności należałoby rozpatrywać w kategoriach jego osobistej tragedii, niezależnie od tego, że obróciło się później na wartości o różnym znaczeniu. Korzyści również dla potomnych – odbiorców jego twórczości oraz zjawiska, które stanowiła jego osobowość naznaczona rosyjskimi przeżyciami okresu wojny. Jeżeli po powrocie do Polski, a może jeszcze w Petersburgu Witkiewicz doszedł do wniosku, że koncepcja Piłsudskiego była słuszna, bo to ona przyniosła Polsce niepodległość, to przecież mógł doznać uczucia rozgoryczenia, że historia z niego zakpiła.Tragedia ludzkiego losu – dobre intencje obracają się w negatywne. Uczucie frustracji mogła budzić także ewentualność własnej bezsensownej, nic nie przynoszącej śmierci, po niewłaściwej stronie okopów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Często wyjazd Witkiewicza z Australii do Petersburga automatycznie łączony jest z jego zamiarem służby w carskiej armii. Jakby artysta już w Australii zdecydowany był na to wszytstko co miało zdarzyć się później, czyli po przyjeździe do Rosji. Czy jest to tylko lapsus? Bo przecież znamy przyszłą decyzję Witkacego, podjętą już w Petersburgu, jak i jego dalsze losy. Czy może niezauważone zostały dosyć istotne szczegóły zawarte w listach Witkiewicza napisanych w tym czasie?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dodatkowo wybór opcji rosyjskiej Witkacego interpretowany bywa jako gest przeciwko ojcu świadome czy nieuświadomione „mordowanie“ ojca, co automatycznie wpisuje się w figurę dwóch antagonistów ojca i syna, czemu przeczy jednak pierwotny zamiar Witkacego wyjazdu do Galicji i wyrażona troska o rodziców. Naprzykład Irena Jakimowiczowa była zdania, że Witkacy znalazł się w Petersburgu „…zgodnie z własną koncepcją walki wolnościowej w szeregach armii rosyjskiej, koncepcją znów przekornie przeciwną orientacji ojca, sprzyjającego opartym o Austrię poczynaniom spokrewnionego z Witkiewiczami Józefa Piłsudskiego“[56]. Jest oczywiste, że Witkacy wcześniej nie miał żadnej koncepcji walki o wyzwolenie kraju w sensie osobistego udziału, bo jak sam mówił zapisywanie się do Związku Strzeleckiego w czasie pokoju wydawało mu się farsą. Co najwyżej mógł dyskutować z Tadeuszem Micińskim, note bene słowianofilem, o roli Rosji w przyszłym zjednoczeniu i wyswobodzeniu Polski.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z analizy listów Witkiewicza napisanych w Australii, podobnie jak z Curriculum Vitae, wynika, że pierwszą jego naturalną reakcją była chęć powrotu do domu, do Zakopanego i prawdopodobnie wstąpienia do oddziałów Związku Strzeleckiego „Strzelec“. Kiedy u konsula austriackiego dowiedział się, że nie ma żadnej nadziei powrotu, może z powodu posiadanego przez niego rosyjskiego obywatelstwa, a raczej z braku połaczeń, nie chcąc zmieniać swojej decyzji walczenia musiał zdecydować się na wyjazd do Rosji do Petersburga, gdzie mieszkała zamężna siostra jego ojca Aniela Jałowiecka. Zaś absolutne przekonanie o udziale w wojnie przy boku Rosji podjął dopiero w oparciu o informacje o tym, jak Niemcy potraktowali polskie ziemie zaboru rosyjskiego i o niepowodzeniach działań zbrojnych Związku Strzeleckiego, o czym dowiedział się już po przyjeździe do Petersburga. Informacje – jak napisał – „nie blaga prasy, ale listów naocznych świadków“[57]. Skomentował je w liście do Malinowskiego: „Garstka strzelców walczących o kawałek Galicji razem z Niemcami, którzy spustoszyli w najokropniejszy sposób większą część Królestwa i pastwią się nad tamtejszymi Polakami jak zwierzęta, jest rzeczą tragiczną i potworną“[58]. Witkiewicz miał nadzieję, że w Rosji zostaną zorganizowane oddziały polskie. Dopiero, kiedy okazało się, że oddziały takie nie powstaną decyzja o wstąpieniu do carskiej armii okazała się jedynym możliwym wyjściem dla zdeterminowanego przymusem walki Witkiewicza. Doszedł do tego – jak pisał – sam, w opozycji do zdania rodziny, u której zatrzymał się. Witkiewicz płynął z Australii z niejakim Niczajewem, o czym wiedział wcześniej Malinowski. W liście do przyjaciela Witkacy wyraźnie zastrzega się: „Nie myśl, że to jazda z Nieczajewem przerobiła moje myśli. Sam doszedłem do tego wszystkiego przez straszne zwątpienia i mękę. I w moim sumieniu sprzeczności teraz nie ma. Chcę tylko, aby to nie było tanie, i chcę spełnić czyn, który by te myśli przypieczętował. […] Byłem sam w moich myślach o Rosji i konieczności walczenia z nią przeciw Niemcom i przeszedłem straszne chwile na ten temat. Teraz ruch strzelecki w Galicji klapną zupełnie i każdy Polak może z czystym sumieniem iść przeciw naszemu jedynemu istotnemu wrogowi, przeciw Niemcom. […] Straszne jest sumienie Polaka w tej chwili. Ale droga jest tylko jedna“[59]. Z całą pewnością Witkacy posiadał jedynie fragmentaryczne i nieścisłe wiadomości o oddziałach Związku Strzeleckiego i innych polskich formacjach, skoro był przekonany o ich totalnej klęsce. Ale zapewne musiał dowiedzieć się o niepowodzeniu wywołania przez Piłsudskiego antyrosyjskiego powstania narodowego w Królestwie Kongresowym i o rozwiązaniu we wrześniu 1914 roku Legionu Wschodniego z powodu zajęcia Lwowa przez wojska rosyjskie. Te klęski widać wywarły na nim duże wrażenie i uzasadniły z czystym sumieniem wybór jedynej drogi jaka w jego odczuciu została. Pewnie niestety nie znał pełnych informacji o pozostałych oddziałach i o Legionie Zachodnim, które nieprzerwanie brały udział w bitwach z wojskami rosyjskimi, zanim przekształcone zostały w trzy Brygady Legionów Polskich. Brygady te w liczbie około szesnastu i pół tysiąca żołnierzy walczyły nad rzeką Stochod w czasie ofensywy Brusiłowa, o którą to rzekę od czerwca 1916 do sierpnia 1917 opierała się linia frontu rosyjsko-austrowęgierskiego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale w wielu listach, które pisał do Bronisława Malinowskiego po wybuchu wojny, również w tym z Petersburga, kiedy podjął już decyzję o wstąpieniu do armii, pojawiają się dwie równoległe refleksje – oprócz przymusu walki, pojawia się rozgoryczenie na siebie, że dał się namówić na wyjazd do Australii, bo w przeciwnym razie gdyby został w Zakopanem, inaczej potoczyłyby się jego losy. Rezygnacja z wyjazdu i pozostanie dotyczyło panny Z. [Jadwigi Zielińskiej], której miłość już po samobójstwie Jadwigi Janczewskiej będąc w stanie rozpaczy odrzucił. Żal, że jednak nie przyjął jej uczuć pojawia się w kilku listach z konkluzją, że gdyby jednak mógł kochać pannę Z., to może by zupełnie inaczej skończył[60]. Witkacy będąc już jedną nogą w carskim wojsku, stawiał jednocześnie zasadniczo brzmiące pytanie, uskarżając się tym samym na swój los: „Dla panny Z. zdaje się wróciłem wtedy z Berlina. Czyż to nie było przeczucie i ostatnia możliwość życia?“[61].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Petersburg – „łupina mojego ciała nie wytrzyma żaru mojego ducha“.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;Wracajac do tekstu M. A. Potockiej. Trudno zgodzić się szczególnie z sugestiami co do kilkuletniego okresu egzystowania Witkiewicza w Petersburgu „bez głodu sensu“, zagłuszanym alkoholem i perwersja seksualną.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Już na początku 1915 roku, po trzech miesiącach od przyjazdu Witkacego do Petersburga jego ciotka Aniela Jałowiecka w liście do matki artysty z odczuciem ulgi opisała stan jego psychiki: „Według naszych obliczeń powinnaś była dostać jego list, w którym opisuje dzieje ostatnich swych miesięcy życia, kiedy to powziął nieodwołalną decyzję wstąpienia do rosyjskiej armi, aby bronić Polski. […] Takim, jakim jest teraz, nie był nigdy dotąd. Spokojny, można by rzec – wesoły, trzymający się prosto, z wysoko podniesioną głową, otrząsnął się zupełnie z rozpaczliwego stanu apatii i inercji, w jakim zobaczyliśmy go po powrocie. Przygotowuje się znakomicie do egzaminów teoretycznych i świetnie znosi wojskowe rygory. Zdrowie jego jest doskonałe. W mundurze wygląda bardzo dobrze…“[62]. Aniela Jałowiecka, pod której opieką znalazł się Stanisław Ignacy w Petersburgu nie mogła pogodzić się z tym, że jedyny syn jej brata Stanisława Witkiewicza chce wstąpić jako ochotnik do wojska, a ona nie jest w stanie odwieść go od tej ryzykownej i nie do zaakceptowania ze względów politycznych decyzji. Ale jak napisała dalej w liście: „Żadne perswazje ni niczyj wpływ nie były w stanie zmienić jego postanowienia. […] Być może u końca wojskowej kariery syn Twój odzyska równowagę duszy i powróci do Ciebie zupełnie już przystosowany do normalnego życia“[63]. Z kolei o tym samym konflikcie z wujostwem pisał Witkacy do Bronisława Malinowskiego dużo wcześniej, w liście z połowy października 1914 roku, a więc niedługo po przybyciu do Petersburga: „Ada Żukowska [córka ciotki Anieli] zajmuje się moją protekcją, może coś z tego będzie. Jedyna osoba, która jest ze mną. Wytrzymałem straszne wymyślanie ciotki Jałowieckiej za to wszystko. Im się śni jakaś odpowiedzialność przed Rodzicami. Albo ta droga, albo zgnicie moralne. Nie na to jechałem z Australii, aby tu zgnić gdzieś w kącie, jeszcze raz minąwszy się z moim losem. Wszystko to jak sen jakiś okropny“[64].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zauważmy, że Witkacy mówił tu o wyborze, jakiego dokonał, a więc w wyborze mieściła się możliwość niezgłoszenia się na ochotnika do wojska i przeczekania wojny. Takiego rozwiazania nie dopuszczał, ale jak widać było możliwe. Tymbardziej, że jego siostra cioteczna, Ada, podjęła się załatwienia jego wstąpienia najpierw do szkoły wojskowej przez protekcję.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jednocześnie Witkacy jak wielu artystów i naukowców, którzy znaleźli się na frontach Wielkiej Wojny Światowej w większości przypadków jako ochotnicy, prowadził „podwójne życie“. Równolegle do obowiązków wynikających ze służby wojskowej i w czasie urlopów kontynuował i rozwijał swoje założenia artystyczne, biorąc też udział w życiu artystycznym Polonii w Petersburgu. Tu – jak pisał Jarosław Iwaszkiewicz – Witkacy „poczuł się nie tylko artystą, ale i filozofem, znalazł swoje miejsce na ziemi […] znalazł w tym, co pisał Andriej Bieły potwierdzenie swoich teorii i lęków“[65]. W Petersburgu Witkiewicz stworzył prawdopodobnie ponad tysiąc prac plastycznych, czego tkwiąc w stanie „bez głodu sensu“ nie mógłby zapewne dokonać, wiodąc życie – jak chce Potocka - „bez wysiłku i wartości“. Irena Jakimowiczowa przywołuje zaginiony dzisiaj autoportret Witkiewicza z 22 lipca 1917 roku zatytułowany Sataniello opatrzony napisem; „Meines Körpers Schale wird nicht meines Geistes Glut aushalten“ – łupina mojego ciała nie wytrzyma żaru mojego ducha[66]. Jak pisze Jakimowiczowa: „Ale – jak zawsze przekorny – spełniwszy to, co uznał za swój obowiązek, Witakcy oddawał się pielęgnowaniu żarliwego ducha: pisał Nowe formy w malarstwie, a przede wszystkim malował“[67]. Witkiewicz opuściwszy ciasne mentalnie Zakopane tkwiące nadal w duchu modernistycznej sztuki, znalazł się w dużo bardziej różnorodnym i awangardowym środowisku, w atmosferze wolności i gruntownej odnowy sztuki. „Ważniejsze jest to – kontynuuje Jakimowiczowa – że Witkacy w Rosji po raz pierwszy przestał być turystą, jakim był nawet w Bretanii, gdzie pod okiem Ślewińskiego usiłował się zbliżyć do Gauguinowskiego ideału. Tu znalazł przede wszystkim bardzo żywe, pobudzające intelektualnie środowisko – poza petersburską Polonią – głównie rosyjskich malarzy, pisarzy, krytyków, filozofów, ludzi teatru, poetów. Po raz pierwszy znalazł się wewnątrz, jako współuczestnik dyskusji na wielka skalę, bo przecież Rosja już wcześnie stała się miejscem spotkania idei z Wiednia, Paryża i Monachium, a nieco później i z Włoch. Z dodatkiem miejscowej egzotyki i specyficznie rosyjskiej mentalności tworzyło się jedyne w swoim rodzaju intelektualne&lt;br /&gt;środowisko o dużej sile działania…“[68].&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;Bibliografia&lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;[1]Potocka A. M., &lt;em&gt;Antropologia sztuki. „Ja" jako materiał twórczy&lt;/em&gt;, [w:] &lt;em&gt;Witkacy. Psychoholizm&lt;/em&gt;, red. M. A. Potocka, Bunkier Sztuki, Kraków 2009.&lt;br /&gt;[2]Ibidem, s. 297.&lt;br /&gt;[3]Ibidem.&lt;br /&gt;[4]Ibidem.&lt;br /&gt;[5]Ibidem.&lt;br /&gt;[6]Ibidem.&lt;br /&gt;[7]Witkiewicz S. I., &lt;em&gt;Rzecz o ciągłości bzdury malarsko-krytycznej. Głos „plastyka“ wołającego na puszczy&lt;/em&gt;, [w:] J. Degler, &lt;em&gt;Stanisław Ignacy Witkiewicz. Pisma krytyczne i publicystyczne&lt;/em&gt;, zebrał i opracował J. Degler, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1976, s. 480-481.&lt;br /&gt;[8]Potocka A. M. op.cit., s. 297.&lt;br /&gt;[9]Degler J., &lt;em&gt;Witkacego Portret Wielokrotny&lt;/em&gt;, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2009.&lt;br /&gt;[10]Ibidem, s. 490.&lt;br /&gt;[11]Ibidem, s. 514.&lt;br /&gt;[12]Tekst Lecha Sokoła ma ukazać się w najbliższym czasie.&lt;br /&gt;[13]Micińska A., &lt;em&gt;Stanisław Ignacy Witkiewicz - listy do Bronisława Malinowskiego&lt;/em&gt;, [w:] &lt;em&gt;Malinowski i Witkacy. Fotografia: między nauką a sztuką&lt;/em&gt;, „Konteksty“, Nr 1-4/2000, s. 267.&lt;br /&gt;[14]Ibidem.&lt;br /&gt;[15]Ibidem, s. 265-267.&lt;br /&gt;[16]Ibidem, s. 267.&lt;br /&gt;[17]Ibidem, s. 267.&lt;br /&gt;[18]Ibidem, s. 265.&lt;br /&gt;[19]Ibidem, s. 267.&lt;br /&gt;[20]Ibidem, s. 275.&lt;br /&gt;[21]Russell Julie, Ellis Silas, Geoffrey Serle, &lt;em&gt;Australian Dictionary of Biography&lt;/em&gt;, Vol. 11, Melbourne 1988, s. 451-453.&lt;br /&gt;[22]Wspomnienia z filmu &lt;em&gt;Gallipoli&lt;/em&gt; na podstawie Silas Ellis, &lt;em&gt;The Diary of Anzac&lt;/em&gt;, ML MSS 1840, Mitchell Library, State Library of New South Wales.&lt;br /&gt;[23]Ibidiem.&lt;br /&gt;[24]Degler J., &lt;em&gt;O pobycie Witkacego w Rosji w świetle dokumentów&lt;/em&gt;. Aneks, [w:] tegoż, op.cit., s. 498.&lt;br /&gt;[25]List napisany w Petersburgu między 12.09 i 23.11 1916 roku. Micińska A. op.cit., s. 279.&lt;br /&gt;[26]Monk R., &lt;em&gt;Ludwig Wittgenstein. Powinność geniusza&lt;/em&gt;, tłum. Adam Lipszyc i Łukasz Sommer, KR, Warszawa 2003, s. 131.&lt;br /&gt;[27]Ibidem.&lt;br /&gt;[28]Ibidem.&lt;br /&gt;[29]Ibidem.&lt;br /&gt;[30]Micińska A., op.cit., s. 267.&lt;br /&gt;[31]Ibidem, s. 265-267.&lt;br /&gt;[32]Ibidem, s. 267.&lt;br /&gt;[33]Z dotychczas niepublikowanej widokówki do Jadwigi Janczewskiej z 20.12.1913r. Widokówka znajduje się w zbiorach Muzeum Tatrzańskiego.&lt;br /&gt;[34]Monk R., op.cit., s. 132.&lt;br /&gt;[35]Ibidem, s. 160.&lt;br /&gt;[36]Ibidem, s. 161.&lt;br /&gt;[37]Ibidem, s. 159.&lt;br /&gt;[38]bidem, s. 162-163.&lt;br /&gt;[39]Leszczyński J., &lt;em&gt;Nieznany list Stanisława Ignacego Witkiewicza&lt;/em&gt;, [w:] „Pamiętnik literacki“, Rocznik LXXVI, Zeszyt IV, 1985, s. 177.&lt;br /&gt;[40]Degler J., &lt;em&gt;Witkacego portret…,&lt;/em&gt; s. 478.&lt;br /&gt;[41]Malczewski R., &lt;em&gt;Pępek świata. Wspomnienia z Zakopanego&lt;/em&gt;, LTW, Warszawa 1999, s. 70.&lt;br /&gt;[42]Degler J., op.cit., s. 511.&lt;br /&gt;[43]Rytard J. M., &lt;em&gt;Witkacy, czyli o życiu po drugiej stronie rozpaczy&lt;/em&gt;, [w:] &lt;em&gt;Stanisław Ignacy Witkiewicz, człowiek i twórca. Księga pamiątkowa&lt;/em&gt;, red. Tadeusz Kotarbiński i Jerzy Eugeniusz Płomieński, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1957, s. 281.&lt;br /&gt;[44]Ibidem.&lt;br /&gt;[45]Ibidem.&lt;br /&gt;[46]Ibidem.&lt;br /&gt;[47]Ibidem.&lt;br /&gt;[48]Rytard J. M., &lt;em&gt;Ósme niebo narciarskie&lt;/em&gt;, „Świat“, 7.01.1928.&lt;br /&gt;[49]Micińska A., op.cit., 275.&lt;br /&gt;[50]Cytaty z filmu &lt;em&gt;Gallipoli&lt;/em&gt;.&lt;br /&gt;[51]Monk R., op.cit., s. 176.&lt;br /&gt;52]Ibidem, s. 163.&lt;br /&gt;[53]Ibidem, s. 168.&lt;br /&gt;[54]Ibidem.&lt;br /&gt;[55]Degler J., &lt;em&gt;Witkacego portret…,&lt;/em&gt; s. 114.&lt;br /&gt;[56]Jakimowiczowa I., &lt;em&gt;Witkacy w Rosji&lt;/em&gt;, [w:] tejże, &lt;em&gt;System i wyobrażnia. Wokół malarstwa Witkacego,&lt;/em&gt; Wydawnictwo „Wiedza o Kulturze“ Fundacji dla Uniwersytetu Wrocławskiego, Wrocław 1995, s. 20.&lt;br /&gt;[57]Micińska A., List z 17(?)10.1914, [w:] op.cit., s. 277.&lt;br /&gt;[58]Ibidem.&lt;br /&gt;[59]Ibidem.&lt;br /&gt;[60]Ibidem.&lt;br /&gt;[61]Micińska A., &lt;em&gt;List do B. Malinowskiego z 10.08.1914&lt;/em&gt;, [w:] op.cit., s. 273.&lt;br /&gt;[62]J.Degler, List z 13.02 (30.01), op.cit., s. 305.&lt;br /&gt;[63]Ibidem.&lt;br /&gt;[64]A. Micińska, &lt;em&gt;List z 17(?)10. 1914&lt;/em&gt;, [w:], &lt;em&gt;Stanisław Ignacy Witkiewicz…,&lt;/em&gt; dz.cyt., s. 277.&lt;br /&gt;[65]Iwaszkiewicz J., &lt;em&gt;Petersburg&lt;/em&gt;, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1981, s. 59, 61.&lt;br /&gt;[66]Jakimowiczowa I., op.cit., s. 34.&lt;br /&gt;[67]Ibidem.&lt;br /&gt;[68]Ibidem, s. 23. &lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;br /&gt;Źródło: PRZESTRZENIE TEORII, nr. 14 / 2010, Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-9178968714726585268?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/9178968714726585268'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/9178968714726585268'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2012/02/rozprawa-stefan-okoowicz-witkacy-rzuci.html' title='Rozprawa: Stefan Okołowicz „WITKACY RZUCIŁ SIĘ JAK SZCZERBATY NA SUCHARY&quot; Witkiewicz w czasie pierwszej wojny światowej.'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-5318209630285728549</id><published>2012-02-07T01:25:00.000-08:00</published><updated>2012-02-07T01:29:44.333-08:00</updated><title type='text'>Esej: Krzysztof Jurecki WSZYSTKO JEST GODNE POEZJI I FOTOGRAFII</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W ramach przekroczenia oprogramowania aparatu według koncepcji Villema Flussera, fotograf może stwarzać różnego rodzaju eksperymenty, które mają „wyrwać” go, ale także i widza, z podstawowej zasady „tu i teraz”. Taką metodą posługuje się kilku polskich fotografów, którzy korzystają z zasady podwójnej ekspozycji. Najdłużej prace wywodzące się z konceptualizmu i minimal-artu wykonuje Grzegorz Zygier. Ale w innej tradycji działają od pewnego czasu Leszek Żurek i Tomasz Sobieraj. Ten pierwszy inspiruje się słynną koncepcją powidoku Władysława Strzemińskiego, która w dalszym ciągu może się rozwijać rezygnując z kolorystycznego nastawienia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak przedstawia się koncepcja &lt;em&gt;Obiektów banalnych&lt;/em&gt; Tomasza Sobieraja? Równoległą do fotografii, a czasami pierwszą formą pracy duchowej artysty jest poezja i proza. Dlatego interpretacji niektórych jego cykli fotograficznych można poszukiwać w literaturze. Nakładanie dwóch obrazów można łączyć z poetyką snu wraz z jego płynnością i nieokreślonością. Ale trzeba zaznaczyć, że sny mogą mieć także znaczenie archetypiczne i być wyraziste.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poetyckie obrazy Tomasza Sobieraja przypominają oczywiście o zasadzie fotomontażu wraz z jego surrealistyczną stylistyką, która jest tu zaznaczona. Jest to łączenie dwóch realności, ale także iluzji i wyrafinowanego operowania zminimalizowaną perspektywą kulisową.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Obrazy mogą się przenikać w swej poetyce form, choć częściej dominuje jeden motyw o przesłaniu symbolicznym. Jest nim np. deska sedesowa, która przypuszczalnie pozostanie przez tysiące lat jako znak naszej cywilizacji. Można powiedzieć – niestety! Okulary, tarka do prania, fragment kapliczki z religijną figurą, trywialne narzędzie, jakim jest łopata. Zatem wszystko jest godne poezji i fotografii. Wola artystyczna połączona z siłą natury w formie zjawisk przyrodniczych, jak szron, powoduje, że praktycznie każdy trywialny motyw może stać się bytem artystycznym, świadczącym przede wszystkim o naszym marnym życiu postrzeganym z pozycji człowieka, nie zaś natury, która rządzi się własnymi prawami. Cykl &lt;em&gt;Obiekty banalne&lt;/em&gt; nie jest dla mnie optymistyczny, gdyż nakładane obrazy wprowadzają poczucie chaosu. Zauważalna jest tylko niewielka doza boskiej symetrii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jaką filozofię sztuki reprezentuje ten cykl? A raczej jaka filozofia poprzez niego się wyraża? Jest to egzystencjalizm wraz z rozpadaniem się życia, a nawet jego upadkiem. Dla mnie, choć może się mylę, to egzystencjalizm według Jean Paul Satre’a, ale z odrobiną chrześcijańskiej melancholii, a może i nadziei, choć ta pojawia się niezwykle rzadko.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cykl ten, poza ewidentnymi związkami z poezją, co interesujące, jest także malarski w swej strukturze. Niektóre zdjęcia są bardzo wyrafinowane, jeśli patrzeć na nie od strony operowania linią i gmatwaniną formy rozsadzającej ramy fotografii. Dzięki temu jest bardzo współczesny, pasujący do trafnego określenia Wolfganga Welscha „nasza postmodernistyczna moderna”. Nie widzimy w niej ani horyzontu zdarzeń, ani upływającej i zmiennej historii, a oglądamy tylko nakładające się nostalgiczne obrazy, które są oczywiście opowieścią o nas samych, posługującą się resztkami po naszej cywilizacji pokazywanymi na zasadzie surrealistycznego „obiektu znalezionego” (objet trouvé). W tym melancholijnym nastawieniu, kiedy oglądamy banalne okruchy naszej egzystencji, nie słychać krzyku rozpaczy. Nie ma też nadziei. Wszystko ulega dyfuzji i ostatecznemu rozpadowi lub czasowemu zamrożeniu. Jedynym zwycięzcą może okazać się natura! Ona pozostanie jako świadectwo po naszej cywilizacji – o ile przeżyje!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tekst pochodzi z katalogu wystawy Tomasza Sobieraja &lt;em&gt;Banal Objects&lt;/em&gt;; Fotoseptiembre USA - SAFOTO, Instituto Cultural de México, San Antonio, USA, 2011.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-5318209630285728549?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/5318209630285728549'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/5318209630285728549'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2012/02/esej-krzysztof-jurecki-wszystko-jest.html' title='Esej: Krzysztof Jurecki WSZYSTKO JEST GODNE POEZJI I FOTOGRAFII'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-108464545735590764</id><published>2012-02-07T01:22:00.000-08:00</published><updated>2012-02-07T01:25:19.076-08:00</updated><title type='text'>Jest Poezja! Bohdan Wrocławski</title><content type='html'>&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Inny smak księżyca&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Którejś nocy światło księżyca ominęło naszą planetę&lt;br /&gt;oceany odfrunęły w głąb własnego sumienia&lt;br /&gt;wszyscy myśleli że teraz ziemia&lt;br /&gt;zacznie szybciej obracać się wokół własnej rozpaczy&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;wieczorami błądziły kłęby pary&lt;br /&gt;jakieś nieczytelne hieroglify&lt;br /&gt;bezdomne znaki w śniegu&lt;br /&gt;obłoki wypełnione melancholią&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;wszystko to przypominało&lt;br /&gt;że powoli kończy się czas modlitwy&lt;br /&gt;zasną świerszcze ich oddech przestanie plamić ciszę&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;i tylko nasze natchnienie kruche przecież&lt;br /&gt;wciąż jeszcze jest obecne&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;jednak pozbawiane wiecznego ognia sprawia&lt;br /&gt;że coraz częściej odczuwamy lęk&lt;br /&gt;granice które przekraczamy&lt;br /&gt;mają w sobie coś ze świątecznej majówki&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;kiedy z naszej radości płatami łuszczy się kora&lt;br /&gt;pada deszcz&lt;br /&gt;nagie kikuty wilgotnych ramion&lt;br /&gt;w bezbrzeżnym zdumieniu wiszą&lt;br /&gt;wzdłuż miejskich murów obronnych&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;jak ostatni sen skazańca&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;nad ranem place odwiedza stukot kopyt końskich&lt;br /&gt;parujący zapach łajna&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;wtedy śpią jeszcze wszystkie sumienia&lt;br /&gt;kopiaste pierzyny unosi oddech&lt;br /&gt;wydaje się spokojny i bezpieczny&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;tylko czasem jakiś fragment wiersza podrażni pejzaż&lt;br /&gt;odbierze mu nadzieję kolor i symetrię&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;wyglądasz wtedy przez oszronione okno&lt;br /&gt;twoje czoło stygnie dotykasz nim szklanej powierzchni&lt;br /&gt;palcem wypisujesz wszystkie zapamiętane grzechy dzieciństwa&lt;br /&gt;zaczynasz bać się ich samotności&lt;br /&gt;przerażającej potrzeby bycia z tobą&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;nadal trudno ci uwierzyć że jesteś już dorosły&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;a wszystkie zamki które budowałeś na plażach&lt;br /&gt;stały się większe niż czubki okolicznych sosen&lt;br /&gt;boisz się ich cienia&lt;br /&gt;odczuwasz że jest tam ból&lt;br /&gt;twardy jak śmiech drwala ostrzącego zęby piły&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;to dobrze zawołasz z pustych komnat muzealnych&lt;br /&gt;już dawno rozsypały się wszystkie eksponaty&lt;br /&gt;ten pył który spotykamy każdego upalnego poranka&lt;br /&gt;ten kosmiczny pył to rozkruszone drobiny&lt;br /&gt;umierającej cywilizacji&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;resztki wysychającej wyobraźni&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;już nie broni nas sztuka&lt;br /&gt;w mroku widzisz jej ledwie zarysowaną twarz&lt;br /&gt;miękki podbródek&lt;br /&gt;wyłupiaste oczy czerwieniejące niczym ślepia wilka&lt;br /&gt;chytry chichot losu łup w kłach mrozu&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;paleta barw nie zmienia się dawno zamilkła w niej radość&lt;br /&gt;między złożonymi palcami czujesz jej resztki&lt;br /&gt;przemykają się tam gdzie wszystko staje się bezrozumne&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;dostrzegłeś to mój Cyprianie Kamilu&lt;br /&gt;obraz pełen niedokładności&lt;br /&gt;skrzypiące kuchenne schody&lt;br /&gt;którymi wprowadzano ciebie na górę&lt;br /&gt;abyś omijając salon mógł dotrzeć w tumult kuchni&lt;br /&gt;brzęk garów&lt;br /&gt;woń przypalenizny i jedzenia&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;tak nasyca się wiersz słowo po słowie&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;reszta to nieomal drobiazgi szczegóły scenografii&lt;br /&gt;przerysowane ostrą fakturalną kreską&lt;br /&gt;i tylko nikomu niepotrzebne pragnienie&lt;br /&gt;wiecznie przywołuje nas w coraz inne miejsca&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;zapamiętajmy siebie zagubionych w zieleniach bezradnej&lt;br /&gt;młodości głodnych&lt;br /&gt;zbiegających w dół po drabinie pragnień i nawyków&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;naszego ciała trzyma się mróz&lt;br /&gt;chrońmy go jak bezcenną relikwię&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;gasną ognie zapalane na brzegach chmur w czasie sztormu&lt;br /&gt;myśli pełne fascynacji i destrukcji&lt;br /&gt;wciąż niżej bukiety wyschniętych traw oddychające&lt;br /&gt;w śladach czyichś stóp&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;to twój dzień ten sam&lt;br /&gt;który obudził cię przerażonego spadały fragmenty skał&lt;br /&gt;źrenice ciężkie trawiące resztki nocy&lt;br /&gt;powietrze w którego mięsiste podbrzusze&lt;br /&gt;wbijały się ostre kawałki granitów&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;zapach szlachtunku&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;wszystko to wydawało się już za nami&lt;br /&gt;przez zwisającą z okna brudną firankę przemknęło coś&lt;br /&gt;refleks fragment ciężki jak kratki konfesjonału&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;zapewne z tamtej strony ktoś łkał przytykając&lt;br /&gt;rozgorączkowane czoło paliły się jego powieki&lt;br /&gt;szybciej niż lot jaskółki&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;wiedziałeś dobrze wiedziałeś&lt;br /&gt;przyszedł Zalewski z butelką granatowego wina&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;to rozlewała się w nas&lt;br /&gt;noc bezksiężycowa wyjęta z teatralnego plakatu&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;aż tu w chłód poddaszowych marzeń&lt;br /&gt;wdzierał się stukot drewnianych kół powozów&lt;br /&gt;uderzających w chropawy bruk&lt;br /&gt;parskanie koni&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;śmiech dziewczyn kuchennych&lt;br /&gt;dobiegający z pobliskiej jadłodajni&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;i ten zapach dochodzący z niej zakłócający milczenie poezji&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;w głuchowskim ogrodzie stado szerszeni rozbiło pszczeli ul&lt;br /&gt;konała przestrzeń&lt;br /&gt;nieczytelna pozbawiona krążenia&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;krwi i nadziei&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;znasz przecież obserwujesz ten cienki głos alarmu&lt;br /&gt;w środku lata&lt;br /&gt;kijanki miotające się w wysychającym stawie&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;wyparowują z nas początki zdania&lt;br /&gt;interpunkcja staje się agresywna&lt;br /&gt;wykrzykniki popychają myśli w nieokreślonym kierunku&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;wiemy już&lt;br /&gt;najtrudniejsze odpowiedzi istnieją w samotności&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;wiatr zachłyśnięty własną śliną&lt;br /&gt;przetrawia nas stojących z boku nie przygotowanych&lt;br /&gt;niemiłosiernie w twarz praży słońce&lt;br /&gt;usychają w nim rozpoczęte myśli&lt;br /&gt;plecy oświetla pełne dobrotliwej łagodności światło księżyca&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;ponieważ zabłądziłeś w pustynnych piaskach&lt;br /&gt;czytasz wszelkie miraże okolicy&lt;br /&gt;szczyty palm kokosowych jakąś karawanę&lt;br /&gt;której towarzyszą gardłowe okrzyki poganiaczy wielbłądów,&lt;br /&gt;kwaśny wydech zwierząt zapach potu&lt;br /&gt;plamy na białych burnusach&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;świst rzemiennego bata ciepły jak plecy niewolnika&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;czujesz przypadkowy liść opadający w dół&lt;br /&gt;za wszelką cenę chcący przerysować zmarszczki twojej twarzy&lt;br /&gt;poświata jego lotu dotyka krawędzi księżyca&lt;br /&gt;w milczeniu oddycha&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;jakby inną mroczną stroną lustra&lt;br /&gt;śpią tam wszyscy aniołowie&lt;br /&gt;którym lód i drobiny śniegu pozlepiały skrzydła&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;i ja&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;oddzielany kartkami starych kalendarzy&lt;br /&gt;powłóczący nogami&lt;br /&gt;oparty o leszczynowy kijek&lt;br /&gt;zwijający się niczym wyschnięta kromka chleba&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;z podniebieniem przepalonym od cudownych tabletek&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;ja&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;pozbierany z wszystkich ścieżek&lt;br /&gt;które mnie kiedyś bolały&lt;br /&gt;i z tych które obdarzałem bezrozumną przyjaźnią&lt;br /&gt;błądzący od dzieciństwa po tych samych ugorach&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;bosy chłopak w krótkich spodenkach&lt;br /&gt;biegnący przez jesienne rżyska&lt;br /&gt;spokojny jak echo goniący z nim stada kuropatw&lt;br /&gt;karmiący gołębie dziksze niż gruzy zniszczonego miasta&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;ja ekshumujący niespokojny zapach spalonych ciał&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;na pobrzeżu historii&lt;br /&gt;więzień słów nawyków&lt;br /&gt;interpunkcji&lt;br /&gt;i w bezbarwnej przestrzeni ciągle tułających się&lt;br /&gt;znaków zapytania&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;szukający azylu&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;otwieram usta aby przez chwilę&lt;br /&gt;poczuć inny smak księżyca&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-108464545735590764?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/108464545735590764'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/108464545735590764'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2012/02/jest-poezja-bohdan-wrocawski.html' title='Jest Poezja! Bohdan Wrocławski'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-2626353039532843935</id><published>2012-02-07T01:18:00.000-08:00</published><updated>2012-02-09T04:28:51.068-08:00</updated><title type='text'>Jest Poezja! Dariusz Pawlicki</title><content type='html'>&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Poezja, moim zdaniem, jest sztuką skrótu, kondensacji&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;- Pamiętaj o mnie -&lt;br /&gt;szepcze kurz.&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;Peter Huchel&lt;br /&gt;Napisał te słowa&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest ich tylko pięć&lt;br /&gt;A ile w nich treści&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chciałbym i ja&lt;br /&gt;Być takim mistrzem&lt;br /&gt;Słowa&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Fragment listu do dawno niewidzianej żony&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Okazało się&lt;br /&gt;Że przechodziłem dzisiaj obok miejsca&lt;br /&gt;Gdzie pewnego wieczoru&lt;br /&gt;Z dwadzieścia dwa lata temu&lt;br /&gt;Moje ciekawe Ciebie palce&lt;br /&gt;Kolejny raz&lt;br /&gt;Zaspokajały swą ciekawość&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie pamiętałem o tym&lt;br /&gt;Ale pamiętały&lt;br /&gt;Palce&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;A szkoda...&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie rozumiem&lt;br /&gt;Mowy Francuzów&lt;br /&gt;Szumu trzcin&lt;br /&gt;Również&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Internet&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mój zmarły osiem lat temu Dziadek&lt;br /&gt;Ni z tego, ni z owego&lt;br /&gt;Poprosił bym mu wytłumaczył&lt;br /&gt;Czym jest Internet&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po przebudzeniu się pomyślałem że&lt;br /&gt;Zmarli, tam gdzie przebywają obecnie&lt;br /&gt;Rozwijają się jednak&lt;br /&gt;Skoro Dziadek za życia nie znał&lt;br /&gt;Słowa „Internet” a teraz tak&lt;br /&gt;I jeszcze chce wiedzieć&lt;br /&gt;Co ono znaczy&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Czuwanie&lt;br /&gt;Pogorzelec, 27 stycznia 1999 r.&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W wieczór poprzedzający pogrzeb&lt;br /&gt;Ktoś z rodziny zaproponował aby Babcię&lt;br /&gt;Ubrać w dodatkowy sweter:&lt;br /&gt;„Jest przecież siarczysty mróz”&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Miałem już powiedzieć&lt;br /&gt;Żeby nie przesadzać –&lt;br /&gt;Ciało które zostało opuszczone&lt;br /&gt;Niczego już nie odczuwa&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale osoba która akurat&lt;br /&gt;Weszła do domu&lt;br /&gt;Wpuściła przenikliwie zimne powietrze&lt;br /&gt;I podszedłem do szafy&lt;br /&gt;Z ubraniami&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Chwila&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Stado szpaków&lt;br /&gt;Na tle słońca&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Małe&lt;br /&gt;Przesłoniło&lt;br /&gt;Ogromne&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-2626353039532843935?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/2626353039532843935'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/2626353039532843935'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2012/02/jest-poezja-dariusz-pawlicki.html' title='Jest Poezja! Dariusz Pawlicki'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-1556545897759119751</id><published>2012-02-07T01:07:00.000-08:00</published><updated>2012-02-07T01:08:52.648-08:00</updated><title type='text'>Felieton: Igor Wieczorek SŁOWO I OKO</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Dla sceptycznego krytyka, który na samą myśl o uświęconych wartościach dostaje gęsiej skórki, zrecenzowanie najnowszego filmu Agnieszki Holland jest nie lada wyzwaniem. Cóż bowiem można powiedzieć, a – tym bardziej napisać – na temat tak oczywisty, że aż bezdyskusyjny?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O tym, że film jest wybitny, nie trzeba nikogo przekonywać, wystarczy tylko zachęcić do pójścia do kina. A jednak sceptyczni krytycy zrecenzowali ten film i – co szczególnie ciekawe – zrobili to znakomicie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do najciekawszych recenzji zaliczyć można opublikowany w Gazecie Wyborczej tekst Tadeusza Sobolewskiego, który, porównawszy film Agnieszki Holland do „Listy Schindlera” Spielberga i „Pianisty” Polańskiego, doszedł do wniosku, że jedynie Agnieszce Holland udało się uniknąć pewnej stereotypowości w przedstawieniu konfliktu między dobrem a złem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Tamte filmy biorą widza w kleszcze wzruszenia. Najpierw konfrontują nas z orgią zła, aby potem chwycić za gardło obrazem triumfu dobra. U Holland – inaczej – już sama koncepcja wizualna, stworzona przez autorkę zdjęć Jolantę Dylewską, rozprasza w obrazie elementy dobra w sposób nienarzucający się, ale jednak stale obecny.” – pisze Tadeusz Sobolewski. I trudno nie przyznać mu racji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ciekawe, czy sukces „W ciemności” skłoni literackich malkontentów i zapalonych kinomaniaków do zrewidowania poglądów na temat rzekomo nieprzekraczalnej granicy między kulturą obrazu a kulturą słowa. Nietrudno bowiem zauważyć, że w miarę rozwoju mediów wizualnych i w miarę obniżania się poziomu czytelnictwa obserwatorzy kultury coraz wyraźniej dzielą się na smętnych misjonarzy słowa i beztroskich propagatorów obrazu. Ci pierwsi twierdzą niezmiennie, że rozwój mediów wizualnych prędzej czy później doprowadzi ludzkość do apokalipsy, ponieważ kultura obrazu nie jest kompatybilna z gospodarką opartą na wiedzy naukowej, a pomiędzy obrazami i wiedzą istnieje sprzeczność, która już teraz owocuje coraz większą irracjonalizacją życia społecznego i gospodarczego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Propagatorzy obrazu widzą ten problem inaczej. Ich zdaniem jest oczywiste, że skoro z badań naukowych wynika, że ponad 80% informacji dociera do ludzkiego mózgu za pośrednictwem zmysłu wzroku, to rozwój mediów wizualnych jest po prostu wyraźnym przejawem przyśpieszenia tempa ewolucji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Co z tego – pytają zazwyczaj - że za pomocą obrazu nie można wyartykułować takich kategorii jak równość czy wolność? Co z tego, że obraz nie daje nam wglądu w obszar metalogiki i uniemożliwia zanegowanie sensu przedstawionej treści, skoro słowa zawierają tylko niewielki procent informacji przekazywanej w rozmowie, a zdecydowana większość informacji przekazywana jest przez mimikę, ton głosu, gesty i inne niewerbalne czynniki, takie jak chociażby. kojarzenie pamięciowe?”&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Uderzające jest to, że propagatorzy obrazu i misjonarze słowa nie dyskutują o tym, że słowo też jest obrazem - tyle, że zakodowanym w nieco odmienny sposób.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czyż nie jest aż zbyt oczywiste, że sukces filmu „W ciemności” jest w dużym stopniu sukcesem książki „W kanałach Lwowa” autorstwa Roberta Marshalla i bestsellerowej autobiografii Krystyny Chiger pt. „Dziewczynka w zielonym sweterku”?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wymownym dowodem na to, że obraz wzbogaca słowo są właśnie filmowe adaptacje utworów literackich. Słowo wynika z obrazu, a obraz wzbogaca słowo. Współistnienie tych zjawisk jest czymś tak naturalnym, nieuniknionym i dobrym, że przerażająca wizja cyfrowej apokalipsy wydaje się równie nadęta jak wizja świata wolnego od radia i telewizji, a zamieszkałego wyłącznie przez czytelników książek. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-1556545897759119751?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/1556545897759119751'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/1556545897759119751'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2012/02/felieton-igor-wieczorek-sowo-i-oko.html' title='Felieton: Igor Wieczorek SŁOWO I OKO'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-9214709669276843301</id><published>2012-02-07T00:56:00.000-08:00</published><updated>2012-02-07T00:58:25.122-08:00</updated><title type='text'>Recenzja: Władysław Zdanowicz MISJONARZE Z DYWANOWA, t. I, PINKY</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;G - JAK GROTESKA RZECZYWISTOŚCI&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Autor: Jan Siwmir&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Irak. Polskie władze jak zwykle po ułańsku oferują pomoc w nie swojej wojnie. Po ułańsku, bo z honorem, na ochotnika i z wielkimi hasłami na wysoko zawieszonych werbalnych sztandarach. Nie bardzo wiadomo, o co się biją (jeśli o demokrację taką jak u nas, to niech Allalch ma w swojej opiece wszystkich poniewieranych tubylców), ale się biją.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O, przepraszam, wyjeżdżają na misję stabilizacyjną.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bez sensu transportowany, bez broni i podstawowego wyposażenia, bez konkretnych rozkazów zjawia się kolejny rzut żołnierzy w kraju, który rzekomo posiada broń masowej zagłady. A z tym transportem, na skutek nieporozumienia znanego nam już z musicalu Hair, pojawia się szeregowiec Piotr Leńczyk, filozof z domulu. I od tego momentu zaczynamy poznawać realia wojskowe przefiltrowane przez zdrowy, chłopski rozum. Widzieliście kiedyś czołowe zderzenie mrówki ze słoniem? Tak, to właśnie rozsądek mrówki rozchlapuje się na twardym czerepie systemowego słonia. I za każdym razem, niczym w kreskówkach, powstaje, aby dalej mierzyć się z gigantem. Zdarzają mu się drobne zwycięstwa, okruchy satysfakcji, lecz z góry wiadomo, że jeśli nawet wygra bitwę, jego klęska jest nieuchronna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chciałoby się powiedzieć, że Władysław Zdanowicz nakreślił nam jeszcze jeden groteskowy obraz, który widzieliśmy w Paragrafie 22, czy w M.A.S.H. Jak inaczej bowiem odebrać absurdalne posiedzenie komisji sądzącej Leńczyka, albo poczynania plutonu rotacyjnego? Rajd rowerowy głównego bohatera spokojnie zaś można porównać do niosących popłoch poczynań jednego z kadetów Akademii Policyjnej, nieuchronne są także aluzje do przygód Szwejka, o którym wspomina sam autor.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mimo tych konotacji, mamy do czynienia z zupełnie inną historią. Yossarian czy Mahoney są bohaterami, z których mogę się śmiać do upojenia. Nie moje kulturowe realia, nie mój czas. Zasady, moralność, działania i brak działań mogę opisywać i wyciągać z nich wnioski. Ale, podkreślam, to nie moje doświadczenie. Więc nawet jeśli boli, to inaczej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Misjonarze z Dywanowa sprawiają, że owszem śmieję się, jednak po krótkotrwałej radości przychodzi refleksja: skąd ja to wszystko znam? Niefrasobliwość, intryganctwo, ogólne rozmemłanie, tumiwisizm, korupcja, malwersacje, spychologia stosowana, głupota ocierająca się o śmiertelne zbrodnie. I wyjątkowa wredota ludzi teoretycznie mających służyć społeczeństwu. Wystarczy, że przejdę się do byle jakiego urzędu, instytucji, sklepu, czy punktu usługowego, o służbie zdrowia nie wspominając. Tu, w cywilu, gdzie nie ma aż takiego zagrożenia, gdzie odpowiedzialność jest nieporównywalnie mniejsza, życie wygląda niemal dokładnie tak samo, jak w historii opowiedzianej przez Zdanowicza. Zamieńmy chociażby mundur na kitel lekarski, pobranie odpowiedniej ilości amunicji na wyegzekwowanie podstawowych badań, próbę przedstawienia swoich racji przed komisją wojskową na taką samą próbę przed sądem w Polsce.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I ta wszechobecna butelczyna z kopertą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dlatego niestety wierzę w każde słowo, sytuację i aluzję.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie jest to wiara, z którą chciałbym umierać...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Misjonarze z Dywanowa, czyli Polski Szwejk na misji w Iraku&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tom pierwszy PINKY&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wydawca : Księgarnia Zdanowicz&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;ISBN 978-83-925232-0-8&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;kontakt: &lt;a href="mailto:ksiegarnia.zdanowicz@pro.onet.pl"&gt;ksiegarnia.zdanowicz@pro.onet.pl&lt;/a&gt; &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-9214709669276843301?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/9214709669276843301'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/9214709669276843301'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2012/02/recenzja-wadysaw-zdanowicz-misjonarze-z_07.html' title='Recenzja: Władysław Zdanowicz MISJONARZE Z DYWANOWA, t. I, PINKY'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-3321112543664890924</id><published>2012-01-02T01:43:00.000-08:00</published><updated>2012-01-02T01:47:19.788-08:00</updated><title type='text'>Konkursy: O WAWRZYN SĄDECCZYZNY</title><content type='html'>&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;VIII Ogólnopolski Konkurs Poetycki&lt;br /&gt;„O Wawrzyn Sądecczyzny”&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Grupa Literacka „Sądecczyzna”, Starostwo Powiatowe w Nowym Sączu oraz Sądecka Biblioteka Publiczna im. J. Szujskiego w Nowym Sączu ogłaszają konkurs poetycki pod hasłem:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Człowiek przed lustrem&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Zasady:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;1. Konkurs ma charakter otwarty, mogą w nim wziąć udział wszyscy piszący po polsku autorzy.&lt;br /&gt;2. Na konkurs należy nadesłać nawiązujące do hasła wiersze, w ilości od jednego do dwóch w czterech egzemplarzach. Powinny to być teksty nigdzie niepublikowane, nienagradzane i niewysyłane na inne konkursy.&lt;br /&gt;3. Utwory prosimy opatrzyć godłem słownym. Winno być ono powtórzone na zaklejonej kopercie zawierającej imię, nazwisko, adres, numer telefonu, e-mail autora i krótką informację o nim.&lt;br /&gt;4. Autorów, którzy nie ukończyli 20 lat, prosimy o podanie obok tych danych, również daty urodzenia, nazwy szkoły, uczelni, lub zakładu pracy oraz oznaczenie swoich wierszy literą „M” (pod godłem).&lt;br /&gt;5. Autorów mieszkających na Ziemi Sądeckiej prosimy o napisanie na pracach konkursowych litery „S” (pod godłem).&lt;br /&gt;6. Mieszkańcy Sądecczyzny i młodzież rywalizują o statuetki oraz pozostałe nagrody i wyróżnienia.&lt;br /&gt;7. Prace konkursowe należy nadsyłać do 15 maja 2012 roku na adres: Sądecka Biblioteka Publiczna, 33-300 Nowy Sącz, ul. Franciszkańska 11 - z dopiskiem na kopercie: Konkurs Poetycki.&lt;br /&gt;8. Pokłosie konkursu znajdzie się w almanachu pokonkursowym. Oprócz utworów nagrodzonych autorów, opublikowanych w nim zostanie kilkadziesiąt innych wartościowych wierszy nadesłanych na konkurs. Ich autorzy nie otrzymują honorarium.&lt;br /&gt;9. Ogłoszenie wyników konkursu i wręczenie nagród odbędzie się we wrześniu 2012 roku w Nowym Sączu. Nagrody należy odebrać osobiście w dniu finału. Nieobecność na tej uroczystości sprawia, iż nagroda staje się wyróżnieniem honorowym, a gratyfikacja pieniężna zostanie przeznaczona na wspieranie twórczości literackiej w regionie.&lt;br /&gt;10. Udział w konkursie jest równoznaczny z akceptacją jego regulaminu.&lt;br /&gt;11. Interpretacja niniejszego regulaminu należy do organizatorów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jury przyzna następujące nagrody i wyróżnienia:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I nagroda - 700 zł&lt;br /&gt;II nagroda - 500 zł&lt;br /&gt;III nagroda - 400 zł&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;2 statuetki Starosty Nowosądeckiego „Srebrne Pióro Sądeckie” dla:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- najlepszego autora w kategorii młodzieży do lat 20&lt;br /&gt;- najlepszego w tej edycji konkursu autora mieszkającego na Ziemi Sądeckiej&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wyróżnienia drukiem w almanachu pokonkursowym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jury zastrzega sobie prawo innego podziału kwoty przeznaczonej na nagrody.&lt;br /&gt;Dodatkowych informacji udziela sekretarz jury (Grupa Literacka „Sądecczyzna”) - tel. 606 957 138, e-mail: &lt;a href="mailto:oksymoron2@gmail.com"&gt;oksymoron2@gmail.com&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Konkurs odbywa się pod patronatem Starosty Nowosądeckiego.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-3321112543664890924?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/3321112543664890924'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/3321112543664890924'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2012/01/konkursy-o-wawrzyn-sadecczyzny.html' title='Konkursy: O WAWRZYN SĄDECCZYZNY'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-1787887885483658709</id><published>2012-01-02T01:24:00.000-08:00</published><updated>2012-01-02T01:41:39.147-08:00</updated><title type='text'>Esej: Tomasz Sobieraj RZECZ O „PODRÓŻACH Z TEJ I NIE Z TEJ ZIEMI” JÓZEFA BARANA I KILKA OKOŁOLITERACKICH DYGRESJI</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;W swojej autobiograficznej książce &lt;em&gt;Rude Assignement&lt;/em&gt; Wyndham Lewis dzieli sztukę na tę dla wielkiej publiczności, narodową (Hugo, Dickens, Tołstoj) i na sztukę dla wąskiego grona koneserów (Flaubert, Baudelaire). Zauważa też wzrastającą obojętność tak zwanej szerokiej publiczności dla dokonań twórców sztuki uważanej za elitarną, którzy to twórcy – czy to z przekory, czy ze zwykłego braku umiejętności – wydają się brnąć coraz bardziej w niezrozumiałość. Dzisiaj, sześćdziesiąt lat po ukazaniu się znakomitej intelektualnej biografii angielskiego pisarza, eseisty i malarza można mieć pewność, że nieprzystępność tak zwanej sztuki elitarnej jest w przytłaczającej większości przypadków wynikiem braku umiejętności a często nawet możliwości jej autorów, zaś to, co Lewis nazwał sztuką dla wielkiej publiczności, w zasadzie nie powstaje, bo niewielu współczesnych ludzi pióra potrafi połączyć w dziele wyborny styl, czystą formę[1], wagę słów, istotny problem i zajmującą treść tak, jak czynili to – ograniczę się do polskiej literatury – na przykład Słowacki i Prus, a z bardziej współczesnych Herbert i Herling Grudziński. Oczywiście klasyfikacja Lewisa nie jest idealna – istnieli przecież tacy pisarze jak Hemingway czy Conrad, którzy z twórczością elitarną dotarli do szerokiej rzeszy czytelników, i tacy jak Hašek czy Čapek, piszący książki z pozoru popularne, a w istocie stanowiące arcyważne dzieła literatury, poddające ironicznej wiwisekcji jednostkę i społeczeństwo. Z kolei w Polsce pojawiło się ostatnimi laty zjawisko interesujące z powodu swojego endemicznego czy raczej swojskiego charakteru, mianowicie literatura nieporadna, nazywana przez krytyków wielką i elitarną a jednocześnie – popularna; przypadek ten dowodzi niezwykłej siły zarówno gorliwego marketingu jak i mętnej argumentacji, wspieranych przez system państwowych stypendiów dla wybranych i wiernych beneficjentów; niewątpliwie są to zabiegi wystarczające, by przekonać tych czytelników, którzy kierują się stadnym instynktem, jednak ludziom myślącym od razu nasuwa się podejrzenie, że w tym przypadku zamiana alternatywy wyłączającej: „wielkość albo popularność” w koniunkcję: „wielkość i popularność”, jest zabiegiem naiwnym lub hochsztaplerskim, więc albo wskazana wielkość jest fałszywa, albo głoszona popularność podejrzana i wątpliwa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zdarzają się jednak współcześni autorzy bezspornie dowodzący, że niekiedy logika formalna ustępuje przed artystyczną rzeczywistością, i że można połączyć cechy zwykle się wykluczające. Rozmiar tego zjawiska mierzony liczbą sprzedanych egzemplarzy jest rzecz jasna mniejszy niż w przypadku autorów uważanych za popularnych – czyli należących do koterii, i popularnych w ścisłym słowa tego znaczeniu – tzn. piszących kryminały, fantastykę i romanse, niemniej to właśnie ono zasługuje na baczną uwagę i analizę, bo jak uczy nas literaturoznawstwo, właśnie ci oryginalni, suwerenni twórcy, funkcjonujący poza obecnie modną konwencją, wraz z tymi, którzy tworzą drugi, ba, nawet trzeci obieg, ci zajmą – z dużym prawdopodobieństwem, prędzej czy później – ważne miejsce w dziejach literatury, obecnie okupowane (jakież to adekwatne i cudownie wieloznaczne słowo!) przez literackich modnisiów i prowincjonalnych dandysów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jednym z takich niezależnych, osobnych twórców, jednocześnie popularnych i wyrafinowanych, który w naszej współczesnej literaturze zajmuje, jak pisał Zbigniew Chojnowski, „niszę jedyną w swoim rodzaju, bardzo osobistą” jest Józef Baran. Zdobył uznanie zarówno pośród wybrednych znawców poezji, jak i między naznaczonymi wrażliwością, smakiem i wyobraźnią „zwykłymi” odbiorcami liryki. Jego utwory – sugestywne, czułe, emocjonalne, zabarwione świeżą metaforyką, łączą według Czesława Miłosza „tradycyjne polskie wartości z nowoczesną formą”, jednocześnie nie stronią od lekkiej, ciepłej ironii i mądrej refleksji; to wielowymiarowe wiersze bystrego obserwatora, stanowiące wyraz jego zachwytu nad światem, banałem, nawet marną istotą, ale też niekiedy pełne bólu i uniesienia, zwątpienia i wiary; według jednych są kontynuacją poetyki Twardowskiego, Harasymowicza a nawet Leśmiana, według innych brzmią głosem skrajnie osobistym[2]. Zapewne rację mają jedni i drudzy, bowiem prawdziwy, poważny człowiek pióra, choćby największym był indywidualistą, raczej nie żyje w próżni i dziwnym by było, gdyby w twórczości Barana nie dało się słyszeć dyskretnie brzmiących nut poetów najwyżej przez niego cenionych – i zapewne nie powinien też dziwić ten whitmanowski i frostowski ton, wyraźnie dla mnie obecny w „amerykańskich” wierszach poety, ton, który siłą rzeczy musi pojawić się u człowieka obdarzonego ogromną wrażliwością na przyrodę w sytuacji bliskiego, niemal intymnego z nią obcowania; to swoiste doświadczanie przez poetę komunii z naturą znajduje wyraz także w wierszach zainspirowanych polskim krajobrazem i wsią – utworach autonomicznych i świeżych, często przekształcających przestrzeń realną w pejzaż wewnętrzny, równocześnie przywołujących smaki, zapachy, nastroje z mocą, jaką w naszej literaturze prezentował kierunek impresjonistyczny Młodej Polski, a później arkadyjska twórczość Józefa Czechowicza.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jednak Józef Baran to także prozaik, autor kilku książek[3] poświęconych „ludziom pióra i palety”, w tym wspomnień o Arturze Sandauerze i rozmów z tym równie świetnym jak kontrowersyjnym krytykiem i tłumaczem. W ostatnich latach ukazały się balansujące na granicy różnych gatunków literackich &lt;em&gt;Koncert dla nosorożca&lt;/em&gt;, &lt;em&gt;Przystanek Marzenie&lt;/em&gt; a jesienią 2010 roku &lt;em&gt;Podróże z tej i nie z tej ziemi&lt;/em&gt;. Dwie pierwsze książki zdobyły należne im uznanie, pisali o nich profesor Bolesław Faron i Ryszard Kapuściński, podkreślając ich intelektualną samodzielność, szczerość i rzetelność, Anna Dymna zaś – wybitna interpretatorka poezji Barana – doceniła umiejętność poety zamieniania bolesnych przeżyć w czystą poezję i jego wspaniały zmysł obserwatora. Nie mniej istotne wydaje mi się w tych na poły dziennikach, na poły reportażach, umiejętne połączenie opisu mniej lub bardziej egzotycznej rzeczywistości z rzeczywistością swojską, liryki z anegdotą, humoru z refleksją, a wszystko to zaznacza dziennikarski pazur – jakże by zresztą inaczej, skoro pracy dziennikarskiej Józef Baran poświęcił znaczną część życia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I to dziennikarskie doświadczenie, którego przejawami są między innymi umiejętność obserwacji i wyciągania wniosków oraz lekkość pióra, uwidacznia się w &lt;em&gt;Podróżach z tej i nie z tej ziemi&lt;/em&gt; z dużą wyrazistością. Jeśli dodać do tego skłonność Barana do zabawy formą i właściwy poetom dar pozazmysłowego postrzegania rzeczywistości, otrzymamy właśnie tę „formę bardziej pojemną”, której poszukiwał (i, o ile wiem, nie znalazł) Czesław Miłosz. Każdy z rozdziałów tej książki to reportaż z innej części świata, części niekiedy nam bliskiej, niekiedy egzotycznej, bez wyjątku jednak opisanej interesująco, ze swadą, niemal gawędziarsko, ale zarazem rzetelnie i z Człowiekiem na pierwszym planie – istotą u Barana jednocześnie wzniosłą i tragiczną, piękną i szpetną, niczym w genialnych fotoreportażach Sebastiao Salgado, zawsze jednak, niezależnie od jej kondycji, stanowiącą dla autora Podróży centrum zainteresowań i źródło refleksji. Każdy z reportaży przedstawia wycinek świata gruntownie poznany: dotknięty, posmakowany, objęty, opisany z wrażliwością poety i ciekawością badacza sięgającego głęboko pod powierzchnię rzeczywistości; to nie popularny ostatnio naskórkowy reportaż telewizyjnego globtrotera, upudrowanej gwiazdy półgodzinnego one-man/woman show, której produktem ubocznym z zagranicznego wyjazdu jest pełna naiwnych zachwytów i spostrzeżeń książka, okraszona banalnymi zdjęciami imitującymi artystyczne czy reporterskie fotografie – to bezpretensjonalny, solidny, rzetelny obraz wybranych przez Barana miejsc na Ziemi – ale Ziemi przytulonej przez niego w tańcu, dlatego pomimo całej swojej solenności to równolegle obraz nie pozbawiony wdzięku subiektywności i intymności. W pierwszym rozdziale &lt;em&gt;Podróży&lt;/em&gt; Józef Baran zabiera nas na dawne polskie kresy, leżące w dzisiejszej zachodniej Ukrainie; zagłębia się w złożoną i ciekawą historię oraz skomplikowaną, często bardzo trudną teraźniejszość tych ziem; opowiada o życiu zwykłych ludzi i o ludziach niezwykłych, jak np. Borys Woźnicki, Ukrainiec, dyrektor lwowskiego muzeum, który ocalił od zniszczenia setki znajdujących się na Kresach zabytkowych pomników nagrobnych, obrazów i innych dzieł sztuki polskiej, ukraińskiej a nawet włoskiej. W części drugiej trafiamy z autorem na Cypr, miejsce narodzin Afrodyty i wyspę o burzliwych dziejach, gdzie ścierały się kultury: fenicka i grecka, perska i rzymska, arabska i normańska, angielska i turecka, tworząc konglomerat jedyny w swoim rodzaju. I ponownie Baran z dziennikarskim zacięciem zanurza się w historię i współczesne problemy podzielonej na część grecką i turecką wyspy, często przytaczając fakty i spostrzeżenia, jakich nie znajdziemy w podręcznikach i przewodnikach. W kolejnym rozdziale, wraz z przyjacielem, poetą Adamem Ziemianinem, bawi w Toskanii, Ziemi Obiecanej wszelkiej maści artystów; autor wychodzi poza konwencję opisu toskańskich przygód i krajobrazów, przybliżając czytelnikowi klimat małych miasteczek, gdzie mieszka się w czternastowiecznych kamieniczkach i obcuje z dziełami największych mistrzów sztuki tak, jak w Polsce z bohomazami graficiarzy i kibiców; niezmiennie też wynajduje interesujące polonica. Rozdział czwarty i szósty to odkrywanie Ameryki, a konkretnie USA, kraju przemierzonego przez Barana parokrotnie, od Nowego Jorku, przez Idaho, Utah, Arizonę po Montanę, Oregon i Kalifornię; docieramy z nim do Yellowstone i Wielkiego Kanionu Kolorado, w Góry Skaliste i do Parku Yosemite, oglądamy metropolie i prowincjonalne miasteczka, wybieramy się na łososie i do rezerwatu Indian, poznajemy zwyczajnych Amerykanów, i amerykańską inteligencję – poetów, pisarzy, nauczycieli i pracowników naukowych, tłumaczy, wydawców (m.in. nieocenionego dla budowania międzykulturowych mostów Stanleya Barkana) – ludzi pełnych pasji, otwartych na innych, radosnych, wolnych, tolerancyjnych, jakże odmiennych od naszych przedstawicieli tychże profesji. Jak przystało na rasowego dziennikarza (rasowego, czyli obiektywnego), Baran naświetla przedstawiane zagadnienia z różnych stron, pokazuje więc także mniej ekscytujący obraz tego kraju: niepewność zatrudnienia, plagę otyłości i depresji, zadłużenie obywateli w bankach, powszechny stres, czyli zjawiska, z których nie bardzo zdajemy sobie sprawę, zapatrzeni w wizerunek kreowany przez seriale telewizyjne i hollywoodzkie kino klasy popularnej. Pozostałe rozdziały książki są podróżą równie ciekawą – to Australia, Singapur, Maroko i Brazylia, miejsca mimo globalizacji nadal egzotyczne, i odległe; Baran eksploruje je z zacięciem globtrotera i wręcz z chłopięcą ciekawością, trafiając to w głuszę interioru, to do małych miasteczek lub do wielkich aglomeracji, często odnajdując w czasie tych wypraw polskie akcenty. Ponownie siłą tych reportaży, esejów i dzienników poety jest wynajdywanie i opisywanie bytów (w szerokim znaczeniu tego terminu) mało znanych, tajemniczych, często endemicznych, niekiedy wręcz reliktowych, o których nie informują gazety, popularne programy i kolorowe książki, bytów takich, jakie można poznać jedynie zbaczając z utartych szlaków i zagłębiając się w tajemnicze wnętrze australijskiej pustyni, brazylijskiej selvy czy azjatyckiej metropolii; w Maroku trafiamy nawet na arabskie, muzułmańskie wesele – niepostrzeżenie staje się ono pretekstem zarówno do porównań z weselem polskim, jak i do ogólnokulturowych i historyczno-religijnych rozważań; także i w tych rozdziałach spotykamy poetów, pisarzy, tłumaczy, studentów oraz zwyczajnych ludzi: robotników, farmerów, urzędników, poznajemy fascynującą historię i piękną, ale groźną często przyrodę. W tym nawale egzotycznych miejsc urzeka powrót do Borzęcina, rodzinnej wsi poety, która w jego opowieściach i lirykach staje się ziemią dziewiczą, Rajem – jednak ani nie utraconym, ani nie odzyskanym, ale Rajem Objętym, przytulonym mocno niczym w tańcu prywatnym Edenem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wielowymiarowość i szeroko rozumianą niezależność tej książki podkreśla zawarta w niej poezja. Autor umieścił tutaj kilkadziesiąt wierszy, w dużej części niepublikowanych, powstałych w czasie podróży transpozycji aktu poznawania świata na język poetycki. Stanowią one interesujące, liryczne dopełnienie prozatorskiej części &lt;em&gt;Podróży&lt;/em&gt; i nadają im niezwykły, bardzo osobisty klimat oraz potwierdzają znakomitą umiejętność Barana przełożenia impresji na poetycką frazę czy przekazania ważnej treści w słowach oszczędnych, mądrych i trafnych, bez ornamentów metaforyki, a to w poezji cenię najwyżej. Przykładem niech będzie żartobliwy i przekorny wiersz &lt;em&gt;Chwila osobliwa z pieskiem preriowym&lt;/em&gt;:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;ten piesek preriowy myśli sobie&lt;br /&gt;że przyleciałem do niego&lt;br /&gt;specjalnie po to&lt;br /&gt;żeby go nakarmić jabłkiem&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;chrupie je w skupieniu&lt;br /&gt;stojąc słupka&lt;br /&gt;przed swoją norką&lt;br /&gt;na dwóch łapkach&lt;br /&gt;a ja pozuję mu do fotografii&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(w tle Ameryka&lt;br /&gt;Góry Skaliste&lt;br /&gt;Ocean Spokojny&lt;br /&gt;i takie inne&lt;br /&gt;nieważne dla pieska&lt;br /&gt;imponderabilia)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wielkość poety można poznać nie tylko po jego poezji, ale także po jego prozie, po swobodzie poruszania się pomiędzy rodzajami i gatunkami literackimi. To ryzykowne z pozoru twierdzenie można łatwo udowodnić, podając za przykład pisma Cypriana Kamila Norwida, dziennikarskie wyczyny Walta Whitmana, artykuły i recenzje Józefa Czechowicza, eseje Zbigniewa Herberta, zapiski z podróży Tomasza Venclovy czy inne, niestety nieczęste przykłady szerokich intelektualnych horyzontów i doskonałych umiejętności pisarskich poetów, umiejętności, które w istocie stanowią potwierdzenie ich literackiej klasy, a których brak często dowodzi poważnych ograniczeń, tym samym zaś może wzbudzić nieufność co do twórczości wierszowanej. Bo czy może być dobrym, a tym bardziej wielkim poetą ktoś, kto nie potrafi jasnym, barwnym, logicznym a nade wszystko poprawnym językiem napisać relacji z podróży, dziennika, listów do ukochanej, politycznej polemiki? Czy jest poważnym i wiarygodnym poetą ktoś, kto nie ma przyrodniczych lub historycznych zainteresowań, kogo możliwości pisarskie i intelektualne przerasta filozoficzny dyskurs, esej o Atgecie lub chociażby interesujące opowiadanie, o powieści nie wspominając? Niby można odpowiedzieć „tak”, uzasadniają to nawet nieliczne przykłady (F. Villon, Rimbaud, Wojaczek) ale zasadniczo odpowiedzi na te pytania są przeczące (a wymienione wyjątki potwierdzają regułę). No, może Platon by się do końca nie zgodził z moją tezą, znany bowiem jest jego sąd o poetach i ich umysłowych niedoskonałościach oraz wynikających stąd konsekwencjach, ale już Arystoteles i Goethe zgodziliby się ze mną na pewno[4].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W dzisiejszych czasach ograniczonych specjalizacji (o zgrozo, nawet w humanistyce!; „witkacolog” niewiele powie o tematyce frapującej „orzeszkologa” i odwrotnie, a obaj nie będą zgodni, gdzie postawić przecinek) wydaje się nieco &lt;em&gt;demode&lt;/em&gt;, że poeta, dziennikarz, prozaik, eseista Józef Baran należy do tej nielicznie reprezentowanej kategorii twórców uniwersalnych, to jest takich, którzy realizując się w różnych rodzajach pracy literackiej dali (i dają) rzecz rzadko spotykaną – świadectwo wszechstronnego talentu i wysokich umiejętności warsztatowych. I nawet jeśli każdy z tych twórców poruszał się w odmiennej estetyce, zajmowały go odmienne sprawy, cechował inny światopogląd i temperament, różniły marzenia i wartości, to wszyscy zachowali intelektualną i artystyczną suwerenność, nie ulegając konwencjom i tworząc w sumie dzieło pełne, jednolite w swej wielości, nie do podważenia w sensie artystycznym i intelektualnym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pośród całej masy modnych, ale szybko przelatujących meteorytów literatury, znajdują się spokojne (chociaż często tylko z pozoru) gwiazdy i planety (przypominam czytelnikom z nową maturą, a szczególnie tym z jej giertychowską odmianą, że pierwsze świecą światłem własnym, drugie odbitym, co nie jest bez znaczenia dla zrozumienia tej metafory). Niektóre można dostrzec gołym okiem, inne za pomocą teleskopu, istnienia wielu z nich dowodzi się wyłącznie metodą obliczeń. Jedną z takich gwiazd na firmamencie polskiej literatury jest Józef Baran. W zależności od dostępnych czytelnikowi narzędzi intelektualnych, może on być gwiazdą dobrze widoczną na nocnym niebie lub tą dostrzeganą z wysiłkiem, ale może też być niemożliwą do pojęcia matematyczną enigmą. Będą zapewne też i tacy, według których określenie planeta wydaje się bardziej właściwe; to już kwestia względna, niemożliwa do rozstrzygnięcia ani tym bardziej do ścisłego udowodnienia w jałowych humanistycznych dysputach i, w istocie, bez znaczenia, bo twórczość Józefa Barana, obfita i różnorodna, broni się sama, a każda następna jego książka, czy to prozatorska, czy poetycka, jest potwierdzeniem wysokiej klasy i indywidualności artysty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Józef Baran, &lt;em&gt;Podróże z tej i nie z tej ziemi&lt;/em&gt;, Zysk i S-ka, Poznań, 2010.&lt;br /&gt;_____________________________________________________&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[1] Nie mylić z „Czystą Formą” S.I. Witkiewicza.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[2] Zagadnienie twórczej suwerenności lub jej braku jest poważne, ciekawe i, niestety, bagatelizowane z podejrzaną wręcz nonszalancją; a przecież to pasjonujące odkrywać, kiedy mamy do czynienia np. z dialogiem, twórczą kontynuacją, polemiką, kiedy z inspiracją, erudycyjnym tropem, celową imitacją, a kiedy z zapożyczeniem lub, co najczęściej spotykane, ze zwykłym epigoństwem. Kwestia ta dotyczy nie tylko literatury – Szanowny Czytelnik zapewne zadał już sobie kiedyś pytanie, czy mielibyśmy Błękitną rapsodię Gershwina bez Koncertu a-moll Griega (szczególnie bez pierwszego &lt;em&gt;Allegro&lt;/em&gt;) albo kubizm Picassa bez późnych obrazów Cezanne'a i sztuki afrykańskiej? Przykłady i omówienia takich, eufemistycznie rzecz nazywając, artystycznych stymulacji, mogłyby śmiało posłużyć za temat dla interesującej książki; tylko czy współczesny niby-edukowany i niby-myślący &lt;em&gt;homo consumatus felix&lt;/em&gt; zniósłby taką dawkę upadających mitologii?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[3] &lt;em&gt;Autor! Autor!: Rozmowy z ludźmi pióra i palety&lt;/em&gt; – Warszawa, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, 1986; &lt;em&gt;Śnił mi się Artur Sandauer: rozmowy i wspomnienia&lt;/em&gt;, Kraków, Centrum Kultury Żydowskiej Na Kazimierzu, Hereditas Polono - Judaica, 1992; &lt;em&gt;Tragarze wyobraźni&lt;/em&gt; – Podkarpacki Instytut Książki i Marketingu, 2006.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[4] Według Platona źródłem poezji jest Duch, dlatego poeci nie rozumieją, co piszą, sens ich słów jest często nieokreślony, są bełkotliwe niczym delficka przepowiednia; Arystoteles uważał, że źródłem poezji powinna być Myśl, za którą idą wiedza i umiejętności; natomiast Goethe pisał: „Platon nie tolerował w swojej szkole żadnego άγεωμέτρητον. Gdyby mnie stać było na założenie szkoły, nie tolerowałbym uczniów, którzy nie zajęliby się poważnie i wytrwale jakąś dziedziną przyrodoznawstwa”. Nic dodać, nic ująć. Wielostronny erudyta Herbert czy afirmator świata Zagajewski, ulubieńcy zarówno Kaliope jak Klio i Euterpe, to też wspaniałe kamienie do tego ogrodu.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-1787887885483658709?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/1787887885483658709'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/1787887885483658709'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2012/01/esej-tomasz-sobieraj-rzecz-o-podrozach.html' title='Esej: Tomasz Sobieraj RZECZ O „PODRÓŻACH Z TEJ I NIE Z TEJ ZIEMI” JÓZEFA BARANA I KILKA OKOŁOLITERACKICH DYGRESJI'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-4796456703215078145</id><published>2012-01-02T01:19:00.000-08:00</published><updated>2012-01-07T07:18:33.273-08:00</updated><title type='text'>Klasyka: Julian Tuwim</title><content type='html'>&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Wiersz, w którym autor grzecznie, acz stanowczo uprasza liczne zastępy bliźnich, aby go w dupę pocałowali&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Absztyfikanci Grubej Berty&lt;br /&gt;I katowickie węglokopy,&lt;br /&gt;I borysławskie naftowierty,&lt;br /&gt;I lodzermensche, bycze chłopy.&lt;br /&gt;Warszawskie bubki, żygolaki&lt;br /&gt;Z szajką wytwornych pind na kupę,&lt;br /&gt;Rębajły, franty, zabijaki,&lt;br /&gt;Całujcie mnie wszyscy w dupę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Izraelitcy doktorkowie,&lt;br /&gt;Widnia, żydowskiej Mekki, flance,&lt;br /&gt;Co w Bochni, Stryju i Krakowie&lt;br /&gt;Szerzycie kulturalną francę !&lt;br /&gt;Którzy chlipiecie z “Naje Fraje”&lt;br /&gt;Swą intelektualną zupę,&lt;br /&gt;Mądrale, oczytane faje,&lt;br /&gt;Całujcie mnie wszyscy w dupę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Item aryjskie rzeczoznawce,&lt;br /&gt;Wypierdy germańskiego ducha&lt;br /&gt;(Gdy swoją krew i waszą sprawdzę,&lt;br /&gt;Werzcie mi, jedna będzie jucha),&lt;br /&gt;Karne pętaki i szturmowcy,&lt;br /&gt;Zuchy z Makabi czy z Owupe,&lt;br /&gt;I rekordziści, i sportowcy,&lt;br /&gt;Całujcie mnie wszyscy w dupę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Socjały nudne i ponure,&lt;br /&gt;Pedeki, neokatoliki,&lt;br /&gt;Podskakiwacze pod kulturę,&lt;br /&gt;Czciciele radia i fizyki,&lt;br /&gt;Uczone małpy, ścisłowiedy,&lt;br /&gt;Co oglądacie świat przez lupę&lt;br /&gt;I wszystko wiecie: co, jak, kiedy,&lt;br /&gt;Całujcie mnie wszyscy w dupę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Item ów belfer szkoły żeńskiej,&lt;br /&gt;Co dużo chciałby, a nie może,&lt;br /&gt;Item profesor Cy… wileński&lt;br /&gt;(Pan wie już za co, profesorze !)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I ty za młodu nie dorżnięta&lt;br /&gt;Megiero, co masz taki tupet,&lt;br /&gt;Że szczujesz na mnie swe szczenięta;&lt;br /&gt;Całujcie mnie wszyscy w dupę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Item Syjontki palestyńskie,&lt;br /&gt;Haluce, co lejecie tkliwie&lt;br /&gt;Starozakonne łzy kretyńskie,&lt;br /&gt;Że “szumią jodły w Tel-Avivie”,&lt;br /&gt;I wszechsłowiańscy marzyciele,&lt;br /&gt;Zebrani w malowniczą trupę&lt;br /&gt;Z byle mistycznym kpem na czele,&lt;br /&gt;Całujcie mnie wszyscy w dupę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I ty fortuny skurwysynu,&lt;br /&gt;Gówniarzu uperfumowany,&lt;br /&gt;Co splendor oraz spleen Londynu&lt;br /&gt;Nosisz na gębie zakazanej,&lt;br /&gt;I ty, co mieszkasz dziś w pałacu,&lt;br /&gt;A srać chodziłeś pod chałupę,&lt;br /&gt;Ty, wypasiony na Ikacu,&lt;br /&gt;Całujcie mnie wszyscy w dupę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Item ględziarze i bajdury,&lt;br /&gt;Ciągnący z nieba grubą rętę,&lt;br /&gt;O, łapiduchy z Jasnej Góry,&lt;br /&gt;Z Góry Kalwarii parchy święte,&lt;br /&gt;I ty, księżuniu, co kutasa&lt;br /&gt;Zawiązanego masz na supeł,&lt;br /&gt;Żeby ci czasem nie pohasał,&lt;br /&gt;Całujcie mnie wszyscy w dupę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I wy, o których zapomniałem,&lt;br /&gt;Lub pominąłem was przez litość,&lt;br /&gt;Albo dlatego, że się bałem,&lt;br /&gt;Albo, że taka was obfitość,&lt;br /&gt;I ty, cenzorze, co za wiersz ten&lt;br /&gt;Zapewne skarzesz mnie na ciupę,&lt;br /&gt;Iżem się stał świntuchów hersztem,&lt;br /&gt;Całujcie mnie wszyscy w dupę !…&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-4796456703215078145?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/4796456703215078145'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/4796456703215078145'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2012/01/klasyka-julian-tuwim.html' title='Klasyka: Julian Tuwim'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-7540329755736237181</id><published>2012-01-02T01:12:00.000-08:00</published><updated>2012-01-17T23:26:13.518-08:00</updated><title type='text'>Esej: Krzysztof Jurecki PRZESTRZENIE WEWNĘTRZNE. O ARCHETYPIE FOTOGRAFII. FROESE, MATSUBARA, PRZYBOREK.</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Co powoduje, że trzej autorzy: Joachim Froese, Ken Matsuabra i Grzegorz Przyborek mieszkający w różnych części świata wykonują prace w podobnej materii artystycznej, dotyczące stanu kultury, w tym przestrzeni symbolicznej? Szczególnie ważny jest tu stan namysłu artystycznego. Nie jest łatwo znaleźć odpowiedź, być może nawet jest to niemożliwe. Przyjrzyjmy się koncepcji fotograficzno-fizoficznej poszczególnych autorów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Froese - niemiecka kultura na nowym kontynencie&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;„Od końca lat 90. śmierć była dominującym tematem prac Joachima Froese, Niemca urodzonego w Kanadzie, który w 1991 wyemigrował do Australii. Jego seria &lt;em&gt;Rhopography&lt;/em&gt; (1999-2003) ukazuje martwe natury jako &lt;em&gt;tableaux vivants&lt;/em&gt;, gdzie nieżywe insekty oraz starzejące się owoce występują w zastępstwie ludzi” – jak pisał Gordon Craig[1]. Inspiracja w działaniach Froesego jest prosta do konstatacji – to przede wszystkim XVII-wieczne malarstwo holenderskie, w mniejszym stopniu flamandzkie, a w innym cyklu renesans włoski. Z wielką wnikliwością podchodzi do fotografowanego obiektu, przybliżając go, monumentalizując, ale przede wszystkim symbolizując. Poszukuje przestrzeni wewnętrznej, mentalnej między dawnymi czasami a obecnymi, w których pojęcie śmierci zniknęło się ze świadomości ponowoczesnego człowieka.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Propozycja Froesego jest bardzo ciekawa, ponieważ ukazuje to, jak kruche i znikome jest fizyczne życie ludzkie, odwołuje się także do starożytnego – greckiego znaczenia słowa &lt;em&gt;rhopos&lt;/em&gt; oznaczająceo „zwykłe, trywailne rzeczy”. Czym różni się nasze życie od przemijania zwierząt i owadów? Odpowiedzi można poszukiwać w następnym cyklu.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;W kolejnym cyklu &lt;em&gt;Written in the Past&lt;/em&gt; (&lt;em&gt;Napisane w przeszłości&lt;/em&gt;) (2007) artysta korzysta z innej estetyki, zdecydowanie dalekowschodniej, ale podobnie jak w innych cyklach nie korzysta z perspektywy matematycznej, ukazując wybrane sytuacje odnoszące się do głębokich pokładów pamięci - zmarłej matki i swego dzieciństwa. Listy, naczynia, ręczniki, krzyżówka są bohaterami skromnych prac, w których mamy albo spokój, porównywanie i analizowanie prostych przedmiotów, albo dynamizm, który świadczy o dramatyczności sytuacji.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Ten fotograf niemieckiego pochodzenia przywiązany do malarstwa renesansowego i barokowego poszukuje odpowiedzi na pytanie, czym jest życie, jak określić jego spokój lub przeciwnie dramatyzm! Jego prace zanurzone są w prywatnej pamięci, ale także w świadomości zbiorowej, archetypowej.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;strong&gt;Matsubara – japońska formuła lunatyczności?&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Ken Matsubara od lat 80. interesuje się inscenizacją w fotografii, która początkowo miała walor związany z rysunkiem i malarstwem (&lt;em&gt;Vertical and Horizontal&lt;/em&gt;, 1993). Igrał z zasadami perspektywy, ukazując ich anachronizm czy wręcz iluzyjność. Kontynuacją były prace o charakterze instalacyjnym, w których wykorzystywał szklane naczynia z wodą. Ale z biegiem czasu stał się coraz bardziej fotograficzny (cykl &lt;em&gt;Sleepwalker&lt;/em&gt;, 2006), o surrealistycznym rodowodzie, podobnie jak Froese, rezygnując z trójwymiarowego odwzorowania świata. Świadomie inspiruje się snem, tam poszukuje inspiracji i tłumaczenia obecnego życia. Prace odwołują się do poetyki marzeń sennych i wspomnień, poszukują metafizycznego symbolu a służą do wytyczania swego przyszłego życia. Fotografie sprawiają wrażenie nieruchomych obiektów na białym tle, ukazujących, jak w filozofii Zen i we śnie lunatycznym, że to, co niemożliwe, staje się tym, co realne lub jest na granicy tzw. świata racjonalnego. Prace są bardzo wyrafinowane, pokazują np. płonący okrąg ognia lub rozpadającą się szklankę z wodą.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;strong&gt;Przyborek – śródziemnomorskie mity w wersji „fotografii inscenizowanej”&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Twórczość fotograficzna Grzegorza Przyborka odnosi się do bardzo szerokiego repertuaru możliwości medialnych, z jakich obecnie korzysta artysta, łącząc za pomocą zapisu fotograficznego różne dyscypliny i techniki. Jego postawa od lat 80. XX wieku jest jednak rzadkością w najnowszej polskiej twórczości intermedialnej. Ważna jest w niej potencjalność odwoływania się do myślenia rzeźbiarskiego oraz korzystanie z możliwości, jakie stwarza rysunek.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Pod względem formalnym jego działalność artystyczna związana jest z kategorią „fotografii inscenizowanej”, ale zaznaczyć należy, że ideowo sytuuje się na odrębnej pozycji, ponieważ nie ma w niej aspektu nihilizmu oraz ataku na podstawowe wartości humanizmu, które zazwyczaj związane są z tym rodzajem fotografii. Z tego powodu jest to twórczość wyjątkowa, podbudowana klarowną myślą teoretyczną. Artysta powołuje się m.in. na przemyślenia Sandy Skoglund, należącej do ważniejszych przedstawicieli fotografii inscenizowanej w USA. W tym przypadku Przyborek podkreśla rolę marzenia sennego, będącego dla niego jednym z podstawowych odniesień i znaczeń.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Na ekspozycjach Przyborek wystawia fotografie, rysunki i rzeźby wykorzystywane przy powstawaniu skomplikowanych zazwyczaj aranżacji, których ostatecznym wyrazem jest zdjęcie. Odżywają mity śródziemnomorskie dotyczące podstawowych kwestii filozoficznych, odnoszących się zwłaszcza do dobra i zła w takich pracach jak: &lt;em&gt;Madonna&lt;/em&gt;, &lt;em&gt;Pielgrzym&lt;/em&gt;, &lt;em&gt;Stwórca&lt;/em&gt; czy &lt;em&gt;Demon&lt;/em&gt;. Różne rekwizyty poprzez ułożenie, odpowiednie usytuowanie nawiązują do konkretnych słynnych dzieł albo wyobrażeń i stereotypów kulturowych.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;strong&gt;Podsumowanie&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;„Dziwne” ale w pozytywnym sensie tego słowa, prace trójki autorów: Joachima Froese, Kena Matsuabra i Grzegorza Przyborka, są podobne w stylu, który wyrasta z analogicznej konstrukcji duchowej, w tym z oceny dawnej sztuki wynikającej z humanistycznej postawy, co można określić mianem „archetypu fotografii”. Ich styl nie poddaje się żadnej modzie artystycznej, choć można wskazać inspiracje dadaizmem, surrealizmem i konceptualizmem. Minimalizując znaczenie perspektywy matematycznej podporządkowują ją swej skrajnie introwertycznej wizji, w której diagnozują stan umysłowości i duchowości z przełomu XX i XXI wieku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[1] G. Craig, Joachim Froese, “Kwartlanik Fotografia“, 2007 nr 23, s. 44.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tekst pochodzi z katalogu wystawy &lt;em&gt;Archetyp fotografii. Joachim Froese, Grzegorz Przyborek, Ken Matsubara&lt;/em&gt; (CSW Łaźnia, Gdańsk, 2010) &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-7540329755736237181?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/7540329755736237181'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/7540329755736237181'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2012/01/esej-krzysztof-jurecki-przestrzenie.html' title='Esej: Krzysztof Jurecki PRZESTRZENIE WEWNĘTRZNE. O ARCHETYPIE FOTOGRAFII. FROESE, MATSUBARA, PRZYBOREK.'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-4276668485694299074</id><published>2012-01-02T01:06:00.000-08:00</published><updated>2012-01-02T01:09:32.319-08:00</updated><title type='text'>Jest Poezja! Jan Siwmir, wiersze najnowsze</title><content type='html'>&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;ptakom podobni&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;nad cichą wielką wodą przycupnęły ptaki&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;strojne&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;w niedostępne ludziom pióra&lt;br /&gt;dwie pary oczu czujnie wpatrywały się w moją twarz&lt;br /&gt;ignorując przestrzeń&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;przestałem oddychać&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;wtedy skała obok zbudziła się podniosła&lt;br /&gt;i zjadła mnie i ptaki&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;życie ze śmiercią często zamieniają się rolami&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;szare plamy&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;powiecie że miałem zwyczajne proste życie odmierzone&lt;br /&gt;od brzegu do brzegu&lt;br /&gt;nic na miarę&lt;br /&gt;nic do zazdrości&lt;br /&gt;żadnych igrzysk&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;zapomniany przez zegary śpiące&lt;br /&gt;w nogach żeliwnego łóżka&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;psom podobne&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;ale szarość czerń i biel&lt;br /&gt;miały tysiące kolorów w moich oczach widocznych&lt;br /&gt;tylko dla mnie&lt;br /&gt;zbieranych garściami z ominiętych pól&lt;br /&gt;przygarniętych z lasów które prześlepiliście&lt;br /&gt;zawłaszczonych&lt;br /&gt;zbyt ułomnych&lt;br /&gt;dla tych co mnie nie zauważyli&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;miałem zwyczajne szare życie&lt;br /&gt;po waszej stronie rzeczywistości&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;smutek&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;kiedy odwracasz się od szarugi przed szybą&lt;br /&gt;wychodzisz w głąb ogrodu&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;tak wiem trzeba podlać kwiaty przyciąć gałęzie pomalować płot&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;powietrze gęstnieje jakby pierze było darte w ciasnej izbie&lt;br /&gt;pamięć sięga dalekich krajobrazów&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;siedzieliśmy na brzegu&lt;br /&gt;szare wino nasze ulubione nie wymagało kieliszków&lt;br /&gt;nie trzeba było rozmów wystarczyło że patrzyliśmy&lt;br /&gt;w tym samym kierunku&lt;br /&gt;na bezmiar wyciętej z krzyku ciszy&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;dziś został tylko krzyk&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;i twoje milczenie bardziej twarde niż moje złożone&lt;br /&gt;ze słów&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;pamięć&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;pamiętacie te chłodne twarze&lt;br /&gt;wykute z brązu jedną emocją&lt;br /&gt;ponad czasem&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;zastygłe pośród ludzi w muzeum&lt;br /&gt;gdzie każdy przejaw życia jest profanacją&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;udaję kamień&lt;br /&gt;w nim światło rozszczepia się na słońce i na deszcz&lt;br /&gt;nie ma mgły a hałas tylko słowem budowany&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;galeria postaci&lt;br /&gt;ten umarł nim odtrąciło go lustro&lt;br /&gt;inny właśnie dostaje się w szarość dziecięcych wspomnień&lt;br /&gt;a najlepsza w klasie pilnie wyciera gumką kolejne marzenie&lt;br /&gt;i jeszcze Helena&lt;br /&gt;ta ma najgorzej&lt;br /&gt;wszyscy patrzą na nią szukając pocieszenia&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;niewidzialne słońce&lt;br /&gt;zapowiedź deszczu&lt;br /&gt;kamień&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;pamiętacie te twarze&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;ja nie pamiętam&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-4276668485694299074?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/4276668485694299074'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/4276668485694299074'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2012/01/jest-poezja-jan-siwmir-wiersze.html' title='Jest Poezja! Jan Siwmir, wiersze najnowsze'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-8363073245355351334</id><published>2012-01-02T00:40:00.000-08:00</published><updated>2012-01-02T00:47:28.996-08:00</updated><title type='text'>Jest Poezja! Bohdan Wrocławski</title><content type='html'>&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Urodzony w nocy&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Prawdopodobnie ktoś kto urodził się w środku nocy&lt;br /&gt;w momencie w którym wiatr przyciska oddech do ziemi&lt;br /&gt;a stada średniowiecznych czarownic&lt;br /&gt;opuszczają nas&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;zrozumie&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;nadszedł czas sztormu&lt;br /&gt;najbardziej intymne sny cofają się w głąb lądu&lt;br /&gt;śpimy w zdumieniu które charakteryzuje&lt;br /&gt;niemowlęta z zaciśniętymi koło głowy piąstkami&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;nikt nie grzeszy grzech pierworodny&lt;br /&gt;został zmazany lub zaginął tak&lt;br /&gt;jak ginie echo wśród oszalałych&lt;br /&gt;piasków pustynnych&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;powoli wymijamy się z naszymi pragnieniami&lt;br /&gt;potrzebą biegania na bosaka po porannych trawach&lt;br /&gt;osypanych rosą&lt;br /&gt;chęcią trzymania kobiecych dłoni&lt;br /&gt;przy swoich wargach&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;oddechem&lt;br /&gt;starszym niż groty skalne na obrzeżach Pienin&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;w gruncie rzeczy&lt;br /&gt;wiecznie budzi się w nas to&lt;br /&gt;co jest najbardziej kruche&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;jakieś gesty na peryferiach cywilizacji&lt;br /&gt;imperium rzymskiego odłupane fragmenty ceramiki&lt;br /&gt;na których nie zdążyliśmy zapisać własnego imienia&lt;br /&gt;z nadzieją że odczytają je inni&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;klucze bocianów&lt;br /&gt;w ciągłej wędrówce między kontynentami&lt;br /&gt;cień nieuchwytnego natchnienia&lt;br /&gt;które czasami odwiedza nas w dni świąteczne&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;ale przecież dostrzegamy to aż nazbyt wyraźnie&lt;br /&gt;umierają wiersze&lt;br /&gt;ich skrzydła trzepocą nerwowo&lt;br /&gt;w poprzek naszej zadumy&lt;br /&gt;i rozwieszonej w kącie pajęczyny&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;lub odwiedzają&lt;br /&gt;pola bitew pełne rudych mchów&lt;br /&gt;w ciszy tak skondensowanej&lt;br /&gt;że nikt nie może jej odczytać&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;pragniemy powracać nawet wtedy&lt;br /&gt;kiedy zamarzną w nas&lt;br /&gt;wszystkie nieodczytane myśli&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;milczysz zafascynowany swoją obecnością&lt;br /&gt;palce w głębinach odczytują ostrość wrzosów&lt;br /&gt;traw nadbrzeżnych&lt;br /&gt;pawich oczu na skrzydłach&lt;br /&gt;schnącego od wiatru motyla&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;rdzy rozkładającej nasze wzruszenia&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;trzeszczą poszycia dachów pęka więźba&lt;br /&gt;niczym bukiet rozlanego mleka&lt;br /&gt;stygnie niebo osypane spróchniałym drewnem&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;w poprzek naszych ciał otwierają się autostrady&lt;br /&gt;w upalne poranki wysycha krwioobieg&lt;br /&gt;alfabet zbyt ciasny abyśmy mogli w nim&lt;br /&gt;zapisywać nasze zdumienie&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;być może&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;tymczasem spadł pierwszy wiosenny deszcz&lt;br /&gt;na krawędzi dachu starego domu usiadł anioł&lt;br /&gt;ruchem pełnym zniecierpliwienia&lt;br /&gt;poprawiał opadające pióra&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;był garbaty&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;coś szeptał zbyt jednak odległego&lt;br /&gt;od czasu w który zabłądził&lt;br /&gt;abyśmy stojący na poboczu jego westchnień&lt;br /&gt;mogli to odczytać i zrozumieć&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;jego twarz rozkapryszonego dziecka&lt;br /&gt;nieskoordynowane ruchy skrzydeł&lt;br /&gt;krople uderzające w rynnę ich muzyka&lt;br /&gt;w środku gwarnego miasta&lt;br /&gt;dotarły do mnie w tym czasie&lt;br /&gt;kiedy niebo spurpurowiało&lt;br /&gt;od wysiłku zachodzącego słońca&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;zrozumiałem nigdy nie uda mi się odlecieć&lt;br /&gt;skrzydła nasączone wodą i niespełnieniem&lt;br /&gt;w czasie zamieci śnieżnej przemarzły&lt;br /&gt;strzępią się&lt;br /&gt;z nich kolorowe sny fantazyjne piaskowe wydmy&lt;br /&gt;zamki&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;ołtarze&lt;br /&gt;składające się do wewnątrz rozgorączkowanego ciała&lt;br /&gt;szkwał oczyszczający maszty&lt;br /&gt;z resztek żagli i naszej zadumy&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;cóż można czcić bardziej od własnego pogaństwa&lt;br /&gt;i barbarzyństwa&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;milkną w nas pałace Rzymu&lt;br /&gt;błagania gwałconych kobiet dym pożarów&lt;br /&gt;oczyszczający ulice z zarazy&lt;br /&gt;galerie pełne&lt;br /&gt;wyobraźni starych mistrzów&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;cóż można czcić bardziej od własnej niechęci&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;być może nic nie znaczące skrzywienie warg Hamleta&lt;br /&gt;kłus małych tatarskich koników&lt;br /&gt;dochodzący do naszych pragnień&lt;br /&gt;ze środka średniowiecza&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;stosy palonych przyzwyczajeń&lt;br /&gt;cywilizacji osieroconej z naszej godności&lt;br /&gt;ciał niebieskich wypalonych przerażonych&lt;br /&gt;brakiem światła i tlenu&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;wiecznie krążących wokół obojętności wszechświata&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;jak my spadający ze szkolnych tablic&lt;br /&gt;w głąb własnej dorosłości&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;wiecznie szukający miłości i spełnienia&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-8363073245355351334?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/8363073245355351334'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/8363073245355351334'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2012/01/jest-poezja-bohdan-wrocawski.html' title='Jest Poezja! Bohdan Wrocławski'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-6982896032605617532</id><published>2012-01-02T00:11:00.000-08:00</published><updated>2012-01-02T00:38:05.593-08:00</updated><title type='text'>Esej: Dariusz Pawlicki KRÓTKA ROZPRAWA O... PŁOTACH</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Nie zrażaj się ewentualny czytelniku tematem tego szkicu. I daj szansę autorowi przedstawić nieco szerzej temat, którym jest płot, czyli „ogrodzenie, zwykle z wbitych w ziemię słupków połączonych żerdziami, do których przytwierdzone są deski, paliki itp.”[1]. Zgadzam się z opinią, że na pierwszy rzut oka temat wydaje się być bardzo prozaiczny. Ale z pewnością wielu z nas wie z własnego doświadczenia, iż na „drugi rzut” owego oka, wiele rzeczy ukazuje się już w zupełnie innym świetle. Może więc i w tym wypadku tak będzie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z powyższej, słownikowej definicji jednoznacznie wynika, że nie każde ogrodzenie jest płotem; nie jest nim na przykład palisada, murek. Pierwsze, prowizoryczne ogrodzenia wykonane z gałęzi, służyły ochronie przed groźnymi dzikimi zwierzętami. Ale płot miał już na celu odgrodzenie się jednego człowieka od drugiego, jednej rodziny od drugiej. Nie bez przyczyny termin „odgrodzić się” znaczy także (w przenośni): „odizolować się, odseparować się od czegoś (kogoś)”[2]. Po palikach, stertach kamieni, miedzach, płoty jak i inne rodzaje ogrodzenia, były kolejnym krokiem na drodze do wydzielenia prywatnej własności.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pozwolę sobie w tym miejscu zauważyć, że mur zamkowy, bez względu na swą wysokość i grubość, nie jest niczym innym niż ogrodzeniem. Tyle tylko, że specjalnego rodzaju.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeśli płoty w naszej części świata, jednak znikną, to pozostaną po nich, przynajmniej przez pewien czas, ślady. Takie jak np. wyrażenia, przysłowia itd. w polszczyźnie, które Władysław Kopaliński podaje w &lt;em&gt;Słowniku mitów i tradycji kultury&lt;/em&gt;:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„koło płotów chodzić (mówić nie na temat, dywagować, odbiegać od rzeczy, mówić nieszczerze), ktoś jest jak kołek w płocie (samotny, bez przyjaciół, rodziny); pierwsze koty za płoty (przysł. pierwsze niepowodzenia nie powinny zrażać, pierwsze próby zwykle bywają nieudane); płot trzy lata, kot trzy płoty, koń trzy koty, człek trzy konie (przeżyje); pod płotem umrzeć/zdechnąć (w nędzy, marną śmiercią); smaż, póki masz, pal płotem, zagrodzisz potem; stać płotem (dawniej: ciasnym szeregiem,, blisko siebie)”. Do powyższych przykładów można jeszcze dodać nst.:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„słowo się rzekło, kobyłka u płota/płotu (trzeba ponieść konsekwencje danego słowa); trafić jak kulą w płot (użyć nietrafnego argumentu); trzymać się, czepiać się czegoś jak pijany płotu; jak żerdź po płocie, Maciek Dorocie (przysłowie: dziesiąta woda po kisielu; o urojonym, zmyślonym albo dalekim pokrewieństwie); śmiały jak baba za płotem (o kimś kto udaje odważnego, kiedy wie, że nic mu nie grozi)”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy można napisać historię płotu? Można. Z tym, że najpewniej będzie ona upstrzona wieloma białymi plamami. Ewentualny kandydat na jej autora napotka bowiem poważny problem w znalezieniu źródeł pisanych. Bo kogóż w epokach wcześniejszych interesował, tak pospolity i prosty element otoczenia człowieka, jakim niewątpliwie był płot. Nie inaczej zresztą jest obecnie. W porównaniu z pałacami, świątyniami bądź mostami, drewniane czy jakiekolwiek inne ogrodzenia, to nic. Ale najprawdopodobniej informacje o nich pojawiały się w dawnych dokumentach. Przykładowo w księgach sądowych, kiedy chodziło o rozgraniczenie spornej nieruchomości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ubóstwo źródeł pisanych, w których by choćby wspominano o płotach, to jeden związany z tym problem. Drugim jest brak źródeł materialnych. Owszem, na ślady budynków mieszkalnych i gospodarczych natrafimy. Lecz na pozostałości po którymś z płotów, absolutnie nie. Ogrodzenie tego typu, w porównaniu z innymi, szybko bowiem niszczeje. Zaś obecność w ziemi fragmentów zbutwiałego drewna i zardzewiałych gwoździ można rozmaicie interpretować. Do tego historia płotu z całą pewnością nie zaczyna się od zastosowania do ich wznoszenia gwoździ. Albowiem jest ona dłuższa. W tym miejscu zaznaczę, że jak podaje nieoceniony Władysław Kopaliński słowo „płot” pochodzi od słowa „pleść”. Z tego zaś wynikałoby, że pierwotnie płotem była „plecionka z wikliny łącząca z sobą wbite w ziemię kołki”. W późniejszym okresie, do wbitych lub wkopanych w ziemię kołków, przy użyciu sznurów bądź rzemieni, dowiązywano przynajmniej trzy poprzeczne źerdzie. I to między nie przeplatywano wspomnianą wiklinę, a także giętkie pieńki drzewek lub gałęzie. Następnym etapem było zastąpienie rzemieni i sznurów, właśnie gwoździami. Tak wykonane płoty, i to przy użyciu niewielu gwoździ, coraz rzadziej, ale wciąż jeszcze, można napotkać we wsiach wschodniej Polski.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Płot, jak i każdego innego rodzaju ogrodzenie, może zainteresować swoją estetyką (z pewnością jest coś takiego jak estetyka płotu), rodzajem materiałów użytych do jego wzniesienia, solidnością lub nie, wykonania. Gdy stoi od strony drogi bądź ulicy informuje również o tym, w jakim najprawdopodobniej stanie jest sam dom, a także cała posesja. Jeśli najpierw zauważymy, że zaczyna niszczeć ogrodzenie, a później, iż proces ten pogłębia się, możemy spodziewać się, że wkrótce proces niszczenia zacznie dotyczyć budynku mieszkalnego, albo już go dotyczy. Z pewnością każdy z czytających ten tekst, mógłby wywołać ze swej pamięci obraz płotu, w którym brakuje wielu sztachet, a pozostałe są spróchniałe, albo przegniłe. A samemu domowi, mimo że stojącemu w pewnym oddaleniu, wiele brakuje do miana zadbanego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale nadeszła już pora, aby jednoznacznie i kategorycznie stwierdzić: płoty będące elementem naszego otoczenia, dotąd dosłownie napotykanym na każdym kroku, stają się rzadkością. I dzieje się to w tym samym czasie, kiedy szybko przybywa ogrodzeń, przede wszystkich czaso- i materiałochłonnych. Wynika to z potrzeby uniemożliwienia osobom postronnym dostania się na teren prywatny. Dużą rolę odgrywa też niejednokrotnie chęć podkreślenia: To moje! Stać mnie!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W miastach płotów już się nie widuje (no, może gdzieś na obrzeżach, gdzie miasto przenika się jeszcze ze wsią). Ale wbrew pozorom, niewiele lepiej jest pod tym względem we... wsiach. Płoty zostały w nich najczęściej zastąpione, mniej lub bardziej, solidnymi ogrodzeniami innych rodzajów: a to wykonanymi z płyt betonowych (niekiedy ażurowych), bądź z metalowych słupków i takiej siatki, a to z cegły.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Często obecność klasycznego płotu we wsi, związana jest z potrzebą zdecydowanego podkreślania, że wieś to nie... miasto. Szczególnie na takim uwydatnieniu zależy tym mieszkańcom wsi, którzy przybyli z... miasta; szczególnie, gdy nastąpiło to niedawno. To właśnie oni, chcąc wieść życie w pełni wiejskie, pragną obecności w swym nowym otoczeniu elementów jednoznacznie wskazujących na dokonany przez siebie wybór. A prosty płot, takim składnikiem niewątpliwie nadal jest (podobnie jak na przykład dom drewniany).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na szczęście płoty wciąż są, a ich obecność nie tylko jest rezultatem powyższej mody. Najczęściej decyduje o tym ekonomia – jest on najtańszy (że nie jest najtrwalszy, to już inna sprawa). Napisałem: na szczęście, gdyż jestem przyzwyczajony do ich obecności w świecie, z którym jestem zżyty (jest on przy tym bardzo konkretny). W wioskach tego świata, płotów wciąż jest wiele. Natomiast znacznie rzadziej można natknąć się na nie poza terenami zabudowanymi. Te ogrodzenia, którymi otoczone są obecnie pastwiska, na których pasą się krowy i konie (chyba, że ogrodzeń nie ma w ogóle, a zwierzęta są uwiązane), prawie zawsze składają się z tkwiących w ziemi żerdzi i rozpiętego między nimi drutu (niekiedy jest on kolczasty). Nierzadko jest on podłączony do urządzenia elektryzującego. Takie ogrodzenie nazywa się płotem elektrycznym, albo „pastuchem” (w domyśle: elektrycznym). Jego dotknięcie każdorazowo działa odstraszająco. Natomiast dużo rzadziej można obecnie natknąć się na pospolity kiedyś, a równocześnie najprostszy z możliwych, płotów. Jego konstrukcja sprowadza się do dwóch kołków połączonych długą żerdzią; zużycie gwoździ jest przy tym minimalne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wędrując drogami polnymi można niekiedy dostrzec pozostałości płotów - tkwiące wciąż w ziemi, pojedyncze słupki. Są śladami po czyjejś pracy i związanych z nią nadziejach. Takie resztki, z dala od zabudowań, przyciągają każdorazowo uwagę. I to nie tylko pozostałości ogrodzeń, ale również resztki fundamentów widoczne w trawie, samotne zdziczałe drzewa owocowe. Wzbudzają one zainteresowanie szczególnie tam, gdzie nie ma innych atrakcji wzrokowych, albo jest ich niewiele. Gdy kogoś znuży już lustrowanie dziesiątków hektarów pól, łąk i pastwisk, ciągnącej się kilometrami ściany lasu, (nie wspominając o ruinie zamku), jego wzrok, choćby na chwilę, może zatrzymać się na wbitym lub wkopanym, kiedyś przez kogoś, pojedynczym kołku. Wykonany pewnie z odporniejszego drewna (może nawet jest to fragment pnia młodego dębu) ostał się, w przeciwieństwie do pozostałych, tworzących kiedyś ogrodzenie, a po których nie pozostał żaden ślad.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Płot wyznacza granicę obejścia. A w jego obrębie, niejednokrotnie kolejne ogrodzenie chroni na przykład przed zwierzętami (przede wszystkimi domowymi) ogród kwiatowy, jak i warzywny. Bywa, że ogranicza również dostęp do owoców tkwiących jeszcze na drzewach lub już opadłych. Ileż prób ich kradzieży, często uwieńczonych sukcesem, mają na sumieniu kolejne pokolenia dzieci (zresztą osób dorosłych również). A na przeszkodzie w konsumowaniu cudzych jabłek, gruszek lub śliwek, najczęściej stało ogrodzenie, którym bardzo często był płot. W tym, aby spełniło ono swoje zadanie, pomagał jeszcze pies (przysłowiowy „pies ogrodnika”).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie można pominąć też nieco innej roli ogrodzeń, szczególnie jednak płotów ze względu na tworzące je sztachety, ewentualnie druty lub drągi. Owa inna funkcja nie ma jednak absolutnie związków z dziećmi. Dotyczy bowiem „pomocy” w poruszaniu się osób będących w stanie zatrucia alkoholem. Niejednokrotnie tylko ogrodzenia bądź ściany budynków umożliwiają takim osobom przemieszczanie się, albo zachowanie jakiej takiej pozycji pionowej (bardzo często jest to „pion”, który cechuje wyraźna niestabilność). Kontynuując wątek alkoholowy należy stwierdzić, że to właśnie płoty pełniły rolę swoistego, ale bardzo realnego arsenału. I to jeszcze do niedawna. Z nich bowiem pochodziła „broń” tak bardzo charakterystyczna dla osławionych zabaw wiejskich (na szczęście odchodzących już w przeszłość). Ta ich zła sława była m. in. rezultatem bijatyk, do których dochodziło podczas ich trwania. Niektórzy twierdzili nawet, że nie ma dobrej zabawy bez bójki. Ich główną przyczyną, rzecz zrozumiała, był alkohol, jako że były to imprezy mocno zakrapiane. W takiej zaś sytuacji nie było trudno o nieporozumienie. I dochodziło do niego szybko, tym bardziej, że powodem do jego powstania mogło być, dosłownie, wszystko. Rychło zaprzestawano argumentacji słownej i zaczynano posługiwać się pięściami, albo rozglądano się za „odpowiedniejszym argumentem”. I prawie zawsze, jak to jeszcze niedawno miało miejsce na wsi, w pobliżu stał jakiś płot. Należało tylko wyrwać sztachetę. Silniejszy, popisując się przy tym swą siłą, mógł wyciągnąć z ziemi kołek (taka inscenizacja mogła podziałać odstraszająco na przeciwnika, a wzbudzić podziw, u niektórych kobiet, co było dodatkowym efektem). I tak zaopatrzony mógł niezwłącznie przystąpić do przekonywania do swoich racji oponenta, ewentualnie oponentów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Należy koniecznie wspomnieć o roli, jaką podczas śnieżnych zim odgrywały płoty śródpolne, także pozostałości po nich. Podobnie zresztą jak drzewa, krzewy, krzyże przydrożne. Wyznaczały bowiem wędrowcom, woźnicom, kierowcom przebieg dróg we wszechobecnym morzu bieli. A były dla nich jeszcze istotniejsze podczas opadów śniegu i zamieci. Z pewnością przyczyniły się do uratowania niejednego życia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Obecności płotów na stronach utworów literackich sprowadza się najczęściej do roli elementu przedstawianej scenerii, w której rozgrywa się zdarzenie opisywane przez poetę czy prozaika. Tak jak przykładowo ma to miejsce w poniższych, początkowych fragmentach dwóch wierszy[3]:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chang Chi&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Przybywając nocą do chaty rybaka&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chata rybaka przy ujściu rzeki.&lt;br /&gt;Woda jeziora aż do chruścianego płotu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Allen Ginsberg&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Dziwny nowy domek w Berkeley&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Całe popołudnie wycinałem jeżyny zarastające chwiejny&lt;br /&gt;murszejący płot&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie inaczej jest w &lt;em&gt;Zaczarowych miejscach&lt;/em&gt; Christophera Milne’a, w których opisał świat swego dzieciństwa. Świat ten pojawia się, zresztą w znanych na całym świecie książkach dla dzieci, napisanych przez jego ojca Alana Aleksandra Milne’a: &lt;em&gt;Kubuś Puchatek&lt;/em&gt; i &lt;em&gt;Chatka Puchatka&lt;/em&gt; (nie wpominając o dwóch zbiorach wierszy). I w tych to &lt;em&gt;Zaczarowanych miejscach&lt;/em&gt; płot jest, a jakże, wspominany. Chociażby w takim fragmencie: „Dwieście jardów mniej więcej od Smoczego Mostu idąc w górę rzeczki był płot, na granicy naszej ziemi”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wyznacznikiem roli płotów w życiu człowieka jest na przykład i to, że zostały utrwalone na niejednym obrazie. Trudno jednak wskazać jakąś pracę plastyczną, której główny temat stanowią właśnie one (stąd brak prac zatytułowanych &lt;em&gt;Płot&lt;/em&gt; czy &lt;em&gt;Płoty&lt;/em&gt;). Nie to, co mury chętnie utrwalane, najczęściej w stanie ruiny. Ale typ ogrodzenia stanowiący temat tego szkicu pojawia się na wielu pracach jako tło, element kompozycji. Przykładem może być namalowana w 1875 r. przez Józefa Chełmońskiego &lt;em&gt;Jesień&lt;/em&gt;. Zdecydowanie ciemna kolorystyka tej pracy, z sinym niebem i czarnymi chmurami, bezlistnymi drzewami, nie zachęca oglądającego do przeniesienia się w świat utrwalony farbami olejnymi. Stojący tuż przy chacie, częściowo zniszczony płot i kilka wychudzonych psów wskazują jednoznacznie na biedę, z którą zmagają się mieszkańcy obejścia. Nad całą tą scenerią dominuje nastrój smutku, opuszczenia. Z kolei na olejnej pracy Władysława Podkowińskiego zatytułowanej &lt;em&gt;Spotkanie&lt;/em&gt;, a namalowanej w 1892 r., płot stoi wzdłuż drogi. Z całą pewnością zasługuje na miano prostej konstrukcji: kołki, do których końców przybito długie żerdzie. Ogrodzenie otacza pastwisko. Nie widać wprawdzie ani jednego konia, jak też żadnego innego zwierzęcia, lecz siedzący na płocie młody mężczyzna (potwierdza w ten sposób dobry stan ogrodzenia) ma na sobie, prawie na pewno, strój do konnej jazdy. Obok niego stoją dwie młode kobiety, a kolejne trzy zbliżają się. Po ubiorach można zorientować się, iż osoby te należą do lepszych sfer. Nastrój tej pracy jest zdecydowanie pogodny. Utrwalone zostało na niej, prawdopodobnie, późne popołudnie. Z kolei obecność młodych ludzi obojga płci pozwala snuć domysły o rodzących się między nimi, a może już istniejących uczuciach, czyli nadziejach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na powstałej w 1791 r. akwareli Zygmunta Vogla &lt;em&gt;Widok Poczajowa od przyjazdu Ledóchowskiego&lt;/em&gt;, na pierwszym planie widzimy fragment płotu przydrożnego, w całości drewnianego. Natomiast nieco dalej – ogrodzenie wykonane z witek, gałęzi przeplecionych pomiędzy kołkami. Otacza ono rozległe pole. Na drugim planie widać fragmenty poczajowskiego klasztoru i kościoła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W malarskich wyobrażeniach Raju jakie powstały w kulturze Zachodu, nie ma miejsca dla płotów (jak również wszelkich innych ogrodzeń). Co można tłumaczyć tym, że w Raju nie istnieją wszystkie te przyczyny, które uzasadniają istnienie płotów na tzw. ziemskim padole. Znamienne jest jednak to, że także w wizjach Piekła nie pojawiają się ogrodzenia. Tymczasem gdzie jak gdzie, ale w nim moglibyśmy się ich spodziewać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[1] &lt;em&gt;Słownik języka polskiego&lt;/em&gt;, Warszawa: PWN, 1979.&lt;br /&gt;[2] tamże.&lt;br /&gt;[3] oba wiersze w tłumaczeniu Czesława Miłosza, &lt;em&gt;Wypisy z ksiąg użytecznych&lt;/em&gt;, Kraków: Wyd. Znak,1994.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-6982896032605617532?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/6982896032605617532'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/6982896032605617532'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2012/01/esej-dariusz-pawlicki-krotka-rozprawa-o.html' title='Esej: Dariusz Pawlicki KRÓTKA ROZPRAWA O... PŁOTACH'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-7453960861125958442</id><published>2012-01-02T00:05:00.000-08:00</published><updated>2012-01-02T00:11:32.398-08:00</updated><title type='text'>Pogranicza: Łukasz Jasiński FATUM</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;To jest tak bardzo straszne… Ludzka pogarda, nienawiść i mściwość jest niewiarygodna. Wielu wolałoby umrzeć, ale jak tak można – jest to przecież niezgodne z własnymi zasadami?&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;„Tam, gdzie ostatnia świeci szubienica,&lt;br /&gt;Tam jest mój środek dziś – tam ma s t o l i c a,&lt;br /&gt;Tam jest mój gród.”&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;To jest tak bardzo straszne, że człowiek mocno publicznie upokorzony zatraca instynkt samozachowawczy – jest jak mysz upolowana przez kota, który zamiast ją pożreć – znęca się nad nią. Jak można żyć w tym świecie? Zostałem kiedyś zmuszony ogromną siłą nacisku do przeprosin. Za co? Za niewinność! Za to, że mam tupet żyć!&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;„Od wschodu – m ą d r o ś ć-k ł a m s t w a i ciemnota,&lt;br /&gt;Karności harap lub samotrzask z złota,&lt;br /&gt;Trąd, jad i brud.”&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;To jest tak bardzo straszne, że podświadomie słyszysz rechot Lucyfera – nic nie możesz ze sobą zrobić: masz kompletnie związane ręce. Jesteś bezwolną kukłą w rękach, które robią z Tobą co chcą, a największą przyjemność mają wtedy, kiedy zadają Ci ogromny ból. Jest to tak wyjątkowo podłe i chore, że nie jesteś nawet zdolny płakać – wszystko w Tobie zamiera. Stajesz się wtedy kamieniem, na którym można wykuwać dłutem różne łatki – z przyzwyczajenia nie zwracasz już na to uwagi. Tak, to gorsze niż piekło – tam przynajmniej masz towarzyszy niedoli. A tutaj jesteś izolowany, ignorowany i odrzucany – tak jakbyś w nieskończoności gonił własny ogon. Zamęt, rozdwojenie i zawroty w umyśle – czujesz jak Twoja dusza jest rozrywana na pół.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;„Na zachód – k ł a m s t w o-w i e d z y i błyskotność,&lt;br /&gt;Formalizm prawdy – wnętrzna bez-istotność,&lt;br /&gt;A pycha pych!”&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;To jest tak bardzo straszne, że wolałbyś, aby diabeł zabrał całą Twoją duszę. Tak było w szkole, a teraz w pracy – kolczaste cięgi zostają na całe życie. Trzeci raz człowiek mógłby coś takiego nie przeżyć – ten system zabija w ludziach nadzieję, godność, miłość, honor i wiarę. Tworzą z Ciebie hipokrytę na całe życie – tracisz najważniejsze cechy do przetrwania na ziemi: instynkt, intuicję i inteligencję. Stajesz się nieświadomym niewolnikiem tego systemu – nie ma już dla Ciebie żadnego ratunku prócz śmierci, ale oni zrobią wszystko, aby do tego nie doszło. Pomału, krok po kroku uświadamiasz sobie, że tacy ludzie jak Dariusz Ratajczak, Filip Adwent i Lech Kaczyński, a przede wszystkim bł. ks. Jerzy Popiełuszko – mieli po prostu szczęście.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;„Na północ – Zachód z Wschodem w zespoleniu,&lt;br /&gt;A na południe – n a d z i e j a w z w ą t p i e n i u&lt;br /&gt;O z ł o ś c i z ł y c h!”&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;To jest tak bardzo straszne, że w końcu musiałem po raz kolejny dla poprawy humoru obejrzeć film „Lot nad kukułczym gniazdem” w reżyserii Miloša Formana. Tyle tylko o kraju tym, gdzie nie znajdziesz bez układów… Spokoju?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-7453960861125958442?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/7453960861125958442'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/7453960861125958442'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2012/01/pogranicza-ukasz-jasinski-fatum.html' title='Pogranicza: Łukasz Jasiński FATUM'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-7060064490326165079</id><published>2011-12-06T00:27:00.000-08:00</published><updated>2011-12-06T00:37:01.736-08:00</updated><title type='text'>Rozprawa: Klaudia Bączyk CZY SŁUCHANIE MUZYKI METALOWEJ MOŻE PRZYCZYNIĆ SIĘ DO WIELBIENIA SZATANA?</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;em&gt;Ten zaś samego siebie odkrył, kto powiada:&lt;br /&gt;oto jest moje dobro i zło –&lt;br /&gt;tym zmusił do milczenia kreta i karła,&lt;br /&gt;mówiącego: „dla wszystkich dobry, dla wszystkich zły”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;[F. Nietzsche, &lt;em&gt;Tako rzecze Zaratustra&lt;/em&gt;]&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Ostatnimi czasy coraz częściej słyszy się o sektach oraz zagrożeniach z nimi związanymi. Media wielokrotnie demonizują wizerunek tych grup, tworząc obraz przerażający i niekoniecznie zgodny z prawdą. Już samo zdefiniowanie pojęcia sekty staje się czymś trudnym, często związanym z lobbingiem religijnym[1]. Początkowo terminem tym określano małe grupy, które odłączywszy się od większych, zdecydowały się pójść za swym mistrzem. Jean-Marie Abgrall wskazuje jednak na szersze znaczenie:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kilka tropów dostarcza nam etymologia. Słowo „sekta” pochodzi od rdzenia łacińskiego sequi, czyli „iść za”. Uczeń sekty wkracza na wytyczoną przez mistrza drogę, co czyni z niego adepta, czyli kogoś, kto osiągnie cel. „Idzie za” mistrzem, a jednocześnie odcina się do reszty ludzi i staje się wyznawcą, czyli odłączony[2].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Istnienie sekt nie jest czymś nowym. Już bowiem w starożytności zaobserwować można fanatycznych wyznawców Platona, Arystotelesa bądź Jezusa. Odgrywają one bardzo różną rolę (np. filozoficzną bądź polityczną) i mogą ograniczać się nawet do kilku członków. Większość prób definiowania owych grup wiąże się z teologią, co wynika z historii i socjologii sekt. Powtarzając za Maxem Weberem, stworzono dychotomię Kościół – sekta, podkreślając przy tym jej opozycyjny charakter[3]. Dziś, większość sekt stara się o uzyskanie statusu Kościoła, co dodatkowo zwiększa złożoność problemu. Jak zaznacza jednak Paweł Królak:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To, czy dana grupa jest zarejestrowanym związkiem wyznaniowym, nie ma żadnego wpływu na fakt, czy jest szkodliwa dla swoich wyznawców, czy też nie jest. Aby zarejestrować nowy związek wyznaniowy, wystarczy zdobyć stu członków i przedstawić odpowiednie dokumenty. Jeżeli byłoby to jedynym kryterium, to każda, nawet destrukcyjna, sekta bez problemu uzyskałaby status „nie-sekty”, ale zarejestrowanego związku wyznaniowego[4].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ów autor proponuje ogólniejszą definicję sekty, uznając ją za: „grupę, w której występuje jednocześnie wysoki poziom totalności oraz wysoki poziom manipulacji”[5]. Wśród jej cech charakterystycznych wymienia się: tajny charakter związku, brak zaufania i niechęć w stosunku do obcych, wykorzystywanie różnych technik manipulacyjnych w celu pozyskania i zniewolenia członków, prozelityzm[6] oraz obecność charyzmatycznego przywódcy. Istotne staje się tutaj istnienie guru, czyli czcigodnej jednostki objawionej, która znajduje się najwyżej w hierarchii, będąc najbliżej doskonałości[7]. Daleka jestem od wskazywania różnić pomiędzy guru-geniuszem a guru-szaleńcem, z całą pewnością jednak wie on jak: „opatrywać zranione ego adepta”[8]. W wyniku troski ze strony opiekuna, postaci bez zastanowienia decydują się na bezapelacyjne posłuszeństwo[9]. Guru bowiem wie, jak zajmować się adeptem, szczególnie jeżeli znajduje się on w sytuacji granicznej[10].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jean-Marie Abgrall zamiast klasyfikacji sekt, proponuje dokonać ich zestawienia wraz z pochodzeniem i doktrynami:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- sekty o inspiracji judeochrześcijańskiej, odnoszące się do Biblii (sekty ewangelickie, sekta Waco),&lt;br /&gt;- sekty wywodzące się z chrześcijaństwa, jednak uzupełnione o nowe źródła wiedzy (świadkowie Jehowy, mormoni, Rodzina miłości, sekta Moona),&lt;br /&gt;- prądy marginalne, kościoły paralelne, fundamentalistyczne grupy przedstawiające siebie jako ugrupowania katolickie albo ortodoksyjne (Kontrreforma katolicka),&lt;br /&gt;- sekty inspirowane prądami orientalnymi lub bliskowschodnimi, głoszące szczególną interpretację islamu, buddyzmu albo hinduizmu, zgrupowane wokół nowego proroka albo nowego mesjasza (Aum, Mandarom),&lt;br /&gt;- grupy gnostyczne, ezoteryczno-okultystyczne, inicjacyjne o inspiracji ezoterycznej, alchemicznej, astrologicznej oraz korzystające z rozmaitych mitologii (Zakon Świątyni Słońca, Graal, scjentologia),&lt;br /&gt;- grupy ufologiczne,&lt;br /&gt;- grupy okultystyczne (magia),&lt;br /&gt;- grupy modlitewne i uzdrowieńcze (IVI),&lt;br /&gt;- grupy zdrowia psychicznego i cielesnego (ECK),&lt;br /&gt;- grupy rozwoju osobowego (scjentologia),&lt;br /&gt;- grupy fundamentalnej ekologii (Silo),&lt;br /&gt;- grupy neopogańskie (klub Ukx),&lt;br /&gt;- grupy satanistyczne[11].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Polsce szczególną uwagę zwrócono na problem satanizmu, ukazując ogrom zła, który za sobą niesie[12]. Wypowiedzi polityków nie pozbawiają złudzeń ludzi myślących, że jest to jakaś religia bądź styl życia. Powszechnie przyjęło się, że jest to raczej synonim rozpusty, silnie związany z orgiami, masowymi samobójstwami i czarnymi mszami. Pejoratywne znaczenie satanizmu powiązano z aspektem kryminalnym, przypisując mu nadludzką moc[13]. Doszło nawet do tego, iż pojawiają się listy zespołów, których słuchanie powoduje oddanie się Szatanowi, co w następstwie prowadzi do morderstw, niszczenia kościołów katolickich i cmentarzy[14]. Jaki jest cel takiego ujmowania satanizmu? Zdaniem Ryszarda Nowaka, czołowego działacza w tym zakresie, winno się pomyśleć o zakazie organizowania koncertów grup satanistycznych oraz sprzedaży jakichkolwiek gadżetów[15]. Czy taki obraz satanizmu jest prawdziwy? Jak wiele ma on wspólnego z głoszonymi przez La Veya bądź Crowleya tezami? Czy satanizmem można się zarazić poprzez słuchanie muzyki bądź ubieranie koszulek? Czy zawsze musi wiązać się z masowymi mordami i nienawiścią?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Celem niniejszej pracy nie jest próba usprawiedliwienia satanizmu, a jedynie chęć spojrzenia na jego podstawowe założenia oraz zmierzenie się z mitami krążącymi wokół tego tematu. Czy naprawdę wszystko, co wiąże się z tą sektą musi być równoznaczne krzywdzie i nienawiści? Czy rozwieszane plakaty z trupią czaszką i hasłem „sekty to śmierć” nie są zbyt mocno przesadzone?[16]&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Marek Miller w książce „Sekta made in Poland” przytacza wypowiedzi osób, które zetknęły się ze „złymi duchami”, ukazując zagrożenia wynikające z satanizmu[17]. Czy jednak jednostka owładnięta Szatanem na pewno jest satanistą? Czy są to zjawiska synonimiczne? Wielokrotnie w tych wypowiedziach pod nazwą satanizmu przewijają się utrwalone poprzez media stereotypy, silnie oddziałujące na jednostki młode i zbuntowane[18]. Dla nich satanizm to jedynie forma zabawy i urozmaicenia życia. Wielu spośród nich szuka odskoczni od codzienności, bowiem wywodząc się z rodzin patologicznych, nie mają możliwości na zostanie wysłuchanym bądź zrozumianym[19]. Autor opisuje między innymi młodych chłopaków, którzy nie potrafili poradzić sobie z własnymi problemami. Jedyną drogą wyjścia okazała się dla nich biblia La Veya. Sami o sobie mówili:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Opiekowałem się dwoma braćmi (13 i 14 lat), bo moja matka piła i nie wracała na noc. Miałem paru kumpli. Z Marcinem Z. przesiadywaliśmy przed blokiem. Gadaliśmy. Marcin czasami u mnie spał. Miał również kłopoty z matką i takie same zainteresowania[20].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zdaje się jednak, że nie byli oni odpowiednio przygotowani do interpretacji biblii. Brak zrozumienia podstawowych wartości satanizmu można wywnioskować już na podstawie popełnianych przez nich czynów – bez oporów zabijali zwierzęta (chociaż biblia stanowczo tego zabrania[21]) bądź krzywdzili osoby im bliskie (uderzenie matki za rozbicie przez nią magnetofonu). Czy oby na pewno ci chłopcy należeli do satanistów? Tak oto najbliższe otoczenie oceniało ich postępowanie:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W październiku 1997 r. Karolina P. zaprowadziła mnie do Sławka i tak się poznaliśmy. Pytałam o różne rzeczy. Oni odpowiadali. Uważali się za satanistów...[22]&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy nie świadczy to o niedojrzałości, pobieżnym rozumieniu przedstawianych teorii? Czy każda religia nie ma wśród swych wyznawców fanatyków, którzy opatrznie rozumieją podstawowe zagadnienia wiary?[23] Czy w takim przypadku można mówić o destrukcyjnym charakterze satanistów, a może tyczy się to każdego rodzaju fanatyzmu? Na licznych forach podejmujących ową tematykę, można zauważyć próbę odpowiedzi na powyższe pytania. Jedna z uczestniczek pisze:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ostatnio bycie „satanistą” stało się modne, szczególnie wśród młodzieży. Nie wiem co ich do tego ciągnie. Satanizm to nie ciągłe orgie jak niektórzy myślą ani niszczenie cmentarzy. Może wszystkich tych „satanistów” przyciąga ta tajemnica. Ale to, że ktoś lubi Archiwum X nie znaczy, że ma zadatki, aby zostać satanistą. Wielu ludzi, którzy się za takowych uważają, w ogóle nimi nie są. Nie rozumieją filozofii życia satanistów[24].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Moda na pseudosatanizm stała się zjawiskiem niezwykle popularnym, czego dowodzi kolejna przytoczona przez Millera opowieść. Mówi ona o grupie młodych ludzi, którzy będąc tak zaślepionymi rozpowszechnioną przez media ideologią satanizmu, zatracili jakiekolwiek wartości. Zdaje się, że niewielu spośród nich czytało „Biblię Szatana” La Veya. Większość opierała się na własnych wizjach satanizmu, pragnąc poprzez bunt wyzwolić siebie, zniszczyć wszystko, co wpajano im od dziecka. Ich metamorfoza miała dramatyczne skutki – doprowadzała do orgii, ciąży, zabójstwa przyjaciół. Rytualna ofiara stała się dla nich potrzebą silniejszą aniżeli propagowana przez satanistów – potęga życia ludzkiego. Czy to, czego dokonali naprawdę miało związek z jakimikolwiek wierzeniami? Czy nie była to po prostu próba walki z odwiecznymi normami, zdobycie chwilowej władzy?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy powyższe zachowania mają coś wspólnego z satanizmem? Ze względu na wielość odłamów satanizmu, trudno stworzyć systematykę tych grup. Przykładem takiej klasyfikacji jest rozróżnienie dokonane przez kapitana policji w Tiffen w stanie Ohio, Dala Griffisa, czterech grup: oficjalnej religii szatana, amatorów, kultów przestępczych oraz sympatyków okultyzmu[25]. Zdaje się, że historie zaprezentowane przez Millera wiążą się z grupą drugą, niewiele mając wspólnego z religią[26].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Często do &lt;em&gt;worka satanistów&lt;/em&gt; zostają wrzucone bardzo różne osoby. Ewa Kosińska i Mariusz Gajewski podkreślają, iż według chrześcijan kryterium rozpoznawania owych osób wiąże się z głoszeniem przez nich buntu wobec nauk Jezusa[27]. Andrzej Zwoliński posuwa się jeszcze dalej, uznając, że odmienność nauk głoszonych przez satanistów wynika z ich nadrzędnego celu, jakim jest: „zniszczenie chrześcijaństwa”[28]. Destrukcyjny charakter tej sekty polegać ma na uwielbieniu zła, któremu nikt nie jest w stanie się przeciwstawić[29]. Przyjmuje się, że do rozwoju grup satanistycznych prowadzą zainteresowania czarną magią i lucyferyzmem. Wciąż istnieje wiele teorii na temat nieodzownej roli czarownic w inicjacjach młodych adeptów. Mają one (zgodnie z tradycją średniowiecznych sabatów) pośredniczyć pomiędzy diabłem a młodymi satanistami. Jak podkreśla Jean-Marie Abgrall: „na szczęście, w naszych czasach członkowie tego typu grup wolą podczas swoich obiadów czarowników spożywać mieszaninę wina i mąki, która zastępuje stężoną krew”[30]. Pomimo zerwania z tym mitem, wciąż pojawiają się informacje na temat czarnych mszy i organizowania sabatów. Tym samym satanizm staje się ruchem tajemniczym i sensacyjnym. Ma on odrzucać racjonalizm jako czynnik negatywny[31]. Jego nieodzownymi elementami są: dewastacja miejsc świętych, niszczenie krzyży oraz liczne zbrodnie. Ponadto zło satanizmu wiązać ma się z tradycyjną już rolą adepta, który bezapelacyjnie musi podążać za sektą, w ostateczności zaś umrzeć[32]. Czy takie postrzeganie nie wydaje się jednak zbytnim uogólnieniem? „Biblia Szatana” nie mówi nic o konieczności śmierci, ceniąc sobie życie i korzystanie z każdego dnia. Jaką zatem wizję przedstawia święta księga satanistów – „Biblia Szatana” La Veya?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Biblia Szatana” została opublikowana w 1968 roku w San Francisco. Miała ona stać się podstawowym kanonem wiary, pewnego rodzaju katechizmem. Swą tematyką nawiązuje do poglądów jednego z pierwszych okultystów – Crowleya. Jak podkreśla Andrzej Zwoliński, to właśnie zainteresowania magią i okultyzmem doprowadziły La Veya do stworzenia biblii. Za najistotniejszy czynnik uważa jednak pracę autora na Wydziale Kryminologii w City College st. San Francisco, gdzie zetknąwszy się ze zbrodniami, miał zacząć wątpić w Boga i nienawidzić: „świętoszkowego podejścia ludzi do przemocy”[33]. Bez względu jednak na pobudki towarzyszące pisaniu biblii, wzbudziła ona liczne zainteresowania, gromadząc wokół La Veya wielu wyznawców. Księga ta zerwała bowiem z dotychczasowym postrzeganiem człowieka i jego umiejscowieniem w hierarchii bytów. Uznając jednostkę za zwierzę drapieżne, starała się wykazać, jak istotną może być władza człowieka. Według La Veya rządzić powinni jedynie silni, którzy cechują się: potęgą, śmiałością, wielkim umysłem i zdolnością racjonalnego spojrzenia. Nie powinni oni zastanawiać się nad życiem po śmierci, a skupić się na dniu dzisiejszym. Pozostałym osobom nie pozostaje nic innego jak stworzyć boga, który stanie się opiekunem ludzi uciśnionych, niewolników skupionych wokół symbolu nieudolności, jakim jest krucyfiks. La Vey rzuca im wyzwanie, głosząc hasło:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Śmierć dla słabeuszy, bogactwa dla silnych! (B. S., s. 3.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zgodnie z tą wizją bóg jest jedynie kreacją jednostek słabych i dlatego można go traktować na równi z bogiem martwym, bowiem i tak nie ma wpływu na życie ludzi. La Vey nie neguje zatem postaci boga, wskazując jedynie na jego zakorzenienie w tradycji. Odrzucając wiarę w osobowego boga, sataniści zyskują władzę nad swoim życiem, gdyż sami za siebie odpowiadają, nie szukając odpowiedzi w modlitwie. Jednocześnie autor przypomina, że dogmaty religijne nie wynikają ze świętości, a jedynie z założeń kościoła, czyli ludzi wchodzących w jego skład:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Żadnej wiary nie da się przyjąć na podstawie autorytetu boskiej natury. Religie muszą zostać zweryfikowane. Żadnego dogmatu religijnego nie można brać za pewnik – żadna miara nie może określać, co ma być definiowane. Kodeksy moralne nie posiadają w sobie wrodzonej świętości, są jak drewniane posągi sprzed lat będące wytworami ludzkich rąk, a co człowiek stworzył, człowiek może zniszczyć! (B. S., s. 4.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak podkreśla Andrzej Zwoliński: „Negacja roli Boga jest, wg satanizmu, warunkiem realizacji człowieka, w tym sensie, że satanista nie powinien kłaniać się przed nikim i w sobie samym znaleźć wystarczające siły i środki, jakich potrzebuje, by zapewnić sobie szczęście na ziemi”[34]. Moc bowiem znajduje się w ciele satanisty, a kluczem do zwycięstwa okazuje się pozytywne myślenie. Tym samym satanizm:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;nie jest religią światłości; jest religią ciała, ziemskich rozkoszy i zmysłów – tego wszystkiego, czym rządzi Szatan, uosobienie Ścieżki Lewej Ręki. (B. S., s. 13.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Staje się on formą kontrolowanego egoizmu, nie zapominając jednakże o zaspokajaniu innych jednostek. „Biblia Szatana” mówi:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Postępuj wobec innych tak, jak oni postępują wobec ciebie, ponieważ jeśli: Postępujesz wobec innych tak, jak chciałbyś, żeby oni postępowali z tobą, a oni w zamian źle cię traktują, to dalsze okazywanie im szczególnych względów byłoby wbrew ludzkiej naturze. Powinieneś postępować z innymi tak, jak chciałbyś, żeby postępowali z tobą, ale jeśli twoja uprzejmość nie spotyka się z wzajemnością, powinno się ich traktować z całą surowością, na jaką sobie zasłużyli. (B. S., s. 13.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Takie traktowanie nie jest jednoznaczne z krzywdzeniem innych. La Vey obala mity dotyczące zabijania dzieci i zwierząt, uznając, że na śmierć zasługują jedynie jednostki słabe, które same chcą być zniszczone. Jak sam pisze:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Każdy, kto niesprawiedliwie wyrządził ci krzywdę, ktoś, kto – aby cię zranić – zszedł ze swej drogi aby świadomie sprawić ci kłopoty i trudności tobie lub bliskim ci osobom. Krótko mówiąc, osoba, która swoimi czynami sama się prosi o przeklęcie jej. Gdy ktoś wskutek swego karygodnego zachowania praktycznie prosi się o to, aby zostać zniszczony, twoim uczciwym moralnym obowiązkiem jest pomóc mu w zaspokojeniu tego życzenia. (B. S., s. 32-33.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wówczas, takie działanie staje się reakcją na potrzebę wyzwolenia energii, a zatem jest niezbędne do prawidłowego rozwoju. Wśród czynników pomagających uwolnić ową energię, La Vey wymienia: rozpacz, gniew oraz orgazm. Jednocześnie podkreśla, że gniew nie ma nic wspólnego z zabijaniem ludzi bez powodu, a jedynie polega na pozbyciu się odrażającego indywiduum. Zaspokojenie własnego ego staje się celem samym w sobie. W związku z tym należy odrzucić myśli o samobójstwie, uznając życie ludzkie za wartość nadrzędną. Tym samym La Vey odrzuca samobójstwo jako ofiarę samopoświęcenia, dając mu przyzwolenie jedynie wówczas, kiedy śmierć przynosi ulgę jednostce, jest dla niej wyzwoleniem[35]. Pisze:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Spotykamy pewien wyjątek: śmierć przychodzącą jako zaspokojenie, niosącą ulgę w nieznośnej ziemskiej udręce. (B. S., s. 35.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Znajomość własnego ciała jest niezwykle istotnym czynnikiem w rozwoju satanisty. La Vey podkreśla, iż aktywność seksualna jest indywidualna, przez co nie można narzucać ludziom jednoznacznych reguł. W związku z tym dopuszcza się masochizm, masturbację bądź uczestnictwo w orgiach. Każdy satanista sam ma zdecydować, jak wyzwolić energię, bowiem wstrzemięźliwość seksualna prowadzić może do frustracji i stresu. Hasłem nadrzędnym zatem ma stać się dowolność w zaspokojeniu własnych potrzeb, jednakże nie jest ona koniecznością. „Biblia Szatana” niczego nie narzuca, człowiek bowiem może nie odczuwać potrzeb seksualnych, wówczas nie powinien robić niczego wbrew sobie. Żadne księgi zdaniem La Veya nie mają prawa decydować za człowieka, gdyż naturalne siły życiowe są czynnikiem zdecydowaniem ważniejszym niż słowa spisywane przez ludzi. Różnego rodzaju zakazy, wprowadzane przez inne religie powodują poczucie winy i doprowadzają do tłamszenia jednostki. Jak zaznacza La Vey:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ten, kto odnosi się z szacunkiem do swoich powinności, ma najsłuszniejsze prawo do wybranych przez siebie przyjemności bez narażania się na krytykę ze strony społeczeństwa, któremu służy. (B. S., s. 28.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ostatnia część „Biblii Szatana” poświęcona została satanistycznym rytuałom. La Vey wyróżnił trzy typy owych rytuałów: seksualny (wzbudzanie pożądania), litości (w celu pomocy innym) oraz destrukcyjny (zaspokojenie gniewu). Każdy z nich wymaga odpowiednich składników oraz inwokacji zaklinających, które opisane zostały w dokładnych instrukcjach[36]. Autor zaznacza, iż magicznym językiem używanym w rytuałach jest język henochiański, przywołując tak zwane klucze henochiańskie wraz z ich tłumaczeniami[37]. Jednocześnie obala mit dotyczący czarnych mszy, jakoby były one rytualnym składaniem ofiar w imię Szatana. Według „Biblii Szatana” są one jedynie wymysłem literackim. Tak naprawdę bowiem mają być parodią mszy kościelnych, mają szokować i nie są elementem niezbędnym. La Vey zauważa, że przez rozpowszechnianie stereotypów dotyczących tych uroczystości, od 1666 roku zauważyć można komercyjne oblicze czarnych mszy, które niewiele mają wspólnego z ideą satanizmu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jaki zatem jest cel istnienia sekt? Wydaje się, iż słuszne jest twierdzenie jakoby najważniejszym czynnikiem było: „stworzenie przyszłej rasy, otwartej na prawa natury i ofiarowanej prawom natury, gdzie wina i niewinności są pojęciami pozbawionymi sensu”[38]. Satanizm pragnie uwolnić ludzi z poczucia winy i wpajanej im moralności. Według „Biblii Szatana” istnienie grzechów i ich klasyfikacja jest czymś nienaturalnym. Zło w jakiejkolwiek postaci interpretowane ma być przez każdego indywidualnie i to od jednostki zależeć ma chęć poprawy bądź &lt;em&gt;nawrócenie&lt;/em&gt;. Pomimo tak jednoznacznej deklaracji, La Vey (po dwudziestu latach istnienia Kościoła Szatana) postanowił wymienić dziewięć tak zwanych grzechów szatańskich, rozumianych jako to: „czego chcemy uniknąć – to, czego nie akceptujemy”[39]. Wśród nich wymienił: głupotę, udawanie, samoistność, samooszustwo, dostosowanie się do stada, brak perspektyw, zapominanie o dawnych przekonaniach, dumę przeciwprodukcyjną oraz brak estetyki[40]. Owe błędy satanistów wynikać mają ze zbyt silnie wpojonej przez kościół (w domyśle katolicki) moralności, odrzucającej przy tym dbanie o samego siebie. Grzechy wymienione przez La Veya niszczyć mają powszechne rozumienie miłosierdzia, zapewniając jednostce władzę nad własnym losem. Pozostaje jednak pytanie, dlaczego autor „Biblii Szatana” pomimo wcześniejszych oporów, zdecydował się stworzyć listę grzechów? Czy nie uderza to w zgodność tego postrzegania rzeczywistości?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Satanizm może być zjawiskiem niebezpiecznym. Szczególne zagrożenie wiąże się jednak nie z samymi poglądami La Veya, ale z opatrznym ich rozumieniem. Należy przy tym pamiętać, iż agresja, masowe mordy, rozpusta nie są wyznacznikami poglądów satanistycznych. Ów pseudosatanizm, tak zwany satanizm amatorski może przybierać bardzo groźne formy, ale prawie nigdy nie bazuje na „Biblii Szatana”. Działa on w taki sam sposób, jak inne sekty, doprowadzając do upadku moralnego człowieka, do jego zniewolenia. W tym przypadku adept staje się zabawką, marionetką w rękach swego pana, uważającego siebie za wysłannika Szatana bądź też samego diabła. Jego czyny dalekie są od działań tak zwanych prawdziwych satanistów, skupiając się raczej wokół pozbywania się jednostek słabych. Należy on do grupy, która: „jest elitą – reszta ludzkości jest chora, zgubiona – o ile nie chce się przyłączyć aby dać się uratować”[41]. Takie myślenie przyczynia się do terroryzmu oraz nadużyć seksualnych, stając się jednym z największych zagrożeń XXI wieku.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Przypisy:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[1]Zob. J. Abgrall, &lt;em&gt;Sekty. Manipulacja psychologiczna&lt;/em&gt;, tł. W. Dzieża, Gdańsk 2005, s. 17.&lt;br /&gt;[2]Ibidem, s. 18.&lt;br /&gt;[3]Zob. Ibidem, s. 19.&lt;br /&gt;[4]P. Królak, Sekty. &lt;em&gt;Inwazja manipulacji&lt;/em&gt;, Radom 2003, s. 47.&lt;br /&gt;[5]Ibidem, s. 9.&lt;br /&gt;[6]Bernard Fillaire definiuje prozelityzm jako: „intensywny nabór adeptów, żarliwe przekonywanie do wyznawanych przez siebie idei”. (B. Fillaire, &lt;em&gt;Sekty&lt;/em&gt;, tł. J. Kluza, Katowice 1999, s. 122.)&lt;br /&gt;[7]W sektach zauważyć można specyficzną hierarchizację adeptów: im wyżej się znajdują, tym większy cechuje ich stopień uprzywilejowania. Poprzez swoje działania awansują, stając się sługami mistrza.&lt;br /&gt;[8]Ibidem, s. 40.&lt;br /&gt;[9] Jak podkreśla B. Fillaire: „Adept nie może podejmować żadnych decyzji, musi też niczym dziecko bezustannie zabiegać o miłość guru”. (Ibidem, s. 52.) Jak powiedział lider pseudohinduistycznego stowarzyszenia Sri Chinmoy: „Posłuszeństwo, posłuszeństwo, posłuszeństwo. Żarliwe posłuszeństwo, silny związek z moją wolą i silne postanowienie przypodobania mi się każdego dnia, w każdej chwili, zgodnie z moim życzeniem. Oto czego od was potrzebuję”. (S. Chinmoy, [cyt. za:] Ibidem, s. 53.)&lt;br /&gt;[10] Zob. E. Kosińska, M. Gajewski, &lt;em&gt;Sekty – religijny supermarket&lt;/em&gt;, Kraków 2000, s. 32.&lt;br /&gt;[11]J. Abgrall, op. cit., s. 32.&lt;br /&gt;[12] Przyjmuje się, że w Polsce ów ruch zaczął się rozwijać po 1986 roku. W tym czasie pojawiło się polskie tłumaczenie &lt;em&gt;Biblii Szatana&lt;/em&gt; La Veya. Przełomem jednak miał być kwietniowy koncert na Metalmanii grupy KAT w 1986 roku, przez wielu uznany za publiczne odprawienie czarnej mszy. (Zob. E. Kosińska, M. Gajewski, op. cit., s. 76.)&lt;br /&gt;[13]Zob. M. Miller, &lt;em&gt;Sekta made in Poland&lt;/em&gt;, Warszawa 2007, s. 7.&lt;br /&gt;[14]Lista zespołów propagujących satanizm została utworzona z inicjatywy Ryszarda Nowaka i Ogólnopolskiego Komitetu Obrony przed sektami. Na liście oprócz grup polskich, znalazły się także zespoły z zagranicy. Ponadto zaprezentowano spis imprez, które mają zagrażać młodzieży i zachęcać do nienawiści. Jak podkreśla Nowak zespoły: „nie prezentują jednolitej ideologii satanizmu. Jedne promują satanizm w sposób jednoznaczny, inne natomiast nie mówią o tym wprost, ale głoszą postawy antyreligijne i nihilistyczne”. Za najgroźniejsze wśród nich uznał grupy: KAT i Behemoth. (http://arc.ekai.pl/kultura/?print=1&amp;amp;MID=12851 [30.10.10]) Inną listę zespołów zaproponował w swej książce ksiądz Andrzej Zwoliński, wymieniając wśród artystów satanistycznych między innymi: The Rolling Stones, AC/DC, Led Zeppelin, Depeche Mode, The Doors, Johna Lennona, Eltona Johna oraz Beatlesów. Ich specyfikę opisał w rozdziale pod wiele mówiącym tytułem Muzyka dla szatana. (A. Zwoliński, &lt;em&gt;Satanizm&lt;/em&gt;, Radom 2007, s. 128-150.)&lt;br /&gt;[15]http://arc.ekai.pl/kultura/?print=1&amp;amp;MID=12851 [30.10.10]&lt;br /&gt;[16]Zob. M. Miller, op. cit., s. 7.&lt;br /&gt;[17]Ibidem, s. 20.&lt;br /&gt;[18]Doskonałym przykładem niewiedzy młodego pokolenia i jedynie chęci buntu jest wypowiedź Ireneusza D.: „Cała moja wiedza na temat satanizmu pochodziła z książek – Mastertona, Smitha. Niezwykłe wrażenie robił na mnie Glen Benton z Decise (na czole miał wypalony odwrócony krzyż). To dla mnie wtedy była siła. Lubiał żech przyszpanować!” (Ibidem, s. 23.)&lt;br /&gt;[19]Przynajmniej o takich tylko osobach pisze Marek Miller. Pozostaje zatem pytanie: czy satanizm wywodzi się jedynie ze środowisk patologicznych? W książce Sekta made in Poland autor pozostawia je jednak bez odpowiedzi, całkowicie pomijając ów problem.&lt;br /&gt;[20]Ibidem, s. 182.&lt;br /&gt;[21]„Satanista pod ŻADNYM pozorem nie złożyłby ofiary ze zwierzęcia bądź dziecka! [...] Istnieją zdrowe i logiczne powody dla których sataniści nie mogą składać takich ofiar. Człowiek i zwierzę są dla satanisty czymś boskim. Najczystsza forma cielesnej egzystencji spoczywa w ciałach zwierząt i małych dzieci, które nie stały się na tyle dojrzałe, aby czynić wbrew swoim naturalnym pragnieniom. Są w stanie dostrzegać rzeczy, jakich przeciętny dorosły nigdy nie spodziewa się zobaczyć”. (A. Sz. La Vey, &lt;em&gt;Biblia Szatana&lt;/em&gt;, Wyd. Książki Niezwykłej „Mania”, Wrocław 1996, s. 32. W dalszej części pracy dla powyższego wydania utworu &lt;em&gt;Biblia Szatana&lt;/em&gt; La Veya będę operować skrótem B. S.)&lt;br /&gt;[22]M. Miller, op. cit., s. 255.&lt;br /&gt;[23]Paweł Królak podkreśla, że: „Nawet w ramach Kościoła mogą znajdować się grupy, mające sekciarski charakter (gdy np. twierdzą, że są jedyną, najlepszą drogą do zbawienia lub skupiają członków nie na nauce Kościoła, lecz na osobie lidera). Powinny być one otoczone szczególną troską duszpasterską”. (P. Królak, op. cit., s. 46.)&lt;br /&gt;[24] http://www.gotyk.pun.pl/viewtopic.php?id=5 [30.10.10.]&lt;br /&gt;[25] Zob. A. Zwoliński, op. cit., s. 90.&lt;br /&gt;[26] Praca ta daleka jest od rozpowszechniania stanowisk amatorów bądź też grup przestępczych, których działanie odmienne jest od pierwotnych założeń satanizmu. Dlatego też ograniczę się do analizy założeń przedstawianych przez La Veya, który stworzywszy Biblię Szatana, stał się pierwszą głową Kościoła Szatana. Po roku 1975, kiedy to rozpadł się ów kościół, satanizm racjonalistyczny stał się opozycją do tzw. Kościoła Seta, który przyjął osobowe istnienie szatana. (Zob. Ibidem, s. 98-99.)&lt;br /&gt;[27] Zob. E. Kosińska, M. Gajewski, op. cit., s. 25.&lt;br /&gt;[28] A. Zwoliński, op. cit., s. 77.&lt;br /&gt;[29] Marek Miller zauważa, iż młodzi ludzie przekonani są o sile zła i dlatego tak łatwo mu się podporządkowują. Autor podkreśla, że: „Nie obserwujemy tutaj podstępnej psychomanipulacji”. (M. Miller, op. cit., s. 10.)&lt;br /&gt;[30] J. Abgrall, op. cit., s. 49.&lt;br /&gt;[31] Zob. J. Prokop, &lt;em&gt;Uwaga Rodzice! Sekty&lt;/em&gt;, Warszawa 1999, s. 11.&lt;br /&gt;[32] Zob. B. Fillaire, op. cit., s. 105.&lt;br /&gt;[33] A. Sz. La Vey, [cyt. za.:] A. Zwoliński, op. cit., s. 76.&lt;br /&gt;[34] Ibidem, s. 80.&lt;br /&gt;[35] La Vey podkreśla: „Samopoświęcenie nie jest popierane przez religię satanistyczną. Dlatego też samobójstwo nie znajduje uznania w tej religii”. (B. S., s. 35.)&lt;br /&gt;[36] Rytualne ceremonie scalają grupę, a „uklęknięcia, powitania i pokłony mają swój psychiczny skutek. Wszystkie rytuały pozdrawiania są symbolicznymi postawami wyrażającymi zobowiązanie do wierności, jakie adept winien swemu guru jak rycerz swojemu panu. Rytuały pozdrawiania i znaki przebaczenia są dla członka sekty nieustannym doświadczeniem poddaństwa. Mają rzekomo wprowadzać harmonię między ciałem i duchem”. (J. Abgrall, op. cit., s. 183.)&lt;br /&gt;[37] Jak zauważa Jean-Marie Abgrall: „W sektach glosolalia są uważane za głos z zaświatów albo z kosmosu, a guru oraz jego bezpośrednie otoczenie są posłańcami”. (Ibidem, s. 168.) Jednocześnie stają się istotnym elementem nowomowy danej grupy. (Zob. P. Królak, op. cit., s. 22.)&lt;br /&gt;[38] B. Fillaire, op. cit., s. 112.&lt;br /&gt;[39] A. Sz. La Vey, [cyt. za:] A. Zwoliński, op. cit., s. 81.&lt;br /&gt;[40] Zob. Ibidem, s. 81-82.&lt;br /&gt;[41] J. Prokop, op. cit., s. 10.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bibliografia podmiotowa:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A. Sz. La Vey, &lt;em&gt;Biblia Szatana&lt;/em&gt;, Wyd. Książki Niezwykłej „Mania”, Wrocław 1996.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bibliografia przedmiotowa:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;J. Abgrall, Sekty. &lt;em&gt;Manipulacja psychologiczna&lt;/em&gt;, tł. W. Dzieża, Gdańsk 2005.&lt;br /&gt;B. Fillaire, &lt;em&gt;Sekty&lt;/em&gt;, tł. J. Kluza, Katowice 1999.&lt;br /&gt;E. Kosińska, M. Gajewski, &lt;em&gt;Sekty – religijny supermarket&lt;/em&gt;, Kraków 2000.&lt;br /&gt;P. Królak, &lt;em&gt;Sekty. Inwazja manipulacji&lt;/em&gt;, Radom 2003.&lt;br /&gt;M. Miller, &lt;em&gt;Sekta made in Poland&lt;/em&gt;, Warszawa 2007.&lt;br /&gt;J. Prokop, &lt;em&gt;Uwaga Rodzice! Sekty&lt;/em&gt;, Warszawa 1999.&lt;br /&gt;A. Zwoliński, &lt;em&gt;Satanizm&lt;/em&gt;, Radom 2007.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://arc.ekai.pl/kultura/?print=1&amp;amp;MID=12851"&gt;http://arc.ekai.pl/kultura/?print=1&amp;amp;MID=12851&lt;/a&gt;. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;a href="http://www.gotyk.pun.pl/viewtopic.php?id=5"&gt;http://www.gotyk.pun.pl/viewtopic.php?id=5&lt;/a&gt;. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-7060064490326165079?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/7060064490326165079'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/7060064490326165079'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/12/rozprawa-klaudia-baczyk-czy-suchanie.html' title='Rozprawa: Klaudia Bączyk CZY SŁUCHANIE MUZYKI METALOWEJ MOŻE PRZYCZYNIĆ SIĘ DO WIELBIENIA SZATANA?'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-2205947229570233458</id><published>2011-12-06T00:00:00.000-08:00</published><updated>2011-12-06T00:26:29.778-08:00</updated><title type='text'>Opowiadanie: Tomasz Sobieraj OBŁĘD KSIĘCIA VENTOUX</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Z Marsylii można tam dotrzeć jadąc początkowo autostradą i, omijając od wschodu Awinion, skręcić do Carpentras, stamtąd już wspinającą się stromo lokalną drogą do Malaucène. Za kościołem trzeba skręcić w prawo i górskimi serpentynami wjechać prawie na sam szczyt. Gdy czasu jest więcej, można wybrać drogę ciekawszą, mniej uczęszczaną, wiodącą przez Montage du Lubéron. Po przekroczeniu rzeki Durance zaczyna się kraina górzysta i prawie bezludna, uśpiona zapachem lawendy, sosen i tymianku, śniąca pod czułą strażą zamków, klasztorów, kościołów i kaplic swój sen o dawnej potędze Prowansji. W Sault mały drogowskaz wskaże drogę na północny-zachód, niezwykle malowniczą, ale krętą, miejscami wąską i niebezpieczną, jakby jednocześnie kuszącą i pragnącą zniechęcić do odwiedzenia krainy, o której nigdy do końca nie wiadomo, czy jest bardziej legendą, złudzeniem czy rzeczywistością.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jechał tam na zaproszenie księcia Ventoux, ostatniego potomka Jana de Beauduc, szlachetnie urodzonego rycerza, wsławionego w walce z Albigensami – heretykami brutalnie wytępionymi w pierwszej połowie trzynastego wieku – i jednego z pomysłodawców inkwizycji, tak doskonale później realizowanej przez dominikanów. Historia niewiele o nim mówi, wiadomo jednak z pewnością, że Jan de Beauduc należał do zdobywców Carcassonne, gdzie wsławił się niezwykłym okrucieństwem; był przyjacielem papieża Innocentego III i protegowanym króla Ludwika VIII, który tuż przed śmiercią, w czasie drogi powrotnej z Awinionu, nadał mu ziemię i tytuł księcia Ventoux.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Piotr Wilhelm – bo takie imiona nosił ostatni z książęcego rodu – należał do mężczyzn subtelnych. Niewysoki, szczupły, siwiejący brunet, zawsze zadbany i nienagannie ubrany, wyglądał bardziej na lekarza rodzinnego czy adwokata, niż na człowieka pochodzącego w prostej linii od kogoś, kogo dzisiaj nazwalibyśmy zbrodniarzem. Jednak pomimo pozorów fizycznej normalności, posiadał cechę różniącą go od zwykłych ludzi, a którą obdarzeni byli wszyscy męscy potomkowie Jana de Beauduc – dodatkowe małe palce u obu stóp. Z tego powodu wszystkie buty miał nieco szersze, robione na zamówienie, i poruszał się w sposób bardziej płynny, można by rzec, tygrysi. Jego matka, Teresa de Montfort, chciała pozbawić go tych palców zaraz po urodzeniu, zanim jednak zrealizowała ten zamiar, zginęła tragicznie spadając ze schodów. Wychowywany przez ojca, Filipa Wilhelma oraz liczne, zmieniające się często guwernantki i prywatnych nauczycieli, przystojny i błyskotliwy, wyrósł na młodzieńca, za jakim oglądają się kobiety w każdym wieku. Jak wszyscy mężczyźni noszący nazwisko Ventoux ukończył szkołę wojskową, zrobił doktorat z filozofii i osiadł na zamku w Gordes, jednym z kilku należących do rodu, poświęcając się – z chronicznego braku wypraw krzyżowych i wojen – ornitologii, filatelistyce i pisaniu poezji w języku prowansalskim. Wolne od twórczości literackiej i rysowania ptaków chwile poświęcał na romanse, które pewnie trwałyby długo, gdyby nie Maria Camarès, drobna, ponętna szatynka z Langwedocji. Jej zielone oczy i idealnie gładka skóra na równi z błyskotliwym intelektem opętały go niemal do szaleństwa i doprowadziły do zaręczyn. Tworzyli piękną parę. Młodzi, bogaci, wykształceni, stali się dla całej południowej Francji symbolem szczęścia, aż do chwili, gdy starzejący się już Filip Wilhelm spadł z konia i po kilku dniach zmarł. Piotr i Maria okryli się żałobą, a po dwóch tygodniach zaręczyny zostały zerwane. Maria wstąpiła do klasztoru, a Piotr nigdy nie związał się z żadną kobietą. Wtedy też powstały jego najlepsze wiersze, zaliczane dzisiaj do klasyki literatury prowansalskiej, na równi z pieśniami trubadurów i poezją Mistrala, oraz słynny poemat „Camargue” opowiadający o miłości rycerza – zdobywcy Béziers i pięknej albigenski, którą, wbrew słowu danemu papieżowi, że wytnie wszystkich heretyków, uratował z rzezi i schronił się z nią na niedostępnych bagnach delty Rodanu. Dopiero po czterdziestu latach poemat ten przyniósł mu sławę i deszcz nagród, co dowodzi, jak bardzo potrafią się mylić tak zwani znawcy literatury co do sobie współczesnych poetów i pisarzy, zwykle wynosząc tych, z którymi przestają, a o których historia zapomina szybciej, niż spala się magnezja. Piotr Wilhelm Ventoux stał się dla maleńkiego Gordes tym, kim Kawafis dla Aleksandrii i Mistral dla Arles, i chociaż już od kilkudziesięciu lat mieszkał w Górnym Zamku, właściwej siedzibie rodu, przestał pisać i rzadko opuszczał twierdzę, to mieszkańcy całego Lubéron, ba, całej Prowansji i Langwedocji uważali go za swojego największego poetę i oddawali mu cześć niemal boską.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zgodnie z listowną instrukcją, którą otrzymał od księcia, nie dojechał na sam szczyt, ale kilometr wcześniej zjechał z asfaltowej drogi. Skręcił na południe, w wąskie koleiny, ciągnące się stromymi serpentynami w stronę przysadzistej konstrukcji, sprawiającej wrażenie romańskiego kościoła. Poznał z opisu, że to Górny Zamek – znacznie mniej okazały od kilku innych, należących do Ventoux, ale z jakiegoś powodu stanowiący od roku 1289 główną siedzibę rodu. Postawiony na grani, częściowo wykuty w skale, nie był najwyższym osiągnięciem architektury tamtych czasów, zachłystującej się już wtedy od stu pięćdziesięciu lat strzelistą wyniosłością gotyku. Z trzech stron chroniony urwiskami, z czwartej prowadziła do niego niezbyt szeroka droga, doskonale widoczna z zamku, ponieważ cały teren pozbawiony był w zasadzie roślinności – jeśli nie liczyć kępek z rzadka rosnących sucholubnych traw i ziół. Podobno pod budowlą ciągnął się system labiryntów i korytarzy, którymi obrońcy w czasie oblężenia niepostrzeżenie mogli się wydostać po żywność i pomoc. To przypuszczenie jeszcze bardziej pogłębiało aurę mrocznej tajemniczości, podobnie jak opowieści o ukrytych w zamku skarbach oraz nieszczęśnikach, którzy usiłowali je wykraść, lecz zagubieni pośród skalnych korytarzy umierali w nich z głodu i pragnienia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zatrzymał samochód przed solidną, drewnianą bramą i zatrąbił. Po chwili, z głośnym skrzypieniem otworzyły się wrota. Wjechał na dziedziniec, a właściwie nieduże podwórko. Wysiadł, wyjął z bagażnika torbę podróżną, postawił ją na dachu auta i rozejrzał się dookoła. Dopiero wtedy zrozumiał, dlaczego wieczorami – tylko w domowym zaciszu i wystraszonym szeptem – mówi się o obłędzie księcia, dziedzicznym jak szósty palec u stóp, szaleństwie niemal świętym, przejmującym potwornością swoich zdegenerowanych owoców. Całe podwórze było wybrukowane ludzkimi czaszkami – może prawdziwymi,bva może wykonanymi z dolomitu lub jakiejś innej miejscowej skały. Podobnie wewnętrzne mury zamku, niczym makabryczna mozaika, składały się z tysięcy czaszek, ułożonych jedna na drugiej. Miał wrażenie, że każda jest inna, różniły się wielkością, uzębieniem, stopniem uszkodzeń. Z oczodołów i ust wielu z nich wyrastały rozchodniki i rojniki, skalnice i mak alpejski, a w miejscach nasłonecznionych lawenda i tymianek – nawet dla niespecjalnie zaznajomionego z botaniką człowieka, to pomieszanie roślin, pochodzących z różnych stref klimatycznych, wydawało się dziwne. Niektóre z wyżej położonych czaszek zajmowały ptaki, głównie wróble i jaskółki, znajdując w nich przytulne gniazda.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Stał na środku podwórza i z podziwem wymieszanym ze strachem przyglądał się makabrycznemu widokowi. Gdy otworzyły się drzwi wieży i stanął w nich średniego wzrostu, przystojny mężczyzna po sześćdziesiątce, rozpoznał w nim księcia Ventoux. Ubrany był w nieskazitelnie biały, sportowy garnitur, kapelusz borsalino i czarną apaszkę w srebrne grochy. Nie miał butów i wyraźnie było widać dodatkowy szósty mały palec u każdej stopy, rosnący nieco na zewnątrz. Książę zbliżył się do niego zgrabnie przeskakując z czaszki na czaszkę, w sposób wyraźnie wskazujący nie na przypadkowość, ale na przemyślany i głęboko uzasadniony system kroków. Stanął, zdjął kapelusz, ukłonił się, wymamrotał coś po prowansalsku i zniknął w drzwiach po drugiej stronie małego dziedzińca. Po chwili wyszedł mężczyzna, którego strój wskazywał na pełnioną na zamku funkcję lokaja. Bez słowa wziął torbę i wskazał kolejne drzwi. Poszedł za służącym, małym garbatym człowieczkiem z zastygłym na twarzy diabolicznym grymasem ni to uśmiechu, ni to bólu. Wspinali się po kamiennych, krętych schodach oświetlonych słabymi żarówkami, aż znaleźli się w wąskim korytarzu, na którego końcu ujrzał drzwi pokryte płaskorzeźbami, wskazującymi na niezłe umiejętności rzemieślnicze ich autora, i jego niespożytą wyobraźnię. Wyrzeźbione sceny przedstawiały nagie kobiety z końskimi głowami grające w szachy z delfinami, małpy w królewskich koronach przeglądające się w lusterkach, mężczyzn splecionych w miłosnych uściskach z dwunogimi bykami i erosy oślepiające myśliwskie psy. Klamka z brązu, w kształcie fallusa, wystawała z ogromnego zamka przypominającego waginę. Weszli do środka. Wnętrze pokoju, w którym miał spędzić najbliższe dni, urządzone było ze smakiem, w tonacji sieny i beżu, z elementami stłumionej czerwieni, żółci i błękitu. Pod oknem stało duże dębowe biurko z przyborami do pisania, na ścianach wisiało kilka obrazów – doskonałych kopii późnego van Gogha albo dzieł jego epigona – i kilka pasteli Witkacego, robiących wrażenie oryginalnych portretów. Całość uzupełniały dwa pluszowe fotele, wygodne szerokie łóżko, krzesło i szafa. Za kolejnymi drzwiami znajdowała się łazienka, mała, ale za to z dziewiętnastowieczną mosiężną wanną, urządzona w słonecznych kolorach i ozdobiona stojącymi w trzech wazonach suszonymi kwiatami. Swoim zwyczajem od razu postanowił wziąć szybki prysznic. Gdy wyszedł, jak zwykle niewytarty, znalazł na biurku zostawioną przez garbatego lokaja informację, że obiad jest o szesnastej, w ogrodzie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Książę już czekał, wygodnie rozparty w wiklinowym fotelu, z papierosem w dłoni. Bez kapelusza wyglądał nieco starzej, ale za to godniej, z widoczną siwizną i długimi, przerzedzającymi się włosami. W jakiś niejasny sposób doskonale komponował się z ogrodem, który, ukryty za wysokim wapiennym murem, z jednej strony stanowił absolutnie piękne dzieło sztuki, wspartej ogromną wiedzą o uprawie roślin, z drugiej, jawił się na pierwszy rzut oka jako zbiorowisko najbardziej makabrycznych wytworów rzeźbiarskiej pracowni szaleńca, jakby celowo wyszukanych najpotworniejszych form wykutych genialną ręką w kamieniu. Nigdy jeszcze, w żadnym ze znanych sobie ogrodów, nie widział takiego przedziwnego zestawienia oszałamiających urodą i wonią kwiatów z monstrualnymi i zdeformowanymi ludzkimi postaciami. A wszystko na niewielkiej, wyrąbanej w skale powierzchni, co potęgowało intensywność sprzecznych doznań. Ventoux zauważył jego oszołomienie, wziął go pod rękę i oprowadził po tej swoistej galerii. Z dumą wyjaśniał, że to licząca osiem wieków kolekcja tworzona przez jego przodków, którzy zatrudniali najlepszych artystów swoich czasów, by uwiecznili w białym marmurze owoce bujnej, a niekiedy chorej książęcej wyobraźni. Skuszeni sowitą zapłatą rzeźbiarze tworzyli tutaj w tajemnicy przed światem dzieła, o jakich nie słyszano wśród historyków sztuki. Nic zresztą dziwnego, że historia milczała o tym zbiorze kamiennych arcydzieł. Artyści, ani nikt ze świadków, nigdy o nich nie wspominali, pod groźbą śmierci i potępienia – o tyle poważną, że wszyscy Ventoux byli znani z dotrzymywania obietnic i dobrze ustosunkowani na dworze papieskim, mieli również liczne znajomości pośród możnych i władców. Nie mniej istotna była też ciągle żywa pamięć o pierwszym z nich – okrutnym Janie de Beauduc.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szli powoli, oglądając rzeźby ustawione zgodnie z porządkiem chronologicznym, przystając kolejno przed dziełami Pisano, Donatella, Michała Anioła, Berniniego; nie brakowało nawet bardziej współczesnych – Rodina i Arpa. Niezależnie od epoki i talentu artysty, przedstawiały one postacie nagie, często zdegenerowane i wynaturzone, z okrutnymi grymasami na twarzach, spółkujące z wężami, mordujące własne dzieci, duszące się wzajemnie – piękne jako formy, potworne jako treść. Szczególną uwagę przykuwała rzeźba dłuta Donatella, przedstawiająca kobietę z głową konia – taką samą jak te na drzwiach jego pokoju. Jednak w wersji z marmuru, kobieta o niezwykle pięknym ciele nie grała w szachy z delfinem, lecz ujeżdżała klęczącego, nagiego i garbatego mężczyznę z nadnaturalnej wielkości fallusem, jedną ręką ciągnąc go za włosy, drugą wbijając mu w odbyt trójząb gladiatora. Interesująca w swej absolutnej potworności była też rzeźba Hansa Arpa, przedstawiająca monstrualną waginę, z której wypełzały Erynie duszące Danae – jak głosił napis wyryty na postumencie przez artystę. Pomiędzy kolejnymi rzeźbami książę opowiadał o Francesco Petrarce, który, bawiąc tutaj z wizytą, 26 kwietnia 1336 roku zdobył szczyt Ventoux dając początek alpinizmowi, jako że wszedł na tę górę tylko po to, aby ją zdobyć. Uczcił to wydarzenie poematem, który wraz z wieloma innymi napisanymi w Górnym Zamku wierszami poety, pozostaje dla świata nieznany i znajduje się w zamkowej bibliotece. Innym sławnym poetą goszczącym w twierdzy był Frederic Mistral, ukochany mistrz Piotra Wilhelma, piszący po prowansalsku, a wcześniej był tu Kawafis, którego homoseksualne skłonności podzielał jeden z Ventoux. Każdy goszczący tutaj artysta zostawiał jakieś dzieło, inspirowane tym miejscem lub okolicą, stąd zamek pełen jest najwspanialszych przykładów prozy, poezji, sztuk plastycznych a nawet fotografii. Wiszące w jego pokoju obrazy van Gogha i Witkacego to, jak zapewnił książę, oczywiście oryginały – van Gogh, uzyskawszy tutaj na krótko pełną równowagę ducha, co potwierdzają jego niepublikowane listy do brata, postanowił powtórnie namalować kilka ze swoich pejzaży, dodając typowe dla tutejszego krajobrazu elementy, jak na przykład boria – chatki pasterskie, zaś Witkacy z upodobaniem malował portrety wszystkich mieszkańców zamku, upijając się nalewką na miodzie lawendowym, i napisał szkic nieznanej, rzecz jasna, powieści „Zapępienie dziwności” oraz dramat „Metafizyczne zgryźbienie Wątułów” – wszystko dostępne w bibliotece i na ścianach zamkowych komnat.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po obiedzie, który upłynął na rozmowach o filozofii średniowiecznej i łagodnej polemice o roli szkoły w Chartres dla współczesnej cywilizacji, książę poprosił go, by został na zamku jak długo zechce, ale także, by napisał coś wierszem lub prozą i zostawił jako ślad swojego pobytu – oczywiście groźba śmierci na wypadek ujawnienia dzieła już od lat nie istniała, ale dyskrecja była mile widziana. Zgodził się na to chętnie, tym bardziej, że towarzystwo było wyśmienite – na jednej półce z Witkacym, Kawafisem, Petrarką – kto by odmówił. Zanim przystapił do pracy, odwiedził bibliotekę. Rzeczywiście, rękopisy wydawały się autentyczne, podobnie jak dedykacje na podarowanych książkach. Zrozumiał, że to są prawdziwe skarby rodu Ventoux, o jakich mówiono we wsiach i miasteczkach Prowansji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wieczorem zaczął pisać. W końcu wypadało podziękować księciu za zaproszenie, które samo w sobie było wielkim wyróżnieniem. Pierwszy wiersz nosił tytuł „Zamek”. Zadedykował go gospodarzowi, chociaż to strofy osobiste, autobiograficzne i tchnące cudowną arogancją. Ale obaj uwielbiali taką błyskotliwą bufonadę – szczególnie, gdy uderzała w chamów, przebranych za panów. Przeczytał go Piotrowi Wilhelmowi po śniadaniu – książę był zachwycony:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Budowałem swój zamek&lt;br /&gt;na twardej opoce,&lt;br /&gt;wysoko ponad doliną.&lt;br /&gt;Nosiłem gładkie rzeczne kamienie,&lt;br /&gt;czasem ostre głazy z piargów,&lt;br /&gt;by budowla&lt;br /&gt;nie była jednolita.&lt;br /&gt;Praca przyjemna&lt;br /&gt;i niezbyt męcząca.&lt;br /&gt;Szczęśliwy&lt;br /&gt;często siadywałem pod jarzębiną,&lt;br /&gt;podziwiając widok&lt;br /&gt;z mojego szczytu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mieszkańcy doliny śmiali się ze mnie.&lt;br /&gt;Nie wierzyli,&lt;br /&gt;że można budować z kamieni,&lt;br /&gt;do tego tak wysoko i samotnie.&lt;br /&gt;Najbardziej szydzili ci,&lt;br /&gt;którzy nie mieli domów,&lt;br /&gt;wtórowali im żyjący w chatach&lt;br /&gt;z błota i gałęzi.&lt;br /&gt;Tym, którzy mieli domy z cegieł,&lt;br /&gt;nie było już do śmiechu.&lt;br /&gt;Mówili jedynie&lt;br /&gt;o wyższości wypalonej gliny&lt;br /&gt;nad kamieniem.&lt;br /&gt;Właściciele bogatych pałaców&lt;br /&gt;patrzyli zazdrośnie,&lt;br /&gt;czy moja budowla&lt;br /&gt;nie przyćmi urodą i mocą&lt;br /&gt;ich siedzib,&lt;br /&gt;wzniesionych zbiorowym wysiłkiem.&lt;br /&gt;Tylko nieliczni panowie&lt;br /&gt;okolicznych zamków&lt;br /&gt;mieli dla mnie uznanie.&lt;br /&gt;Oni znali rzadką sztukę budowy&lt;br /&gt;na szczytach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie minął rok,&lt;br /&gt;a gmach już lśnił w słońcu.&lt;br /&gt;Pierwsi strudzeni wędrowcy&lt;br /&gt;zachodzili w moje progi.&lt;br /&gt;Mówili, że droga do zamku trudna,&lt;br /&gt;ale warto ją było pokonać&lt;br /&gt;dla magicznych wnętrz,&lt;br /&gt;wykutych w skale komnat,&lt;br /&gt;ciepła kominka&lt;br /&gt;i herbaty z rumem.&lt;br /&gt;Widok z wieży&lt;br /&gt;też był godną zapłatą&lt;br /&gt;za wysiłek.&lt;br /&gt;Niektórzy&lt;br /&gt;zostawali na noc,&lt;br /&gt;inni znacznie dłużej.&lt;br /&gt;Już nie byłem całkiem samotny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ludzie z doliny&lt;br /&gt;przestali się śmiać.&lt;br /&gt;Mówili tylko z pogardą&lt;br /&gt;o moim zamku i o mnie.&lt;br /&gt;Podobno też,&lt;br /&gt;opowiadali przyjezdnym historię&lt;br /&gt;mojego szaleństwa.&lt;br /&gt;Niektórzy&lt;br /&gt;sprzedawali pamiątki –&lt;br /&gt;małe zameczki&lt;br /&gt;rzeźbione w drewnie.&lt;br /&gt;Wiem to&lt;br /&gt;od prawdziwych wędrowców.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pewnej nocy miałem sen:&lt;br /&gt;pękła tama w górze doliny,&lt;br /&gt;gniewna woda zmyła lepianki&lt;br /&gt;i zburzyła pałace.&lt;br /&gt;Wszyscy zginęli.&lt;br /&gt;Tylko panowie na zamkach zostali&lt;br /&gt;niewzruszeni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kilka dni później&lt;br /&gt;zawitał starzec.&lt;br /&gt;Dziwnie znajomy i krzepki.&lt;br /&gt;Mówił o strasznej powodzi,&lt;br /&gt;która oczyściła dolinę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;– Może teraz zaczną budować&lt;br /&gt;jeśli nie z lepszej materii,&lt;br /&gt;to przynajmniej z głową,&lt;br /&gt;nie na samym brzegu rzeki –&lt;br /&gt;powiedział.&lt;br /&gt;– Szkoda tylko,&lt;br /&gt;że smród trupów tak potworny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W ciągu kilku następnych dni powstały kolejne wiersze. W sumie napisał ich dwanaście, pod wspólnym tytułem „Liryki Prowansalskie”. Opublikował tylko ten jeden, pozostałe skrywa biblioteka rodu Ventoux.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Każdej nocy na zamku dochodziły go dziwne dźwięki, które początkowo uznał za właściwe dla tak starej budowli, gdzie po strychach i korytarzach hula wiatr. Później podejrzewał o ich wydawanie zwierzęta – liczne tutaj nietoperze, żenety, puchacze i orły. Jednak niektórych odgłosów nie mógł przypisać żadnemu zwierzęciu, przeciągom czy drewnianym podłogom i belkom. W końcu postanowił zapytać księcia zarówno o niepokojące dźwięki, jak i o pochodzenie czaszek na zamkowym dziedzińcu i murach. Ventoux nie wydawał się zaskoczony pytaniem. Odpowiedział, badawczo spoglądając na gościa i mrużąc oczy, że czaszki są prawdziwe, zbierali je jego przodkowie oraz on sam. Pochodzą z pól bitewnych całego świata, począwszy od Carcassone a skończywszy na Bośni. Każda czaszka jest zaksięgowana, ma swój numer, opis i znajduje się na planie, który wisi w gabinecie. Niektórym nawet – jeśli dało się to ustalić – przypisane jest konkretne imię i nazwisko. Za najcenniejsze jednak uważa te, które należały do ważnych albigensów, czarownic i dziewic posądzonych o kontakty seksualne z diabłem. Jest ich stosunkowo niewiele i są w najgorszym stanie, ponieważ do wyjątkowego zniszczenia przyczynił się ogień stosów. Wymagają więc częstej konserwacji, szczególnie po zimie, która na tej wysokości potrafi przynieść mróz a nawet śnieg. Natomiast w kwestii dźwięków zaproponował, że wszystko wyjaśni po kolacji, oczywiście, jeśli gość zobowiąże się do zachowania tajemnicy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przed wieczorem udali się do podziemi. Rzeczywiście, jak głosiły prowansalskie opowieści z Montage du Lubéron, korytarze były kręte, oświetlone jak wszystkie przejścia w zamku mdłym światełkiem najsłabszych żarówek. Podczas tej dziesięciominutowej wyprawy poczuł się całkowicie zagubiony i gdyby nie ciekawość i obecność księcia, zawróciłby z przyjemnością. Po kilkunastu krokach zupełnie prostego odcinka skalnego tunelu, dotarli do drzwi, podobnych do drzwi jego pokoju, ale ze znacznie mniej wyrafinowanymi zdobieniami. Po ich otwarciu ukazała się jego oczom sala, w której znajdowały się regały zastawione akwariami. Pływały w nich zanurzone, zapewne w formalinie, najdziwniejsze ludzkie stwory, jakich nigdy by nie wymyślił, istne humanoidalne potwory, zdegenerowane monstra, jednookie, pozbawione kończyn lub mające ich nadmiar, dwugłowe, garbate i pokryte guzami, gęsto owłosione lub posiadające sześć piersi. Wszelkie ponure niedoskonałości, ewidentne pomyłki Stwórcy i Natury znalazły się tutaj, jako kolejna, tym razem naprawdę potworna kolekcja rodu Ventoux. Pomiędzy regałami uwijał się garbaty lokaj, który go tydzień temu zaprowadził do pokoju, podobny zresztą do pozostałej służby, wyglądającej jak jednojajowe pięcioraczki. Przeszli przez to potworne panoptikum i dotarli do kolejnych drzwi, za którymi była wmurowana krata i znajdował się przytulnie urządzony pokój z niedużym oknem wychodzącym gdzieś na południe lub południowy zachód, jak zdążył się zorientować po kierunku światła i kolorach wieczornego nieba. Na łóżku ktoś leżał. Na ich widok podnióśł się leniwie. Było to monstrum, podobne do jednego z tych zanurzonych w akwariach, ale żywe. Niedużego wzrostu, z łysą, pokrytą olbrzymimi guzami czaszką, szpiczastymi uszami, wyrażnym garbem, szponiastymi dłoniami i zdeformowaną twarzą, obdarzony wyjątkowo potężnymi organami płciowymi, zaznaczającymi się pod spodniami. Potwór podszedł do nich, powąchał przez kratę, coś wymamrotał i wrócił do łóżka. Dopiero teraz książę zaczął wyjaśniać, że kolekcję tych dziwacznych okazów stworzył jego dziadek, na którego zlecenie na całym świecie wyszukiwano zdegenerowane ludzkie formy, zabijano i przysyłano do zamku jako eksponaty zoologiczne. Z kolei ojciec, Filip Wilhelm, zdobył kilka żywych egzemplarzy humanoidów w różnym wieku i hodował je tutaj, prowadząc nad nimi badania i próbując dociec przyczyny tak straszliwych deformacji. Jednocześnie usiłował rozwinąć ich możliwości intelektualne, ale te najbardziej pojętne z istot były w stanie co najwyżej pisać nowoczesną poezję i uprawiać malarstwo abstrakcyjne. Początkowo żyły krótko, od niemowlęctwa do śmierci około dwudziestu – trzydziestu lat, z czasem jednak, wraz z postępem farmacji coraz dłużej, nawet do czterdziestu kilku, jak ten, Marcel, ostatnia zdobycz Filipa Wilhelma. Gdy umierały, robiono im sekcje, badano narządy, zaszywano i zanurzano w formalinie. Książę długo nie wiedział o tym procederze, chociaż mieszkał tutaj jako dziecko, kilkanaście metrów nad nimi. Powiedział mu o wszystkim ojciec, dopiero na łożu śmierci, i nakazał, by poświęcił się sześciorgu spotworniałym istotom, zamkniętym w głęboko wykutych w skale i trudno dostępnych zamkowych celach. Wtedy też przyznał się Piotrowi Wilhelmowi, że sam zrzucił ze schodów jego matkę i dobił ją pogrzebaczem – zrobił to, ponieważ uparła się, że amputuje jego synowi szóste palce, na co jako Ventoux nie mógł się zgodzić za żadną cenę. Piotr, poznawszy już wszystkie mroczne rodzinne tajemnice, postanowił rozstać się ze swoją narzeczoną, Marią Camarès, by jej nie narażać na życie w nieustającym koszmarze, i całkowicie porzucił myśl o posiadaniu potomka, uznając, że powoływanie do życia kolejnego Ventoux byłoby krokiem nieodpowiedzialnym, i że najlepszym rozwiązaniem będzie poświęcenie się opuszczonym przez Boga nieszczęśnikom oraz sztuce. Wtedy to zrozpaczona Maria, nieświadoma przyczyn jego decyzji, wstąpiła do klasztoru w Vence, a on przez lata zajmował się poezją i wymierającymi powoli podopiecznymi, z których do tej pory został tylko Marcel, czterdziestopięcioletni i bardzo agresywny okaz. Jego to słyszeli mieszkańcy okolicznych miasteczek, uważając, że to duchy pomordowanych na zamku heretyków wołające o modlitwę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rankiem pożegnał się z księciem i wyjechał, zostawiwszy przepisane na czysto „Liryki Prowansalskie”, w tym ostatni, chyba najlepszy ze wszystkich, pisany nocą po wizycie w podziemiach, zatytułowany „Lawendowe pola”. Zadedykował te wiersze Piotrowi i Marii. Po kilku miesiącach dostał od księcia list z informacją, że Marcel zmarł. Rok później całą Prowansję obiegła wieść, że ostatni Ventoux nie żyje – jego ciało znaleziono w zamkowej wieży. Pozbawione szóstych palców leżało w miejscu, gdzie zginęła Teresa de Montfort. Przyczyn śmierci nie ustalono. W testamencie zostawił wszystko siostrom z klasztoru w Vence. Przełożona sióstr, Maria Camarès, przyjęła dar z wdzięcznością.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Opowiadanie jest rozdziałem powieści &lt;em&gt;Ogólna teoria jesieni&lt;/em&gt;, Editions Sur Ner, 2010. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-2205947229570233458?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/2205947229570233458'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/2205947229570233458'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/12/opowiadanie-tomasz-sobieraj-obed.html' title='Opowiadanie: Tomasz Sobieraj OBŁĘD KSIĘCIA VENTOUX'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-9185803694452111743</id><published>2011-12-05T23:43:00.000-08:00</published><updated>2011-12-05T23:59:53.769-08:00</updated><title type='text'>Pogranicza: Mariusz Bober JESIENNE RYTUAŁY - ROZLICZANIE Z CZASEM</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;W odległości 2 metrów od mojego wzroku leży sterta książek. Wiele z nich od przyjaciół. Piszą przypadkowo lub zawodowo. Tych co zawodowo niewielu. Ten kto pisze, uważa, że zalicza się do określonej kasty. Wielu z tych książek nie przeczytałem. Wielu autorom nie zrobiłem dobrze. Jesteśmy super egoistami. Dlatego osamotnieni? Ale nie samotni! &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Popatrzyłem na tą stertę książek i własnych zapisków i dociera do mnie, że jest już inaczej. Ten szczenięcy wzrok i podniecanie się na widok książek w witrynach sklepowych. Stoimy śliniąc się przy nich! Kiedyś tutaj stała będzie moja! Czasy się zmieniły. To patrzenie przez szybę jest zdecydowanie bardziej oschłe. Możliwe, że jedno z nielicznych nasyceń to liczba procedur jaką należy przejść nim stanie się szczęśliwym super egoistą. W mojej piwnicy leży ponad 1000 egzemplarzy pewnego pisma literackiego. Nawet nie próbuję rozdawać go za darmo.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Po tych kilku latach powinienem siedzieć z jarzącym się petem i gapić w okno jakieś przytulnej kawiarni. Powinienem w niej coś skrobać ołówkiem może nawet nie udając super egoisty.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Na skroni pojawiły się już pierwsze zmarszczki. Ale 19-sto latki dają mi 25 lat. Jeszcze chodliwy towar. Dobrze, że się mylą. W C.V. nie wpisuję już kolejnych algorytmów doświadczenia bo mówią by ograniczyć swoje życie tylko do dwóch stron. Reszta Twojego życia nikogo nie obchodzi. Przestałem też chodzić w tureckich obciachowych swetrach. Ale tureckie sweterki mogą pamiętać jedynie wybrańcy. Żyjemy obecnie w epoce w której szuka się wybrańców, którzy będą ratować planetę - od najazdu nas samych. Choć mówią, że pewna cześć kosmitów jest wredna to ta lepsza patrzy na nas z politowaniem. I tak trwa ta ludzka krucjata. Jedni niszczą inni budują. Z dwojga złego zawsze jest co robić.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Jeszcze tych kilka lat temu istniało namaszczenie. Wkładałem białą koszulę i myłem nogi. Przed pisaniem. Dzisiaj powaliłem się w dresie. Możliwe, że z Chin!&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Jesienią moje myśli zwykle stawały się brunatne. Nie piję burgunda. Tylko z metalizowanego kubka herbatę z cytryną. Lekkie przeziębienie. Chyba. Od czasu do czasu wybieram się w podróże tzw. astralne. Nie jeżdżę Inter City. Nigdy nie wiadomo, czy rozkład jazdy aktualny. Pociąg astralny zabiera mnie tam gdzie chce. Na życzenie do bezpowrotnego czasu kiedy to wałęsałem się w czarnej bawełnianej kurtce. Przetrwała tyle lat. Ten sentyment do rzeczy dobrych. Do rzeczy dobrej jakości.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Mam wrażenie, że pokolenie przedinternetowe i iPhonowe to zupełnie inna historia. Chodziło się na pocztę i pani wkładała w dziurkę. Kabelki, by zamówić rozmowę. Nie zawsze udawało się za pierwszym razem. Kto by tam wiedział za pierwszym razem. Listy do przyjaciół pisało się nawet kilka godzin. Dzisiaj zdania listów czy wiadomości to skrawek pamięci o tym co miało jakość. Piszę nadal wiecznym piórem.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Może za jakiś czas pochylę się z burgundem, (którego nigdy nie piję, będzie pierwszy raz) nad fortepianem. Przestanę się rozczulać nad ósemkami i zagram kilka piosenek. Z dali będzie sączył się biały reflektor. Na instrumencie kieliszek.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Po chwili wstajesz. Pewnym krokiem zbliżasz się do onieśmielonej kobiety. Patrzysz jej w oczy i mówisz. Wejdę w Twoje życie na zawsze. Wiem, że to Ty.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Scenarzysta tego dnia nie zadzwonił. Choć wstępnie spodobał mu się pomysł. Wcześniej wspominał, że takie scenariusze zdarzają się tylko w filmach. Rzadko w życiu. Niech nam złudzenie pozostanie – przytaknęliśmy.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;My super egoiści, Ci najlepsi, nie poddają się w znoju i swoich marzeniach. Bo przecież jak, skrzydeł się pozbyć? Śmiertelniku! Kiedy idziesz ulicą może zastanawiasz się czy człowiek, który właśnie Cię mija ma jeszcze jakieś marzenia. To straszne! Nie pytaj! Bo powie, żeś wariat. Narkoman albo co. Nawet kiedy nie pytasz wiesz, że nie mają skrzydeł. Naprawdę ich szkoda. W sandałach też mało kto chodzi. Zawsze to lżej.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Chwyciłem za ciężką rdzawą klamkę. Uchyliłem bramkę. Wszedłem po wielu latach w podwórko na Starym Mieście. Stolica kraju. Poczułem się obco. To już zupełnie inny czas.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Postanowiłem jednak zabawić się w barbarzyńcę. Znalazłem w ziemi przyrdzewiały gwóźdź.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Wydrapałem na czerwonej cegle kilka wersów tego expose. Na dole e-mail. Do tego celu założyłem specjalnie chronioną skrzynkę. W razie jakby co. W razie jakby zamiar barbarzyńcy okazał się zgubny w skutkach.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Na skrzyżowaniu ktoś wpada pod samochód. Na szczęście myśl technologiczna projektantów zapobiegła tragedii. Dziewczyna najadła się strachu. Kierowca też, przejechał prawie miłość. A mogło być inaczej.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;[…]&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Jeśli kiedyś spojrzysz na swoje życie i wyda Ci się, że wiele rzeczy jest już przegranych i rdza sypie się z Twojego serca nie trać skrzydeł. To Twoje marzenia! &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-9185803694452111743?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/9185803694452111743'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/9185803694452111743'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/12/pogranicza-mariusz-bober-jesienne.html' title='Pogranicza: Mariusz Bober JESIENNE RYTUAŁY - ROZLICZANIE Z CZASEM'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-734470549000768677</id><published>2011-12-05T23:09:00.000-08:00</published><updated>2011-12-06T22:25:06.113-08:00</updated><title type='text'>Esej: Dariusz Pawlicki O PRZEMIESZCZANIU SIĘ NA WŁASNYCH NOGACH I ŚWIATA POZNAWANIU</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;em&gt;Co jest pod nogami, na to nikt nie patrzy;&lt;br /&gt;śledzą okolice nieba. &lt;/em&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Marcus Tullius Cyceron&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Nie pamiętam dokładnie poglądu wyrażonego przez Edwarda Stachurę na temat najlepszego sposobu na przyglądanie się światu, poznawanie jego. Ale myśl w nim zawarta była taka, że najlepiej jest to czynić, po pierwsze, wędrując, a po drugie, winno się to odbywać boso.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zgadzam się ze Stachurą, że wędrowanie jest o niebo lepszym sposobem na to, niż jazda pociągiem, autobusem bądź samochodem osobowym; szczególnie wtedy, gdy jest się maszynistą, albo kierowcą. A o dwa nieba – od lotu samolotem. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Nie mam ich również jeśli chodzi o pokonywanie odległości konno czy na rowerze. W porównaniu z dwoma ostatnimi przypadkami, wędrowiec także będzie tym, który więcej dowie się o miejscach przemierzanych. To, że jeździec lub rowerzysta, nie wpominając o osobach przemieszczających się pojazdami mechanicznymi różnych rodzajów, przemierzy w tym samym czasie zdecydowanie dłuższą trasę niż piechur, jest bez znaczenia jeśli brać pod uwagę efekty „przyglądania się światu” (będzie o tym jeszcze mowa). Lecz turysta siedzący w siodle bądź na siodełku zobaczy nieporównanie więcej niż wtedy, gdy za oknami będzie widzieć jedynie poszczególne elementy krajobrazu, zresztą szybko znikające z pola widzenia. Gdy będzie pędził w jakimś pojeździe dwuśladowym to, co zapamięta ograniczy się bowiem do tych składników mijanej okolicy, które będą najokazalsze. Przyglądnięcie się innym, czyli tym tak naprawdę dominującym, bo najcharakterystyczniejszym, po prostu nie będzie możliwe. Tak jak umknie uwadze wszystko to, do czego odnotowania potrzebne są inne zmysły.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Obrazy utrwalone w czasie lotu samolotem, jeśli chodzi o świat rozpościerający się za oknami, są żałośnie ubogie: nocne niebo usiane bądź nie gwiazdami, plus księżyc; dzienne niebo upstrzone chmurami lub bezchmurne; do tego zarysy lądów w dole, albo warstwa chmur przesłaniających je. To znaczy wszystko to, co poza konturami wysp, bądź kontynentów, i tak dane jest obserwować piechurowi, jeźdźcowi, rowerzyście, pasażerowi pociągu, autobusu, samochodu osobowego. To że chmury będą oni zawsze obserwować z dołu, a nie z góry, jest mało istotne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Długie loty długo były mało popularne. I to nie tylko ze względu na ich cenę, ale chyba też ze względu na istotny problem: czym zająć się w podróży, gdy nie ma, dosłownie, na co patrzeć za oknem? Bo jak długo można spać (zresztą wielu nie może spać w czasie podróży, szczególnie podniebnej), czytać książki, oglądać kolorowe czasopisma, rozmawiać (jeśli w ogóle jest ktoś siedzący obok, chętny do konwersacji). Możliwość indywidualnego odtwarzania muzyki i słuchania radia, a przede wszystkim oglądania filmów na pokładzie samolotu, spowodowała (obok obniżenia cen przez przwoźników), że znacznie więcej osób zaczęło odbywać długie loty. I to nie tylko ponad jednym oceanem, z jednego kontynentu na drugi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pokonując odległości pieszo, ma się o wiele więcej okazji do wpadania w zachwyt, niż gdy korzysta się ze środków transportu. Chyba że jest się jedną z tych osób, u których podziw mogą wywołać jedynie wielkie obiekty, do tego sławne, jak chociażby Wieża Eiffla, Wielki Kanion rzeki Kolorado, Bazylika św. Piotra. A które pogardliwym prychnięciem skwitują mijany łan zboża. Uznają to bowiem za coś banalnego, codziennego, niewartego choćby chwili uwagi, zastanowienia, refleksji. Tak, dla takich osób czas poświęcony obiektom wspomnianego rodzaju, zawsze będzie czasem straconym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W dzienniku &lt;em&gt;Z podróżnej sakwy&lt;/em&gt; Matsuo Bashô, mistrz klasycznego haiku, na temat wędrowania wyraził się następująco:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Przedkładam marsz spokojny nad jazdę powozem (...). Mogę zatrzymać się w drodze tam, gdzie zapragnę i kiedy chcę – odejść (...)”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na temat skłonności do wędrowania Bashô (można o nim wręcz mówić: włóczykij) Mikołaj Melanowicz[1] napisał:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Za przykładem swych mistrzów, poetów chińskich: Li Po i Tu Fu, oraz japońskich: Saigyô i Sôgi dużo czasu poświęcił wędrówkom po kraju – obserwacje z podróży notował w postaci szkiców prozą i strof poetyckich haiku”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Henry D. Thoreau, autor niezmiennie skłaniającego mnie do przemyśleń &lt;em&gt;Waldenu, czyli życia w lesie&lt;/em&gt;[2], również był za przemieszczaniem się na własnych nogach. W jego przypadku, argumentem za tym, aby tak czynić, obok czerpania przyjemności z samego wędrowania, były finanse. Aby odbyć podróż jakimś środkiem lokomocji, trzeba bowiem ileś godzin przepracować. Natomiast Thoreau uważał, że zamiast przystępować do pracy, lepiej od razu wyruszyć pieszo. Może bowiem okazać się, że wędrowiec przybędzie do celu wcześniej, niż ten, który będzie podróżował pociągiem, albo dyliżansem (w naszych czasach – samochodem, pociągiem). Dlatego w &lt;em&gt;Waldenie&lt;/em&gt; znajduje się poniższe zdanie:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Przekonałem się, że najszybciej podróżuje się pieszo”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Deklarując na samym wstępie, że zgadzam się ze zdaniem Edwarda Stachury, natychmiast poczyniłem zastrzeżenie, że o „przyglądaniu się światu” będzie jeszcze mowa. Nie chciałem bowiem nazbyt szybko zdradzić na czym, moim zdaniem, owo przyglądanie się winno polegać. Teraz jednak przyszła pora na rozpisanie się na temat pozytywnych stron wędrowania połączonego z poznawaniem otoczenia. A będzie ono najlepszym na to sposobem, gdy będzie urozmaicone, mającymi miejsce, co pewien czas, postojami. Ich częstotliwość i długość winna zależeć od nasycenia otoczenia szczegółami budzącymi zainteresowanie wędrowców. Można w tej sytuacji mówić wręcz o wędrujących obserwatorach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rzecz jasna dla dokonania krótkotrwałej obserwacji, wystarczy przystanąć. Jednak jeśli będzie dłuższa, dobrze jest usiąść. I najlepiej, gdy będzie to połączone z wygodą. Wyrażę w tym miejscu pogląd, że dobre warunki towarzyszące obserwowaniu, są ze wszech miar wskazane, a nawet pożądane; niezależnie od tego czy się stoi, czy siedzi. Wówczas to, nie będąc rozpraszanym przez efekty wynikające ze sztywnienia mięśni nóg bądź pośladków, można uważnie przypatrywać się dookolnemu krajobrazowi. Dzięki temu stanie się możliwe, po pewnym czasie, wyłuskanie z otoczenia poszczególnych szczegółów, dotąd niewyodrębnionych, chociażby rzędu odległych drzew mogących sygnalizować obecność rzeki, a także jej przebieg. Dalszym krokiem może będzie podjęcie próby określenia, jakiego gatunku są to drzewa. Istnieje w takiej sytuacji także możliwość rozłożenia planu bądź mapy dla rozstrzygnięcia pojawiających się wątpliwości czy drzewa te, aby na pewno rosną nad rzeką, a nie wzdłuż drogi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niewątpliwą zaletą takiego sposobu przyglądania się, łączącego wędrowanie z, że tak powiem, przesiadywaniem, jest to, iż bezproblemowo łączy on prowadzenie obserwacji z odpoczynkiem. Choć kryje się w tym sposobie pewne niebezpieczeństwo: od któregoś „posiedzenia”, niektórzy wędrowcy mogą mieć narastające problemy ze wstawaniem i ruszaniem w dalszą drogę. Ale być może dzięki temu ich obserwacje będą jeszcze bardziej szczegółowe; dokonane już nie w makro-, ale w mikroskali. Przedmiotem takich pogłębionych dociekań obserwacyjnych mogą stać się np. małe ptaki (nie tylko, na przykład, okazałe myszołowy krążące nad polami) i owady. Przyglądanie się im zostanie wzbogacone przez efekty dźwiękowe w postaci zróżnicowanych treli skrzydlatych śpiewaków, jak i rozmaitych dźwięków wydawanych przez owady: cykań, bzykań, brzęczeń, buczeń itd.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Siedząc, podobnie zresztą jak idąc (podczas jazdy każdym mechanicznym środkiem transportu, będzie to ograniczone), ma się także bezpośredni kontakt z zapachami: zarówno tymi naturalnymi jak i będącymi efektem działalności człowieka. I będą to zapachy miejsc, przez które akurat będzie się szło, jak i te przyniesione przez wiatr. One zaś, uzupełniając wzrokowe i dźwiękowe spostrzeżenia, złożą się na, w miarę, pełny obraz konkretnego punktu na Ziemi; w miarę, gdyż nigdy nie będzie on kompletny. Ów obraz wędrowiec „poniesie” dalej. Niewątpliwie trwałość takiego wspomnienia z wędrówki, będzie zależeć, choć nie tylko, od ilości i wnikliwości poczynionych spostrzeżeń. Lecz najczęściej będzie tak, iż przesłonią je te późniejsze. I to tylko dlatego, że będą świeższe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie twierdzę jednak, ani mi to w głowie, że przerwy przeznaczone na siedzenie, winny być wyłącznie poświęcone odkrywaniu, dostrzeganiu itd. Bo czyż nie warto tego czasu również przeznaczyć na, po prostu, przyglądanie się pięknu otoczenia: wzgórzom zwieńczonym grupkami drzew, piaszczystym drogom wijącym się wśród pól, ścianie starego lasu itd. To delektowanie się pięknem okolicy, może zawierać w sobie coś, co jak najbardziej jest wskazane: uczucie przyjemności doznawane z powodu tego, że jest się teraz i tu. Byłoby zresztą idealnym rozwiązaniem, gdyby zadowolenie towarzyszyło nie tylko obserwacjom, ale i wędrowaniu. Przyglądanie się niech jednak nie trwa długo. W przeciwnym bowiem razie przejdzie niezauważenie w gapienie się, czyli niedostrzeganie, tak naprawdę niczego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W tym miejscu przytoczę wypowiedź Wojciecha Dudzika[3]:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Widok to nie to samo, co pejzaż albo krajobraz, chociaż często jest z nimi mylnie utożsamiany. Pejzaż albo krajobraz istnieje, żeby tak powiedzieć, obiektywnie: po prostu jest niczym obraz. Dlatego można go namalować albo sfotografować i tak utrwalony powiesić na ścianie. Widok zaś trzeba widzieć, zobaczyć, przyglądać mu się przez chwilę, zapamiętać, odczuć. Widok – tak jak teatr, jak widowisko – stwarzają dopiero oczy odbiorcy; nie istnieje dopóty, dopóki go ktoś nie zobaczy. I odwrotnie : ginie, gdy odwrócimy wzrok. Widok to dzieło człowieka. Sfotografowany ma zaś tyle samo wspólnego z owym dziełem, co fotos teatralny z przedstawieniem”.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;*&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Teraz z kolei nadeszła pora, aby ustosunkować się do drugiego punktu, przytoczonej przeze mnie z pamięci, wypowiedzi E. Stachury. To znaczy do, wnioskowanego przez niego, odbywania wędrówek boso. Autor Siekierezady tak czynił. Może nie stale i nie na długich dystansach, ale nie były to wyjątkowe zdarzenia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Idąc bez obuwia dozna się niewątpliwie dodatkowych wrażeń. Lecz nie chodzi o te, których doświadczy każdy nienawykły do chodzenia bez obuwia. Wrażliwe, wręcz „przewrażliwione” stopy, wymogą bowiem na sobie uwagę, która zdominuje wszystko inne. Natomiast jeśli rzecz będzie dotyczyła zaprawionego bosonogiego piechura, to we wspomnienia z odbytej wędrówki, wplatać on będzie informacje np. o temperaturze podłoża, po którym szedł, jego fakturze, jak i wrażenia z przechodzenia przez bagno, albo rżysko. À propos rżyska, to nie wyobrażam sobie odbycia po nim choćby krótkotrwałego spaceru, bez kilkakrotnych (minimum) treningów, które uczyniłyby spody stóp nieco bardziej zaprawionymi do znoszenia takich niewygód.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest jednak poważna przeszkoda w chodzeniu obecnie bez obuwia, przynajmniej w naszej części Świata, gdzie jeszcze niedawno nie należało do rzadkości używanie butów jedynie zimą, albo podczas wizyty w kościele. Edward Stachura, zmarły w 1979 r., miał jeszcze to szczęście, że żył w epoce (nie tak przecież odległej), gdy przemierzanie boso dróg, nawet tych głównych, nie wspominając już o polnych i leśnych, nie wiązało się z rychłym pokaleczeniem najpierw jednej bądź równocześnie obu stóp. Od czasu, gdy on wędrował w ten sposób ostatni raz, proces pokrycia naszego otoczenia odłamkami szklanymi i metalowymi, rozmaitej wielkości, przybrał katastrofalne rozmiary. I nadal postępuje. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;*&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Wędrowanie kojarzy się, chyba w powszechnym odczuciu, z przemierzaniem pól, łąk, lasów. Choć przejście przez wieś bądź wsie, może stanowić pożądany składnik takiej wędrówki. I to nie tylko ze względów aprowizacyjnych. Nie można bowiem wykluczyć i tego, że taka wizyta zostanie spożytkowana na przyglądnięcie się wiejskiemu życiu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na trasie wędrówki może pojawić się też miasteczko, albo małe miasto (powiedzmy, takie do sześćdziesięciu tysięcy mieszkańców). Większe bowiem, nie wspominając o aglomeracji, może stanowić, sam w sobie, cel wędrówki. Z tym, że w wypadku terenów miejskich, poruszanie się bez obuwia będzie jeszcze mniej prawdopodobne. I to nie tylko ze względu na zwielokrotnione niebezpieczeństwo zranienia stóp, ale także na zwyczaje panujące w mieście, gdzie boso się nie chodzi (nie inaczej, zresztą było za życia E. Stachury).&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;*&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;W tym miejscu nieco odbiegnę od głównego tematu niniejszego szkicu, którym, przypomnę, jest pochwała wędrowania przerywanego, następującymi w zależności od potrzeb, „posiedzeniami” dla spokojnego przyjrzenia się otoczeniu. A odbiegnę od owego tematu dla zwrócenia uwagi na...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Żyjemy w czasach, gdy jednym z podstawowych elementów wyposażenia osób podróżujących, nie tylko tych udających się na urlop, jest odpowiedni przewodnik. Bardzo prawdopodobne jest, że, przykładowo, biznesmen amerykański udający się w interesach na dzień do Holandii, wrzuci do torby opasły, ale zgrabnego formatu przewodnik zatytułowany Amsterdam. Bo a nuż, między jednym a drugim spotkaniem biznesowym, znajdzie pół godziny i zajrzy do Rijksmuseum, aby obejrzeć kolekcję obrazów Rembrandta. A o tej ekspozycji dowiedział się z ostatniego weekendowego wydania „The New York Timesa”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Adam Zagajewski w szkicu Koniec wakacji na powyższy temat pisze zabawnie o „(...) popularnych przewodnikach, z którymi turyści (...), kroczą przez Europę jak ślepcy z laską (...)”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trafne jest to porównanie turysty z przewodnikiem w garści do niewidomego wyposażonego w laskę. Bo czyż korzystanie z encyklopedycznych wręcz informacji, nie jest rodzajem ślepoty – niepatrzeniem, niedostrzeganiem tych elementów, które nie doznały swoistej nobilitacji w postaci odnotowania w książkach przebogato ilustrowanych (i nie tylko w nich). Zresztą kontakt z jakimś obiektem, nieważne czy wspomnianym w przewodnikach, czy też nie, gdy już do niego dochodzi, bardzo często sprowadza się tylko do popatrzenia na niego. Nie ma to jednak, jak zostało już zaznaczone, nic wspólnego z widzeniem. To znaczy z indywidualnym przeżyciem spotkania, którym może być, a jakże, „spotkanie” z budynkiem. Uczestnicy wycieczek zbiorowych, na takie przeżycia nie mają szans. Tak jak i ci indywidualni turyści reprezentujący typ „ślepca z laską” - na „patrzenie” czeka bowiem następny obiekt znajdujący się w wykazie Cuda Świata. Jest on tak ważny, że należy go Koniecznie „zaliczyć”, aby potem móc o nim wspomnieć w towarzystwie. Tymczasem już kilka wieków temu Claudio Monteverdi zauważył (wprawdzie na myśli miał przede wszystkim komponowanie utworów muzycznych):&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„szybko i dobrze niezbyt pasują do siebie”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O tej sprawie wspomina też w &lt;em&gt;Drodze do Sieny&lt;/em&gt;[4] Marek Zagańczyk. Czyni to przy okazji rozważań na temat piękna, którego poszukiwanie towarzyszy przyglądaniu się Światu. A pisze o tym m. in., że ono „nie znosi pośpiechu, omija umysły zmęczone (...). Rozczarowanie i znużenie spada najczęściej na niecierpliwych wędrowców”. Dodaje też, iż „dobrze jest przynajmniej na chwilę porzucić kłopoty, zwolnić codzienny rytm, szukać skupienia”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tłumy nosicieli przewodników, poruszających się w szybkim tempie, pomijają wszystko to, co znajduje się pomiędzy obiektami „jak najbardziej godnymi uwagi”. A owo „wszystko” jest równie ważne, gdyż współtworzy charakter, klimat jakiegoś miasta, jakiejś krainy. To zupełnie tak, jak ktoś, kto spędził dwa tygodnie, przykładowo, na Seszelach, a dokładnie - na zalanej słońcem plaży rozciągającej się tuż obok hotelu. Po powrocie do miejsca zamieszkania, w jego wspomnieniach zostanie tylko plaża (nasłonecznienie i rodzaj piasku) i hotel (wyposażenie i poziom obsługi). Bo o innych wrażeniach, w takiej sytuacji nie może być mowy; już dawno zauważono, że z pustego i Salomon nie naleje. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;*&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Poznawanie Świata na własnych nogach, urozmaicone przyglądaniem się jemu na siedząco, może też polegać na zaznajamianiu się, ale gruntownym, z miejscem, które... zamieszkuje się (owo miejsce też jest Światem). Ten sposób nie jest obecnie w modzie.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Doskonałym przykładem takiego właśnie podejścia do sprawy, jest przywoływany już w tym tekście H. D. Thoreau, który na wspomniany temat napisał:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Podróżowałem po Concord” (za jego życia miasteczko, nie liczyło nawet dwóch tysięcy mieszkańców). W ten lapidarny sposób wyraził brak potrzeby poznawania odległych krain, ich zaliczania. A to w przypadku bardzo wielu ludzi, żyjących na przełomie XX i XXI wieku, stało się wręcz koniecznością. Czego skutkiem po pewnym czasie jest zlewanie się w jeden obraz wielu wspomnień.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najpewniej gdyby Thorau pojawił się ponownie na Ziemi, i to teraz, także nie czułby wspomnianej potrzeby. Poznawanie Świata w przypadku owego transcendentalisty przybrało diametralnie inną postacią. Było to bowiem zaznajamianie się, niemal, metr po metrze z rodzinną miejscowością i jej otoczeniem: z mieszkańcami, farmami, drzewami, jeziorami (nie tylko ze sławnym później Waldenem), śladami po dawnych domostwach, opisywanie ścieżek i dróg, wspominanie zdarzeń z bliższej i dalszej przeszłości, obserwowanie zmian w przyrodzie... A wszystkie te elementy pojawiały się potem na stronach jego esejów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tego typu poznawanie jest niespieszne, rozłożone na wiele lat. Dlatego jest gruntowne. I może następować w ramach normalnych, codziennych zajęć. Nie trzeba nań urlopów. O mającym często miejsce nie zauważaniu tego, co ma się pod przysłowiowym nosem, wspomina Edward Estlin Cummings w wierszu bez tytułu:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;jeśli szukasz prawd&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;nie wkraczaj na trakt&lt;br /&gt;trakty wiodą ku&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;a prawda jest tu[5]&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Takie zaznajamianie się ze Światem dosłownie najbliższym, reprezentuje także Charles Reznikoff. Ów poeta, przez zdecydowaną większość życia związany z Nowym Jorkiem (przede wszystkim z Manhattanem), codziennie odbywał po nim kilkukilometrowe wędrówki. I to w czasie ich trwania powstała większość jego prostych, bardzo charakterystycznych wierszy. A jeśli nie one same, to pomysły na nie. Poniższy jest tego przykładem:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[&lt;em&gt;Wokół rozkopów&lt;/em&gt;]&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wokół rozkopów&lt;br /&gt;przysiadła chmara jasnoczerwonych&lt;br /&gt;lamp[6].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdy Charles Reznikoff zaczął cieszyć się pewnym uznaniem, rząd Izraela zaprosił go do odwiedzenia ojczyzny jego przodków. Poeta z zaproszenia jednak nie skorzystał. Władzom izraelskim podobno odpowiedział, że to dlatego, iż jeszcze nie dość dobrze poznał Central Park. Jeśli miałaby to być tylko anegdota, to został w niej trafnie oddany stosunek Reznikoffa do ukochanego, rodzinnego[7] miasta. I mimo, że był poetyckim kronikarzem nowojorskiego, miejskiego życia, wiele go łączy z żyjącym trzy wieki wcześniej, wspomnianym Matsuo Bashô. Obaj byli bowiem wędrującymi (dosłownie) poetami, tyle że jeden poruszał się ulicami, a drugi polnymi i leśnymi drogami bądź ścieżkami. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To co wyniesiemy z pieszej wycieczki, zależeć będzie w znacznej mierze od naszej spostrzegawczości i, w tym samym stopniu, wrażliwości. Ważną w tym rolę odegra także nasza wiedza, zainteresowania. Bo przecież obserwacje poczynione z tego samego punktu w terenie, i w tym samym czasie, będą z pewnością różniły się, w zależności od tego, kto ich dokona. Czy będzie to artysta malarz, historyk zajmujący się dziejami przemysłu czy robotnik budowlany. Najprawdopodobniej każdy z nich dostrzeże coś, na co drugi nie zwróci uwagi, jedynie muśnie wzrokiem. A jeśli nawet jego uwaga skupi się na nim na dłużej, to i tak jej owocem nie stanie się jakaś refleksja. I chyba to właśnie miał na myśli poeta i eseista Czesław Miłosz pisząc:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Jaki jesteś, tak i widzisz;” a co malarz Władysław Strzemiński wyraził równie zwięźle:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Widzimy to, co wiemy”. Malarz, rysownik i grafik Andrzej Strumiłło, uczeń tegoż Strzemińskiego, podsumował to równie lakonicznie:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Tyle słyszymy, ile mamy w sobie”.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Przypisy:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[1] &lt;em&gt;Haiku&lt;/em&gt;, wstęp M. Melanowicz, Wrocław: Ossolineum, 1983.&lt;br /&gt;[2] H. D. Thoreau, &lt;em&gt;Walden czyli życie w lesie&lt;/em&gt;, tłum. H. Cieplińska, Warszawa: PIW, 1991.&lt;br /&gt;[3] W. Dudzik: &lt;em&gt;„Schöne Aussichten”. Wstęp do antropologii widoku&lt;/em&gt;. Twórczość, 6/2005.&lt;br /&gt;[4] M. Zagańczyk, &lt;em&gt;Droga do Sieny&lt;/em&gt;, Warszawa: Fundacja Zeszytów Literackich, 2005.&lt;br /&gt;[5] tł. Stanisław Barańczak.&lt;br /&gt;[6] tł. Piotr Sommer.&lt;br /&gt;[7] Charles Reznikoff urodził się w 1892 r. na Broooklynie, który wówczas był odrębnym miastem (do Nowego Jorku został przyłączony w 1898 r.).&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-734470549000768677?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/734470549000768677'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/734470549000768677'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/12/esej-dariusz-pawlicki-o-przemieszczaniu.html' title='Esej: Dariusz Pawlicki O PRZEMIESZCZANIU SIĘ NA WŁASNYCH NOGACH I ŚWIATA POZNAWANIU'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-5845016001583793604</id><published>2011-12-05T22:58:00.000-08:00</published><updated>2011-12-05T23:07:38.107-08:00</updated><title type='text'>Esej: Katarzyna Karczmarz OD PERCEPCJI DO WYOBRAŹNI</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;em&gt;A ono sobie ani ziarnkiem, ani piasku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;Wisława Szymborska&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Dzięki przyzwyczajeniom wyniesionym z życia sprowadzam fotografię zazwyczaj do roli świadka rejestrującego wydarzenia wynikające wprost z istoty upływającego czasu. Gdy patrzę na obraz fotograficzny, widzę bezpośrednio to, co jest przedmiotem przedstawienia. Np. butelka, pomimo że widzę ją tylko jako specyficzną kopię oryginału, wciąż służy do tego aby z niej pić, koszyk do tego, by coś w nim noszono, a łopatą zwykle kopie się grządki w ogrodzie... Można w tym miejscu trywialnie stwierdzić, że jako medium fotografia jest niemal przezroczysta, tak jakby ograniczała się do roli posłańca pomiędzy rzeczywistością a odbiorcą obrazu. To zaś jest kardynalną i fascynującą cechą fotografii.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Sfotografować rzecz, to także znaczy stworzyć obraz, a więc powołać do życia coś nowego, coś co poza śladem rzeczywistości posiada również własną autonomię. Kiedy patrzę na fotografię przyjmując z beztroską przyjemnością prawdę przedstawienia, po chwili uzmysławiam sobie obecność specyfiki samego obrazu. Jego struktura estetyczna stanowi bowiem również o znaczeniu całości, które nie kończy się tylko na relacji o tym co przedstawione treściowo.&lt;br /&gt;&lt;em&gt;&lt;/em&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;em&gt;Obiekty banalne&lt;/em&gt; Tomasza Sobieraja skłaniają do postawienia pytań o te właśnie dwa aspekty fotografii: o prawdę samych przedmiotów – banalnych obiektów, jak nazywa je autor, jak i o znaczenie obrazu fotograficznego jako takiego. Pytając o naturę obiektów banalnych zastanawiam się, czym są w istocie owe karafki, puszki, fotele, sedes i inne sfotografowane przedmioty? Na ile są jedynie cywilizacyjnymi odpadkami, pozbawionymi swoich pierwotnych funkcji rzeczami, zdegradowanymi do roli śmieci? Patrząc poprzez fotografię przypomina mi się nieodparcie wiersz Wisławy Szymborskiej, który w sposób esencjonalny wyraża prostą prawdę tych przedmiotów:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zwiemy je ziarnkiem piasku.&lt;br /&gt;A ono sobie ani ziarnkiem, ani piasku.&lt;br /&gt;Obywa się bez nazwy&lt;br /&gt;ogólnej, szczególnej,&lt;br /&gt;przelotnej, trwałej,&lt;br /&gt;mylnej czy właściwej. [1]&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Człowiek często mieni się władcą wyznaczającym granice tożsamości rzeczy, podczas gdy jedyne co mu się udaje, to wyznaczyć granice własnego postrzegania. I tak, bezużyteczność obiektów banalnych jest zasadna wyłącznie z perspektywy ich kulturowej użyteczności. Powstaje obieg zamknięty: wytworzone w kulturze przedmioty istnieją wyłącznie w zakresie swoich funkcji i znikają, gdy ta wyczerpuje się, gdyż sposób myślenia o nich – także będący wytworem kultury – oparty jest o pragmatykę. Tomasz Sobieraj poddaje w wątpliwość tę konwencję, pytając swoim cyklem fotografii o naturę rzeczy samych w sobie, będących poza ich kulturowym przeznaczeniem. Ostatnie wersy wiersza Szymborskiej zdają się to potwierdzać:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czas przebiegł jak posłaniec z pilną wiadomością.&lt;br /&gt;Ale to tylko nasze porównanie.&lt;br /&gt;Zmyślona postać, wmówiony jej pośpiech,&lt;br /&gt;a wiadomość nieludzka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Inne pytanie, jakie stawiam sobie patrząc na &lt;em&gt;Obiekty banalne&lt;/em&gt; Tomasza Sobieraja, dotyczy samej struktury obrazu. Co decyduje o tym, że fotografia staje się czymś więcej niż tylko posłańcem rzeczywistości? Aby właściwości obrazu mogły swobodnie dojść do głosu, muszę zneutralizować narzucającą się w pierwszym wrażeniu prawdę faktów. Muszę także pozwolić, aby wyobraźnia dokonała swojej powinności, sprowadzając do wspólnego mianownika to, co prawdziwe i to, co wyobrażone. Kształty przedmiotów nałożone metodą wielokrotnej ekspozycji na naturalne struktury liści i traw tworzą harmonijne deformacje – kompozycje skończone, które pozwalają się czytać językiem estetyki. Nie potrafię wskazać konkretnego momentu, kiedy to się dzieje, że od obserwacji tych kilku przedmiotów poprzez relację i sprawozdanie, przechodzę do rozważań nad obrazem, który jest już czymś innym niż same obiekty banalne, ale jednak pozostaje permanentnie z nimi związany.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Przechodząc od percepcji do wyobraźni dokonuję tego, co Jean-Paul Sartre w swojej koncepcji estetyki uważał za warunek konieczny, aby można było mówić o sztuce: zarówno artysta jak i odbiorca muszą dokonywać tej konwersji nieustannie – artysta tworząc, a odbiorca – patrząc i interpretując. &lt;em&gt;Obiekty banalne&lt;/em&gt; Tomasza Sobieraja prowokują wyobraźnię w sposób naturalny i konieczny, odkrywając tym samym swoją autonomiczność, którą tak trudno zwerbalizować, jak zresztą wszystko co związane jest z obszarem metafizyki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[1] Szymborska, W. (1997). &lt;em&gt;Widok z ziarnkiem piasku&lt;/em&gt;. W: &lt;em&gt;Widok z ziarnkiem piasku. 102 wiersze.&lt;/em&gt; Wydawnictwo a5, Poznań, str. 107-108.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Tekst pochodzi z katalogu wystawy Tomasza Sobieraja &lt;em&gt;Banal Objects&lt;/em&gt;; Fotoseptiembre USA - SAFOTO, Instituto Cultural de México, San Antonio, USA, 2011.&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-5845016001583793604?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/5845016001583793604'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/5845016001583793604'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/12/esej-katarzyna-karczmarz-od-percepcji.html' title='Esej: Katarzyna Karczmarz OD PERCEPCJI DO WYOBRAŹNI'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-8896202245645163319</id><published>2011-12-05T22:54:00.000-08:00</published><updated>2011-12-05T22:56:26.160-08:00</updated><title type='text'>Felieton: Igor Wieczorek DEMON NAMIĘTNOŚCI</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;W przeciwieństwie do organizmów prymitywnych, które rozmnażają się zwykle przez podział, człowiek rozmnaża się drogą reprodukcji płciowej. To arcyciekawe zjawisko bawi producentów pornografii. Pornografia – ich zdaniem – sprzyja nawiązywaniu więzi międzyludzkich i dopomaga w przezwyciężaniu napięć tkwiących w anonimowym społeczeństwie. Wielu polityków, psychologów i biegłych sądowych twierdzi nawet, że w krajach, które wprowadziły do rozpowszechniania pornografię, odnotowuje się wyraźny spadek liczby przestępstw seksualnych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oburzeni moraliści stawiają problem inaczej. Ich zdaniem pornografia jest przejawem alienacji seksualnej. Seks, związany pierwotnie z funkcją prokreacyjną, przekracza ramy popędu i staje się kopulacją niezgodną z pierwotnym sensem. Taka zwyrodniała kopulacja jest dezintegracją miłości. Zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy pornografii uważają się za nonkonformistów. Czy są nimi rzeczywiście?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chyba jedynym prawdziwym nonkonformistą w historii kultury polskiej był Piotr Odmieniec Włast.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Piotr Odmieniec Włast urodził się w 1876 roku w Grabowie nad Pilicą jako… Maria Komornicka, drugie z siedmiorga dzieci Anny z Dunin-Wąsowiczów i Augustyna Komornickiego. Wychowana w ziemiańskiej rodzinie, odebrała bardzo staranne wykształcenie i już w wieku szesnastu lat ujawniła niezwykły talent pisarski.. Nie tylko w rodzinnym Grabowie, ale i na warszawskich salonach uchodziła za cudowne dziecko.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W 1892 roku „Gazeta Warszawska” opublikowała jej pierwsze opowiadanie pt. „Z życia nędzarza”, a dwa lata później ukazał się tom poezji pt. „Szkice”. Z treści tych utworów wynikało niezbicie, że autorka źle się czuła w atmosferze pospolitości i podłości panującej w polskim społeczeństwie. Szczególnie nienawidziła „rzezimieszków dziennikarskich”, „ludzi-byków”, „ludzi-świń” i „ludzi z drewna”. W 1903 roku podczas pobytu w Paryżu poczuła, że jest mężczyzną. Najpierw kazała sobie usunąć wszystkie zęby, by uformować nową twarz, a następnie spaliła swoje suknie, przywdziała męski strój i ogłosiła rodakom, że nie jest już Marią Komornicką, ale nowym wcieleniem Piotra Własta, legendarnego założyciela rodu Dunin-Wąsowiczów, z którego pochodzi jej matka. Za ten bunt przeciwko konformistycznemu społeczeństwu zapłaciła wysoką cenę. Po powrocie do kraju została osadzona w domu wariatów, potępiona, wzgardzona i wyklęta na wieki wieków.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Być może dano by jej święty spokój, gdyby transpłciowość była w owym czasie powszechnie znanym zjawiskiem, a z pewnością byłaby takim zjawiskiem, gdyby istniał Internet, w którym – zdaniem wielu specjalistów – już blisko 15% stanowią treści pornograficzne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W miarę upływu czasu i w miarę rozwoju mass mediów polska opinia publiczna staje się coraz łaskawsza dla seksualnych „odmieńców”, czego najlepszym dowodem są polityczne sukcesy Anny Grodzkiej. Niestety ten wzrost tolerancji polega, między innymi, na wciąż rosnącym zainteresowaniu pornografią i wciąż malejącym zainteresowaniu literaturą erotyczną, która skłania nas przecież do nieco głębszej refleksji niż pornografia, dostarcza bardziej wysublimowanych bodźców estetycznych i zawsze ma jakiś walor edukacyjny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przed paroma tygodniami uczestniczyłem w spotkaniu promującym zbiór wierszy pt. „Seksapil Duszy” autorstwa utalentowanej wrocławskiej poetki, Izabeli Moniki Bill, która potrafi pisać o miłości fizycznej tak niebanalnie i śmiało, że aż dziw. Słuchając jej pięknych wierszy, zastanawiałem się nad tym, dlaczego demon namiętności, który nawiedzał przed laty Piotra Odmieńca Własta, przestał nawiedzać odbiorców najnowszej polskiej poezji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czyżby ten dziki demon już nie żył i nie miał się dobrze? &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-8896202245645163319?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/8896202245645163319'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/8896202245645163319'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/12/felieton-igor-wieczorek-demon.html' title='Felieton: Igor Wieczorek DEMON NAMIĘTNOŚCI'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-8795875187523239725</id><published>2011-12-05T22:49:00.000-08:00</published><updated>2011-12-05T23:42:45.462-08:00</updated><title type='text'>Pogranicza: Łukasz Jasiński MINIATURY</title><content type='html'>&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Perspektywa&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W moim pojęciu podejście sceptyczne świadczy o dystansie wobec świata, idea realistyczna o pełnej dojrzałości emocjonalnej, a ironiczny pesymizm – o inteligencji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pracuję w skostniałym systemie, który w samym zarodku niszczy wszystkie możliwe wyróżniające się jednostki. I pod żadnymi pozorami nie płaci za wykonaną pracę, ale za spędzone godziny przy biurku. Nie toleruje aktywności osobistej, alternatywnej wizji pracy i jakichkolwiek odruchów słusznego protestu. Chętnie nagradza jednak za służalczość, uległość i posłuszeństwo. Na jakiej więc podstawie mam stworzyć solidne fundamenty nowego systemu? Po prostu poczekam jak nastąpi wymiana pokoleń – skuteczna jest tylko cierpliwość.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bądź więc cierpliwy dla tego systemu, w którym nie liczy się wiedza i doświadczenie, ale układy polityczne i znajomości rodzinne. Bądź jeszcze bardziej cierpliwy dla tego systemu, w którym na samym starcie w dorosłym życiu zostaniesz zadeptany przez wszystkowiedzącą inteligencję i wszędobylskich indywidualistów. Bądź z całego serca cierpliwy dla tego systemu, któremu na imię: Rzeczpospolita Polska.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Tron &lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;em&gt;kiedy prawda boli&lt;br /&gt;kiedy możni tego świata&lt;br /&gt;i przyjaciele doradzają, abym patrzył nie moimi oczami&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Jan Twardowski&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;Na środku gabinetu stoi dębowe biurko, a za nim na ścianie wiszą w kolejności: Orzeł Biały na czerwonym polu. I nie ten współczesny – masoński, ale piastowski. Po prawej stronie z całą okazałością majestat jasnogórski nieustannie wykazuje troskę nad losami Ojczyzny. To Królowa – Matka Jezusa Chrystusa. A po lewicy na taborecie z jednym przymkniętym okiem śpi matejkowski Błazen – Stańczyk.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wnętrze nie posiada przewodów elektrycznych. Z tego powodu nie ma w nim światła – panuje całkowita ciemność. Może czasem zaświeci promyk słońca z przeciwległej ściany, gdzie znajduje się bardzo małych rozmiarów zakratowane okno. I nie jest to więzienie w sensie dosłownym i przenośnym – kraty są zrobione z cierniowej korony, którą w okresie Pasji miał na sobie Pan. Wyjątkowego uroku dodają drzwi – nigdzie ich nie ma. Więc?&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-8795875187523239725?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/8795875187523239725'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/8795875187523239725'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/12/pogranicza-ukasz-jasinski-miniatury.html' title='Pogranicza: Łukasz Jasiński MINIATURY'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-3326605543963897026</id><published>2011-11-06T02:06:00.000-08:00</published><updated>2011-11-06T03:26:53.141-08:00</updated><title type='text'>OD REDAKCJI 11/2011</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Po publikacji w październikowej &lt;em&gt;Krytyce Literackiej&lt;/em&gt; nowych wierszy poetów zaliczanych do współczesnych klasyków polskiej literatury, nadeszło do redakcji kilka listów, których autorzy - głównie krytycy - stawiali tezę, że twórczość ta tkwi w &lt;em&gt;splendid isolation&lt;/em&gt;, zajmuje się rzeczami prywatnymi, realizuje whitmanowski program zachwytu nad każdą drobiną tego świata, ulega prawodawstwu wyobraźni, zwraca się do Boga, prezentuje postawę intelektualną i estetyzującą, a nie dostrzega rzeczywistości i wagi spraw bieżących. Trudno nam się z tymi sądami nie zgodzić, ale nie możemy ich potraktować jako zarzuty - przeciwnie, to właśnie jest dla nas najwyższa literatura, twórczość wyrwana spod dyktatury doczesności szybko popadającej w zapomnienie, i powstała bez przymusu nowatorstwa, które prowadzi donikąd. Żeby jednak udowodnić, że można pisać poezję nowoczesną, interwencyjną i o rzeczywistości, nie pozbawiając jej jednak walorów intelektualnych, etycznych i artystycznych, publikujemy kilka nieznanych wierszy &lt;strong&gt;Tomasza Sobieraja&lt;/strong&gt;. Te krytyczne utwory stanowią nie tylko realizację słów &lt;strong&gt;Czesława Miłosza&lt;/strong&gt;, że „prawda człowieka jest prosta i trzeba wyrażać ją prosto”, ale są też interesującym komentarzem do twórczości &lt;strong&gt;Tadeusza Dąbrowskiego&lt;/strong&gt; i &lt;strong&gt;Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego&lt;/strong&gt;, brzmią w niej także echa poglądów filozoficznych &lt;strong&gt;Henry'ego Davida Thoreau.&lt;/strong&gt; W listopadzie kolejne nowe wiersze prezentują również: &lt;strong&gt;Józef Baran&lt;/strong&gt;, &lt;strong&gt;Maciej Cisło&lt;/strong&gt; i &lt;strong&gt;Roman Kaźmierski&lt;/strong&gt;; umieszczamy niepublikowane opowiadanie &lt;strong&gt;Andrzeja Tchórzewskiego&lt;/strong&gt; z 1957 roku, &lt;strong&gt;Jana Siwmira&lt;/strong&gt; recenzję zbioru opowiadań &lt;em&gt;Taxi, taxi!&lt;/em&gt; (książka nie w naszym guście, ale recenzja dobrze napisana), rozprawę &lt;strong&gt;Klaudii Bączyk&lt;/strong&gt; o koncepcji religii w &lt;em&gt;Xiędzu Fauście&lt;/em&gt; &lt;strong&gt;Tadeusza Micińskiego &lt;/strong&gt;i esej &lt;strong&gt;Joanny Turek&lt;/strong&gt; o filozoficzności fotografii i fotogeniczności filozofii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Miło nam poinformować, że pierwsze, historyczne &lt;strong&gt;Targi Książki w Katowicach&lt;/strong&gt; odbyły się z udziałem między innymi &lt;strong&gt;Andrzeja Ziemiańskiego&lt;/strong&gt;, &lt;strong&gt;Kazimierza Kutza&lt;/strong&gt;, &lt;strong&gt;Marka Krajewskiego&lt;/strong&gt; i &lt;strong&gt;Jana Siwmira&lt;/strong&gt;, naszego wspólpracownika i autora tomiku poetyckiego zatytułowanego &lt;em&gt;Pytania na źle zadane odpowiedzi&lt;/em&gt;. Mieliśmy przyjemność patronować tej publikacji. Redakcja &lt;em&gt;Krytyki Literackiej&lt;/em&gt; składa autorowi gratulacje i życzy dalszych sukcesów!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;KL&lt;/em&gt; &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-3326605543963897026?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/3326605543963897026'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/3326605543963897026'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/11/od-redakcji-112011_06.html' title='OD REDAKCJI 11/2011'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-8101683765321740974</id><published>2011-11-06T02:04:00.000-08:00</published><updated>2011-11-06T10:26:11.054-08:00</updated><title type='text'>Rozprawa: Klaudia Bączyk O KONCEPCJI RELIGII W „KSIĘDZU FAUŚCIE” TADEUSZA MICIŃSKIEGO</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Wraz z Jezusem apokryficznym chodzę po karczmach,&lt;br /&gt;gdzie Jezus śnił, że był na Tronie Synostwa Bożego, a Judasz&lt;br /&gt;tymczasem zjadał gęś pieczoną. Wraz z Dantem poddam się cudnym&lt;br /&gt;legendom o piekle świętego Brandana, Patryka lub źródłowym opisom&lt;br /&gt;piekła pod Wezuwiuszem i Etną!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;[T. Miciński, XF, s. 159.]&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Xiądz Faust” Tadeusza Micińskiego od pierwszego wydania wywoływał liczne kontrowersje. Chaotyczność gatunku, nowatorstwo oraz reinterpretacje mityczne składały się na ową złożoność w odbiorze tekstu. Z jednej strony bowiem zauważano oryginalność powieści i twórczości samego Micińskiego, którego:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;nie można zaklasyfikować do żadnego kierunku literackiego. Nie dostrzega się u niego śladów tresury społecznej, tak jaskrawo rzucającej się w oczy u każdego wybitniejszego beletrysty. Sam tworzy własną sztukę, wyznaje własne poglądy, pisze własnym stylem [1],&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;z drugiej natomiast dostrzeżono brak wewnętrznej spójności i wielość dygresji [2]. Zdaje się bowiem czymś naturalnym, że stworzenie nowego, całkowicie odmiennego od dotychczasowych gatunku musiało spotkać się z pewnym zaskoczeniem i sceptycyzmem. Jak bowiem wykreować powieść, która zupełnie inaczej prezentowałaby rzeczywistość? Jak zrodzić gatunek, o którym nawet po latach dyskutowałoby się z równą zaciekłością, co w czasach jego wprowadzenia? I ostatecznie jak stworzyć powieści, o których pisano by: „Proza Micińskiego zmierzająca do oddania najczystszej treści wyobrażeń o życiu staje się niejako prawzorem Witkiewiczowskiej czystej formy” [3]. Silna norma gatunkowa ukształtowana niejako od XVIII wieku oraz silnie zakorzeniony model realizmu spowodowały, że trudno było wyjść naprzeciw powieściom nowatorskim, o odmiennej narracji i tematyce [4]. Dopiero bowiem w epoce Młodej Polski zauważyć można pewnego rodzaju „rozluźnienie” statyczności powieści realistycznej, dopuszczające do utworu narratora personalnego oraz różne elementy języka poetyckiego. Gdy zatem do powieści zaczynały przedostawać się elementy wypierające obiektywizm i związek z rzeczywistością, ze swą teorią odnośnie sztuki i powieści postanawia wkroczyć Miciński. Chce on wykorzystać ten wysoki gatunek do przekazywania własnych poglądów, gdzie czytelnik nie tyle miał przestać zastanawiać się nad fabułą, ale zacząć nią żyć oraz wszelkimi elementami ją tworzącymi. Stworzenie więc przez Micińskiego „powieści – worka” ujmuje sam gatunek jako wykładnik różnych tekstów narracyjnych, na tle których silnie zaznaczyć winno się autotematyzm [5]. Odczytanie sensu utworu w tym przypadku polegało na rozpoznaniu licznych nawiązań, stając się wdrążeniem w swoistą księgę dla wtajemniczonych. Tym samym proza Micińskiego wiązała się przede wszystkim z koniecznością wyjścia poza bariery standardowych interpretacji, odrzucenia dawnej koncepcji powieści i z innym, aniżeli tradycyjny odbiór literatury [6].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Powieść – worek” jest zatem modelem praktyki powieściopisarskiej, określonej poprzez dwa konteksty historyczne: podobieństwo metod przekształcania się powieści klasycznej w „nowoczesną” oraz potencjał historyczny [7]. Rozpatrując Xiędza Fausta pod względem tych dwóch wyznaczników, należy zwrócić uwagę, iż u Micińskiego są one niezwykle silne połączenie. Wychodząc bowiem poza klasyczną interpretację powieści, stara się z niej stworzyć pewnego rodzaju traktat, zapis własnych przekonań [8]. Zdaje się, że najpełniej udaje mu się to osiągnąć poprzez odwołania do literatury oraz mitologii. Jak zauważa Stanisław Eile: „[...] kreacyjny charakter tej powieści polega bowiem przede wszystkim na uniezwyklaniu rzeczywistości empirycznej, która stanowi punkt wyjścia, a nie przedmiot naśladownictwa artystycznego” [9]. Czytelnik zostaje wplątany w swoistą grę, gdzie naczelną kwestią okazują się wierzenia. Religia będzie zatem odgrywać niezwykle silną rolę w kreacji fabuły, tym samym ukazując magiczność świata przedstawionego. Jak podkreśla Sabina Brzozowska, odwoływanie się do mitycznych symboli było popularnym zabiegiem artystycznym:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Młodopolanie zdawali sobie sprawę z szerokiego wyboru rekwizytów w modernistycznej garderobie kultury. [...] Słowem, mitologiczny bodziec implikuje wiele możliwości kreacyjnych [10].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wykorzystywanie znanych postaci mitologicznych i biblijnych stanowi zatem element „wygody” dla twórców, bowiem wyznacza dla grona odbiorców szereg skojarzeń, ujawniając kod mityczny. Miciński wykorzystuje swych bohaterów do obalenia utrwalonych wzorców. Początkowo odwołania stanowią kostium artystyczny dodający patosu, po czym stają się jedynie rekwizytem mającym na celu „złamanie szyfru rzeczywistości” [11]. Pisarz czerpie z mitologii, chcąc w ten sposób: nadać utworowi kosmiczny wymiar, mitologizować ogólnoludzkie przeżycia, uniezwyklić krajobrazy oraz deformować rzeczywistość [12]. Jak zauważa Michał Głowiński: „Mit nie jest jednak tylko sprawą przyswojenia zastanego wątku, ujmowanego w kategoriach religijnych lub poetyckich, chodzi przede wszystkim o nadanie mu nowego znaczenia” [13]. Prowadząc czytelnika po wykreowanym przez siebie zbiorze różnorodnych postaci, Miciński chce wykazać złożoność ludzkich przekonań oraz pokazać, czym jego zdaniem winna być prawdziwa religia i czy ma prawo funkcjonować w oparciu o często sprzeczne koncepcje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pierwszym, a zarazem najbardziej widocznym nawiązaniem do mitu stanie się sam tytuł dzieła. Poprzez księdza Fausta powielony bowiem zostanie schemat kapłaństwa i paktu z Szatanem. Istotną kwestią w przedstawianiu tej postaci stanie się tutaj świadoma gra stereotypami. Uwikłanie bohatera oraz jego towarzyszy w świat literatury musiało bowiem owocować pewnym schematyzmem, charakterystycznym sposobem myślenia. Jednorazowa prawda ukazana w tym utworze różnić się będzie jednak od przekazu Goethego. Miciński zdecyduje się bowiem podjąć dialog z tradycją, odwołując się do znanych fabuł, tworząc z nich przekaz quasi-sakralny. W tym zdawałoby się chaotycznym labiryncie ukazane zostaną treści metafizyczne, samo przesłanie autora. Liczne odwołania do literatury, związanie jej bohaterów z losami postaci mitologicznych przyczynią się do reinterpretacji opowieści, które dla wielu uznawane są za prawdziwe, a niekiedy nawet za święte [14]. Ksiądz Faust stanie się zatem pośrednikiem pomiędzy współczesnością a dorobkiem tradycji. Będąc symbolem-maską okaże się reprezentantem zagubionego narodu [15]. Jak zauważa jeden z bohaterów powieści: „łączą się w nim straszliwe kontrasty: wszak to mógł być człowiek najgorszy ze złych, jakiś Czezare Bordżia – a jawi się żywym posągiem na moście, przez który Polska przejść będzie musiała!” [16]. To z jego pomocą Miciński będzie mógł poruszyć nie tylko kwestie społeczne, ale przede wszystkim zaprezentować bogactwo własnych zainteresowań. W powieści połączy on zatem kult religii, filozofii, społeczeństwa oraz okultyzmu, przez co jeszcze dokładniej pozwoli czytelnikowi zrozumieć przeżycia osobiste bohaterów oraz ich przywiązanie narodowe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kolejnym wyraźnym sygnałem przynależności utworu do kręgu kulturowego jest motto utworu [17]:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[...] Życie na każdego z nas woła: - Bądź mężem i nie idź za mną,&lt;br /&gt;jeno za sobą! Jeno za sobą!&lt;br /&gt;Bądźmy wolni i nieustraszeni, w niewinnej samorodności z siebie&lt;br /&gt;Samych rośnijmy i kwitnijmy! -&lt;br /&gt;I oto gdy spoglądam na takiego człowieka, dzwonią mi w uchu dziś jeszcze, jak niegdyś, te same zdania: że namiętność lepsza jest&lt;br /&gt;od stoicyzmu i obłudy; że być uczciwym nawet w złym, to lepiej niż zatracić samego siebie w obyczajności, przekazanej zwyczajem;&lt;br /&gt;że wolny człowiek może być równie złym jak dobrym, że jednak&lt;br /&gt;niewolny człowiek jest hańbą natury i w żadnej nie uczestniczy niebiańskiej czy ziemskiej pociesze; wreszcie, że każdy, kto chce być wolnym, musi stać się nim przez samego siebie, i że nikomu wolność, jak dar cudowny, nie spadnie w podołek. (F. Nietzsche, cyt. za: XF, s. 2.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Odwołanie do Fryderyka Nietzschego ma wyraźnie charakter informacyjny i zdaje się mówić odbiorcy: przypomnij sobie ideę autora dotyczącą wolności jednostki oraz śmierci Boga, zauważ przyczyny, które doprowadziły do owego stanu. Poszukiwanie drogi wyjścia z nadchodzącej zagłady, upadek człowieczeństwa zauważyć będzie można także i w dalszej części utworu, gdzie metafora śmierci Boga przeplata się z gnostycką wizją Demiurga [18]. Z jednej strony dostrzec będzie można odrzucenie wiary i moralności, z drugiej natomiast powolny upadek Pana, który: „jest niczym innym jak błyskawicowym Sensem otchłani życia, staczającym się w pozorny Absurd” [19]. Jak łatwo zauważyć Miciński buduje obraz Boga na zasadzie przeciwieństw pomiędzy ortodoksją a ateizmem [20]. Jego poszukiwanie wiąże się jedynie z biurokracją i monotonią rytuałów, które już dawno zatraciły swą wartość. Tym samym staje się krytykiem obecnego kościoła, dopatrując się w nim jedynie obłudy i materializmu. Ksiądz Faust będąc orędownikiem prawdziwej wiary, stara się odnaleźć odpowiedź na podstawowe pytania: jak w takim świecie odnaleźć Boga?, jak żyć w zgodzie z prawdziwą religią? W oparciu o swe doświadczenia buduje definicję człowieka religijnego, który: „rzuci całą istotność swą w przestrzeń twórczą, na spotkanie z Istotnością Najwyższą” [21]. Ludzie nie mają zatem doszukiwać się wytłumaczenia religii, a po prostu jej zawierzyć [22]. Tylko dzięki prawdziwemu poświęceniu można powrócić do pierwotnej wizji religii. Nie jest bowiem możliwe, by na zgliszczach wiary zbudować nowy, lepszy świat. Dzisiejsza religia, jak wskazuje ksiądz Faust:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przebywa straszliwy kryzys: robią z nią obrachunki, wytykając wszystkie winy i niedołęstwa umysłu ludzkiego za tysiąclecia. Skopana i zbita, nie umiejąca się bronić – inaczej niż piskiem fanatycznych pokątnych pisarzy, pokornym poświęceniem sióstr miłosierdzia albo straszliwym Milczeniem. (XF, s.163.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zagrożeniem dla świata okazuje się być wszędzie rozprzestrzeniający się materializm. Wybór Boga wiąże się z dewocją bądź obłędem. Całkowite oddanie się sile wyższej świadczy zatem o słabości jednostki, która usilnie potrzebuje wsparcia23. Jednocześnie ksiądz przyznaje, że rozumie ludzką potrzebę wiary, bowiem w zetknięciu ze złem świata (tutaj przytacza opowieść o zniszczeniu Mesyny) człowiek okazuje się jednostką małą i niezwykle samotną. Zdaniem autora należy zatem wyjść z teologicznych sporów i „wznieść jedno światełko, jeden punkt przyciągający, aby nastąpiło stopniowe rozjarzenie całego wnętrza” [24].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Utwór podzielony jest na liczne traktaty, wykłady, opowiadania etc., na przestrzeni których zauważyć można niejednorodny styl narracji, powodujący pewne „rozczłonkowanie” akcji. „Xiądz Faust” ze względu na swą workowatość nie jest bowiem lekturą łatwą. Powieść składa się z kilkunastu luźnych opowieści, których elementem scalającym okazuje się być tytułowa postać. Z jednej strony zatem widać uduchowionego księdza Fausta, z drugiej natomiast jego adepta, bohatera poszukującego prawdy – Piotra [25]. Tytułowy bohater stanowi połączenie Lucyfera, Chrystusa i Fausta, stając się przedstawicielem koncepcji „lucyferyzmu chrystusowego”. Należy przy tym dodać, iż Miciński dostrzegał w niej pewnego rodzaju aktywność realizującą wartości absolutne. Jak wskazuje Zbigniew Kuderowicz: „Lucyferyzm przybiera wielorakie postacie, jak egoizm, zbrodniczość, nietolerancja, miłość zmysłowa” [26]. Jest on koncepcją zawierającą w sobie dochodzenie do wiedzy oraz tworzenie, którego nieodzownym czynnikiem staje się cierpienie. Nie można bowiem działać bez walki i zmagań z przeciwnościami. Wewnętrzne rozdarcie powoduje niepewność, która przejawia się jako siła dezintegrująca. Brak spójności staje się zatem przyczyną zarówno konfliktów narodowych, społecznych, jak i religijnych. Co istotne, zdaniem Micińskiego lucyferyzm jest niezbędnym elementem ludzkiej egzystencji. To dzięki niemu człowiek czuje się spełniony, ma zdolności twórcze. Autor wielokrotnie wspomina o Lucyferze, stawiając go na równi z Chrystusem:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Miałem jednak dane mniemać, że jak Chrystus rządzi w sferach religii naszych uczuć – w sferach Miłości, wyższej nad zmysłowość – tak Lucyfer jest Królem naszych Jaźni w dziedzinie Wiedzy. (XF, s. 79.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W owej rywalizacji zdecydowanie zwycięża jednak Lucyfer, bowiem staje się on nośnikiem zła wpisanego w tajemnicę życia [27]. Jak zauważa Henryk Dubowik: „Postać Lucyfera jest więc u Micińskiego symbolem określonej postawy wobec życia, jest towarzyszącą człowiekowi stale pokusą i refleksją” [28]. Autor prezentuje dokładną definicję lucyferyzmu, utożsamiając go z poczuciem mocy, z żywiołem. Zaspokaja on popędy życiowe, pomaga osiągnąć wiedzę. Okazuje się być nieodłącznym zjawiskiem, czymś więcej niż tylko metafizyczną koncepcją:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale Lucyfer nie był dla nas tylko mitem czy symbolem. Wyczuwaliśmy jego obecność w Kosmosie, razem rozmyślaliśmy o Lucyferze i jego straszliwej samotni. (XF, s. 81.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ksiądz Faust jako przedstawiciel narodu staje się reprezentantem koncepcji Micińskiego [29]. Łącząc w sobie cechy lucyferyzmu staje się jednym z ludzi, nie tracąc przy tym znamion boskości. Jak bowiem zauważa Michał Głowiński: „nie można mitowi nadać takiej postaci, która nie miałaby jakichś, choćby minionych zapowiedzi w przeszłości” [30]. Faust jest przedstawicielem dwóch światów: ludzkiego i boskiego. W jego losy wpisany zostaje trudny temat śmierci, a jego działania stają się asumptem do pytania o istotę człowieczeństwa [31]. O jego przynależności do magicznego świata świadczyć mogą demoniczne zdolności, uczestnictwo w wydarzeniach sprzed wieków oraz bogactwo doświadczeń. Mag przyjmuje pozę Mistrza, starając się poprowadzić bohatera przez meandry swej skomplikowanej biografii. Tym samym Miciński powiela w swym utworze popularny motyw Mędrca-Przewodnika. Jak wskazuje Jan Prokop:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przewodnik-Nauczyciel wyprowadza ucznia poprzez grożące niebezpieczeństwa ze stanu niedojrzałości i niewiedzy. Otwiera mu wszystkie bramy wtajemniczeń i objawia istotę rzeczy. Uczy go poznać świat i siebie samego, odkrywa mu piekło i niebo i pokazuje w jaki sposób należy zintegrować wszelkie doświadczenia w harmonijną całość. Mistrz wyprowadza adepta z osaczenia. Jego mądrość pomaga uczniowi osiągnąć dojrzałość [32].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Faust opowiada o walce chuci z ofiarnością, o powołaniu, o dostrzeżeniu własnej demoniczności i odkryciu mocy. Jego historia wydaje się być opowieścią buntownika, osoby szalonej. Tak naprawdę bowiem ksiądz sam kreuje się na postać niezwykłą, przypisując sobie pewnego rodzaju boskość, obnażając przed słuchaczem proces śmierci i zmartwychwstania, dochodzenie do jedności z absolutem [33]. Nazwany zostaje apostołem, który:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ma uczniów swych, towarzyszów i mistrzów nawet: z nimi w kuźnicy czynu natchnionego – tworzą... odgadnij!... skrzydła!! Tak, niczego ludziom nie potrzeba więcej niż skrzydeł. (XF, s. 155.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ksiądz w swej opowieści decyduje się zrzucić z piedestału dawnych bohaterów, nie omijając w swych poczynaniach Boga. Jednocześnie stara się pokazać katastrofizm świata, dramat współczesnych, którzy w zestawieniu z teraźniejszością gubią się, nie mogąc odnaleźć sensu własnej egzystencji. Świat w takim ujęciu jawi się jako swoista Wieża Babel, w której:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kainy współczesne zabijają dusze, a my uśmiechamy się z obojętnością chińskich marionetek. (XF, s. 11.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Troski indywiduum mieszają się z potrzebami zbiorowości. Konrad do którego porównany zostaje Faust, podobnie jak w utworze Adama Mickiewicza, staje się współczesnym Prometeuszem walczącym o przyznanie boskiej władzy nad światem. Rzuca się w wir walki z bogami i nawykami upadłych ludzi. Jednocześnie zdaje on sobie sprawę z ludzkiej małości i bezsensowności własnych poczynań:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Człowiek-Prometeusz, z swymi słabymi zmysłami, z swym rozumem, a nawet intuicją i ekstazą – znajduje się wobec takich bezmiarów, że jeśliby całą wiedzę zdobytą sprowadzić do alfabetu, ludzkość dopiero jest w alfie. [...] Wniosek, że niepodobna ani nie wolno wyłamywać się z praw tego świata; nie wolno gardzić materią, wiedzą, doświadczeniami, nawet zmysłowością i zwątpieniem! (XF, s. 199.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poprzez stronnice powieści czytelnik poznaje kolejne etapy wtajemniczenia Piotra, jego drogę dochodzenia do prawdy. Miciński, kreując tę postać nawiązuje do motywu ślepca, łącząc go z toposem wędrowca-tułacza, który stara się zrozumieć skomplikowany mechanizm życia [34]. W pewien sposób opowieść ta stanowi proces puryfikacji, inicjację zagubionego człowieka, ratowanie upadającego społeczeństwa [35]. Jak wskazuje Wojciech Gutowski: „Piotr przejmuje od swego nauczyciela nie tylko zasób wiedzy, lecz przede wszystkim dyspozycję aktywnego dążenia do prawdy” [36]. Faust otwiera się przed rewolucjonistą, a jego opowieść staje się swoistym rachunkiem sumienia. Historię tę uzupełniają wypowiedzi Imogeny, która: „odkrywa najbardziej stłumione, naganne przeżycia” [37]. Świat przez nią ukazany jawi się jako zły i amoralny. Religia w takim ujęciu łączy się z cielesnością, a duchowość jest jedynie maską do ukrycia niepohamowanych instynktów. Życie ludzkie okazuje się być zbiorem sprzecznych elementów:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Życie jest świętością, jak nie było jeszcze świętych, i wraz potworem, jak nie było jeszcze potworów.&lt;br /&gt;Obok heroicznych przejawów drzemią w nas instynkty dawniejsze niż te czasy, gdy dzikie&lt;br /&gt;hordy zjeżdżały z wyżyn Pamiru w żyzne fiordy wielkiego morza, które falowało na dzisiejszym Gobi...&lt;br /&gt;Instynkty mądre i okrutne jak instynkt os rozbójniczych, które paraliżują swą ofiarę, aby nie mogła poruszyć się...&lt;br /&gt;Gąsienica, której tylko nerwy ruchu są nakłute jadem, wegetuje, zostając świeżą strawą dla poczwarki przez całe sześć tygodni, gdy jest pożerana żywcem. (XF, s.77.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rzeczywistość staje się okrutnym koszmarem sennym, gdzie każdy ma prawo do sprawowania władzy. W opowieści Imogeny nie ma bowiem podziału na istoty realne i fantastyczne. W świecie bohaterki religia łączy się z okrucieństwem, modlitwa zastąpiona zostaje brutalnością, a realizm miesza się z absurdem. Występują przy tym równolegle ujęcia patetyczne i groteskowe [38]. Zespolenie sfery sacrum i profanum dokonuje się tutaj na kilku płaszczyznach, z czego najistotniejszą zdaje się być poddanie się instynktom, a w szczególności chuci. W młodopolskich orgiach elementem znaczącym okaże się żywioł regresu, o wyraźniejszej niż krew (nieodzowna w perwersyjnych orgiach) negatywnej semantyce [39]. Bohaterowie chętnie oddają się szaleńczym tańcom, zaspokajając w ten sposób potrzeby fizyczne i duchowe. Swoim zachowaniem pokazują potrzebę sadyzmu i nekrofilii. W ten sposób Miciński odwołuje się do bachtinowskiej karnawalizacji, w której: „orgia przeciwstawia totalną wizję pełnego bogactwa życia, gdzie mieści się góra i dół, mózg i brzuch, piękno i brzydota, radość i śmierć w groteskowym przemieszaniu” [40]. Ogarnięci szałem, doskonale wpisują się w chaotyczny świat niewiary i poczucia zagubienia. W swym postępowaniu dopatrują się oni przeżyć metafizycznych. Zbyt ciasne więzy dogmatów kościelnych powodują, że bardzo chętnie oddają się niepohamowanej wolności:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rozgłośny bachancki śpiew był mi odpowiedzią: dla nich było to umówionym sygnałem do rozpoczęcia orgii. Dobyli noży i szpad, zaczęli z furią walczyć. Nawet zakonnice wmieszały się do zaciekłego boju. Religia światła z nich odpadła jak koszule, które ściągnęły. Wyciemniły ze siebie religię czaru, wpiekłowzięć, czeluści Inferna, zwiedzanych przy gromnicach żądzy – niby kapłanki Sziwy zaśpiewały pieśń złowieszczą. Rozpoczął się wir tańców, zgaszono światło – już nie można było dojrzeć niczego. (XF, s. 87.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak naprawdę jednak ów nieokiełznany taniec pokazuje samotność i tragizm jednostek. Bohaterowie zdają sobie sprawę z własnego położenia i dlatego właśnie szukają drogi wyjścia. Taniec zatem staje się wynikiem alienacji jednostek: „wolnych, a więc nieobronionych” [41]. Dzikość postaci oraz ich brutalność ukazują kult Dionizosa, który łączył w sobie: „witalizm i melancholię, biologizm i mistycyzm, ogień i wodę, pierwiastek męski i żeński” [42]. Erotyzm w powieści jawi się jako nieodzowny element sfery sacrum, który, mimo iż pierwotnie zdaje się ją burzyć, tak naprawdę jedynie ją dopełnia. Wszystko w świecie ukazanym przez Micińskiego zmienia swe dawne miejsce, burząc dotychczasowy ład. Dysharmonie wprowadzane są celowo, uzupełniają otaczającą rzeczywistość, niejako ją wzbogacając. Religia w obrazie Micińskiego nie może istnieć bez aktu seksualnego, spokój bez morderstwa, a radość bez ofiar. Zespolenie się sfer sacrum i profanum w ostatecznym rozrachunku staje się tak silne, że zanikają pomiędzy nimi jakiekolwiek różnice, tworząc jedną, pozornie tylko chaotyczną całość. Miciński na tle owego misterium stara się wykazać upadek ludzkości, wszechobecny katastrofizm. Imogena w swej opowieści porusza zatem kluczowe zagadnienia dla ówczesnego społeczeństwa. Jednocześnie staje się wieszczką czytającą z kart przeszłości narodu. Niczym wyrocznia otwiera przed Piotrem zakazane rewiry życia. Wprowadzając postać kobiety – hermeneutki autor ukazuje złożoność międzyludzkich relacji, szukanie celu egzystencji. Wspólna droga prowadzi każdego z bohaterów do swoistego wyzwolenia: księdza i Imogenę wyprowadza z mroków pamięci, a Piotra z pesymistycznej wizji świata [43]. Śmierć Fausta nie kończy jednak jego misji. Tak naprawdę uwiarygodnia ona jedynie jego poglądy, ukazując przy tym rytualną ofiarność bohatera. Piotr będąc oświeconym, porzuci rolę rewolucjonisty i pretendować będzie do miana „apostoła mocy duchowej” [44]. Jego dalsza droga wiązać się będzie zatem z nauczaniem, przekazywaniem prawdziwej wiedzy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Całość stanowi niejako misterium, w którym czołowe role należą do przedstawicieli świata religii, sekt, nauki i literatury. Te przeciwstawne zjawiska jeszcze bardziej podkreślają chaotyczny charakter utworu. Na tle mrocznej scenerii rozgrywa się walka o dusze ludzi. Widać zatem oświeconego księdza oraz sceptycznego Piotra, dla którego walka Fausta zbudowana jest z elementów groteski i absurdu. Prowadzony przez magiczne labirynty, powoli zaczyna rozumieć sens powrotu do źródeł, w których odnaleźć można istotę człowieczeństwa. Ukazując dojrzewanie bohatera, Miciński prezentuje to, co dla jego twórczości najważniejsze [45], stając się „Słowackim swego czasu” [46].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przypisy:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[1] L. Krzywicki, cyt. za: T. Wróblewska, &lt;em&gt;Recepcja czyli nieporozumienia i mistyfikacje&lt;/em&gt;, [w:] &lt;em&gt;Studia o Tadeuszu Micińskim&lt;/em&gt;, pod red. M. Podrazy-Kwiatkowskiej, Kraków 1979, s. 63.&lt;br /&gt;[2] Zob. W. Bolecki, &lt;em&gt;Poetycki model prozy w dwudziestoleciu międzywojennym&lt;/em&gt;, Wrocław 1982, s. 33.&lt;br /&gt;[3] L. Pomirowski, &lt;em&gt;Walka o nowy realizm&lt;/em&gt;, Warszawa 1933, s. 45-46.&lt;br /&gt;[4] W. Bolecki, op. cit., s. 5.&lt;br /&gt;[5] Tadeusz Miciński poprzez liczne „erudycje” wprowadzał do utworu obce nazwy, nazwiska postaci oraz daty historyczne. Jak napisał Włodzimierz Bolecki: „Towarzysząca żywiołowości cytatów i encyklopedycznych omówień różnych zjawisk cywilizacji terminologia specjalistyczna była traktowana jako antyliteracka, obca polszczyźnie powieści”. (Ibidem, s. 27.)&lt;br /&gt;[6] Należało bowiem wyjść poza standardowe odczytanie powieści, burząc dotychczasowe poglądy, jakoby: „Definicja dobrej prozy jest następująca – odpowiednie słowa na odpowiednich miejscach. (...) Słowa w prozie powinny wyrażać znaczenie zamierzone (intended) i nic więcej, jeśli natomiast przyciągają one do siebie uwagę, to jest to, generalnie rzecz ujmując, błąd”. (L. Doležel, cyt. za: Ibidem, s. 5.)&lt;br /&gt;[7] Zob. Ibidem, s. 41.&lt;br /&gt;[8] W takim odczytaniu owa powieść stanowić może doskonały zbiór informacji o samym autorze, ujmując „workowatość” jako jedną z pozytywnych kategorii estetycznych. (Zob. E. Dąbrowska, Sztuka albo życie. Estetyka modernistyczna „Jedynego wyjścia” S. I. Witkiewicza, Kraków 2005, s. 112.)&lt;br /&gt;[9] S. Eile, &lt;em&gt;Antypowieść Micińskiego a estetyka młodopolska&lt;/em&gt;, [w:] &lt;em&gt;Studia o Tadeuszu Micińskim&lt;/em&gt;, op. cit., s. 115-116.&lt;br /&gt;[10] S. Brzozowska, &lt;em&gt;Klasycyzm i motywy antyczne w poezji Młodej Polski&lt;/em&gt;, Opole 2000, s. 97.&lt;br /&gt;[11] Ibidem, s. 123.&lt;br /&gt;[12] Zob. S. Eile, op. cit., s. 117-118.&lt;br /&gt;[13] M. Głowiński, &lt;em&gt;Mity przebrane&lt;/em&gt;, Kraków 1990, s. 7.&lt;br /&gt;[14] O stosunku do mitycznych opowieści na przestrzeni wieków pisze o tym M. Eliade: „Od ponad półwiecza uczeni zachodni umieszczają badania nad mitem w perspektywie wyraźnie kontrastującej z ujęciem, powiedzmy, dziewiętnastowiecznym. Zamiast traktować, tak jak to czynili ich poprzednicy, mit w potocznym tego słowa znaczeniu, to znaczy jako baśń, zmyślenie, fikcję, przyjęli oni takie jego rozumienie, jakie spotkać można w społecznościach archaicznych, w których mit oznacza – przeciwnie – historii prawdziwą, historię, która ma niezwykłą wartość, ponieważ jest święta, brzemienna w znaczenia i pouczająca”. (M. Eliade, cyt. za: T. Mizerkiewicz, &lt;em&gt;Stylizacje mityczne w prozie polskiej po 1968 roku&lt;/em&gt;, Poznań 2001, s. 35.)&lt;br /&gt;[15] Elżbieta Rzewuska wprost pisze o celu Micińskiego: „Twórczością swą chciał poeta dokonać przełomu w życiu narodu”. (E. Rzewuska, &lt;em&gt;O dramaturgii Tadeusza Micińskiego&lt;/em&gt;, Wrocław 1977, s. 9.)&lt;br /&gt;[16] T. Miciński, &lt;em&gt;Xiądz Faust&lt;/em&gt;, Kraków 2008, s. 151. (W dalszej części pracy dla utworu &lt;em&gt;Xiądz Faust&lt;/em&gt; Micińskiego będę operować skrótem XF)&lt;br /&gt;[17] Zob. T. Mizerkiewicz, op. cit., s. 30.&lt;br /&gt;[18] Tadeusz Miciński przytacza wizję Boga, który porzuca ludzi. Powiela tym samym gnostycką wizję mówiącą, iż: „osamotniony, pozbawiony wszelkiej podpory ze strony świata człowiek mógł nadal kierować swe serce ku pozaświatowemu Bogu, ale ów Bóg jest z istoty Bogiem nieznanym – agnostos theos – a w jego stworzeniu nie sposób dostrzec oznak jego istnienia.” (H. Jonas, &lt;em&gt;Religia gnozy&lt;/em&gt;, przeł. M. Klimowicz, Kryspinów 1994, s. 341.)&lt;br /&gt;[19] XF, s. 71.&lt;br /&gt;[20] Wspomina o tym także Wojciech Gutowski, pisząc: „Poglądy religijne Micińskiego dają wyraz postawie programowo antykonfesyjnej i bezwyznaniowej, antyfideistycznej i antyateistycznej”. (W. Gutowski, &lt;em&gt;Wprowadzenie do Xięgi Tajemnej. Studia o twórczości Tadeusza Micińskiego&lt;/em&gt;, Bydgoszcz 2002, s. 158.)&lt;br /&gt;[21] Ibidem, s. 340.&lt;br /&gt;[22] Tym samym Miciński przyznaje rację Newmanowi, który porównywał dowodzenie wiary do tortur. (Zob. Ibidem, s. 160.)&lt;br /&gt;[23] O owej przyczynie wspomina w swej książce Richard Dawkins: „Muszę jednak tylko po raz kolejny powtórzyć, że „ukojeniowy” aspekt jakichkolwiek przekonań nie ma żadnego związku z ich prawdziwością. Nie śmiałbym zanegować ludzkiej potrzeby emocjonalnego komfortu i nie śmiałbym tez stwierdzić, że wizja świata, jaką przedstawiam w swojej książce, może rzeczywiście pocieszyć chociażby tych, którzy stracili bliska sobie osobę. Pytam natomiast – czy, jeśli ukojenie, jakie daje religia, opiera się na neurologicznie więcej niż nieprawdopodobnej przesłance, iż możemy jakoś przetrwać śmierć własnych mózgów, naprawdę chcemy takiego ukojenia bronić?” (R. Dawkins, &lt;em&gt;Bóg urojony&lt;/em&gt;, przeł. P. J. Szwajcer, Warszawa 2007, s. 30.)&lt;br /&gt;[24] W. Gutowski, op. cit., s. 163.&lt;br /&gt;[25] Zob. W. Gutowski, Posłowie, [w:] T. Miciński, &lt;em&gt;Xiądz Faust&lt;/em&gt;, Kraków 2008, s. 477.&lt;br /&gt;[26] Z. Kuderowicz, &lt;em&gt;Historia i wartości integrujące&lt;/em&gt;, [w:] &lt;em&gt;Studia nad Tadeuszem Micińskim&lt;/em&gt;, op. cit., s. 171.&lt;br /&gt;[27] Zło bowiem zakorzenione jest w ludzkiej egzystencji, wpisane w losy ludzi, staje się czymś naturalnym, wszechobecnym. Jak dostrzega Zbigniew Kuderowicz: „Zagadnienia zła jako zjawiska społecznego czy indywidualnego, jego przyczyn i źródeł Miciński nie objaśnia przy pomocy analizy przebiegu wydarzeń historycznych, jak zwykli postępować historycy”. (Ibidem, s. 168.)&lt;br /&gt;[28] H. Dubowik, &lt;em&gt;Fantastyka w literaturze polskiej. Dzieje motywów fantastycznych w zarysie&lt;/em&gt;, Bydgoszcz 1999, s. 176.&lt;br /&gt;[29] Czuje się on zdecydowanie silniej związany z Lucyferem niż Chrystusem: „Wejrzałem już, zostaję z Lucyferem jako jedyną realną metafizyką życia”. (XF, s. 104.)&lt;br /&gt;[30] M. Głowiński, op. cit., s. 92.&lt;br /&gt;[31] Zob. J. Ławski, &lt;em&gt;Erudycja – indywidualizacja – inicjacja. O Xiędzu Fauście Tadeusza Micińskiego&lt;/em&gt;, [w:] &lt;em&gt;Z problemów prozy. Powieść inicjacyjna&lt;/em&gt;, pod red. W. Gutowskiego, E. Owczarz, Toruń 2003, s. 175.&lt;br /&gt;[32] J. Prokop, &lt;em&gt;Żywioł Wyzwolony. Studium o poezji Tadeusza Micińskiego&lt;/em&gt;, Kraków 1978, s. 218.&lt;br /&gt;[33] Ksiądz nie unika porównań do Chrystusa, uznając swą ofiarność za niezwykle szlachetną. Jednocześnie przyznaje, że noszenie na barkach cierpień ludzi nie jest czymś łatwym. W pewnym momencie przyznaje: „Okropny ból ramienia mdlejącego – gdyż byłem rozpięty na krzyżu, zamiast Chrystusa”. (XF, s. 112.)&lt;br /&gt;[34] Zob. M. Podraza-Kwiatkowska, &lt;em&gt;Symbolizm i symbolika w poezji Młodej Polski&lt;/em&gt;, Kraków 1975, s. 159.&lt;br /&gt;[35] Zob. Ibidem, s. 235.&lt;br /&gt;[36] W. Gutowski, Posłowie..., op. cit., s. 479.&lt;br /&gt;[37] Ibidem, s. 497.&lt;br /&gt;[38] Zob. H. Dubowik, op. cit., s.177.&lt;br /&gt;[39] Zob. W. Gutowski, &lt;em&gt;Nagie dusze i maski. O młodopolskich mitach miłości&lt;/em&gt;, Kraków 1997, s. 38.&lt;br /&gt;[40] J. Prokop, op. cit., s. 247.&lt;br /&gt;[41] XF, s. 153.&lt;br /&gt;[42] S. Brzozowska, op. cit., s. 132.&lt;br /&gt;[43] H. Dubowik, op. cit., s. 481.&lt;br /&gt;[44] XF, s. 227.&lt;br /&gt;[45] Za najważniejsze w twórczości Micińskiego Stanisław Ignacy Witkiewicz uznaje: „głębokie tło metafizycznych przeżyć, tło nieskończoności, tajemnicy bytu, nie obniżone i nie nadryzione ani płytkim, półświadomym materializmem, ani zbyt doskonałym systemem filozofii dyskursywnej”. (S. I. Witkiewicz, cyt. za: T. Wróblewska, op. cit., s. 24.)&lt;br /&gt;[46] K. Czachowski, cyt. za: Ibidem, s. 28.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Literatura:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;T. Miciński, &lt;em&gt;Xiądz Faust&lt;/em&gt;, Kraków 2008.&lt;br /&gt;W. Bolecki, &lt;em&gt;Poetycki model prozy w dwudziestoleciu międzywojennym&lt;/em&gt;, Wrocław 1982.&lt;br /&gt;S. Brzozowska, &lt;em&gt;Klasycyzm i motywy antyczne w poezji Młodej Polski&lt;/em&gt;, Opole 2000.&lt;br /&gt;R. Dawkins, &lt;em&gt;Bóg urojony&lt;/em&gt;, przeł. P. J. Szwajcer, Warszawa 2007.&lt;br /&gt;E. Dąbrowska, &lt;em&gt;Sztuka albo życie. Estetyka modernistyczna „Jedynego wyjścia” S. I. Witkiewicza&lt;/em&gt;, Kraków 2005.&lt;br /&gt;H. Dubowik, &lt;em&gt;Fantastyka w literaturze polskiej. Dzieje motywów fantastycznych w zarysie&lt;/em&gt;, Bydgoszcz 1999.&lt;br /&gt;S. Eile, &lt;em&gt;Antypowieść Micińskiego a estetyka młodopolska&lt;/em&gt;, [w:] &lt;em&gt;Studia o Tadeuszu Micińskim&lt;/em&gt;, pod red. M. Podrazy-Kwiatkowskiej, Kraków 1979.&lt;br /&gt;M. Głowiński, &lt;em&gt;Mity przebrane&lt;/em&gt;, Kraków 1990.&lt;br /&gt;W. Gutowski, &lt;em&gt;Nagie dusze i maski. O młodopolskich mitach miłości&lt;/em&gt;, Kraków 1997.&lt;br /&gt;W. Gutowski, Posłowie, [w:] T. Miciński, &lt;em&gt;Xiądz Faust&lt;/em&gt;, Kraków 2008.&lt;br /&gt;W. Gutowski, &lt;em&gt;Wprowadzenie do Xięgi Tajemnej. Studia o twórczości Tadeusza Micińskiego&lt;/em&gt;, Bydgoszcz 2002.&lt;br /&gt;H. Jonas, &lt;em&gt;Religia gnozy&lt;/em&gt;, przeł. M. Klimowicz, Kryspinów 1994.&lt;br /&gt;Z. Kuderowicz, &lt;em&gt;Historia i wartości integrujące&lt;/em&gt;, [w:] &lt;em&gt;Studia nad Tadeuszem Micińskim&lt;/em&gt;, pod red. M. Podrazy-Kwiatkowskiej, Kraków 1979.&lt;br /&gt;J. Ławski, &lt;em&gt;Erudycja – indywidualizacja – inicjacja. O Xiędzu Fauście Tadeusza Micińskiego&lt;/em&gt;, [w:] &lt;em&gt;Z problemów prozy. Powieść inicjacyjna&lt;/em&gt;, pod red. W. Gutowskiego, E. Owczarz, Toruń 2003.&lt;br /&gt;T. Mizerkiewicz, &lt;em&gt;Stylizacje mityczne w prozie polskiej po 1968 roku&lt;/em&gt;, Poznań 2001.&lt;br /&gt;M. Podraza-Kwiatkowska, &lt;em&gt;Symbolizm i symbolika w poezji Młodej Polski&lt;/em&gt;, Kraków 1975.&lt;br /&gt;L. Pomirowski, &lt;em&gt;Walka o nowy realizm&lt;/em&gt;, Warszawa 1933.&lt;br /&gt;J. Prokop, &lt;em&gt;Żywioł Wyzwolony. Studium o poezji Tadeusza Micińskiego&lt;/em&gt;, Kraków 1978.&lt;br /&gt;E. Rzewuska, &lt;em&gt;O dramaturgii Tadeusza Micińskiego&lt;/em&gt;, Wrocław 1977.&lt;br /&gt;T. Wróblewska, &lt;em&gt;Recepcja czyli nieporozumienia i mistyfikacje&lt;/em&gt;, [w:] &lt;em&gt;Studia o Tadeuszu Micińskim&lt;/em&gt;, pod red. M. Podrazy-Kwiatkowskiej, Kraków 1979. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-8101683765321740974?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/8101683765321740974'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/8101683765321740974'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/11/rozprawa-klaudia-baczyk-o-koncepcji_06.html' title='Rozprawa: Klaudia Bączyk O KONCEPCJI RELIGII W „KSIĘDZU FAUŚCIE” TADEUSZA MICIŃSKIEGO'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-1383867444452000467</id><published>2011-11-06T02:01:00.000-08:00</published><updated>2011-11-06T02:34:15.103-08:00</updated><title type='text'>Jest Poezja! Józef Baran, wiersze najnowsze</title><content type='html'>&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Małżeństwo&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Zosi&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;wyruszałem w tę podróż&lt;br /&gt;jak na studencki piknik&lt;br /&gt;bez niezbędnego ekwipunku&lt;br /&gt;z plecaczkiem podszytym wiatrem&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;wybierałaś się na tę wyprawę&lt;br /&gt;nie znając mnie prawie wcale&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;czy mogliśmy przewidzieć&lt;br /&gt;ten wiatr w oczy&lt;br /&gt;morza pustynie zasieki&lt;br /&gt;czyhające w oddali&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;to prawda&lt;br /&gt;morze rozstępowało się pod naszymi stopami&lt;br /&gt;w takt marsza weselnego&lt;br /&gt;ale zaraz potem&lt;br /&gt;powróciło na stałe miejsce&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;40 lat&lt;br /&gt;brnięcia przez pustynię&lt;br /&gt;fatamorgana piasek w oczy&lt;br /&gt;Sny o Ziemi Obiecanej&lt;br /&gt;i o&lt;br /&gt;odpoczynku&lt;br /&gt;który nigdy nie następuje&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;wielbłądy&lt;br /&gt;dźwigające na plecach&lt;br /&gt;obok bukłaków szczęścia&lt;br /&gt;tysiąc wzajemnych trosk&lt;br /&gt;i urazów&lt;br /&gt;od których nie zawsze udawało się&lt;br /&gt;uwolnić&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;po drodze&lt;br /&gt;tęcze&lt;br /&gt;miriady&lt;br /&gt;zwodnych gwiazd&lt;br /&gt;i księżyców&lt;br /&gt;gubienie się z oczu&lt;br /&gt;i schodzenie na powrót&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;miałaś na głowie&lt;br /&gt;dom z krzyczącymi dziećmi&lt;br /&gt;i&lt;br /&gt;zasłużyłaś&lt;br /&gt;na niejeden order&lt;br /&gt;anonimowa&lt;br /&gt;jak wiele&lt;br /&gt;cichych bohaterek&lt;br /&gt;codzienności&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;cóż mogłem ci dać&lt;br /&gt;za oparcie&lt;br /&gt;akrobata cyrkowy&lt;br /&gt;na dromaderze&lt;br /&gt;zajęty zawsze na boku&lt;br /&gt;cyrkowymi sztuczkami:&lt;br /&gt;połykaniem ognia&lt;br /&gt;ujeżdżaniem krnąbrnych słów&lt;br /&gt;ściganiem się z własnym cieniem&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;błąd poganialiśmy błędem&lt;br /&gt;bo wszystko zdarzało się&lt;br /&gt;pierwszy raz&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;i nie było to zwykłe hop-siup&lt;br /&gt;na pagórek&lt;br /&gt;lecz&lt;br /&gt;maratońska&lt;br /&gt;burzliwa&lt;br /&gt;wspinaczka&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;mieniłem się nastrojami&lt;br /&gt;bardziej od zmiennych ustrojów&lt;br /&gt;dziś prawie nie mam nic wspólnego&lt;br /&gt;z tym kim byłem kiedyś&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;a jednak&lt;br /&gt;dopisało nam&lt;br /&gt;szczęście mimo że pisane&lt;br /&gt;na chmurach i piasku&lt;br /&gt;i większość z tego&lt;br /&gt;co zamierzyliśmy&lt;br /&gt;koniec końców się spełniało&lt;br /&gt;a nawet o niebo więcej&lt;br /&gt;choć wiele karawan&lt;br /&gt;z pozoru szczęśliwszych&lt;br /&gt;rozwiał dawno pustynny wiatr&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;wciąż brniemy razem&lt;br /&gt;przez piaski Sahary&lt;br /&gt;i&lt;br /&gt;gdzie daleko w tyle za nami&lt;br /&gt;choć w zasięgu serca&lt;br /&gt;nasze dzieci&lt;br /&gt;z wnukami&lt;br /&gt;skaczącymi jak&lt;br /&gt;koźlątka&lt;br /&gt;co mają&lt;br /&gt;w oczach tysiąc&lt;br /&gt;wesołych&lt;br /&gt;gwiazdek&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Macierzyństwo&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/em&gt;&lt;em&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Ewie&lt;/span&gt;&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Coś się od ciebie odrywa&lt;br /&gt;Coś co jest tobą i nie-tobą&lt;br /&gt;Coś się od ciebie oddala&lt;br /&gt;Stając się osobną osobą&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chcąc nie chcąc się rozpoławiasz&lt;br /&gt;Na siebie i na nie-siebie&lt;br /&gt;Za tamtą tęsknisz tym mocniej&lt;br /&gt;Im łatwiej obywa się bez ciebie&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podobnie księżyc w nowiu&lt;br /&gt;Dzieli się na dwie części&lt;br /&gt;Ta druga rośnie kosztem pierwszej&lt;br /&gt;Zapadając się w mroku świecisz&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Radość oczekiwania albo pieśń nad pieśniami&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;koguci heroldowie&lt;br /&gt;na cztery strony świata&lt;br /&gt;rozgłosili hejnał poranka&lt;br /&gt;który niesie się&lt;br /&gt;wysoko daleko&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;i gołębie wprost&lt;br /&gt;nie mogą się w sobie&lt;br /&gt;pomieścić z radości&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;zataczają&lt;br /&gt;nad wielką równiną&lt;br /&gt;srebrne koła&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;kwiaty&lt;br /&gt;trawy&lt;br /&gt;zioła&lt;br /&gt;poobwieszane brzemiennymi rosami&lt;br /&gt;przemienionymi&lt;br /&gt;pod dotknięciem świtu&lt;br /&gt;w kolie pereł&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;cała łąka&lt;br /&gt;skrzy się&lt;br /&gt;od uśmiechów&lt;br /&gt;porannych ros&lt;br /&gt;nadziewanych słońcem&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;gdy wszędzie&lt;br /&gt;jak okiem sięgnąć&lt;br /&gt;na horyzoncie&lt;br /&gt;jawią się&lt;br /&gt;oczekującej&lt;br /&gt;słoneczne twarze&lt;br /&gt;jej ukochanego&lt;br /&gt;powracającego&lt;br /&gt;po długiej rozłące&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;i gdy wszystkie&lt;br /&gt;drogi&lt;br /&gt;dróżki wybiegają mu&lt;br /&gt;naprzeciw&lt;br /&gt;i rozbiegają się&lt;br /&gt;po nieboskłonach&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Coranny lipcowy cud&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;zbudzić się by usłyszeć że kogut wypiał kolejny świt.&lt;br /&gt;a jego pianie rozchodzi się kręgami po widnokręgach&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;prawie słyszeć plask brzasku o szybę&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;trzymać w ręku klucz poranka do Wszechświata&lt;br /&gt;i do&lt;br /&gt;najczystszej gamy istnienia&lt;br /&gt;przez ptaki&lt;br /&gt;wyśpiewanej&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;w hołdzie Najjaśniejszemu Słońcu&lt;br /&gt;który ogrodzie zwiastuje znów&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;coranny cud&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Borzęcin, 2011&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Elegia późnego września&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;wrzesień. jeszcze się niesie trzepotliwy&lt;br /&gt;chichot ważek nad tatarakami&lt;br /&gt;lecz już po wystrzyżonych ścierniskach pól&lt;br /&gt;ciągnie tren promieni słońce - paw ze złamanymi skrzydłami&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;wrzesień. z wolna skapuje z czereśni i jabłonek&lt;br /&gt;złotolistna patoka&lt;br /&gt;jesień wytacza armatnie kule dyń&lt;br /&gt;szykując się do ostatniego ostrzału lata&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;wrzesień. pierwsze wiatry urwały się z łańcucha&lt;br /&gt;i roznoszą między drzew wierzchołkami&lt;br /&gt;niespokojne wieści o swych dalekich wojażach&lt;br /&gt;jakby chciały wyprowadzić ogród z równowagi&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;wrzesień. jeszcze koguty pieją słoneczne hejnały&lt;br /&gt;lecz już rzeki płynąc i płynąc&lt;br /&gt;pluszczą o osamotnieniu&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;z zieleni na jaw wyszły zamaskowane cmentarze&lt;br /&gt;przypominając coraz natarczywiej&lt;br /&gt;o swym ISTNIENIU&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Borzęcin, 2011&lt;/em&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-1383867444452000467?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/1383867444452000467'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/1383867444452000467'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/11/jest-poezja-jozef-baran-wiersze.html' title='Jest Poezja! Józef Baran, wiersze najnowsze'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-6364460973728265160</id><published>2011-11-06T01:47:00.000-07:00</published><updated>2011-11-06T01:52:48.862-08:00</updated><title type='text'>Jest Poezja! Maciej Cisło, wiersze najnowsze</title><content type='html'>&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Kos po chińsku wygina głos&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kos po chińsku wygina głos.&lt;br /&gt;Leżę w trawie i robię nic.&lt;br /&gt;W lustrach stawu – obłoków stos.&lt;br /&gt;Kos po chińsku wygina głos.&lt;br /&gt;Miast wykuwać ze spiżu los,&lt;br /&gt;Żyję lekko: słuchacz i widz.&lt;br /&gt;Kos po chińsku wygina głos.&lt;br /&gt;Leżę w trawie i robię nic.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Łyżka i nóż&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;em&gt;Kobieta to jest łyżka,&lt;br /&gt;Ale mężczyzna to jest nóż!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;Anna Janko&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kobieta to jest łyżka,&lt;br /&gt;Ale mężczyzna to jest nóż!&lt;br /&gt;Siedzi w nim kawał opryszka.&lt;br /&gt;Kobieta to jest łyżka –&lt;br /&gt;Lecz bywa, że i modliszka!&lt;br /&gt;A wtedy oczka zmruż…&lt;br /&gt;Kobieta to jest łyżka,&lt;br /&gt;Ale mężczyzna to jest nóż!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Umówmy się na jakiś znak z tamtej strony&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Umówmy się na jakiś znak z tamtej strony,&lt;br /&gt;Gdyby jedno z nas miało umrzeć wcześniej.&lt;br /&gt;Może to będzie mały listek zielony?&lt;br /&gt;Umówmy się na jakiś znak z tamtej strony.&lt;br /&gt;…Liść podpisany imieniem, wrzucony&lt;br /&gt;Do skrzynki na listy (na jawie, czy we śnie).&lt;br /&gt;Umówmy się na jakiś znak z tamtej strony,&lt;br /&gt;Gdyby jedno z nas miało umrzeć wcześniej.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-6364460973728265160?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/6364460973728265160'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/6364460973728265160'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/11/jest-poezja-maciej-ciso-wiersze.html' title='Jest Poezja! Maciej Cisło, wiersze najnowsze'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-7168278311354036228</id><published>2011-11-06T01:44:00.000-07:00</published><updated>2011-11-06T01:46:50.087-08:00</updated><title type='text'>Jest Poezja! Roman Kaźmierski CIEŃ W CIEŃ (2)</title><content type='html'>&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Biała noc w Ö.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;(1)&lt;br /&gt;Z łokciami na parapecie w otwartym oknie&lt;br /&gt;to sposób znalezienia dziury w całej&lt;br /&gt;widzialności. Przez nią udaje się wydostać stąd,&lt;br /&gt;poszybować między ludzi nad brzegiem&lt;br /&gt;rzek i jezior, w obłoki pamiętane z dzieciństwa,&lt;br /&gt;choć było cudze, każdego prócz siebie, niczyje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(2)&lt;br /&gt;Tam leży mój pies pogrzebany, w kącie&lt;br /&gt;ogródka, co już nie jest mój, w miejscu&lt;br /&gt;gdzie przedtem rósł bez, ale zmarniał,&lt;br /&gt;więc go wyciąłem. A tam na miedzy,&lt;br /&gt;wzdłuż pobliskiej łąki za więzieniem,&lt;br /&gt;psim zwyczajem zagrzebał niejedną kość.&lt;br /&gt;Gdy ją wykopie archeolog, będzie jedną&lt;br /&gt;z moich, białą i gładką jak z plastiku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(3)&lt;br /&gt;Marginesy rosną. Często biorę je&lt;br /&gt;za tekst główny, z czasem i miejscem.&lt;br /&gt;O akcji zapominam, gdy w jasną noc&lt;br /&gt;siedzę na balkonie, który też się powiększa.&lt;br /&gt;Wprawdzie nie da się tutaj jeździć rowerem,&lt;br /&gt;ale ze dwadzieścia osób pomieści:&lt;br /&gt;my, wy, oni, zastępcy i następcy,&lt;br /&gt;obecni bez użycia przemiłej przemocy.&lt;br /&gt;Spokojnie popijamy, rozmawiamy&lt;br /&gt;półgłosem o winach, szeptem&lt;br /&gt;o zbawieniu chociaż jednej cząstki&lt;br /&gt;elementarnej. Noc zwie się białą,&lt;br /&gt;ale każdy odcień oddala się od bieli jak ty&lt;br /&gt;od ja. Na zachodnim marginesie nieba&lt;br /&gt;nie widać ciał niebieskich, ogniki&lt;br /&gt;papierosów zastępują gwiazdy.&lt;br /&gt;Żartujemy o tym, co różni kosmos od chaosu,&lt;br /&gt;Czy pustka to wakacje od bycia sobą,&lt;br /&gt;czy kimś innym? Gadamy o niczym&lt;br /&gt;do białego dnia, przykładamy się do rana.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Czarny pies&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;(1)&lt;br /&gt;Plastikowy worek na głowie: świat bez literatury&lt;br /&gt;wygląda jak przez mgłę, w łazienkowym lustrze,&lt;br /&gt;gdy rano szuka się twarzy, a znajduje folię&lt;br /&gt;opakowania. Szelest, za plecami czarny pies,&lt;br /&gt;tym bardziej realny, im trudniej go dotknąć.&lt;br /&gt;Z tabletki powstałeś, w preparat się obrócisz,&lt;br /&gt;wersja dla zbudzonych przez własnego demonka.&lt;br /&gt;Próbuje się z tego wyjść, ale zewnętrza brak.&lt;br /&gt;W worku miejsce na dobytek: sreberko&lt;br /&gt;po zdziecinniałej pralinie, żałoba&lt;br /&gt;po minionych dnach. Na papierze papier.&lt;br /&gt;Małomówny psie, prowadź, prowadź.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(2)&lt;br /&gt;Ponoć czmychnął ze średniowiecznych ksiąg,&lt;br /&gt;Goethemu przemknął w „Fauście”. Ostatnio&lt;br /&gt;widziano go, gdy krążył po Australii:&lt;br /&gt;nie dawał żyć i nie pozwalał zbyt łatwo umierać.&lt;br /&gt;Les Murray chce opowiedzieć, lecz tylko pisze&lt;br /&gt;następny wiersz. Ślady na piasku, znaki z piasku&lt;br /&gt;stary, papierowy śnieg. Zamiast leżeć&lt;br /&gt;pod bezpańskim płotem, waruje przy mnie.&lt;br /&gt;Wierny jak pies, czarny jak pies. Nie chce&lt;br /&gt;być symboliczny, łasi się śmierdząca śmierć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Rodzaj literacki&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;Najgorszy w dramacie jest wrzask&lt;br /&gt;o umieraniu, a nawet o życiu,&lt;br /&gt;wściekłe okrzyki cierpienia i inne&lt;br /&gt;wyszlochane drobiazgi.&lt;br /&gt;A tu stopy cierpną, tyłek boli&lt;br /&gt;od siedzenia na miękkim.&lt;br /&gt;Płonie biblioteka w głowie,&lt;br /&gt;a przynajmniej niezapominajki.&lt;br /&gt;Moim zdaniem, twoim zdaniem,&lt;br /&gt;zdaniem państwa umierającego&lt;br /&gt;z miłości do siebie, tyle zdań,&lt;br /&gt;że aż chce się zdać na milczenie.&lt;br /&gt;Wymień autora, a tytuł&lt;br /&gt;zaskwierczy, jakby przy kominku&lt;br /&gt;w zimowy zmierzch ogłaszano&lt;br /&gt;popielate końcówkę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Poranna modlitwa do Pana Bloga&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy obudziły mnie gwizdy kosa, czy daleki&lt;br /&gt;bełkot wypuszczonych z nocnego klubu,&lt;br /&gt;czy jest wpół do piątej w mocy&lt;br /&gt;przemienić koszmar senny w łagodność&lt;br /&gt;drugiego boku? Ach, znowu ten dualizm!&lt;br /&gt;Nie ma trzeciego lub trzeciej, nawet&lt;br /&gt;samotność na rynku promują najwyżej&lt;br /&gt;dwuosobową. Robienie sobie jaj&lt;br /&gt;z jednego „ja” lub drugiego.&lt;br /&gt;Późną mamy Wielkanoc w tym mroku.&lt;br /&gt;Żeby tylko zdążyć ze zmartwychwstaniem&lt;br /&gt;przed długim, majowym weekendem.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-7168278311354036228?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/7168278311354036228'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/7168278311354036228'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/11/jest-poezja-roman-kazmierski-cien-w.html' title='Jest Poezja! Roman Kaźmierski CIEŃ W CIEŃ (2)'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-6650412223777972124</id><published>2011-11-06T01:40:00.000-07:00</published><updated>2011-11-06T10:33:48.148-08:00</updated><title type='text'>Jest Poezja! Tomasz Sobieraj WŚCIEKLI LUDZIE</title><content type='html'>&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;nieznajomi&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;eugeniuszowi tkaczyszynowi - dyckiemu&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;ludzie przychodzą tacy piękni&lt;br /&gt;jak matka zanim denaturat&lt;br /&gt;zabrał jej urodę&lt;br /&gt;dając chorobę w zamian&lt;br /&gt;to nie był dobry interes z jej strony&lt;br /&gt;rzecki by na to nie pozwolił&lt;br /&gt;denaturat to kompania niegodna ust&lt;br /&gt;kaliope najady także wolą&lt;br /&gt;nektar dzwonków leśnych&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;a oni przychodzą&lt;br /&gt;zostają tylko butelki&lt;br /&gt;dzwony rurowe&lt;br /&gt;wystarczy napełnić wodą&lt;br /&gt;do różnej wysokości&lt;br /&gt;powiesić na sznurku obok siebie&lt;br /&gt;i dies irae zabrzmi jak u mozarta&lt;br /&gt;requiem dla chorej matki&lt;br /&gt;brzmi jednak fałszywie&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;wspomnienie&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;tutaj paśliśmy krowy z tym małym&lt;br /&gt;antkiem od gwaderów co to wpadł&lt;br /&gt;pod kombajn i ucięło mu nogi&lt;br /&gt;wrzeszczał wtedy a po chwili głowa&lt;br /&gt;opadła mu bezwładnie jak&lt;br /&gt;zerwany mak na łące&lt;br /&gt;krew czerwona z zieloną trawą&lt;br /&gt;nie dały nowego koloru&lt;br /&gt;antek zapił się na śmierć octem&lt;br /&gt;i benzyną jak miał szesnaście lat&lt;br /&gt;a my kąpaliśmy się w rzece&lt;br /&gt;kiedy on umierał rżnęliśmy jego&lt;br /&gt;siostrę na brzegu kaczeńce&lt;br /&gt;pamiętam&lt;br /&gt;wystawały jej spomiędzy nóg&lt;br /&gt;śmialiśmy się i piliśmy wino czarnoksiężnik&lt;br /&gt;umierał bez nóg samotnie&lt;br /&gt;ona potem zwariowała była u sióstr&lt;br /&gt;teraz podobno oddaje się na dworcu&lt;br /&gt;w mieście za piwo albo trzy złote&lt;br /&gt;a mnie dalej śnią się kaczeńce&lt;br /&gt;zapach trawy i nogi leżące na&lt;br /&gt;zielonych źdźbłach obok kombajnu&lt;br /&gt;w takich&lt;br /&gt;tanich trampkach&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;matka&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;dobra matka kocha swoje dzieci&lt;br /&gt;nie posyła ich na wojnę&lt;br /&gt;nie pozwala by umierały&lt;br /&gt;w nędznych szpitalach&lt;br /&gt;dobra matka uczy swoje dzieci&lt;br /&gt;chroni przed złem&lt;br /&gt;nie okrada mówiąc&lt;br /&gt;że potrzebuje na chleb&lt;br /&gt;a idzie na wódkę&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;moja matka&lt;br /&gt;jest bardziej macochą niż matką&lt;br /&gt;nosi suknię biało-czerwoną&lt;br /&gt;i krzyżyk na piersiach&lt;br /&gt;a powinna mieć czarną&lt;br /&gt;z trupią czaszką&lt;br /&gt;mówię do niej mamo&lt;br /&gt;z przyzwyczajenia&lt;br /&gt;chociaż mną gardzi&lt;br /&gt;jak większością swoich&lt;br /&gt;dzieci&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;moja matka okrada mnie&lt;br /&gt;i kłamie&lt;br /&gt;chodzi pijana&lt;br /&gt;oddaje się obcym w bramach&lt;br /&gt;za łyk taniej wódki i papierosa&lt;br /&gt;moja matka niczego nie uczy&lt;br /&gt;poza kłamstwem&lt;br /&gt;jej smutne dzieci umierają chore&lt;br /&gt;w zawszonych barłogach&lt;br /&gt;ale zawsze znajdzie pieniądze&lt;br /&gt;na wojny i igrzyska&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;moja matka to zwykła kurwa&lt;br /&gt;ale i tak ją kocham jak pies&lt;br /&gt;kopany i lżony&lt;br /&gt;który nie ma innego pana&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;miłość w mieście wojewódzkim&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;stara kobieta w bramie z butelką&lt;br /&gt;denaturatu&lt;br /&gt;szczerzy bezzębne usta&lt;br /&gt;w uśmiechu&lt;br /&gt;zaprasza swojego romea podciąga&lt;br /&gt;spódnicę gładzi&lt;br /&gt;dłonią uschniętą&lt;br /&gt;zwiotczałe wargi sromu&lt;br /&gt;romeo rzyga obok przemyka&lt;br /&gt;szczur wlokąc martwego kota&lt;br /&gt;dziecko wbiega prosto pod tramwaj&lt;br /&gt;zgrzytają stalowe koła&lt;br /&gt;szyny&lt;br /&gt;julia odwraca głowę straszny to widok&lt;br /&gt;mały jest sąsiadki spod szóstki idą do nory&lt;br /&gt;w oficynie zażywać miłości&lt;br /&gt;tylko to zostało&lt;br /&gt;oprócz denaturatu i emtiwi&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;po lekturze czarnego kwadratu&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;tadeuszowi dąbrowskiemu&lt;/span&gt;&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;martin heidegger powiedział kiedyś&lt;br /&gt;wciągając na kuchenny fartuch&lt;br /&gt;opaskę enesdeape&lt;br /&gt;że zapewne istnieje możliwość&lt;br /&gt;rzeczowego związku pomiędzy&lt;br /&gt;jajkiem i jajecznicą&lt;br /&gt;jajko może mianowicie wpaść&lt;br /&gt;w przestrzeń patelni wyzwalając&lt;br /&gt;skwierczenie grę masła i szczypiorku&lt;br /&gt;nigdy jednak jajko nie tworzy&lt;br /&gt;dopiero&lt;br /&gt;jajecznicy – odwrotnie zakłada ją&lt;br /&gt;jajecznica żółta przestrzeń&lt;br /&gt;ograniczona krawędzią patelni&lt;br /&gt;daje wolne pole nie tylko&lt;br /&gt;smakowi i zapachowi&lt;br /&gt;tu także dźwięk rozbrzmiewa&lt;br /&gt;i cichnie&lt;br /&gt;wybucha i ginie&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;droga do nieskrytości różna jest od traktu&lt;br /&gt;po którym musi błądzić opinia śmiertelnych&lt;br /&gt;dodał jeszcze martin&lt;br /&gt;podsycając płomień&lt;br /&gt;książką tomasza manna&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-6650412223777972124?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/6650412223777972124'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/6650412223777972124'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/11/jest-poezja-tomasz-sobieraj-wsciekli.html' title='Jest Poezja! Tomasz Sobieraj WŚCIEKLI LUDZIE'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-2392428427843957171</id><published>2011-11-06T01:38:00.000-07:00</published><updated>2011-11-06T21:24:22.722-08:00</updated><title type='text'>Recenzja: Dawid Brykalski, Magdalena Zaleska TAXI, TAXI!</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;HOMEROWIE POLSKIEJ ULICY&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Autor: Jan Siwmir&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;„Ludzie to dziwni som” – mówi mój znajomy kolega, Waldek, i trudno się z nim nie zgodzić. Wprawdzie wcześniej to samo wyśpiewywał Niemen, a tak w ogóle powyższe stwierdzenie bywa przecież punktem wyjścia wielu filozofów, ale Niemena ani żadnego filozofa osobiście nie miałem przyjemności spotkać, a Waldka i owszem. Spotykam go codziennie jak wychodzę o piątej rano robić zdjęcia pająkom, biedronkom i ślimakom. Waldek zbiera butelki i dziwi się za każdym razem tak samo, że ja o nieludzkiej porze usiłuję zastygnąć w powykręcanych pozach i na bezdechu nad jakimś zielskiem. Widzę w jego oczach natychmiastowe przeliczniki: plecak z akcesoriami okołofotograficznymi – miesiąc picia, kurtka i buty – miesiąc picia z kolegami, sprzęt i aparat fotograficzny – miesiąc picia z kolegami czegoś lepszego niż zwykła siara.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak tak się sobie poprzyglądamy nawzajem, to dzień mam wrażenie dla nas obu zaczyna się bardziej satysfakcjonująco, bo z poczuciem własnej, może małej, ale istotnej odrębności.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podobne uczucie miałem czytając „Taxi, taxi”. Zetknięcie światów, trochę podobnych, bardzo podobnych, różnych, odrębnych. I świadomość tej odrębności. Filozofia dialogu, gdzie spotkanie z drugim człowiekiem to coś więcej niż relacja człowiek – stół, człowiek – drzewo. Spotkanie jako wstęp do poznania czegoś, czego nigdy sami nie mielibyśmy okazji przeżyć, a więc i zrozumieć czy zaakceptować.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przyjrzyjmy się galerii postaci występujących w tekście. Bohaterami są tu nie tylko ci, którzy zetknęli się bezpośrednio (autorzy i taksówkarze), ale i ci, którzy występują niejako „z drugiej ręki”, o których się mówi długo, i których losy coś w nas poruszyły, zostawiły ślad. Oto matka trzynastoletniej dziewczyny; nie pozwala pić córce, ponieważ jest na to za młoda, lecz wiek w żaden sposób nie jest przeszkodą dla zaspokajania żądz tatusia czy jego kolegów, matka jest z niej dumna! Kilku mężczyzn przewożących trupa przez granicę, żeby zaoszczędzić sobie formalności, niedojadająca babcia przeznaczająca wszystkie pieniądze na ulubione radio, ksiądz potrącający przechodnia i tuszujący przestępstwo, alkoholiczka wzywająca taksówki, żeby „podwiozły” jej alkohol na ósme piętro, bo mąż ją zamknął w domu...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mnie najbardziej urzekła historia zakochanego, wychodzącego dzień w dzień o tej samej porze na stację z kwiatami, gdzie czekał na ukochaną, która od dawna już do niego nie przyjeżdżała. A on ciągle miał nadzieję... Taki niewielki obrazek świadczący o tym, że nie wszystko da się wycenić, przeliczyć i przeznaczyć na handel. Choć wielu osobom tak właśnie się wydaje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A ile pysznych typów wśród taksówkarzy! Wszystkowiedzący jenerał, mający o sobie mniemanie, że gdyby tylko postawić go na czele armii, jednostki komandosów, albo choćby dać mu możliwość dowodzenia odziałem szturmowym, to ho ho ho, od razu historia, a właściwie Historia pisana przez duże „H”, zmieniłaby swoje oblicze. Kontrowersyjne refleksje byłego kata, nostalgia za zadymami jakie się w młodości organizowało „na dzielnicy”, „chwyty psychologiczne” byłego ZOMOwca, czy opowieści o duchach na pewno metodą plotki już obiły się nam o uszy, lecz niewiele osób tak przejmująco potrafi je opowiedzieć jak Dawid Brykalski i Magdalena Zaleska. Bo język, moi Państwo, to osobna sprawa w tej książce; język żywy, uliczny, taki jakim posługują się taksówkarze, ze swoistymi naleciałościami, konstrukcją stylistyczną, przekręceniami, potocznymi słowami i słowotwórstwem charakterystycznym dla „dzielnic” w danym mieście i niejednokrotnie zrozumiałych tylko przez kontekst. Nie ukrywam, że lubię takie opowieści. Twardo zakorzenione w realiach i stanowiące asumpt do przemyślenia raz jeszcze niektórych tematów. Nawet jeśli refleksje nie są z gruntu optymistyczne. Autorzy bardzo rzadko dają się ponieść komentowaniu, w większości opowiadań nie ma podsumowania, moralizowania i pokazywania swej wyższości. Szanują czytelnika i jego zdanie. Przypomina mi to reportaże Hanny Krall, oczywiście inne w formie, ale równie „nieingerujące”. Tej opcji, na miejscu autorów, byłbym się trzymał na przyszłość. Stąd moja sugestia, by przekonstruować lub w ogóle zrezygnować z historii „Hitler wciąż nie kaput”. Lecz to rzecz jasna moje zdanie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z drugiej strony, ze względu na język, nieodparcie nasuwa się skojarzenie ze Stanisławem Wiecheckim „Wiechem”, nazwanym przez Tuwima „Homerem warszawskiej ulicy”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tylko jedną historię zamieniłbym miejscami z inną. „Nie lękajcie się” to opowieść zamykająca według mnie pierwszy cykl opowiadań. Wejście autora w rolę taksówkarza. Popatrzenie na otaczające nas zjawiska jego oczami, opuszczenie swojego wewnętrznego świata, przeniknięcie w skórę innego człowieka i zmierzenie się z problemami nowego typu. Nie tylko koniec jest tu ważny, nie tylko słowa Papieża, ale także to o czym mowa na początku, bo tylko po podobnym doświadczeniu na słowa „Dwadzieścia eurosów reszty się dla was należy” można odpowiedzieć „Nie ma tematu”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cieszę się, że powstają książki zbudowane jak warstwy Shreka, lekkie w formie i z pozoru rozrywkowe, ale dla wnikliwego czytelnika niosące przekaz, o którym niełatwo zapomnieć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dawid Brykalski, Magdalena Zaleska „Taxi, taxi! Albo o ludziach, taksówkach i innych zwierzętach” część 1. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-2392428427843957171?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/2392428427843957171'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/2392428427843957171'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/11/recenzja-dawid-brykalski-magdalena.html' title='Recenzja: Dawid Brykalski, Magdalena Zaleska TAXI, TAXI!'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-8497103140377215268</id><published>2011-11-06T01:36:00.000-07:00</published><updated>2011-11-06T01:37:47.744-08:00</updated><title type='text'>Esej: Joanna Turek FILOZOFICZNOŚĆ FOTOGRAFII, FOTOGENICZNOŚĆ FILOZOFII</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Banał uchodzi za zaprzeczenie sztuki i jest w tym wiele racji, bo jakie znaczenie może mieć dzieło, które nie skrywa jakiejś o nas tajemnicy, nie jest naznaczone niedopowiedzeniem albo nie zaskakuje formą. Jednak nie jest też odkryciem spostrzeżenie, że banał dość często przyciąga uwagę artystów. Trzeba wrażliwości i kunsztu, aby szarym i przeciętnym przedmiotom przydać smaku poezji i sprawić, by stały się dla nas wyrafinowane i nabrały nowych, nieoczekiwanych znaczeń. Obiekty banalne utrwalił na swoich fotografiach Tomasz Sobieraj, tak też zatytułował poświęcony im cykl. Jakiego istotnego dla nas doświadczenia może szukać poeta i artysta w codzienności i skończoności?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przeciętne i pospolite zwykle nie uosabia twórczo, nie zapładnia naszej wrażliwości, wyobraźni ani naszego myślenia. Dlatego mówimy, że jest banalne i – jeżeli nie posiada dla nas żadnej wartości użytkowej - traktujemy z pogardą. Banalne można nadepnąć, kopnąć przechodząc, cisnąć gdzieś lub co najwyżej obojętnie minąć. Szyderstwo bądź łaskawa obojętność, na nic więcej banał nie zasługuje w naszych przeciętnych oczach, o ile w ogóle zostanie przez nas dostrzeżony.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wiele chyba nie zaryzykuję stawiając tezę, że im bardziej nijaki staje się człowiek, tym banalniejszy staje się postrzegany przez niego świat. Tak jak u Heideggera, w którego wywodach znajduję potwierdzenie dla moich przypuszczeń, im bardziej pochłania nas użyteczna strona bytu, zamieniając nasze codzienne życie w przyzwyczajenie, które – będąc oczywistym „samo przez się” - nie stawia przed nami trudności, nie wymaga od nas żadnego zaangażowania ani wysiłku, tym mniej w nas podmiotowości, zdolności do przeżywania i zdziwienia, a tym samym banalniejszy staje się nasz świat. Przyzwyczajenie powoduje utratę przez nas autentyczności, zatracenie „ja” w anonimowym „się”, jest pseudożyciem czy też pseudoegzystencją.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przyzwyczajenie, rutyna, banał przysłaniają sens, zaciemniają prawdę o człowieku. W ich poszukiwaniu musimy więc wyjść poza oczywistość. Filozof powie o przekroczeniu, transcendencji, o pragnieniu odkrycia racji wszelkich rzeczy, źródła, w którym wszystko ma swój początek. Lecz nie dajmy się przy tym zmylić wyobrażając sobie, że w tym poszukiwaniu chodzi o coś, co nie dotyczy naszego marnego i skończonego świata, co – jako doskonałe i nieskończone - tak dalece nas przekracza, że nie pozostaje nam nic innego, jak tylko przyjąć wyrok skazujący na pośledniość. Znów wrócę do Heideggera, dla którego tkwiąca w nas metafizyczność, zdolność transcendencji najistotniejsza dla naszego ja i naszego świata sensów bierze się z doświadczenia skończoności. Najlepiej jednak będzie, kiedy sami zaczniemy szukać odpowiedzi na pytanie o transcendencję, o sensowność bądź bezsensowność naszego skończonego świata i naszych w nim projektów. To pytanie, tak jak odpowiedź na nie wymagają od nas oderwania się od przyzwyczajenia, wymagają naszego osobistego zaangażowania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Egzystencja wymaga przebudzenia, tak pisał Heidegger. Jego początkiem jest zdziwienie, zaś pierwszą konsekwencją zdziwienia jest oderwanie od banału, od oczywistości. Wiedział o tym już Platon, który twierdził, że zdziwienie jest warunkiem uwolnienia się od świata pozoru. Cała ludzka moc jest w zdziwieniu. Zdziwienia, o którym tu mowa, nie opisuje psychologia. Ma ono sens ontologiczny jako konieczność bycia w świecie, warunek egzystencji, czyli naszej odysei po świecie sensów, możliwości, naszej wolności.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do takiej wędrówki zaprasza nas Tomasz Sobieraj - pisarz i fotografik, w którego twórczości filozofia jest stale obecna. W tym przypadku kieruje swój obiektyw na rzeczy banalne, bezwartościowe, nieistotne, przez wielu nawet niezauważalne. Wyostrza, powiększa, tak jak u Antonioniego, bądź zmniejsza lub rozmywa. Nadaje formę, która w przypadku dzieła artysty staje się też treścią, przywołuje obiekty przefiltrowane przez swoją świadomość, co sprawia, że nie ograniczają ich arystotelesowskie kategorie substancji i przypadłości, czyli tego, co jest i jakie jest. Zawłaszcza bycie narzucając swą poetycką moc kształtowania naszego oglądu. Sobieraj myśląc, przeżywając, wyobrażając sobie poszukuje sensu dla siebie, a jednocześnie dla nas. Czy oderwie nas od zwyczajności, od banału, od świata oglądanego z perspektywy „się”? Czy w rzeźbionych przez Sobieraja rysach w byciu rozpoznamy też samych siebie? Czy wystarczy po prostu, że nas zdziwi. Filozofia i sztuka nie lubią gotowych odpowiedzi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tekst pochodzi z katalogu wystawy Tomasza Sobieraja „Banal Objects”; Fotoseptiembre USA - SAFOTO, Instituto Cultural de México, San Antonio, USA, 2011. &lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-8497103140377215268?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/8497103140377215268'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/8497103140377215268'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/11/esej-joanna-turek-filozoficznosc_06.html' title='Esej: Joanna Turek FILOZOFICZNOŚĆ FOTOGRAFII, FOTOGENICZNOŚĆ FILOZOFII'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-4872286175286675198</id><published>2011-11-06T01:34:00.000-07:00</published><updated>2011-11-06T03:03:13.610-08:00</updated><title type='text'>Opowiadanie: Andrzej Tchórzewski POLETKO TOWARZYSZA DZIUNKA</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Co tu dużo gadać; w nowej budzie zaczęło się źle. Trzy dwóje na okres i czwórka ze sprawowania. Niby nic wielkiego. Na półrocze z tego wyjdę. Mam taką pamięć, że każdą lekcję mogę powtórzyć. Co do przecinka. Przestanę się kłócić z biologicą; niech jej będzie ten Miczurin i Darwin. I &lt;em&gt;euglena viritis&lt;/em&gt; i tysiące raczych odwłoków. Podobno; bezpartyjna. Wierzyć się nie chce; w takiej tepedowskiej szkole, do której chodzą dzieci różnych partyjniaków. No, i wielbiciele Miczurina. Nadprogramowo. Bo Miczurin powinien być dopiero w jedenastej klasie, a nie w dziesiątej. Ktoś musiał donieść, pewnie dziewczyny. Bardzo ją lubią, że taka elegancka i opanowana. Wychowawczyni! Na lekcjach wychowawczych, to albo trójki klasowe, żeby się zmieniały, albo znów Miczurin czy Łysenko, &lt;em&gt;poszerzanie horyzontów&lt;/em&gt;. Pewno większość z was chce iść na medycynę. A tam jest egzamin z biologii. Jeszcze trochę za wcześnie, ale już musicie myśleć, zastanowić się. Biologia zawsze jest przydatna.&lt;br /&gt;„Zwłaszcza w Zoo” – powiedziałem półgłosem. Chłopaki w śmiech. Chyba usłyszała. ZOO jeszcze nie mamy w naszym mieście…&lt;br /&gt;Wkrótce będzie i zoo. Wtedy zaczniemy chodzić, prowadzić dzienniczki obserwacyjne, dyskutować. Tymczasem jestem w stałym kontakcie z naszą Akademią Medyczną. Dawniej był to wydział lekarski Uniwersytetu. Dziś samodzielna uczelnia przygotowująca wspaniałe kadry dla naszego kraju. Tak, mamy dużo do odrobienia. Poziom oświaty sanitarnej na wsi jest niski. Dziedzictwo sanacji. Teraz zachorowalność na gruźlicę spadła do zera. Nie ma już wszawicy, tyfusu. Zapewne, czytaliście na polskim jak wkładano dziecko do pieca na trzy zdrowaśki. A dziś? Proszę; leczy się nowocześnie, nie fideistycznie. Sanatoria, prewentoria, ultradźwięki.&lt;br /&gt;I tak zazwyczaj biologiczka nawijała na lekcjach wychowawczych, chyba, że dziewczyny się ze sobą pokłóciły albo Józio z Wackiem pobili na przerwie. Z poważniejszych spraw, dłużej &lt;em&gt;omawianych&lt;/em&gt; leciało: nieprzygotowanie codziennych prasówek, tarcze, mundurki, schludność uczniowska. Spóźnialscy i nieusprawiedliwiona nieobecność. Z tym, miałem spokój. Trener dzwonił albo z Klubu wędrowało pismo, żeby mnie zwolnili na zawody czy obóz kondycyjny. Z „pierwszej a” nie zrezygnowałem, przeciwnie, kupiłem sobie Ozolina „Trening lekkoatlety”. Pan Rysio obejrzał książkę.&lt;br /&gt;- Że, ty, choroba, zawsze mi jakąś zagwozdkę przygotujesz. No, niezła, niezła. Wiesz z tymi wkładkami ołowianymi i biegiem po stromej ścieżce pod górę, to sam bym nie wpadł. Zastosuję, obowiązkowo. Trzymaj się tego ozolina. Wprawdzie w sprintach dobrzy są Amerykanie, zwłaszcza Murzyni, a nie Rosjanie. Ale gdzie jest powiedziane, że trener ma być dobrym zawodnikiem?&lt;br /&gt;Pan Rysio był i dobrym trenerem, i dobrym zawodnikiem. Ostatecznie wicemistrz Polski zrzeszenia, to nie w kij dmuchał. A jaki skoczny! Wzrost 153 cm, jak się mówi, w kapeluszu, czyli normalny kurdupel, skakał 175 cm. I za to go podziwiałem. Jak chciał; &lt;em&gt;kalifornijką&lt;/em&gt;, &lt;em&gt;rollingiem&lt;/em&gt;, nawet &lt;em&gt;nożycami&lt;/em&gt;. Podobno na pierwszej nowożytnej olimpiadzie był skok wzwyż z miejsca i skok w dal. Też z miejsca. Pan Rysio byłby w tym dobry. Cóż, za późno się urodził.&lt;br /&gt;Zawarliśmy umowę. On mnie obroni przed szkołą, a ja będę przysparzał punktów klubowi. W de cię mogą pocałować.&lt;br /&gt;Masz, chłopie, parę. Takie chucherko, a jaka para. Nabierzesz mięśni, wybiegasz się. Złapiesz trochę wytrzymałości. W zasadzie nie mam tylko zastrzeżeń do tempówek. Zwolnię cię z tych biegów po lesie. I z fińskich ćwiczeń, chociaż to wzmacnia stopy. Trenuj sobie nawet według Ozolina. Jak chcesz, byleby konsekwentnie. Ja się nie wtrącam. Wyniki mają być. Za rok mistrzostwa Polski Juniorów. Widzę ciebie na podium w paru konkurencjach. Kadrowe dostaniesz. Osiemset złotych, całe osiemset złotych albo i więcej. Ty zadbasz o wyniki, a Klub o ciebie. Na cale szczęście państwo popiera sport. A szkoły są państwowe, to też muszą popierać. Powiedz, ale tak szczerze; o co chodzi?&lt;br /&gt;- Trenerze, mam w budzie przepały.&lt;br /&gt;- Co!? Taki zdolny chłopak i jakieś trudności? Zadzwonię do Strycharza.&lt;br /&gt;- Nie jestem już w Zamoju. Zmieniłem szkołę.&lt;br /&gt;- Głupio zrobiłeś.&lt;br /&gt;- Wiem.&lt;br /&gt;- Strycharz to marka. Przedwojenny CIWF; znał Józefa Piłsudskiego, cyt. I szkoła zacna. Koszykówka, pływanie, siatkówka. Skok w dal, sztafeta szwedzka. Dwóch rekordzistów Polski. A tepedziak? „Ha, ha, ha, hi, zetempe pomaga wsi”. Krawaty, szturmówki, majówki, dużo bambusiarstwa. Gadka-szmatka. Oficjalnie nie są, chyba, przeciwko uprawianiu sportów. Mają przecież wychowanie fizyczne, przysposobienie sportowe, salę gimnastyczną. Podobno dużą., dobrze wyposażoną.&lt;br /&gt;- Co z tego, panie Rysiu, co z tego. Sala – chyba największa w mieście, ale ciągle zajęta na ważne zebrania, narady, spotkania aktywu młodzieżowego. Lekcje wuefu, w klasie albo na korytarzu. Latem na boisku. Rypią w siatę lub kosza..&lt;br /&gt;- Tam przecież są korty.&lt;br /&gt;- Są. W tenisa nikt nie gra. A jak Skonecki wypieprzył za granicę…&lt;br /&gt;- Cicho, cicho. Wiem o co chodzi. Trzeba przekonać kolegów-towarzyszy, żeby nauczyli się grać. Nie muszą zatrudniać chłopaków do podawania piłek. Mówisz, że szkoła się już robi na żeńską.&lt;br /&gt;- No, tak. Chłopcy są tylko w dwóch ostatnich klasach. Niedobitki.&lt;br /&gt;- Dla dziewcząt dobry sport; tenis.&lt;br /&gt;- Twierdzą, że &lt;em&gt;burżuazyjny&lt;/em&gt;.&lt;br /&gt;- E, tam… A kto tego wuefu uczy?&lt;br /&gt;- Dziunek, profesor Dziunek.&lt;br /&gt;- Nie znam.&lt;br /&gt;- I peesu, i peo.&lt;br /&gt;- Nie znam. Kurna, znam z tysiąc sportowców, a o takim pierwszy raz słyszę. Dziunek, powiadasz.&lt;br /&gt;- Mówią, że był oficerem w KBW.&lt;br /&gt;- No tak. Kabewiak. Żołnierze – do czterech klas, oficerowie do siedmiu. Im głupszy, tym lepszy. Kadra z cenzusem. Ujemnym. To się nie dziwię.&lt;br /&gt;- Ten Dziunek jest jeszcze sekretarzem Partii&lt;br /&gt;- Ach tak. Nie będziemy rozmawiać o polityce. Jesteśmy sportowcami. To z nim masz &lt;em&gt;przepały&lt;/em&gt;?&lt;br /&gt;- Niii.&lt;br /&gt;- A z kim? Tylko krótko.&lt;br /&gt;- Z biologiczką, która jest jednocześnie wychowawczynią mojej klasy. Z polonistką&lt;br /&gt;i matematykiem.&lt;br /&gt;- Ho, ho.&lt;br /&gt;- O co poszło?&lt;br /&gt;- Nie chcę o tym mówić. Biologiczka się na mnie uwzięła.&lt;br /&gt;- A polonistka i matematyk?&lt;br /&gt;- Matematyk ten sam co w Zamoju. Kazio-Wykradnik.&lt;br /&gt;- Kazio, co?&lt;br /&gt;- Wykradnik. Tak go przezywali, bo czasem zamiast „r” mówi „ł”. Wykładnik. Znaczy się wykładnik potęgi.&lt;br /&gt;- Nie potrafisz potęgować?&lt;br /&gt;- Skądże, z matmy tam miałem solidną trójkę. A czwórka była rzadkością. Ze dwie, trzy. Tylko, że w Zamoju zabraniał używać tablic logarytmicznych. Mantysy na pamięć, a cechy to każdy łatwo obliczy. A w tepediaku trzeba mieć tablice.&lt;br /&gt;- Słusznie. Prawie same dziewuchy. W głowach amory i westchnienia, nie będę sobie zawracać gitary jakimś zakuwaniem. Co kraj, to obyczaj. Dobrze robi ten wasz Wykradnik. Prawdziwy pedagog. Zmiana środowiska – zmiana wymagań. Zabaniaczył ciebie za brak tablic?&lt;br /&gt;- Tak.&lt;br /&gt;- Głupstwo. Sprawisz sobie tablice i po krzyku. Pamięta cię?&lt;br /&gt;- Jako, w sumie, niezłego ucznia. Zawsze z murowaną trójką. On innych stopni nie uznaje. Wie pan, stara szkoła belfrów; na piątkę – Pan Bóg, na czwórkę on, a uczeń na trójkę, najwyżej trzy z plusem.&lt;br /&gt;- Jedziemy dalej. Polonistka?&lt;br /&gt;- Kazała przeczytać wypracowanie.&lt;br /&gt;- I co?&lt;br /&gt;- Przeczytałem, ale chciała sprawdzić, czy nie narobiłem błędów ortograficznych.&lt;br /&gt;- Sporo było?&lt;br /&gt;- Nic. Czytałem z głowy, a właściwie z pustych niezapisanych kartek. Z czystego zeszytu, rozumie pan. W Zamoju przywykłem do nieprowadzenia żadnych zeszytów. Miałem jeden. Przeważnie niezapisany. Z rożnymi rysunkami, wpisami kolegów, głupimi żartami. Jeden do wszystkiego.&lt;br /&gt;Trener zaczął się śmiać.&lt;br /&gt;- To takie ziółko z ciebie. Wiesz, co? Jeśli rzeczywiście czytałeś bez zająknięcia, to dałbym ci piątkę za improwizację. I dwójkę za oszustwo. Wychodzi trzy plus. Żaden problem. Pewno gorzej z tą biologią?&lt;br /&gt;- Gorzej. Podpadłem sromotnie. Ona ma kota na punkcie Darwina i Miczurina.&lt;br /&gt;- Do spraw nauki ja się nie wtrącam. Kot sympatyczne zwierzą, zwłaszcza u biolożki. Pewno udawałeś mądralę. Jak ze mną i tym ozolinem. A niech cię….&lt;br /&gt;- Raz zapytałem, czy to prawda, że Darwin był księdzem, znaczy się anglikańskim pastorem. Powiedziała, że nieprawda. Twórca materialistycznego pojmowania przyrody, teorii ewolucji gatunków. Żadnego fideizmu. Udowodnił, że człowiek pochodzi od małpy. A ja na to, że każdy sobie wybiera przodków według uznania. Później jeszcze posprzeczaliśmy się trochę o lamarkizm. Biologię dobrze znam. Nawet klasyfikację Linneusza. Właściwie nie ma się o co do mnie przyczepić. Powinienem mieć piątkę.&lt;br /&gt;- Kłócąc się z nauczycielką? U mnie możesz podskoczyć, bo wszystko jest wymierne, ale w nauce, bracie, liczy się teoria. Nastawienie, pomysł. Ja do gimnazjum chodziłem za okupacji. Maturę zrobiłem na tajnych kompletach. O Darwinie nas nie uczyli. Teraz widocznie taka moda. Coś ci powiem; daj sobie spokój z tym zapędzaniem nauczycieli do narożnika. Weź się za sport. Zrób jakiś rekord. Powiem prezesowi. Prezes zadzwoni, wyjaśni co trzeba. A on też partyjny. I liczą się z nim. Tylko tyle nabroiłeś? Głupstwo. A za co czwóreczka ze sprawowania? Pobiłeś się z kimś?&lt;br /&gt;- Nie. Jak byliśmy w prosektorium z wycieczką szkolną. Niby podczas Dni Drzwi Otwartych to, trenerze, co tu gadać… Posmarowałem koleżankę tłuszczem z trupa. Ona zemdlała. Upadła na ropowaną podłogę. Przylecieli asystenci, jakiś profesor. Strasznie wrzeszczeli na biolożkę. A ona na mnie. I mam zakaz pokazywania się w prosektorium.&lt;br /&gt;- Jeszcze nie musisz. Ale poważnie; wybierasz się na Akademie Medyczną?&lt;br /&gt;- Nie! Na AWF, a później, kto wie. Raczej dziennikarstwo sportowe. I po to to zrobiłem. Bo matka chce, żebym został lekarzem. A co to za przyszły lekarz, który nie może chodzić do prosektorium.&lt;br /&gt;- Nieźle to wykombinowałeś. Szkoda, że cudzym kosztem. Widzę, że z czwóreczką damy sobie radę. Prezes ugada dyrektorkę. Sprawisz sobie zeszyt do polskiego i tablice logarytmiczne. Nie będą jakieś głąby w nas wpierać, że nie dbamy o wychowanie młodzieży czy przechowujemy chuliganów tylko dlatego, że mają osiągnięcia w sporcie.&lt;br /&gt;W złą godzinę było to wszystko powiedziane. Nie doceniłem tego sukinkota Dziunka. Teraz mogę sobie pośpiewać w kiblu:&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;„Krew zalewała skrwawiony jego szat,&lt;br /&gt;Upadł kabewiak jak polny róży kwiat”. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Jednak to ja upadłem, a nie Dziunek. Na półrocze mam prawie same dwóje i trójkę ze sprawowania. Wiadomo, że stopnie liczą się już do &lt;em&gt;przeciętnej&lt;/em&gt; przy dopuszczaniu do matury, a później w pisaniu opinii na studia. Baniaki można nadrobić, pies z nimi tańcował, ale z trójką najczęściej wywalają z budy i trzeba się sporo nachodzić, żeby dostać miejsce w &lt;em&gt;wieczorówce&lt;/em&gt; dla pracujących, gdzie grasują same &lt;em&gt;orły&lt;/em&gt; i etatowi opierdalacze. Jak do tego doszło? Opowiem później. Na razie to rekord tepedziaka. I wątpię, czy w przyszłości zostanie pobity. A tymczasem w domu trwają takie &lt;em&gt;rozhowory&lt;/em&gt;!&lt;br /&gt;- Nie szkodzi, przyjdzie do mnie do roboty. Nauczy się fachu – mówi ojciec.&lt;br /&gt;A matka:&lt;br /&gt;- Przed wojną za trójkę z zachowania dostawało się &lt;em&gt;wilczy bilet&lt;/em&gt;. I do żadnej szkoły już by ciebie nie przyjęli. Z &lt;em&gt;wilczym biletem&lt;/em&gt;? Za co dawali? Albo za przynależność do młodzieżówki komunistycznej, albo za systematyczne okradanie kolegów czy jawny rozbój.&lt;br /&gt;Ojciec na to:&lt;br /&gt;- Ma chłopak małą maturę? Ma. Do szkoły oficerskiej też przyjmują po małej maturze. Jeszcze nie wszystko stracone. Pójdzie w kamasze, nauczy się moresu. Zresztą, może ćwiczyć w jakimś CWKSie. Tylko listę musi podpisywać i awansować. Nawet na poligon może nie zaglądać. Będziemy mieli majora albo podpułkownika. Krzywda mu się nie stanie.&lt;br /&gt;- Co to za kariera; biegać? Do ilu lat można biegać? Lekarzem powinien zostać. Ludzie zawsze chorują i będą chorować.&lt;br /&gt;- Kiedy on nie chce być lekarzem. Może krwi się boi, może sikami brzydzi. A to sobie umyśliłaś; chłopak żywy, czyta dużo, myśleć potrafi.&lt;br /&gt;- Jak chce. Ale na ogół postępuje bezmyślnie. Z jednej szkoły go wylali. Z drugiej…&lt;br /&gt;- Jeszcze nie wylali. Poprawi się.&lt;br /&gt;- Wierzysz mu?&lt;br /&gt;- A nie powinienem?&lt;br /&gt;- Żartujesz. Ma jednak coś z ciebie; te skłonność do drwin. Wykpiwania wszystkiego.&lt;br /&gt;- Powiedz od razu; poczucie humoru. Jesteś za bardzo &lt;em&gt;sierożna&lt;/em&gt;. Dziś trzeba mieć poczucie humoru. Czasy takie, więcej ponure. To i człowiek musi odpowiednio reagować.&lt;br /&gt;Starałem się unikać słuchania tych rozmów. I dobrze mi szło. Ale czasami, jak na złość znów zaczynały się w mojej obecności. Jak to mówią; w najczarniejszych snach nie przewidywałem, że będzie gorzej. Dlaczego mnie jeszcze nie wywalili? Nie wiem. Mam parę domysłów.&lt;br /&gt;Wypadałoby opowiedzieć wszystko po kolei. Licho mnie podkusiło. Zamiast jak dawniej spędzać całe dnie w bibliotece. Usprawiedliwiając się treningami odwiedziłem budę. I to w dzień, kiedy była gimnastyka, jak zawsze nie w sali zajętej na kolejne posiedzenie amatorów gadulstwa, ale w klasie. Po zaordynowaniu jakichś wyrzutów ramion, młynków i głupawych skłonów tułowia Dziunek kazał nam usiąść i zaczął opowiadać o sporcie w Związku Radzieckim, właściwie to ciągle była ta sama lekcja na temat przewag radzieckich sportowców nad resztą świata.&lt;br /&gt;Dziunek jak się zapędzi to gestykuluje, wyciąga jakieś pisma sportowe, wypisuje na tablicy wyniki i nazwiska. Chłopaki gapią się za okno, szepczą sobie jakieś głupoty albo z gumek strzelają kartkami do dziewczyn. A jak Dziunek któregoś złapie, od razu stawia do kąta.&lt;br /&gt;Po jakimś czasie w obu rogach panował ścisk niemożebny. Dwa ringi były zapełnione. W ławkach zostały tylko dziewuchy, więc puszczano do nich oko albo robiono głupie miny. A towarzysz psor, nigdy nie nazywano go „profesorem”, zawsze „psorem”, perorował o wyższości sportu radzieckiego nad amerykańskim. Niekiedy wtrącałem swoje trzy grosze, żeby go wkurzyć. A kto wygrał setkę w Helsinkach? A kto czterysta metrów? Ile zrobiła olimpijska sztafeta Jamajki?&lt;br /&gt;„Murzyni to potęga. Mają więcej poprzecznych mięśni prążkowanych , co wspomaga elastyczność i zmniejsza wydzielanie kwasu mlekowego. Wydaje się, że biegną od niechcenia, lekko na &lt;em&gt;pół pary&lt;/em&gt;. A oni już nie mogliby z siebie więcej wykrzesać. Chciałbym tak biegać; elegancko, bez zadyszki, z małą stratą na wirażach, przezwyciężając siłę odśrodkową i wchodząc na prostą lekko przechylonym w stronę wewnętrznego krawężnika bieżni”.&lt;br /&gt;Tym razem nie zadawałem &lt;em&gt;kłopotliwych&lt;/em&gt; pytań i towarzysz Dziunek mógł przekonywać nieusportowione dusze, pewno ziewające z nudów, że sport radziecki to potęga jeszcze większa niż ciężki przemysł i Armia Czerwona.&lt;br /&gt;Czytałem. Pod ławką. Też w kącie. Od ściany. Ale, niestety z wolnym dostępem od środka, to mój kolega Józek jako jeden z pierwszych stanął obok tablicy, tuż pod samym portretem Bieruta.&lt;br /&gt;I Dziunek mnie zaskoczył. Podszedł do mnie.&lt;br /&gt;- A, czytamy. Na lekcji wychowania fizycznego urządzamy czytelnię. Zamiast słuchać, notować i &lt;em&gt;brać udział&lt;/em&gt;, czytamy.&lt;br /&gt;Z wrażenia, książka upadła mi na podłogę.&lt;br /&gt;- Co czytamy? Można wiedzieć?&lt;br /&gt;Miałem pod ławką, na wierzchu sterty zeszytów, nieotwarty „Trening lekkoatlety”. Wyciągnąłem tę książkę.&lt;br /&gt;- Nie &lt;em&gt;tą&lt;/em&gt;, &lt;em&gt;tą&lt;/em&gt; z podłogi.&lt;br /&gt;„Nie tąkajmy” przypomniałem sobie ulubione powiedzenie polonistki. Trudno. Schyliłem się. Podałem mu to czego chciał.&lt;br /&gt;- A, ciekawe. Interesujący tytuł: „Poletko Pana Boga”. I takie książki wydają u nas? Fideistyczne. W socjalistycznym kraju?&lt;br /&gt;Spojrzał na kartę tytułową. E… wydawali. Cukrowski. Prywatne wydawnictwo. Rok wydania 1948… Teraz nie ma w Polsce prywatnych wydawców.&lt;br /&gt;- Nie ma – potwierdziłem.&lt;br /&gt;- Znaczy się, książka zakazana.&lt;br /&gt;- Wszystko co wydano po wojnie nie jest zakazane.&lt;br /&gt;- Tak powiadasz. Jinteresujące. Uczeń świeckiej, tepedowskiej szkoły czyta „Poletko Pana Boga”. Amerykańskiego autora. Jakiegoś tam &lt;em&gt;Caldwela&lt;/em&gt;.&lt;br /&gt;- Nie Caldwela, tylko Koldłela. Dobra książka, polecam.&lt;br /&gt;- Głupca ze mnie robisz! A po co to uczeń laickiej szkoły czyta „Poletko Pana Boga”?&lt;br /&gt;A jakież to poletko może mieć nieistniejący pan bóg?&lt;br /&gt;Już chciałem powiedzieć; „z pewnością niekołchozowe, fieju jeden”, ale ugryzłem się w język. Dziunek tymczasem przeglądał książkę.&lt;br /&gt;- O, widzę, to i wyrazy nieodpowiednie dla ucznia są. Znaczy się; klątwy. Możesz mi wytłumaczyć dlaczego w tej książce klną, skoro wierzą w jakiegoś amerykańskiego Boga.&lt;br /&gt;- To, nie tak…&lt;br /&gt;- A jak? – Dziunek odwrócił stronę tytułową i wpatrywał się w pieczątkę. – O proszę. Biblioteka Uniwersytetu Katolickiego. Jinteresujące…. Czyja to książka?&lt;br /&gt;- Jak już stwierdziliśmy Koldłela. Pisarza amerykańskiego urodzonego ….&lt;br /&gt;Nie pozwolił mi dokończyć.&lt;br /&gt;- Kpisz sobie ze mnie!?... Egzemplarz, znaczy, czyj?&lt;br /&gt;- Chwilowo pana psora.&lt;br /&gt;- Czyja to własność, pytam.&lt;br /&gt;- Na razie moja.&lt;br /&gt;- A ta pieczątka, skąd?&lt;br /&gt;- Widocznie, ktoś ją przybił. Chyba, psor, nie wierzy w samodzielne przybijanie się pieczątek.&lt;br /&gt;- Dość tej błazenady! Od kogo wziąłeś egzemplarz tego świństwa. Imię, nazwisko…&lt;br /&gt;- Pożyczyłem od kolegi. Nazwiska nie znam. Wołają na niego &lt;em&gt;Guma&lt;/em&gt;.&lt;br /&gt;- A gdzie mieszka?&lt;br /&gt;- Nie wiem. Zresztą, nie mam pewności, czy on też od kogoś nie pożyczył. Wie pan profesor, jak to jest. Pożycz, tak, nie. I po sprawie. Ja tam się nie rozpytuję: jego, nie jego. Czyja? Mógł sobie kupić.&lt;br /&gt;- Takich książek nie ma w obrocie księgarskim.&lt;br /&gt;- Są antykwariaty – powiedziałem i zacząłem intensywnie myśleć. Przelatywały mi przez głowę różne sposoby wybrnięcia z tej sytuacji. Niewątpliwie trzeba… Niczego nie trzeba. Powiadomię dyrektora biblioteki, a on coś wymyśli. Ojcu też warto powiedzieć. Ledwo dosłyszałem, jak Dziunek odezwał się dość krótko.&lt;br /&gt;- W antykwariatach nie wolno sprzedawać książek z pieczątkami &lt;em&gt;jeszcze&lt;/em&gt; istniejących bibliotek.&lt;br /&gt;I to docierało do mnie powoli; szczególnie zaakcentowane słowo „jeszcze”. Lepiej będzie poczekać, aż do Miasteczka przyjedzie &lt;em&gt;Guma&lt;/em&gt;, brat Krzyśka ośmiumetrowca, &lt;em&gt;Guma&lt;/em&gt; z Awuefu, &lt;em&gt;Guma&lt;/em&gt; – kolarz. Tam w Warszawie pewno mają więcej antykwariatów.&lt;br /&gt;U nas są dwa; prywaciarz Owsiński i dział antykwaryczny w księgarni świętego Wojciecha. Oba znam dobrze. Jak mam pieniądze, to u nich kupuję… A jakby tak, przekonać…&lt;br /&gt;- Czy wiesz dlaczego nie wolno sprzedawać, ani &lt;em&gt;skupowywać&lt;/em&gt; książek z pieczątkami?&lt;br /&gt;- N-n-ie.&lt;br /&gt;- Bo to byłoby paserstwo. Ciężkie wykroczenie kryminalne. No nic; postaramy się wyświetlić sprawę. Jinteresujące; propaganda religianctwa i fideizmu w szkole świeckiej. Rzecz &lt;em&gt;absolutnie&lt;/em&gt; zakazana. Tyle samo, co wroga działalność. Państwo jest świeckie, szkoła świecka, nie żaden tam &lt;em&gt;biskupiak&lt;/em&gt;, a kolega do takiej szkoły książeczki o bogu przynosi. Trzeba zapytać, w jakim celu, po co czyta i komu pożycza?&lt;br /&gt;- Jak dotąd - nikomu. Sam pożyczyłem, a rzeczy pożyczonych nie pożycza się dalej. Bez zgody właściciela.&lt;br /&gt;- A właściciel to Biblioteka Uniwersytetu Katolickiego. Jinteresujące. W każdym bądź razie zatrzymuję tą książkę do wyjaśnienia.&lt;br /&gt;„Co wyjaśniać? – pomyślałem sobie. – czytałem i kwita. Dziunek mnie złapał. Chce niech pisze w dzienniczku albo postawi mi gałę z Przedmiotu”. A on, jakby zgadując moje myśli powiedział:&lt;br /&gt;-Zaręczam ci, kolego, że sprawa jest poważna. Bardzo po-waż-na. Dywersja ideologiczna w świeckiej szkole. Propaganda religianctwa w środowisku laickim.&lt;br /&gt;Od tej rozmowy upłynęło dwa dni. W sobotę, na wielkiej przerwie zaczepiła mnie Agniecha.&lt;br /&gt;- Chciałabym z tobą poważnie porozmawiać.&lt;br /&gt;- Co to, oświadczyny? Zresztą i tak musimy poczekać do skończenia szkoły. Dzieciaka ci chyba nie zmachałem?&lt;br /&gt;- Przestań się wygłupiać. Mówię poważnie.&lt;br /&gt;- Poważnie o propozycji poważnej rozmowy, to brzmi, wybacz, dość śmiesznie.&lt;br /&gt;- Nie pajacuj. Dziunek, towarzysz Dziunek – poprawiła się, – chce cię wyrzucić&lt;br /&gt;z Organizacji.&lt;br /&gt;- Jak można wyrzucać kogoś z czegoś, do czego nie należy?&lt;br /&gt;- Rzeczywiście, na zebrania nie przychodzisz, nawet jeśli odbywają się w ramach lekcji wychowawczej.&lt;br /&gt;- Nie przychodzę, bo się nie mieszczę w tych, jak to rzekłaś, ramach.&lt;br /&gt;- A w ogóle to ten twój klub za często cię zwalnia z zajęć.&lt;br /&gt;- I o tym też z Dziunkiem gadaliście.&lt;br /&gt;- Skąd wiesz, że gadaliśmy?&lt;br /&gt;- Bo inaczej nie chciałabyś ze mną rozmawiać poważnie. Wiesz, że tego nie lubię. Pożartować. Owszem. Zwłaszcza z dziewczynami.&lt;br /&gt;- Przestań! – lekko wkurzyła się, ona Agnieszka Dudkówna, przewodnicząca ZMP, w naszej klasie, podobno uosobienie rozsądku i opanowania, polecany wzór cnót i właściwej postawy uczniowskiej.&lt;br /&gt;- Dziunek kazał mi odszukać twoje papiery.&lt;br /&gt;- I co w nich znalazłaś?&lt;br /&gt;- Nic. Nie ma twoich papierów. Ale przecież, tam, w Zamojskim musiałeś należeć do ZMP.&lt;br /&gt;- Nie było takiego obowiązku. Kto chciał, ten się zapisywał. Na ogół robili to frajerzy, pod koniec szkoły, żeby mieć dodatkową opinię i jakieś uwagi o dobrej pracy społecznej.&lt;br /&gt;- A ty?&lt;br /&gt;- Masz mnie za frajera! Ja i tak pracowałem społecznie. W SKS-ie, w radiowęźle szkolnym. Wydawaliśmy gazetkę tępiącą lenistwo, spóźnialstwo, noszenie tarczy na szpilkach, brak czapek, ślamazarność i takie tam przywary. Także niektórych nauczycieli. Ich charakterystyczne powiedzonka, stosunek do uczniów.&lt;br /&gt;- Nauczycieli??? – aż ją zatkało.&lt;br /&gt;- Ale życzliwie. W rubryce: „prawdziwa cnota krytyk się nie boi”.&lt;br /&gt;- I nikt tego wam nie zabraniał? Nie zdejmował tych wypocin, kpinek.&lt;br /&gt;- To się wszystkim podobało. Nauczycielom zwłaszcza. „Bukwa” wiedziała, że jest bukwą, „Zgaga”, że jest zgagą. Palacze, że „sporty” nie służą zdrowiu. Nawet przewodniczącego ZMP ze dwa razy skrytykowaliśmy.&lt;br /&gt;- I co? – wyraźnie ożywiła się.&lt;br /&gt;- Zaprzestał składania wniosków o zmianę patrona szkoły z hetmana Zamojskiego na Janka Krasickiego.&lt;br /&gt;- Coś ty. Tak po prostu, zaprzestał?&lt;br /&gt;- Zamilkł, wcześniej chciał zamknąć gazetkę i radiowęzeł. Dużo wrzeszczał. Ale go Rada Pedagogiczna usadziła. Nie pozwolili. „Niech młodzież uczy się samodzielności”.&lt;br /&gt;A w Zarządzie Miejskim też go ochrzanili. Za trockizm. Że w sposób prymitywny walczy z postępową tradycją.&lt;br /&gt;- U nas jest inaczej.&lt;br /&gt;- Wiem.&lt;br /&gt;- U nas obowiązuje uchwala, że wszyscy uczniowie muszą należeć do ZMP. A Dziunek, jak wiadomo, jest nie tylko sekretarzem POP, ale i opiekunem naszej organizacji. I naszego koła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Koła, ramy, bazy, odcinki, linie…. Niebawem miałem się przekonać, że ta zwariowana geometria jest w tepedziaku na pierwszym miejscu. Nie sport, nie samodzielność, nie życzliwość i ogólny spokój, a goła retoryka, rywalizacja przez glindzenie. A jak takie coś może wyglądać w szkole dla głuchoniemych albo jąkałów?” – zacząłem przypuszczać i uśmiechnąłem się.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Dudkówna pewno pomyślała, że to do niej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;1957&lt;br /&gt;(niepublikowane) &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-4872286175286675198?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/4872286175286675198'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/4872286175286675198'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/11/opowiadanie-andrzej-tchorzewski-poletko_06.html' title='Opowiadanie: Andrzej Tchórzewski POLETKO TOWARZYSZA DZIUNKA'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-482184497491570699</id><published>2011-10-06T01:16:00.000-07:00</published><updated>2011-10-06T01:40:36.706-07:00</updated><title type='text'>OD REDAKCJI 10/2011</title><content type='html'>&lt;em&gt;&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;W październiku: &lt;strong&gt;Joanna Turek&lt;/strong&gt; wspomina zmarłego we wrześniu wybitnego fotografika &lt;strong&gt;Stanisława Wosia&lt;/strong&gt;; &lt;strong&gt;Igor Wieczorek&lt;/strong&gt; przygląda się literaturze SF z innej strony; &lt;strong&gt;Andrzej Jerzy Lech&lt;/strong&gt; i &lt;strong&gt;Roberto Michel&lt;/strong&gt; – korespondencja artysty z tłumaczem; z cyklu &lt;strong&gt;Jest Poezja!&lt;/strong&gt; wiersze &lt;strong&gt;Zbigniewa Joachimiaka&lt;/strong&gt;, &lt;strong&gt;Tomasza Sobieraja&lt;/strong&gt;, niepublikowane utwory &lt;strong&gt;Józefa Barana&lt;/strong&gt;, &lt;strong&gt;Romana Kaźmierskiego&lt;/strong&gt; i &lt;em&gt;poème en prose&lt;/em&gt; &lt;strong&gt;Andrzeja Tchórzewskiego&lt;/strong&gt;; konkurs KL z okazji Roku &lt;strong&gt;Czesława Miłosza&lt;/strong&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ponadto polecamy:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;wizytę na Wyspie Muz&lt;br /&gt;&lt;a href="http://wyspamuz.blogspot.com/"&gt;http://wyspamuz.blogspot.com/&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;rozmowę Jacka Trznadla ze Zbigniewem Herbertem&lt;br /&gt;&lt;a href="http://www.jacektrznadel.pl/index.php?option=com_content&amp;amp;task=view&amp;amp;id=30&amp;amp;Itemid=31"&gt;http://www.jacektrznadel.pl/index.php?option=com_content&amp;amp;task=view&amp;amp;id=30&amp;amp;Itemid=31&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;artykuł o tym, jak szybko i bez wysiłku zarobić na kulturze&lt;br /&gt;&lt;a href="http://galeriabrowarna.blogspot.com/2011/09/ban-knoty-z-szopy-narodowej.html"&gt;http://galeriabrowarna.blogspot.com/2011/09/ban-knoty-z-szopy-narodowej.html&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;KL&lt;/em&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-482184497491570699?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/482184497491570699'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/482184497491570699'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/10/od-redakcji-102011.html' title='OD REDAKCJI 10/2011'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-7592796768563401474</id><published>2011-10-06T01:11:00.000-07:00</published><updated>2011-10-06T03:18:38.727-07:00</updated><title type='text'>KONKURS KRYTYKI LITERACKIEJ</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;WIELKI KONKURS MIŁOSZNY Z OKAZJI TRZYCZWARTOŚCI ROKU&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czytelnicy!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trzy czwarte Roku Czesława Miłosza za nami. Z tej okazji postanowiliśmy urządzić konkurs. Aby wziąć w nim udział, należy przeczytać poniższe teksty źródłowe, których autorem jest Nasz Wielki Noblista, i napisać kilka zdań do rzeczy, bez błędów ortograficznych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;1.&lt;br /&gt;Czesław Miłosz do Władysława Sebyły, red. nacz. dwutygodnika „Zet”; ze zbiorów Muzeum Literatury w Warszawie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Suwałki, 30 marca 1932&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„wyjeżdżając z Warszawy kupiłem »Z« - bardzo mi się podobał i nabrałem zupełnie poważnej ochoty, żeby się do tego pisma dostać. Jest to trochę po chamsku bić w oczy ze swojemi wierszami i Pana zanudzać. Ale mat' jego, dużo chyba trudu panu nie zabiorę, a mimo przyrodzonej skromności uważam swoje rzeczy za lepsze od całego szeregu utworów różnych zresztą sympatycznych chujów, którzy na pewno będą do »Z« szturmować”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;KL: Wyobraża sobie Czytelnik taki lub podobny w językowej swobodzie list napisany przez dzisiejszego lizusa-poetę do dzisiejszego nadętego redaktora pisemka? Nie? A dlaczego? Odpowiedzi na to pytanie, w formie krótkiego eseju, rozprawki, felietonu a nawet poematu, prosimy kierować na adres redakcji KL.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dla wiadomości: „Zet” wydrukował wtedy wiersz Miłosza „Teatr pcheł”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;2.&lt;br /&gt;Czesław Miłosz, Poufne i samolubne; Kurier Wileński z 21 lipca 1935 roku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Dla kogo mam pisać? Dla tej bandy jołopów w moim kraju, dla których jedynym kryterium sztuki jest moda? Oni nawet nie rozumieją, jak są pokraczni. Gdybym chciał powiedzieć, co o tym wszystkim myślę, nikt by mi tego nie wydrukował”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;KL: A jednak wydrukował. Dzisiaj byłoby to trudniejsze, bo piszących i drukujących obowiązuje polityczna poprawność, maminsynkowata grzeczność i brak jaj (nie zapomijajmy też o rzeczy podstawowej - braku solidnego wykształcenia). Oczywiście są wyjątki, do których należy redakcja KL, i dlatego jesteśmy tacy popularni wśród inteligencji ze starą maturą i po dziennych studiach na państwowych uczelniach. Gówniarstwo (niezależnie od metryki) nas nie lubi. Trudno. Będziemy z tym żyć, ale nie zamykamy drzwi przed mądrą młodzieżą, która dostrzega tępotę masłowszczyzny i bełkot upozowanych na poetów drobnych cwaniaczków. Perełki eseistyki na temat „Pokraczność jołopów, czyli polska poezja dzisiaj” prosimy nadsyłać na nasz adres.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;3.&lt;br /&gt;A oto fragment miłoszowego wiersza „Toast”:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poezja polska dzisiaj bardzo jest słabiutka.&lt;br /&gt;Pachnie - jakby karbidem zaprawiona wódka.&lt;br /&gt;Czytając różne pisma, stale się rumienię,&lt;br /&gt;Bo biedne jest naprawdę młode pokolenie&lt;br /&gt;Wyzwolone z honoru uczciwej roboty.&lt;br /&gt;Takimi poetami lepiej grodzić płoty,&lt;br /&gt;Niż cieszyć się, że rośnie już gromada ciołków*&lt;br /&gt;Politycznie pojętnych i skłonnych do hołdów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*KL: Poeta zapewne nie miał na myśli pewnego wierszoklety ze Skierniewic i innych upadłych na żyzną polską glebę meteorów z galaktyki Wielkiego Bezsensu - ponieważ ci pojawili się stosunkowo niedawno - ale do końca nie możemy być tego pewni, bowiem znany literaturoznawcom profetyczny dar Czesława Miłosza mógł się również ujawnić w wierszu „Toast”. A właśnie, czy słowa Noblisty:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ocknąłem się pod brązem skrzydlatych pomników,&lt;br /&gt;Pod gryfami masońskiej świątyni,&lt;br /&gt;Z dogasającym popiołem cygara.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;nie są proroctwem zwiasującym powstanie „Krytyki Literackiej”, jedynego w tej chwili bastionu broniącego się jeszcze w literaturze Rozumu? Wszystkie odpowiedzi na TAK wraz z krótkim (bo nie chce nam się tyle czytać) uzasadnieniem, prosimy kierować na nasz adres.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Autorzy najlepszych tekstów zostaną nagrodzeni publikacją w KL, co jest pierwszym stopniem do sławy i pieniędzy. W konkursie, ze zrozumiałych względów, nie mogą brać udziału wrogowie „Krytyki Literackiej”, przedstawiciele lumpenliterariatu oraz Tomasz Cieplak, o, pardą, doktor Tomasz Cieplak, bo on jest grzecznym chłopcem, nosi zawsze wysoko podciągnięte spodenki i takich świństw, jakie wypisywał Miłosz, z pewnością nie czyta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;KL&lt;/em&gt; &lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-7592796768563401474?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/7592796768563401474'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/7592796768563401474'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/10/konkurs-krytyki-literackiej.html' title='KONKURS KRYTYKI LITERACKIEJ'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-2560592713273863183</id><published>2011-10-06T00:56:00.000-07:00</published><updated>2011-10-06T01:09:18.692-07:00</updated><title type='text'>Pożegnania: Joanna Turek WSPOMNIENIE O STANISŁAWIE WOSIU</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;11 września 2011 roku zmarł Stanisław J. Woś. Odszedł ten, który szukał światła...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;em&gt;Najwięcej inspiracji (...) znajduję jednak w pejzażu. Pejzażu jako ogromie przestrzeni i wolności, abstrakcji nieba i konkretu, który się rozpościera pod stopami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Widzę urodę kamienia, widzę urodę drzewa, indywidualność drzewa i śladów na drodze, i pęknięcia muru... To wszystko mi się układa w jakąś taką barwną i czasami smutną, czasami egzystencjalną opowieść o kondycji człowieka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Należę do tego kruchego i żyjącego tylko chwilę na tej ziemi (...) elementu Natury (…). I postrzegam też w kruchości rośliny jakby swoje odbicie, swój ślad, który za chwilę (…) zgaśnie, zniknie, a zostanie tylko fotografia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;Stanisław J. Woś&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy zostanie tylko fotografia?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przedmioty, których używali zmarli, nasiąkają nie tylko ich zapachem, ale i subtelną energią. Pochylamy się nad nimi z troską i przechowujemy je z pietyzmem, bo trwa w nich nadal jakaś cząstka tych, którzy odeszli. Pośród cennych pamiątek, które pozostawił po sobie mój zmarły dziadek, są zwłaszcza dwie, które mają dla mnie szczególne znaczenie - harmonijka ustna, na której często grywał, i przedwojenna fotografia, na której został uwieczniony w mundurze Strzelca Podhalańskiego. Harmonijka leży w szufladzie i od śmierci dziadka nikt na niej nie grał, bo jedna z blaszek pękła. Nie wiemy, kiedy do tego doszło, ale odkryliśmy to, gdy dziadka już nie było. Zdjęcie znajduje się na widocznym miejscu i to ono jest najcenniejszą z pamiątek. Poprzez nie i zarazem w nim dziadek jest wciąż obecny pośród nas. W obrazie tym została zaklęta cząstką Jego duszy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Każda z fotografii jest takim łącznikiem ze światem minionym, którego ślad został na niej „utrwalony”. Każda fotografia jest dotykiem świat(ł)a zza grobu. Dla żywych jest to obecność wstrząsająca. Przywołuje bowiem obecność, ale jedynie imaginatywną, odartą z cielesności. Widzimy naszych bliskich, przyjaciół i znajomych, ale nie możemy ich objąć, podać im ręki ani dotknąć. Nie możemy, gdyż żywych od zmarłych oddziela „ściana” obrazu. Ta nieprzekraczalna bariera sprawia, że obecność tych, którzy odeszli staje się bolesna. Obecność ta natrętnie przypomina o nieobecności.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Istnieją zdjęcia, na których nie ma zmarłych, ale które również „promieniują” ich obecnością. To zdjęcia, które sami wykonali za życia. W nich także jest zaklęta cząstka ich duszy. Obrazy te pozwalają nam wyobraźnią dotykać przeszłości, odciśniętego na nich świata, i rozmawiać ze zmarłymi. Kiedy zatem umiera artysta, to nigdy nie pozostają po nim tylko dzieła - fotografie, książki, płótna, rzeźby... On nadal żyje w swojej sztuce i dzięki niej jest obecny pośród żywych - czasem bardziej niż za życia. Jest to obecność nienarzucająca się, subtelna i milcząca. Przypomina kręgi na wodzie, które pozostawia po sobie kamień zapadający się w otchłań głębiny - podobne do tych zapisanych na jednej z fotografii Stanisława J. Wosia: „Tatry – 2” z 2002 roku. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;Cytat pochodzi z wywiadu przeprowadzonego z artystą w 2010 roku przez serwis internetowy Szeroki Kadr: &lt;a href="http://www.szerokikadr.pl/fotograf_miesiaca/stanislaw_wos"&gt;http://www.szerokikadr.pl/fotograf_miesiaca/stanislaw_wos&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-2560592713273863183?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/2560592713273863183'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/2560592713273863183'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/10/pozegnania-joanna-turek-wspomnienie-o.html' title='Pożegnania: Joanna Turek WSPOMNIENIE O STANISŁAWIE WOSIU'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-2937838983441790310</id><published>2011-10-06T00:46:00.000-07:00</published><updated>2011-10-07T12:10:22.665-07:00</updated><title type='text'>Epistolografia: Andrzej Jerzy Lech i Roberto Michel</title><content type='html'>&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;List Roberto Michela, tłumacza zamieszkałego w Paryżu, do Andrzeja Jerzego Lecha, fotografa zamieszkałego w Nowym Jorku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Roberto Michel&lt;br /&gt;35, Rue Geoffroy Saint-Hilaire&lt;br /&gt;75005 Paris&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Paryż, 19 marca 1989 roku&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Drogi,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;9 marca w Bostonie zmarł ten Twój Robert Mapplethorpe. To AIDS. Czy wiedziałeś o tym? Ostatni wernisaż w Whitney Museum of Art. Ostatni wywiad dla „Sterna”. Ostatnie fotografie… Pożegnalne audiencje niepokornego króla…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wczoraj byłem fotografem. Fotografowalem księżyc. Zupełnie ten sam księżyc, który świeci Ci czasami w Nowym Jorku. Pierwsza kwadra, pięć godzin i dwie minuty po wschodzie. 18 marca 1989. 18:30. W moim starym aparacie fotograficznym KODAK T-Max. 100 ASA. A dalej, tak jak mówiłeś: Microdol-X i cała ta zupełnie śmieszna reszta. Wszystko „wyszło” jak było i do tego jak trzeba! Tak przynajmniej myślałem… To są oczywiście same kłamstwa i Ty o tym dobrze wiesz. Sam je przecież świetnie znasz („robisz” je codziennie). A więc było inaczej i w sumie „wyszło” też inaczej (nie tak w każdym razie, jak to sobie wcześniej wymyśliłem).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Fotografia. Fotografowie nadal nic nie wiedzą. To błogi stan niewiedzy. Wspaniale. Fotografowie mają być głupi. Poeci też mogą (jeśli potrafią). Czy znasz Heinera Millera „Gnijący brzeg”? „Hamleta-Maszynę”?, „Historię miłosną”? Lęk przed kobietami. A ja, chyba zawsze tak było, boję się fotografii (najbardziej jednak tych starych). Wszystkie są paroksyzmem bólu. Benjamin i teoria aury.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ciągłość fotografii. To już tyle lat. Tyle lat światła… Spójrz proszę na bolesną „Isabelle” Francesco Paolo Michettiego. 1878 rok. Posepiowane prosektoria! Nienawidzę tych pięknych fotografii!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I ten „walnięty” Miles. „Sketches of Spain”. Rok 1967. Wspaniałe aranżacje (to też chyba sepia) Gila Evansa. CD (błyszczy ładnie) i ta niemożliwa, a jednak, aseptyka. Za „czysto”. Gdzie do diabla podziały się trzaski płyt zbyt dużo razy odgrywanych? Czy pamiętasz „Tango Nuveo” (Mulligan i Piazzolla) i za dużo herbat tych zaczarowanych? Było to chyba we wrześniu dwa lata temu. Warszawa, Hotel „Forum”. Pamiętasz? Nikotyna, teina, kofeina i alkohol. I ta dziewczyna… Powtarzałeś beznadziejnie i bez przerwy, że jak pieta… Tak… I ja pamiętam jej ręce… Pamiętam też jej spokój i wyrafinowany (a jednak subtelny) dotyk. Jej fotografia. Czy i to pamiętasz? Napisz mi o tym i o swojej muzyce. I napisz mi coś o tej Twojej małej (bo „styki”), nowej, pobrązowionej fotografii. I jej niezwykle duże oczy... Pamiętasz?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tu przy 35, Rue Geoffroy Saint-Hilaire bywam i ja fotografem. Byłem fotografem też, wtedy pierwszy raz, kilka lat temu (1984?) w niedzielę, 7 listopada. Intuicja i przyjemność widzenia (haszysz) i (tak zwane) uchwycenie „tego” właściwego momentu. Czechow i Maupassant. A przecież zupełnie nie interesują mnie wytworne kobiety z Downing Street i ich delikatnie (a jakże!), miękko upadające (niby przypadkiem) biale (wiadomo!) długopisy. To „robota” dla zwykłych „pstrykaczy” (czyli dla fotoreporterów). A jednak…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Twoją chorobą jest brak umiejętności widzenia bez ramki (tej czarnej, fotograficznej). Światło zamknąłeś w przesłonie (najlepiej irysowej) i w czasie (najlepsza ponoć jest migawka tytanowa). Szaleństwo i co za bzdury! Ale Ty taki wlaśnie jesteś. I wtedy, 7 listopada (Paryż, słoneczny poranek), będąc zupełnie przypadkiem (teraz już wiem, że to nie był wcale przypadek!) przy Quai de Bourbon zobaczył to, co ułamek sekundy później (czy to możliwe?) sfotografowalem. Przynajmniej miałem takie wrażenie, że to, co widzialem, właśnie sfotografowałem. Oczywiście było, jak zwykle w takich przypadkach, inaczej! Ile razy tak jeszcze?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ta intrygująca i pociągajaca fotograficznie scena („scena” – jak bardzo pasuje takie właśnie określenie sytuacji do Twojej fotografii, do Twojego fotograficznego „widzenia”) była przyczyną zrobienia zdjęcia („zdjąłem” ten obraz i zamieniłem na czarno-biały negatyw, którego chyba nigdy nie odważę się powiększyć). Tych dwoje ludzi, bezczelnie i zarozumiale, ułożyłem w formę: białe, czarne, duże, małe, szare, mniej szare i jeszcze mniej szare… I do tego ta zupełnie głupia czarna ramka, o której Ty piszesz, że definiuje… Paranoja… Zamiast Twojego „definiuje” proponuję „amputuje”. Co o tym sądzisz? Albo „amputujące” krawędzie. I żeby było lepiej (po prostu ładniej) to jeszcze do tego wszystkiego (złego?) pomyślałem o stojącym obok drzewie „umieszczając” je po lewej stronie poziomego prostokąta, tej przyszłej przecież, fotografii. „Dołożyłem” też trochę cieni (świeciło słońce). Całość ułożyła się tak jak bardzo chciałem… Fotograficznie…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Piszesz w ostatnim liście o sztuce realizatorskiej Yasujira Ozu i o szczególnej pozycji kamery w jego filmach. Zupełnie się z Tobą zgadzam. Znam wszystkie filmy Ozu i zawsze dla mnie te wszystkie filmy, to taki jeden film… Ciągłość Ozu…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kilka Twoich fotografii to również jedna fotografia (ale tylko przy „Birds and Redflowered Trees” kiedy gra Saluzzi, w Paryżu i dobrze po zachodzie).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Twoja fotografia… &lt;em&gt;Aware&lt;/em&gt; – smutek bardziej dotkliwy, nostalgia związana z jesienią. A inne Twoje nostalgie? &lt;em&gt;Sabi&lt;/em&gt; – samotność i spokój. &lt;em&gt;Wabi&lt;/em&gt; – smutek zwyczajny. A Twoje inne smutki? I jeszcze tylko &lt;em&gt;yugen&lt;/em&gt; – piękne nazwane przeczucie nieosiągalnego nieznanego. Ach te Twoje nieosiągalne nieznane…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pozycja kamery (może być fotograficznej). Przypominam sobie (Ty mi o tym mówiłeś i pokazywałeś fotografie) niektóre pozycje kamer. Atget, Evans, Henri Cartier-Bresson, Weege (urodzony w Złoczewie), Arbus, Sudek, Penn, Avedon i w końcu ten cały Weston (bez syna).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pytasz o Cohena, o wiersze. Lubię deszcz i zapach „Cabochard” /Paryż, przecież nie Nowy Jork!/. „Cabochard” to tylko 3.2 mililitry. Ty w tym swoim zwariowaniu masz 118 mililitrow „Laurena” i 142 mililitry „Polo”. Tak też w końcu może być.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Już drugi raz wspominasz o amerykańskim projekcie refotografii z 1977 roku. Prosta, dobrze „zbudowana” i porażająco działająca fotografia. Obok michy (0.5 litra) z herbatą i rozpoczętej (dwa papierosy temu) nowej paczki „Cameli”, leży na moim biurku (tym z telefonem z guziczkami* i lampką) „Second View. The Rephotographic Survey Project” oglądany (zwłaszcza ostatnio) za dużo razy. Po co? Może dlatego, że w Paryżu od kilku dni nic ciekawego się nie dzieje. Może dlatego, że pada deszcz (i pada). A może dlatego, że nie lubię aktów Irvinga Penna. Są wyjątkowo wstrętne. Ale zupelnie inaczej wstrętne niż schizofreniczne, demoniczne, „brudne” wreszcie fotografie Joela-Petera Witkina. Może w końcu dlatego „Second View” jest przy mnie tak często, że Paco de Lucia /„One Summer Night”) zaczyna mnie już nieźle nudzić. Jest wspaniały i porywający jak „2nd Avenue Blue” Buddy Richa lub jak Central Park, po którym biegasz jak idiota ze swoim różowym bull terrierem; co za pomysł mieć różowego psa!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wiem, wiem… Odbiegłem od tematu. Ostatnio (zauważyła to już kilka razy nawet Laura) zdarza mi się odbiegać od tematu zbyt często, za często. Wybacz…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Second View”: Timothy O’Sullivan, 1872. Vermillion Creek Canon looking downstream, United States Geological Survey. To kiedyś. A teraz Mark Klett for the Reprophotographic Survey Project i 1979 rok. Vermillion Creek Canyon, Colorado. Wspaniała surowość i „odłożenie” czasu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kilka dni temu dostałem „The Contact Print: 1946-1982” (Carmel 1982). Sudek, Minor White, Brett Weston, Harry Callahan, Frederic Sommer, Emmet Gowin, M. A. Smith, Linda Connor, Nicholas Nixon i Olivia Parker. Przede wszystkim jednak Sudek i Callahan.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedyś gdzieś (tylko gdzie?) czytałem, że aparaty fotograficzne są jak psy; nieme i nawet jeszcze wierniejsze. Bądź więc dalej przy swojej Super Ikoncie 6x9, wiernej jeszcze bardziej. „Rób” z nią brązowe obrazki w Nowym Jorku. Układajcie „rzeczy” w piękne formy...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Elementarna fotografia… Hmm… Proszę nie pisz do mnie więcej o tym. To staje się już nie tylko śmieszne, beznadziejnie chore, ale i nudne. Nadto, fotografia elementarna nie istnieje, nie ma jej, tak jak nie ma mnie teraz u Ciebie w tym Twoim Nowym Jorku. Zobacz, rozglądnij się. To przecież pewne…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ostatnie „Interview” z Andy Warholem rzeczywiście wyjątkowe (zwłaszcza po nudnym, futurologicznym numerze ze stycznia).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Słuchaj! Wszystko, co ważne dla Ciebie i Twojej kamery dzieje się zaledwie o 5 metrów od Was. Ja już o tym wiem. A Ty?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nadświatło. Wspominałeś o tym w Paryżu. To metafizyka. To pewnie też jest Twoje czarowanie. I to, i fotografie z St. Louis, z Santa Fe, z Carmel… Z tym wszystkim poczekajmy na nowe herbaty. &lt;em&gt;Haiku&lt;/em&gt; z San Diego, lubię je, też musi poczekać…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tymczasem wszystkiego dobrego,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Roberto&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;_______________________________________&lt;br /&gt;* Och te „Czułe guziczki”… Uwielbiam Trudzię Stein…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przełożył Andrzej Jerzy Lech&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-2937838983441790310?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/2937838983441790310'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/2937838983441790310'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/10/epistolografia-andrzej-jerzy-lech-i.html' title='Epistolografia: Andrzej Jerzy Lech i Roberto Michel'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-4173885023534638642</id><published>2011-10-06T00:40:00.000-07:00</published><updated>2011-10-06T00:46:17.345-07:00</updated><title type='text'>Felieton: Igor Wieczorek OCALIĆ ANTYUTOPIĘ</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Jeszcze kilkanaście lat temu wydawało się oczywiste, że burzliwy romans literatury z nauką nigdy nie będzie związkiem równoprawnym. O ile literatura spod znaku „Science Fiction” większość swoich motywów czerpała z futurologii, o tyle futurologia i inne, bardziej praktyczne dziedziny nauki, stroniły od literatury. Nikt rozsądny nie zgodziłby się przecież z twierdzeniem, że lądowanie ludzi na księżycu było możliwe dzięki literackiej wizji Juliusza Verne’a, a powstanie humanoidalnych robotów zawdzięczamy wyobraźni Mary Shelley.&lt;/strong&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Wkład pisarzy w rozwój nauki ograniczał się wyłącznie do sfery terminologii. I tak na przykład funkcjonujący do dziś we wszystkich naukach technicznych termin Robot pochodzi od czeskiego słowa robota. Wymyślony i spopularyzowany został przez Karela Čapka, jednego z pionierów fantastyki naukowej. Natomiast termin Pozytron wprowadzony został do fizyki przez innego mistrza fantastyki, Isaaca Asimova. Zdecydowanym pionierem urzeczywistniania literackiej fantazji w naukowych badaniach aplikacyjnych okazał się dopiero Arthur C. Clarke, autor słynnej „Odyseji Kosmicznej”. Opracowane przez niego w 1945 r. studium na temat orbitalnego systemu łączności radiowej aż przez dwanaście lat spełniało wszelkie wymogi stawiane literaturze SF i zdecydowana większość naukowców uznawała je za utopię. Jednak w 1958r. wizja A. Clarka doczekała się praktycznej realizacji, a on sam uznany został za ojca techniki satelitarnej. W wielu opracowaniach technicznych wymyślona przez niego orbita geostacjonarna nosi nazwę „Orbity Clarka”. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;strong&gt;W miarę upływu czasu wpływ literackich fantazji na praktykę naukową wyraźnie przybiera na sile. Kilka miesięcy temu cały świat obiegła informacja o tym, że specjaliści z amerykańskiej agencji ds. rozwoju nowych technologii DARPA opracowują prototyp cybernetycznego owada szpiegowskiego, którego pierwszym projektantem jest Thomas A. Eeaston, autor kilku głośnych powieści science fiction. Ponieważ konstruowane od dawna w wielu laboratoriach naukowych owadokształtne i wężokształtne roboty nie spełniają pokładanych w nich nadziei, specjaliści z DARPA postanowili „ożywić” cybernetycznego chrząszcza opisanego przez T.A.Eastona w powieści „Sparrowhawh”.&lt;/strong&gt; Zamiast tracić czas i pieniądze na konstruowanie kosztownych robotów - węży, które potrafią wić się przez trawę i przepływać stawy, ale nie potrafią przemieszczać się wewnątrz rur, zamiast wzbijać w powietrze maleńkie roboty – muchy, które spadają na ziemię po kilku godzinach lotu, specjaliści z DARPA postanowili umieścić miniaturowy zespół elektronicznych elementów wewnątrz żywego owada, a następnie kierować jego ruchami za pomocą fal radiowych.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Wiele wskazuje na to, że ten śmiały eksperyment zakończy się pełnym sukcesem i cybernetyczny chrząszcz – szpieg już wkrótce wkroczy do akcji w Iraku i Afganistanie. Wyposażony w minikamerę i mikrofon będzie szpiegował talibów. Jego największą zaletą będzie umiejętność działania w miejscach szczególnie niebezpiecznych i niedostępnych dla człowieka, takich jak jaskinie, bunkry i miejsca skażone radioaktywnie.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;strong&gt;Czy ten niewątpliwy sukces cybernetyki będzie również sukcesem literatury SF? Szczerze mówiąc, mocno w to wątpię. I to nie tylko dlatego, że - jak słusznie zauważył Arthur C. Clarke - „Fantastyka naukowa jest tym, co nie może się zdarzyć – na szczęście”. Chodzi o coś więcej. Chodzi o to, że jedną z największych zalet fantastyki naukowej jest jej antyutopijny charakter. Nie kochamy jej przecież za to, że pozwala nam snuć marzenia o nowym, wspaniałym świecie, ale za to, że pomaga nam demaskować absurdalny i okrutny charakter utopijnych projektów.&lt;/strong&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Ambicją Karela Čapka nie było przecież doprowadzenie do rozkwitu robotyki, ani – tym bardziej - wniesienie swojego wkładu w rozwój wojskowej cybernetyki, a wręcz przeciwnie – udzielenie srogiej przestrogi przed świadomym użyciem nauki i techniki w służbie wojny. Niektórzy twórcy najnowszej generacji robotów najwyraźniej zdają sobie z tego sprawę, czego dowodem jest fakt, że podczas oficjalnej wizyty premiera Japonii w Czechach towarzyszący mu humanoidalny robot Asimo przedstawił się jako ambasador dobrej woli wszystkich robotów i złożył pod pomnikiem K. Čapka bukiet kwiatów. To bardzo dobry prognostyk, bo gdyby społeczna funkcja literatury SF ograniczona została do funkcji czysto użytkowej, gdyby rola pisarza SF sprowadzona została do roli projektanta cybernetycznych owadów i węży, to świat zmieniłby się nie do poznania. I nie byłaby to zmiana na lepsze. &lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-4173885023534638642?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/4173885023534638642'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/4173885023534638642'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/10/felieton-igor-wieczorek-ocalic.html' title='Felieton: Igor Wieczorek OCALIĆ ANTYUTOPIĘ'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-7691919471296379521</id><published>2011-10-06T00:34:00.000-07:00</published><updated>2011-10-06T01:43:29.386-07:00</updated><title type='text'>Jest Poezja! Józef Baran, wiersze najnowsze</title><content type='html'>&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Podróż&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;płynąć nad swoim życiem&lt;br /&gt;w wielkim balonie podróży&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;i widzieć w dole&lt;br /&gt;pod ławicami obłoków&lt;br /&gt;rafy koralowe&lt;br /&gt;plankton nocy i dni&lt;br /&gt;mozaikę kolorowych szkiełek&lt;br /&gt;z Wawelem i Wieżą Mariacką w tle&lt;br /&gt;zmalały z nagła kraik&lt;br /&gt;na morskim dnie&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;a wszystko&lt;br /&gt;jak we mgle&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;za siódmą chmurą&lt;br /&gt;za snem&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Brasil, 2009&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Formosa w niedzielne popołudnie&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Henrykowi i Gosi Siewierskim&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;Miasteczko śliczne z nazwy&lt;br /&gt;z wyglądu o wiele mniej&lt;br /&gt;widocznie architekta&lt;br /&gt;zmorzył z gorąca sen&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;i zasnął w trakcie szkicowania&lt;br /&gt;miasteczka na mapkach&lt;br /&gt;co jeszcze się nie zaczęło&lt;br /&gt;zastygło w powijakach&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;zawieszone w bezczasie&lt;br /&gt;rodzące się stale na nowo&lt;br /&gt;nie może stać się ciałem&lt;br /&gt;jak poronione słowo&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;przecięte szosą wpół&lt;br /&gt;rozmazane w chaosie&lt;br /&gt;zdjęcie co z prześwietlonej kliszy&lt;br /&gt;nie umie się wykokosić&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;tandetne domki z gliny&lt;br /&gt;i słońce słońce słońce&lt;br /&gt;uliczki leniwo w miejscu&lt;br /&gt;bez pomysłu drepczące&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;bo wszystko stapia się w końcu&lt;br /&gt;w niemiłosiernym słońcu&lt;br /&gt;ludzie koty na murkach&lt;br /&gt;jak muchy w mazi brodzące&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;i tylko czasem miasteczko&lt;br /&gt;rozbłyśnie jak w kurzu szkiełko&lt;br /&gt;gdy przejdzie ulicą dziewczyna –&lt;br /&gt;czyste wcielenie formosy&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;przebudzi się handlarz melonów&lt;br /&gt;zatańczy przy straganie sambę&lt;br /&gt;Formosa na chwilę się ożywia&lt;br /&gt;przypomina sobie jak się nazywa&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Formosa – miasteczko w centralnej Brazylii; nazwa pochodzi od starego, portugalskiego slowa oznaczającego: ładny, piękny.&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Myśl przy wsysaniu się w owoc mango&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;dossać się do miąższu życia&lt;br /&gt;wyssać z niego&lt;br /&gt;smaki soki&lt;br /&gt;słodkości&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;śmierci pozostawić&lt;br /&gt;łupiny pestki&lt;br /&gt;kości&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;niech sobie na nich połamie&lt;br /&gt;zęby ze złości&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Orzeł w kurniku&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;rozmawiając z nimi&lt;br /&gt;poczuł się jak orzeł&lt;br /&gt;zapędzony do&lt;br /&gt;kurnika gdzie&lt;br /&gt;nikomu niepotrzebne&lt;br /&gt;jego wysokogórskie opowieści&lt;br /&gt;o lotach&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;bo tu pasjonują się&lt;br /&gt;przefruwaniem z grzędy na&lt;br /&gt;grzędę&lt;br /&gt;i stanowiskami zajmowanymi&lt;br /&gt;w hierarchii kurnika&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;jego odstające&lt;br /&gt;śmieszne skrzydła&lt;br /&gt;zawadzają tu tylko&lt;br /&gt;w kokoszeniu się na grzędzie&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;najlepiej gdyby je obciął&lt;br /&gt;i udawał że jest jednym z nich&lt;br /&gt;a grzebanie pazurami w ziemi&lt;br /&gt;jest mu bliższe od lotów&lt;br /&gt;po abstrakcyjnym Niebie&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Wybiegi&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;niektórzy wierzą&lt;br /&gt;że przyjdzie Ktoś&lt;br /&gt;i da im wolność:&lt;br /&gt;Napoleon Elvis Presley&lt;br /&gt;Jan Paweł II&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;nie wiedzą&lt;br /&gt;że z wolnością człowiek się rodzi&lt;br /&gt;lub nie&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;są tacy&lt;br /&gt;co nawet w więzieniu czują się wolni&lt;br /&gt;spuszczają linkę wyobraźni&lt;br /&gt;i mają wybieg na cały glob&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;i tacy&lt;br /&gt;co żyją na&lt;br /&gt;krótkim łańcuchu&lt;br /&gt;jak wiejski burek przy budzie:&lt;br /&gt;z kagańcem tresury&lt;br /&gt;kneblem konwencji&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;bo jednym nie wystarcza&lt;br /&gt;nawet wybieg&lt;br /&gt;stąd do księżyca&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;gdy drugim droga&lt;br /&gt;za las i z powrotem&lt;br /&gt;starcza za całe życie&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;w końcu i tak&lt;br /&gt;pogodzi wszystkich&lt;br /&gt;ciasny horyzont&lt;br /&gt;dwa na pół&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(pod warunkiem&lt;br /&gt;iż jesteśmy jednowymiarowi&lt;br /&gt;i nie mamy duszy&lt;br /&gt;rozciągliwej&lt;br /&gt;Stąd-Do-Wieczności)&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-7691919471296379521?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/7691919471296379521'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/7691919471296379521'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/10/jest-poezja-jozef-baran-wiersze.html' title='Jest Poezja! Józef Baran, wiersze najnowsze'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-8830492738409856612</id><published>2011-10-06T00:28:00.000-07:00</published><updated>2011-10-06T00:33:14.923-07:00</updated><title type='text'>Jest Poezja! Tomasz Sobieraj GRA, WOJNA KWIATÓW</title><content type='html'>&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Czternaście minut&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wiem&lt;br /&gt;Podróże kształcą&lt;br /&gt;Nawet bliskie&lt;br /&gt;Jak ta wycieczka do Chełmna&lt;br /&gt;Nad Nerem&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szeroka dolina&lt;br /&gt;Na skarpie biały kościół&lt;br /&gt;„Stacja obnażenia”&lt;br /&gt;Matka Boska Częstochowska&lt;br /&gt;Na głównym ołtarzu&lt;br /&gt;Spogląda dobrotliwie&lt;br /&gt;Mały jar&lt;br /&gt;Oddziela świątynię&lt;br /&gt;Od miejsca zagłady&lt;br /&gt;Dwustu tysięcy&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Witano ich serdecznie&lt;br /&gt;Przed pałacem&lt;br /&gt;Później szatnia w sali balowej&lt;br /&gt;Wąski korytarz do łaźni&lt;br /&gt;Na ciężarówce&lt;br /&gt;Zgrzyt zamykanych drzwi&lt;br /&gt;Kierowca wyrzuca niedopałek papierosa&lt;br /&gt;Przekręca kluczyk&lt;br /&gt;Przestawia małą dźwignię&lt;br /&gt;Czternaście minut&lt;br /&gt;Kąpieli w spalinach&lt;br /&gt;I odchodach&lt;br /&gt;Czternaście minut&lt;br /&gt;Krzyków i torsji&lt;br /&gt;A potem spokój&lt;br /&gt;Już na zawsze&lt;br /&gt;W pobliskim lesie&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wieczorem&lt;br /&gt;Po ciężkim dniu pracy&lt;br /&gt;W Sonderkommando&lt;br /&gt;Piwo&lt;br /&gt;Śmiech i wspólna fotografia&lt;br /&gt;Na pamiątkę&lt;br /&gt;Normalnie&lt;br /&gt;Jak to&lt;br /&gt;Po robocie&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Ucieczka&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;I stałem się sam ziemią jałową.&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;św. Augustyn, &lt;em&gt;Wyznania&lt;/em&gt; (II 10)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Od kiedy zabiłem Boga&lt;br /&gt;Uciekam przed sobą&lt;br /&gt;W drugiego człowieka&lt;br /&gt;Tak bardzo boję się wolności&lt;br /&gt;Uciekam przed sobą&lt;br /&gt;W drugą pustkę&lt;br /&gt;Płynę i zastygam&lt;br /&gt;Staję się i jestem&lt;br /&gt;Ale tylko&lt;br /&gt;Namiętnością&lt;br /&gt;Nienasyconą&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Katedra&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Nie miałem na bilet&lt;br /&gt;Do świątyni&lt;br /&gt;Więc usiadłem u stóp&lt;br /&gt;Kamiennego Jezusa&lt;br /&gt;Wyjąłem nóż i chleb&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Patrzyliśmy&lt;br /&gt;Na radosny korowód&lt;br /&gt;Wychodzący z katedry&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A ona spała&lt;br /&gt;Pod strażą strzelistej wieży&lt;br /&gt;Wyniosła i silna&lt;br /&gt;Pusta&lt;br /&gt;Piękna forma&lt;br /&gt;Bez Boga&lt;br /&gt;I wiernych&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Finał&lt;br /&gt;Teatru&lt;br /&gt;Krzyża&lt;br /&gt;Dokonany&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Satori&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;Dopiero ta jesień&lt;br /&gt;Przyniosła zrozumienie&lt;br /&gt;Widok kropli wody&lt;br /&gt;Na żółtym liściu&lt;br /&gt;Uspokoił&lt;br /&gt;Już bez pośpiechu&lt;br /&gt;Żyłem dalej&lt;br /&gt;Jak obłok&lt;br /&gt;Odbity w wodzie jeziora&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Axios&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jaki jesteś piękny&lt;br /&gt;Gdy stoisz nagi&lt;br /&gt;Na brzegu Axios!&lt;br /&gt;Zazdroszczę&lt;br /&gt;Kroplom wody&lt;br /&gt;Liżącym twoje ciało&lt;br /&gt;Chciałbym chociaż&lt;br /&gt;Nałożyć ci chlamidę&lt;br /&gt;Którą zawsze nosisz&lt;br /&gt;Z taką&lt;br /&gt;Niedbałą elegancją&lt;br /&gt;Chciałbym tylko&lt;br /&gt;Dotknąć smukłych nóg&lt;br /&gt;I ramion&lt;br /&gt;Zanim Zefir&lt;br /&gt;Nagłym tchnieniem&lt;br /&gt;Zmieni lot&lt;br /&gt;Twojego dysku&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Łatwość&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Jakie to łatwe!&lt;br /&gt;Chwyciłem krzywą&lt;br /&gt;Z gwiaździstego nieba&lt;br /&gt;Taką zwykłą&lt;br /&gt;y = ax2&lt;br /&gt;Zawieszoną bezpańsko&lt;br /&gt;Między Wenus&lt;br /&gt;A nosem Wielkiej Niedźwiedzicy&lt;br /&gt;I z gracją podzieliłem&lt;br /&gt;Na nieskończoną liczbę&lt;br /&gt;Zupełnie prostych odcinków&lt;br /&gt;Idealne pochodne&lt;br /&gt;Rozpierzchły się&lt;br /&gt;Po nieboskłonie&lt;br /&gt;Chichotały&lt;br /&gt;Jak małe dziewczynki&lt;br /&gt;Próbowałem je uporządkować&lt;br /&gt;Siłą rozumu i woli&lt;br /&gt;Ale tylko czasem&lt;br /&gt;Udało mi się stworzyć piękno&lt;br /&gt;Bryły o tysiącach ścian&lt;br /&gt;Niekiedy regularne wieloboki&lt;br /&gt;Jednak nic równie doskonałego&lt;br /&gt;Jak ta krzywa&lt;br /&gt;Nie powstało&lt;br /&gt;Nawet filozofia mi nie pomogła&lt;br /&gt;W tworzeniu&lt;br /&gt;Musiałem&lt;br /&gt;Poprosić Boga o pomoc&lt;br /&gt;A on&lt;br /&gt;Tylko skinął ręką&lt;br /&gt;I już...&lt;br /&gt;Wrócił porządek&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Gra&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;Na skale czarnej&lt;br /&gt;Przysiadły anioły&lt;br /&gt;Zwinęły skrzydła&lt;br /&gt;I wyjęły kanapki&lt;br /&gt;Z niebiańskich chlebaków&lt;br /&gt;Wesoło majtały nogami&lt;br /&gt;Śmiejąc się i zajadając&lt;br /&gt;Pszenne bułki z salcesonem&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dolina pod skałą&lt;br /&gt;Była szczęśliwa&lt;br /&gt;Żyzna ziemia rodziła kwiaty&lt;br /&gt;I rzadkie owoce&lt;br /&gt;Mężczyźni mieli silne ramiona&lt;br /&gt;Kobiety nosiły warkocze&lt;br /&gt;Właściwie&lt;br /&gt;Nie było niczego nadzwyczajnego&lt;br /&gt;W szczęśliwej dolinie&lt;br /&gt;Życiu ludzi&lt;br /&gt;Ani w nich samych&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Anioły wytarły usta obłokami&lt;br /&gt;(młodość nie zna dobrych manier)&lt;br /&gt;I dla zabawy zalały dolinę&lt;br /&gt;Wezbranymi wodami rzeki&lt;br /&gt;Pokładały się ze śmiechu&lt;br /&gt;Widząc jak ludzie walczą o życie&lt;br /&gt;Swoje i bliskich&lt;br /&gt;Żeby było zabawniej&lt;br /&gt;Dorzuciły jeszcze choroby&lt;br /&gt;I nieco ognia&lt;br /&gt;Ocalonym nie było łatwo&lt;br /&gt;Podnieść się z kolan&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bóg odsłonił rąbek błękitu&lt;br /&gt;Sprytne chłopaki – powiedział&lt;br /&gt;Jutro pogracie z drugiej strony Ziemi&lt;br /&gt;W wybuchy wulkanów i huragany&lt;br /&gt;A w przyszłym tygodniu&lt;br /&gt;Zrobimy sobie jakąś wojenkę&lt;br /&gt;Rzeź Ormian albo holokaust&lt;br /&gt;Na dzisiaj wystarczy zabawy&lt;br /&gt;Chyba że chcecie powrzucać sobie&lt;br /&gt;Dusze do piekła&lt;br /&gt;Za to są dodatkowe punkty&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-8830492738409856612?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/8830492738409856612'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/8830492738409856612'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/10/czternascie-minut-wiem-podroze-ksztaca.html' title='Jest Poezja! Tomasz Sobieraj GRA, WOJNA KWIATÓW'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-6028617514238986919</id><published>2011-10-06T00:24:00.000-07:00</published><updated>2011-10-06T00:27:40.372-07:00</updated><title type='text'>Jest Poezja! Roman Kaźmierski CIEŃ W CIEŃ</title><content type='html'>&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Ekloga z października&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jezioro, jedyne otwarte oko.&lt;br /&gt;Światło połyka przynętę,&lt;br /&gt;ale nie daje się złapać.&lt;br /&gt;Liśćmi zajmują się specjaliści&lt;br /&gt;od naprawy wspomnień.&lt;br /&gt;Listy udają, że nadchodzą&lt;br /&gt;z przyszłości. Ślina,&lt;br /&gt;którą przełyka wędkarz,&lt;br /&gt;ma smak kolacji. Na tapecie&lt;br /&gt;komar siedzi i nie siedzi.&lt;br /&gt;Opowiada się o sobie,&lt;br /&gt;choć nie umie mówić.&lt;br /&gt;Na drugim brzegu ktoś&lt;br /&gt;w niebieskiej wiatrówce&lt;br /&gt;wspina się ścieżką po zboczu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Wakacje na okrągło&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Długo spali, dom skurczył się w hotelowy pokój.&lt;br /&gt;Odtąd podróżują bezszelestnie jak czas&lt;br /&gt;w zegarku cyfrowym. Nowy kościół podobny&lt;br /&gt;do banku lub supermarketu, wiara siwieje.&lt;br /&gt;Od rana wieczór: odcinek serialu&lt;br /&gt;o życiu, jakim ma być albo nie być.&lt;br /&gt;Ona, on i automatyczne dziecko,&lt;br /&gt;które umie już marzyć. Wrzuca do morza&lt;br /&gt;prawie nienoszone buciki:&lt;br /&gt;niech sobie tańczą, niech tańczą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Łaźnia w M.&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Poniemieckie kafelki holenderskie, kościoły&lt;br /&gt;powielone, pacierze dróg, łąk i zagajników.&lt;br /&gt;Kamieniczki: mężczyźni w oparach, mgłach.&lt;br /&gt;Stać prosto, wciągnąć brzuch, osłonić genitalia.&lt;br /&gt;Stworzeni na podobieństwo, obraz&lt;br /&gt;radzi sobie sam. Z sitek woda, mydliny&lt;br /&gt;do ścieku, gęste jak w czasie uboju.&lt;br /&gt;Szarość tej krwi, biel tła,&lt;br /&gt;niebieskość ruchliwego pędzelka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Czytając L.G. i G. A.*&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzień rośnie w trawie.&lt;br /&gt;Życie nie ma końca,&lt;br /&gt;ani początku. W koronie&lt;br /&gt;starej lipy śpiew trzmieli.&lt;br /&gt;Jak wierni w kościele:&lt;br /&gt;bez słów, są zbyt znane.&lt;br /&gt;Lipa stoi samotnie,&lt;br /&gt;za nią ściana zarośli.&lt;br /&gt;Z gąszczu słychać kosi&lt;br /&gt;gwizdek pełen krwi.&lt;br /&gt;Właśnie tu miał być&lt;br /&gt;zbudowany dom.&lt;br /&gt;Zaczyna się i kończy&lt;br /&gt;z trudem jak budowa&lt;br /&gt;na czarno. Bez winy&lt;br /&gt;i kary miłosne przekręty.&lt;br /&gt;Zieleń po horyzont,&lt;br /&gt;trawa zarasta dzień.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*Lars Gustafsson, Genadij Ajgi&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Odrostki&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Skryta wśród korzeni, nie wiesz nic o drewnie&lt;br /&gt;na opał, o deskach skrzyń i palet, o popiołach.&lt;br /&gt;Niedzielne popołudnie, a grunt pod nogami&lt;br /&gt;wciąż w ruchu, gadatliwe usta, wiatr.&lt;br /&gt;Nie usłyszysz, siostro krzemu i wapnia,&lt;br /&gt;żadnej odpowiedzi od pnia i konarów,&lt;br /&gt;od kruchych gałązek, śmieci u podnóża.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Słowa i muzyka&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Johann Sebastian Bach är min vän den bäste. Forr i världen&lt;br /&gt;älskade jag honom för att han aldrig grät...&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;Eva Ström&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(1)&lt;br /&gt;Swoim spojrzeniem bierzesz mnie&lt;br /&gt;w cudzysłów. Cytat. Autor i tytuł&lt;br /&gt;nieznany. Może to było z listu,&lt;br /&gt;ale zabrakło morza i butelki, gołębia,&lt;br /&gt;komputera. Jestem krótką frazą.&lt;br /&gt;Powtarzam się łatwo. Powtórz mnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(2)&lt;br /&gt;Prześladuje nas tajna straż, piosenka,&lt;br /&gt;którą nucą wszyscy. Trudno wytrzymać.&lt;br /&gt;Trzymaj mnie mocno między udami&lt;br /&gt;jak wiolonczelę, i graj coś.&lt;br /&gt;Na przykład drugą lub piątą&lt;br /&gt;suitę Bacha, z tych w moll.&lt;br /&gt;Proszę się przesuwać&lt;br /&gt;Władca metrów kwadratowych&lt;br /&gt;umiera truchcikiem.&lt;br /&gt;Wysyła bliskich daleko&lt;br /&gt;i błaga, żeby podeszła bliżej,&lt;br /&gt;jeszcze bliżej, aż jej włosy&lt;br /&gt;zakryją mu twarz.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-6028617514238986919?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/6028617514238986919'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/6028617514238986919'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/10/jest-poezja-roman-kazmierski-cien-w.html' title='Jest Poezja! Roman Kaźmierski CIEŃ W CIEŃ'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-6163362612865796383</id><published>2011-10-06T00:17:00.000-07:00</published><updated>2011-10-06T01:49:04.114-07:00</updated><title type='text'>Jest Poezja! Zbigniew Joachimiak SEZON LOTÓW TRWA</title><content type='html'>&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Powrót do domu w Kentucky&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Skręciłem z autostrady ostrym zjazdem&lt;br /&gt;i nagle zalał mnie szeroki pas zapachu ciemnego&lt;br /&gt;- drażniącego śluzówki nosa -&lt;br /&gt;topiącego się asfaltu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po zjeździe w prawo sunąłem wyrzucany&lt;br /&gt;siłą odśrodkową w piaski domków&lt;br /&gt;jednorodzinnych i ich zielono-żółte ogródki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po tej stronie Ohio wszystkie zapachy&lt;br /&gt;zmieniały barwę.&lt;br /&gt;Zamiast czystej zieleni sałaty w pory skóry&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;wnikać mi zaczęły ciemne tonacje szpinaku,&lt;br /&gt;a pomiędzy napływającymi falami gorąca&lt;br /&gt;wpadały mi w oczy pieprze grubego piasku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niosło mnie wprost na ulicę Overview,&lt;br /&gt;tam moja córka rozraszała w powietrze&lt;br /&gt;mleko i zapach przetartych owoców.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W usta spływał mi pot słony i zarazem&lt;br /&gt;słodki od radości, że dzień nie jest stracony,&lt;br /&gt;że Sybilka, moja córka&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;podejdzie do mnie zmieniając niebieskie&lt;br /&gt;niebo w granatowe, a mnie w ciastko&lt;br /&gt;posmarowane grubo wczesnym miodem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;2005&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Umiera mi ojciec&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Śpi prawie spokojnie, oddycha,&lt;br /&gt;w dzień złości się i głośno siorbie kawę.&lt;br /&gt;Nosi za sobą cewnik - cienką rurkę&lt;br /&gt;łączącą go z życiem.&lt;br /&gt;Chyba jest bledszy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Umiera mi ojciec&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;głośno stęka podnosząc się z fotela,&lt;br /&gt;słucha radia, telewizja jest zbyt głośna,&lt;br /&gt;waży się, ogląda skórę, ręce.&lt;br /&gt;Szepce coś do telefonu,&lt;br /&gt;pewnie, że wkrótce są święta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Umiera mi ojciec&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- śmierć to będzie czyja?&lt;br /&gt;Jego, tego co odejdzie, czy moja&lt;br /&gt;dla zbliżenia tego, co będzie mi odjęte?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Umiera mi ojciec&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;czuję, że się od niego oddalam,&lt;br /&gt;a on z cewnikiem stoi w miejscu.&lt;br /&gt;O śmierci nie mówi.&lt;br /&gt;O śmierci on umiera.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Chickasaw Street&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Długa perspektywa z nagłym zeskokiem o kilkaset metrów&lt;br /&gt;w dół miasta. A na początku zapach małp.&lt;br /&gt;Tak się Chickasaw zaczyna.&lt;br /&gt;Niewielkie kapucynki krzyczą i smrodzą,&lt;br /&gt;gnijące banany czernieją, a wszystko ogarnia aromatyczny bez.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zapach bzu to tylko początek historii ulicy,&lt;br /&gt;bo już niżej panoszą się słupy podmurszałych domów&lt;br /&gt;niewielkich jednopiętrowych drewnianych budowli -&lt;br /&gt;w których, w porze kolacji, z każdego kąta&lt;br /&gt;roznosi się zapach grzanek, szynki i sera.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W moim mieszkaniu na piętrze pierwszym, zaraz przy wejściu,&lt;br /&gt;pachnie Sybilka mlekiem i kremem Johnson&amp;amp;Johnson.&lt;br /&gt;A półki przyciągnięte ze sklepu metalowego wciąż&lt;br /&gt;nie mogą uzgodnić, jak mają pachnieć książki z Polski:&lt;br /&gt;oliwą, hardweres storu, czy piaskiem z wrzeszczańskiej Zaspy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przez ścianę przebija się drobnymi skokami zapach chilli.&lt;br /&gt;Sąsiedzi - afroamerykańska rodzina - od rana przygotowują ingrediencje.&lt;br /&gt;W mojej kuchni też szał: rozlało się kwaśne kalifornijskie wino,&lt;br /&gt;herbata roznosi się we wszystkie strony, dzisiaj będą ruskie pierogi,&lt;br /&gt;na ogniu przygotowuje się farsz z podpiekaną cebulą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie mogę odgadnąć czym pachnie wykładzina. Bo pachnie.&lt;br /&gt;Może tym, co zostało z pobytu poprzednich lokatorów.&lt;br /&gt;Pójdę teraz w dół ulicy, bliżej down town, tam rosną porzeczki.&lt;br /&gt;A i pokrzywy. Mieszka tam też rodzina skunksów, na które jest tylko&lt;br /&gt;jedna rada (zdradził mi ją Andrew Tietig):&lt;br /&gt;dużo, dużo aromatycznego soku z pomidorów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest lato. Leniwe powietrze donosi do moich okien krzyk małp.&lt;br /&gt;I zapach ich śerści. I jeszcze coś, co mnie niepokoi: to rzeka Ohio?&lt;br /&gt;To rzeka miasta. Całego stanu. Całej krainy.&lt;br /&gt;Tu na skraju indiańskiej ulicy pachnie całym tym światem,&lt;br /&gt;który drgać będzie do końca mojej skóry. W zapachu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Jestem cicho, cichutko&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jestem cicho, cichutko,&lt;br /&gt;tak jak wtedy, gdy po raz pierwszy&lt;br /&gt;spostrzegłeś jasność i ciemność.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jestem jak wtedy, gdy przyniosłeś mi&lt;br /&gt;kwiaty i swój wiersz do szpitala&lt;br /&gt;i przestraszone oczy w młodzieńczej twarzy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jestem cicho, cichutko,&lt;br /&gt;gdy rano wstajesz do pracy&lt;br /&gt;i gdy wracasz, i podlewasz kwiaty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jestem mała, twoja własna&lt;br /&gt;skała, opoka dnia codziennego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jestem cicho, cichutko,&lt;br /&gt;biję bezdźwięcznie ci brawa&lt;br /&gt;i głaszczę po głowie, gdy upadasz w lęku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jestem twoją mamą,&lt;br /&gt;od początku i poza koniec.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cicho, cichutko&lt;br /&gt;umarła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Potem&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To tylko na początku wiersze są&lt;br /&gt;motylami, które licznie latają&lt;br /&gt;w naszych wiosennych ogrodach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To tylko, gdy po raz pierwszy stajesz&lt;br /&gt;na jeszcze nie zdeptanej ścieżce&lt;br /&gt;prowadzącej do tajemniczej owocarni...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To tylko na początku wiersze mają&lt;br /&gt;skrzydła i pociagają cie do góry,&lt;br /&gt;do blasku i ptaków.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Potem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Potem słowa zaciskaja się w pięści,&lt;br /&gt;w zatrzaśniętej obolałej dłoni,&lt;br /&gt;w pocisku zawiniętych kostek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Potem trzeba żmudnie odginać palec za palcem,&lt;br /&gt;podważać je dłutem zakute w milczeniu,&lt;br /&gt;powoli wydobywać upragnione słowa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trzeba mruczeć, szeptać i dreptać,&lt;br /&gt;płakać, trwać godzinami w trwodze,&lt;br /&gt;czekać, czy granat pięści się otworzy?&lt;br /&gt;I słowa trzeba wyciągać ostroznie i powoli,&lt;br /&gt;jedno, drugie, trzecie, jak ze słonecznika nasiona,&lt;br /&gt;w lipcowy dzień.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Może choć jedna z tych wyschniętych pestek&lt;br /&gt;pełna będzie nasieniem.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-6163362612865796383?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/6163362612865796383'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/6163362612865796383'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/10/jest-poezja-zbigniew-joachimiak-sezon.html' title='Jest Poezja! Zbigniew Joachimiak SEZON LOTÓW TRWA'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-588967236616646072</id><published>2011-10-06T00:06:00.000-07:00</published><updated>2011-10-06T00:15:54.372-07:00</updated><title type='text'>Jest Poezja! Andrzej Tchórzewski, poème en prose</title><content type='html'>&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Domysł&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;Jeszcze nie wiesz co zostało w przeczuciu!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy sowa śnieżna wzlatująca z odległych siedlisk nad łąki umorusane siąpiącym niespodziewanie&lt;br /&gt;o tej porze deszczem. Szukająca opustoszałych komnat mysiego królestwa. Bo może zawieruszyła się jakaś istota; chora albo słaba, niezaproszona do tańca na płytach stygnących kuchni, rozgrzanych fajerek oddających w mroku pożyczoną wieczorem czerwień.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy – może - śmieszny owad nieporadnie zbłąkany w nieswoją porę roku. Gotów do zabicia jednym gestem ręki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie wiesz i wierzysz w szczególną aurę szarości. Byt nie lśni tęczami, dźwiga w sobie skończoność jak modlitwę, którą obarczy Boga.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Znów zaczną się jałowe dysputy, znów ten brak szacunku do milczenia; jazgot, słowo, które unicestwia siebie. A z niego chaos; nieodłączne konie nomadów, parlamenty śliny, step.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cóż przeczucie, gdy pewność nie jest naszym królestwem, a jej zaprzeczenie rozchodzi się, jak mgła po łąkach i pustych polach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Rozstaje&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Latem, zmęczony strumień dogorywa. I gdyby nie wilgoć omszałych kamieni, nierozpasanie wektorów promienia, byłby ustał.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Światło heraklitejskie nie mówi do nas, nie powierza nam swych skarbów oddanych w aporiach przez wędrownych filozofów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mają zdarte sandały i puste łysiejące głowy. Przypominają owady, których się boimy, bo według prognozy wkrótce zawładną światem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Naturalnie to nie jest nasz świat, ale i nie ich.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie wiemy dokąd prowadzą drogi strumieni, gdzie przetną się z ludzkimi, gdzie wzejdą przypadkowe siedliska i którędy pójdą karawany przenoszące nadmiar cierpliwości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Ślimak&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Natura uzewnętrznia swoje przeciwieństwa. Daje nam Biblię i Koran i tysiące ksiąg spisanych niedokładną ręką. Wymusza na nas przypowieści, moralitety, ale sama pozostaje baśnią własnych ogrodów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Śluz przykryty płytką. Pancerz i galaretka, żel ciągle używany przez wilgoć. Ciężar, który nas zgina, a jemu służy za schronienie. Dom wędrowny, cierpliwy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Patrzę, jak opustoszał i nawet nie potrafię się domyślić adresu właściciela. Może odszedł. Ogarnia mnie lęk jak w obliczu wspaniałych grobowców.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zapewne są już puste, ograbione. Nie słuchają szemrzących wód, ceramika odpada z nich&lt;br /&gt;i ślady zniczy przywodzą wspomnienie pamięci.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po ten jakoś nie sięga nikt. Chyba, że kazuar, który uciekł z zoo rozwaliłby dawną siedzibę ślimaka.&lt;br /&gt;Czy żyje? Dość pytań! Głupio, w swoim języku pytać o ślad lotki ciśnięty przez Tajemnicę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Okno&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zamknięty w szarości. Śledzisz krople bębniące w blachę parapetu. Gdzieś daleko - miliony lat świetlnych- jest Mauritius i Beniowski spowiadający się u Komendanta. Przypomnienie imperium, zarzut złych chęci wobec przegniłej Korony. Ponawiany, powtarzany z uporem, chociaż wszystkie imperia mijają.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Comte, comte.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ty, ta z wakacyjnej opowieści, jedziesz korytami wyschniętych rzek i spotykasz dzieci malgaskie, znające dobrze mechanizmy jeepa i radość fotografii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Festiwal odrębny. Na karaibskich beczkach po ropie. Otwarty na ocean. Festiwal bosych pięt&lt;br /&gt;i rozognionej ziemi. „Zupełnie jak niedźwiedzie smorgońskie”. Ulubiona rozrywka arystokratów, strach politei podzielany przez Arystotelesa. Lęk, lęk!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A tu: monotonia. Blokowisko. Wytwór złej cywilizacji, produkt tablic demograficznych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak dobrze, że nie podchodzisz do okna. Mając je w sobie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Matura in vitro&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Czytam i … nie przecieram oczu. Przywykła do wyskoków słowa. Przychodzą różni, nadając mu swoje znaczenia. Coraz bardziej wchodzimy w bezsens, w bezmiar nonsensu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mit wieży Babel sam się rozpowszechnia w sporych nakładach. Ludzie milczą lub plują (z lubością?)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Matura in vitro i zapłodnienie z religii”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Poprzestawiały Ci się wersety albo przyjęłaś starą technikę dadaistów” - mówi partner, który jeszcze nie tak dawno był całkiem zagorzałym kochankiem, wielbicielem tej mojej etcetera.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Panuję nad wersetami,montaż słów odbywa się we mnie, voodo morfemu. Patrz, czym nas karmią. Sieczka, obrok.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tu, dwójka znanych w przededniu rozwodu, ona szuka mieszkania w eleganckiej dzielnicy - a może na odwrót - On jedzie na Bahamy - a może na odwrót - nie zaprzecza, że lubi windsurfing, a tam dwudziestoletnia matka wyskoczyła z okna prosto pod autobus. Z pewnością jeszcze żyła kiedy ją rozjechał”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Coś trzeba włożyć do tego garnka”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Słowa nie zawsze kończą się myślą... Kto wie, może jesteśmy centaurami, wchłaniającymi ten bezduszny owies, rozciapaną Karmę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Polowanie na żmije&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przykucnąć i nie zrywać jagód. Wbrew Elżbiecie Barret. Szukać róż dzikich, niezgodnych ze Słowackim. Wnosić do tej wonnej świątyni ducha modlitw. Szperać w zakamarkach słów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A tam, pomiędzy paprociami przemknęła żmija. Las jej odszumiał na znak przyzwolenia. Rozścielił się wygodnym szlakiem; ucieczka. Przed rozdziawionym ze zdziwienia brezentowym workiem i rozdwojonym, kłamliwym kijem. Troska o potomstwo zostawione&lt;br /&gt;w komyszach. Lekka bryza łagodzi ostrza traw, prostuje źdźbła schylone ku prawu ciążenia. Wszystko jak w tej wieży, gdzie Tycho de Brache śledził lot komet.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Właśnie przelatuje włóknista zapowiedź zagłady. A tu SĄ znaki, trafnie odczytane; to ludzie łowią żmije dla pieniędzy. Z niezrozumiałych powodów. Gdyby wszystkie istoty stosowały swój kod, powstałby chaos.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na początku, więc, było przemykanie. Syk. Groźba. A później - pełnia chaosu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I bóg żmij ładu nie zaprowadził, scedował wszystko na człowieka. Popłoch.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A cóż on potrafi? Niszczyć tam, gdzie godzi się ocalać. Tęsknić za gramem jadu, pisać na korze brzozy sokiem wyciśniętym z jagód.&lt;br /&gt;Wznosić miasta, do których żmija nie ma dostępu, a zdrada - owszem.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-588967236616646072?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/588967236616646072'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/588967236616646072'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/10/jest-poezja-andrzej-tchorzewski-poeme.html' title='Jest Poezja! Andrzej Tchórzewski, poème en prose'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-7156508233500745183</id><published>2011-09-06T00:58:00.000-07:00</published><updated>2011-09-06T01:03:08.242-07:00</updated><title type='text'>Pożegnania: Krzysztof Jurecki WSPOMNIENIE O ANDRZEJU URBANOWICZU</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Andrzej Urbanowicz był dla mnie bardzo ważnym artystą - niepokornym, poszukującym duchowości w neognozie i buddyzmie, związanej z uniwersalną prawdą o świecie. Każda rozmowa z nim była niesłychanym przeżyciem, każde Jego zdanie miało moc i siłę wyrazu. Miał w sobie coś z guru, choć w kwestii chrześcijaństwa się z Nim nie zgadzałem. W grudniu 2010 na prośbę Andrzeja napisałem krótki tekst o naszej znajomości w związku z przygotowywaną publikacją. Mieliśmy się spotkać w czerwcu 2011... Jak na razie jest artystą niedocenionym, ale jestem przekonany, że się to zmieni, gdyż stworzył wokół siebie nie tylko środowiskowo artystyczne, ale malował wyjątkowe obrazy od lat 60.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Żegnaj Przyjacielu! Twoja sztuka będzie wieczna, Twoja duchowość także.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Andrzeja Urbanowicza poznałem … nie pamiętam dokładnie w jaki sposób. Co dziwne wydaje mi, że odbyło się to bardzo dawno, choć faktycznie miało to miejsce z wraz przygotowywaniem wystawy Katowicki underground artystyczny po 1953 roku (2003). Do jej części fotograficznej zaprosił mnie prof. Janusz Zagrodzki, główny kurator tego udanego i potrzebnego pokazu. Czas, który jest pojęciem tak naprawdę względnym, jeśli nie podejrzanym, w moim życiu bardzo przyśpieszył po czterdziestym roku życia. Czy jest to smutne? Być może, ale zacierają się szybciej horyzonty wielu zdarzeń czy spotkań.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;1. Nasze relacje z Andrzejem&lt;br /&gt;Nasza współpraca przy organizacji wystawy o undergundzie udała się. Nie było żadnych problemów czy spięć. Przy okazji poznałem także Stasia Rukszę, który pracował w BWA. Następnie razem współpracowaliśmy przy bardzo dużej ekspozycji Jerzego Lewczyńskiego, który wielokrotnie już w latach 80. i 90. opowiadał mi o niezwykłej postaci Andrzeja – jego happeningach czy magii, wobec której Jurek nie wiedział, jak ma się ustosunkować. Nie mówiąc już o Zofii Rydet (z. 1997), która zdecydowanie bardziej podatna była na tego typu zabiegi hapeningowo-artystyczne, choć zdaję sobie sprawy z nieadekwatności tego określenia. Jerzy Lewczyński – wybitny polski artysta-fotograf - wielokrotnie potwierdzał i przyznawał wpływu filozofii bycia i twórczości Andrzeja. Niewielu artystów stać, aby przyznawać się do takich zależności, które tak naprawdę nie są niczym brzemiennym czy złym. Świadczą o zwykłej przyzwoitości określonego twórcy. Lewczyński też jest dla mnie autorytetem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pamiętam także nasz wspólny udział: Andrzeja, Jurka, także Adama Soboty na sesji teoretycznej o twórczości Beksińskiego w BWA Bielsu-Białej przy okazji jego wystawy fotograficznej tego ostatniego ze zbiorów Muzeum Narodowego we Wrocławiu. Pamiętam, jak Andrzej opowiadał o sile energetycznej czy duchowej rysunków Beksińskiego, które po przywiezieniu do Katowic w 1977 roku i ich rozpakowaniu spowodowały Jego niesamowity ból głowy. Mówił „ten ból pamiętam do tej pory”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Andrzej zaprosił mnie także, abym dwukrotnie zaprezentował katowickiej publiczności swoje przemyślenia o fotografii. Raz mówiłem o fotografii surrealistycznej i znaczeniu w niej Hansa Bellmera, drugim razem przy okazji otwarcia drugiej wystawy Bellmera, co było wielkim wydarzeniem w skali całego kraju mówiłem o znaczeniu artysty i poszukiwaniu „pisma ciała”. Drugi z tekstów opublikowałem w książce „Oblicza fotografii” (Września, 2009).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;2. Pracownia na ul. Piastowskiej&lt;br /&gt;Bardzo cenię sobie rozmowy z Andrzejem. Jest bardzo świadomy tego, co tworzy, wnika w atmosferę swych prac niczym dawny alchemik poszukujący złota. Pamiętam nasze dyskusje na temat surrealizmu, sztuki gejowskiej, którą poznał w Nowym Jorku czy galerii Krzywe Koło. Andrzej dla mnie autorytetem w sprawach artystycznych, lubię z nim rozmawiać. Żałuję tylko, że nie wytrwał w buddyzmie, który uprawiał i współtworzył w Polsce na początku lat 70., gdyż to mogłoby go zbliżyć do poznania i zrozumienia świata, a jestem pewien, że poprzez religię, w mniejszym stopniu filozofię i sztukę można to uczynić sposób mniej lub bardziej doskonały, choć nigdy wpełni doskonały. Oczywiście wpływ buddyzmu był wielokrotnie interpretowany w kilku tekstach o Jego twórczości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy pracownia jest tylko miejscem pracy? Pytanie banale. Odpowiedź brzmi nie! Jest i przez lata było, o czym też wielokrotnie pisano, miejscem, gdzie przyjeżdżali lub bywali czołowi czy wybitni intelektualiści polscy. Cenna jest biblioteka składająca się tysięcy książek i katalogów. Pewnie równie interesująca jest korespondencja.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale najważniejsze są prace Andrzeja tworzone od końca lat 50. Pamiętam do dziś obraz o dużym formacie, jaki pokazywany był na początku lat 60. w Krzywym Kole Mariana Bogusza. Równie dobrze pamiętam test, w którym udało się artyście wyjść poza ograniczenia konstruktywizmu Władysława Strzemińskiego poprzez powrót do ikony i poglądów filozoficzno-estetycznych św. Dionizego Aeropagity. Szkoda, że tego nie potrafił „pociągnąć” dalej, gdyż wydaje mi się, że ten problem jest w dalszym ciągu do rozwiązania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jednak przyszli historycy Jego tak ważnej dla mnie twórczości będą mieli problemy z interpretacją. W którym momencie buddyjskie symbole i znaki, a także wcześniejsze alchemiczne przestają znaczyć i stają się „znaczeniem pozbawionym znaczenia”, jak to miało miejsce w dojrzałej i późnej twórczości wspomnianego już Beksińskiego. Czy jest to już forma wyzuta znaczenia? Czy jest ona tylko ornamentem, ale wiemy też że sam ornament także może być znaczący, aby przywołać jego przejawy antyczne – groteskę czy manierystyczne – tzw. rollwerk.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-7156508233500745183?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/7156508233500745183'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/7156508233500745183'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/09/pozegnania-krzysztof-jurecki.html' title='Pożegnania: Krzysztof Jurecki WSPOMNIENIE O ANDRZEJU URBANOWICZU'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-4749521778135892487</id><published>2011-09-06T00:54:00.000-07:00</published><updated>2011-09-06T00:57:04.461-07:00</updated><title type='text'>Sylwetki: Krzysztof Jurecki ANDRZEJ URBANOWICZ</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Malarz, grafik, twórca parateatralny. Urodził się w 1938 roku w Wilnie, zmarł 21 sierpnia 2011 roku w Szklarskiej Porębie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Studiował na ASP w Krakowie w latach 1956-1958, w latach 1958-1962 w filii macierzystej uczelni - w Katowicach. W latach 1972-1991 mieszkał w USA. Eseista, krytyk sztuki, a także organizator wystaw i sympozjów na temat sztuki Hansa Bellmera w Katowicach (1995, 2002). Wraz z Henrykiem Wańkiem współtwórca Stowarzyszenia Twórczego Bellmer.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Debiutował na wystawie indywidualnej w Galerii Krzywe Koło w Warszawie w 1963 roku, gdzie pokazał obrazy nawiązujące do idei Władysława Strzemińskiego, ale inspirowane także mistycyzmem zawartym w tekstach Pseudo-Dionizego (V/VI wiek). W tym czasie rozpoczął studia nad okultyzmem. Z awangardowej pogoni za niedoścignionym ideałem linearności świata wycofał się już w latach 60. Przestrzeń twórcza artysty zbudowana została na podstawie jego inspiracji duchowych - buddyzmu zen, neognozy, okultyzmu, do którego zwrócił się już w 1963 roku (obraz „Wielka Garota czyli Splendor Solis”). Symbolika solarna zawarta w jego twórczości łączyła się także z odniesieniami do mitologii egipskiej i przede wszystkim z motywem Ouroborosa (symbolem wiecznej przemiany i odwiecznego chaosu).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W tekście „Okazanie” (1999) Urbanowicz stwierdził: „Najdosłowniej jesteśmy dziećmi światła, choć nie zawsze o tym pamiętamy. Nawet, gdy jest go całkiem niewiele, ono jest najważniejsze. Posłańcem uczuć światła jest barwa”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wczesne obrazy Urbanowicza z końca lat 60. należy porównywać z formalną, ale przede wszystkim duchową, atmosferą twórczości Zbigniewa Makowskiego. Można w nich jednak odnaleźć także reminiscencje pop-artu w jego odmianie nazywanej psychodelic-art, uderzającej kontrastem kolorystycznym. Już w tym czasie Urbanowicz tworzył jednak zadziwiające i dojrzałe prace.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najważniejsza część jego twórczości związana jest z działaniami katowickiej grupy Oneiron (1967-1978), do której należeli m.in. Urszula Broll, Zygmunt Stuchlik, Antoni Halor i Henryk Waniek. Artyści tej grupy w twórczy sposób zgłębiali teorię Carla Gustava Junga, w tym znaczenie marzeń sennych, oraz ikonografię sztuki Dalekiego Wschodu. Istotne okazały się ich interdyscyplinarne dokonania artystyczne, np. wspólne dzieło składające się z trzydziestu plansz, „Leksykon (Encyklopedia symbolu)”, pokazane po raz pierwszy w 1969 roku, o wysublimowanej strukturze rysunkowej penetrującej wewnętrzne pojęcie symbolu, a nawet kosmogonii świata z różnych kultur. Wyrażało ono bardziej formułę chaosu, za którą opowiedział się później Urbanowicz, niż kategorię prawdy, choć była ona zasadniczym celem w tej realizacji, odwołującej się do koncepcji sakralności świata, wyrażającej się przez zmienne kulturowo i historycznie symbole, w których silnie manifestował się erotyzm, rozumiany jako energia twórcza.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Interpretowana głównie jako psychodeliczna twórczość Urbanowicza i w mniejszym stopniu Henryka Wańka z lat 70. (np. wspólny obraz poświęcony Janowi Palachowi), otwarcie manifestujących postawę antykomunistyczną, może być określona mianem katowickiego undergroundu. W odróżnieniu od prac Wańka malarstwo Urbanowicza przesycone było już wtedy perwersyjną erotyką. W jego twórczości zaznaczyły się: metoda cytatu dawnej sztuki (np. Hansa Holbeina Młodszego), wykorzystywanie motywów fotograficznych (w tym z kręgu low art) oraz silny kontrast kolorystyczny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Grupa Oneiron dla kultury polskiej odkryła wiele światów artystycznych, w tym mit czeskiej Pragi oraz alchemii i wiedzy tajemnej, choć podlegającej artystycznej racjonalizacji. Po raz pierwszy w Polsce dogłębnie zainteresowała się buddyzmem zen.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dla zrozumienia malarstwa Urbanowicza bardziej istotny jest jednak jego związek z życiem i poszukiwanie zrozumienia istoty świata. Wydatnie podkreślał wszelką biologiczność życia, w tym oczywiście człowieka, co było przedmiotem wielokrotnych penetracji artystycznych w XX wieku (np. Władysław Strzemiński). Widać to na przykładzie obrazu „Źrenica”, który mimo swej abstrakcyjnej pulsacyjnej formy traktuje o biologiczności życia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Istota malarstwa Urbanowicza uwidacznia uporczywe drążenie określonych problemów. Podstawowym jest poszukiwanie obsesyjnych, wężowatych splotów („Tęczowanie”, „Serpemanita”), ukazywanie wyobrażenia słońca oraz przenikającego wszystko erotyzmu - potężnej siły ożywiającej świat.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poszukiwanie miłości, czasami z jej ciemnymi odmianami, związanymi ze skrywanym w podświadomości sadomasochizmem z pewnością było jednym z celów artystycznej działalności artysty. Miłości przynajmniej w podwójnym znaczeniu: ziemskim jak i boskim, choć odróżnienie jednego od drugiego tylko teoretycznie jest jednoznaczne. Artysta prezentował postawę afirmatywną wobec życia, którego zasadniczym składnikiem jest chaos. Poszukiwał nowego paradygmatu dla rozwoju kultury. Z pewnością nie był on nowy, ale też nie był popularny, gdyż w historii kultury europejskiej przeważał zracjonalizowany antropocentryzm.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jego obrazy to często wizualne buddyjskie koany przedstawiające różne historie, które mają w widzu wywołać określone uczucia, a przede wszystkim doprowadzić do otwarcia drzwi percepcji, zrozumienia lub przywołania określonego stanu psychicznego. Oczywiście nie jest to łatwe, ale artysta ma do takiego nauczania określone przygotowanie duchowe, będące wynikiem buddyjskich inicjacji i studiowania ezoterycznych pism. Jego sztuka jest ze swej natury głęboko symboliczna, ale podobnie jak w XIX wieku czyhają na nią różnego typu niebezpieczeństwa. Wielokrotnie jednak udawało się Urbanowiczowi poruszać dziwne stany rzeczywistości widzialnej oraz tej ukrytej, niedostrzeganej, ale odczuwanej, jak ma to miejsce np. w obrazach „Świecące” czy „Wschód”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Obrazy Urbanowicza powinny być tłumaczone w poetycki sposób, tak jak to znakomicie czyni Urszula Benka. Inny klucz, poza duchowym, mija się z istotą przesłania zawartego w jego sztuce.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Twórczość artysty była bardzo konsekwentna. Już w latach 60. słońce stanowiło jeden z głównych jej wątków. Później okazało się, że wszystko zostało mu podporządkowane, stało się dla artysty zasadniczą manifestacją istoty życia jak i emanacją energii (bóstwa). Pomimo witalności determinującego życie chaosu, w którym musimy istnieć, nad wszystkim wznosi się konstytuujące go, tworzące podstawową zasadę bytu, słońce.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W 1992 roku w Galerii Sztuki Współczesnej BWA w Katowicach miała miejsce retrospektywna wystawa prac Andrzeja Urbanowicza. W latach 1992-1994 działał jego Teatr Oneiron 2 (spektakl „Więzy”), a w 1996 roku - Teatr Oneiron 3. Wszystkie oparte były na wizyjności i swobodzie interpretacyjnej, łączące się z „poetyką rytualnej anarchii, zacierające granicę między ceremoniałem a wydarzeniem mistycznym, pomiędzy erotyką a kosmiczną wzniosłością”. Kolejna ważna wystawa artysty, „Andrzej Urbanowicz. Splendor Solis”, odbyła się w BWA w Katowicach na przełomie lat 1999/2000.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Prace artysty posiadają w swoich zbiorach: Muzeum Narodowe w Warszawie, Muzeum Narodowe w Poznaniu, Muzeum Śląskie w Katowicach, Muzeum Górnośląskie w Bytomiu, Muzeum Sztuki w Łodzi, Muzeum Ziemi Lubuskiej w Zielonej Górze, BWA Katowice, Muzeum Historii Katowic, Muzeum Okręgowe w Koszalinie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(2004) &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-4749521778135892487?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/4749521778135892487'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/4749521778135892487'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/09/sylwetki-krzysztof-jurecki-andrzej.html' title='Sylwetki: Krzysztof Jurecki ANDRZEJ URBANOWICZ'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-822941660293624184</id><published>2011-09-06T00:48:00.000-07:00</published><updated>2011-09-06T00:53:45.588-07:00</updated><title type='text'>Recenzja: Stanisław Esden-Tempski ŁOWCA ORCHIDEI</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Instrukcja obsługi dzieła literackiego.&lt;/strong&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;„Łowca orchidei” nie jest grzeczną książką to pewne! W pierwszym oglądzie rzucają się w oczy łajdackie tytuły rozdziałów. „Kiedy Sławkowi Baldowi robiło się niedobrze”, „Goła, dupa”, „Znów krocze tym razem Klemensa”, „Dziwna wielkość indyczych jaj”, „Nieprzyzwoita twarz Jacka”, „Opluty Jazon”... - można by długo cytować; do wyjątków należą tytuły, które można by bez tremy przeczytać w salonach literackich Warszawy czy Krakowa. Sto krótkich rozdziałów („pieśni”) pełnych smutnej treści opatrzonych tytułami pełnymi nonszalancji. Kogo lub co atakowałem tym estetycznym wyzwaniem?! W jakim celu tak wytrwale rozwijałem opisy tych wszystkich ludzkich „złych skłonności”?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mój zamiar więc był ściśle realistyczny, podobny do intencji Balzakowskich. Szybko jednak zauważyłem, że realistyczne jedynie podejście do opowieści o podróży do Ameryki zaprowadzi mnie na grzęzawiska banalności. Na dodatek mój Jazon - Sławek Łysy (Bald) - przybywał do dzisiejszej Kolchidy z zupełnie innej Utopii, w której wszyscy z założenia mieli wszystkiego pod dostatkiem, więc nie było potrzeby uganiać się za złotym runem. Polska na dodatek jest krajem katolickim. Setki i tysiące razy w kościołach swego wyznania słyszeliśmy – ja i mój Bohater, że „pierwej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, zaczym bogacz trafi do królestwa niebieskiego”. Temu przekonaniu towarzyszą inne zdania z Biblii – o ptakach co nie sieją i nie orzą, a mają. Sławek wychowywany był w pogardzie dla „karierowiczostwa”, w umiłowaniu cnotliwej biedy i bohaterstwie „czynów społecznych”. USA do kraj protestancki, którego filozofia selfmademana ma swe biblijne źródło w opowieści o ukrytych talentach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A przecież obaj Baldowie, Sławek - prawnuk i Szymon – pradziad, porzucili domy rodzinne i pojechali szukać swego szczęścia na antypodach? Dlaczego? Pomijając już względy martyrologiczne, paradoks ich wyborów tworzy podstawowa sprzeczność właściwa dla całej diaspory wykształconej na greckich i rzymskich mitach. Starożytni Grecy, tworząc mity w gruncie rzeczy opisywali życie, chrześcijaństwo opisując życie tworzyło niedościgłe mity. Bald był z góry niechętny materialistycznej hucpie kolchidyjskiego społeczeństwa. Na samą myśl o wyjeździe do Ameryki Sławkowi Baldowi robi się niedobrze. Za oceanem jeżdżą obraźliwie eleganckie samochody. Bald znalazłszy się tam za morzami – umarłby z poniżenia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sławek nie mogąc oddać się wyścigowi szczurów, gonitwie za szmalem na brudnych ulicach polskiego getta (ze względu na blokadę ideologiczną, którą zaszczepiło w nim chrześcijaństwo) musiał znaleźć sobie jakieś alibi. Wytłumaczenie dla swej abnegacji potrzebne mu było, aby czuć się (to zupełnie zapomniane słowo) g o d n i e . Spodziewał się, że znajdzie ową legitymację w książce swego pradziadka „The exile from Eldorado”. Książka ta miała pomóc mu odpowiedzieć sobie na pytanie, które także dręczyło historyków – dlaczego historyczny Bald, poszukiwacz złota i łowca orchidei, dokonał, jakbyśmy dzisiaj powiedzieli, aktu terrorystycznego, powodując wybuch w delcie rzeki San Juan (Nikaragua) i uniemożliwiając tym samym podróżowanie do Kalifornii. Dlaczego Szymon Bald uśmiercił gorączkę złota, Oto cała myślowa intryga mojej książki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szymon Bald – pradziad jest postacią koherentną. Nie zadawał sobie pytania jaki jest jego dekalog. Ten system był dla niego niezagrożony, jak dzisiejsze intelektualne mody, trwał i wydawał się być niezmienialny. Szymon zrozumiał, że w pogoni za złotem kultury ludzkie będą się niebezpiecznie mieszać. Zagrozi to człowiekowi utratą swej niepowtarzalności, własnego imienia. Dlatego Szymon z takim spokojnym sumieniem decydował zatkać rzekę San Juan, jak byle kran z piwem. To był akt na miarę Herostratesa, Szymon zniszczył w swoim mniemaniu świątynię Złotego Cielca!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chociaż Sławek Bald prawnuk i Szymon Bald pradziad realizują to samo fatum losu – są uchodźcami politycznymi i wyjeżdżają do Kolchidy, jak Jazon, a także obaj zakochują się w córkach Arestesa. Różnią się jednak zasadniczo. Szymon jest postacią poważną. Mimo, że „kurdupel”, budzi grozę i zaufanie współczesnych. Sławek niegodzien jest swego pradziada. Co dnia odczuwa swoją śmieszność. To jest jego podstawowa tragedia. Chciałby być taki dzielny i wielki jak jego pradziad, ale jest tylko żałosny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Daniel Bourne w „Artful Dodge” pisze o Sławku Baldzie, że to „a figure who seems to have just stepped from the pages of Joseph Conrad novel”. Jak wprowadzić do tekstu taką właśnie postać w czasach zdychającego postmodernizmu? To był problem nas obu - autora i mego Bohatera. W promieniowaniu postmodernizmu byliśmy wszyscy. Leslie Fiedler pisał: „mięsista, realistyczna powieść o wyraźnej fabule, z wyraźnymi postaciami, plus przyjemne, wzniosłe myśli o małżeństwie i płci, o społeczeństwie i rodzaju ludzkim... – taka powieść umarła”. Czytywaliśmy książki Bartha, Pynchona, Vonneguta, Wszyscy byliśmy dziećmi epoki wstydu narracyjnego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sławka Balda mógł wyrazić jedynie bunt. Bunt nie liczący się z żadną Formą Ja, jako autor byłem jedynie medium informującym o samym procesie. Forma nie przystawała do tego, co działo się w getcie polskim w Chicago. Postanowiłem więc obrazić się na Formę i lekce sobie ją ważyć. Potraktowałem zwyczaj literacki jak żywą osobę i mściłem się na stereotypach literackich, torturowałem je, jakby to Kultura była odpowiedzialna osobiście za to, że żadnej Formy dla mojego bohatera nie można było znaleźć. Za motto wziąłem cytat z Don Juana Byrona:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cervantes prześmiał rycerstwo Hiszpanii&lt;br /&gt;Jeden śmiech zdołał prawego pozbawić&lt;br /&gt;Naród ramienia. Odtąd niewidziani&lt;br /&gt;Tam bohaterzy. Aby powieść bawić&lt;br /&gt;Mogła, świat glebę przygotował dla niej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;By wyrazić bunt mego bohatera i mój własny musiałem rozprząc się w sposób możliwie najbardziej opanowany i artystycznie skuteczny. Zrobiłem to na kilka sposobów&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Powieść moja pozbawiona została narratora, jakbyśmy umówili się z moim bohaterem, że już żadnych osób trzecich między nami nie będzie. Trzeciosobowe formy gramatyczne są wynikiem założenia, iż Opowieść może się sama opowiedzieć - wystarczy popatrzyć i wszystko staje się jasne! W powieści więc przede wszystkim ważny jest obraz, ważniejszy od tego co się dzieje. Rolę oskarżyciela posiłkowego zagrały przymiotniki, niespodziewane związki syntaktyczne, metafory. To była nasza amunicja - Sławka i moja.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W rozdziale „Ebenezer Scrooge i jego śnieżna faktoria” podróż salesmana ogłoszeń jest podróżą przez Kulturę. Zwykły biznes kontraktorski jawi się nam jako biuro Ebenezera Scrooge’a wprost z prozy Dickensa. Mroczne cienie we wjeździe do hurtowni są rodem z gotyckiego zamku w Malborku, murarze są masonami i budowniczymi piramid, samo biuro staje się stacją bakunowego faktora (wprost z Bartha), opis ulicy jest echem zimowych widoków hanzeatyckiego Gdańska, na koniec słońce pojawiające się spomiędzy chmur jest jak kadr z serialu o gwiezdnych wojnach i wylania się niczym kolanko z nierdzewnej stali... Obrazy wirują i zmieniają się z szybkością montażu telewizyjnego. Taka jest bowiem świadomość Sławka, taki jest bałagan duchowy współczesnego człowieka. Dłużej psychika Sławka koncentruje się na zmyślonym liście Szymona Balda do brata. (Krąg V) To zrozumiałe – list opisuje czas miniony, koherentny i stabilny. Czas pożółkłych fotografii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Powieść poprzez taką właśnie budowę siłą rzeczy przekształciła się w rodzaj poematu epickiego. Ta najstarsza, homerycka jeszcze forma podawcza była najwłaściwsza dla mitologicznych treści. Poemat ten jest jednak poematem „wkurwionym” na Formę, na czas, na okoliczności, Jest opisem świadomości człowieka wrzuconego w śmietnik współczesności („człowieka wpędzonego do raju”). Narracja staje się momentami wulgarna, jakbyśmy obaj – Sławek i ja, nie znieśli wreszcie czegoś, nie stawało nam opanowania Bo zasadniczym naszym konfliktem – jest walka realności z Mitem. Nabraliśmy w czasie tej podróży przez świat i Kulturę wrogiego stosunku do Formy w ogóle. Mój Sławek wędrując przez kręgi emigracyjnego Piekła poszukując wielkości (Tradycji) swego pradziada a także goniąc za cieniem swej Beatrycze, w istocie goni za cieniem, wymiarem ludzkiej godności.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W momencie, gdy Sławkowi prawie udaje się wejść do zaklętej dla niego Rzeczywistości, Forma poematu pęka, „załamuje się skutkiem zbyt silnych emocji i Bohater sam zabiera Głos w sprawie swego Romansu”. Stało się tak, bowiem Sławek tylko w niezgodzie z rzeczywistością mógł spełniać swe przeznaczenie: „Tacy jak ja mogą się utrzymać przy życiu tylko wówczas, gdy nikt nas nie chce” – mówił do stewardessy na lotnisku - Do życia potrzebne jest nam jakieś antypowietrze. Myślę, że to taka nasza przemijająca, motyla generacja... lecz póki tu jestem, taki jaki jestem, muszę sprawić, by wstręt, którym napełniam Amerykanów, nabrzmiał treścią. Przestał być tak głupio bezinteresowny? Poematy nie dają gotowych recept. Poezja nie jest od tego. Wystarczy głośno zadać pytanie! Choćby nawet Kultura nie miała uszu a w nosie nosiła złote kolczyki...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Stanisław Esden-Tempski, „Łowca orchidei”, Polnord - Wydawnictwo Oskar, Gdańsk 1994. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-822941660293624184?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/822941660293624184'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/822941660293624184'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/09/recenzja-stanisaw-esden-tempski-owca.html' title='Recenzja: Stanisław Esden-Tempski ŁOWCA ORCHIDEI'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-8973195828041978291</id><published>2011-09-06T00:45:00.000-07:00</published><updated>2011-09-06T00:47:29.345-07:00</updated><title type='text'>Felieton: Igor Wieczorek NAJGROŹNIEJSZE ZWIERZĘ ŚWIATA</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;„Bóg stworzył człowieka, ponieważ rozczarował się małpą. Z dalszych eksperymentów zrezygnował”, – zapewniał kiedyś Mark Twain. Bardzo możliwe, że miał rację. Jednak człowiek – w przeciwieństwie do Boga – nie potrafi zrezygnować z eksperymentów na małpach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Według danych międzynarodowej organizacji Great Ape Project (Projekt Wielkich Małp) w samych tylko Stanach Zjednoczonych więzi się obecnie 3100 małp człekokształtnych, z czego 1280 poddawanych jest eksperymentom biomedycznym. Jeszcze gorzej wygląda sytuacja w Europie, w której każdego roku takim eksperymentom poddawanych jest ponad 10.000 małp. W tym niechlubnym procederze prowadzi Wielka Brytania, a tuż za nią plasują się Francja i Niemcy. I nie chodzi tu tylko o laboratoria, wykonujące testy dla koncernów farmaceutycznych czy kosmetycznych, lecz także o prestiżowe uczelnie, takie jak Oxford University.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Od wielu lat różne organizacje i środowiska europejskie apelują o wprowadzenie jakiejś nowej dyrektywy. Przy Komisji Europejskiej powstała nawet Akcja Dla Ochrony Zdrowia Zwierząt, której celem jest monitorowanie i propagowanie rozwoju alternatywnych metod badawczych. Już od dłuższego czasu Fundacja Dr.Hadwen prowadzi kampanię publiczną, mającą na celu wymuszenie na Unii Europejskiej przyśpieszenia prac nad nową dyrektywą. We wrześniu 2007 r. Parlament Europejski podpisał deklarację wprowadzenia całkowitego zakazu eksperymentów na naczelnych pozyskiwanych ze środowiska naturalnego, a w maju 2008 r. dr. Jane Godall, znana badaczka i miłośniczka szympansów, przedstawiła Komisji Europejskiej petycję podpisaną przez 150.000 obywateli Unii, którzy pragną jak najszybszego wprowadzenia nowej dyrektywy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niestety wszystkie te akcje, deklaracje, apele i petycje okazały się nieskuteczne. W przemówieniu wygłoszonym 17 czerwca 2008 r., Stavros Dimas, Komisarz Unii Europejskiej ds. Środowiska, oświadczył, że „Rozwój nauki nie pozwala jeszcze na całkowity zakaz eksperymentów na naczelnych i użycie pewnej, ograniczonej liczby naczelnych, jest obecnie nieuniknione w wielu kluczowych problemach badawczych”. Aktywiści Projektu Wielkich Małp nie pozostawili na Stavrosie Dimasie suchej nitki, ale niczego to nie zmieniło.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Godnym uwagi głosem w tej dramatycznej dyskusji na temat naszych relacji z małpami okazał się amerykański film pt.„Geneza Planety Małp”, który w odróżnieniu od głośnej powieści Pierre’a Boulle’a i wszystkich jej filmowych adaptacji, dotyczy sedna problemu, a nie tylko jego niezwykłych, hipotetycznych następstw. Mimo że akcja filmu rozgrywa się we współczesnym San Francisco, gdzie grupa naukowców prowadzi zaawansowane badania genetyczne, w wyniku których dochodzi do narodzin rasy wybitnie inteligentnych małp i wybuchu wojny o ich dominację nad ludźmi, to jednak prawdziwym tematem filmu wydaje się odwieczny kompleks Homo Sapiens, który za żadne skarby nie chce pogodzić się ze swoją małpią naturą i gotów jest zrobić wszystko, aby tylko nie być tym, kim jest.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ewa Drab, autorka znakomitego szkicu krytycznego pt. „Z małpy powstałeś i w małpę się obrócisz” doszła do wniosku, że „Relacja człowiek-małpa przedstawiona w powieści Boulle’a mogłaby zostać odczytana w kategoriach każdej innej relacji społecznej, w której jedna grupa jest dyskryminowana, a druga wywiera nacisk społeczny, posługując się przy tym hasłem rzekomej wyższości”. To z całą pewnością prawda.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Warto jednak zauważyć, że w odróżnieniu od powieści Boulle’a i wszystkich jej ekranizacji, film Ruperta Wyatta kieruje naszą uwagę na niezwykle aktualne problemy, takie jak ryzyko związane z niekontrolowanym rozwojem bioinżynierii, niepotrzebne wykorzystywanie małp człekokształtnych w badaniach nad chorobami Alzheimera i Parkinsona, czy podporządkowanie badań naukowych interesom drapieżnych koncernów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Istoty ludzkie to jedyny gatunek zwierząt, których sczerze się obawiam” – powiadał George Bernard Shaw. Wcale mu się nie dziwię. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-8973195828041978291?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/8973195828041978291'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/8973195828041978291'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/09/felieton-igor-wieczorek-najgrozniejsze.html' title='Felieton: Igor Wieczorek NAJGROŹNIEJSZE ZWIERZĘ ŚWIATA'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-2885756201171073929</id><published>2011-09-06T00:40:00.000-07:00</published><updated>2011-09-06T00:44:51.159-07:00</updated><title type='text'>Esej: Stanley Devine OBOJĘTNI NA ŚMIERĆ... Z WYBORU</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Coraz więcej usłyszeć można o głodzie w Somalii. Temat ten niewątpliwie staje się dla mediów atrakcyjną i tanią „pożywką”. W końcu nie co dzień możemy obserwować żniwo śmierci i dostrzec jej oblicze na twarzy drugiego człowieka. Szokujące są więc w mym odczuciu słowa wypowiadane przez sporą grupę osób, z których wysnuć można następującą konkluzję: nie warto pomagać „czarnym”, bo to nie nasz problem w dobie biedy panującej również w Polsce.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Już nie tyle szokuje, co przeraża podejście wielu „artystów” - i tutaj pozwolę sobie słowo to umieścić w cudzysłowie, by zwrócić uwagę na pewien paradoks. Otóż artysta to człowiek z natury obdarzony nieprzeniknioną duszą, wrażliwością oraz talentem i szerokim oglądem wszelakich płaszczyzn świata. Każdy, kto uchodzi we własnym mniemaniu za artystę, tak zwykł o sobie myśleć. Jednakże artysta urzeczywistniony „musi koniecznie umieścić się na pograniczu, gdzie sztuka styka się z życiem, tam gdzie powstają niemiłe pytania” na co zwracał uwagę w swych „Dziennikach” Gombrowicz. Jeszcze dalej posuwa się wszechstronny literacko Witkiewicz, pisząc, iż „prawdziwy artysta, a nie przeintelektualizowany młynek mielący automatycznie wszystkie możliwe wariacje i permutacje, nie powinien bać się cierpienia”. Tymczasem prowadząc osobistą korespondencję z wieloma - nazwijmy ich więc rzemieślnikami - wyłonił się już - nie jak wcześniej obraz szokujący - a wręcz wstrząsający.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Otóż rzemieślnicy ci zamykają się w świecie wykreowanym na własne potrzeby egzystencjalne. Świat ich jest ograniczony, gdyż albo oddalają od siebie istnienie zła, cierpienia... lub też - co gorsze - mając pełną świadomość istnienia tychże zjawisk, nie opuszczają wygodnego świata iluzji, otaczając się pięknem poezji, muzyki. Obojętność? Nie. To przejaw - użyję mocnego słowa - odczłowieczenia. Bo jak inaczej nazwać kogoś, kto świadom głodu oraz udręk dotykających miliony niewinnych ludzi, usprawiedliwia się rzekomym „realizmem” i pozostaje bierny. Wszak nie jest tajemnicą, że człowieczeństwo winno znamionować człowieka w każdej przestrzeni jego bytu.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Gdzie więc wśród tych rzemieślników głoszona w starożytności stoicka idea braterstwa? Gdzie wzniosłe natchnienia wielkich twórców? I wreszcie - gdzie pamięć o słowach Wojtyły - kapłana, stanowiącego w Polsce obiekt kultu? Stwierdził on przecież - bardzo mądrze zresztą - że „za cierpienie oraz wojnę odpowiedzialni są nie tylko ci, którzy ją bezpośrednio wywołują, ale również ci, którzy nie czynią wszystkiego co leży w ich mocy, by przeszkodzić temu złu”.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Wobec powyższego nie przemawia do mnie argument wskazujący za przyczynę głodu w Somalii „tylko i wyłącznie tak zwaną politykę władz oraz struktur somalijskich i międzynarodowych w sensie instytucjonalnym”. Teza ta jest w dużej mierze trafna, gdy poddać ją analizie geopolitycznej, jednak nie może ona usprawiedliwiać bierności. Nie powinna usprawiedliwiać, bo jak widać - może. Zapytam przewrotnie: czy milczenie cywilizowanego świata nie stanowi kolejnego paradoksu? My oczekiwaliśmy pomocy w trudnych latach wojny. W XXI wieku - ten cywilizowany świat - potrafi ofiarować miliardy na wsparcie upadłych systemów gospodarczych państw europejskich. Darowizna w postaci żywności o wartości 200 mln dolarów, a kwotę taką Polska przekazała na pomoc pochłoniętej w kryzysie Islandii, to setki tysięcy pełnych brzuchów... na Czarnym Lądzie, tam gdzie wyciągnięta ręka żebrzącego dziecka prędzej uschnie, niż ugnie się pod ciężarem ochłapu cywilizowanej Europy.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Osobom znanym, cieszącym się autorytetem oraz uznaniem powierzona została misja przewodzenia społeczeństwem. Pod wpływem ich charyzmatycznych działań, przyśpieszać można pozytywne - ludzkie - reakcje na dużą skalę. Nieliczni tę misję wypełniają. Lecz jeśli jest szansa, by uratować choć jedno istnienie, zawsze odpowiedź moja będzie brzmiała - warto. Gdy śmierć zagości przed oczyma tych, którzy dziś wybierają świat iluzji i piękna, staną oni być może twarzą w twarz z zagłodzonym somalijskim człowiekiem. Twarz, której wyraz mówi i skrywa w sobie więcej, niż największe nawet dzieło sztuki. Tę głębię dostrzegą właśnie nieliczni. Ludzie. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-2885756201171073929?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/2885756201171073929'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/2885756201171073929'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/09/esej-stanley-devine-obojetni-na-smierc.html' title='Esej: Stanley Devine OBOJĘTNI NA ŚMIERĆ... Z WYBORU'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-5093437186421713920</id><published>2011-09-06T00:30:00.000-07:00</published><updated>2011-09-06T00:39:31.054-07:00</updated><title type='text'>Rozmowa: Jan Siwmir, Tomasz Sobieraj JACEK DEHNEL</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Jan Siwmir&lt;/strong&gt; – Leszek Bugajski w swoim artykule pisał, że „Fotoplastikon” Jacka Dehnela „sprawia wrażenie typowej książki ratunkowej, jaką pisarz publikuje, gdy wyczuwa, że już czas na potwierdzenie swojej obecności, a nie ma żadnego świeżego pomysłu na to, co mógłby napisać. Dehnel ładnie więc skomentował kolekcję starych fotografii oraz widokówek i tak powstał zbiór miniesejów, z których nic nie wynika. To seria prozatorskich wprawek napisanych nie wiadomo po co”. Tak było w 2009 roku. Niedawno Dehnel wydał kolejną, tym razem poetycką książkę, której niecierpliwie wyczekiwałem, katastrofalna bowiem zapaść w literaturze najbardziej widoczna jest w utworach poetyckich. Ryba psuje się od głowy, a przecież, co by nie mówić, na przestrzeni wieków to właśnie przede wszystkim poezja wytyczała kierunki w literaturze, będąc na szczycie hierarchii utworów literackich. Dlatego należy jak najwcześniej zepsuty łeb obciąć, rybę wypatroszyć, dopieprzyć, dosolić i dopiero potem decydować się jak ją przyrządzić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Tomasz Sobieraj&lt;/strong&gt; – „Seria prozatorskich wprawek napisanych nie wiadomo po co” zastanawia się pan Bugajski nad „Fotoplastikonem”. A właśnie, że wiadomo – Dehnel dostał na napisanie tych wprawek pieniądze od Niemców, o czym uniżenie wieści w dziękczynnych słowach na końcu książki. A z kolei pewnie jakiś ich literat przyjechał sobie na stypendium do Polski. Mniej więcej tak to idzie: ulubieni przez reżim „zaczerniacze papieru” wymieniają się na luksusowych turnusach w kraju i za granicą, gdzie tłuką książeczki na zamówienie, wydawcy dostają dotacje na ich wydanie, ministrowie kultury i inni kierownicy podają sobie miękkie łapki i biorą diety; wszystko jest pięknie, tylko czytelnictwo sięga dna. Paradoks? Zastanawiające, że w tej powodzi wspaniałych pisarzy następuje katastrofalny spadek czytelnictwa... Więc Dehnel wykonał robotę, jak układacz kafelków czy hydraulik. Tylko ze takich kafelkarzy jest w Polsce mnóstwo. Trudno się jednak nie zgodzić z Leszkiem Bugajskim. Dehnelowi brak pomysłów, zresztą nigdy ich za wiele nie miał, i pewnie dlatego zdecydował się na noszenie pelisy i melonika – miały uwiarygodnić jego geniusz, którego najczystszym przejawem są rymowanki w stylu wierszyka „Przyjęcie”:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Stoją u okna strome ciemności,&lt;br /&gt;ciemność przychodzi do okien w gości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A za ciemnością idą zwierzęta,&lt;br /&gt;żadne bestiarium ich nie spamięta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Za zwierzętami śmierć biała kroczy,&lt;br /&gt;śmierć sześcioskrzydła, na skrzydłach oczy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Stają u okien. Patrzą do środka.&lt;br /&gt;Bardzo się zmieni, kto je napotka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W środku tłum, meble, książki i szklanki,&lt;br /&gt;czyli szkło, drewno, papier i tkanki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W zasadzie cała jego twórczość poetycka sprzed „Ekranu kontrolnego” to zestaw takich śmiesznych wierszyków, ładniutkich niczym ze sztambucha pensjonarki albo dożynkowego spotkania sekcji poetyckiej koła gospodyń wiejskich. Oczywiście, że Dehnel jest zjawiskiem ciekawszym niż upozowani na Wojaczków półanalfabeci, bo przynajmniej umie pisać, ale – co już niejednokrotnie podkreślałem – nie ma o czym. Jest jak wydmuszka, łowicka wielkanocna pisanka, pokolorowany z zewnątrz, w środku pusty; to pozbawiony własnego poetyckiego języka dobry uczeń, ulubieniec starszych pań i nauczycielek, układacz gładkich zdań, który jednak potrafi być arogancki, gdy wyczuje zagrożenie w postaci kogoś od siebie lepszego – jakkolwiek pojęcie „lepszego” rozumieć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Jan Siwmir&lt;/strong&gt; – Gdy czytasz wiersze Dehnela, to czy nie nasuwa Ci się skojarzenie z poezją Philipa Larkina? Dehnel momentami wydaje się być epigonem angielskiego poety, którego podobno nawet tłumaczył. Jest taki wiersz Larkina „Long lion days”, który zapewne wywarł na naszym młodym naśladowcy kolosalne wrażenie:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Long lion days&lt;br /&gt;Start with white haze.&lt;br /&gt;By midday you meet&lt;br /&gt;A hummer of heat –&lt;br /&gt;Whatever was sown&lt;br /&gt;Now fully grown (...)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;i tak dalej. Sporo tego typu rzeczy Larkin napisał; sporo też napisał rzeczy świetnych, nawet doskonałych, jednak Dehnela najwyraźniej zapłodniła kiczowata estetyka dla ciotek w krynolinach a nie na przykład „Heads in the women's ward” – poruszający wiersz o umierających w szpitalu samotnych kobietach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Tomasz Sobieraj&lt;/strong&gt; – Te częstochowskie rymowanki Larkina i Dehnela zalatują mi też nieco Williamem Blake'em, który w pewnych kręgach robi od wielu lat pośmiertną karierę jako poeta metafizyczny. Osobiście nie gustuję w tego typu poetyce, którą Platon nazwał bełkotliwą niczym delficka przepowiednia, a która z metafizyką ma w istocie tyle samo wspólnego co haftowana makatka na ścianie kuchni wiejskiej chałupy z tekstem „Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść” albo „Zimna woda to dobra ochłoda”. Dla mnie to nie jest metafizyka. Szkoda, że nasz przebrany w paletko z futrzanym kołnierzykiem geniusz rodem z Trójmiasta nie zainspirował się inną poetyką Larkina, taką jak np. w wierszu „This Be The Verse”; to świetny utwór, ale zdecydowanie nie dla grzecznych chłopców, nie nadaje się też do recytowania u cioci na imieninach. Mówisz, że Dehnel tłumaczył Larkina? Sam? Ciekawe. Bardzo ciekawe. To on zna angielski? Szkoda więc, że nie wziął sobie do serca wiersza „Good for you, Gavin”, zaczynającego się od bardzo mądrych słów, które w tym miejscu dedykuję wszystkim młodym i aroganckim „poetom”, i w ogóle wszystkim chłopcom i dziewczynkom pretendującym do miana artystów:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;It's easy to write when you have nothing to write about&lt;br /&gt;(That is, when you are young)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;czyli:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Łatwo jest pisać, gdy nie masz o czym&lt;br /&gt;(Czyli wtedy, gdy jesteś młody)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I, właściwie, na tym moglibyśmy skończyć rozmowę o poecie Jacku Dehnelu, prozaiku Jacku Dehnelu, felietoniście i recenzencie Jacku Dehnelu, tłumaczu Jacku Dehnelu, malarzu Jacku Dehnelu, i odłożyć ją do roku np. 2030, kiedy być może nasz bohater będzie już mężczyzną, pozna życie, przeczyta parę książek więcej, najdą go jakieś refleksje, a może nawet porzuci zbieranie literackich rupieci i znajdzie swój własny pisarski styl. Bo jakiś tam skromny potencjał to on posiada, ale to trochę tak, jak z samochodem, który ma silnik, ale brak w nim benzyny, więc nie pojedzie, świata się nim nie zwiedzi, horyzont wyobraźni ciągle będzie ten sam, wąski, ograniczony przednią szybką. Dehnel to takie wyremontowane autko, ale bez paliwa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Jan Siwmir&lt;/strong&gt; – Gdyby stosować terminologię Kobiety Pracującej z kultowego „Czterdziestolatka”, powinieneś powiedzieć „wypicowane” autko. Wracając do metafizyki – mam wrażenie, że jakaś pozaziemska siła zadziałała w przypadku Dehnela i uczyniła go laureatem nagród i beneficjentem stypendiów; za „Ekran kontrolny” dostał nominację do Nike 2010. Przed trzydziestką zgarnął wiele ważnych laurów, jest tłumaczony na obce języki, popularny...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Tomasz Sobieraj&lt;/strong&gt; – ...popularna jest też Katarzyna Cichopek, Violetta Villas, bracia Mroczek, Mr. Muscle, Vanish, Żanet Kaleta, maść na hemoroidy, chrupki kartoflane. Jeden brat Mroczek zdobył nawet laurkę za pląsy a Villas robiła karierę za granicą. I co z tego? Laury, drogi Janie, szybko więdną, jak zauważył św. Augustyn, który też był za młodu poetą i nawet brał udział w poetyckich turniejach; uważny czytelnik jego „Wyznań” z pewnością znajdzie fragment, w którym przyszły Ojciec Kościoła i filozof uświadamia sobie, że te konkursy i nagrody to lipa, bo nie liczy się jakość utworu tylko coś zupełnie innego... a tak przy okazji Nike i pozaartystycznych mechanizmów nagradzania sztuki – w 2010 nagroda ta przypadła nie Dehnelowi, tylko dramatowi Tadeusza Słobodzianka „Nasza klasa” – książce powstałej jakby na zamówienie, pisanej na fali modnej polonofobii. Modnej szczególnie na Zachodzie, który tchórzliwą postawą wobec Hitlera i kolaboracją z nim przyczynił się do holokaustu. Tam każdy sygnał o okrucieństwie Polaków wobec Żydów jest odbierany z satysfakcją i medialnie rozdmuchiwany, bo zagłusza ich wyrzuty sumienia... to tyle o Nike... szczęśliwie Nobla dostał w tym roku Llosa, co nieco rehabilituje tę wielokrotnie ośmieszoną w przeszłości nagrodę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Jan Siwmir&lt;/strong&gt; – Oj, narażasz się Tomaszu wielu ludziom... ale rzeczywiście, kłopot z tymi honorami jest od zawsze. Boy-Zeleński w jednej z recenzji pisał, że niejaki hrabia de Latour-Latour wszedł do Akademii Francuskiej za pierwszym razem, a Wiktor Hugo dopiero za czwartym. A kto dzisiaj wie o jakimś Latour?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Tomasz Sobieraj&lt;/strong&gt; – A o Boyu-Żeleńskim...? Natomiast tacy „przeciętni” pisarze jak Balzac, Stendahl, Baudelaire, Flaubert, Mallarme nigdy się do Akademii nie dostali. Podobnie przecież z nagrodą Nobla, której paru świetnych ludzi pióra nie otrzymało, a paru miernych owszem. Nagrody niczego nie dowodzą, poza koneksjami, a popularność nie idzie w parze z wielkością, wręcz ją wyklucza. Dlatego nie przejmowałbym się śmiesznym spektaklem pod tytułem „nagroda Nike” czy jakimkolwiek artystycznym wyróżnieniem, bo to historia rozstrzyga o wielkości i znaczeniu artysty a nie grupka opłaconych przez fundatora i pozbawionych własnego zdania jurorów. Cała ta hucpa z nagrodami w Polsce, i często na świecie, przypomina mi „Narrenschiff” – statek szaleńców. Statki szaleńców pływały po rzekach Europy u schyłku średniowiecza i na początku epoki klasycyzmu; ładowano na nie ludzi niespełna rozumu i powierzano ich opiece marynarzy; pływali tak od miasta do miasta, nikt ich nie chciał przyjąć; czasem uciekali z pokładu, łapano ich i z powrotem na łajbę. Brant napisał o tym w roku 1497 cykl pieśni a Bosch namalował obraz. Tak mi się ten statek kojarzy ze współczesną literaturą, całą sztuką właściwie, coraz bardziej przypominającą wyczyny szaleńców, których nikt, poza garstką opłaconych niby-specjalistów, nie chce oglądać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Jan Siwmir&lt;/strong&gt; – Tak, coś w tym jest... w korowodzie głupców Erazma jest wiele miejsca dla ludzi nauki... po gramatykach idą poeci, retorzy, pisarze, prawnicy, filozofowie..., jak pisał Michel Foucault „obłęd jest pokaraniem nauki rozprzężonej i nieużytecznej”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Tomasz Sobieraj&lt;/strong&gt; – Miał na myśli oczywiście nauki humanistyczne, a nie nauki konkretne, potrzebne, czyli matematyczno-przyrodnicze i medyczne. No i tak sobie siedzą na koszt pracującego społeczeństwa wszyscy ci artyści i humaniści na tych stateczkach, bezkarnie bredzą trzy po trzy, bo przecież konsekwencji bredzenia się nie ponosi, marynarze ich pilnują, żeby sobie krzywdy nie zrobili, a życie toczy się na brzegu rzeki; na brzegu powstają miasta i prawdziwa sztuka, katedry, obrazy, poematy. Ale mieliśmy mówić o Dehnelu, a tu widzę, że lekko zbaczamy z tematu...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Jan Siwmir&lt;/strong&gt; – jest teoria, która mówi, że nic nie jest przypadkowe, nawet użycie takiego słowa jak „zbaczamy”... Ale, ale, wydaje mi się, że uważasz „Ekran kontrolny” za jakiś przełom w wierszoklectwie Dehnela.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Tomasz Sobieraj&lt;/strong&gt; – Nie przełom, raczej przejaw zmiany kierunku, powolnego dojrzewania, samokształcenia a nawet dostrzegania własnych słabości. Pojawiają się tutaj wiersze noszące znamiona szczerości, mocno zawoalowanej, ale zawsze to progresja u takiego megalomana. Dla mnie wiersz otwierający ten zbiór jest utworem programowym Dehnela po liftingu; mam na myśli „Piosenkę o garstkach”:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wychodzi Piotruś na dwuletnich nogach,&lt;br /&gt;piach się rozpycha i droży się droga.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po lewej mama a po prawej tata,&lt;br /&gt;pomiędzy nimi duszny środek lata.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Idzie i idzie, rozrywka to nowa,&lt;br /&gt;bardzo przydatna, łatwiejsza niż słowa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A dookoła – świat. I świetne cuda.&lt;br /&gt;Szyszka, patyczek, piórko, kamyk, huba,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;wszystkiego w garstki. I zaraz zrozumie,&lt;br /&gt;że garstki pełne, a chce brać; nie umie&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;odłożyć tego, zostawić tamtego,&lt;br /&gt;wielkie żądanie stawia superego (...)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Piotruś to nasz poeta, który nie może się zdecydować, kogo teraz będzie udawał, kto mu się najbardziej podoba; chciałby być Szymborską i Zagajewskim, Larkinem i Puszkinem, Herbertem, Eliotem – ba, mam wrażenie, że nawet Sobierajem, a wnoszę to po dostrzeżeniu rzeczy dla mnie istotnych i w mojej poezji obecnych: przyrody, sztuki, historii, erudycyjnych aluzjach i śladach; nawet po przypisach w jego „Ekranie kontrolnym”, które ja stosuję od czasu „Wojny Kwiatów” (wyd. Editions sur Ner, luty 2009) po to, by czytelnik nie poszedł błędnym tropem i zrozumiał, że dobra poezja nie jest przypadkiem, wytworem młodopolskiego natchnienia czy pijackim skojarzeniem, ale skutkiem pracy i talentu, dziełem wiedzy i myśli. No i ten narcyzm, który tak mnie i Jacka łączy, to absolutne uwielbienie siebie przetransponowane na lirykę...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Jan Siwmir&lt;/strong&gt; – ...coś tu jest na rzeczy, chociaż w przypadku Twojego narcyzmu podejrzewam maskę, z którą się zrosłeś... jednak Dehnelowi brakuje twojej swobody i wyobraźni, on ciągle mówi przez zaciśnięte usteczka. Wracając do jego nominowanej do Nike książeczki – mam wrażenie, że „Ekran kontrolny” to literacki antykwariat, zbiór tekstów odtwórczych, przypadkowych, wygrzebanych z literackiego panoptikonu, że to taka sama tratwa ratunkowa jak „Fotoplastikon”. W dodatku, o zgrozo, tak jawnie pasożytujący na uznanych pisarzach, że już po pierwszych paru wierszach zamarło we mnie życie wewnątrzjelitowe, a ręce, bez mojego w tym udziału, same otworzyły tomik wierszy Szymborskiej. Porównajmy:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O, drogi człekokształtny, z kółkiem od kluczyków&lt;br /&gt;na przeciwstawnym kciuku i z potrójnym paskiem&lt;br /&gt;wzdłuż pionowej postawy! Spojrzenie na kraski,&lt;br /&gt;delfiny, antylopy przypomina zaraz...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(J. Dehnel)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(...) łatwy do utopienia w łyżce oceanu,&lt;br /&gt;za mało nawet śmieszny, żeby pustkę śmieszyć&lt;br /&gt;(...)&lt;br /&gt;A jest – zawzięty.&lt;br /&gt;Zawzięty, trzeba przyznać, bardzo.&lt;br /&gt;Z tym kółkiem w nosie, w tej todze, w tym swetrze...&lt;br /&gt;(W. Szymborska)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dokąd idziesz, chłopczyku,&lt;br /&gt;w czapeczce w szkocką kratę,&lt;br /&gt;w ubranku z darów,&lt;br /&gt;w wyblakłych kolorach...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(J. Dehnel)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziewczynka, która byłam -&lt;br /&gt;znam ją oczywiście.&lt;br /&gt;Mam kilka fotografii&lt;br /&gt;z jej krótkiego życia.&lt;br /&gt;(...)&lt;br /&gt;Idź sobie, nie mam czasu.&lt;br /&gt;No przecież widzisz&lt;br /&gt;że światło zgaszone...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(W. Szymborska)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Takich przykładów jest więcej. Nie chodzi o to, że frazy się powtarzają, to byłby plagiat. Ale rytm, sposób ujęcia tematu, podobieństwo tematyki, niektóre wyliczanki (rys charakterystyczny p. Wisławy), sposób zwracania się nie tyle do czytelnika, ile bezpośrednio do bohatera ... nawet istnienie prozy poetyckiej à la przypowieść! Wygląda to tak, jakby Dehnel szedł krok w krok za Szymborską i malował na płótnie niby własne obrazy, ale po uprzednim naszkicowaniu konturów przez naszą noblistkę i po kilku lekcjach na temat: w jaki sposób należy trzymać pędzel i jak skomponować kadr. Nie we wszystkich wierszach, rzecz jasna. Zaledwie 59 stron, a mamy jeszcze Larkina, Puszkina czy Herberta albo Zagajewskiego etc. a nawet Dyckiego (ach te pieśni z motywem przewodnim ekranu kontrolnego) czy... Mickiewicza!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W oddali znać strukturę: kopuła Blue City,&lt;br /&gt;bloki, szyby, anteny. Lecz z tej strony kolej&lt;br /&gt;wchodzi w miasto szerokim klinem, dzikim polem,&lt;br /&gt;porosłym szczawiem, perzem i krzewami, wbitym&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;w Dworzec Zachodni. Węzły torów jak rozeta&lt;br /&gt;industrialnej katedry. Dojeżdżamy – widać&lt;br /&gt;betonowe perony, z których się dziewczyna&lt;br /&gt;rzuciła pod kolejkę w jakiś grudzień. Trzeba&lt;br /&gt;(...)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dehnel miota się, chcąc uzasadnić swój byt na literackiej mapie, ale tkwi w sieci własnych niemożności i plącze się coraz bardziej, traci siły, tonie, zamiast spokojnie napiąć mięśnie i zdobyć się na mocny, autonomiczny gest. Dlatego, z powodu paniki i słabości autora, zamiast spójnej książki dostajemy coś w rodzaju bigosu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Tomasz Sobieraj&lt;/strong&gt; – Czy może raczej poetyckiej zupy śmieciowej. Na przednówku wygłodzeni chłopi pańszczyźniani wrzucali do garnka wszystko, co im wpadło w ręce – to ziemniaczka, to korzonek, to cebulę, tu dodali jakiś zapomniany skwareczek, nieostrożną, otumanioną pierwszym na przedwiośniu deszczem dżdżownicę albo nawet zwinięty z pańskiego stołu ochłap wędzonego boczku czy serwetkę dla zagęszczenia. Efekt w sumie podobno bywał niezły, chociaż przypadkowy. Nie inaczej może być w poezji. Ale w „Ekranie kontrolnym”, tworze właśnie przypadkowym, pośpiesznym i ratunkowym, oprócz naiwnych i nieporadnych śmiesznostek jest kilka przyzwoitych wierszy, niektóre całkiem dobre; są pojedyncze frazy urzekające i doskonałe, a to niemało. W tej zupie znajdują się naprawdę pyszne kąski, pływają w niej tłuste smakowite skwarki i, szczerze mówiąc, uważam, że potrawę sporządzoną przez Dehnela dzieli intelektualna przepaść od wyrobów przytłaczającej większości innych poetów, szczególnie od tych nagradzanych, brylujących na salonach, sramach, domokulturowych wieczorkach i w literackich pisemkach. Oni tkwią na dnie Rowu Mariańskiego, w pełnych ciemnościach, przekonani, że to Parnas, a tymczasem Dehnel już dopływa do powierzchni Oceanu Spokojnego, kto wie, może nawet widzi wyspę Guam? Na szczyty droga jeszcze daleka, jeszcze go mogą wciągnąć niespokojne fale, nasiąknięta wodą pelisa ciąży, ale jest w jego przypadku jakaś nadzieja na istotne dzieło, której nie ma u tych literackich tandetnych paszteciarzy, których nazwisk przez litość nie wymienię. To, że Dehnel nie mówi jeszcze własnym głosem, że w poezji Dehnela prawie nie ma Dehnela, to jeszcze nic takiego, na to – mam nadzieję – nadejdzie czas. On teraz się uczy, i to od najlepszych, podczas gdy jego koledzy po piórze – także ci dużo starsi koledzy – puszczają bąki twierdząc, że to sztuka i najprzedniejsze ewaporaty głębokiej myśli.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Jan Siwmir&lt;/strong&gt; – Jeżeli to zatem tylko wprawki kopiujące innych pisarzy, to może bardziej adekwatny byłby tytuł „Echo”, a nie „Ekran kontrolny”? Przy okazji, aż mnie korci, żebyś podał mi natychmiast, teraz i tutaj, twoją listę literackich paszteciarzy nadymających się i puszczających bąki na dnie Rowu Mariańskiego, ale jak rozumiem, wstrzymasz się do końca naszego cyklu...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Tomasz Sobieraj&lt;/strong&gt; – ...moja lista będzie dosyć podobna do listy Marka Trojanowskiego – jednego z niewielu w tym kraju krytyków, którzy mają szare komórki, i to we właściwym miejscu. Różnimy się z Markiem w szczegółowym podejściu do poezji, ale w ogólnym często myślimy dosyć podobnie. Polecam wszystkim jego genialną „Etykę i poetykę”. Ale jeśli chcesz, to mogę wymienić trzech najlepszych współczesnych polskich poetów...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Jan Siwmir&lt;/strong&gt; – ...jeśli żyjących, to proszę. Zatem, jaka jest kolejność?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Tomasz Sobieraj&lt;/strong&gt; – Ja, Adam Zagajewski i ja.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Jan Siwmir&lt;/strong&gt; – Jakoś nie jestem zdziwiony... Może jednak zmitygujesz się Waść trochę i przestaniesz używać ironii, szyderstwa i autoszyderstwa w ilościach, których nawet papier nie chce przyjąć? Zważ, że podczas pisania nie słychać tonu wypowiedzi, pozawerbalne sygnały nie istnieją, a przekaz do większości ludzi musi być jasny, jednoznaczny i na poziomie trzylatka. Prawa rozwoju są nieubłagane, jeśli trzylatkowi powiesz „no, pięknie, pięknie”, gdy nabroi, to utrwali się w nim przekonanie, że rzeczywiście pięknie zrobił i będzie tak czynił dalej. Nasz rodzimy parnas nie przekracza w porywach lat czterech, co oznacza wyłącznie samodzielne wytarcie chusteczką nosa. Poczucie humoru literatów także przypomina chudopachołka wbitego w pożyczony garnitur i starającego się o rękę córki sołtysa. Natomiast dziwią mnie twoje pienia nad „Ekranem kontrolnym”. Dehnel zapłacił ci za nie? Napisał list pochwalny o twojej ostatniej książce? Zaprosił cię do kina? Rewanżujesz mu się za coś? Przecież takich jak on poetów w każdym powiatowym mieście znajdzie się na pęczki, a pewnie do tego co najmniej kilku lepszych, tyle, że oni się nigdzie nie pchają, nie rozpychają się łokciami, nie puszą się i nie gdaczą, nie mają koneksji, nie należą do fanklubu Jerzego Illga, tylko spokojnie, po cichu, tworzą poezję, bo poezja, nie popularność, jest dla nich istotą życia. Dehnel jest przeciętny w swojej kategorii „klasycystów”, która to kategoria – tu się z tobą zgadzam – jest usytuowana znacznie wyżej niż taplający się w kaczym dole tak zwani awangardziści czy bardziej ogólnie i bliżej prawdy – półanalfabeci i tani prowokatorzy. To samo, co powiedziałem o jego poezji, dotyczy również prozy Dehnela i zapewne innych jego hobby, jak malowanie farbkami – ty Tomaszu pewnie możesz coś o tym powiedzieć, bo grzebiesz się w teorii i historii sztuki. Dehnel – pisarz, to paw, epigon i bufon, który sam jeszcze niczego nie zrobił, bo wszystko mu podano, wszystko robi się za niego samo. To taki „Golden Boy”, jak ten pusty dzieciak z jego wiersza o słynnej fotografii Watsona, tylko brzydszy. I niestety starszy. Idąc dalej rzekłbym, że Dehnel jest jak piłkarz polskiej reprezentacji: powszechnie znany, odszykowany i przebrany jak stróż w Boże Ciało albo Jacyków, ma kontrakt, kolegów, chodzi na panienki, nie musi nawet pracować, ale jak przychodzi do meczu, to gra jak patałach, ostatni szmaciarz i pierwszy lepszy zawodnik z gminnego klubu okazuje się od niego lepszy, i to taki zawodnik, który zwyczajnie pracuje w biurze czy fabryce, a popołudniami trenuje i gra, bo, po prostu to lubi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Tomasz Sobieraj&lt;/strong&gt; – O, przepraszam, Dehnel nie chodzi na panienki. Proszę bez takich tu wstrętnych insynuacji. Widziałem w telewizorze jak prowadza się po ekranie z niejakim Tymańskim, innym geniuszem, i z jakimś jeszcze niezidentyfikowanym osobnikiem o fizjonomii smutnej ryjówki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Jan Siwmir&lt;/strong&gt; – No fakt, przesadziłem, heteroseksualizm jest niemodny w kręgach artystycznych i skazuje na artystyczny niebyt. Artysta z rodziną, dziećmi, tak zwyczajnie? Tfu! Ohyda! Wrócę na chwilę do Jerzego Illga, podobno poety i redaktora „Znaku”. Myślisz, że miał jakiś wpływ na rozwój kariery Dehnela?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Tomasz Sobieraj&lt;/strong&gt; – Zacytuję w tym miejscu mojego ulubionego krytyka, wybitnego znawcę poezji i ludzkiej natury, doktora nauk humanistycznych Marka Trojanowskiego: „Jak to się stało, że zapracowany i śmiertelnie zmęczony pod koniec swojego żywota Czesław Miłosz znalazł czas by przeczytać kilka wierszyków Jacka Dehnela i napisać o nich trzy zdania, które stały się przepustką do kariery autora »Lali«? Czy w promocji młodego talentu miał swój udział Jurek Illg – człowiek, który ma ten unikalny dar, że rozpoznaje bezbłędnie własny talent literacki dzięki czemu kultura polski doczekała się kolejnego filaru w postaci »Wierszy z Marcówki«. Czy to on podsunął dzieła młodego poety umierającemu Czesławowi? (...) Na temat tych i podobnych mechanizmów rządzących karierami poetyckimi młodych chłopców i dziewczynek można snuć najróżniejsze i najbardziej egzotyczne przypuszczenia”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Jan Siwmir&lt;/strong&gt; – A my znowu zboczyliśmy z tematu. W końcu czy to istotne, kto, komu i dlaczego?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Tomasz Sobieraj&lt;/strong&gt; – Właśnie o tym rozmawiamy. Kto, komu i dlaczego. Nie powiesz mi przecież, że rozmawiamy o talencie, którego to słowa nasz rodzimy parnasik używa na wyrost.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Jan Siwmir&lt;/strong&gt; – Istotnie, polscy pisarze, szczególnie poeci a osobliwie krytycy literaccy nie rozpoznaliby prawdziwego talentu, nawet gdyby rzeczony talent ugryzł ich w tylną część ciała. Wróćmy zatem po raz kolejny do „Ekranu kontrolnego”. Gdzie niby miałyby się znaleźć te tłuste skwarki? W zlepku wielojęzycznego ściemniania, w próbach uwiarygodnienia, że jest się poetą współczesnym za pomocą zapisu rodem z forum on-line? A może podoba Ci się wciśnięcie na siłę jakiejś gwary? O ile jest to zabieg przez niektórych wymagany w przypadku prozy, o tyle w poezji trzeba dla takich zabiegów naprawdę dobrego uzasadnienia. Na pierwszym planie przewaga formy nad treścią, potem długo, długo nic, w końcu parę trywialnych prawd typu: „Wszędzie, gdzie pójdziesz, będzie gorzej” albo „Nie masz słów na tę boleść, której nie przeżyłeś”. Jedynie coś w rodzaju fraszki udało się Dehnelowi:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Początek maja&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Od siódmej rano pod samym oknem&lt;br /&gt;dwaj z kosiarkami z Zieleni Miejskiej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do ósmej jestem trawą z uszami,&lt;br /&gt;wrośniętą w pościel. Spylajcie trzmiele.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przyznam się, że jak sobie wyobraziłem autora w postaci trawy z uszami, to spadłem z krzesła i jeszcze tarzam się ze śmiechu. Inna sprawa, że do tego tomiku podobny wiersz pasuje niczym pasiak łowicki do jednorożca albo pole kaktusów do spadającej z drzewa małpy. I stanowczo nie wystarczy do lansowania całego zbioru wierszy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Tomasz Sobieraj&lt;/strong&gt; – Może i masz trochę racji. W sumie, Dehnel to taka współczesna Halina Auderska – tylko czekać, aż zostanie posłem na Sejm, a pierś ozdobią mu ordery. Pomyślałem sobie, że gdyby tak zebrać dzieła Jacka Dehnela w jednym tomie, powstałoby coś w rodzaju „Ruhnamy” – zbioru poezji, prozy i mądrości niedawno zmarłego genialnego przywódcy Turkmenistanu, Ojca Turkmenów Saparmurata Nijazowa. Księgę tę przetłumaczono, podobnie jak dzieła Dehnela i Haliny Auderskiej, na wiele języków, a jej trzykrotne przeczytanie otwiera bramy raju. Co więcej, historycy turkmeńscy bezspornie udowodnili, że Nijazow pochodził w prostej linii od Aleksandra Wielkiego. Cóż, niektórzy nasi krytycy są jak turkmeńscy badacze dziejów – też wiele potrafią udowodnić. Tylko czy ktoś jeszcze poważnie traktuje ich brednie? No i co otwiera trzykrotne przeczytanie dzieł Dehnela? Furtkę do ogródka jordanowskiego? I na koniec jeszcze jedno spostrzeżenie: oglądałem filmik z Jackiem Dehnelem w roli głównej, wyświetlany podczas gali rozdania Nike – jako jedyny z nominowanych ani słowem nie zająknął się o swojej książce. Czyżby nie miał o niej nic do powiedzenia? Zastanawiające. Mówił natomiast dużo o swojej pasji kolekcjonerskiej, która wyrosła zapewne z chłopięcego zbierania resoraków, misiów i bohaterów kreskówek. Nazywał siebie kolekcjonerem. Twierdził, że teraz zbiera książki. Ja książek nie zbieram – ja je czytam. Może i on w końcu zacznie, zamiast tracić czas na internetową autopromocję i odkurzanie kolekcji meloników. Niemniej uznaję „Ekran kontrolny” za książkę ważną dla Dehnela – bo to jego pierwszy, chociaż niesamodzielny krok w stronę poezji, i ważną dla naszej współczesnej literatury – jako kolejny inhibitor wszechobecnej rynsztokowej produkcji. Dlatego biorę ją na półkę. A ty?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Jan Siwmir&lt;/strong&gt; – Zdecydowanie do poczekalni. Obok Dąbrowskiego. Pewnie jeszcze kogoś do tych panów uda nam się znaleźć i będą mogli zawrzeć Triumwirat. A wtedy drżyjcie gwałcone lasy, uciekajcie Hiperborejczycy! Nic nas już nie uratuje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Tekst ukazał się w numerze 1 (30) 2011 kwartalnika „Migotania” i jest rozdziałem przygotowywanej książki „Dwaj Panowie S - rozmowy o literaturze i nie tylko”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;KOMENTARZ REDAKCJI &lt;em&gt;KRYTYKI LITERACKIEJ&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Od tej rozmowy minął ponad rok. W tym czasie Jacek Dehnel, wyraźnie zauroczony stachanowskim współzawodnictwem pracy z czasów towarzysza Bieruta, w pocie czoła i niezdrowym pośpiechu napisał kolejny rozdział do swojej „Ruhnamy” - obszerne wypracowanie zatytułowane „Saturn”. Po wnikliwej lekturze i głębokiej analizie tej książeczki (skąd neo-neoromantyczny Geniusz w Tużurku miał pieniądze na jej wydanie i promocję - nie wiemy, a nie wierzymy, by jakikolwiek wydawca pozostający przy zdrowych zmysłach zaryzykował kolejną publikację, która pójdzie na przemiał) stwierdzamy, że nie odbiega ona poziomem od poprzednich, naiwno-anestezjologicznych i sentymentalnych wypocin „Dody literatury”, jak Jacka Dehnela nazywają niektórzy sympatycy. Polecamy natomiast tę książkę jako lekturę obowiązkową dla psychologów &lt;em&gt;in spe&lt;/em&gt; i praktykujących, bowiem przedstawiona w niej historia jest niemal klinicznym przykładem konsekwencji wynikających z trudnych relacji rodzinnych, opisanych z zastanawiającym znawstwem. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-5093437186421713920?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/5093437186421713920'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/5093437186421713920'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/09/rozmowa-jan-siwmir-tomasz-sobieraj.html' title='Rozmowa: Jan Siwmir, Tomasz Sobieraj JACEK DEHNEL'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-1082994531381639471</id><published>2011-08-04T03:39:00.000-07:00</published><updated>2011-08-04T03:41:00.393-07:00</updated><title type='text'>Felieton:Igor Wieczorek SZCZĘŚCIE LUB POTĘPIENIE</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Z satysfakcją, ale bez entuzjazmu przeczytałem najnowszy bestseller Janusza Głowackiego. Cechą charakterystyczną bestsellerów są dobrze brzmiące tytuły, intrygujące tematy i efektowne okładki. Czasami zdarza się również, że za tą potrójną fasadą czai się jakaś głębsza, godna uwagi treść. Wiele wskazuje na to, że taka bardzo głęboka, godna uwagi treść czai się w bestsellerze, który wyszedł spod pióra pracowitego „Głowy”. Problem polega na tym, że ta przyczajona treść jest trudna i niepokojąca, a „Głowa” to celebryta, globtrotter i sprawozdawca, a nie przenikliwy krytyk.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jego pisarstwo jest mocne, barwne, soczyste, odważne, ale nad wyraz rozwlekłe i dziwnie bezrefleksyjne. Ten autor wiele nie myśli. Ten autor po prostu pisze. Pisze o tym i owym, głównie o Nowym Jorku i swoich licznych znajomych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Teoretycznie rzecz biorąc, jednym z głównych tematów powieści „Good night Dżersi” jest życie Jerzego Kosińskiego, ale praktycznie rzecz biorąc, ten temat jest tylko pretekstem do opisania świata, w którym nic nie jest łatwe, dobre i oczywiste. Fascynujący opis.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sądziłem, że ten bestseller rzuca jakieś nowe światło na przyczyny samobójczej śmierci Kosińskiego, ale wcale tak nie jest. To światło jest bardzo stare, ma już dwadzieścia lat i pada na smugę cienia. A jednak warto pomyśleć o przyczynach samobójstwa Dżersiego w świetle przydługiej powieści, którą napisał Dżanus.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W tym świetle widać wyraźnie, że życie wielu mieszkańców dumnej „stolicy świata” upływa pod znakiem niewiary w ucieczkę z wyścigu szczurów, a słynne „american dreams” już dawno straciły swój blask i siłę oddziaływania. W tej dusznej i opresyjnej atmosferze niemocy, cynizmu i amoralności Dżersi szukał wytchnienia po długich latach wojennej i totalitarnej niewoli. Z podziwu godną zręcznością wspinał się po drabinie społecznego sukcesu, a kiedy dotarł wysoko, naprawdę bardzo wysoko, spojrzał w dół i zobaczył, że świat jest rozległym więzieniem, a wszystkie szczeble drabiny są ulepione ze złudzeń. Wtedy zeskoczył z drabiny i poszybował ku niebu, w którego cudowność nie wierzył, bo miał ku temu powody, nie byle jakie powody. Taki mniej więcej obraz wyłania się z bardzo rzetelnej, choć nieco nudnej powieści, którą uraczył nas „Głowa”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W znakomitym eseju pt. „Skazani na radość” francuski pisarz, Pascal Bruckner, stawia ciekawą tezę, że współczesna kultura zachodnia opiera się na przymusie radości. Już nawet nie na kulcie szczęścia, ale na przymusie radości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;– „Smutek jest chorobą społeczeństwa, które z dobrego samopoczucia uczyniło obowiązek i które karze nieudaczników. Szczęście przestało być szansą czy darem niebios, rzadką łaską, która opromienia monotonne dni. Jesteśmy je winni sobie, mamy je okazywać wszem i wobec,” – zauważa posępnie P.Bruckner, a potem dochodzi do wniosku, że „ zachodni kult szczęścia to naprawdę dziwna przypadłość, coś jak zbiorowe zaczadzenie. Pozorując wyzwolenie, zamienia on piękny ideał w jego przeciwieństwo. Skazani na szczęście musimy być szczęśliwi pod groźbą utraty pozycji społecznej. Zmieniła się nasza koncepcja szczęścia – jesteśmy chyba pierwszą społecznością w dziejach unieszczęśliwiającą za to, że nie jest się szczęśliwym.”&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeżeli ta smutna diagnoza jest chociaż częściowo prawdziwa, a myślę, że tak właśnie jest, to trudno nie dojść do wniosku, że samobójstwo Dżersiego było efektem tyranii, jakiejś bezosobowej, kulturowej tyranii. Ten człowiek miał być wesoły, bo był powołany do szczęścia..W bacznie śledzących go oczach krytyków i wielbicieli stał się symbolem sukcesu – nie tylko artystycznego, ale też osobistego i społecznego sukcesu. Szczęśliwie uniknął śmierci z rąk hitlerowskich bandytów i równie szczęśliwie przekroczył żelazną kurtynę. Szczęśliwie wspiął się na szczyty amerykańskiej kariery. Był zdolny, zdrowy, zamożny, sławny i kontrowersyjny. Niczego mu nie brakowało .Dlaczego tak często narzekał? Dlaczego bał się krytyków? Dlaczego nie był szczęśliwy? A może był ponurakiem, który w przebraniu jakiegoś egzotycznego artysty próbował zepsuć cudowną, amerykańską zabawę? Jedno wydaje się pewne – jego ponure grymasy szybko przestały być trendy, a tego się nie wybacza. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-1082994531381639471?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/1082994531381639471'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/1082994531381639471'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/08/felietonigor-wieczorek-szczescie-lub.html' title='Felieton:Igor Wieczorek SZCZĘŚCIE LUB POTĘPIENIE'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-5312558770425126429</id><published>2011-08-04T03:15:00.000-07:00</published><updated>2011-08-04T03:38:50.668-07:00</updated><title type='text'>Galeria: Krzysztof Jurecki KEYMO - ARTYSTKA KOŃCA EPOKI</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Autorka skrywająca się pod pseudonimem Keymo działa na polu fotografii portretowej, malarstwa i rysunku. Jest absolwentką ASP w Krakowie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pozostawmy na razie jej dokonania z zakresu tradycyjnych technik i zastanówmy się nad fotografią. Jaki uprawia styl? Dlaczego jest tak blisko fotografii mody, czego nie potrafię do końca zrozumieć. Chyba, że pragnie pokazać prawdziwe oblicze tego środowiska, jeśli jest to możliwe. Jej fotografia jest bardzo sugestywna i przypomina mi perwersyjną ekspresję w stylu Egona Schielego – wielkiego artysty ciała, który musiał zaistnieć, aby powstała twórczość Hansa Bellmera.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest to jednocześnie rodzaj narcystycznego fotografowania, w którym znajdziemy kilka wzajemnie uzupełniających się konwencji. Jest to trochę styl zbliżony do „lekkiego” („soft”) antyfeminizmu Helmuta Newtona. Kiedy indziej zbliża się do dokonań: Nobuyoshi Arakiego („znęcanie” się nad kobietą), ekshibicjonizmu Nan Goldin, amatorskości "prawdziwego" ujęcia Juergena Tellera. Jeszcze innym razem do surrealistki Claude Cahun, przełamującej dominujący schemat płci. Jest to także sugestywna fotografia portretowa o charakterze fetyszu, mocno erotyczna i niezwykle silnie przesiąknięta seksualnością. Niektórych widzów może odrzucać wątek sadomasochistyczny i perwersyjny. Całość wydaje się być na razie mocno eklektyczna i manieryczna, ale żyjemy w takich czasach. Czyżby była to dekadencka wersja końca pewnej epoki?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jednak zdjęcia, szczególnie barwne, dzięki wykorzystaniu analogowych materiałów posiadają określoną temperaturę uczuciową i wielki potencjał malarskości, w tym tradycji Witolda Wojtkiewicza. Jestem pod ich wrażeniem! Wszystko to dzięki Rafałowi Piekarzowi - kuratorowi wystawy zbiorowej Pink Cube w krakowskiej Galerii Olympia (...).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oto fragment maila Keymo do mnie (01.11.2010) na temat „pesymistycznej” według mnie wymowy jej prac: „Perwersja obecna w mojej fotografii nie jest pesymistyczna, to pewna estetyka ciała, która dla mnie pozostaje najciekawsza.... perwersja pozwala wydusić z ciała prawdziwe piękno, to trochę jak z owocem, trzeba go zgnieść, żeby uwolnić soki, poczuć zapach miąższ....tradycyjne akty patrzą na ciało, jakby głodn
